Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 55 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 24 Mar 2020 11:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 4481
platynowy
@nenyan, dzieki za info na temat sprzetu, a mozna zapytac kiedy tam bylas?
Pytam z ciekawosci, bo grasowalem po Chinach w pazdzierniku, w okresie 70-lecia Chinskiej Republiki. :D
Pozdr.
_________________
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, uderzy w ciebie ze zdwojoną silą i nie bądź tchórzem i kłamcą!
Pause do 29.11 ze względu na prymitywne ataki

Socotra / Afganistan
Afryka/Goryle
Wyprawa na Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda, Polska Stacja Arctowski, Arktyka etc.
Fotorelacje na życzenie przez PW
Góra
 Relacje PM off  
 
#22 PostWysłany: 24 Mar 2020 16:33 

Rejestracja: 17 Sie 2016
Posty: 51
@nenyan genialna relacja ( a raczej pierwszy tydzień :) ). Myślałem, że są już wszystkie ale po zobaczeniu, że jest tylko 1 tydzień zrobiło mi się przykro i czekam z niecierpliwością na dalszą część ! Świetnie się to czyta a zdjęcia są powalające :)
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 24 Mar 2020 16:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5847
HON fly4free
Kacper_Cz napisał(a):
Myślałem, że są już wszystkie ale po zobaczeniu, że jest tylko 1 tydzień zrobiło mi się przykro i czekam z niecierpliwością na dalszą część


Na razie są tylko pierwsze 2 dni ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#24 PostWysłany: 24 Mar 2020 16:44 

Rejestracja: 17 Sie 2016
Posty: 51
tropikey

No patrz Pan rzeczywiście :D
teraz dopiero zauważyłem i też w sumie dziwiłem się czemu to było takie krótkie...
Góra
 Relacje PM off  
 
#25 PostWysłany: 26 Mar 2020 09:40 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
@mycak dzięki! <3

@Kacper_Cz reszta piewszego tygodnia właśnie "się pisze" i powiem nawet, że to pisanie ma się ku końcowi :) ale przebrnięcie przez całą podróż pewnie spooooro mi zajmie, obawiam się, że nawet obecna dobrowolna samolizolacja będzie na to za krótka ;)

@cccc byłam półtora roku temu, czyli chyba przed Tobą. cóż, moje relacje rodzą się długo ;) trzymając się tej metafory: najpierw "ciąża" trwa półtora roku, a potem sam "poród" kilka miesięcy ;) już miałam o tych Chinach nie pisać, ale ostatnio - z wiadomych względów - wracam do nich myślami aż za często...

@tropikey musiałam usunąć tamten post, bo go nie dodałam do relacji... a tymczasem teraz przez przypadek dodałam tą odpowiedź :D nie ogarniam tego systemu, heh. A co do pytania miejscowych o drogę, to miewaliśmy podobne doświadczenia... Czasem już w sumie nie wiedzieliśmy czy jest sens pytać o drogę, bo skąd niby mieliśmy wiedzieć, czy ktoś udziela nam dobrych wskazówek, bo wie gdzie mamy iść, czy udziela błędnych, bo w lepszym tonie jest kłamać, niż przyznać się, że się nie wie :?
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 26 Mar 2020 10:39, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 26 Mar 2020 10:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 4481
platynowy
nenyan napisał(a):

@cccc byłam półtora roku temu, czyli chyba przed Tobą. cóż, moje relacje rodzą się długo ;) trzymając się tej metafory: najpierw "ciąża" trwa półtora roku, a potem sam "poród" kilka miesięcy ;) już miałam o tych Chinach nie pisać, ale ostatnio - z wiadomych względów - wracam do nich myślami aż za często...

Dzieki za update, ja mam jeszcze swiezy obraz sprzed kilku m-cy.
De facto uwielbiam ten kraj i ludzi.
Ostatnio raczej rzadko czytam relacje w tym forum, przewaznie ogladam zdjecia, ale Twoja przeczytam na pewno. :)
Pozdr. i milego dnia.
_________________
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, uderzy w ciebie ze zdwojoną silą i nie bądź tchórzem i kłamcą!
Pause do 29.11 ze względu na prymitywne ataki

Socotra / Afganistan
Afryka/Goryle
Wyprawa na Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda, Polska Stacja Arctowski, Arktyka etc.
Fotorelacje na życzenie przez PW
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#27 PostWysłany: 26 Mar 2020 17:09 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
TYDZIEŃ #1 c.d.
Obszar Krajobrazowy Wulingyuan, czyli “Dni Tysiąca Schodów” :)


Na nasz pierwszy poranek w Chinach mieliśmy naprawdę piękne plany. Wschód słońca i podglądanie Chińczyków praktykujących grupowo tai chi na nadbrzeżu Bundu, a potem giełda ślubna w People’s Park.

Szanghajska giełda ślubna nie ma jednak nic wspólnego z popularnymi w Polsce targami ślubnymi, na których można obejrzeć pokazy sukien ślubnych z najnowszych kolekcji, wybrać zespół na wesele czy fotografa… Szanghajska giełda ślubna to nic innego jak rynek, na którym czasem sami zainteresowani - a najczęściej ich rodzice i dziadkowie - dobijają matrymonialnych targów, poszukują idealnych partnerów dla swoich pociech. Idealnych, czyli pracujących, dobrze wykształconych, o odpowiednich poglądach politycznych i znakach zodiaku. Podobno jakieś chińskie dziewczę z amerykańskim obywatelstwem ofiarowało tam siebie za żonę dla “tego kto da więcej”, licytację zaczynając od 35.000 USD :? Ze względu na “politykę jednego dziecka” w Chinach istnieje znaczna dysproporcja w ilości kobiet i mężczyzn - na niekorzyść tych drugich - przez co kobiety na targach ślubnych mogą “przebierać w ofertach”. Majętniejsi Chińczycy uciekają się do sprowadzania sobie żon z zagranicy - najczęściej z Wietnamu, biedniejsi - bywają skazani na guang gun - “starokawalerstwo”.

Nie żebym planowała wymienić męża na chiński model ;) ale ze względów antropologiczno-fotograficznych bardzo chciałam zobaczyć jak taki rodzaj “handlu” wygląda. Niestety nie było mi to dane, bo po dwóch poprzednich dniach spędzonych w męczącej podróży wschód słońca przespaliśmy, a zanim dotarliśmy do People’s Park trzeba już było gnać na dworzec Hongqiao na pociąg :cry:

I może dobrze się stało, bo przeprawa przez dworzec Hongqiao zajęła nam dobrą godzinę. Pech chciał, że nasz pierwszy kontakt z chińskim systemem kolejowym przypadł na… największy dworzec kolejowy w całej Azji. A tu tak…. Po pierwsze, zakupione wcześniej bilety kolejowe trzeba odebrać w zupełnie innym budynku niż budynek dworca, bo do budynku dworca w ogóle się bez biletu nie wejdzie. Po drugie, przed wejściem na dworzec trzeba przejść kontrolę dokumentów i kontrolę bagażową, jak na lotnisku. Po trzecie, na pociąg czeka się nie na peronie, tylko w ogromnej dworcowej hali z bramkami prowadzącymi na perony - jak na lotnisku - a “boarding” rozpoczyna się 15 minut przed odjazdem i trwa dokładnie 12 minut. Po czwarte, sam dworzec absolutnie przytłacza swoim ogromem: jest większy niż niejedno lotnisko, ma dwa dwupiętrowe terminale i 30 peronów, czyli 60 torów (SZEŚĆDZIESIĄT!), a codziennie przewija się przez niego ponad 200.000 podróżujących…

