Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 21 Gru 2019 23:17 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
Wstęp
Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że relacja ta może być lekko stylizowana, więc nie bierzcie wszystkiego do siebie. Choć z tytułu to nie wynika, to jest to moje pierwsze samotne RTW. Trochę mnie poniosło po tym jak mi się włączył moduł cebulaka, dlatego nie zachęcam do zbyt wiernego naśladownictwa.:lol: Pierwszy post jest trochę o niczym, ale nie mogłem się powstrzymać przed napisaniem jak wyglądały zmiany w trasie jaką miałem przebyć. Jeśli Cię to nie interesuje, przejdź do kolejnych postów. Będę się starał dodawać jeden post na każdy dzień podróży, choć czasami gdy będzie to bezcelowe będę łączył niektóre dni. Na koniec pobytu w danym mieście/kraju będę starał się zamieścić subiektywne podsumowania z wadami, zaletami i rekomendacjami. Relacja nie jest live, ale jestem świeżo po powrocie (prawdę mówiąc z jej epilogu). Dodatkowo prowadziłem swoje zapiski z których będę korzystał. Zdjęcia robiłem telefonem, więc większość wygląda słabo, za co przepraszam jeśli będę musiał jedno z takich wykorzystać.

Co ciekawego znajdzie się w mojej relacji
Choć jest to podróż jakich wiele, tam mam nadzieję, że kilka jej elementów pojawiało się rzadko lub w ogóle w innych relacjach, będą to m.in.
- Trochę przesadzone cebulactwo jak np. 2h spacer spod melberneńskiego typowego Torp Avalon do stacji kolejowej,
- Przejazd pociągiem z zachodniego wybrzeża USA na wschodnie,
- Podróżowanie komunikacją miejską, co jak się okazuje nie jestem dobrym pomysłem w przypadku Polinezji Francuskiej,
- Pomysły na oszczędności w dojazdach na lotnisko i czy mają one sens.
- Przejazd przez granicę singapursko-malezyjską i bieda nocleg w Johor Bahru w nowej odsłonie.

Geneza
Wszystko zaczęło się od promocji Scoota i lotów do Australii z Berlina poniżej 2000zł. Niestety nikt za bardzo nie chciał/nie mógł ze mną lecieć, a ja nie chciałem wybierać się w tak daleką podróż sam. Dni mijały, a niskie ceny się utrzymywały. Wtedy pomyślałem o pierwszym samotnym RTW. Skoro już człowiek jedzie do Australii, to co będzie wracał taką samą trasą, nie opłaca się. A jak z Australii na wschód, to wiadomo, Hawaje Jetstarem. Najniższe ceny z Honolulu znalazłem do Kalifornii, a z niej to już Norwegian czy inny Level do Europy. W międzyczasie okazało się można lecieć normalną linią z Australii do USA za stówkę mniej niż Jetstarem i czymś. A ja ostatnio zacząłem rozumieć, że już jestem za stary na PKSy w stylu Ryanaira na trasach dłuższych niż 3 godziny (jak się potem okazało jednak nie zrozumiałem). Dodatkowym argumentem były loty Chińczykiem do Australii z Londynu za stówkę więcej. Wiadomo, że do Londynu trzeba się dostać i dopłacić za bagaż, ale jednak świadomość darmowego bagażu rejestrowanego i posiłku na pokładzie znacznie podnosi atrakcyjność tej opcji. Lot Scootem wydawał się więc irracjonalny, co innego jeśli chce się zakupić lot w jedną stronę, wtedy LCC są bezkonkurencyjne. Z różnych powodów chciałem wypróbować tę linię na tej trasie, więc szybko postanowiłem, że RTW to dobry pomysł.
Druga wersja wyjazdu wyglądał mniej więcej tak:
1. Polska-Berlin->Flixbus
2. Berlin-Singapur(kilkanaście godzin)-Gold Cost->Scoot
3. Australia-Gold Cost i Brisbane oraz wypad do Sydney na kilka dni
4. Brisbane-Hawaje(kilkanaście godzin)-San Francisco->Hawaian
5. Ze 2 dni u znajomych w SF
6. SF-Barcelona/Londyn/Paryż(bez zatrzymywania się)-Polska->LCC
Jako że w Australii miałem być jakieś 6-8 dni, to całość miała się zmieścić w 12-14dniach.

No ale to byłaby wielka szkoda nie zobaczyć Melbourne czy Canberry, więc czas podroży rósł, a ja coraz mniej się przejmowałem, ze powinienem być w kraju ze względu na wcześniej zaplanowane wydarzenia. Wtedy jednak zakładałem, że uda się załatwić wszystko w pierwszym terminie i kolejny nie będzie potrzebny. Gdzieżby tam, żebym potrafił się normalnie na coś zdecydować. Wtedy AirAsia zrobiła promocję i skutecznie mnie przekonała, żebym się nie wygłupiał z kilkunastoma godzinami w Singapurze, bo to za mało, a w ogóle to Kuala Lumpur jest blisko i warto by zahaczyć. Cena z KUL do kartofliska pod Melbourne (Avalon) kusiła i dość szybko kupiłem bilet na nocny lot, bo jak wiadomo cebulaki latają nocą by oszczędzić na noclegach. To był pierwszy lot, który kupiłem. Przyznam, że długo zastanawiałem się nad lotem do Sydney, aby lecieć na normalne lotnisko, ale jednak wtedy stan Wiktoria byłby mi nie po drodze. Avalon to jednak zupełnie innego rodzaju doświadczenie i właśnie wtedy cebula w mojej duszy załkała głośnym szlochem jak by ktoś ją obierał. Cebulak mode on. Zapragnąłem zrobić całe RTW w stylu biedaka cebulaka, potem nie było już odwrotu. Oczywiście jestem już na takie wyprawy za stary, co wiedziałem od jakiegoś czasu (i wiem po odbyciu tej podróży), ale nostalgia za startymi dobrymi czasami, kiedy to człowiek spał w 15-osobowych pokojach wieloosobowych i szedł trzy godziny piechotą na lotnisko, zwyciężyła. Próbowałem upchać jeszcze jakiś Penang czy Phuket, bo jak wiadomo im bardziej napchany plan tym lepiej. No więc plan wyglądał tak:
1. Polska-Berlin->Flixbus
2. Berlin-Singapur(kilkanaście godzin)-Penang/Phuket(1 dzień)->Scoot
3. Phuket/Penang-Kuala Lumpur(2 dni)->Air Asia
4. Kuala Lumpur-Avalon(Melbourne)->Air Asia X (zakupione)
5. Australia-Melbourne(3dni)-Canberra(1 dzień)-Sydney(3dni)-Birsbane(2dni)
6. Brisbane-Hawaje(kilkanaście godzin)-San Francisco(2 dni)->Hawaian
7. SF-Barcelona/Londyn/Paryż(bez zatrzymywania się)-Polska->LCC

W pewnym momencie okazało się, że można ustrzelić loty z Thaitti do SF w dobrej cenie. Długo myślałem czy warto poświęcić Hawaje, ale ostatecznie uznałem, że są jednak bardziej pospolite, co brzmi dziwnie z ust człowieka, który nigdy tam nie był i jeszcze tydzień wcześniej był podekscytowany możliwością postawienia tam stopy. Hawaje, żegnam was, witaj Polinezjo Francuska. Tylko że nie tak łatwo dostać się tam w dobrej cenie z Australii. Nie miałem wyboru :roll: i dołączyłem Nową Zelandię do mojego RTW. Ze względu na próbę powstrzymania rozrastania się czasu podróży zdecydowałem się na zmiany trasy w australijskiej części. Wpływ miała też dobra cena na loty z Sydney do Auckland. Ze względów logistycznych i niezbyt dobrych cen w moich datach (dopasowanie do już kupionego lotu do Australii) postanowiłem polecieć do Singapuru i nie przesiadać się tam. Koszt lotu z przesiadką do Penangu to ok. 10€ więcej, więc było to spore poświęcenie. Scoot jednak nieco obniża ceny lotów łączonych, więc kolejna warstwa mojego cebulskiego serca odpadła w tamtym momencie. Dlatego kupiłem za 3$ lot z Johor Bahru do Kuala Lumpur, zamiast za 20$ z Singapuru, na otarcie łez. Trasa wyglądała tak:
1. Polska-Berlin->Flixbus
2. Berlin-Singapur->Scoot
3. Singapur(2dni)-Johor Bahru(nocleg)->autobus TranStar
4. Johor Bahru-Kuala Lumpur(1,5 dnia)->Air Asia
5. Kuala Lumpur-Avalon(Melbourne)->Air Asia X
6. Australia-Melbourne(3dni)-Sydney(4dni)
7. Sydney-Auckland(2 dni)->Virgin Australia
8. Auckland-Tahitti(4dni)->Air New Zeland
9. Tahitti-San Francisco(2 dni)->French bee
10. SF-Barcelona/Londyn/Paryż(bez zatrzymywania się)-Polska->LCC

I wtedy pojawiło się prawdziwe objawienie. Na fly4free.com znalazłem "promocję" na pociąg z Kalifornii do Nowego Jorku przez Chicago. Co prawda z różnych powodów nie kupiłem go od razu, ale założyłem, że to zrobię na nieco zmienionej trasie z San Francisco do Bostonu. Wszyscy wiedzą, że najlepsze ceny do Bostonu są z Barcelony, ale że potrzebowałem lotu z Bostonu i tylko w jedną stronę, to okazało się, że najlepiej polecieć do Londynu, a że przy okazji można było zrobić całodzienny stop w Ottawie (zawsze chciałem tam pojechać, ale jakoś nigdy nie było po drodze), to od razu kupiłem bilety. Zdecydowałem się też przyśpieszyć wylot z Berlina o jeden dzień. Trasa wyglądała tak:
1. Polska-Berlin->Flixbus
2. Berlin-Singapur->Scoot
3. Singapur(2dni)-Johor Bahru(nocleg)->autobus TranStar
4. Johor Bahru-Kuala Lumpur(2,5 dnia)->Air Asia
5. Kuala Lumpur-Avalon(Melbourne)->Air Asia X
6. Australia-Melbourne(3dni)-Sydney(4dni)->LCC
7. Sydney-Auckland(2 dni)->Virgin Australia
8. Auckland-Tahitti(4dni)->Air New Zeland
9. Tahitti-San Francisco(2 noclegi)->French bee
10. Przejazd Pociągiem do Bostonu->Amtrak
11. Boston-Ottawa(kilkanaście godzin)-Londyn->Air Canada
12. Londyn-Polska->LCC

Jako, że miałem sporo problemów z kupnem biletu wewnątrz Australii, to ostatecznie ponownie zmodyfikowałem podróż. Udało mi się ustrzelić na OTA tanie loty do Canberry (nadal droższe niż z Melbourne do Sydney, ale jak na tę trasę to cena było super) i autobus do Sydney za 5AU$. Za poradami części z was postanowiłem też wybrać się na Mooreę zamiast siedzieć tylko na Thaitti. Ostatnia zmiana to dodanie postoju w Londynie i kupno lotu z Doncaster (bo uznałem, że skoro zaczynałem podróż nocą to muszę ją też skończyć nocą i w ogóle 5GBP oszczędności i nowe miasto w kolekcji). Dzięki Flixbusowi kupiłem sobie też bilet RT do San Jose z SF. Dodatkowo dodałem trochę pracy i spotkań z rodziną więc wyjazd się mocno przedłużył. Ostateczna wersja w chwili wyjazdu wyglądała tak:
1. Polska-Berlin->Flixbus
2. Berlin-Singapur->Scoot
3. Singapur(2dni)-Johor Bahru(nocleg)->autobus TranStar
4. Johor Bahru-Kuala Lumpur(2,5 dnia)->Air Asia
5. Kuala Lumpur-Avalon(Melbourne)->Air Asia X
6. Melbourne(3dni)-Canberra(siedem godzin)->Tigerair Australia
7. Canberra-Sydney(3dni)->autobus Greyhound
8. Sydney-Auckland(2 dni)->Virgin Australia
9. Auckland-Tahitti->Air New Zeland
10. Tahitti(nocleg)-Moreea(2 dni)-Tahitti(2 noclegi)-prom Terevau
11. Tahitti-San Francisco(nocleg)->French bee
12. San Francisco-San Jose(kilka godzin)-San Francisco->Flixbus
13. Pobyt w dolinie krzemowej
14. Przejazd Pociągiem do Bostonu->Amtrak
15. Rodzinka, święta i takie tam w Bostonie
16. Boston-Ottawa(kilkanaście godzin)-Londyn->Air Canada
17. Londyn-Sheffield(kilka godzin)->Autobus National Express
18. Sheffield-lotnisko-autobus miejski x6
19. Robin Hood Airport-Pyrzowice International->WizzAir na bogato, bo z priorytetem :(
20. Pyrzowice International-Sosnowiec->autobus miejski
Załącznik:
rtw.jpg

Przygotowania
Jak zawsze pakuje się w ostatniej chwili. Z informacji na stronach przewoźników wynika, że niestety pojęcie w stylu "branżowy standard" jest im obce. Każdy pozwala na nieco innej wielkości walizki. Różnice na szczęście nie są wielkie. Moja walizka jest za wysoka o wysokość rączki w przypadku jednej z linii, ale liczę na litość, łaskawość i dużą liczbę współpasażerów, która sprawi, że nie będą dokładnie mierzyć rozmiarów bagażu. Właściwie nigdy się chyba z tym nie spotkałem, gdy bagaż nie był wyraźnie większy. Znacznie poważniejszym problemem jest maksymalna waga, 7kg dla AirAsia i Jetstara. Ważę swoje bagaże i oczywiście są za ciężkie (właściwie to sama walizka spełnia wymogi wagowe, ale jak dodamy plecaczek to już nie), ale tym będę przejmował się później. Flix jest liberalny, Scoot także. Założę bluzę, kurtkę i szalik w Malezji i Australii, ale nie zapłacę złodziejom za nadbagaż. Kto to widział 7kg limitu przy takich luksusach jeśli chodzi o wielkość dozwolonej walizki.
No dobra, ale jak się spakować na miesiąc do podręcznego? Nie powinienem dawać rad, bo nic mi z tego nie wyszło. Uznałem, ze skoro będzie wszędzie ciepło, to wystarczy mi jedna bluza z kapturem, jesienna kurtka, komin, czapka i rękawiczki, które założę na siebie. Do walizki spakowałem się więc jak na lato. Po ostatniej podróży wreszcie doszedłem do rozumu i postanowiłem jednak zabrać adidasy zamiast sandałów. Choć wiązało się to z koniecznością zabrania skarpetek (z góry przepraszam za niepatriotyczne noszenie sandałów bez skarpet...choć w sumie na świecie ze skarpet to raczej są znani Niemcy), to uznałem, że moja wygoda chodzenia jest ważniejsza. Branie 30 zestawów bielizny oczywiście nie wchodziło w grę, no trudno i tak będę skazany na pranie.
A jak już o złodziejach, to żeby trochę przyoszczędzić podzieliłem całą trasę na różne fragmenty i wykupiłem odpowiadające im ubezpieczenia. PlanetPlus jak to ma w zwyczaju akurat nie zauważyło tych droższych wydatków, ale przynajmniej jeden z nich zarejestrowali i teoretycznie cashback mi się należy. Konto mam od pół roku, nigdy jeszcze nie doczekałem do końca procedury, więc pewności nie mam czy cokolwiek z tych pieniędzy zobaczę. Nie zgłosiłem brakujących cashbacków, bo naturalnie robiłem zakupy na godzinę przed wyjściem z domu, a w podróży nie miałem hasła, a tym bardziej czasu i ochoty, by się tym zajmować.
Pojawia mi się pewne pytanie dotyczące zasad ubezpieczenia gdyż Australię, Nową Zelandię i Polinezję Francuską umieszczam w jednym ubezpieczeniu. Co w przypadku przekraczania międzynarodowej linii zmiany daty? Z jednej strony podałem kraje podróży oraz datę rozpoczęcia i zakończenia podróży, ale jednak ubezpieczenie jest na określoną liczbę dni, a ich będzie jakby więcej. Jako, że nie bardzo można było cokolwiek z tym zrobić w systemie, to liczę na wyrozumiałość ubezpieczyciela, ale w duchu już przygotowuje sobie ostrego maila, w którym wyzywam ich od złodziei, bo nie chcą mi wypłacić odszkodowania.
Przygotowuje wiele takich wiadomości i rozmów na wszelki wypadek. Człowiek nigdy nie wie o co go zapytają na granicy (W sumie zazwyczaj nic ich nie obchodzę. Raz podczas podróży do Kanady na weekend jakiś koleś przy odbiorze bagażu się przyczepił i powiedział mi, że to co robię jest głupie i podejrzane. Wszystkie pozostałe etapy kontroli w Europie i Kanadzie, przez które musiał przejść każdy pasażer, zupełnie nic nie chciano ode mnie.).
Niestety na przygotowanie szczegółowego planu podróży zabrakło mi czasu. Wiedziałem mniej więcej co będę robił, ale zostawało mi nadal sporo czasu do wypełnienia. Co ciekawe, gdy podróżuję z kimś niemal zawsze to ja ustalam plan podróży, a potem usilnie staram się go egzekwować. Miejsca wybieramy wspólnie, ale staram się je ułożyć w odpowiedniej kolejności. Prowadzi to do frustracji wszystkich, bo oni nie potrafią zrozumieć, dlaczego nie możemy teraz pójść nad Sekwanę albo zjeść, a ja nie rozumiem dlaczego nie mogą iść nad rzekę nocą kiedy pozostałe atrakcje będą zamknięte, a jedzenie to jest o szesnastej i trzeba było wcześniej zobaczyć Mona Lisę, bo teraz to już musimy wychodzić żeby zdążyć do muzeum, w którym będzie więcej obsługi niż zwiedzających i w sumie nawet w informacji turystycznej nie wiedzą o jego istnieniu. Co prawda ostatecznie wszyscy z wyjazdów są zadowoleni, a ja nadal niechętnie podróżuję sam. Może to ten brak kontroli tak człowieka rozleniwia.

