Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 21 Lis 2016 20:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Miesiąc miodowy, każdy zna to hasło. Podobno można na nie otrzymać różne benefity w hotelach czy liniach lotniczych np w postaci upgrade. Tylko dlaczego w nazwie jest miesiąc? Nie udało mi się odszukać jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, tym bardziej, że nie znam nikogo kto by akurat na owy miesiąc (30 lub 31 dni wyjechał). Dlatego wraz z narzeczoną, a obecną małżonką postanowiliśmy oprócz "miodowy" wprowadzić w życie również "miesiąc". I tym oto sposobem na długo przed samą uroczystością staliśmy się posiadaczami biletów lotniczych na trasie Warszawa - Sydney; Bangkok-Budapeszt na pokładzie Qatar. Czas wyjazdu miesiąc: 19października do 18 listopada 2016 r.

Dokładny plan podróży to :
1. Katar
2. Australia (Sydney i "okolice")
3. Filipiny (Palawan, Boracay)
4. Kambodża (Siem Reap)
5. Birma (Bagan, Mandalay)
6. Tajlandia (Bangkok i okolice)

Oczywiście przed samym wyjazdem zdawaliśmy sobie sprawę, ze właściwie na każde z tych państw można by poświęcić równo 30 dni podróży i mogłoby nawet nie starczyć. Plan ulegał wielokrotnym modyfikacją (w tym nawet na kilka dni przed pierwszym lotem), ostatecznie udało nam się odszukać w tym wszystkim kompromis między zwiedzaniem, a wypoczynkiem. Będzie tutaj prawie wszystko bo zarówno morza jak i oceany, góry, miasta, wioski, cuda natury i architektury. Z wielu z tych miejsc tak naprawdę można by napisać osobną relację (np Birma której prawie nie ma na forum), ale postanowiłem to wszystko złączyć, bo w końcu to tylko wycinki jednego wyjazdu. Także miłej lektury, zobaczymy czy ktoś poza autorem dotrwa do końca:)

Żadna z prezentowanych w relacji fotografii nie była nigdy poddana jakiemukolwiek retuszowi. Przedstawię również "bohaterów" wyjazdów ponieważ bardziej lubię czytać relację jak wiem kto jest po drugiej stronie ekranu. Postaram się również przekazać rady praktyczne zdobyte w czasie wyjazdu.

Warszawa - Doha
Mimo, że od naszej pierwszej azjatyckiej podróży jesteśmy ogromnymi fanami linii lotniczych Emirates (a zostaliśmy nimi dzięki dwóm upgrade do biznes, na 4 loty) postanowiliśmy ich "zdradzić" na rzecz jednego z większych konkurentów w postaci Qatar Airways. Wszystko dzięki dogodnie rozpisanej przesiadce w postaci 21 godzin w Dosze, w czasie to której linie lotnicze zapewniły nam transfery do miasta, nocleg oraz wyżywienie. Zwiedzanie zapewniliśmy sobie sami:)
Jak to wygląda w praktyce. Otóż jeśli Twoja przesiadka wynosi min 8 godzin , a maksimum 24godz (po drodze nie ma innego połączenia) to wtedy możesz się ubiegać w linii lotniczej o taki pakiet "noclegowy". Najlepiej przed zakupem dowiedzieć się czy Twój bilet mieści się w odpowiednie taryfie i czy taki bonus Ci się należy. ( szczegóły tutaj http://www.qatarairways.com/pl/pl/trans ... ation.page ) . W każdym razie jak już wiesz, że możesz skorzystać z takiej opcji i masz zakupiony bilet, wtedy kontaktujesz się z liniami, podajesz kilka danych takich jak nr paszportu i otrzymujesz potwierdzenie darmowego noclegu (nie ma w nim podanej nazwy hotelu, i trudno się dowiedzieć prędzej jaki to hotel będzie, nam w każdym razie się nie udało).
Ok najpierw pokonujemy trasę do Warszawy pociągiem z Poznania, i mając przesiadkę w postaci 1 minuty na Dworcu Zachodnim nie zdążamy zakupić biletu na odcinek na lotnisko. Tutaj bardzo niemiła pani konduktor planuje wlepić nam mandat (pomimo tego, że bilet chcieliśmy kupić u niej i sami zgłosiliśmy ten fakt). Ostatecznie gdy już jest gotowa nam wypisać mandat kredytowy (nie mam zamiaru płacić na miejscu) odpuszcza i po zawyżonej cenie sprzedaje nam bilety (łącznie 16 zł dla dwóch osób, pewnie doliczyła dopłatę za wypisanie). Także podróż zaczynami od niemiłego akcentu, ale zupełnie nas to nie zraża do niczego. Na lotnisku konsumujemy jeszcze ostatnie polskie danie z jakim zetkniemy się przez najbliższy czas (pierogi) i w drogę " Witaj świecie". Do Dohy dolatujemy bez problemów, lot w układzie siedzeń 2-4-2 niezwykle przyjemny, upgrade nie otrzymujemy, kto wie może trzeba było się "pochwalić" podróżą poślubną, skoro to hasło otwiera tyle drzwi?
Po wylądowaniu szybkie kroki do stanowiska gdzie wydają vouchery na noclegi, pytanie czy hotel w mieście czy na lotnisku i w drogę. Wybieramy oczywiście miasto, bo lądujemy ok północy a wylot do Sydney jest dopiero po 20. Także mamy cały dzień na poznanie miasta na pustyni.

Tak wygląda kupon na noclegi. Jest tam nazwa hotelu oraz przysługująca kasa na jedzenie ok 150 zł na dwie osoby na obiad hotelowy (śniadania + transfer już opłacone). Kupon też stanowi wizę na odprawie paszportowej, póki co mimo zapowiedzi zniesienia jeszcze istnieją (istniały jak my wylądowaliśmy, parę Polaków którzy chcieli wyjść na miasto odesłano).
Załącznik:
DSC_0005.JPG


Sam hotel zlokalizowany jest w starej części Dohy, co nam odpowiada. Akurat tym razem nie mieliśmy ambicji podbijać wieżowców, woleliśmy targ. Jeśli zaś chodzi o hotel, który w swojej ofercie transferowej ma Qatar to zadziwia dość słaba jakość tych 4*. Wiem, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale naprawdę szczerze byliśmy zdziwieni jakie to wpadki zalicza to miejsce. Zresztą opinia 7,0 na bookingu też znikąd się nie wzięła. Jak na hotel 4* to jednak słabo.

Tak wyglądał nasz pokój, naprawdę duży i całkiem przyjemny.
Załącznik:
DSC_0003.JPG

Załącznik:
DSC_0004.JPG


Tak jak wspomniałem, na Dohę mieliśmy prawie cały dzień. Zwiedziliśmy w tym czasie "starą Dohę" (Al Souq) , port oraz Muzeum Sztuki Islamskiej. Samo miasto bardzo czyste, właściwie pozbawione reklam (jakże miła odmiana po naszych miastach). Targ nie prezentuje jednak sobą nic ciekawego, bardzo dużo chińszczyzny, mało lokalnych wyrobów. Atrakcją z pewnością mogły być liczne stoiska na których sprzedawano papużki. Poza tym problemem jest zapłata w sklepach za małe zakupy (woda coś słodkiego kartą), a wypłata z bankomatu to m.in 50 QAR (ok 50 zł) .

