Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 9 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 07 Lut 2023 19:30 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 483
złoty
Cz. I - Wielki Komor
Zapraszam do relacji z Komorów, niezwykle rzadko odwiedzanego kraju – według każdego zestawienia mieszczącego się w dwudziestce najrzadziej odwiedzanych państw. Nie będzie to debiut Komorów na forum fly4free, wcześniej świetną relację stamtąd zamieścił @pbak, ale mam nadzieję dołożyć garść nowych informacji. Tym bardziej, że udało mi się dotrzeć tam, gdzie @pbak nie był, tj. do Anjouan oraz do francuskiej Majotty. Niestety relacja będzie bardzo uboga w zdjęcia – przez niesprzyjający zbieg okoliczności straciłem większość z nich już po powrocie do Polski.

Tytuł relacji nawiązuje wprost do nazwy Komory, która to pochodzi od arabskiego qamar, czyli księżyc.

Na Komory dostałem się Ethiopianem, wykorzystując mile Miles&More (zapłaciłem 40 tys. mil + 650 zł dopłat). Choć dolot na Komory za mile może wydawać się korzystny cenowo, gdy chcemy wyskoczyć poza główną wyspę archipelagu, trzeba płacić jak za zboże. Za prom na Majottę zapłaciłem 220 euro w jedną stronę, powrót na Anjouan kosztował tyle samo, a prom z Anjouan na Wielki Komor to wydatek rzędu 50 euro (loty wewnętrzne kosztują około 100). Promy (poza trasą Majotta-Anjouan) pływają bardzo rzadko, na szczęście można rezerwować bilety przez Internet na stronie sgtm.com

W samolocie z Addis Abeby do Moroni nie bardzo było widać potwierdzenie tezy, że Komory są tak rzadko odwiedzane. Samolot był pełny prawie w 100%, a przecież Ethiopian lata do Moroni codziennie i podstawia spore 737-max. Oczywiście prawie wszyscy pasażerowie byli Komorczykami, ale znalazło się wśród nich co najmniej 5 osób rasy białej. Wśród tej piątki oprócz mnie było dwóch Polaków - ojciec i syn, którzy jednak zamierzali zatrzymać się tylko na Wielkim Komorze. Czwartym zaś był Filip, Litwin, z którym nawiązałem bliższą znajomość i z którym spędziłem popołudnie.
Załącznik:
IMG-20221204-WA0004.jpg


Kontrola w Moroni odbyła się bezproblemowo – trzeba było pokazać dowód szczepienia, bilet powrotny oraz zapłacić 30 euro za wizę. Wiza niestety wklejana do paszportu, na szczęście chociaż pieczątki stawiają na tej wklejce. Mimo doniesień, że trzeba mieć wydrukowany dowód noclegu nikt mnie o takie rzeczy nie pytał. Potem szybka ręczna kontrola bagażu i można wychodzić.

U pogranicznika zaliczyłem pierwszą wtopę – pokazałem na telefonie potwierdzenie rezerwacji promu i ten telefon zostawiłem (czy raczej mi go nie oddał?). Zorientowałem się po przejściu przez kontrolę bagażu i zacząłem gorączkowo szukać. Na szczęście pozwolili mi wrócić, a pogranicznik telefon zwrócił. A zorientowałem się tak szybko, bo zaraz za kontrolą bagażu kupowałem kartę SIM. Kupno było bezproblemowe, za 10 euro dostałem 10 GB do wykorzystania. Czasy odcięcia Komorów od Internetu, których doświadczał @pbak parę lat temu, minęły bezpowrotnie. Dobrej jakości Internet miałem przez cały czas pobytu na Komorach.

Razem z Filipem zamówiliśmy taksówkę, która kosztowała nas 10 euro od łebka. Suma gigantyczna jak na Komory. Podpowiem co zrobić, aby uniknąć skalpowania – wystarczy wyjść poza lotnisko, stanąć przy głównej drodze i machnąć ręką na jedną z licznych taksówek (tj. minibusów) w kierunku Moroni. Podróż nie powinna kosztować więcej niż 1,5 euro w przeliczeniu na ichniejszego franka komorskiego, wg stałego przelicznika 500 franków za euro.