Nasza podróż do Zhangjiajie - najpierw szybkim i eleganckim pociągiem dalekobieżnym do Yichang, a następnie wolniejszym, starym “sleeperem” z tak niewielką przestrzenią nad łóżkami, że kolanem niemal dotykałam sufitu - miała trwać resztę dnia i całą noc. Kilkugodzinną przesiadkę w Yichang spędziliśmy na bacznym obserwowaniu Chińczyków i ich technik jedzenia pałeczkami w dworcowej knajpie o - na szczęście! - nieprzystającej do rzeczywistości nazwie “Taste of Home”. Wycieczka do dworcowej toalety okazała się być doświadczeniem jeszcze bardziej traumatycznym. Nawet kojące dźwięki “Jezioro Łabędzie” dobiegające z rozregulowanych głośników w damskim kibelku nie były w stanie zatrzeć złego wrażenia. To właśnie w tym tak obskurnym i - mówiąc eufemistycznie - “nieskończenie brudnym” miejscu odkryłam, że faktycznie: toalety “na narciarza” w chińskich miejscach publicznych to jedyne słuszne rozwiązanie. N. z męskiego WC również miał przykre wspomnienia. Cytuję: “Przed wejściem wielki znak NO SMOKING, a w środku takie stężenie dymu z fajek, że ledwie widać, gdzie masz stanąć” ;)

***

No dobrze, może wreszcie coś przyjemnego… Po 3 godzinach w Yichang, 13 godzinach w pociągach do Zhangjiajie i 45-minutowej jeździe busem dotarliśmy do miasta Wulingyuan, w którym znajduje się jedno z wejść do Obszaru Krajobrazowego Wulingyuan, na który składają się cztery wyodrębnione tereny przyrodnicze: Rezerwat Góry Tianzi, Rezerwat Doliny Suoxi, Obszar Krajobrazowy Yangjiajie, Park Narodowy Zhangjiajie. Innymi słowy - alleluja! dotarliśmy do słynnych Hallelujah Mountains!

Zdjęcia mówią chyba same za siebie?…

Image

Image

Image

Image



Nie ma to jak “nie lubić tłumów” i pojechać na wakacje do Chin... :lol: Pomimo wczesnej godziny przed wejściem do parku gromadziły się setki Chińczyków. Przed podróżą nasłuchaliśmy się niemalże legend o masowej chińskiej turystyce, ale świadomość tego w co się wpakujemy nie czyniła owego doświadczenia ani odrobinę przyjemniejszym. Dzięki zaradności N. udało nam się jednak w błyskawicznym tempie kupić bilety do parku (w zawrotnej cenie 248 yuanów za 3-dniowy bilet wstępu) i wgramolić się do shuttle busa, mającego nas zawieźć w głąb doliny, do punktu oznaczonego na mapie jako “Water Winding Four Gates”.

Chińczycy - na nasze szczęście - podróżują przeważnie w zorganizowanych grupach, po ściśle wyznaczonych trasach i łatwo dostępnych miejscach. Co znaczyło, że większość wysiadła z autobusu przy windzie Bailong Elevator, wwożącej wszystkich leniuszków na widokowy płaskowyż Yuanjiajie. Z pozostałą gromadką niestety przyszło nam spacerować szlakiem Golden Whip Trail, od którego zaczęliśmy zwiedzanie parku. W związku z tym, że jest to trasa bardzo łagodna - biegnie dnem doliny, wzdłuż niejakiego Potoku Złotego Bicza - też okazała się być wśród rodzimych turystów niezwykle popularna.

W którymś momencie minęliśmy na oko 10-letniego chłopczyka, który nieustannie potykał się o zawieszony na nadgarstku, dyndający kijek trekkingowy, ale wcale go to nie zrażało - wlókł się tak potykając, ale nawet na chwilę nie spuścił wzroku z ekranu tableta! Natomiast większe grupki albo spacerowały całą szerokością chodniczka nic sobie nie robiąc z tego, że ktoś chciałby ich wyprzedzić, albo - jak święte krowy - zatrzymywały się nagle na środku, żeby pofotografować siebie, albo małpki, albo siebie z małpkami.

Nas też niejednokrotnie fotografowano… Czasem nawet znienacka, z przykucu i zdecydowanie wkraczając telefonem w naszą przestrzeń osobistą :o Ale chyba nie powinno nas to dziwić… nie dość, że - ku naszemu zaskoczeniu - byliśmy jednymi z nielicznych “białych obcokrajowców” w parku, to - jak się okazało - wyróżniał nas nietypowy jak na lokalne standardy strój: buty trekkingowe, kijki trekingowe, chustki na głowach oraz 30- i 40-litrowe plecaki wypakowane po brzegi całym naszym dobytkiem. Ot, ubraliśmy się jak na weekend w Tatrzańskim Parku Narodowym, gdy tymczasem najwyraźniej trzeba się było ubrać jak na Krupówki :roll:

Image

Image

Image

Betonowe ogrodzenia imitujące drewno
Image

Image

Po lewej moje buty po pierwszym dniu na szlaku - wyglądały tak już do końca wyjazdu. Cóż, "duct tape fixes everything", nawet odklejającą się wibramową podeszwę.
Image

Smycz dla dzieci była zdecydowanym hitem sezonu ;)

Image



Na szczęście wystarczyło, że po przejściu doliny odbiliśmy na szlak wiodący z jej dna ostro w górę na płaskowyż Yuanjiajie (Leśny Park Narodowy Zhangjiajie), by nagle zgubić niemal wszystkich towarzyszy podróży. Bo po co dreptać mozolnie pod górę, gdy można zostać na nią wniesionym? Albo wjechać na nią windą? I to do tego najdłuższą, bo 326-metrową, zewnętrzną windą na świecie! I w sumie może faktycznie powinniśmy byli zadać sobie to pytanie... Wędrówka z ciężkimi plecakami, w upale i przy poziomie wilgotności: “sauna” nie należała do najprzyjemniejszych - to raz, dwa - okazało się, że synonimem wyrażenia “szlak w chińskim parku narodowym” jest wyrażenie: “betonowe schody”. I to dziesiątki, setki, tysiące betonowych schodów… Chyba przed każdym sezonem snowboardowym powinniśmy przyjeżdżać do Wulingyuan na trening ;)

Image


O tym, że wdrapaliśmy się na górę przekonaliśmy się bez sięgania po mapę. Po pierwsze, szlak się zupełnie wypłaszczył i prowadził teraz po drewnianych widokowych platformach na krawędzi płaskowyżu. A po drugie, nagle otoczyły nas dziesiątki chińskich wycieczek, które dotarły tu windą albo którąś z gondoli i jeżdżącym po płaskowyżu drugim busem. Niestety zorganizowane grupy skutecznie psuły nam możliwość spokojnej kontemplacji pięknego krajobrazu. I to nawet nie tyle przez swoją liczebność, co przez niesamowicie głośny i drażniący skrzek wydawany przez mikrofony przewodników. Kakofoniczne dźwięki emitowane przez te urządzenia naprawdę były dla naszych uszu nie do zniesienia. Znów też zatrzymywano nas co chwilę prosząc na migi o pamiątkowe zdjęcie. Zdarzyło się nawet, że ktoś próbował zagadać po angielsku:
- Where are you from?
- We are from Poland.
- WELCOME TO POLAND!!!!
No nie obraziłabym się gdyby ten piękny park narodowy - i trochę chińskich dworców, biznesów i maseczek FPP3 - było: polskim parkiem narodowym i polskimi biznesami, dworcami i maseczkami ;)

Image

Image

Lektyki dla leniwych w cenie od 100CNY w górę - w zależności od pokonywanego odcinka.
Image

Image

Image

Image

Chińskie tłumaczenia na angielski to temat-rzeka. W większości przypadków stoi za nimi jakaś względnie zrozumiała logika, np. "tickets scavenging office" ;) Ale w tym przypadku coś chyba poszło nie tak... :? Na wszelki wypadek bez skafandra przeciwpromiennego i licznika Geigera lepiej po Wulingyuan nie chodźcie ;)

Image

Image

W kolejce do punktu widokowego na Tianzi Mountain...
Image

Zdjęcie "z brzucha", zrobione w jednym z punktów widokowych, gdy jakaś pani Chinka poprosiła mnie o wspólne zapozowanie z nią do fotki. Tyle, że oprócz jej męża obfotografowali nas wszyscy stojący w tym czasie na schodach w kolejce do tegoż punktu widokowego ;)
Image




Yuanjiajie to najsłynniejsza część parku. To właśnie tutaj można zobaczyć pilar Southern Sky Column, którego nazwę podobno oficjalnie przemianowano na Avatar Hallelujah Mountain, nawiązującą do filmu “Avatar”. Spowite mgłą filary w parku Wulingyuan stanowiły rzekomo inspirację dla Jamesa Camerona i pierwowzór filmowych dryfujących wysp. Dziś nawet Chińczycy coraz częściej na cały ten region mówią po prostu: The Avatar Mountains. Ja jednak przez cały czas na końcu języka miałam zupełnie inną nazwę: Jurassic Park. Naprawdę w żadnym innym miejscu dinozaury nie byłyby tak bardzo na miejscu jak tu!