Dzień -2
Moja podróż okazała się na tyle wiekopomna, że dostąpiłem zaszczytu zawiezienia na dworzec, żebym nie musiał marznąć. Przyznaję, że kurtka, którą wziąłem była jesienna, ale targanie zimowej wydawało się przy takiej wyprawie bezsensowne. Z całą rodziną czekaliśmy, aż nadjedzie flixbus. W sumie miłe zważywszy na fakt, że nie zobaczymy się przez cały miesiąc, a nasze rozmowy ze względu na różnice w strefach czasowych mogą być bardzo utrudnione. Szczęśliwie autobus przyjechał dość szybko, a ja mogłem zająć wygodne miejsce przy oknie i pójść spać. Miałem co prawda nieco inne plany, ale nie mogłem się połączyć z autobusową siecią wifi. Zapytacie po co się łączyć z wifi w kraju jeśli zamierzałem poszukać tylko informacji o Singapurze? Jako ostatni cebulak gdy na trzy dni przed podróżą operator napisał, że mój pakiet unlimited wygaśnie jeśli nie doładuję konta, postanowiłem zrezygnować z usługi. Po co płacić 3 dychy skoro następny miesiąc będę po za krajem i nawet z roamingu UE nie skorzystam. Miałem więc na koncie pięć złotych i właściwie zero pojęcia o tym co robić z wolnym czasem w Singapurze i co będę robił gdy już z niego wyjadę.

Dzień -1
Zatrzymują nas na granicy do kontroli. Stoimy i stoimy, a ja się zaczynam stresować. Był problem z paszportem jakiegoś człowieka. Na szczęście większość straconego czasu nadrobiliśmy i meldujemy się na dworcu w Berlinie z niewielkim opóźnieniem. Ciekawostka, nikt nie wysiadł na SXF, ani nie wsiadł, a autobus i tak się tam zatrzymywał. To tak na pocieszenie dla ryzykantów, którzy kupują tańsze bilety do ZOB zamiast na lotnisko Schönefeld. Wysiadam i jedyne co widzę, to że nic nie widzę i nie wiem gdzie mam iść. Jest remont i trudno mi określić gdzie jest wyjście, więc idę w kierunku wjazdu, po czym skręcam w prawo. Niby wiem, że stacja pociągu jest obok, ale nie wiem, które obok jest tym właściwym. Szybko jednak trafiam na oznaczenie kierujące mnie na stację. Robię u-tern w przejściu podziemnym i już widzę przystanek, którego szukałem.
Załącznik:
20191103_060909.jpg
Schodzę po schodach, żeby dowiedzieć się, że właśnie mi ucieka pociąg. Nie biegnę, bo i tak nie mam biletu. Na peronie stoją automaty biletowe. Kupuję bilet jednorazowy na strefę AB za 2,8€. Jak się okazuje automat przyjmuje tylko monety. Bardzo zależało mi aby ich nie wydać, no ale co poradzę, płacę. Wszystkie pozostałe automaty normalnie przyjmowały kartę. No super, widzę że świetnie się zaczyna. Czekam kilka minut i przyjeżdża S41. Podróż trwa mniej niż 5 minut, bo to tylko 2 przystanki. Wysiadam na Jungfernheide Bhf. Na pewno wysiądziecie na właściwym, bo są zapowiedzi po angielsku o przesiadce na lotnisko TXL. Następnie podążając za strzałkami udaję się na przystanek autobusowy i czekam na bus x9. Do pokonania jest jakieś 300 metrów , w tym schody w dół z peronu, więc jeśli macie ciężkie bagaże miejcie to na uwadze. Pewnie gdzieś jest winda, ale nie była mi potrzebna. Po kilku minutach przyjechał autobus, a po kolejnych kilkunastu byłem już na lotnisku. Po mimo wczesnej pory sporo osób jechało ze mną. Przystanek jest pod samym terminalem.Wchodzę tam tylko po to, żeby się dowiedzieć, że biedaki cebulaki podróżują z terminala C i powinienem pójść w prawo zamiast w lewo po wyjściu z autobusu. Najpierw trzeba pokonać długi blaszany korytarz.
Załącznik:
20191103_064510.jpg
Widać, że lotnisko stara się pomóc azjatyckim podróżującym, dlatego oznaczenia są również w bardziej zrozumiałym dla nich języku. Jako że po drodze spotykam jakąś azjatycka wycieczkę, to postanawiam przyśpieszyć kroku, żeby być przed nimi w check-inie. Udaje się, ale kolejka i tak jest dość spora. Z tego co obserwuje, bardzo dużo osób ma paszporty indonezyjskie. Mimo wszystko wszystko idzie sprawnie. Odprawiają mnie przy stanowisku dla klasy premium, do którego chwile wcześniej mnie skierowali, żebym stanął tam w kolejce. Jakiś koleś, który rzeczywiście jest premium musi czekać za mną. Dostaję miejsce przy korytarzu (C), mogło być gorzej. Jako że nie mam nic lepszego do roboty idę do kontroli bezpieczeństwa póki nie ma kolejki. Obok zauważam dobroczynny kosz na butelki. Lotnisko dziękuje za szczodrość pasażerów i zapewnia, że pieniądze uzyskane z kaucji zostaną przekazane odpowiednim organizacjom. Kontrola przebiega bardzo szybko, a ja utykam na granicy, która nie jest jeszcze otwarta. Siadam sobie na podłodze, podłączam telefon do kontaktu (nie ma ich zbyt wiele), łącze się z wifi i próbuję nadrobić to co miałem zrobić przed podróżą, czyli planowanie. Z niezrozumiałego powodu ludzie ustawiają się w kolejce. Po jakichś trzydziestu minutach otwierają kontrolę paszportową. Pani z obsługi wyłapuje Europejczyków (mniejszość) i proponuje skorzystanie z bramek automatycznych. Niektórzy wolą jednak stać. Jeszcze chwilę siedzę przy kontakcie, po czym przechodzę obok kolejki i z nieukrywaną satysfakcją podchodzę do automatu. Kilkanaście sekund i z głowy. Jakaś para idzie za moim przykładem, widząc że jednak tak można. Szału nie ma, ale jest przynajmniej sporo miejsc siedzących. Bramka wygląda tak.
Załącznik:
20191103_082834.jpg
Obok jest dla pasażerów premium. Nagle z głośników idzie informacja, że rozpoczynają odprawę i formuje się gigantyczna kolejka. Mi się nie śpieszy. Gdy jednak po jakimś czasie ogłaszają, żeby ludzie z ekonomicznej korzystali też z bramki dla premium i nikt nie udaje się w tamtym kierunku, postanawiam zrobić to ja. Niemiecki i Niemcy (nawet gdy mówią po angielsku) muszą wzbudzać respekt, wszyscy się boją zejść z raz obranej drogi. :lol: Wychodzę z terminala i kieruje się w prawo, nasz samolot stoi na samym końcu. Zaczyna padać, ale na szczęście trasa przebiega częściowo pod blaszanym daszkiem.
Załącznik:
20191103_085921.jpg
Pieszo do szerokokadłubowego samolotu jeszcze nigdy nie szedłem. Jakaś Niemka stoi na końcu ścieżki i każe ustawiać się w kolejce przy schodach do samochodu, gdzie stoi już kilkanaście osób. Strasznie pada, więc ludzie raczej nie są na to chętni i woleliby czekać pod dachem, ale mimo to grzecznie wychodzą moknąć przed przednimi schodami. Doświadczenie z HJ przydaje się w takim zawodzie. Ja postanawiam moknąć pod tylnymi, bo do tamtych nie ma kolejki. Muszę przejść przez pół samolotu. Okazuje się, że nie ma miejsca na mój bagaż, więc umieszczam go na środku od drugiego korytarza. Idę na swoje miejsce. Niestety samolot praktycznie pełny, więc muszę się zadowolić pojedynczym miejscem. Samolot wygląda na zaniedbany, wykładzina podłogowa jest zupełnie wytarta. Siedzenia są dość wygodne, ale miejsca na nogi nie ma zbyt wiele. Jedzenie płatne, rozrywka pokładowa płatna, prąc płatny, wszystko płatne. Próbuję spać na stoliku, ale gdy człowiek przede mną rozkłada się, okazuje się, że dla mnie robi się zbyt ciasno. Lot jest długi (najdłuższy jakim do tej pory leciałem, przynajmniej pod względem odległości na mapie między lotniskami - różnica to tylko kilkadziesiąt kilometrów, więc być może w rzeczywistości nie był jednak rekordowy), ale większość jakoś przesypiam. Jakby się nad tym zastanowić, to w ciągu 24 godzin przesypiam jakieś 16 (autobus i samolot). To był dobry wybór, bo w Singapurze miałem przed sobą ponad dziesięć godzin do możliwości skorzystania z łóżka. Gdy się budzą widzę takie oświetlenie.
Załącznik:
20191103_093938.jpg
Zostało półtorej godziny do lądowania. Wypełniam deklarację, w której wyraźnie podkreślają, że za narkotyki grozi kara śmierci. Powiało trochę grozą, zastanawiam się czy będę mógł przewieźć moje leki, bo jednak czuję się jakby brało mnie przeziębienie. Zaczyna się zniżanie. Przez okno niewiele widać.Para siedząca obok wyjmuje gumę i zaczyna gorączkowe przeżuwanie. Samolot ląduje na lotnisku Chengi po czwartej rano. Zanim podjedzie pod rękaw i będzie można wysiąść minie jeszcze kilkanaście minut. Nikomu się jednak nie śpieszy, bo i niby do czego o takiej porze. Ogólnie lot Scootem odbieram pozytywnie i naprawdę nie rozumiem tego całego narzekania jak to nie da się niby wytrzymać.

W następnym poście zacznę już właściwą relację i dodam więcej zdjęć.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
39 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 23 Gru 2019 11:23 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
Jedno ze zdjęć z singapurskiej galerii sztuki jest trochę obrzydliwe, więc ostrzegam - wstawiam je jednak ze względów na szeroko pojętą "symbolikę".