Kilka zdjęć z targu oraz widok na "nową" Dohę.
Załącznik:
DSC00012.JPG

Załącznik:
DSC00018.JPG

Załącznik:
DSC00019.JPG


W następnych częściach zapowiadam ciekawsze fotografie. Jako przedsmak.
Załącznik:
DSC_0209888.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez dziabulek 31 Gru 2016 13:25, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
Madbal uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 22 Lis 2016 09:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2015
Posty: 668
Loty: 36
Kilometry: 76 837
Mam nadzieje ze dalsza część będzie szybciej niż myslę :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 22 Lis 2016 14:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌maarcin1938‌ nie wiem jakie jest spodziewane tempo wpisów, ale postaram się ukończyć jak najszybciej. Choć chwile to zajmie bo długo cała podróż trwała i sporo się działo:)

Doha wywarła na nas pozytywne wrażenie. Widać, że jest to miasto w które pompowane są spore środki finansowe (kto bogatemu zabroni?). Choć te środki czasem wydają się śmiesznie wydawane. W samej Dosze jest zdecydowanie przerost zatrudnienia w postaci taniej siły roboczej z państw takich jak : Bangladesz czy Filipiny. Np w naszym hotelu było tak niezbędne stanowisko pracy tak "Bell Desk" , tudzież restauracja w której obsługuje zdecydowanie więcej osób aniżeli jest gości. Nie znajdziesz też na jakimkolwiek usługowym stanowisku rdzennego Katarczyka (nam się przynajmniej nie udało). Zapewne wiąże się to z ich wysokim statusem materialnym obywateli, dość szczodrze dotowanym przez państwo. To tak naprawdę spostrzeżenia z kilkunastu godzin pobytu, także trudno o wnikliwe analizy :)
Po dniu pobytu przyszedł czas na lot. Najdłuższy lot w naszej karierze, bo prawie 14 godzin w powietrzu na pokładzie A380. Nie powiem spodziewaliśmy się trudniejszej przeprawy, a nie było wcale tak źle. Co prawda w układzie 3-4-3 skraje miejsce od korytarza zajmował pewien Hiszpan, którego celem było nieporuszenie się z miejsca przez cały lot, i strzelanie focha, za każdym razem (a było ich naprawdę niewiele) kiedy chciało się któreś z nas ruszyć. Teoretycznie powinniśmy mieć sami do siebie pretensje wybierają miejsca przy oknie, jednakże nie mogłem sobie odpuścić obejrzenia Australii z góry. A, że przelot był w północnego-zachodu na południowy - wschód bo do Sydney to widoków było co niemiara. I były one zdecydowanie spektakularne (trudne do oddania przez okno samolotowe).
Załącznik:
DSC00025.JPG


Po przylocie na lotnisku witają nas dekorację świąteczne... oraz spore kolejki do oprawy paszportowej. Sama odprawa przebiega sprawnie, można podejść w dwójkę. Zrobią każdemu zdjęcie, zapytają po co i dlaczego? obejrzą formularz, który otrzymuje się w samolocie (zaznaczyliśmy w nim, że mamy leki. Pani zapytała nas jakie, w odpowiedzi otrzymała zgodnie z prawdą,że probiotyk i witaminy). Na tym koniec. Nie było żadnego sprawdzania bagażu, więc teoretycznie (nielegalnie) można było wwieść np zabronione jedzenie (były osoby, które zostały wysłane na dodatkową kontrolę, te już chyba by tego nie wwiozły).

Następnie szybko kupiliśmy karty OPAL i w drogę, zgodnie z poradami z fly4free , które pozwalają zamiast na dojazd z lotniska do miasta wydać po 16 AUD (ok 48 zł) na głowę, zmieścić się w naszym przypadku w niecałych 3 AUD (ok 9 zł)do Central Station gdzie mieścił się nasz hostel (Big Hostel polecamy, bardzo fajna atmosfera, dobre warunki, mają wszystko naprawdę dobrze przemyślane i zorganizowane).
Z Dohy wylatujemy o 21 a na miejscu w hostelu jesteśmy o 21 lokalnego czasu. I bardzo się z tego cieszymy bo pozwala to nam ominąć jetlag. Plan był taki aby w samolocie spać ok 5 godzin, tak aby po przyjeździe do miejsce paść do łóżka wymęczonym. I tak też się stało. Tym samym budzimy się rano ok 8, i zaczynamy nowy dzień. Jakkolwiek brzmi to dla niektórych mało realnie nie mieliśmy najmniejszych śladów jet laga tym samym. Po prostu zaczęliśmy nowy dzień i skończyliśmy wieczorem.
A jak ten dzień wyglądał? zaplanowaliśmy go dość zachowawczo, nie było sensu zakładać ambitnego planu działania, bo nie wiedzieliśmy jakie będzie nasze samopoczucie. Tym bardziej też, że prognozy pogody były średnio optymistyczne i niestety się sprawdziły. Pogoda to niecałe 20 stopni i co jakiś czas lekki deszczyk. No cóż nie z tym kojarzy się nam Australia. Dodatkowo nieszczególnie byliśmy przygotowani na zimno, tzn mieliśmy skromny zestaw ubrań na taką pogodę, ale nie na kilka dni takiej pogody:P
Wracając jednak do pierwszego dnia. Na pieszo wybraliśmy się w stronę symbolu Sydney czyli opery po drodze za Hyde Park, St. Mary's Cathedral , ogród botaniczny no i na koniec wisienka opera oraz Harobur Bridge.
Załącznik:
DSC_0007.JPG

Załącznik:
DSC_0016.JPG

Załącznik:
DSC_0019.JPG

Załącznik:
DSC_0032.JPG

Załącznik:
DSC_0063.JPG

Załącznik:
DSC_0072.JPG


Dla tych którzy chcieliby zobaczyć operę w pełnym słońcu jeszcze będzie okazja w tej relacji. Sama opera i okolice to bardzo łądny i zadbany teren. Choć budynek jest dość mały i aż dziw bierze, że stał się takim symbolem. Dużo większe wrażenie robi Harbour Bridge, wysoko zawieszony nad taflą wody. Swoją drogą po przęsłach mostu można chodzić w zorganizowanych wycieczkach. Ale bardzo droga to rozrywka, bo z zależności od pory dnia koszt waha się miedzy 248 AUD a 373 AUD ( ok 744 zł a 1119 zł). Choć patrząc na ilość osób chodzących na moście na brak chętnych nie narzekają. Cóż gdyby było taniej sami byśmy się wybrali. Najdroższa opcja to wschód słońca. Osoby które chciałby zagłębić temat odsyłam do bridgeclimb.com

Popołudnie i wieczór spędziliśmy w Chinatown oraz Darlin Harbour. A, ze akurat przypadała sobota, to załapaliśmy się na pokaz sztucznych ogni, który co sobotę jest tam organizowany za darmo o 21:00. Sam pokaz trwa ok 15 min.
Załącznik:
DSC_0084.JPG

Załącznik:
DSC_0146 (2).jpg


Sydney to zdecydowanie nowoczesne miasto. Niewiele jest budynków historycznych takich jak Ratusz, a te które są raczej będą miały problem aby wywrzeć wrażenie na Europejczyku. Za to fani wieżowców będą mieli sporą radość, bo tych nie brakuje i są naprawdę okazałe.

PORADY PRAKTYCZNE:
- komunikacja miejska jest bardzo sprawna, warto skorzystać z karty OPAL, która jest kartą przepłaconą. Najmniejsza kwota doładowania to 10 AUD, maksymalnie w ciągu dnia karta może pobrać 15 AUD (ok 45 zł) (w niedziele 2,5 AUD więc warto zaplanować sobie dłuższe wycieczki) a w tygodniu liczonym od pon do niedzieli 60 AUD (ok 180 zł). Karta obowiązuje nie tylko w Sydney ale i w całej aglomeracji. Maksymalne kwoty nie dotyczą dojazdu na lotnisko. Ale tak jak wspominałem jest na to patent w postaci autobusu nr 400, opisywany dość dokładnie na forum.
Więcej informacji na https://www.opal.com.au/
- jedzenie jest tanie. Azjatycka kuchnia to obiad w graniach 5-10 AUD (ok 15-30 zł), pizza w popularniej sieciówce Dominos to koszt 5,99 AUD (ok 18 zł)
-Lot Qatar, każdy dostaje poza kocem i poduszką mini kosmetyczkę, w niej szczoteczka i pasta do zębów, skarpetki, zatyczki, opaska na oczy. Serwowane są dwa posiłki (oba bardzo smaczne, śniadanie wręcz przepyszne [pudding] ) poza tym przez cały lot dostępne kanapki na ciepło, oczywiście napoje bez ograniczeń. Rozrywka taka sobie, nic w j.polskim również na lotach z PL.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez dziabulek 22 Lis 2016 19:26, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 22 Lis 2016 15:09 

@‌dziabulek‌ - odnośnie jetlag potwierdzasz moją teorię, że idealnie jest przylecieć (do Australii) wieczorem co minimalizuje szanse na rozregulowanie organizmu względem Morfeusza.