Image

Image

The Hallelujah Avatar Column we własnej osobie
Image

I nieco już zmęczone życiem avatarowe mountain banshees, oblegane przez wszystkie dzieciaki - w tym mnie ;)
Image

Image

Image

Image

Image




Kolejne półtora dnia spędziliśmy na wędrówkach po “naszym” płaskowyżu, czyli obszarach krajobrazowych Yangjiajie, Yuanjiajie i Tianzi Mountain. Mieliśmy to szczęście, że udało mi się znaleźć nocleg nie w hotelu w Zhangjiajie, ani nie w hostelu w miasteczku Wulingyuan - gdzie zatrzymują się niemal wszyscy odwiedzający park, ale... w guesthousie położonym w samym parku na samym płaskowyżu Yuanjiajie - dosłownie 10 minut piechotką od kolumny Avatar Hallelujah! Niby już wówczas obiło mi się o uszy, że Chiny wprowadziły zakaz oferowania noclegów w tym rejonie parku, ale ten jeden jedyny homestay według booking.com wciąż przyjmował turystów. I to był strzał w dziesiątkę! Gdy koło godziny 16-17 wszyscy turyści zjeżdżali do doliny, by zdążyć na ostatniego shuttle busa do miasta, my mieliśmy całe, ciche Hallelujah Mountains tylko i wyłącznie dla siebie.

Image

Image

Image

Nasz guesthouse
Image

Street food w Zhangjiajie Forest National Park - alternatywą był McDonald's ;)

Image

Image

Cóż za niesamowity widok, prawda? Chiński punkt widokowy bez tłumów chińskich turystów. Na drugim planie: Wulingyuan Scenic Area ;)
Image

Czerwień jest w Chinach kolorem szczęścia. Czerwone Wstążki Życzeń to poniekąd chiński odpowiednik kłódek. Każda niesie ze sobą jedno życzenie - najczęściej dotyczące szczęścia w miłości. Podobno im wyżej przywiąże się wstążkę, tym większa szansa na jego spełnienie.
Image

Image

Image

Image

Image

Image




***

Ostatniego dnia, w drodze powrotnej do miasteczka postanowiliśmy zaszaleć i zjechać do doliny gondolą z Tianzi Mountain. Spodziewaliśmy się w tym miejscu ogromnego tłoku, tymczasem chyba trafiliśmy w “ciche godziny”, bo byliśmy w wagoniku sami. I ta podróż gondolką zawieszoną POMIĘDZY tymi filarami była “wisienką na torcie” zwiedzania Wulingyuan. Powstałe w wyniku erozji “lasy” krasowych kolumn z bliska wyglądały bajecznie! Żadne zdjęcia niestety nie oddają tej skali i przestrzeni. Gdyby tylko odrobinę się postarać naprawdę można by sobie z łatwością wyobrazić, że nie zjeżdżamy w dolinę kolejką, a pikujemy w dół na avatarowych ikranach… Nawet mój mąż stwierdził, że gdyby wiedział wcześniej jak obłędna będzie ta jazda gondolką, to cały pobyt w parku byśmy w niej spędzili ;) Choć w sumie nie wiem czy źródłem jego zachwytu były kapitalne widoki, czy też nieoczekiwany brak tłumów w gondolce ;)

Image

Image

Image




***

Po powrocie do miasteczka Wulingyuan wybraliśmy się na szybki obiad, który jak widać nie był wystarczająco smaczny, by go zapamiętać. Jedyne co pamiętam z tej restauracji to kucharza, który zabijał muchy czymś co wyglądało jak plastikowa rakietka do tenisa oraz to, że wybiegłam z niej nagle chcąc sfotografować przejeżdżający ulicą stary, rozklekotany skuter z jeszcze starszą i bardziej rozklekotaną, drewnianą przyczepką, przewożącą - uwaga, uwaga - stojący pionowo, przywiązany czterema linkami do tejże przyczepki nowoczesny bankomat. Pomimo całkiem niezłego refleksu nie zdążyłam złapać tej scenki w kadrze, także dołączyła do mojej “galerii zdjęć niepowstałych”.

Image

Image

Image




Do naszego hostelu w Zhangjiajie dotarliśmy znacznie później niż zamierzaliśmy, bo - oczywiście - mieliśmy problem z jego znalezieniem. Mapka okazała się bezużyteczna, a paru starszych Chińczyków, których pytaliśmy o drogę, niemal uciekło na nasz widok. W końcu mój N. zagadał trzech młodych chłopaczków wpatrzonych w swoje telefony, którzy odpalili chińską apkę - translator, żeby nam “powiedzieć”, że nie mówią po angielsku. Ekstra. Ale mój mąż nie dał za wygraną... Na migi im jakimś cudem wytłumaczył, by włączyli to swoje Baidu - chiński odpowiednik Google Maps - i wyszukali adres naszego hostelu. N. tymczasem włączył Google Mapsy, zrobił szybkie porównanie map w dwóch aplikacjach i dodał prawidłową lokalizację hostelu do naszej mapki. Taadaaam! Zwycięstwo. Niestety już nigdy, naprawdę nigdy później żadni Chińczycy pytani o drogę nie okazali się tak pomocni... ;)

Image

Image

Image

"From China to the world" :roll:
Image

Zasłużone Tsingtao na koniec pierwszego etapu podróży
Image



***

Ostatni dzień pierwszego tygodnia w Chinach spędziliśmy w pociągach do Chengdu. I prawie nie dojechaliśmy... Po pierwsze, prawie wsiedliśmy w zły pociąg podczas przesiadki w Yichang, a po drugie gdy o zmierzchu mijaliśmy wielkie industrialne kompleksy na przedmieściach Chongquing, niemal wyskoczyłam przez okno w pogoni za kolejnym "zdjęciem niepowstałym". Monumentalne zabudowania fabryk były otulone granatowym smogiem, rozświetlonym gdzie niegdzie na czerwono światłem neonowych napisów. Błękit pruski nieba, czerwień neonów i mgła. No scenografia wprost wyjęta z filmu "Blade Runner 2049"... Zresztą był to dzień obfitujący w inne, zdecydowanie bardziej abstrakcyjne historie pociągowe, ale tym poświęcę może kiedyś osobny post, bo - co jak co - chińskie dworce i pociągi bez wątpienia na to zasługują.


:idea: :idea: :idea:
INFO PRAKTYCZNE:

:arrow: Z Shanghaju do Zhangjiajie można obecnie dotrzeć bezpośrednim pociągiem bez przesiadki w Yichang. Podróż trwa od 19 do 22 godzin, w zależności od połączenia. Zawsze można też polecieć samolotem.
:arrow: Orientacyjne ceny: Koszt wejścia do Wulingyuan Scenic Area to bodajże 258 CNY od osoby za 3-dniowy bilet wstępu, koszt Bailong Elevator: 60 CNY, koszt gondolki na Tianzi Mountain: 72 CNY.
:arrow: Mapka parku: https://juliahoogenboom.com/wp-content/ ... 3664-1.jpg
:arrow: Homestay w którym nocowaliśmy w parku narodowym, ten w pobliżu filarów Hallelujah Avatar Column, nazywał się: Zhangjiajie Tudou Boutique Inn. Nie oferuje już noclegów przez Booking.com, ale w chwili obecnej da się go jeszcze wyszukać przez inne serwisy, np. Agoda. Guesthouse jest skromny, ale czysty i schludny.
:arrow: Inne atrakcje w rejonie Zhangjiajie to na przykład:
- Góra Tianmen, “góra z dziurą” na którą prowadzi niezwykle kręta Droga 99 Zakrętów, najdłuższa kolejka linowa na świecie oraz 999 schodów + Tianmen Skywalk, czyli przeszklony balkon, przyklejony do pionowego klifu Tianmen
- Zhangjiajie Glass Bridge - najdłuższy na świecie przeszklony wiszący most rozpęty nad Wielkim Kanionem Zhangjiajie: https://goo.gl/maps/UcQTpKTjLF3MwQ7G7
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 29 Mar 2020 16:56, edytowano w sumie 6 razy
Góra
 Relacje PM off
27 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#28 PostWysłany: 27 Mar 2020 22:00 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
TYDZIEŃ #2, Syczuan
Where the streets have no names

Jesteśmy w Syczuanie, w moim - bez dwóch zdań - ulubionym regionie Chin.