Dzień 1 – Singapur
W samolocie mijam kolejne rzędy siedzeń i zastanawiam się jak można było tak nasyfić. Współczuję ludziom, którzy będą musieli to wszystko sprzątać. Podjechaliśmy pod rękaw, dzięki czemu szybko dostaję się do terminala. Od razu człowiek czuje, że to porządne lotnisko i jest tu tak jakoś luksusowo. Pamiętam pierwszy komentarz mojej siostry „wow, mają tu dywan”. Jak się nad tym zastanowić, to chyba rzeczywiście zazwyczaj jest zimna podłoga bez żadnej wykładziny.
Załącznik:
1.jpg
No dobra, to co teraz? Jest w pół do piątej, a recepcja w hotelu jest dopiero od ósmej. Na dodatek jest super ciemno. Długodystansowa podróż z podręcznym i bez jedzenia w samolocie nadal jest odbierana jak piesza wyprawa na Syberię, więc zgodnie z obietnicą melduję, że jestem cały i zdrowy, że tak dało się spać i nie, nie było problemów żadnych. Następnie postanawiam, że zwiedzę sobie lotnisko. No to gdzie ten jewel? Ja to wam zaraz powiem czy to się nadaje do czegoś czy nie. Na naszym CPK i tak zrobimy sobie lepsze, no ale skoro tak się wychwalali to niech pokazują. Szukam i szukam, a tu nie ma. Stoję zgodnie z mapą i przejścia nie ma. No co za kraj, żenujące. Żenujący okazałem się ja, bo nie umiem w mapę. Jewel jest w strefie ogólnodostępnej, a więc najpierw trzeba przejść granicę. Nie śpieszy mi się do tego. Podziwiam lotnisko i wypytuję panią w informacji czy na pewno nie spalą mnie na stosie za wwiezienie strepsilsów czy innej witaminy C. Okazuje się, że jak na własny użytek, to nie. Jest szósta, czas przejść granicę.
Załącznik:
2.jpg
Kieruję się w dół do kontroli paszportowej. Na szczęście nie ma kolejek. Wszystko przebiega super sprawnie. Nic ode mnie nie chcą. Idę dalej, a moim oczom ukazuje się przestronna hala do odbioru bagażu.
Załącznik:
3.jpg
Widać też wyjście. Zaczynam się stresować, bo na 100% ktoś mi podrzucił narkotyki jak spałem, a w ogóle to jednak strepsilsy są zakazane i grozi za nie pobyt w Azkabanie. Mam nadzieję, że nikt mnie nie zaczepi i nie poprosi na bok do kontroli. Szczęśliwie udaje mi się przeżyć. Wychodzę, a tam JewelTM, no ładnie, jasno, czysto i w ogóle, ale tu są jakieś sklepy, w dodatku zamknięte i w sumie jestem praktycznie sam. Gdzie puszcza, wodospad, arkadia i powszechna szczęśliwość? W środku, ale jak tam się dostać? Do tej pory nie wiem, ale łaziłem po różnych poziomach i w końcu znalazłem wejście nie zastawione przez robotników. Ciemno wszędzie, głucho szumi wszędzie. Co to będzie, co to będzie? Będą beznadziejne zdjęcia.
Załącznik:
4.jpg
Na żywo wygląda to naprawdę fajnie, można sobie chodzić po różnych poziomach i obserwować całość z góry (no może nie o tej porze, o której byłem, bo niektóre ścieżki były jeszcze zamknięte). Jest trochę parno, bunkrów nie ma, ale i tak zatwierdzam, można stawiać w CPKu. Pociąg między terminalami przejeżdża przez jewel na dość dużej wysokości i nawet specjalnie zwalnia, żeby można było zrobić zdjęcia lub po prostu podziwiać.
Załącznik:
5.jpg
Czas się zbierać, idę więc za strzałkami do stacji metra. To całkiem długa podróż. Stacja przestronna, jeśli skręcimy w lewo przed bramkami, to dojdziemy do automatów. Nie ma potrzeby w ogóle do nich iść. Wyjmujemy naszą kartę debetową/kredytową przykładamy do bramki i już możemy korzystać z komunikacji w Singapurze. Karty zagraniczne są obciążone dodatkową opłatą 0,5SGD po zakończeniu cyklu (dzień dla kart visa i 5 dni lub 15SGD dla Mastercard). Mam tylko Visę, niech wiedzą, że mnie stać.
Załącznik:
6.jpg
Z poczuciem wyższości przechodzę, a po kilku minutach podjeżdża metro. Niestety linia nie pozwala na dotarcia właściwie nigdzie. Możemy się przesiąść po jednym przystanku w linie niebieską (Downtown Line) lub tak jak ja po dwóch w linię zieloną (East-West Line). Szczęśliwie się składa, że na drugi tor przy tym samym peronie akurat podjeżdża moje metro, więc przebiegam tylko z jednego pociągu na drugi. Ta chwila wystarcza jednak by poczuć temperaturę jak panuje w mieście po mimo godziny siódmej. Jadę kilka stacji i wysiada w jakiś slamsach jak to mam w zwyczaju w każdym mieście, w którym nocuje za swoje. Tu znajdę mój hotel. Może brzydko i trochę śmierdzi, ale za to jaka cena. Do metra nie jest jakoś daleko, a w okolicy sporo tanich knajpek, więc nie narzekam.
Załącznik:
7.jpg
Wchodzę do 7/11 i kupuje ongiri czy jakkolwiek nazywa się ta trójkątna ryżowa przekąska. W sumie, to za tym nie przepadam, ale jak jestem w Azji to z niezrozumiałego dla siebie powodu zawsze kupuję. No ale wiadomo ja to nie jestem typowy turysta co to tylko selfi pod must have i do domu. Ja żyję jak lokals (tylko biedniej) i dlatego będę jadł ten ryż choćbym nie mógł na niego patrzeć. Moja karta przechodzi bez problemu, co bardzo mnie cieszy, bo jak chciałem poinformować bank, że robię RTW i żeby nic nie blokowali, to powiedzieli, że się nie da i mam dzwonić na infolinię, to będą odblokowywać jak coś. Operator poinformował mnie, że minuta połączenia kosztuje dychę, a ja na koncie mam dychę. C’est la vie. Na szczęście w gotówce mam całe szalone 20SGD…no i trzy karty z różnych banków jakby coś poszło nie tak. Znajduję mój hotel, ale jeszcze kwadrans do otwarcia. Trochę się już zmęczyłem z noszeniem w ręce walizki, a i temperatura nie pomaga. Decyduje się na kółeczko po okolicy i zapoznanie okolicznej ludności z „najgłośniejszą walizką świata”TM. Wracam po dwunastu minutach, zjadam moją ryżową przekąskę i akurat mogę pójść do recepcji, żeby zostawić bagaż. Pokazuje rezerwację i mówię, że z MakeMyTrip, Pan mówi, że nie współpracują z nikim takim, ale w końcu znajduje wszystko co trzeba i informuje mnie, że pokój będzie dostępny od piętnastej. Jako, że galerię narodową, do której kupiłem wcześniej bilet (Expedia) otwiera się o dziesiątej, to mam jeszcze dwie godzinki. Postanawiam udać się pieszo do centrum.
Załącznik:
8.jpg
Załącznik:
9.jpg
Załącznik:
10.jpg
Załącznik:
11.jpg
Po drodze mam knajpę z gwiazdkę Michelin, ale niestety jej nie znajduję. Jako, że nie ściągnąłem mapy całego Singapuru, to właściwie nie mam pojęcia gdzie idę. Trochę się błąkam w poszukiwaniu WiFi i wtedy okazuje się, że właściwie jestem tuż obok. Słońce nie daje mi już żyć. Taki klimat jest dla mnie nie do zniesienia. Po co tu w ogóle ludzie żyją to ja nie wiem. Znaczy cieśnina Malaka i te sprawy, ale nadal jest to miejsce dla mnie. Wchodzę dwadzieścia minut przed otwarciem mówiąc, że gorąco na zewnątrz. Szczęśliwie nikt nie robi problemów. Czekam sobie siedząc na kamieniu-ławce.
Załącznik:
12.jpg
O dziesiątej kieruje się do kasy, kupon przechodzi bez problemu. Dostaje bilet na multimedialny pokaz historii budynku o 9:20. Przez kwadrans włóczę się bez celu. Sam pokaz moim zdaniem ok, bo jednak zawiera jakieś informacje o powstaniu Singapuru, ale forma moim zdaniem zupełnie nietrafiona. Interaktywny stół i kilka ekranów jest zbędne i tylko rozprasza. Miejsce jest nieprzypadkowe, to tutaj podpisano kilka ważnych dla Singapuru dokumentów. Sama galeria jest dość nowa, otwarto ją 4 lata temu po tym jak zakończono budowę łącznika po między byłym ratuszem i sądem najwyższym. Oba budynki mają odpowiednio ponad 90 i 80 lat i mają wysoką wartość historyczną. Jeśli się przyjrzycie to zauważycie, że Sąd był budowany w latach trzydziestych co skutkowało mniejszym budżetem (po uwzględnieniu inflacji) niż miała część ratuszowa. Miejsca te były świadkiem wielu ważnych wydarzeń jak choćby kapitulacji Japończyków (budynek ratusza). Z tego powodu zorganizowano specjalny konkurs architektoniczny i wydano mnóstwo pieniędzy (ponad 0,5mldSGD) aby je dostosować do wymagań stawianych nowoczesnej powierzchni wystawniczej. Budynek został nadbudowany, pojawiła się plomba oraz poziom podziemny.
Załącznik:
17.jpg
Załącznik:
18.jpg
Znajdziemy tutaj zarówno sztukę nowoczesną (ostatnie piętra budynku sądu) jak i bardziej klasyczną. Mowa jednak o sztuce głównie azjatyckiej więc nie liczcie na renesansowe obrazy.
Załącznik:
13.jpg
Załącznik:
19.jpg
Załącznik:
20.jpg
Załącznik:
21.jpg
Załącznik:
22.jpg
Załącznik:
23.jpg
Załącznik:
24.jpg
Załącznik:
25.jpg
Załącznik:
26.jpg
Załącznik:
27.jpg
Załącznik:
28.jpg
Oczywiście są tu także rzeźby czy starożytne skorupy. Znajdziemy tu też nawiązania do historii budynków, jest więc tu sale sądowa, cele, gabinet premiera(?) i deklaracje niepodległości.
Załącznik:
16.jpg
Ciekawostką jest też stół (zapomniałem czyj, ale to był szef wszystkich szefów, chyba jeszcze za czasów brytyjskich), który został ostatnio przetransportowany na wyspę Santosa specjalnie dla Kima i Donalda, żeby mogli zasiąść i podpisać porozumienie między USA i Koreą Północną. Budynek w jakimś sensie ma za zadanie budowanie tożsamości narodowej wśród singapurczyków. Trzeba pamiętać, że państwo jest dość młode, długo było pod panowaniem brytyjskim, a przez chwile próbowało nawet swojego szczęścia z Malezją.
Załącznik:
15.jpg
Załącznik:
14.jpg
Jeśli będziemy zwiedzać samemu, to pewnie 2 godziny wystarczą, ale polecam wam wybrać się na kilka z proponowanych wycieczek. Można się na nie zapisać w pomieszczeniu po przeciwnej stronie od kas. Są one darmowe i głównie po angielsku. W ten sposób dowiedziałem się kilku ciekawych faktów o historii miasta lwa. Z samych opisów bym się nie dowiedział.
Bilet wstępu kosztuje normalnie aż 20SGD (>55zł), ale jeśli zamierzamy tu spędzić więcej czasu oraz skorzystać z kilku wycieczek to mimo wszystko warto. Warto też spróbować kupić zawczasu przez pośrednika, np. expedia bez żadnego kodu oferuje je teraz za 14SGD.

Jako, że zbliżała się 3, poszedłem do metra i pojechałem do hotelu. Byłem już trochę zmęczony, więc się zdrzemnąłem i wyszedłem na miasto ponownie dopiero po szóstej. Kolejną atrakcją do zaliczenia była Marina Bay. Gdy dojechałem tam metrem już robiło się ciemno. O tej porze temperatura była już normalna.Trochę się pokręciłem i poszedłem zobaczyć pokaz świateł jako, że była to jedyna darmowa atrakcja w okolicy.
Załącznik:
30.jpg
Załącznik:
31.jpg
Pokazy są codziennie o 7.45 i 8.45. To chyba jedyny moment kiedy można leżeć na chodniku w Singapurze i nikt nie dzwoni na policję. Przyszedłem nieco wcześniej więc załapałem się jeszcze na leżenie na ławce pod jednym z supertree (takim w miarę środkowym). Jako, że działało WiFi postanowiłem się trochę posocjalizować ze znajomymi, którzy zostali w kraju. Gdy się zaczęło, to po chwili aż szczęka mi opadła. Ktoś włączył chyba flow na Spotify, a na konsoli od efektów świetlnych kliknął random. Jako pokaz świateł kompletna fuszerka, ale znałem teksty piosenek, więc całkiem przyjemnie mi się słuchało ich urywków. Długo to wszystko nie trwało, no ale w sumie jak się nie ma nic do roboty, to warto przyjść. Następnie udałem się w wycieczkę po okolicy i zobaczyłem wejścia do wszystkich atrakcji, na które mnie nie stać, jak np. Flower Dome czy Cloud Forest. Kolejnym punktem w mojej podróży było centrum handlowe, szybko się zorientowałem, że nie potrzebuję nowej torebki od LV ani sukni Chanel, wiec nic tu po mnie. Zaskoczyło mnie jednak, że już mieli ozdoby świąteczne.
Załącznik:
32.jpg
Załącznik:
33.jpg
Bezczelnie postanowiłem wykorzystać ich wifi żeby sprawdzić gdzie jest jakiś tani supermarket. Trochę daleko, ale uznałem, że spacerek nie zaszkodzi. Naturalnie ściągnięcie mapy Singapuru jest dla słabiaków, a ja to sobie poradzę bez, bo przecież strony świata odróżniać umiem. A widzę, że właściwie trzeba iść cały czas prosto. Nie przewidziałem tylko jednego. O ile na ogół nie można się przyczepić do oznaczeń w mieście lwa i łatwo wszędzie dotrzeć, to niestety gdy jest jakaś budowa, wszystko wygląda inaczej. Akurat na jedną trafiłem, próbowałem obejść, ale przecież nikt tu nie będzie budował jednego budyneczku jak można od razu cały kompleks zagradzając pół dzielnicy. Poziom pomstowania na ten pseudodemokratyczny kraj osiągnął maksimum. Gdy wyszedłem z labiryntu blaszanych ogrodzeń byłem tak skołowany, że polazłam w zupełnie innym kierunku niż trzeba. Screen, który zrobiłem ani trochę mi nie pomógł. Dolazłem do jakiegoś dworca autobusowego, a tam na szczęście była mapa. Ostatecznie znalazłem jakiś inny supermarket w połowie drogi do tego właściwego. Tutaj moje serce zaznało ukojenia. Znalazłem produkty Tesco, choć to nie było Tesco. U nas w Sosnowcu zamykają, więc moje cebulskie serduszko pamiętające jeszcze biało niebieskie produkty Tesco Value mocno łka.
Załącznik:
41.jpg
Trochę zgłodniałem, ale nie wiedziałem czy można jeść na ulicy. A może raczej należy oczekiwać telefonu na policję od każdej przechodzącej osoby. Podjadałem więc przechodząc za kolumnami, a nieliczni ludzie wokół musieli mnie wziąć za wariata. W międzyczasie doszedłem do Chinatown, ale mój telefon nie bardzo chciał współpracować w robieniu sensownych zdjęć. Swoją drogą czy ktoś mi wytłumaczy jak w mieście, w którym większość mieszkańców ma pochodzenie chińskie może istnieć Chinatown?
Załącznik:
34.jpg
Trochę się jednak już uspokoiłem, a może po prostu najadłem i znowu byłem pozytywniej nastawiony do wycieczki. Nie mniej jednak pytanie, po co ja w ogóle tu przyjechałem i jak ja jeszcze tyle dni wytrzymam co jakiś czas nadal się pojawiało w mojej głowie. Wsiadłem do metra i wróciłem do siebie. Zauważyłem, że muszą mieć uraz do monarchii, to pewnie przez panowanie brytyjskie nad tymi terenami w przeszłości. Król durian nie ma wstępu do metra...z drugiej strony może i słusznie. Metro jest dla plebsu, a rodzina królewska niech lektyką się porusza. Jeśli jesteście zwierzętami, które nie mogą się pohamować, to zarząd komunikacji miejskiej przypomina, żeby nie molestować współpasażerek.
Załącznik:
42.jpg
Tego dnia za komunikację miejską policzyło mi 4,63SGD (~13zł). Kończę go siedząc we wspólnej kuchni czekając na mój ramyon, popijając napojem o smaku ptasich gniazd i zajadając się mini bananami. Mimo wszystko cieszę się na następny dzień.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
35 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 23 Gru 2019 11:47 

Rejestracja: 13 Kwi 2015
Posty: 1607
Loty: 54
Kilometry: 49 007
złoty
Były już RTW na bogatości, cebulowe chyba jeszcze nie, więc pięknie zapełniłeś lukę. Lekko autoszyderczy sposób pisania bardzo mi odpowiada, subskrybuję :D
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 23 Gru 2019 12:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1189
Loty: 447
Kilometry: 703 055
srebrny
@adam1987
Dobre!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 24 Gru 2019 15:30 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
Dzień 2 - Singapur/Johor Bahru