Nie muszę chyba pisać, że z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy zwłaszcza na odcinek australijski ;).
Góra
 PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 23 Lis 2016 13:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌singielka_1976‌ cieszę, się że mogłem potwierdzić Twoją teorię:) co najważniejsze teorię skuteczną. Choć wiadomo, że w tym wypadku akurat sporo zależy od linii lotniczych i naszego biletu.
Cieszę się, ze ktoś czyta i czeka na ciąg dalszy.

Kolejny dzień naszej australijskiej przygody przypadał na niedzielę. Tak wspomniałem we wcześniejszym wpisie jest to dobry dzień na dłuższe wycieczki, lub na wycieczki w czasie których planuje się wiele przejazdów komunikacją miejską. W niedzielę OPAL pobiera za wszystkie przejazdy tylko 2,5 AUD (ok 7,5 zł). Z tego też powodu (oraz z tego, że zapowiadano słońce + ok 18 stopni) wybieramy się na Blue Mountains. Dojazd banalnie prosty, z głównego dworca Sydney czyli Central Station (w jego okolicy jest także mnóstwo hoteli i hosteli) dojazd podmiejskim pociągiem zajmuje ok 2 godziny. Następnie obok dworca z miejscowości Katoomba jakieś 10 min jazdy autobusem i jesteśmy od razu na tarasie widokowym. Zero podchodzenia czy jakiegokolwiek wysiłku.
Załącznik:
DSC00048.JPG

Załącznik:
DSC00053.JPG

Załącznik:
DSC00054.JPG

Dzień wycieczki w góry to jeden z tych dni, w czasie których karta od aparatu pozostała w laptopie, więc wszystkie zdjęcia były robione przy pomocy Sony Action Cam (wtedy jeszcze towarzyszącej na w wyjeździe i nagrywającej świetne pamiątki filmowe). Jak widać na załączonej fotografii tego dnia Blue Mountains wcale nie były blue i tak niestety pozostało przez cały czas naszego pobytu. Generalnie same góry to taki trochę konglomerat turystycznych, bo obok owego tarasu widokowego mamy restauracje, sklepy itd, a w bliskiej odległości (połączenie także autobusem) dostępny jest park tematyczny(Scenic World). W nim dostępne są m.in tak aby się nie nachodzić są kolejki turystyczne oraz widokowe na linach. My jednak postanowiliśmy przejść się trochę poza miejscami głównego szlaku i okazało się to strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Otóż większość turystów dochodzi tylko do Trzech Sióstr i następnie rezygnuje na widok ostrzeżenia dotyczącego dalszego szlaku. Ostrzeżenie to informuje, że dalej są schody, a wejście po tych schodach to nie lada wyzwanie. I pomyśleć, że to wszystko w tak usportowionym kraju jak Australia. Jako, że my już w górach nie jedno przeszli i nie straszne nam schody oraz podejścia :idziemy dalej. Aż dochodzimy do szlaku w którym na lewo można dojść do stacji pociągu w innej miejscowości oddalonej o ok 2,5 godziny spaceru (czas mogłem przekręcić, może były to 4 godziny?) lub w drugą stronę do wspomnianego już Scenic World, ale tam trzeba zapłacić za wydostanie się kolejką na górę (wg dostępnych informacji nie ma podejścia). Trudno stwierdziliśmy, że wydamy kasę na to podejście byle trochę zobaczyć tych gór i poczuć klimat górskiej wycieczki. I tak sobie wesoło wędrując trafiliśmy po ok 45 min drogi na rozwidlenie (1 km przed Scenic World). Szlak idzie w górę mimo, że na żadnej z map dostępnych na terenie parku które do tej pory widzieliśmy takiego szlaku nie ma. Na szczęście obok nas zatrzymał się pan trenujący biegi górskie (jako triathlonista amator zawsze ich podziwiam) i powiedział, że nie dość, że szlak doprowadzi nas do miejsca do którego chcemy iść to dodatkowo jest świetny widokowo. No to teraz może czas na zdjęcia aby pokazać ową świetność...
Załącznik:
DSC00080.JPG

Załącznik:
DSC00086.JPG

Załącznik:
DSC00087.JPG

Załącznik:
DSC00093.JPG

Załącznik:
DSC00094.JPG

Załącznik:
DSC00097.JPG

Załącznik:
DSC00101.JPG

Załącznik:
DSC00103.JPG


Nas te widoki zdecydowanie oczarowały. Choć też fotografia niespecjalnie potrafi oddać urok tych gór. Do tego miejsca najciekawsze widokowo były praktycznie puste, podejrzewam, ze właśnie na skutek tego słabego (celowego?) oznakowania, kierującego wszystkich do Scenic World. Tam też pierwszy raz w czasie tego wyjazdu poczułem się jak bohater filmu i książki "Ostatni Mohikanin" co prawda akcja dzieje się w USA, ale tam również nie brakuje wodospadów i urwisk (kto nie widział filmu szczerze polecam). Z czystym sumieniem mogę zarekomendować całodzienną wycieczkę w "Niebieski góry. Myślę, że nikt kto lubi naturę nie pożałuje wyboru. A może komuś nawet uda się zobaczyć kolor "blue".

Porady praktyczne:
1. Po wyjściu z pociągu na stacji należy przejść kilkadziesiąt metrów główną uliczką skąd odjeżdża autobus zarówno na punkt widokowy jak i do Scenic World. Autobus kursuje w ramach OPAL. Pociąg go Katoomby kursuje często, zwykle co 30 min.
2. Woda butelkowana w Australii jest dość droga, my na tą okoliczność wymięliśmy punkt z programu MasterCard na butelkę Britta, którą zabraliśmy ze sobą. Filtrowała on nam wodę z kranu tudzież jak na zdjęciu poniżej z wodospadu. Rozwiązanie sprawdziło się świetnie.
3. Po zejściu schodami obok Trzech Sióstr udajemy się na prawo w kierunku Scenic World. Dochodzimy po ok 45 do godziny do rozwidlenia. Obok niego jest tablica informująca, ze do Scenic World pozostał 1 km. Tam udajemy się do góry, dochodząc aż do przystanku autobusowego w kierunku dworca (opcjonalnie można wybrać takze dojście do Scenic World oraz na taras widokowy)
4. Na miejscu można kupić pamiątki, jednak lepiej to zrobić w samym miasteczku aniżeli przy punkcie widokowym, jest spora różnica cen.
Załącznik:
DSC00083.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez dziabulek, 23 Lis 2016 13:22, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 23 Lis 2016 13:22 

Filtrowanie wody w Australii? A po co jak tam można pić z kranu a wielu miejscach są poidełka ;)
Góra
 PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 23 Lis 2016 13:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2015
Posty: 668
Loty: 36
Kilometry: 76 837
@‌dziabulek‌ mniej wiecej o takie tempo mi chodziło :D
chociaz nie ukrywam, że szczgólnie czekam na opis i fotki z Azji
Góra
 Relacje PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 23 Lis 2016 13:39 

Rejestracja: 22 Cze 2012
Posty: 250
niebieski
singielka_1976 napisał(a):
Filtrowanie wody w Australii? A po co jak tam można pić z kranu a wielu miejscach są poidełka ;)

Co ciekawe w tych poidelkach woda nie raz byla smaczniejsza niz z kranu. My jednak tez troche tej wody kupowalismy w butelkach. Kranowa nam nie smakowala a 1.5l wody w Aldi kosztowalo 65 centow za butelke wiec nie jakos strasznie.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 24 Lis 2016 14:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌singielka_1976‌ wiemy, ze można pić wodę z kranu, zresztą w Polsce też można (przynajmniej w Poznaniu, który dość mocno to promuje), ale jako, że musieliśmy na coś wymienić punkty to poszło na tą butelkę, która później w czasie lotów służyła za dobry schron dla magnesów:)
@‌maarcin1938‌ cieszę się, ze czytasz iczekasz na rozwój sytuacji. Dziś jeszcze Australia, ale już niedługo będziemy się przenosili na Filipiny.
@‌KKL‌ nawet nie wiedzieliśmy, że jest taka tania. Zwykle w mniejszych sklepach była droższa. A co do smaku to cóż ani w Australii ani tym bardziej w Azji nie trafiliśmy na tak smaczną wodę jaka jest np u nas, a to z tego względu, że wolimy wody wysokozmineralizowane.