Jest to jedna z tych chińskich prowincji, w których "kultura picia herbaty” jest widoczna na każdym kroku. Niemal każdy szanujący się chiński staruszek pomyka po ulicy z zawieszonym na nadgarstku szklanym termosem z zielonymi liśćmi. Jako że mój mąż jest herbaciarzem z zamiłowania, chińskiej herbaty nie mogło zabraknąć w naszych wyjazdowych planach. Wprawdzie zwiedzanie plantacji mieliśmy zaplanowane na inną prowincję, ale nasz czas w stolicy regionu i jej okolicach można by opisać w skrócie jako “teahouse crawl” - włóczęgę od herbaciarni do herbaciarni ;)

Nasz pobyt w Syczuanie rozpoczęliśmy więc kilkadziesiąt kilometrów od centrum Chengdu - od picia herbaty.

Nawet nie wiecie ile frajdy mam z tego, że wreszcie opisuję ten dzień...
Bo to nasz ulubiony dzień z całego wyjazdu! :)


***

Image

Gdy kilka lat temu napatoczyłam się w internetach na jedno jedyne zdjęcie z tego miejsca - podobne do powyższego - byłam święcie przekonana, że to kadr z jakiegoś hollywoodzkiego filmu o rewolucji kulturalnej czy innym Chinatown. Było “zbyt piękne, żeby było prawdziwe”. Już wtedy miałam świadomość, że miejsca takie jak to raczej w Chinach poznikały, a w najlepszym przypadku zmieniły się diametralnie wraz z rozwojem gospodarczym Chin. Oryginalne plakaty z czasów wodza Mao nie wiszą już bowiem na ścianach. Można je za to kupić w Muzeum Propagandy w Szanghaju za kilka tysięcy złotych per poster [sic!] :o

Mój detektywistyczno-logistyczny rozumek nie dawał jednak za wygraną i kazał sprawdzić ten trop…
Okazało się, że ta magiczna herbaciarnia istnieje sobie gdzieś naprawdę.
Potrzebowałam jedyne 3.5 roku by ją znaleźć.


***

I tak oto pewnego sierpniowego poranka zawędrowaliśmy z N. na ulicę bez nazwy, przed herbaciarnię bez nazwy. Mijani po drodze miejscowi obdarzali nas spojrzeniami z serii: “co oni tu kurna robią?”, dając nam jednocześnie do zrozumienia, że znacząco zboczyliśmy z klasycznego turystycznego szlaku.

Zatrzymaliśmy się wreszcie przed wejściem, którego lokalizację zdradzało jedynie kilka bambusowych stolików. Na straganie nieopodal ktoś sprzedawał gołębie, kilka kramów dalej - klasycznego syczuańskiego hot-pota. Betonowy budynek z dziurawym dachem i ubitym klepiskiem zamiast podłogi niczym się specjalnie nie wyróżniał. Wyglądał jak skrzyżowanie wiejskiej stodoły z garażem mechanika.

I nagle uświadomiłam sobie, że wpadłam w swoje własne sidła. Zdałam sobie sprawę jak wiele miałam oczekiwań związanych z tym miejscem. Zaczęłam się wahać. Wejść czy nie wejść? Fight or flight? Przecież jesteśmy tu tak bardzo “nie na miejscu”, przecież na pewno jedyne co nas spotka to niechęć stałych bywalców… Ale jak się wybuliło 120 zł za taksówkę z miasta, to nie ma co się za długo zastanawiać :P

Na nasz widok wszyscy zamilkli :?


***

Po kilku chwilach niekomfortowej ciszy podszedł do nas gospodarz, nie licząc nas - najmłodszy w pomieszczeniu. Przywitał się uśmiechem, a gestem wskazał stolik przy którym mogliśmy usiąść.

Miałam wrażenie, że przekraczając próg tej ponad stuletniej herbaciarni, teleportowałam się co najmniej o kilkadziesiąt lat wstecz. W pomieszczeniu panował półmrok. Miękkie, plastyczne światło wpadało do środka jedynie przez dwa świetliki w kształcie komunistycznej gwiazdy i uchylone drzwi. Dominowały komplementarne kolory: przydymiona czerwień propagandowych “fresków” i rewolucyjnych haseł wypisanych na ścianach kontrastowała ze zgniłozielonym odcieniem wiekowych, drewnianych mebli. Trudno o bardziej stereotypowo “chińskie” kolorystyczne połączenie, prawda? I do tego ta klientela pamiętająca chyba czasy maoistowskiej rewolucji...

Image

Image

Image


Po chwili gospodarz wrócił z czarkami z herbatą i termosem z wrzątkiem. I przysiadł się do nas.

Warto chyba w tym miejscu dodać, że nie znamy mandaryńskiego. I jak przed każdym wyjazdem staramy się załapać trochę słów i wyrażeń w języku państwa, do którego jedziemy, tak tym razem poddaliśmy się po “nihao” i “xiexie” (“cześć” i “dziękuję”). Mandaryński jest językiem tonalnym, więc jego nauka to lingwistyczny Everest. Więcej słów po chińsku byliśmy w stanie pokazać niż powiedzieć, bowiem by ułatwić sobie targowanie nauczyliśmy się pokazywać cyfry od 0 do 10 na palcach jednej ręki (tak, Chińczycy cyfry od 6 do 10 też pokazują jedną ręką) Tymczasem gospodarz naszej herbaciarni nie był w stanie powiedzieć po angielsku zupełnie nic. Ale to mu na szczęście nie przeszkodziło w próbach nawiązania rozmowy :)

I naprawdę nie wiem jak to się stało i jak to ogarnęliśmy, ale pomimo kompletnej bariery językowej gospodarz wytłumaczył nam cały proces tradycyjnego przygotowania i picia herbaty. I był w tym niestrudzony. Pokazał nam jak należy odgarniać pokrywką fusy podczas picia, jak ustawiać pokrywkę na czarce by poprosić o dolewkę gorącej wody, jak prawidłowo trzymać czarki herbaty - inaczej w przypadku kobiet, inaczej w przypadku mężczyzn. A następnie - wyłącznie gestami i kalamburami - z anielską cierpliwością tłumaczył nam symbolikę poszczególnych elementów ceremonii picia herbaty, które wspólnie tworzą harmonijną całość. Bo o ile dobrze zrozumieliśmy, spodek to ziemia, pokrywka to niebo, a czarki z herbatą to świat i my.

I chyba właśnie ta bezinteresowna życzliwość i to, że “nasz gospodarz” tak bardzo bardzo chciał się z nami podzielić swoją kulturą i herbacianą pasją, tak bardzo mu zależało byśmy zrozumieli - pomimo bariery językowej i pochodzenia “z innego świata”, urzekło mnie w tym wszystkim najbardziej... Bo w sumie w każdej podróży, ale już szczególnie podróży po nie zawsze “łatwych i przyjemnych w obsłudze” Chinach, to właśnie takie momenty i spotkania są najfajniejsze.