Drugi i ostatni dzień mojego pobytu zaczął się wyjątkowo leniwie. Nie miałem powodu by się śpieszyć, gdyż jeszcze z domu kupiłem na Expedii bilety do Asian Civilisation Museum, a otwierają dopiero o 10. Nieśpiesznie zszedłem na moje bezpłatne śniadania. Jego luksusowość odebrało mi mowę, można było zjeść grzanki z dżemem, nie z jednym, nie z dwoma, ani nawet z trzema, a aż z pięcioma różnymi smakami w tym jakimś jajeczno-kokosowym, które nałożyłem sobie od serca, a potem musiałem jakoś przełknąć, bo dzieci w Afryce głodują i nie można wyrzucać jedzenia nawet jeśli nie smakuje. Drugiego tosta też zjadłem z jajeczną, twardym trzeba być i próbować nowych smaków. Odważna deklaracja z ust kolesia, który je na przemian mielone, pierogi i bigos. Trzeci, czwarty, piąty i szósty zjadłem już z (według Europejczyka) bardziej standardowymi dżemami. Proszę, by mnie tu nikt nie oceniał, jak śniadanie jest za darmo, to trzeba się najeść przynajmniej do późnego popołudnia. ;)
No dobra czas się wymeldować, zostawić walizkę do przechowania i ruszyć na miasto. Ach jaka piękna dzielnica. Nie proszę pana, nie potrzebuje kochanki o poranku. No to nieśpiesznie idę do metra, bo już się robi gorąco. Bardzo mi się podobają te wielkie wiatraki nad peronami metra. Wsiadam w zieloną linię i jadę do Raffles Place.
Załącznik:
1.jpg
Załącznik:
2.jpg
Tu jest jakoś garniturowo-biznesowo, nie bardzo pasuję. Na szczęście wystarczy tylko przejść przez rzeką i jestem w muzeum. Kupon przechodzi bez problemu. Według strony muzeum, koszt wstępu dla obcokrajowców to 20SGD, dotyczy to zarówno wystawy stałej jak i czasowej. Można jednak sporo obniżyć tę cenę jeśli zależy nam tylko na stałej kolekcji. Kupując u pośrednika, np. na wspomnianej wcześniej Expedii (bez żadnych kodów) zapłacicie 4,15$ (~5,6SGD). Ja za swoje bilety zapłaciłem 1,83$ i wykorzystałem do tego kod rabatowy, który jak się okazało był jednorazowy. Jak ostatni tłok wykorzystałem procentowy kod rabatowy na absolutnie najtańszą atrakcję jaką chciałem kupić. Żeby wybrnąć z twarzą musiałem zrezygnować z kilku atrakcji w innych krajach. Do tej pory sam przed sobą udaję, że wcale nie chciałem ich odwiedzać i w ogóle to właściwie wykorzystałem kod, a to że coś tam się jeszcze znajdywało w moim koszyku zakupowym to przypadek i na pewno samo się dodało. Wszystko w rzeczywistości wygląda może jeszcze gorzej, bo Singapurczycy wchodzą na wystawę czasową bezpłatnie, ale mają też tańszy bilet na tymczasowe, więc mam nadzieję, że jednak wejść bezpłatnie obcokrajowcy nie mogą.
Muzeum jest podzielone na kilka galerii, a najważniejsza z nich dotyczy wraku statku z czasów dynastii Tang. W jego ładowniach zachowało się bardzo dużo misek (na zdjęciu), lustra (na zdjęciu) i innego rodzaju ładunku w znakomitym stanie. Ze względów historycznych, to bardzo ważny obiekt, gdyż udowadnia funkcjonowanie łańcuchów handlowych między Chinami i Arabami w pierwszej połowie IX wieku. Dla Singapuru to też istotny element budowania tożsamości, pokazujący ważność cieśniny Malakka dla handlu już ponad 1000 lat temu. Co ciekawe statek wydobyto dość daleko od zakładanej trasy. Rząd Indonezji (na jej terenie go odkryto) pozwolił zbadać wrak prywatnej firmie. Jak więc trafił do Singapuru? Kupili go za 1mln$. Na pytanie dlaczego tak mało dostałem odpowiedź, że Indonezyjczycy w tamtych czasach bardziej interesowali się żywą gotówką niż jakimś tam zabytkiem muzealnym. Podejrzanie niska cena wskazywałaby również na jakieś działania korupcyjne, no ale nikt nic wie na ten temat, a Wikipedia podaje znacznie wyższą cenę. Być może ten milion był tylko częścią zapłaty, która należała się rządowi Indonezji, a reszta poszła na konto firmy.
Załącznik:
3.jpg
Załącznik:
lustra.jpg
Znajdziemy tutaj także galerie poświęcone sztuce religijnej z podziałem na religie, jest również część chrześcijańska. Do tego dużo porcelany czy sztuki chińskiej. Dostępne są darmowe wycieczki po muzeum. W różne dni i godziny są to inne fragmenty wystaw. Oprowadzają nas wolontariusze, więc być może ich wiedza nie jest taka sama jak kuratora, ale i tak można dowiedzieć się wiele o mijanych obiektach. Zwiedzając samemu można wiele nie zauważyć. Przykładowo dla mnie ciekawym odkryciem okazała się tajska porcelana. Na skutek embarga ze strony Chin, Tajlandia postanowiła wkroczyć na rynek i zaczęła sprzedawać swoje produkty w miejsce powstałej pustki rynkowej. Polecam także kulturę chrześcijaństwa widzianą azjatyckimi oczami. Mnie to niezmiennie fascynuje.
Załącznik:
5.jpg
Załącznik:
6.jpg
Załącznik:
7.jpg
Załącznik:
8.jpg
Załącznik:
9.jpg
Załącznik:
10.jpg
Załącznik:
12.jpg
Załącznik:
13.jpg
Załącznik:
14.jpg
Załącznik:
15.jpg
Załącznik:
16.jpg
Muzeum nie jest duże, więc 2-2,5 godziny powinny wystarczyć na jego zwiedzenie, nawet jeśli wybierzecie się na jedną z wycieczek. Kolejnym punktem na mojej trasie był obiad w restauracji z gwiazdką oponiarzy. Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć wokół muzeum. Westchnąłem nad stojącym po drugiej stronie rzeki hotelem The Fullerton (kiedyś to było, dżentelmeni, spokój i dobre maniery, a teraz szkło, światła i rozwydrzany tłum robiąc selfiki w basenie na dachu*) i ruszyłem do stacji metra. Po drodze natknąłem się na baner reklamujący Fulltrona w Sydney. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie odwiedzić, ale jak się okazało, że nie mają darmowych próbek, to jednak zrezygnowałem.
Załącznik:
17.jpg
Załącznik:
18.jpg
Załącznik:
19.jpg
Załącznik:
20.jpg
Wysiadam na stacji metra Lavender, a moim oczom ukazuje się Wielka Płyta w wersji XXL (w sumie wczoraj też ją widziałem). No dobra, to gdzie ta knajpa z niebiańskim jedzeniem? Wczoraj poległem, bo miałem tylko kompleks, w którym znajduje się restauracja. Liczyłem na kolejki, które doprowadzą mnie do celu. Dzisiaj wiedziałem dokładnie.
Załącznik:
21.jpg
Kolejka okazuje się zadziwiająco mała, może dziesięć osób przede mną. Nic dziwnego, że wczoraj nie zauważyłem. Choć znacznie ważniejszym powodem jest fakt, że wygląda to bardziej jak stoisko. Coś co według mnie wygląda jak jeden lokal w rzeczywistości jest co najmniej czterema i jeszcze jednym tylko z napojami. Oczywiście tylko do jednego jest kolejka. Normalnie w życiu bym w takim miejscu nie zjadł, ale mam zaufanie do Oponiarzy i w tej cenie nie mógłbym pójść do normalnej knajpy, a na wydanie więcej, pozwolić sobie nie mogę nie raniąc mojej cebulowej duszy. Za szybko się ucieszyłem z małej kolejki. Musiałem i tak stać ze dwadzieścia minut jak nie więcej, strasznie powoli to idzie. Robię zdjęcia budy. Gdy potem pokazuje zdjęcie kolejki, zwrócono mi uwagę, że zrobiłem zdjęcie nóg jakiejś pani. Szczęśliwie nikt mnie nie zwyzywał od zwyrodnialców i nie wysłał pośpiesznym na lotnisko Szymany. Uważajcie, fetysze są różne w różnych krajach, lepiej się nie narażać.
Załącznik:
22.jpg
Gorąc straszny, zaczynam rozumieć dlaczego ktoś postawił stoisko z napojami tuż obok gwiazdkowej restauracji. Ludzie z kolejki nigdzie pójść nie mogą, a pragnienie jakoś ugasić trzeba. Trzymam się twardo, ale i ja muszę ulec urokowi domowej IceTea. Nie pamiętam ile dokładnie zapłaciłem, ale jakieś 2-3$. To było objawienie. Jeśli macie czas na tylko jedną rzecz w Singapurze, to wybierzcie herbatkę. Toż to koncentrat szczęścia w płynie, czterogwiazdkowy napój bogów, cel pielgrzymek spragnionych. Tych herbat to jest tam trochę. Być może inne nie są tak dobre. No trudno, zamawiajcie do skutku. Warte to każdych pieniędzy.
Wracając jednak do budy z jedzeniem, bo inaczej tego chyba nazywać nie należy. Mamy do wyboru 5 różnych dań. Trzy z nich składają się z jednego produktu i możemy je znaleźć w mniejszej ilości również w 2 innych. Są to numer 2 i 3, które są do siebie bardzo podobne. Jedno jest zupą, a drugie nie i mam smażony makaron zamiast gotowanego. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Wszystko dokładnie widać na banerze nad stoiskiem. Podajemy numer dania jakie chcemy zakupić oraz jego rozmiar. Mała porcja kosztuje 6SGD, średnia 8, a duża 10. Dania są gotowane/smażone na bieżąco, dla każdego klienta. Można wziąć sobie także sos, ale ogólnie szerokiego wyboru nie mamy. Cieszę się, ze kolejka szła powoli, bo dopadł mnie klasyczny dylemat cebulaka. Lepiej wziąć małą porcję bo tańsza, czy właśnie największą, bo w przeliczeniu na gramy lub jeszcze lepiej kalorie, jest zdecydowanie bardziej opłacalna. Pytanie co jeśli będzie niezjadliwe? Przynajmniej z numerem dania nie miałem problemu. Od razu zdecydowałem się na dwójkę. Od razu wszystkiego spróbuję, a jeszcze się nawodnię bulionem i nie będę musiał kupować kolejnego napoju. Ostatecznie decyduje się na największą porcję, a co raz się żyje. Można w Michelinowskiej restauracji wziąć to co mają najdroższe w menu, niech w oczy wszystkich kuje moje bogactwo.
Hmmm...no jest to...hmmm chyba wystarczy mi już tych Michelinów na jakiś czas. No, ale herbatkę polecam. W ogóle fajna sprawa, bo nie bardzo były wolne stoliki (są wspólne dla kilku knajpek) i jakaś pani zaprosiła mnie do swojego stołu (czekała aż jej przyjaciółka wróci z kolejki) gdy zauważyła, że próbuję siadać przy jakimś zasyfionym, pełnym talerzy. Ta porcja jest zdecydowanie dla mnie za duża, może to wynikać z faktu, ze przez ostatnie 2 dni ogólnie niewiele jadłem. Jak się jest facetem, to jednak w normalnych warunkach najedzenie się pięcioma łyżkami zupy raczej nie wchodzi w grę. Długo mi zajmuje, ale udaje mi się zjeść to w sumie dość przeciętne danie. No, ale dobra zaliczone i ta herbatka na cześć której można pisać ody.

O z Singapuru herbatko!
przepyszna, że o matko.
Dziękuje Ci za szczęście doznane
i smutki przez Cię zażegnane.
Życie me uratowałaś mnie nawadniając.
Odwdzięczam się lepszym człowiekiem się stając.
Bo gdy spróbuje cię Pan Xi i Trump,
to na świecie zabraknie nie tylko ramp,
ale i waśni, sporów, łez czy miraży.
Taki świat mi się właśnie marzy

Załącznik:
23.jpg
Załącznik:
24.jpg
Objadłem się strasznie, więc idę do metra i udaje się w kierunku Little India. Co ciekawe, na niektórych stacjach możemy zobaczyć poziom zajętości poszczególnych sekcji metra przed jego przyjazdem. Warto też zwrócić uwagę na liczne detale rozróżniające poszczególne linie metra. W przejściu do metra zauważam wymalowaną ścianę z życzeniami wesołych świąt dla hinduistów. Widziałem także bilbordy z takimi samymi życzeniami od lokalnych polityków. Miły akcent. Wielokulturowe miasta mają zdecydowanie więcej świąt w ciągu roku. Jak wiadomo, żaden polak okazji do świętowania nie przepuści, część Singapurczyków zdaje się mieć podobne podejście.
Załącznik:
25.jpg
Załącznik:
26.jpg
Little India rzeczywiście jest Litlle. Jest równie rozczarowujące jak moja dzielnia, trochę śmierdzi, trochę brudno, ale przynajmniej kolorowo i tanio. Spędzam tu jakieś dziesięć minut. To tutaj zazwyczaj mieszkają wszyscy cebulaści podróżni. Również ja początkowo planowałem nocleg w tej okolicy, ale po ośmiu godzinach szukania na stu czterdziestu różnych stronach, porównywaniu cen w różnych walutach i wpisywaniu milionów różnych kodów rabatowych znalazłem nocleg o jakieś 3 złote tańszy.
Załącznik:
27.jpg
Załącznik:
28.jpg
Idę dalej z zamiarem dojścia do Orchard Rode. Jako, ze po raz kolejny idę trochę na czuja, to ostatecznie idę trochę na około, ale nie żałuje, podziwiam Singapur i miejsca, do których absolutnie nikt nie przychodzi, bo i nic tam nie ma. Wchodzę do 7/11, bo chce mi się pić. Napój czekoladowy jest akurat w promocji 1,2SGD za butelkę lub w jeszcze innej promocji 2 butelki za 3SGD. To się nazywa uczenie konsumenta, by nie kupował zbyt wiele na zapas, zero waste.:lol: Drugą butelkę muszę wieć kupić czegoś innego. Patrzę co tam jeszcze mają w promocji i znajduję Bubble Milk Tea, wstrętne jak sama nazwa wskazuje, ale z niezrozumiałego powodu sięgnę po to jeszcze nie raz. Zupełnie najgorsze są te kuleczki, niby nie czuję ich smaku, ale i tak czuje się super dziwnie gdy jem napój. Idę dalej, tablice informują mnie, że wieczorami pić alkoholu w tej części miasta nie wolno. Czy to znaczy, że za dnia można normalnie chlać tu wódę? Czy w innych częściach miasta można to robić całą dobę? A ja ich za państwo policyjne miałem, a tu taki dobrobyt. Nie mniej jednak nie testuje, bo w sumie nie mam z kim. Jest to jakaś wada samotnych podróży, człowiek samemu pić nie będzie, bo przecież nie jest alkoholikiem, nawet jeśli wielkość worka na szklane śmieci wskazywałaby na coś odwrotnego. Niby wiadomo, że do baru można iść i samemu, ale znajomość języka nie taka, alkohol nie taki, umiejętności socjalizacji nie wystarczające, brak manier po alkoholu to kosztuje, więcej niż w supermarkecie.
Załącznik:
29.jpg
Załącznik:
31.jpg
Wreszcie wiem dokładnie gdzie jestem, bo dochodzę do stacji metra. Mam do pokonania jeszcze dwie przed sobą, ale nie będę wsiadał, o na taki dystans to się przecież nie opłaca. Obok jest centrum handlowe gotowe na święta. Serio, trochę chyba ich poniosło z tymi dekoracjami. Może im święta mają bardziej konsumpcyjny charakter, tym wcześniej zaczynają się zakupy. Tak się teraz zastanawiam czy da się stworzyć dekoracje na Dzień Singla? Na Walentynki są, więc może i tutaj jest szansa. Wydatki konsumentów stale rosną, Black Friday już przebiły, więc może w przyszłości świąteczne choinki od końca października będą musiały ustąpić innemu świętu. W Polsce w sumie zaczynamy trochę później, bo grobing. Cieszę się, że wybrałem trasę naziemną, miła okolica i jeszcze się okazuje, że będzie Festiwal Kina Francuskiego, jak miło. Jak chciałem znaleźć jakąś wyższej klasy rozrywkę, to nie bardzo mieli...znaczy kino francuskie to może też nie jakieś nie wiadomo co, ale zawsze trochę ambitniejsze niż Disney. W Japonii mają te swoje teatry Nō i Kabuki, a tutaj to sam nie wiem, choć próbowałem się dowiedzieć. Z drugiej strony nie bardzo miałbym pewnie kiedy iść, no ale miło by było zobaczyć coś nowego.
Dochodzę do Orchard Rode. Trudno powiedzieć po co tu przyszedłem, bo po raz kolejny okazuje się, że nie potrzebuje nowej torebki od Hermes'a, ani niczego od Dior'a. Tłumy ludzi, jakieś tam dekoracje świąteczne i wreszcie coś na co mnie stać. Mikro McDonald's, aż chwilę muszę ze sobą walczyć czy przypadkiem nie kupić loda. Z jednej strony cały czas czuje moje gwiazdkowe danie, ale z drugiej będzie się można pochwalić, że zrobiłem zakupy na Orchard Rode w Singapurze. Cebulactwo jednak wygrywa. Szczerze, pierwszy raz widzę takie coś, ale jak się później okazało nie ostatni. Zazwyczaj pełnowymiarowy McD jest gdzieś obok. Doceniam też okoliczne drobne dodatki jakie spostrzegam chociażby na słupkach przed przejściem dla pieszych. Znajduje się na nich symbol lwa, czy tam Merliona, ale w sumie tu tylko głowę lwa widać, więc kto ich tam wie.
Załącznik:
33.jpg
Załącznik:
32.jpg
Idę dalej, aż natrafiłam na kolejną świąteczną dekorację. Tym razem trochę makabryczną. Ktoś chyba zbyt dosłownie wziął sobie przyśpiewkę "A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Choć może nie tak dosłownie, bo tu chyba liście nie opadają, no i fakt, że mikołaje ubierają się na czerwono nie koniecznie oznacza, że od razu są komunistami. Nie mniej jednak, Panie i Panowie, świąteczne masowe samobójstwo mikołajów"TM.
Załącznik:
34.jpg
GRANICA Singapur-Malezja