Jako, że pierwsze dwa dni pobytu na australijskiej ziemi trochę nas wymroziły, i naprawdę byliśmy realnie zmarznięci to z ulgą przywitaliśmy prognozę pogody wskazującą na ciepło i słońce. Tego też dnia postanowiliśmy odwiedzić słynne plaże Manly i Bondi. Przy okazji korzystając z faktu naliczania maksymalnej opłaty za OPAL 15 AUD (inaczej przejazdy kosztowałby ok 30 AUD).
Na pierwszy ogień poszła Manly dokąd można płynąć promem spod samej opery. Jest to świetne rozwiązanie również pod kątem turystycznym, pozwala obejrzeć najbardziej znane sydnejskie (ciekawa odmiana) widoki z perspektywy wody. Podobno na samej trasie potrafią też pojawić się wieloryby (nam nie udało się ich dostrzec), a do tego pięknie widać wybrzeże, no i obficie buja bo fale potrafią być naprawdę konkretne. Także nawet jeśli kogoś nie interesuje samo Manly, warto wybrać się na tą wycieczkę w ramach komunikacji miejskiej (pływają także prywatne promy) dla samej frajdy płynięcia i widoków. Swoją drogą przy okazji może zobaczyć w jak atrakcyjnych lokalizacjach potrafią mieszkać Australijczycy i po cichu im zazdrościć widoków w okna.

Załącznik:
DSC_0296.JPG

Załącznik:
DSC_0294.JPG

Załącznik:
DSC_0279.JPG

Załącznik:
DSC_0273.JPG


Samo Manly to bardzo przyjemna okolica. Takie małe "miasteczko" w którym jest atrakcyjna plaża, sklepy dla surferów i mnóstwo kawiarni i restauracji. Nie powiem w pełnym słońcu i przy przyjemnej letniej temperaturze prezentowało się świetnie. Sama plaża również aż prosiła się aby chwilę się położyć i odpocząć.
Dzięki pobytowi na Manly zobaczyliśmy też po raz pierwszy jeden z symboli Australii : surferów. I co prawda styl pływania na desce większości z nich sporo różni się od tego co za dzieciństwa oglądało się z filmach, ponieważ dziewczyny i chłopacy głównie unoszą się w pozycji leżącej na falach, a jeśli już wstają to trwa to kilka sekund. Ale i tak można było cofnąć się do czasów kiedy byłem dzieciakiem i nie do końca rozumiałem dlaczego u nas nie ma takich fal bo ja przecież też chciałbym być surferem :) a kto by nie chciał?
Załącznik:
DSC_0266 (2).jpg

Załącznik:
DSC_0260 (2).jpg


Po powrocie do centrum w pełnym słońcu odwiedziliśmy jeszcze Ogród Botaniczny (poprzednio pogoda nie dopisywała) i udaliśmy się w kierunku kolejnej znanej plaży czyli Bondi, do której dojazd jest może mniej ciekawy ale równie łatwy.
Załącznik:
DSC_0320.JPG

Załącznik:
DSC_0319.JPG


Sama Bondi raczej rozczarowuje. Mocno zabudowana i zabetonowana plaża, dookoła niezbyt ciekawa widokowo. Zdecydowanie gorzej wypada w porównaniu z Manly. Jedynym atutem jest punkt widokowy zlokalizowany po lewej stronie plaży, z którego można podziwiać ogromne fale jakie rozbijają się o brzeg.
Załącznik:
DSC_0339.JPG

Załącznik:
DSC_0343.JPG

Załącznik:
DSC_0408.JPG

Załącznik:
DSC00145.JPG


Tego dnia mieliśmy również okazję spróbować dwóch rzeczy charakterystycznych dla kuchni australijskiej: Vegemite oraz fish and chips. Tego pierwszego spróbowałem trochę nieświadomy co mnie czeka. Wiedziałem, ze to produkt lokalny i lubiany w Australii, a że słoik z nim stał obok dżemu na naszym hostelowym śniadaniu to sobie posmarowałem grzankę... cóż fanem nie zostałem:)
Drugi temat to Fish&chips, które zamówiliśmy na Bondi w knajpie pełnej lokalsów jak Pan Bóg przykazał. I podobnie jak wcześniej próbowałem tego w UK tak i tym razem kilkanaście tysięcy kilometrów dalej, nie rozumiem fenomenu. Daleko temu do innej ryby smażonej w głębokim oleju czyli dorsz z frytkami i surówką, nieodłączny element wizyty nad Bałtykiem.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 24 Lis 2016 14:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Cze 2013
Posty: 1896
Loty: 651
Kilometry: 1 617 242
złoty
Piękne Sydney, wspomnienia wracają :) Dzięki za fajną lekturę i czekam na więcej :))
_________________
Relacje: weekend w Australii i na Alasce.
Góra
 Relacje PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 24 Lis 2016 14:40 

@‌dziabulek‌ a mnie vegemite pozytywnie zaskoczyło choć początkowo Adam długo musiał mnie przekonywać, no bo po co jeść kanapkę z magi? :lol:
Wszystko zależy z czym to zjesz, moja wersja to tost posmarowany cieniuteńko vegemite a na to miąższ z awokado - pycha, do tego stopnia, że sobie specjalnie zamówiłam słoiczek jak koleżanka przylatywała do PL i już w domu takie tosty serwowałam reszcie familii -smakowało ;).

No i oczywiście czekam na CDN :)
Góra
 PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 25 Lis 2016 14:17 

Rejestracja: 24 Lis 2016
Posty: 0
Ekstra relacja :-)!
Góra
 Relacje PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 25 Lis 2016 14:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌przemos74‌ faktycznie Sydney robi wrażenie. Zresztą nie bez powodu często jest dość wysoko w rankingach najlepszych miast do życia, choć z tego co kojarzę jeszcze wyżej jest Melbourne, w którym akurat nie mieliśmy okazji być.
@‌singielka_1976‌ zapewne gdybym tak jak Ty lepiej przygotował się do zjedzenia vegemite, i miał okazję jeść to z dodatkami to odbiór byłby inny. A tak trochę z rozpędu nałożyłem sobie to na grzankę właściwie nie do końca świadom co to takiego:)

Nastał czas opuszczenia Sydney i udania się na podbój fragmentu wschodniego wybrzeża. Właściwie to plan na "owy" podbój został zmieniony na tydzień przed podróżą (akurat była możliwość anulacji noclegów). Pierwotny zakładał Gold Coast oraz Coffs Harbour. Jednak przeraziła nas trochę liczba kilometrów, a co za tym idzie czasu spędzonego w aucie. Mieliśmy poczucie, ze zmarnujemy tak naprawdę dwa dni na jazdę samochodem, więc skorygowaliśmy plan i pojechaliśmy znacznie bliżej bo do Soldiers Point zlokalizowanego w popularnym miejscu wypoczynkowym w okolicy Nelson Bay. Plan na najbliższe dni obejmował poznanie uroków natury Australii. I w dużej mierze się on udał. Ale po kolei.