Image

Image

Image

Image

Image


Nastawienie naszego Mistrza Ceremonii do nas zapoczątkowało efekt domina - z czasem wszyscy stali bywalcy wrócili do pogawędek, gry w karty i pykania fajek. Niechęć i rezerwa przerodziły się w zobojętnienie, a z czasem zobojętnienie - w akceptację i zainteresowanie.

Bo kiedy godzinę później sięgnęłam po raz pierwszy po aparat nikomu nie przeszkadzało, że robię zdjęcia. Wręcz przeciwnie. Dziadek w koszulce moro prężył się dumnie w snopie światła, pykając leniwie fajeczkę. Inny staruszek chwycił mnie za rękę, przeprowadził przez pół pomieszczenia, pokazał palcem na mój aparat, na siebie i na wiszący nad nim portret wodza Mao, po czym rozsiadł się zamaszyście w bambusowym fotelu, odpalił dymka i kazał się fotografować w blasku “słońca narodu”. :lol: Ktoś inny proponował tradycyjne czyszczenie uszu pałeczkami.

Przez krótką chwilę byliśmy częścią tego miejsca.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



A potem Mistrzowie Ceremonii na zmianę przelewali wrzątek do żeliwnych czajników i plastikowych termosów na wszystkie możliwe tradycyjne sposoby: “na łabędzia”, “na flaminga”, “żurawia”… Dając przy tym nie lada popis finezji, precyzji i krzepy, rodem chyba prosto z Shaolin :ugeek: :ugeek: I cóż, potem już żadna inna ceremonia parzenia herbaty, żadna jej czarka - nawet tej cesarskiej, imperialnej, za miliony monet, żadna plantacja czy hebaciarnia - nic, już absolutnie nic nie zrobiło na nas takiego wrażenia, jak to magiczne miejsce.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tea Master z Shaolin w slow-motion: https://www.dropbox.com/s/6cjjr9uw5mc0d ... 8.mp4?dl=0 ;)

***

I kiedy kilka godzin później herbaciarnia niemal całkowicie opustoszała, my również pożegnaliśmy się z naszym Gospodarzem - nieco wzruszeni i niezmiernie wdzięczni za okazaną bezinteresowną życzliwość - i wyszliśmy na zewnątrz do światła i świata. Wsiedliśmy w pierwszy lepszy busik, nie wiedząc dokąd jedzie, potem w kolejny i kiedy po jakimś czasie otoczyły nas wieżowce metropolii, znów mieliśmy surrealistyczne wrażenie, że to podróż w czasie.

Tylko tym razem był to powrót do przyszłości.
A nam nie bardzo chciało się do niej wracać...



:idea: :idea: :idea:
INFO PRAKTYCZNE
Pokazywanie cyfr "po chińsku", czyli jedną ręką: https://i.pinimg.com/originals/9b/79/61 ... be53c1.jpg Umiejętność ta przydaje przy negocjacji cen. Z Chińczykami nie jest łatwo się targować, ale zdarzało się, że nasze starania były doceniane, a przynajmniej budziły uśmiech ;)
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 27 Mar 2020 23:27, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
34 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#29 PostWysłany: 27 Mar 2020 22:18 

Rejestracja: 09 Sie 2014
Posty: 239
niebieski
Ta herbaciarnia i zdjęcia z niej wygrywają ze wszystkim. Poza tym pokazują, że Tamronem można robić genialne foty i nie trzeba kupować 3x droższego G mastera :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#30 PostWysłany: 28 Mar 2020 19:22 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
Ja jestem niemal samozwańczą ambasadorką tego szkła Tamrona - polecam, polecam i jeszcze raz polecam! Szkoda tylko, że nie mam z tego tytułu u Tamrona żadnych benefitów :lol:

A miejsce jest fenomenalne... I to chyba jedna z dwóch miejscówek, które odkryliśmy przed chińskimi turystami - a to naprawdę nie lada wyczyn, oni są już wszędzie :roll: Z tego co wiem teraz już też w tej herbaciarni pojawiają się zorganizowane chińskie wycieczki, także być może dzisiaj wrażenia z tego miejsca byłyby nieco inne.
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan, 31 Mar 2020 08:20, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
TIT lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 28 Mar 2020 19:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lip 2016
Posty: 33
Loty: 47
Kilometry: 173 707
@nenyan dziekuje bardzo za to, ze znow moge upajac sie patrzac na Twoje zdjecia. Czekam z niecierpliwoscia na kolejne, ktore mnie wgniota w krzeslo!
_________________
Moje relacje:
Nowa Zelandia, Islandia, Republika Poludniwej Afryki, Norwegia (Lofoty)
Góra
 Relacje PM off  
 
#32 PostWysłany: 29 Mar 2020 07:25 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
@Hemol próbuje się właśnie zabrać za opisanie kolejnej części, ale coś opornie mi to idzie. tymczasem wielkie graty za wygraną w styczniowym konkursie!! <3
Góra
 Relacje PM off  
 
#33 PostWysłany: 31 Mar 2020 19:58 

Rejestracja: 18 Sie 2010
Posty: 330
niebieski
Nieczęsto zabieram głos na tym forum-tym razem MUSZĘ!
@nenyan-Gratuluję,zdjęcia są genialne!!!! Relacja także;czyta się ją wspaniale-tym bardziej,że przywołuje wspomnienia sprzed 2 lat.
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#34 PostWysłany: 31 Mar 2020 20:32 

Rejestracja: 20 Gru 2014
Posty: 1856
Loty: 154
Kilometry: 321 924
platynowy
Piękne miejsce, a zdjęcia bajka !!!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#35 PostWysłany: 01 Kwi 2020 14:57 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
TYDZIEŃ #2: Syczuan, tybetańska prefektura autonomiczna Garzê

W rajskiej dolinie wśród zielska


Westchnęłam zrezygnowana.

Byliśmy na dworcu Xinnanmen w Chengdu. Mąż utknął w kolejce po bilety autobusowe, a ja wpatrywałam się w wiszącą na ścianie wielką turystyczną mapą Syczuanu, mapę wręcz upstrzoną zdjęciami z ciekawych miejsc w całej prowincji. Nawet gdybyśmy mogli w samym Syczuanie zamarudzić całe te 2 miesiące, za nic nie dalibyśmy rady tego objechać. A to przecież i tak nie wszystko, bo na oficjalnej rządowej mapie oczywiście zabrakło fascynujących tybetańskich lokalizacji, które interesowałyby mnie najbardziej.

Najczęściej gdy w Europie mówimy o Tybecie mamy na myśli surowy i trudno dostępny rejon gdzieś na Wyżynie Tybetańskiej ze słynną, bajecznie kolorową Lhasą. Odległy “Dach Świata”, po którym cudzoziemcy mogą podróżować tylko po uzyskaniu stosownego zezwolenia, tylko w wieloosobowych, zorganizowanych grupach i tylko po ściśle określonych, niezmiennych trasach. Nieświadomie utożsamiamy zatem Tybet z utworzonym przez Chińczyków w ramach ichniejszej polityki “dziel i rządź” obszarem administracyjnym: Tybetańskim Regionem Autonomicznym. Tymczasem Tybetański Region Autonomiczny obejmuje zaledwie połowę terenów należących niegdyś do Tybetu!

Niemal ⅓ Syczuanu to tereny etnicznie i kulturowo na wskroś tybetańskie. I to tereny, po których obcokrajowcy mogą podróżować swobodnie - z niewielkimi wyjątkami (pech chciał, że miejsce które najbardziej chciałam zobaczyć, było wśród tych wyjątków, ale ciiii :cry: ) Można więc z łatwością doświadczyć tybetańskiej kultury bez konieczności mierzenia się z chińską biurokracją i papierologią (no chyba, że ktoś lubi ;))

Image


Tybetański Syczuan jest przepiękny: niezadeptany, dziki, górzysty. Z wysokogórskim terenem wiążą się jednak problemy komunikacyjne. Dróg jest tutaj niewiele i nie są one wybitnej jakości, lawiny błotne zdarzają się bardzo często. Bywa i tak, że aby przejechać z miejsca B do C, a potem z C do D, trzeba za każdym razem cofać się do miejsca A (vide: Chengdu), bo choć punkty C i D wydaje się dzielić niewiele kilometrów w prostej linii, to nie łączy je żadna bezpośrednia droga. Do tego dochodzą te odległości... Wszystkie bez wyjątku interesujące mnie miejsca w tybetańskim Syczuanie dzielił minimum caaaały dzień drogi od Chengdu, a najczęściej - dwa pełne dni. W jedną stronę. Nie chcieliśmy tak gnać przez Syczuan, żeby zobaczyć jak najwięcej, jak najszybciej. Postanowiliśmy zaszyć się na kilka dni w jakimś czarownym miejscu. Pozostawało tylko odpowiedzieć na pytanie: gdzie?...