Dużo czasu mi już nie zostało, więc wracam do hostelu po najgłośniejszą walizkę świata i udaje się do metra w celu dojechania na przystanek Woodlands. Nabijam się z plakatu pokazującego jak należy stanąć na schodach, po czym sam na te schody wchodzę i widze jak ktoś o mało się nie przewraca, bo nie zrobił tego zgodnie z tym jak normalnie każdy staję na schodach nakazuje plakat. Po drodze studiuję prawidłowe zachowania w transporcie publicznym. Robiłem to za każdym razem. Chciałem zrobić zdjęcie z moją ulubienicą StandUp Stacy, ale niestety jest tłok i muszę się zadowolić Bag Down Benny'm.
Załącznik:
35.jpg
Dojeżdżam do stacji docelowej, Woodlands. Tutaj zamierzam złapać mój autobus do Malezji, a konkretnie do JB Sentral. Autobus TranStar ma kosztować tylko 2SGD. Można też za darmo z lotniska Chengi jeśli lecimy Scootem. Tutaj znajdziecie warunki oferty. Widać, że to jednak już prawie Malezja. Zupełnie nie mogę trafić na odpowiedni przystanek. Jest jeden wielki dworzec, ale w sumie nie bardzo wiadomo co i jak. Wygląda jakby odjeżdżały tutaj tylko autobusy miejskie. Gdy pytam w informacji kierują mnie do autobusu 950. Właściwie jedzie dokładnie tam gdzie chcę, wiec w sumie czemu nie. Kosztuje tylko 1,75SGD. Już zaczynam rozmyślać gdzie pojadę za zaoszczędzone 0,25, Karaiby? Hawaje? po Tesco wózkiem? W tym momencie Pani z informacji, zabójczyni marzeń i radości wspomina, że płatność tylko gotówką u kierowcy i że nie wydaje reszty. Jako, ze mam tylko dwójki, to nic nie poradzę, zero oszczędności. Będę żałował tego przez kolejne kilkanaście minut jazdy. Idę karnie stanąć w kolejce, do każdego autobusu jest oddzielna i czekam. W między czasie robi się ciemno. Podjeżdża autobus, płacę kierowcy i odbieram bilet. Jest malutki, ale bardzo ważny. Pod żadnym pozorem go nie gubcie.
Załącznik:
123.jpg
Autobus pełny, ruszamy i zaraz się zatrzymujemy, bo jesteśmy praktycznie pod granicą i stoimy w korku. Ci bardziej zaznajomieni z realiami, wysiadają i idą piechotą do granicy. Inni jeszcze trochę czekają. Buspas buspasem, ale i tak wygląda to słabo. Kolejne osoby wysiadają. Ja nie chcę dać za wygraną. Będę przez most szedł piechotą? No przecież mi nie pozwolą. Drugi autobus gdzieś złapię? Ciekawe jak? Spoglądam na gigantyczną kolejkę samochodów oraz motocykli.
Załącznik:
36.jpg
Ostatecznie jednak decyduje się wyjść, bo boje się, że nie zdążę w tym tempie do mojej noclegowni w JB. Prawidłowo, jak się okazuje, wszyscy muszą wyjść z autobusu, a granicę pokonuje się pieszo. Co oznacza, że nie potrzebnie siedziałem pół godziny w autobusie przejeżdżając pięćset metrów.
Idę chodnikiem zgodnie za strzałkami po czym schodami do góry i już się jest na granicy. Niestety jako obcokrajowcy musimy ustawić się w osobnej kolejce po prawej od wejścia trochę bardziej w głąb. Czasami jest więcej stanowisk, czasami mniej, ale należy się liczyć z koniecznością dłuższego czekania. W moim przypadku było to z pół godziny. Trochę się ludzie wpychali, więc trzeba uważać. Niektórych przetrzymują dłużej, ale raczej dotyczy to takich, którzy wyglądają na muzułmanów albo mają turban. Mną nie byli zainteresowani.
Przechodzę przez granicę i idę schodami w dół, a tam już czekają na nas autobusy...znaczy się mojego akurat nie ma, ale jest linia, w której należy się ustawić i go oczekiwać. Korek straszny. Przyjeżdżają absolutnie wszystkie linie tylko ten jeden singapurski ZTMowy nie chce. Czekamy z kwadrans, aż w końcu się pojawia. To nie tak, że musicie wsiąść do dokładnie tego samego pojazdu, którym jechaliście, ale często tak to będzie wyglądać. W tym momencie należy pokazać wcześniej wydany bilecik, aby mogła go przedrzeć Pani konduktorka stojące przed autobusem. Większość ludzi jeździ na karta miejskich, więc tylko nieliczni mają te karteczki. Jakiś Pan Turysta oczywiście nie ogarnął, ale że jest turystą, to ma prawo nie ogarniać i pozwalają mu jechać za darmo. Nigdy jednak nic nie wiadomo, a nikt nie chce chyba płacić łącznie 3,5SGD za przejazd.
Dalszą drogę (właściwie most i niewielki kawałek za mostem) autobus pokonuje dość szybko. Zatrzymujemy się na JB Sentral, ale przed nami jeszcze granica malezyjska. Hala jest przestronniejsza i nowocześniejsza niż Singapurska. Znacznie więcej też stanowisk kontroli. Z niezrozumiałego dla mnie powodu, w niektórych stoi po sto osób, a w niektórych dziesięć. Stawiam się w tej najkrótszej, ale idzie ona jakoś wolno. Najlepiej wybrać jakieś pośrednie. Standardowe pytanie "po co do Malezji? na jak długo?". Wbijają pieczątkę i gotowe. A ja wreszcie doceniam Singapur, bo absolutnie nie ma tu żadnych sensownych oznaczeń. Choć wiem gdzie mam mój nocleg, to absolutnie nie wiem jak wyjść z tego budynku, kręcę się i wiercę i nawet nie wiadomo kogo zapytać. Odważnie ruszam w kierunku, w którym znajdę drogę do mojego pensjonatu. Wychodzę z budynku i widzę, ze to jakiś wielki parking, gdzie wszystkich odbierają. Zaraz zanim autostrada przez którą przejścia nie ma. No nic muszę się cofnąć...a tam napis, że zakaz powrotów. Myślę sobie przechlapane. Co ja niby teraz zrobię. Jest ciemno, nie wiem nawet w co wsiąść, żeby nie odjechać za daleko i nie musieć wracać zbyt długo. Widzę jakiś żołnierz odpowiada na jakieś podobne pytanie jakiejś rodzinie. Myślę sobie, ze poproszę go o pozwolenie na wrócenie do terminala. Stoję i grzecznie czekam, aż przestaną rozmawiać i wtedy zaczepia mnie jakaś Malezyjka, wybawczyni, interpretatorka malezyjskiej kultury. Pyta się mnie co i jak. Opowiadam, że mam nocleg obok (sprawdza na mapie), ale tu jest autostrada i nie mam jak przejść, a nie mogę wrócić, bo jest zakazane. Ona na to, że koleżanka ją podwozi, to i mnie może zabrać. Myślę sobie wyboru za bardzo nie mam. Z twarzy jej dobrze patrzy, no trudno ryzykuję. Wtedy zrozumiałem co znaczy Malezja. Trochę rozmawiamy i okazuje się, że jakiś tam znak zakaz powrotu, to w sumie nie ma znaczenia i można wrócić. A autostrada czy inna droga szybkiego ruchu, to też nie problem. Jest droga, chcesz przejść, to przechodzisz. Dla człowieka, który nawet nocą jak nic nie jedzie stoi na czerwonym świetle na wiejskiej drodze to jak podkopanie wszystkich fundamentów życia. Jak to przejść przez drogę? Ale taką szeroką? Moja nowa znajoma zupełnie nie rozumiem o co pytam. Jest droga, chcesz przejść, to przechodzisz, proste jak konstrukcja cepa. Z wrażenia zaczyna mi aż lecieć krew z nosa. No, ale trudno przechodzimy. Skoro już przeszliśmy, to nie muszę z nią jechać, więc się żegnam. Ona jeszcze pyta czy wszystko ok? Ja mówię, no tak to już jest, nic mi nie będzie. Dziękuję jej za uratowanie i udaje się w sobie znanym kierunku, co prawda ona utrzymywała, że moja droga to ta obok, to jednak okazało się, że miałem rację i wybrałem właściwą. Oczywiście polazłem za daleko, bo szukałem budynku po lewej, a był po prawej. W końcu jednak docieram. Pan właściciel już na mnie czeka. Jako, że spędzam tu tylko jeden nocleg, to dostają łóżko w "głównym pokoju za kotarami. Trudno to zdefiniować, ale nocleg jest właściwie w normalnym, może nieco większym domu. Dostaję ręcznik, pościel i własny wiatrak, nie narzekam, bo zapłaciłem za to 15zł. W łazience są wszystkie kosmetyki i...jaszczurki. Od razu widać, że wszystko działa tu zupełnie inaczej niż w mieście za rzeką. Pan właściciel przynosi mi butelkę wody, bo widzi, że jestem zmęczony i spragniony. Miłe i bardzo się z tego cieszę, bo już naprawdę nie wiedziałem gdzie mogę kupić coś do picia. Idę spać.


SINGAPUR - Podsumowanie

Zalety
- Właściwie wszystko jest dobrze zorganizowane, oznaczone i działa porządnie,
- Metrem można jeździć na zwykłej karcie debetowej,
- Używają angielskiego,
- Duża ilość darmowych wycieczek w muzeach,
- Jest ciepło nawet jak jest zimno.

Wady:
- Jak dla mnie temperatura i w ogóle klimat w ciągu dnia jest nie do zniesienia,
- Koszty wstępów do atrakcji nie są zbyt niskie,
- Czasami nie używają angielskiego, szczególnie w bieda dzielniach jak moja, gdzie więcej jest chińskiego, ale może też się pojawiać malajski,
- Jest jednak stosunkowo drogo, szczególnie gdy porównamy ceny z tymi w okolicznych krajach,
- Prawo jest surowe, a państwo nie do końca demokratyczne, wiec należy jednak się pilnować.

Dlaczego warto przyjechać:
- Herbatka przy gwiazdkowej restauracji Michelin'a,
- Najtańsza restauracja z gwiazdką Michelin'a,
- Granica z Malezją to ciekawe doświadczenie, ale musicie się mu poddać, bo inaczej zmieni się w traumę,
- Chyba najlepiej zorganizowane Państwo w tej części świata,
- Gardens by the Bay - miło się po nich chodzi, fajnie to wszystko wygląda i jest za darmo. Pokaz świateł byle jaki, ale znane piosenki i światełka nawet przy słabej choreografii są spoko.

Największe rozczarowania:
- W sumie to nie jestem pewny czy jest tu coś nie wiadomo jak zachwycającego jak jesteś biedakiem cebulakiem,
- Jewel jest spoko, no ale nie jest to żaden siódmy cud świata,
- Gwiazdkowa kuchnia jak dla mnie be szału,
- Nie dostałem upgradu z mojej nory do Sands Suites w Marina Bay Sands

Rekomendacja:
Zróbcie sobie kilkunastogodzinny stopover w czasie podróży po innych zakątkach tej części Azji. Dla odważniejszych polecam przejście przez granicę z Malezją, ale absolutnie nie kupujcie biletów z Johor Bahru zamiast z Singapuru do Kuala Lumpur jeśli robicie to tylko dla oszczędności. Jeśli bilet z SIN będzie za mniej niż 50SGD, a z Johor za 0, to lepiej, a przede wszystkim wygodniej wybrać SIN.


*Tak, będę usilnie pokazywał moją niechęć do Marina Sands Bay. Wcale nie z powodu tego, że mnie tam nie było bo bym musiał podnieść budżet wycieczki dwukrotnie i zazdroszczę bo nie mam żadnych punktów wymienialnych na noclegi i nie wiem jak się je zbiera. Po co pieniążki wydawać i lecieć na RODOS jak Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką też są spoko. :roll:

No to tak na koniec życzę Wam Wszystkim Wesołych Świąt.
Nowych, cichszych, bardziej ekonomicznych i ekologicznych samolotów,
Bankructwa CSA, to może zamiast bitwy o Wiedeń będziemy mieli bitwę o Pragę, zawsze to bliżej,
Aby Wasze cebulactwo było tylko z sentymentu, a nie ze względu na brak środków na koncie,
I żeby somsiadowi się zepsuło Passeratii,
No i ogólnie miejcie ten Xmas Fun,

Życzyłem ja i jakieś randomowe singapurskie centrum handlowe.
Załącznik:
30.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez adam1987 25 Gru 2019 13:27, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 24 Gru 2019 16:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4645
HON fly4free
Wigilijna atmosfera służy Twemu słowopisarstwu :D
Za wyjątkiem jednego... Ten "Orchid Rode", to zapewne Orchard Road :D ?