Najpierw zaczęliśmy od wypożyczenia samochodu, który wcześniej mieliśmy zarezerwowany w wypożyczalni East Coast Cars Rentals. Auto odebraliśmy w okolicy lotniska, gdzie podjechaliśmy metrem. Na początku przydzielono na Hyundai i20, ale po wyjechaniu nim z hali garażowej, okazało się, ze nie domyka się klapa bagażnika (przynajmniej tak sugerowały kontrolki). Także auto wymieniono na właściwie nowego Hyundai'a Accent (przebieg 6 tyś km), którego atutem była automatyczna skrzynia biegów. W Polsce co prawda wolę manualną, ale biorąc pod uwagę ruch lewostronny skrzynia okazała się bardzo pomocna, i tylko zamiast migaczy włączałem czasem wycieraczki:) Przygoda z ruchem lewostronnym zaczynająca się blisko centrum Sydney przy dość sporym ruchu samochodowym stanowiła jakieś tam wyzwanie. Ale poszło całkiem dobrze i sprawnie. Co prawda ustawiliśmy na nawigacji omijanie dróg płatnych, ale ostatecznie tak nas poprowadziła, że przejechaliśmy przez Harbour Bridge. Przejazd mostem jest płatny, choć ostatecznie o dziwo nic mi z karty kredytowej wypożyczalnia za niego nie ściągnęła (auto miało zainstalowane urządzenie do zdalnego pobierania opłat). Dlaczego tak sie stało tego nie wiem.
Po opuszczeniu Sydney wjechaliśmy na autostradę i spotkaliśmy się z zaskoczeniem. 3 pasy w każdą stronę, ruch umiarkowany ale orgraniczenie 110 km/h i ani jednego więcej. Ciągłe ostrzeżenia o radarach, fotoradarach, nieoznakowanych autach i innych pułapkach czyhających na osoby próbujące nie dostosować się do znaków skutecznie zniechęciły nas do jakiejkolwiek szybszej jazdy, zresztą nie tylko nas bo właściwie nikt tam nie przekracza prędkości. Jak ktoś jechał ok 120 to już prawdziwa rebelia:) No i te gigantyczne ciężarówki, które jadą właściwie tak szybko jak osobówki. Nie powiem klimat jazdy był bardzo fajny, brakowało tylko tempomatu bo naprawdę aż trudno było utrzymać tak niską jak na standardy europejskie prędkość.
Załącznik:
DSC_0432.JPG

Załącznik:
DSC_0433.JPG



Na każdym kroku były też widoczne kampery (jestem mini fanem tych pojazdów i chętnie wybrałbym się w podróż czymś takim) w tym również opcje terenowe z myślą o outback'u (w tym wypadku przyczepa)
Załącznik:
DSC_0434.JPG


No dobra ale Australia to nie samochody czy wolne autostrady, a przyroda. Oczy mieliśmy dookoła głowy wyszukując kangurów. Niestety jedyne co udało się zobaczyć to dwa rozjechane na poboczu:( hmmm nie o takim oglądaniu marzyliśmy. Niestety po drodze do naszego specyficznego (o tym za chwile) hotelu jedyne co mijaliśmy to znaki ostrzegawcze. Nie obeszło się oczywiście bez pamiątkowych fotek (ktoś był w Australii i nie zrobił sobie takiego zdjecia?)
Załącznik:
DSC_0442.JPG

Załącznik:
DSC_0480.JPG


Ostatecznie bez natknięcia się na żywe zwierzęta dojechaliśmy do hotelu. Wiedzieliśmy, ze jest to inny Ibis Styles niż te w Europie. Przede wszystkim Accor chwali się, że w owych Ibisach śniadanie i internet są w cenie (tutaj obie rzeczy były dodatkowo płatne) do tego, sa to hotele raczej nowe, z nowoczesnym wystrojem. Nam natomiast (świadomie) trafił się hotel, który przypominał ośrodek jak z Dirty Dancing tylko trochę mniejszy. Ale największym hitem pokoju były podświetlane obrazy, czasem wieczorem sobie włączaliśmy i napawaliśmy się ich widokiem :P
Załącznik:
DSC_0450.JPG

No ale nie o hotel czy obraz na ścianach nam chodziło. I jakkolwiek obok była całkiem fajna plaża z pomostem, a do tego za oknem mieliśmy kilka papug, to czas było ruszyć dalej na oglądanie fauny i flory najmniejszego kontynentu.
Załącznik:
DSC_0453.JPG

Wybraliśmy sobie jedną z plaż widocznym na mapce dostępnej w recepcji. Trochę przeczuwaliśmy, ale jeszcze nie mieliśmy takiej pewności, ze w Australii możesz wybrać się gdziekolwiek i masz całkiem duże prawdopodobieństwo, że trafisz w naprawdę malownicze miejsce. (co prawda szukaliśmy plaży nudystów bo lubimy ten klimat, ale nie mogliśmy znaleźć drogi, ale jak to mówią "bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście")

[mam jakieś problemy techniczne, jak tylko się uporam dodam kolejne zdjęcia]


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 25 Lis 2016 16:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Załącznik:
DSC_0459.JPG

Załącznik:
DSC_0460.JPG


I tak trochę pokręciliśmy się autem, głównie po małych fragmentach lasów obok których był znak ostrzegający o koalach. Szukaliśmy, choć nie bardzo mieliśmy na to jakikolwiek patent. A wiadomo koali może być kilka, a drzew są setki jeśli nie tysiące. No i nie udało nam się ich odszukać, ale zupełnie przypadkiem trafiliśmy na punkt widokowy. Ot zwykły punkt do którego prowadził malutki drogowskaz. A widoki... cóż w niektórych krajach mogłaby być to jedna z głównych atrakcji turystycznych (zdjęcia nijak tego nie oddają). Widok obejmował całą zatokę oraz ocean.
Załącznik:
DSC_0490.JPG

Załącznik:
DSC_0504.JPG

Wracamy do hotelu i postanawiamy zasięgnąć porady Pani z recepcji hotelu. Może ona nam powie gdzie i jak odszukać koale no i kangury żyjące wolno. Okazuje się, ze to dość proste bo zwierzaki te często przebywają w pobliżu pól golfowych. A pole takie było całkiem blisko hotelu. Więc jedziemy:) niestety teren jest ogrodzony, ale brama otwiera się sama. Okazuje się, ze to jakieś osiedle domków wraz z polem golfowym. Parkujemy na drodze i ruszamy na poszukiwania. Długo szukać nie musimy, dwa kangury:)a potem na drzewie wypatrujemy koale, w innym miejscu jest cała gromada kangurów. Radości nie ma końca:) Można sobie podejść do nich ze spokojem na odległość kilku kroków.
Załącznik:
DSC_0531.JPG

Załącznik:
DSC_0534.JPG

Załącznik:
DSC_0540.JPG

Załącznik:
DSC_0566.JPG


Porady:
1. Za wypożyczenie auta z podstawowym ubezpieczeniem i nawigacją (dostaliśmy gratis), klasa auta B zapłaciliśmy 162 AUD (ok 486 zł 4 dni) . Zwrot i odbiór w tym samym punkcie
2. Koale szukać można poza wypatrywaniem się w konary drzew po gruncie. Z tego względu, że jeśli "wiszą" na jakimś drzewie to sporo odchodów leży pod nim.
3. Kangury dużo aktywniejsze są późnym popołudniem gdy robi się chłodniej.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 25 Lis 2016 17:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Kwi 2014
Posty: 924
Cytuj:
ktoś był w Australii i nie zrobił sobie takiego zdjecia?

Ja... :oops:
Fajna relacja. Ja już nie wiem co z tymi Blue Mountain: jedni pisza, że oczarowują inni (częściej) że niekoniecznie...
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
dziabulek lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 26 Lis 2016 12:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌gosiagosia‌ szczerze mówiąc nie widziałem opinii negatywnej na temat Blue Mountains, choć jestem w stanie sobie tak ową wyobrazić. My całkiem prawdopodobne, że także nie piali byśmy z zachwytu gdyby nie fakt, że poniekąd zboczyliśmy z głównych szlaków promowanych przez zarządce terenu. Gdyby nie to nie trafilibyśmy na wodospady, skarpy i inne świetne widoki bez tłumów ludzi. Jednak jeśli ktoś trafia na główny taras widokowy w okolicy Trzech Sióstr i ew kawałek robi spaceru po górach, to faktycznie może uznać to za średnią atrakcję.