Jako mała dziewczynka byłam zafascynowana filmem “Siedem lat w Tybecie” i historią w nim przedstawioną. I któregoś dnia podczas poszukiwania ciekawych syczuańskich miejsc głęboko w chińskich internetach natrafiłam na artykuł, który mnie zaciekawił... Okazało się bowiem, że współczesny, syczuański Brad Pitt jest dziewczyną, ma na imię Angela i z mężem, Tybetańczykiem oraz córeczką, mieszka nieopodal maleńkiego tybetańskiego miasteczka Lhagang.


*****


Podróż do Lhagang zajęła nam niemal cały dzień. Pierwszy, 7-godzinny odcinek z Chengdu do sporego, tybetańskiego miasta Kangding pokonaliśmy publicznym autobusem. Po drodze zatrzymywaliśmy się bodajże dwukrotnie w punktach kontrolnych, w których wszystkim lokalnym podróżującym skanowano dowody osobiste <Wielki Brat patrzy :evil: > W Kangding złapaliśmy współdzieloną, rozklekotaną taksówkę, którą mieliśmy za kolejne 3 godziny dojechać do Tagong. Po drodze dwukrotnie przerzucano nas “z auta do auta”.

Już w okolicach Kangding lokalna architektura zmieniła się diametralnie. Niemal wszystkie domki - stare i nowe - budowane były w tradycyjnym, tybetańskim stylu, albo przynajmniej bardzo mocno do niego nawiązywały. I - o dziwo - nowoczesne, wielomieszkaniowe budownictwo pomimo tych tradycyjnych elementów nie wyglądało przy tym jakoś szczególnie kiczowato. Wznosiliśmy się też coraz wyżej i wyżej, by w końcu wjechać na płaskowyż Tagong, położony na wysokości 3700-3900 m n.p.m.

Ostatni odcinek drogi, z - nazwijmy to szumnie! - centrum Tagong do doliny, w której znajduje się Khampa Lodge, pokonaliśmy przeuroczą taksóweczką, z czerwonym pluszowym sufitem z napisem LOVE i ekstrawaganckim Tybetańczykiem w roli kierowcy. Mniej uroczy był krótki przystanek jaki zrobiliśmy po drodze, gdy nasz kierowca przyuważył scenkę chyba nawet przez miejscowych nieczęsto spotykaną - tuż obok drogi, na poboczu, kilkanaście sępów pastwiło się zawzięcie nad truchłem martwego konia… Na wszelki wypadek wolałam nie wychodzić z auta, by - po 10 godzinach w niemrawej pozycji siedzącej - ptaszyska przypadkiem nie wzięły mnie za padlinę :?


Domek Angeli i Djarga, “Khampa Lodge”, jest przepięknie położony - w zakolu rzeki, z widokiem na świętą tybetańską górę Mt Yala (5820 m n.p.m.). Jest to jedyny dom w całej dolinie. Oprócz tybetańsko-amerykańskiego małżeństwa sezonowo mieszkają tu tylko nomadzi w swoich czarnych i białych namiotach.


Po lewej: domek Angeli w dolinie nieopodal Tagong; po prawej: sępy czekające na swoją kolej podczas stadnego pożerania padliny
Image

Taxi z napisem LOVE :D
Image

Image



*****

Ku naszemu zaskoczeniu w środku nie spotkaliśmy nikogo z gospodarzy. Napatoczyliśmy się natomiast na pięciu roześmianych, rozgadanych buddyjskich mnichów w ciemnoczerwonych kaszajach, którzy - nic sobie nie robiąc z naszej obecności - z uznaniem zwiedzali wszystkie pomieszczenia. Angela później tłumaczyła nam, że tybetańska starszyzna obawia się odpływu do miast młodych Tybetańczyków, kuszonych łatwiejszym życiem i chińskimi pieniędzmi. Mnisi przyjechali na własne oczy zobaczyć ich dom, bo - z jednej strony - jest bardzo tradycyjny, wybudowany zgodnie z tybetańskimi zasadami, ale z drugiej strony jest samowystarczalny i oferuje udogodnienia często niespotykane w tybetańskich wioskach: wbudowaną łazienkę z - póki co - zimną wodą, ogrzewanie i prąd z paneli fotowoltalicznych, internet. Czyli, że można mieszkać na kompletnym odludziu, jednocześnie nie rezygnując z komfortu.

Angela, Amerykanka z Kolorado, była związana z Lhagang od ponad 17 lat. Zafascynowała ją tutejsza tybetańska kultura, życzliwość i szacunek do ludzi, szacunek do przyrody. Na początku z pomocą miejscowych nomadów organizowała wyprawy wędrowne po okolicznych górach i kilkudniowe rajdy konne do odległych monastyrów. Natomiast 10 lat temu otworzyła na ryneczku w Lhagang słynną kawiarnię/hostel - “Khampa Cafe”. Miejsce szybko trafiło do przewodników “Lonely Planet”, wraz z informacją że prowadzi je “very helpful American” :lol: Angela śmiała się, że może i było to dobre dla biznesu, ale niespecjalnie dobre dla niej i jej rodziny... Bowiem z mężem Djargą i ich córeczką Somtso, sami zajmowali wówczas jeden z pokoi w tym hostelu. Nagły wzrost popularności sprawił, że gdy tylko o poranku Angela wychodziła z pomieszczenia, zasypywano ją prośbami i pytaniami. A telefony się urywały. Hostel “Khampa Cafe” zamienił się nagle w biuro tłumaczeń, przychodnię oferującą pomoc doraźną i amerykański konsulat, pomagający wszelkim zachodnim podróżnikom, którzy utknęli w najdalszych zakątkach prefektury w ogarnięciu logistyki i rozwiązaniu “spraw beznadziejnych”. Cztery lata temu Angela sprzedała więc “Khampa Cafe” i w poszukiwaniu spokoju przeprowadziła się z rodziną do nowo wybudowanego domku - “Khampa Lodge” - położonego w pobliskiej dolinie.


Image

Image

Image

Image



“Khampa Lodge” jest przepięknym, przytulnym, magicznym miejscem. Ale to co czyni je zupełnie wyjątkowym to szacunek do wykorzystywanych surowców oraz sprytne, przemyślane rozwiązania będące wynikiem dążenia do pełnej samowystarczalności. Obydwa wejścia do domu obudowane są zewnętrznymi “szklarniami”, które za dnia intensywnie się nagrzewają - przez co przy wchodzeniu i wychodzeniu z budynku ucieka znacznie mniej ciepła. W tej większej szklarni znajduje się też mnóstwo roślin i duży drewniany stół - idealny na słoneczne śniadanie. Jest to też zresztą pierwszy tybetański dom w regionie z izolacją. Na dachu sąsiedniego gościnnego budynku umieszczono panele fotowoltaiczne, które zapewniają wystarczająco dużo energii, by w pełni pokryć całe zapotrzebowanie na nią: ogrzewanie, światło, prąd w gniazdkach i w lodówce. Woda pod prysznicem jest wprawdzie póki co zimna, ale jeśli komuś zamarzy się gorąca kąpiel, zawsze może zagrzać sobie wiadro wody w domowej fińskiej saunie :) Zresztą w trakcie naszego pobytu w budowie była maleńka, przydomowa, 3-wiatrakowa farma wiatrowa, wraz z ukończeniem której do “Khampa Lodge” zawitać miał luksus w postaci ciepłej wody.