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 25 Gru 2019 13:29 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
Dzięki za zwrócenie uwagi, mój błąd. :)

Z Singapuru nie zrobiłem sobie notatek, aż się boję jak popłynę później.
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 03 Sty 2020 01:24 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
Dzień 3 - Malezja -> w Drodze do Kuala Lumpur

Jako, że woda, którą dostałem dzień wcześniej normalnie jest płatna według kartki przy łazience...no chyba, że polubi się pensjonat na facebooku, czego nie zrobiłem. Każdy cebulak jest jednak honorowy, więc postanowiłem tutaj zareklamować mój nocleg - link do bookinga. Jest tanio i blisko do granicy, więc kilku osobom, które uznały lotnisko w Johor Bahru za mediolańskie Bergamo i postanowiły oszczędzić na locie do KL 3,8zł, może się przydać.
Choć samolot dopiero o 11, to ze względów logistycznych idę na autobus o 8:00. Następny jest o 9:00 i teoretycznie dojeżdża na lotnisko o 9:50, ale Pan w pensjonacie radzi mi wybrać wcześniejszy ze względu na możliwe korki. Wychodzę chwilę po siódmej, bo nawigacja mówi, że trasa zajmie mi jakieś 45 minut ze względu na konieczność obejścia głównej drogi (nie ma przez nią przejścia). W bramie spotykam właściciela. Pyta mnie czy wiem jak iść do autobusu. Mówię, że tak, w prawo i dookoła. On na to, że nie, że w lewo i tak jak idzie droga, przejść przez ulicę, a potem cały czas prosto. No niech będzie. Jak się okazuje przejścia na tej drodze, żadnego niema, a to jednak 6 pasów jak nie więcej. Malezyjczycy wyraźnie mają inne nastawienie do użytkowania dróg przez pieszych, a to co zrobiłem wczoraj nie było tylko pomrocznością jasną śpieszących się do domu osób. Tak się tutaj chodzi i tyle. Samo miasto nieco mnie przeraża. Pies wygląda na zagłodzonego, ale właściciel tego nie dostrzega, choć widać, ze jest z nim zżyty. Widać spore dysproporcje i nierównomierność, raz rozpadająca się ruina, a obok szklane wieżowce, źle się tu czuję.
Załącznik:
typowy johor.jpg
Załącznik:
typowy johor2.jpg
Oszczędziłem jakieś pół godziny. Dochodzę do dworca, ale kolejowego, pytam o drogę i okazuje się, że trzeba iść w prawo i w dół (są już dalej oznaczenia). Znajdziemy tam mini poczekalnie i możemy kupić tu bilety, lotniskowy (AA1) kosztuje 8 MYR. Stanowisko odjazdu autobusu jest na lewo od wejścia, na samym końcu...nawet już za wszystkimi stanowiskami, tabliczki mogą wprowadzać w błąd.
Załącznik:
autobus na lotnisko.jpg
Podróż przebiega bez problemu, autobus jest w stylu autokarowym i ma dobrą klimę. Przez okno można podziwiać miasto, widać jak bardzo się rozwija, ale chyba zawsze będzie to tylko Jersey dla singapurskiego Manhattanu. Niby te same szklane domy, ale jednak nie to samo. Przejeżdżamy też obok cmentarza, który mnie zaciekawił.
Załącznik:
cmentarz.jpg
Podróż na lotnisko zajmuje mi około godziny, wiec mam jeszcze sporo czasu. Okazuje się, ze lotnisko jest nagradzane, początkowo nie wiem dlaczego, ale jednak automatyczna maszyna do lodów przyciąga moją uwagę. Ze względów na wysokie koszty nie decyduje się jednak na zakup.
Załącznik:
nagroda.jpg
Pierwsze co muszę zrobić, to odprawić się na mój lot. Kilka automatów do odprawy w AirAsia znajdziemy na lewo od informacji lotniskowej, niedaleko wejścia. Odprawa jest bezpłatna, nawet w niskiej taryfie. Akurat nie było kolejki, więc załatwiam wszystko w pół minuty, dostaję papierowy wydruk (dosłownie, cienki jak zwykła kartka) i idę na poszukiwania jedzenia.
Załącznik:
sanei airport.jpg
Załącznik:
odprawa AirAsia.jpg
Decyduje się na KFC, a tam na ziemniaczaną niespodziankę (jest też ryżowa). Ziemniaczane coś z KFC to odkrycie sezonu, nie dość, że zjadliwe, to jeszcze coś nowego. Nie wiem czy to było, aż tak dobre, czy może odezwała się we mnie tęsknota za ziemniakami. Ziemniaczki w każdej postaci, to cud, miód i malina, nigdy się nie nudzą w przeciwieństwie do ryżu. Swoją drogą, oferują tutaj też vouchery od 5MYR...trochę nie wiem co ma myśleć obdarowany, skoro nie starczy mu nawet na zestaw.
Załącznik:
kfc.jpg
No ale dobra, gdzie ja jestem? Pomyśleć, że narzekałem na Singapur. Czy naprawdę tak trudno zrobić znaki gdzie trzeba iść? Serio nie mam pojęcia gdzie jest odprawa. Jak się okazuje, to dlatego że jest bardzo niepozorna, raptem jedna taśma. Przeszła butelka z wodą, w ogóle olewają płyny, bo lot krajowy. Przechodzę bardzo szybko, mam masę czasu, wiec idę zjeść w burger kingu. Wybieram wegetariańskiego burgera z grzybami, żadne odkrycie sezonu. Myję ręce, żeby mama była ze mnie dumna (przynajmniej tak zapewnia nalepka na zlewie przy "sali" ze stolikami. Jest sporo wygodnych miejsc do siedzenia, zdaje się, że mogą masować za opłatą, ale ludzie po prostu na nich siedzą.
Załącznik:
siedzenia.jpg
Odprawa się nieco opóźnia, a że działa to jak działa, to wolę stać obok, żeby przypadkiem nie przegapić. Wreszcie zapraszają do kolejki, formują się dwie (priorytetowa i dla biedaków), Koreańczycy nie ogarniają co i jak do tego stopnia, że koleś z obsługi jest wyraźnie poirytowany. W ogóle, jak na tym lotnisku jest zimno. Czekam długo, więc przemarzam do tego stopnia, że w kurtce wychodzę na zewnątrz do samolotu. Idziemy standardowo piechotką z terminala, więc muszę wyglądać dziwnie. W samolocie "mgła", więc lot spędzam w zapiętej bluzie, ale już bez kurtki (głównie dlatego, że wrzuciłem ją do góry i nie chciałem po nią wstawać. Rozrywkę Pokładowa uboga i właściwie nic nie jest mi znane na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony miło, że w ogóle jest jakaś...jakby nie patrzeć byłem ty zszokowany i to zupełnie serio i pozytywnie. Dużą wadą jest możliwość włączenia czegokolwiek dopiero na wysokości przelotowej, wcześniej można tylko przeglądać. W końcu zaczyna działać, a ja włączam jakiś film o Melbourne (kolejny punkt podróży po Malezji) licząc, że może mnie do czegoś zainspiruje. Z tych kilkudziesięciu sekund nic nie wynika, taka bardziej pseudo reklamówka. Jeszcze raz przeglądam seriale, a tam moim oczom ukazuje się Li Xi An na plakacie promującym jeden z seriali. Pół milisekundy później nerwowo klikam w przycisk play, żeby się przekonać czy mnie oczy nie mylą. Nie myliły. Obejrzałam tylko 12 min i już rozpoczynamy zniżanie, więc wyłączyli rozrywkę pokładową. Początkowo mam ochotę obejrzeć do końca ale w sumie wydaje mi się to kolejny kiepski i banalny romans. Ambitna kobieta nieczuły mężczyzna i uroczy Second lead, Który pod koniec zostanie porzucony. Oczywiście nie wytrzymam w tym postanowieniu, ale też nie obejrzałem nigdy do końca.* Lot minął bardzo szybko, w końcu w linii prostej to tylko 251 km co czyni go moim najkrótszym przelotem. Co ciekawe, poprzedni (TXL-SIN) okazał się moim najdłuższym (w linii prostej).
Załącznik:
samolot.jpg
AirAsia napisała swego czasu maila o tym jakie to nieuczciwe są nowe stawki w terminalu klia2 (zrównano je z tymi z KLIA), bo przecież to barak a nie jak terminal pierwszy co jest pełen marmurów. Potwierdzam, wylądowaliśmy, rzeczywiście trudno powiedzieć w czym. Jest remont, jest mnóstwo ludzi, tłok. Gdy jednak wyjdzie się trochę za bramki okazuje się, że znajdujemy się w wielkim centrum handlowym. Właściwie nie do końca jestem pewien gdzie mam iść no ale jakieś znaki są. Po pewnym czasie dochodzę do terminala autobusowego, zjeżdżam windą, bo schodów nie znalazłem. No ale niestety, nadal nie wiem gdzie znajdę mój autobus. Przed wejściem widzę stanowisko osoby która powinna mi pomóc ale oczywiście jej nie ma. Wracam więc do terminala. Próbuje dowiedzieć czegoś w Internecie ale nic z tego. Wreszcie pytam w kasie. Okazuje się, że wszystko jest ok i mam czekać, aż coś przyjedzie. W sumie nie do końca wiadomo gdzie, ale stanowisk postojowych nie ma zbyt wiele...no da się wzrokiem jakoś to objąć. Po jakimś czasie podjeżdża mój autobus. Pokazuje bilet (na telefonie) i mogę już wejść. Co ciekawe byłem chyba jedynym, który kupił go przez internet, dzięki czemu mam zapewnione miejsce, dla niektórych zabrakło.
Załącznik:
bus z KUL.jpg
Bilet na Skybus kupiłem na komórce siedząc na lotnisku w JB. Kosztowało mnie to tylko 11MYR (10,2zł), czyli o 1MYR mniej niż gdybym kupił stacjonarnie. Takich luksusów to się nie spodziewałem, trzy siedzenia zamiast czterech, fotele są wygodne, szerokie i częściowo rozkładane. Niestety nie ma WiFi. Podróż niestety dość długa. Po drodze mijamy co najmniej trzy bramki na autostradzie, w końcu lotnisko jest 50 km od miasta. Ludzie narzekają na odległość do Baranowa. :lol: Po ponad godzinie dojeżdżamy na KL Sentral.
Załącznik:
w drodze z lotniska.jpg
Załącznik:
kl sentral.jpg
Oczywiście nie wiadomo gdzie należy iść. Próbuje wymyślić na własną rękę ale nic z tego. Trafiam do centrum handlowego, robię zakupy, i po jakimś półgodzinie dalszych prób decyduje się na pójście do informacji Turystycznej. Moje pytanie o to jak stąd wyjść nie spotyka się z aprobatą. "Lepiej weź metro, niby tylko dwie stacje, ale lepiej weź Metro". Początkowo nie daje za wygraną, ale zauważam że nie potrafię stąd wyjść. Rezygnuje z marzeń o niewydawaniu pieniędzy na transport (obecnie już wiem, że dojeżdża tutaj nawet darmowy autobus (GO KLbus - linia czerwona) i nie musiałbym iść czterdziestu minut piechotą), idę do automatu kupić bilet. No oczywiście, tylko gotówka. Szukam dalej, ale wszystkie takie same. Daje za wygraną i płacę gotówką. Jak dobrze że wziąłem trochę jej że sobą, zazwyczaj nie miałem prawie nic. Wsiadam do metra i przyjeżdżam dwie stacje. Wysiadam na stacji “Dataran Merdeka”.
Okazuje się, że jestem w centrum starego Kuala Lumpur. Na szczęście mój nocleg nie jest daleko. Okolica wygląda okropnie, jak zawsze zresztą, gdy wybieram hostele kierując się ich ceną. Jak zawsze mam też problemy z dotarciem na miejsce. W recepcji okazuje się, że chcą gotówki. Trochę zaczynam się już irytować. Sprawdzam potwierdzenie rezerwacji, a tam wyraźnie widać, że można płacić kartą. Stanowczo domagamy się płatności kartą i wtedy na nią pozwalają. Czy naprawdę trzeba się wszystko wykłócić? Jak to możliwe, że mieli najwyższy budynek na świecie ponad 20 lat temu, a cały czas wszędzie chcą nadal gotówki. No nic to tylko 36MYR (niby za mało do płatności kartą) nie wymagajmy zbyt wiele. Niby ma nie przejść i wtedy ściągną z rezerwacji, ale o dziwo wszystko zadziałało. Oczywiście ośmieszam się gubiąc klucz. Szukam po całym pokoju. Idę na recepcję i pytam się czy nie zostawiłem. Koleś z recepcji przeszukuje ze mną cały pokój, klucz się znalazł...w mojej kieszeni. Muszę szybko stamtąd wyjść.
Wychodzę na miasto i idę w stronę wież. Z tego całego pośpiechu zostawiłem mapę. Oczywiście nie ściągnąłem też żadnej na telefon. Na szczęście wiem w którą stronę mam iść...i w sumie widać je też na horyzoncie. A po drodze mijam między innymi KL Tower, oczywiście znajduje się nieco w oddali. Idę dalej i na wysokości C.H. Pavilion wchodzę na skybridge który zaprowadzi mnie pod sam akwaria. Po drodze znajduje się zejście na KL City Walk z różnymi knajpkami. Druga jest o dziwo dość dobrze oznaczona.
Załącznik:
wieża tv.jpg
Załącznik:
skyline.jpg
Załącznik:
streetfoodmarket.jpg
Po kilku minutach docieram przed akwaria. Robię sobie zdjęcie, udając że niby stać mnie na wejście do środka. Jeszcze kawałek i dojdę do powodu mojego przyjazdu do Malezji, po drodze mijam "Inspirujące plakaty". Zajadając się origimi z 7/11 (nie wiem czemu znowu to kupiłem), jak typowy Janusz, wyzywam tych którzy je tu powiesili od złodziei, którzy wmawiają ludziom głupoty.
Załącznik:
brednie.jpg
Załącznik:
2 wieże.jpg
Wychodzę na powietrze i staje pod wieżami. Od razu widać gdzie znajduje się centrum handlowe, dlatego udaję się do wcześniej zaplanowanego miejsca jakim jest Galeria Petronas. Dowiedziałem się o niej z magazynu pokładowego AirAsia kilka godzin wcześniej. Znajduje się ona na skraju centrum handlowego na trzecim piętrze, jeśli się nie mylę. Obsługa wygląda na zaskoczoną, że ktokolwiek przyszedł. Trzeba się zarejestrować (nie sprawdzają prawdziwości danych), ale wejście jest za darmo. Po lewej znajdują się szafki na bagaż. Nawet nie wielki plecak należy odłożyć. Szatnia jest oczywiście darmowa. Siedzę tam dosyć długo. Mam problem z nadaniem kodu. Gdy wychodzę po dłuższej chwili widzę, że ktoś z obsługi przyszedł mi pomóc. Sama galeria nie jest zbyt ciekawa. Choć jako miły dodatek na pewno warto zajrzeć. Obsługi zdecydowanie więcej niż gości, właściwie nie wiem czy nie jestem jedynym gościem. Możecie tu spędzić jakieś 10 może 15 min.
Załącznik:
galeria petronas 1.jpg
Załącznik:
galeria petronas 2.jpg
Załącznik:
galeria petronas 3.jpg
Załącznik:
galeria petronas 4.jpg
Jestem trochę głodny, więc udaję się do food courtu. Po namyśle wybieram jakiś dziwny makaron z owocami morza i sosem pomidorowym. W sumie nie było złe i kosztowało 12 zł, ale wyglądało jak wyglądało. Już powinienem się chyba przyzwyczaić, ale oczywiście płatność tylko gotówką. Trochę mnie telepie, ale jestem głodny, więc przyjmuję do wiadomości.
Załącznik:
obiad.jpg
Postanawiam wyjść na dwór i porobić trochę zdjęć wieży. W okolicy znajdziemy ścieżkę biegową, plac zabaw dla dzieci, a także trochę wody, w której można się ochlapać. Pani z obsługi pilnuje, żeby chodzić po niej i kafelkach boso. Jako, że głównie są tam dzieci, to czuję się trochę jak pedofil, ale nie mogę się powstrzymać żeby przejść sobie po wodzie. Robię pseudo artystyczne zdjęcie "zza wodospadu", ale wyszło tak źle, że o nawet tu nie będę dodawał. Park jest dobrze urządzony, znajdziemy to też kilka punktów, z których najlepiej zrobić zdjęcia wieżom.
Załącznik:
petronas i c.h..jpg
Załącznik:
fontanny.jpg
Wracam do centrum handlowego i trochę się kręcę w oczekiwaniu na wieczorne show. Pewna rzecz przykuwa moją uwagę, na drugim piętrze znajduje się luksusowa toaleta. Zapamiętajcie cebulaki, drugie piętro to marki luksusowe, w ogóle się tam nie pojawiajcie. Łazienka kosztuje dwójkę, więc przez chwilę zastanawiam się czy nie zaznać luksusu ale ostatecznie moja cebulowa dusza mi na to nie pozwala. No ale was zachęcam, na pewno świetne selfie można zrobić w lustrze i jaka chwała. Pewnie opłaca się bardziej niż pusty kubek ze Starbucksa. Tak wiem, zazdroszczę. W tamtym momencie myślę sobie: "takie rzeczy to chyba tylko w satrapi. Kto z tego korzysta jeśli na innych piętrach łazienki są darmowe?"
Załącznik:
luksusowa łazienka pod petronas tower.jpg
No cóż, cały czas mam dużo czasu, więc nieopacznie postanawiam kupić sobie jakieś lody. Wchodzę do 7/11, a tam znajduje lody o smaku kukurydzy i gdy już mam udać się do kasy znajduje również takie o smaku duriana (nigdy nie jadłem). Jak się okazuje nawet tutaj trzeba zapłacić gotówką. Zastanawiam się jak wytrzymam jeszcze dwa dni. Na dodatek jeżeli chodzi o wybór smaku, to był to okropny wybór, obrzydliwy smak i zapach. Czuję obrzydzenie jeszcze przez dłuższy czas. Udaje się do supermarketu w celu zakupienia czegokolwiek co zniweluje posmak. Wyszło mi to średnio, ale przynajmniej zapłaciłem za to coś kartą. Płaczę nad zmarnowanymi ośmioma złotymi.
Siadam sobie naprzeciwko centrum handlowego z widokiem na wieżę. Oczekuję na pokaz fontann. Robi się coraz ciemniej, ludzie się schodzą...jak się okazuje nie tylko ludzie ale i też zwierzątka zwabione zapachem jedzenia.
Załącznik:
durianowe lody i zwierzątko2.jpg
Sam pokaz jest ok, muzyka trochę lepiej dopasowana do rytmu fontann niż światło do muzyki w przypadku Singapuru. Niestety z niezrozumiałego dla mnie powodu pokaz wypada w chwili nawoływania z pobliskiego meczetu. Pokaz trwa jakieś 10 min, nawoływanie trochę mniej, czy naprawdę trudno przenieść to pierwsze żeby nie kolidowało z drugim? Jak widać, łatwiej zbudować zamki na piasku niż stworzyć normalne państwo. Nie wiem czy akurat powinienem wymawiać takie słowa. W tamtym momencie jednak tylko ta myśl przychodzi mi do głowy.
Załącznik:
fontanny nocą.jpg
Po pokazie udaje się z powrotem do hostelu. Oczywiście postanawiam iść inną drogą. Oznacza to, że się zgubiłem. :oops: Próbuje zawrócić, ale trafiam na jakąś budowę. Nie da się przejść jak w Singapurze. Gdzieś lezę i nagle przechodzę obok meczetu, który wcześniej świadomie sobie odpuściłem. Przynajmniej teraz wiem jak wygląda.
Załącznik:
meczet.jpg
Gdzieś znowu polazłem i doszedłem do KL city walk...zamkniętego na cztery spusty. Wydawało by się że dopiero powinien się otwierać a tam wszystko już na głucho. Przechodzę przez kolejne już centrum handlowe, tym razem Pavilion. Wygląda ciekawie i nawet mają jakąś Marvelową wystawę, ale znowu są to zakupy, na które mnie stać.
Załącznik:
de paris.jpg
Trafiłam na ulicę Jalan Bukit Bintang. Niedaleko, na Jalan Alor znajduje się podobno turstyczno-jedzeniowa Mekka. Jest mnóstwo ludzi, a ja jestem zmęczony i chcę do domu, mam dość, chcę stąd wyjechać, jak najszybciej, może być nawet do Singapuru. Znajduje fajny koreański sklep z dziwnymi rzeczami i maskotkami. To trochę mnie uspokaja, nic nie kupuje, ale miło pooglądać śmieszne rzeczy i udawać, ze jest się w jakimś lepiej zorganizowanym społeczeństwie. Idę do hostelu z zamiarem nierobienia niczego. Po drodze mijam jeszcze szkołę oraz spotykam Pana karalucha. Próbuję zrobić mu zdjęcie, ale on najwyraźniej nie jest zainteresowany. Ludzie chyba się dziwnie patrzą, więc musiało mu się zrobić mnie żal, bo wreszcie staje w dogodnym miejscu. Czuje się szczęśliwy. Tak kończy się mój pierwszy pełny dzień w Malezji. Było to dość duże rozczarowanie, ale w sumie ja zawsze tylko narzekam. Zresztą, czyż my Polacy nie jesteśmy w tym ekspertami?
Załącznik:
inspiracja czy nie.jpg
Załącznik:
karaluch.jpg
Na koniec chce wam życzyć, wszystkiego najlepszego w nowym roku, abyście korzystali tylko z luksusowych płatnych kibli i mogli marnować pieniądze na pierwszeństwa wejścia na pokład, a może i nawet na odprawę na lotnisku. :P