Kolejne dni to dalsze odkrywanie Australijskiej przyrody, ale również prowincji. Dwie takie rzeczy które rzucają się to prawie każde gospodarstwo ma konie, i jest mnóstwo pól golfowych. Do tego dzięki sporej ilości terenu nie ma w ogóle domów piętrowych, same parterówki. W celu odkrywania natury wybraliśmy się w okolice Seal Rocks (fok nie było) piękna plaża w okolicy malowniczej latarni morskiej. Trochę opalania, potem wycieczka na latarnię przez las w którym ostrzegano o obecności Dingo. Plaża świetna, szeroka, woda czysta(ale zimna) z muszelkami. Natomiast po wejściu na latarnię oberwaliśmy ocean i wypatrzyliśmy wieloryba. Stukał (jeśli tak to można nazwać) swoim ogonem o wodę robiąc przy tym spory hałas. Obok facet pływał w łódce i łowił ryby. Też w takich okolicznościach przyrody połowił bym ryby :)
Załącznik:
DSC_0569.JPG

Załącznik:
DSC_0609.JPG

Załącznik:
DSC_0637.JPG

Załącznik:
DSC_0673.JPG

Załącznik:
DSC_0672.JPG

Załącznik:
DSC_0646.JPG

Załącznik:
DSC_0665.JPG

Zafundowaliśmy sobie również wycieczkę na oglądanie wielorybów i delfinów, cena 56AUD (ok 168 zł) kupowana przez stronę internetową operatora wycieczek, na miejscu 63 AUD. Wycieczka odbywa się statkiem wypływającym z portu Nelson Bay i trwa ok 3,5 godziny w czasie których wypływa się na ocean w poszukiwaniu wielorybów, a przy okazji zwykle pojawiają się również delfiny. Ja filmowałem żona robiła zdjęcia ale jak zobaczyła całe stado delfinów obok statku, to cała sytuacja taką ją podjarała, że mało co na zdjęciach widać:)
Załącznik:
DSC_0720.JPG

Załącznik:
DSC_0742.JPG

Załącznik:
DSC_0736.JPG

Załącznik:
DSC_0751.JPG

niestety żaden wieloryb w pobliżu nie wyskoczył. Było tylko widać w dość dużej odległości pluski (żałowaliśmy, ze nie byliśmy na innym stateczku który akurat był wtedy w pobliżu).

Porady:
1. Paliwo w Australii jest dość tanie, ale między stacjami zlokalizowanymi nawet bardzo blisko siebie potrafią być spore różnice w cenie, także warto się rozglądać jeśli sporo tankujecie.
2. Doba hotelowa w Australii zwykle trwa do 10:00 (tylko jeden z naszych noclegów miał ją do 11:00) np Ibis Style proponował świetną promocję czyli przedłużenie doby do 12:00 za jedyne 30 AUD (ok 90 zł)
3. Raz wymieniliśmy dolary amerykańskie na dolary australijskie w kantorze, ale był to błąd bo kantor poza spredem na wymianie doliczył sobie 9% transakcji jako koszt!!! także zdecydowanie lepiej wymienić złotówki w Polsce na AUD


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 28 Lis 2016 16:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌maarcin1938‌ w tym poście postawimy stopy na azjatyckiej ziemi, na którą czekałeś.

Kolejny czas mieliśmy również zaplanowany z myślą o zwierzętach charakterystycznych dla kontynentu. Po dłuższych poszukiwaniach odpowiedniego ogrodu ostatecznie wybraliśmy się do Featherdale Wildlife Park niedaleko Sydney. Naszym celem było zobaczenie koali, wombatów i kangurów.
Sam ogród to dość spory teren z dużą ilością zwierząt. Mamy kilka gatunków kangurów, które można karmić. Jest mnóstwo koali (można sobie robić z nimi za całkiem duże pieniądze zdjęcia, z tego co pamiętam najtańszy pakiet to 20 AUD ok 60 zł). Jeśli ktoś lubi zwierzaki to jest to dość sensowna opcja. Na miejscu można też kupić stosunkowo tanio australijskie pamiątki.
Zwierzaki prezentowały się tak:



Załącznik:
DSC_0133.JPG

Załącznik:
DSC_0172.JPG

Załącznik:
DSC_0200.JPG


I właściwie na tym kończył się nasz krótki pobyt na australijskiej ziemi. Przed ostatni nocleg spędziliśmy w miejscowości Copacabana, w której jest dość duża i ładna plaża. Ostatnią noc już w Sydney w Ibis Buget w pobliżu lotniska (ciekawostka Ibis Buget, a w pokoju lodówka i czajnik).

Australia to niesamowity kraj, zdecydowanie mamy do niego ochotę wrócić. Najlepiej w wynajętym kamperze zwiedzać outback, a potem korzystać z uroków przepięknego wybrzeża. Kiedyś pamiętam dziwiłem się Markowi Niedźwiedzkiemu, ze ciągle tak lata do tej Australii. Przecież to daleko, dość drogo, a pięknych państw na świecie nie brakuje. Teraz jednak dziwię się znacznie mniej:) Ale z pewnością warto poznać te tereny lepiej, a i może zobaczyć jak żyli kiedyś rdzenni mieszkańcy, bo teraz to można ich w Sydney spotkać obok Opery, ale to chyba nie o to chodzi...
Załącznik:
DSC_0053.JPG

Po oddaniu samochodu (łącznie przejechaliśmy 850 km, zwrot bez problemów, zablokowana kasa na koncie wróciła po ok 3 tygodniach, co ciekawe bez pobrania opłaty za przejazd Harbour Bridge) i transferze na lotnisko czekał nas 8 godzinny lot na pokładzie Cebu. Był to nasz pierwszy kontakt z tą linią lotniczą i trochę mieliśmy obaw co do tak długiego lotu na pokładzie tanich linii. Ale wszystko wyszło super, lot minął szybko, dzięki temu, że na 3 siedzeniach byliśmy w dwójkę mieliśmy całkiem sporo miejsca dla siebie. Jedyne co można zarzucić to wcześniej zamówiony posiłek. No cóż jedzenie w Cebu było okropne... no ale w końcu to linia lotnicza z Filipin więc muszą trzymać standard o czym mieliśmy mieć okazję przekonywać się przez następne kilka dni.
A Manila cóż poza kolejkami do odprawy paszportowej (ale jak się okazuje to w sumie wszędzie standard, no prawie) przywitała nas dość niemiło. Mieliśmy w mieście spędzić tylko jedną noc, i następnego dnia wylecieć do Puerto Princessa. Hotel blisko lotniska (3,5 km) zarezerwowany w gratisie z hotels.com Jakoś tak nie sprawdziliśmy dojazdu, stwierdziwszy, że weźmiemy taksówkę... no i się zaczęło. Oczywiście po wyjściu z terminala propozycji było milion, ale chcieliśmy skorzystać z normalnych taksówek miejskich. Okazało się, ze czas oczekiwania na taką taksówkę to 45-60 min! Koszt takiego kursu to 100-150 PHP (ok 9-13 zł) natomiast propozycje od "taksówkarzy" to np 1750 PHP (ok 150 zł) za 3,5 km jazdy :) kiedy proponowano mi 600 PHP śmiałem się z nich, a natomiast taksówkarze obrażali się na mnie, i w ogóle byli zdumieni skąd wiem gdzie jest hotel, tak jakby nie dotarło do nich, że jest coś takiego jak google maps. Ostatecznie jeden zgodził się nas zabrać za 300 PHP ok 27 zł (i tak sporo przepłaciliśmy, ale nie chciało się nam już czekać) i to tylko dlatego, że miał na pokładzie jakąś starszą Filipinkę, którą wiózł dalej. Na sam koniec jeszcze chciał wejść do hotelu i powiedzieć, ze to on nam polecił hotel aby zgarnąć prowizję. Niestety nici z jego planu, bo rezerwacja była zrobiona prędzej. Także Filipiny powitały nas niezbyt sympatycznie. Samej Manilii właściwie nie zwiedzaliśmy, wybraliśmy się tylko do oddalonego o ok kilometr od hotelu Mall od Asia w celu wymiany pieniędzy w kantorze (kantoru nie ma, są banki ale nie pracowały już o tej godzinie) i zakupów w aptece (to bez problemu). I tyle. Następnego dnia rano wiedzieliśmy już, ze w stolicy kursuje Uber i bez problemu za 7,40 zł dostaliśmy się na lotnisko. Także pamiętajcie Uber w Manilii pozwoli Wam zaoszczędzić :)

Porady:
1. Woda na lotnisku w Sydney poza tym, ze dostępna jest w wielu poidełkach to w sklepach jest bardzo tania. Dwie butelki 0,6 litra za 3 AUD (ok 9 zł)
2. Miałem wyrobione Międzynarodowe Prawo Jazdy z myślą o Australii, ale w żadnym momencie nie było mi potrzebne.
3. Widoki z okna samolotu lecącego na trasie Sydney - Manila są niesamowite. Najpierw cała Australia w tym Terytorium Północne, a potem wysepki, niektóre wielkości dwóch boisk piłkarskich.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 30 Lis 2016 11:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
Naszym celem na Filipinach był dwie wyspy Palawan i Boracay. Pierwsza miała nam dostarczyć świetnych widoków w czasie Island Hooping, druga natomiast zapewnić rajskie plażowanie. Czy się udało wyjaśnię w najbliższych postach.