W planach było też przetwarzanie kompostu na biogaz oraz budowa mostu nad rzeką, by wiosną, gdy stan wód jest wysoki, umożliwić nomadom jej swobodne, spokojne przekraczanie. Podobno co jakiś czas ktoś ginie w wodach zdradliwego potoku... Poza tym gospodarze organizują dla Tybetańczyków prelekcje na temat… segregacji i wyrzucania śmieci… do kosza, a nie za okno auta, nie do rzeki, nie byle gdzie. Wprawdzie w tybetańskich wioskach, gdzie nic się nie marnuje, a każdy przedmiot “ma kilka żyć” jest to zdecydowanie mniejszy problem niż w pozostałych rejonach Chin, ale i tak widoczny jest ten brak wiedzy i wyobraźni na temat kruchości i współzależności ekosystemów. Gospodarze uświadamiają więc miejscowych, że wyrzucanie śmieci byle gdzie ma bardzo negatywny wpływ na florę i faunę, a krzywdzenie zwierząt to przecież w buddyzmie “zła karma”... (szach mat! 8-) ) Z dzieciakami nomadów organizują natomiast akcje czyszczenia doliny i brzegów rzeki ze śmieci.

Image

Image

Image



Do “Khampa Lodge” trafiliśmy w momencie, w którym Angelę - po raz pierwszy od 17 lat - odwiedziła jej mama wraz ze swoją z przyjaciółką. W domku mieszkał też jeszcze wówczas przesympatyczny Honza - wykładowca tybetologii z Czech, od lat przemierzający kulturowo tybetańskie tereny - od monastyru do monastyru - i dokumentujący lokalne wierzenia, obrzędy i obyczaje. Nad całą gromadą czuwała zaś para pracujących w domku Tybetańczyków, w tym nieustannie uśmiechnięty “menedżer i kucharz” - Tashi. Pierwszy wieczór upłynął nam więc w gwarnym gronie na rozmowach, plotkach ze świata i układaniu wielkich puzzli z Somtso.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



*****

Kolejnego poranka, korzystając z pięknej pogody, załadowaliśmy się z N. na rowery i pojechaliśmy do miasteczka Lhagang. Wiodącą nieustannie w dół drogą z pięknym widokiem na wiecznie zaśnieżoną Mt Yala jechało nam się cudnie. Jednak pomimo zastosowanych środków ochrony w postaci czapki z daszkiem, okularów słonecznych i kremu z filtrem, czułam jak intensywne na tej wysokości słońce coraz bardziej pali mnie w odkryte przez wiatr ucho. Wciąż wspominając straszne oparzenia jakich nabawiłam się kiedyś na podobnej wysokości w Andach, chciałam się czymś zasłonić, ale niestety nie bardzo miałam już czym. Przypomniało mi się wtedy jakimś cudem, że Tybetańczycy by uchronić się przed ślepotą śnieżną konstruowali sobie niegdyś okulary z “siatką” z włosia jaków zamiast szkieł. Pokminiłam chwilę, rozpuściłam swoje włosy, opatuliłam nimi ucho, a kosmyk - by go nie zwiewało... trzymałam całą drogę w zębach ;) No cóż, jak trzeba to “Polak potrafi” 8-)

Image


W Lhagang chcieliśmy zwiedzić jeden z dwóch tutejszych monastyrów, a dokładnie znajdujący się w sercu miasteczka najstarszy monastyr w całym regionie Kham. Legenda bowiem głosi, że w 642 roku, gdy chińska księżniczka Wencheng przejeżdżała tędy ze swoją świtą w drodze do Lhasy, gdzie miała poślubić króla Srongtsen Gampo, z jednego z książęcych wozów zsunęła się statua Buddy Sakyamuni. I tenże Budda rzekomo miał ogłosić, że w sumie to on jednak nie chce do Lhasy, że oto tu w tym pięknym miejscu chciałby już pozostać. Aby z jednej strony spełnić życzenie Buddy, ale z drugiej strony wywiązać się ze ślubnych zobowiązań, postanowiono stworzyć wierną kopię posągu i pozostawić ją we wskazanym przez Buddę miejscu, które nazwano Lhagang - “ulubione miejsce Buddy” (oczywiście ;) ), a oryginał zawieźć do Lhasy. Gdy król Songsten Gampo dowiedział się o życzeniu Buddy zarządził w całym państwie budowę 107 monastyrów, skierowanych bramą w stronę Lhagang, zaś ostatni monastyr powstał w miejscu tak ukochanym przez Buddę.

Obecnie monastyr zamieszkuje na stałe ponad stu mnichów, a kolejnych siedemdziesięciu adeptów uczy się w tutejszej szkole buddyjskiej. Podobno od czasu do czasu można trafić na odbywające się w ramach nauki debaty. Natomiast chociaż tagongska świątynia jest monastyrem cieszącym się największą estymą w regionie, nie spotkaliśmy w środku zbyt wielu turystów. Mogliśmy więc w spokoju podziwiać bajecznie złote rzeźby Buddy i kilkusetletnie freski.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Po zwiedzaniu poszliśmy na obiad do niegdysiejszej knajpki Angeli, obecnie prowadzonej przez Czecha i jego żonę, Tybetankę, co widać było po mieszanym tybetańsko-europejskim menu, a także po karcie piw, w której dominowało ciemne czeskie piwo made in Tibet - “Black Yak” :mrgreen: Piwa niestety nie sprzedawali na wynos :(

"Centrum" Lhagang

Image

"Centrum" Lhagang
Image

Burger z mięsem jaka

Image

Image

Odbiór paczek dla Angeli na poczcie
Image


Przed powrotem do naszej doliny odebraliśmy na pobliskiej poczcie paczki dla Angeli, a następnie zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy wielkich młynkach modlitewnych, okalających monastyr po jego zewnętrznej stronie. Każdy z ponad dwustu pięknych, złoconych młynków modlitewnych ma wyrytą na sobie mantrę dobrej karmy, odnowienia i oczyszczenia od złej energii: “om mani padme hum”, a zakręcenie takim młynkiem jest równoznaczne z jej odmówieniem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


***

Jazda w górę doliny zajęła nam nieco więcej czasu niż rowerowanie w pierwszą stronę. Niby trasa wydawała się niemal zupełnie płaska, a jednak na wysokości 3900 m n.p.m. pokonanie byle wzniesienia wymagało od nas wysiłku. Wciąż mieliśmy jednak w pamięci widok sępów pastwiących się dzień wcześniej nad martwym koniem przy tej właśnie drodze, a że stado tych ptaków krążyło właśnie na niebie nad nami, trudno było o lepszą motywację do jazdy :lol:

Image


Po powrocie rozsiedliśmy się wygodnie na krzesłach Adirondack na naszej werandzie. Pies gospodarzy Kipper dotrzymywał nam towarzystwa, a po łące przed nami spacerowały jaki. Po chwili dołączył też do nas Tashi. Po zapewnieniach, że jaki to może i wielkie, potężne zwierzęta, ale o bardzo łagodnym usposobieniu, zabrałam aparat i poszłam w te krzaczory je fotografować.