*Jak się jednak okazuje ten serial wcale nie wygląda tak jak się spodziewałem. Przeczytałem w internecie, że romansu nie było do końca. Najwyraźniej tylko się wzajemnie disowali. Choć w samolocie udało mi się obejrzeć tylko kilkanaście minut, to po powrocie do domu włączyłem viki.com (link) i okazało się, że mają na niego licencję. Zagadkę rozwiązali w pierwszych dwóch odcinkach. W miedzy czasie dostało się też twórcom Dexter'a za nieautentyczne przedstawienie powodu śmierci jednego z bohaterów. Pamiętajcie, co najmniej 200 ml, a nie 30ml, żeby zabić człowieka o takiej posturze. Udało mi się obejrzeć jeszcze trzeci odcinek (co jest moim nowym rekordem dla produkcji z Xian'em) i sobie darowałem. Nadal nie wiem o co chodzi z tym kolesiem i czemu ktoś wykupuje bilbordy czy tablice świetlne na budynkach z okazji Jego urodzin. Włączyłem ostatnio jego nowy serial, ledwo przetrwałem pierwszy odcinek, którego twórcy na 100% nie są zainteresowani tym jak działają prawa fizyki. Teraz wiem nawet jeszcze mniej. Ani on przystojny, ani nie wiadomo jak utalentowany. "Dzieła", w których gra też ambitne nie są...chyba muszę przyjąć do wiadomości, ze nie jestem chińską nastolatką.
:o


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 03 Sty 2020 06:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 1720
Loty: 211
Kilometry: 432 570
złoty
Cebulak?! Ja tu widzę raczej mało ogarniętego dusigrosza;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
oskiboski lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 03 Sty 2020 15:18 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
to cebulak nie jest dusigroszem? :shock:
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 04 Sty 2020 09:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 1720
Loty: 211
Kilometry: 432 570
złoty
Prawdziwy cebulak wie wszystko najlepiej. Wchodzi do biznes longa, je i pije do wypęku. Zostawi obesrany kibel i pokrzykując na obsługę każe co 5 minut donosić sobie drinki, których nie wypije. Potem zabiera żarcie i picie na wynos, tyle ile zdoła, żeby mu starczyło do kolejnej wizyty. Bo to przecież zapłacone;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
adam1987 lubi ten post.
adam1987 uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 11 Sty 2020 09:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2019
Posty: 68
niebieski
Koleżanka expertka
Adam dawaj dalej
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
adam1987 uważa post za pomocny.
 
 
#13 PostWysłany: 12 Sty 2020 14:38 

Rejestracja: 29 Lis 2016
Posty: 2
Tak, czekamy na więcej. Bardzo nam się podoba Twoja relacja.

Świetne zdjęcia
Góra
 Relacje PM off
adam1987 uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 12 Sty 2020 22:28 