Najpierw z hotelu na lotnisko w Manili wspomnianym wcześniej Uberem za grosze. W ogóle lotnisko w Manili to tak naprawdę kilka lotnisk zgromadzonych wokół pasa(pasów?) startowych. Co więcej potrafią się sporo różnić między sobą standardem. Mają tylko jedną, na dłuższą metę wkurzającą cechę. Co chwile gdzieś jest przejście zagrodzone i jesteś kontrolowany jakbyś wybierał się na bezpośrednie spotkanie z prezydentem USA. Tworzy to spore kolejki, bo najpierw pokaż kartę pokładową w czasie wejścia na lotnisko (ja co jeśli kogoś odprowadzam, albo po prostu chcę iść do restauracji?) potem daj bagaż do prześwietlenie, potem znów pokaż kartę pokładową, a następnie poddaj się kontroli takiej jak na innych lotniskach (razem 3 razy karta pokładowa, dwa razy prześwietlany bagaż). Ciekawe z czego to wynika, czyżby tak bali się terroryzmu? W każdym razie należy uzbroić się w cierpliwość, również do tłumów... no i do kiepskiego jedzenia. PRzed przyjazdem na Filipiny czytaliśmy, ze średnio jest w tym temacie i początek to potwierdzał. O ile jedzenie w samolocie można jeszcze przeboleć bo to nie tylko domena filipińska, o tyle dalej nie było wcale lepiej. Obiad w hotelu, a potem śniadanie na lotnisku tylko potwierdzały wcześniej przeczytane opinie. No ale dalej mieliśmy nadzieję...
Lot do Puerto Princessa na pokładzie Cebu szybko i przyjemnie. W ogóle fajne linie. Personel bardzo sympatyczny o czym kilkukrotnie mieliśmy się jeszcze okazję przekonać także podczas kolejnych lotów, do tego ceny napojów i jedzenia relatywnie niskie (o ile mnie pamięć nie myli ok 2 zł za wodę na pokładzie samolotu). Nawet można w konkursach wygrać różne gadżety poprzez odpowiedź na pytanie np wymień 3 państwa na literę F, albo trzy kolory na literkę P itd. Trochę innym klimat niż loterie Ryanair :)

Lądowanie w Puerto i późniejsza jazda na dworzec autobusy (zgodnie z poradami z F4F wybraliśmy autobus zamiast vana) nie napawany optymizmem. Padało, a całe miasto w zderzeniu z przyzwyczajeniami australijskimi wyglądało koszmarnie. Kierowca tricykla tylko się z nas śmiał, że czego spodziewaliśmy się w porze deszczowej (która swoją drogą powinna już być na wykończeniu). No nic wsiadamy w autobus i jedziemy do El Nido.
Sama droga to krajobraz lasu deszczowego, zabudowanego prowizorycznymi domkami właściwie z czego się da. Wygląda to dość przygnębiająco, choć co pewnie nikogo nie zdziwi ludzie są uśmiechnięci. W autobusie jesteśmy jedynymi białymi, pozostali to lokalsi, którzy wsiadają i wysiadają na żądanie w dowolnych miejscach. Oczywiście autobus na potęgę przewozi cargo, do tego stopnia że pewnie dwie szafy odcięły nam wyjście z autobusu:) trzeba było skakać przez siedzenia.
Kilka fotek zrobionych przez szybę w czasie jazdy.
Załącznik:
DSC_0250.JPG

Załącznik:
DSC_0251.JPG

Załącznik:
DSC_0254.JPG

Załącznik:
DSC_0255.JPG

Załącznik:
DSC_0276.JPG


W końcu po 6:45 min pokonaliśmy te 230 km drogi. Choć jechało się ciężko, niebo zasnute było dość ciężkimi chmurami, do tego najczęściej padało, a widoki biedy i bałaganu jaki zwykle tej biedzie towarzyszył także nie napawały radością. Chyba na początek był to zbyt duży kontrast po krajobrazie australijskim. Po przyjeździe do El Nido tylko padliśmy na łóżko i poszliśmy spać. Obudziłem się przed 6 rano i przypomniawszy sobie o fakcie, że plaża Corong jest chwalona jako fajne i spokojne miejsce wybrałem się tam na krótki spacer. Znacie piosenkę Kult pt "Polska" ? dla tych którzy nie znają się tam jeden tekst "... jest tak brudno i brzydko, ze pękają oczy". Tą właśnie piosenkę miałem w głowie pokonując drogę w kierunku Corong. Stanowiłem też małą sensację wśród mieszkańców. Turyści zdają się chyba o tej godzinie jeszcze spać.
A tak wygląda Corong i droga na plażę o świcie. Myślę, że europejskie świnki tylko mogą zazdrościć luzu tym filipińskim, które mają możliwość beztroskiego biegania wokół "posesji".
Załącznik:
DSC_0290.JPG

Załącznik:
DSC_0293.JPG

Załącznik:
DSC_0298.JPG

Załącznik:
DSC_0300.JPG

Załącznik:
DSC_0312.JPG

No ale celem naszej wycieczki do El Nido nie było podziwianie wątpliwych uroków samej miejscowości, ale okolicznych wysepek, które po rekomendacji @‌Washington‌ i słowa, ze okolice Phi Phi mogą się tylko uczyć jak powinien wygląda Island Hooping własnie od Palawanu, nie mogliśmy opuścić takiego skarbu. Co prawda na Phi Phi nie byliśmy, odwiedziliśmy natomiast park narodowy Ang Thong po drugiej stronie Tajlandii i wywarł on na nas ogromne wrażenie.
Postanowiliśmy wybrać wycieczkę C (dla niewtajemniczonych są 4 różne rodzaje wycieczek po różnych trasach, najpopularniejsze to A i C, choć pojawiają się też mixy w stylu A oraz C w jeden dzień). Udało się nam również pogodowo przez 1/2 wycieczki świeciło słońce. Na naszej łódce była również trójka rodaków, którzy po raz drugi robili wycieczkę C, wcześniej zrobili także A, ale podobno bez porównania.
Co na wycieczce, cóż ukryte plaże do których wejście prowadzi przez mały otwór w skale i trzeba zanurkować aby przepłynąć, świetne rafy i snurkowanie na nich. Bezludne wyspy i przepiękne widoki. Niestety większość zdjęć i filmików nagraliśmy Sony Action Cam (która przepadała o czym będzie w następnym poście) ale nie zdążyłem ich zgrać na komputer. Także większość tych cudów natury pozostanie tylko w naszej pamięci, a tym samym nie mam jak przedstawić ich w tej relacji. Ostał się tylko mały wycinek z aparatu.
Załącznik:
DSC_0322.JPG

Załącznik:
DSC_0325.JPG

Załącznik:
DSC_0328.JPG

Załącznik:
DSC_0361.JPG

Załącznik:
DSC_0373.JPG

Załącznik:
DSC_0429.JPG


Cała wycieczka trwała ok 6 godzin, na łódce było luźno bo razem 8 osób (w tym 5 z Polski). W czasie rejsu bardzo smaczny obiad na plaży, świeża ryba z grilla, ryż , mango. Najlepsze co jedliśmy w czasie całego pobytu na Filipinach. Wieczorem kolacja w knajpie z nowo poznanymi, sympatycznymi rodakami z Warszawy.