Zdążyłam może zrobić ze 2-3 zdjęcia, gdy nagle z wysokich krzaków nieopodal wypadł wprost na mnie rozpędzony, gigantyczny czarny jak… Scena jak z bajek, tytuł: ucieczka przed bykiem. Serce stanęło mi w gardle. W ułamku sekundy obróciłam się na pięcie i zaczęłam uciekać w bok ile sił w nogach byle dalej przed siebie. Tymczasem jak… zrobił dokładnie to samo! :lol: Spanikowany na mój widok obrócił się z impetem, wzniósł tumany kurzu i nagle obydwoje - przerażeni - uciekaliśmy od siebie... biegnąc równolegle do siebie :lol: :lol: Gdy w końcu wyhamowałam, usłyszałam za sobą tylko Tashiego i mojego męża śmiejących się do rozpuku... :roll:

Image

Image

Nasza weranda

Image

Kipper dotrzymywał mi towarzystwa
Image

Jedna z trzech fotek jaków
Image

I dwie pozostałe
Image

Widok z naszego pokoju
Image



:idea: :idea: :idea:
INFO PRAKTYCZNE

:arrow: Dojazd do Lhagang: Tylko z przesiadką w Kangding. Publiczny autobus do Kangding odjeżdża z dwoca Xinnanmen w Chengdu raz dziennie - około 7-8 rano. Jedzie 7-9 godzin (o ile nie ma korków, lawin błotnych itp.), kosztuje 232 CNY (o ile dobrze sobie to zapisałam). W kasach pytamy o bilety do Tagong, nie do Lhagang (tzn. trzeba podać chińskojęzyczną nazwę nie tą tybetańską). Jeśli chcemy z Kangding do Tagong dojechać również publicznym busem, musimy tu przenocować, bo autobus odjeżdża tylko wcześnie rano. Żeby dojechać do Tagong w jeden dzień trzeba w Kangding poszukać prywatnej, współdzielonej taksówki. Najlepiej zapytać Angeli ile taki przejazd powinien kosztować, aby z jednej strony nie dać się oszwabić, ale z drugiej dać miejscowym godziwie zarobić. Ostatni 11-kilometrowy odcinek z Tagong to "Khampa Lodge" można przejść pieszo lub też przejechać taksówką. Wszyscy tu słyszeli o "Khampa Lodge" (reakcja naszego taksówkarza: "OOO! Angelaaaaa!" + szeroki uśmiech ;) )
:arrow: Khampa Lodge: Nie licząc astronomicznie drogich noclegów w Hongkongu było to chyba nasze najdroższe zakwaterowanie w Chinach, ale - biorąc pod uwagę jakość pobytu tutaj, wysokie wynagrodzenia jakie Angela płaci swoim pracownikom i ich zaangażowanie w pomoc lokalnej społeczności - nie żałowałam ani jednego juana wydanego w tym miejscu. Koszt noclegu w 6-osobowym dormitorium (w którym byliśmy sami) ze śniadaniem (najlepszym jakie jedliśmy podczas 2-miesięcznej podróży, ze świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy, porządną kawą i dżemem z dzikich tybetańskich truskawek!) to 190 CNY od osoby. Dwuoosobowe pokoje z łazienkami są znacznie droższe, ale z tego co widziałam można też obniżyć ceny noclegów w zamian za pomoc przy gospodarstwie. Alternatywną opcją jest też dłuższy wolontariat. Jak się okazało, jeden z najmilej wspominanych przez wszystkich wolontariuszy był Polakiem. Mała Somtso się wręcz rozpływała w zachytach nad nim :) Koszt obiadu przygotowywanego przez Tashiego to 60 CNY. Link do strony "Khampa Lodge": https://definitelynomadic.com/home/
:arrow: Co można tutaj robić:
- jeździć konno do i z tybetańskimi nomadami - Angela i Djarga mogą zorganizować dla chętnych kilkugodzinny konny wypad do nomadów, rajd z noclegiem u nomadów, albo 4-7-dniowe rajdy konne w stronę góry Yala lub Gonkka - te ostatnie są jednak bajońsko drogie;
- wędrować po górach do okolicznych monastyrów, np. do maleńkiej gompy w Nianlunsi, do Nongur Gompa albo większego i lepiej znanego żeńskiego monastyru Ani Gompa
- poznać kulturę tybetańskich nomadów - albo poprzez 2-dniowe warsztaty artystycznego rzemiosła, obejmujące między innymi wyrabianie filcu, materiału z włosia jaka i wyszywanie pledów pod siodło; albo poprzez spędzenie 2 dni w namiotach nomadów na dojeniu jaków, wyrabianiu masła i jogutów z mleka jaka oraz zbieraniu łajna 8-)
- nauczyć się tybetańskiego tradycyjnego "malarstwa wnętrz" podczas 2-dniowych warsztatów - żałuję, że nie zdecydowałam się na takie warsztaty, ale powstrzymał mnie koszt (500 CNY od osoby) oraz brak chętnego do pary ;)
_________________
*** podczas samoizolacji nadrabiam czytanie relacji ;) ***
Właśnie się pisze: Chiny w 2 miesiące, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość
Przeżyte, obfotografowane i opisane: Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan - od Wysokiego Pamiru po Morze Aralskie


Ostatnio edytowany przez nenyan 01 Kwi 2020 19:06, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
26 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#36 PostWysłany: 01 Kwi 2020 15:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 311
srebrny
O matko, jak tam pięknie..........!!!!! Stworzyłaś mi kolejne marzenie :) Dziękuję :*
Cudowne zdjęcia i opisy! I jestem pod wrażeniem tego, jak dokładnie i skrupulatnie przygotowaliście się do wyjazdu.
Czekam na więcej!
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
nenyan lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 02 Kwi 2020 09:59 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
Dzięki wszystkim za pozytywne komentarze :) To najlepsza motywacja do pisania!

@pestycyda Dziękuję <3 <3 <3 Ostrzegam natomiast, że to marzenie nie pozwala się zaliczyć do "spełnionych" po jednokrotnym odwiedzeniu :D Chciałoby się tam wracać i wracać... Jeśli jeszcze kiedyś pojadę do Chin, to właśnie na dłużej do Syczuanu. A co do przygotowania do wyjazdu to ja tak mam stety/niestety, jestem nieuleczalnym logistykiem i poszukiwaczem - najpierw więc planuję i planuję te moje wyjazdy, potem przeplanowuję wszystko po sto razy, a na koniec jeszcze i tak zmieniam te plany w trakcie ;)

@Rysiek Dzięki! A gdzie byłeś w Chinach? I jak Ci się podobało? Jestem ciekawa, to jest kraj, który budzi w ludziach naprawdę skrajne emocje :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#38 PostWysłany: 02 Kwi 2020 11:47 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 868
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@nenyan Długo czekałem na tę relację. :)
Opis wciąga, ilość smaczków, wynikających z perfekcyjnego przygotowania, porażająca, a zdjęcia, jak zwykle świetne. Herbaciarnia i zdjęcia z niej - klasa światowa.
Twoja poprzednia relacja pomogła podjąć decyzję o wyjeździe do Kirgistanu, Chiny od dawna na liście, więc pewnie jak skończę czytać, to zacznę szukać biletów. No dobra, poczekam najpierw na unormowanie się sytuacji na świecie. ;)

Przy okazji - zamierzasz zakończyć pisanie relacji w kwietniu? Bo mam do skończenia Kirgistan, a nie chciałbym pozbawić się szansy w konkursie już na starcie :lol:
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny>
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#39 PostWysłany: 02 Kwi 2020 18:34 

Rejestracja: 15 Maj 2015
Posty: 105
niebieski
@marcinsss wiem, wiem... trzeba było światowej epidemii, żebym zaczęła pisać :lol: dzięki bardzo za dobre słowo i nieustające poparcie <ukłony> ale Paaaanie, kwiecień? jaki kwiecień!? :mrgreen: ja wątpię, że jedna pandemia wystarczy, bym dała radę skończyć, patrząc na moje tempo :| w każdym razie Ty tam pisz, pisz - ja już część czytałam i zagłosuję na pewno!! <3 <3

no a Kirgistan polecałam w ciemno, choć może nie zawsze słusznie, natomiast z Chinami to na pewno inna bajka... naprawdę nie wiem czy bardziej je kocham czy nienawidzę :roll:
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 03 Kwi 2020 10:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Kwi 2017
Posty: 66
Loty: 152
Kilometry: 326 208
Dziękuję za możliwość obejrzenia Twoich pięknych zdjęć! Rozważaliśmy Chiny na ten rok, Syczuan jest na szczycie mojej listy, a widzę, że reszta punktów też się mocno pokrywa z Twoim planem. Mam nadzieję, że za jakiś czas uda nam się to zrealizować, a tymczasem pozachwycam się Twoją relacją. Koniecznie pisz dalej, będę cierpliwie czekać, a czasu teraz mam dużo ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 55 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group