Rejestracja: 22 Lip 2015
Posty: 455
srebrny
-- 12 Sty 2020 22:17 --

Dzień 4 - Kuala Lumpur i okolice

Drugiego dnia pobytu w Malezji wstaje dość wcześnie z zamiarem udania się do Batu Caves. Przed wyjściem jem śniadanie. Są tosty lub płatki. Toster nie działa, płatków nie jadam, wiec zostaje mi świeży chleb tostowy z dżemem i woda z kanistra. Zjadam też smoczy owoc, który zgarnąłem poprzedniego dnia na promocji. W sumie nawet ich nie lubię, ale czuje się fajny je kupując, no i Malezja to w końcu azjatycki tygrys, a tygrys w Azji, to jak smok, bo w sumie jest też pojecie azjatycki smok, choć w sumie nie dotyczy Malezji, no ale nie ważne. Konkluzja jest taka, że smoczy owoc, to prawie jak symbol Malezji i jeszcze fajnie wygląda i symbol luksusu, więc kupiłem, a teraz musiałem to zjeść.
Wracając do jaskiń. Nie trzeba kupować drogiej wycieczki od naganiaczy z ulicy. Można tam pojechać na własną rękę, gdyż dojeżdża tam zwykły pociąg podmiejski. Z dworca centralnego zapłacicie tylko 2.60MYR. Należy pamiętać że pociąg ten to nie to samo co metro, więc ma inną taryfę i automaty biletowe. Częściowo linie biegną wzdłuż siebie ale stacje są oddzielne. Skutkuje to oczywiście moją frustracją gdy próbuję kupić bilet na pociąg stojąc na stacji "metra". Przejście z jednej na drugą nie jest proste, bo po co komu intermodalne stacje i dobre oznaczenia. Jakoś jednak docieram, Jako że nie działa automat kupuję bilet w kasie. Z tym nie działaniem automatu, to nie mam pewności, ale dwóch pracowników kolei stoi przy nich i kieruje wszystkich do kasy. Gdy kupujesz bilet, to dostajesz żeton, który potem należy przyłożyć do bramki. Do pociągu jest jeszcze chwila, wiec czekam w klimatyzowanej przestrzeni nad peronami. Gdy po 10 min próbuje wykorzystać żeton, okazuje się że nie działa, ale na szczęście zostaje przepuszczony przez obsługę. Praktycznie nie ma możliwości sprawdzenia czy nie kłamiesz jeśli kupiłeś kiedyś żeton na zapas, trzeba więc uważać z czym się go nosi, bo można stracić 2 zeta. Sam przejazd pociągiem zajmuje ok. pół godziny. Pociąg jest nowoczesny i wygodny. Należy pamiętać, że znajduje się tutaj specjalny wagon dla kobiet. Nie powinni do niego wchodzić mężczyźni, nawet jeżeli podróżą z kobietami, nie dotyczy to chłopców podróżujących z matkami...oraz nierozgarniętych włoskich turystów, którzy nie potrafią czytać. Podobne strefą są również na peronie. Zawsze gdy widzę takie oznaczenia, zastanawiam się, co musi być nie tak z mężczyznami w tym kraju, że trzeba tworzyć takie podziały. Złorzeczenie i nieuprawnione wywyższanie się trochę poprawia mi humor.
Załącznik:
stacja.jpg
Załącznik:
wagon dla kobiet.jpg
Na stacji końcowej znowu mam problem z tokenem, ale zostaje przepuszczony przez obsługę. Jaskinie znajdują się blisko stacji kolejowej, są oznaczenia, wiec nawet ja się nie gubię. Na początku przechodzimy wzdłuż kilku prowizorycznych straganów, gdzie możemy się zaopatrzyć w bzdety lub wodę. Pomimo wczesnej pory jesteś bardzo gorąco, dlatego zakup tej drugiej może być wskazany. Pierwsze co widzimy to charakterystyczna skała a zaraz potem jedną ze świątyń i duży zielony posąg. Trafiłam na zły okres, z jednej strony odmalowuje jedną ze świątyń, z drugiej trwa jakieś nabożeństwo. Nie chcąc przeszkadzać, więc kieruje się do głównej atrakcji, czyli samych jaskiń. Tutaj jest już sporo ludzi. Prawie wszyscy robią zdjęcia na charakterystycznych schodach więc trzeba uważać. Jest też mnóstwo gołębi i innego rodzaju ptaków. Niektóre są ładne ale większość jest takich brzydkich jak u nas. Robię czterdzieści zdjęć gołębiom i dwa świątyni stojącej za nimi.
Załącznik:
swiatynia.jpg
Załącznik:
skała gołąb.jpg
Załącznik:
schody.jpg
Jako że jest to miejsce kultu religijnego, należy pamiętać o odpowiednim stroju. Na szczęście zapominalscy mogą zaopatrzyć się w odpowiedni przy wejściu (pod bramą). Kosztuje to piątkę albo dwójkę jeżeli zwrócimy(nie jestem pewien na czym polega niższa cena). Jest tutaj więcej atrakcji ale mogą one być płatne lub zamknięte w danym momencie. Przykładowo Dark Cave była zamknięta podczas mojego pobytu z powodu remontu. Mieli ją otworzyć w połowie listopada. Jako że trwał on dziesięć miesięcy, to w najbliższym czasie nie powinno być problemu z dostępem do tej atrakcji. Wstęp do samych batu caves jest darmowy. Całość wygląda bardzo ciekawie, jest kolorowo i egzotycznie. Nie trzeba, więc dodatkowo korzystać z płatnych atrakcji. Przed wejściem stoi złoty posąg, a obok znajdziemy charakterystyczne kolorowe schody, które pojawiają się tak często w relacjach z Malezji. Temperatury w środku jaskiń są nieco lepsze niż na zewnątrz, a liczba schodów, choć wydaje się straszna nie jest trudne do pokonania. Znaczy oczywiście zmęczyłem się strasznie i wypiłem pół litra wody gdy wreszcie wlazłem, ale to wina temperatury. Warto więc przyjechać jak najwcześniej. To nie są takie typowe jaskinie jakby można było się spodziewać. W środku znajdziemy budynki świątynne oraz bardzo dużo ptaków głównie głębi, ale też kur czy kogutów. Zdjęcia ze środka wyszły mi fatalnie (bo trochę ciemno i sztuczne światła), ale uważam że miejsce jest naprawdę ciekawe.
Załącznik:
jaskinia.jpg
Załącznik:
ptaki.jpg
Załącznik:
w jaskini.jpg
Problemem są małpy, choć podczas wchodzenia w ogóle ich nie zauważałem, to u góry było ich całkiem sporo. Zauważyłem też dość przykry obrazek. Jedna z małp usilnie próbowała zjeść plastykową torebkę. Co też komentujemy z napotkaną polką w typowym januszowym/grażynowym stylu: "Niby ten plastik to taki groźny i zwierzęta umierają, a tutaj patrzy Pani, te egzotyczne szczury, to wszystko wp*olą. <rubaszne HEHEHE>" W ogóle to osobna kwestia, te Polaki to wszędzie są, no ja rozumiem, że w samolocie z Berlina, bo to połączenie dla cebulaków i względnie blisko, no ale w Malezji? Z rana? W jakiś tam jaskiniach? Żeby to jeszcze jeden czy dwóch, ale nie, połowa białych ludzi po polsku gada. Nie po to jadę za granicę, żeby nie móc ponarzekać tak żeby mnie nikt nie zrozumiał. No i może byłem sam, więc nie miałem z kim narzekać "na piasek na pustyni czy ciepło w saunie", ale jednak jest ryzyko, bo człowiek słucha co gadają, zaśmieje się, to zaraz przyuważą i będzie trzeba się socjalizować. To dopiero czwarty dzień samotnej podróży, więc jeszcze co najmniej trzy zanim przejdę z "nawet nie próbuj się do mnie odezwać" do <opowiadanie łamanym angielskim historii życia Pani kasjerce w 7/11, bo nie może wezwać policji i musi udawać zainteresowaną moją paplaniną podczas przygotowywania hot doga i "a wie Pani, to jeszcze jednego Pani zrobi, bo tak dobre jak u nas w żabce">. Mimo wszystko, bardzo się ucieszyłem, że akurat znalazła się równa Grażka i sobie ponarzekaliśmy, obśmialiśmy kulturę i dowaliliśmy lewakom. Tego mi było trzeba.
Wracając do małp, nie dajcie się zwieść pozorom, że bieda, głód i otępienie umysłowe. Są bardzo sprytne, a sądząc, bo dużej ilości młodych, nie mają problemu ze znalezieniem pożywienia. Oczywiście nie wynika to z bogactwa okolicznej przyrody, zwyczajnie nauczyły się kraść jedzenie ludziom. Osobiście zauważyłem gdy jedna z małp wyrwała reklamówkę z pomarańczami jednemu z turystów. Wszystko się rozerwało, jakaś pomarańczka potoczyła się na sam dół schodów, ale inne zostały. Małpka zgarnęła co mogła i uciekła. Zaraz przyleciały też inne i równie szybko, jak wódka na weselu, zniknęły. Jeżeli się wyraźnie przyjrzycie niektórym osobnikom, to okaże się, że niektóre z nich trzymają pod brzuchem małe. Schodząc trochę się stresuję, bo gang małp czyha, pojawiają się znikąd i przebiegają tuż przed Tobą.
Załącznik:
małpy.jpg
Załącznik:
aaa.jpg
Postanawiam wrócić do siebie i zaplanować dalszą podróż w terminie późniejszym. Jeśli nie chcecie korzystać z pozostałych atrakcji, ani zakupić pamiątek spędzicie w tym miejscu ok. 0,5 h (dla bezpieczeństwa zaplanujcie jednak godzinę). Jest bardzo gorąca, więc trochę mam dość. Należy uważać, żeby nie spóźnić się na pociąg, bo jeżdżą one co kilkadziesiąt minut. Idę na oślep na stację, wiec mam karne pół godziny. Sprzedawcy przy stacji po raz trzeci dzisiejszego dnia chcą mi wcisnąć wodę. Robię małą rundkę wokół stacji, patrzę na pamiątki i robię kilka bezsensownych zdjęć. Jako, że to ostatnia stacja pociągu, to można do niego wejść kilka minut przed odjazdem. Klimatyzacja robi swoje. Podróż, tak jak poprzednio jest miła i przyjemna. Po drodze zauważam ciekawy budynek. Ogólnie mają tu ciekawą architekturę. O zawodzie urbanisty nikt tu nie słyszał, bo najciekawsze budynki pasują jak pięść do nosa, no ale i tak oko cieszą.
Załącznik:
pomnik.jpg
Załącznik:
okolice jaskin.jpg
Załącznik:
archi.jpg
Wracając do hotelu wstępuje do centrum handlowego przy stacji i zauważam, że tutaj także są gotowi na święta. Mają też świetne ceny na kurtki, zimowe czapki i kożuchy. Jeżeli potrzebujecie, bo temperatura spadła tylko do 29°, a święta jak wiadomo, zgodnie z tym co mówią reklamy, są śnieżne to właśnie tutaj powinniście przyjść. Choć czeka na mnie "zapasowa chińska zupka jakbym nie miał chęci na wydawanie pieniedzy czasu lub możliwość zjeść/kupić czegoś na mieście" to postanawiam coś zjeść. Idę do supermarketu i po dwudziestu minutach włóczenia się w poszukiwaniu najtańszej żywności natrafiam na lody. Może można się żywić czymś innym, ale jest lato (no przynajmniej pod względem temperatury), jestem na wczasach oraz jestem sam, więc nikt znajomy nie będzie mi zarzucał jedzenia lodów na obiad. Postanawiam znowu wybrać jakiś niecodzienny smak. My razem pada na taro, zwane też przez wikipedie kolokazją jadalną. Jest fatalny wybór, po raz kolejny zresztą. Pewnie można było się tego spodziewać, skoro mowa o warzywie, którego jadalne bulwy rosną pod ziemią, co brzmi jak absolutnie najgorsze miejsce do szukania dodatku smakowego do lodów nie licząc dworcowej toalety. Wstępuję również do piekarni. Mają bardzo szeroki asortyment, zarówno słodki jak i nie. Moją uwagę przykuwa mister potatos. Oczywiście go kupuje. Polecam. Co ciekawe przy wejściu są tacki, na które nakładamy wszystkie produkty, które chcemy kupić. Pakowanie odbywa się luksusowo przy kasie przez uśmiechniętą kasjerkę, a nie jak w jakimś biedakowie mniejszym, samemu, brudnymi łapskami. Wracam nieco okrężną drogą (nawet trochę bardziej okrężną niż planowałem) podziwiając ulicę handlową dla biedaków.
Załącznik:
idą święta idzie mróz.jpg
Załącznik:
ziemy.jpg
Załącznik:
ulica.jpg
Po odpoczynku udaje się do tak zwanego starego Kuala Lumpur, żeby porobić zdjęcia. Niestety, zaczyna padać. Nie poddaje się jednak, przynajmniej będzie mniej ludzi. Część budynków jest odnowiona i wygląda bardzo ładnie ale niestety nie wszystkie, a ja akurat mam nieszczęście zacząć od tych drugich. Tutaj w myślach idzie wiązanka pod tytułem "no tak, na szklane pałace to mają, a na dziedzictwo kulturowe, to już nie zawsze, pewnie też by sprzedali statek singapurczykom (albo Koreańczykom) jak Indonezja.", no może trochę ostrzejsza. No ale dobra, jak przyjechałem, to trzeba iść dalej, bo trzy dni opłacone i wszystko musi być zwiedzone. Podziwiam plac Niepodległości (Merdeka Square), wygląda on raczej kiepsko, ale z drugiej strony plac Defilad przed Pałacem Kultury w Warszawie również nie grzeszy urodą, więc są usprawiedliwieni. Znajdziemy to monumentalną flagę w amerykańskim stylu, wielki trawiasty plac i fontanny. Jedna z nich wyraźnie nie działa, albo działa ze zdwojoną siłą gdyż tryska poza obręb fontanny, prawdziwa przodowniczka pracy. W tym kraju nawet fontanny robią co mogą, aby pomóc w rozwoju kraju. Próbuje wejść do St. Mary'S Cathedral, ale niestety nie jest to możliwe. Ucieka mi GO KL bus, więc zrezygnowany wracam do hostelu, by przeczekać deszcz. Mapa mówi, ze na plac i okolicę trzeba poświęcić ok. 3 godzin, pozostałe 2 z haczykiem zostawiam więc na kolejny dzień.
Załącznik:
stare.jpg
Załącznik:
plac.jpg
Załącznik:
odnowione.jpg
Załącznik:
odnowione2.jpg
Załącznik:
teksil m.jpg
Załącznik:
madraka.jpg
Załącznik:
nowe.jpg
Załącznik:
katedra.jpg
Załącznik:
klbus.jpg
Po jakimś czasie wychodzę ponownie. Najpierw podejść do pobliskiego kościoła, a potem postanawiam udać się na zwiedzanie Chinatown (mapa przewiduje na to 5 godzin, w praktyce jeśli tylko łazicie na świeżym powietrzu, to spędzicie znacznie mniej). Robię też zdjęcie z widokiem na stary meczet z 1909r, który technicznie nie jest w chinatown. Wpadam do 7/11 (czy czegoś podobnego), w którym oczywiście płatność tylko gotówką. Pić trzeba, więc daję za wygraną i kupują napój z Elsą męski napój z Iron Manem. Na Old Square Market budują jakąś wymyślną drewnianą konstrukcję. Ja bardziej zachwycam się huśtawką w stylu, dla każdego coś dobrego.
Załącznik:
moja dzielnia.jpg
Załącznik:
meczet.jpg
Załącznik:
meczet2.jpg
Załącznik:
swing.jpg
Robię się głodny, więc ląduje w podróbce KFC. W tym momencie mam kryzys egzystencjalny dotyczący znaczenia słowa "halal". Patrzę na swoją tortille i rozumiem, że to co się w niej znajduje jest z uboju rytualnego. Może i dla wegetarian w sumie jeden pies, ale dla zakompleksionego Polaka co do tej pory żyje zgodnie z babciną zasadą "ziemniaki zostaw, ale mięsko zjedz" różnica jednak jest. Człowiek chce wierzyć, że u nas ubój jest szybki i bez niepotrzebnego długotrwałego cierpienia. Do wyjazdu z Malezji nie jem już mięsa, choć to wcale nie było zmierzone. No, ale "restauracja" to zupełnie inny poziom świadomości. Z jednej strony siedzą Koreańczycy, którzy kupili nowego kurczaka po koreańsku (w sumie też po niego przyszedłem, ale uświadomili mnie, że to ostre i że tego nie chcę), a z drugiej typowi Malezyjczycy coś odwalają. Nie wiem co tam się dzieje ale ktoś długotrwale okupuje łazienkę. Czekam i czekam, aż w pewnym momencie się zorientowali, przeprosili i mnie wpuścilii. Wchodzę, a tam cała podłogo zalana wodą. Ogólnie jest tylko sedes i ta taka rurka z wodą, umywalki są na zewnątrz, na sali. Ok, najwyraźniej musieli umyć dziecko. Ok, nie wnikam, trochę nie ogarniam, ale w sumie to Malezja, tutaj nie wszystko jest oczywiste, przyjmuje to do wiadomości, w końcu to podobnie jak w Polsce. No ale dobra są jednak pewne granicę. Wynoszenie półnagiego dziecka na sale i ubieranie go tam, szokuje nawet mnie.
Jako, że jestem pod samym bazarem na Petaling Street, postanawiam tam zajrzeć. Nic ciekawego nie znajduje.
Załącznik:
bazar.jpg
Kręcę się trochę po okolicy zgodnie z zaleceniami mapy z informacji turystycznej. Postanawiam pójść do Weslay Church (z 1897), ale oczywiście nie jest to możliwe, bo trudno powiedzieć dlaczego, ale nie można przejść, nie ma drogi, a ta tam nie prowadzi i w ogóle się nie da jak mówi mi ochroniarz, choć żaden z nas nie zna języka, którym porozumiewa się ten drugi. Oznakowania jak zawsze fantastyczne. W sumie reklamują się hasłem, Malezja truly Asia, co przynajmniej u mnie na wsi nie brzmi zachęcająco. 😂
No cóż, trzeba iść dalej. Idę pod budowy najwyższego budynku w mieście, a następnie w okolicę stadionu który stoi tuż obok. Jeśli tam będziecie, to zorientujecie się, że właściwie to to samo miejsce, ale nieważne. Droga jest w remoncie, więc trochę trzeba się kręcić. Akurat pracownicy wychodzą z budowy, więc razem z nimi idę kawałek i dochodzę do meczetu. Nie wchodzę do niego, bo trwają jakieś uroczystości. Czas zawrócić, dlatego nie zmieniam kierunku i idę trochę naokoło. Dochodzę do Chinatown od drugiej strony. Wygląda bardzo ciekawie, to połączenie nowoczesności ze starymi budynkami. Tuż obok jednej ze starszych kawiarni postawiono nowego Sheratona.
Załącznik:
kl118.jpg
Załącznik:
stadion.jpg
Załącznik:
meczet Al-Bukhary.jpg
Zapuszczam się w wąską uliczkę i wbijam komuś na sesję zdjęciową. Z wielkim taktem próbuj się oddalić, ale oczywiście nie bardzo mi to wychodzi, bo bardzo tam ładnie, a ja chciałem szybko trzasnąć zdjęcie. Jeśli dobrze pamiętam, to wejście jest od Lorong Panggung, blisko początku ulicy przy nowym tanim Sheratonie. Łatwo zauważyć wejście, bo są tam podwieszone lampiony chińskie.
Załącznik:
groch z kapustą.jpg
Powoli zaczyna ciemnieć. Na szczęście został ostatni punkt mojej podróży, hinduski świątynię. Początkowo nie zamierzam wchodzić. Ostatecznie się na to jednak decyduje. Jeżeli chcecie wejść musicie zdjąć buty. Obok jest przechowalnia, kosztuje ona 20 czegokolwiek oni tam mają jako grosze. No jak prywatny parking dla waszych najeczek z wyprzedaży, powiało luksusem i bezpieczeństwem. U mnie na dzielni (w kraju) kolegę skroili kiedyś na buty. :shock:
Skoro już wydałem taką fortunę to siedzę w środku świątyni co najmniej 15 min chociaż wystarczyłyby trzy. Robię 1 000 000 zdjęć, oczywiście prawie żadne z nich nie wychodzi. Myślę, że warto mimo wszystko zobaczyć, tym bardziej, że to budynek z 1873.
Załącznik:
hindu.jpg
Załącznik:
środek.jpg
Kiedy wychodzę i kieruje się w stronę hostelu zauważam, że po drugiej stronie można zostawić buty za darmo, po prostu pod ścianą, co robią zwyczajnie Hindusi niebędący turystami. Żal po stracie 0,20MYR trwa przez resztę wieczoru. Moje buty mają z różnych nieoczywistych powodów dziurę, wiec i tak by się nikt nie pokusił.
Mijam jeszcze najstarszy zakład fryzjerski, jeżeli dobrze rozumiem. Udaje się też pod Central Market i okoliczne ulice gdzie niestety nic ciekawego nie znajduje. Próbuje przejść na drugą stronę zgodnie z planem na mapie ale okazuje się, że nie jest to możliwe. Zastanawia mnie po co dają nieaktualne mapy w informacji Turystycznej. Jestem jeszcze bardziej zdenerwowany, ale to chyba już dla mnie norma podczas tego wyjazdu, a może po prostu podczas mojego życia. obok jest przystanek go KL Busa, mój cel podróży. Wsiadam i jadę do siebie. Co ważne w środku jest dostęp do bezpłatnego, dobrze działającego wifi.
Załącznik:
market.jpg


-- 12 Sty 2020 22:28 --

@elwirka ucz mnie o Mistrzyni :D

Ze statusów to ja mam tylko w Wizzairze (właściwie to właśnie mi się skończył) :lol: Planowałem nawet sobie wyrobić Priority Pass i żywić się w salonikach, bo loty miałem naprawdę często, ale jak sobie policzyłem, to w sumie zupki chińskie są tańsze. Istotny był też fakt, że głównie podróżuję z jednego kartofliska, na drugie kartoflisko, więc tam nawet nie zawsze jest gdzie wejść na takiej karcie. No dobra, ważniejsze było, że to prawdopodobnie jedna z ostatnich moich długich podróży w najbliższym czasie, a przez cały rok obyłem się bez saloników i teraz bym mi szkoda kasy było na trzymanie karty przez prawie cały rok w szafie.

Dzięki za zachęcanie do pracy @Biszkopt1410 i @piotrsiem.

Przepraszam, że odpisuję pod postem, ale miałem mój czwarty dzień częściowo opisany już tydzień temu i od tamtej pory trzymałem go w otwartej karcie przeglądarki. Cały czas była jakaś wymówka, aby nie skończyć, ostatnio "eeee, lepiej wcześniej wysłać, to przynajmniej ktoś zobaczy w najnowszych postach, a w nocy to nikt nie patrzy".


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
tropikey uważa post za pomocny.
 
 
#15 PostWysłany: 14 Sty 2020 18:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 1720
Loty: 211
Kilometry: 432 570
złoty
Widzę, jednak widzę! Cebula powoli wychodzi;-)
Pisz dalej. Wciągnęłam się.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 25 Sty 2020 11:47 

Rejestracja: 29 Lis 2016
Posty: 2
Adam czekam na kolejne odcinki relacji z podróży wokół świata.

Relacja jest świetna z mnóstwem zdjęć oddających klimat odwiedzanych przez Ciebie miejsc.
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 03 Mar 2020 14:37 

Rejestracja: 26 Kwi 2019
Posty: 9
Loty: 13
Kilometry: 20 743
Przeczytałem ciurkiem. :lol:
Wciąż liczę na kontynuację. :D
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group