Informacje praktyczne(wszystkie ceny po mniej lub bardziej skutecznych negocjacjach):
1. Cena trycykla branego poza lotniskiem w kierunku dworca 100 PHP (ok 9 zł)
2. Cena CherryBus do El Nido 400 PHP (ok 36 zł)
3. Cena wycieczki C 1000 PHP (ok 90 zł)
4. Cena wstępu do parku 200 PHP (ok 18 zł) wstęp ważny przez kilka dni
5. Kursy walut bardzo słabe 47,50 za USD
6. Brak sklepów, wszystkie ceny dostajesz na twarz, stosunkowo drogo i się z tym nie kryją


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 30 Lis 2016 12:19 

dziabulek napisał(a):

Kolejny czas mieliśmy również zaplanowany z myślą o zwierzętach charakterystycznych dla kontynentu. Po dłuższych poszukiwaniach odpowiedniego ogrodu ostatecznie wybraliśmy się do Featherdale Wildlife Park niedaleko Sydney. Naszym celem było zobaczenie koali, wombatów i kangurów.
Sam ogród to dość spory teren z dużą ilością zwierząt. Mamy kilka gatunków kangurów, które można karmić. Jest mnóstwo koali (można sobie robić z nimi za całkiem duże pieniądze zdjęcia, z tego co pamiętam najtańszy pakiet to 20 AUD ok 60 zł). Jeśli ktoś lubi zwierzaki to jest to dość sensowna opcja.


Albo się tam pozmieniało albo przegapiłeś :P kolejkę do bezpłatnego zdjęcia PRZY koali, nie pamiętam czy tam była odpłatna opcja aby wziąć torbacza na ręce.
Góra
 PM off  
 
#20 PostWysłany: 06 Gru 2016 16:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1165
Loty: 93
Kilometry: 181 345
niebieski
@‌singielka_1976‌ pozmieniało się. My też szliśmy tam z założeniem, że zdjęcia są bezpłatne. Ale nie. Jest specjalne stanowisko, kasa itd. Oni robią zdjęcia swoim aparatem, po wejściu na ich stronę można sobie ściągnąć. Są 3 pakiety od 20 do 40 AUD ale nie pamiętam już szczegółów. Co dziwne na stronie nic nie jest na ten temat napisane.

Wracając na Palawan. Kolejny dzień pobytu w El Nido miał skumulować sporą dawkę pecha, którego nigdy ani w czasie tej ani w czasie innych podróży nie doświadczaliśmy. W planach mieliśmy plaże Nacpan, polecaną przez wiele osób, choć owe polecenia czytałem ze zdziwieniem, bo jakoś zdjęcia nie przekonywały mnie do wizyty. No ale nie było sensu siedzieć w brzydkim El Nido, więc postanowiliśmy jednak zweryfikować na własne skórze opinie dotyczące Nacpan. W tym celu wynajęliśmy skuter, zaprawieni w bojach po tajskich drogach chętnie w dwójkę wsiedliśmy na taki pojazd. Wycieczka rzeczywiście była ciekawa, i jechało się bardzo dobrze. I choć ostrzegali o tym, że później kończy się asfalt i zaczyna dość trudna droga, to stwierdziliśmy, że damy radę. Niestety skończyło się to dla nas wywrotką i kilkoma skaleczeniami. Filipińczycy pomocni w tej sytuacji powiedzieli o co chodziło. Nie należy nigdy hamować przednim hamulcem bo wtedy koło się skręca i wywrotka na takim terenie gwarantowana. Należy hamować hamulcem tylnym. Bogatsi w tą widzę resztę trasy pokonaliśmy już w jednym kawałku. Na szczęście skuter który wypożyczyliśmy chyba już nie jedno na ten drodze przeszedł i widział bo był dość poobijany, więc bez problemu oddano nam dokument (dowód osobisty) który był zabezpieczeniem wypożyczanego sprzętu. Nacpan faktycznie prezentowała się bardzo przyjemnie. Długa i szeroka plaża, z czystą wodą. Rano właściwie pusta. Jakoś chyba zdjęcia nie potrafią oddać uroku tego miejsca, nasze niestety też nie zmienią tej sytuacji.
Załącznik:
DSC_0478.JPG

Załącznik:
DSC_0539.JPG

Załącznik:
DSC_0545.JPG


Niestety na wywrotce nasz pech tego dnia się nie skończył. Co przedstawi kolejne zdjęcie fale tego dni były duże. Sporo osób w tym ja skakało na falach i generalnie bawiło się w wodzie. Wodzie, która była mocno zmącona kilka metrów od brzegu także nie było nic widać. Właśnie na skutek tych wysokich fal. Wiele osób brało do wody swoje kamerki. W tym ja. Tylko, ze każdy brał na kijku, ja natomiast aby dodatkowo zabezpieczyć ją przed tym aby nie uciekła ubrałem uchwyt na dłoń. Niestety złamał się on. To jedno z ostatnich zdjęć przedstawiających kamerę, zmąconą wodę oraz owy uchwyt.
Załącznik:
DSC_0524.JPG

Pięć godzin poszukiwań zarówno na brzegu jak i w wodzie. W tym dwóch Filipińczyków którym obiecałem kasę za odszukanie sprzętu. nurkowali, wszystko na nic. Kamera pozostała w wodzie. Kto wie może teraz już gdzieś wypłynęła i ktoś ogląda nasze filmiki z Australii i Island Hopping . Nam już nie dane pewnie będzie tego nigdy obejrzeć. Cały incydent skutecznie zepsuł nam dzień, tym bardziej, że sprzęt było sporo wart i dodatkowo stanowił mój wymarzony prezent na 30-ste urodziny otrzymany od przyjaciół.
No cóż... wieczorem wybraliśmy się na obiado/kolację na plażę Corong, była tam polecana przez zapoznanych dzień wcześniej rodaków knajpa, w której poza dość smacznym jedzeniem był sprawny internet. A sprawy sklepi internetowego, który prowadzę wzywały. Niestety dostęp do internetu w naszym pensjonacie był tylko na papierze. Pomimo tego, że każde piętro osobną sieć :) Chociaż zachód słońca wynagrodził nam nieprzyjemności tego dnia.
Załącznik:
DSC_0551.JPG

Na tym kończył się nasz pobyt w El Nido. Dziś przeczytałem na F4F taki tekst @‌Roku‌ " po 8-dniowym pobycie w dziczy Palawanu. " i coś w tym chyba jest. To dziwne miejsce, piękna natura, która graniczy z niezbyt pięknymi dziełami człowieka. Wszechobecnym chaosem, hałasem, spalinami i brudem. Ale najbardziej doświadczone po pobycie były nasze książki i przewodniki, które od wilgoci w pokoju powykrzywiały się tak jakby ktoś polewał je wodą:) Czy warto odwiedzić El Nido? Z pewnością tak. Jednak piękno natury wygrywa z całą "dzikością" wyspy :)
Kolejnego dnia opuszczaliśmy El Nido (wraz z trójką nowych znajomych, z którymi umówiliśmy się na wspólną jazdą autobusem) i jechaliśmy w kierunku Puerto Princessa gdzie mieliśmy zaplanowane zwiedzanie miejscowości oraz nocleg. Niestety ze zwiedzania wyszły nici bo lało. Nie wiem czy El Nido ma jakiś swoisty mikrokilmat i tam nie pada, ale zarówno w drodze do miejscowości jak i powrocie cały czas padało. W Puerto to samo. Także nie było dane poznać nam uroków PPS o ile takie są, bo patrząc na całość Palawanu można w to trochę zwątpić. Brak chęci opuszczania hotelu spowodował również fakt, że hotel był naprawdę na wysokim poziomie, suchy, pachnący i czysty pokój stanowił doskonałą odmianę po El Nido, a że to podróż poślubna to należało nam się trochę wypoczynku w komforcie :)
Następne na naszej drodze miały być rajskie plaże Boracay.

Informacje praktyczne:
1. W tą stronę jechaliśmy Roro Bus, cena 360 PHP/os (ok 32 zł) czas jazdy 6:15
2. Tricykl z dworca autobusowego do hotelu obok lotniska 100 PHP (ok 9 zł) nikt nie chciał nas zabrać z plecakami za 80
3. Opłata za wstęp na Nacpan 50 PHP/os (ok 4,50 zł)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 36 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group