Filip miał na Komory tylko półtora dnia, więc zaczął intensywnie negocjować dzień następny. A plan miał ambitny – chciał wspiąć się na wulkan Karthala, a potem zwiedzić całą wyspę. W jeden dzień! Normalnie samo zdobywanie Karthali trwa dwa dni, choć wspinaczka tam i z powrotem trwa jakieś 9 godzin. Filip nadawał się do tego idealnie, biega maratony, nie pali i nie pije. Ustalił, że zacznie o 4 rano, wróci koło 13, a potem razem pojedziemy na zwiedzanie wyspy. Problemem była cena – taksiarz zażądał 60 euro od łebka, co wydało mi się dużą przesadą. Ostatecznie wymiksowałem się z tego zwiedzania, a Filip został perfidnie oszukany – zapłacił 120 euro tylko za podwózkę i powrót z Karthali, a potem dołożył kolejne 100 euro za zwiedzanie wyspy z innym taksiarzem. Chyba się nie przejął, ma kilka biznesów internetowych i stać go.

Po zainstalowaniu się w hotelu (ja wybrałem Farida Lodge za 40 euro – polecam) udaliśmy się na zwiedzanie Moroni. Miasto nie jest duże, ale dość rozległe, a w komorskim upale zwiedzanie nie należało do najprzyjemniejszych, nawet po południu. Z godnych polecenia miejsc mogę wymienić co najwyżej Meczet Piątkowy, do którego weszliśmy w krótkich spodenkach mimo sprzeciwu niektórych miejscowych. Jest też drugi całkiem interesujący meczet, którego nazwy nie pomnę.
Załącznik:
DSC03082.JPG

Załącznik:
DSC03085.JPG

Załącznik:
DSC03086.JPG

Załącznik:
DSC03089.JPG

Załącznik:
DSC03091.JPG

Załącznik:
IMG-20221204-WA0000.jpg


W centrum Moroni znajduje się taki oto napis:
Załącznik:
DSC03084.JPG


Majotta jest komorska i taka na zawsze pozostanie

Napis identycznej treści, ale ze zmienionym jednym słowem (zamiast komorska było francuska) znajdował się na przystani promowej w Mamoudzou. To drugie zdjęcie akurat straciłem.

Poza tym nie ma w Moroni nic godnego uwagi – ładne na pierwszy rzut oka plaże są niesamowicie zaśmiecone. Złapaliśmy taksówkę do Iconi – historycznej stolicy Wielkiego Komoru, w której znajdują się ruiny pałacu sułtanów, zwanego Kapviridjohe, oraz średnio ciekawa medyna. Ruiny obejrzeliśmy dokładnie, medynę tylko przeszliśmy, bo zaczęło się robić ciemno i przestaliśmy cokolwiek widzieć. Nad nami fruwały gigantyczne nietoperze, endemiczne dla tego regionu, z rozpiętością skrzydeł grubo przekraczającą metr.

Załącznik:
DSC03092.JPG

Załącznik:
IMG-20221204-WA0002.jpg


Za taksówkę z Iconi do Moroni zapłaciliśmy po 500 franków, czyli 1 euro. Taksówki w obrębie Moroni kosztują stałą cenę 300 franków – 60 eurocentów, mniej niż 3 złote. W komorskiej duchocie warto czasem było wziąć taksówkę niż przespacerować się kilometr, zwłaszcza z ciężkim plecakiem.

Następnego dnia, zgodnie ze wskazówkami udzielonymi mi przez gospodarzy z Farida Lodge, udałem się do bankomatu (przyjmował tylko Visę, ale na pewno znajdzie się też taki z Mastercard), a dalej do miejsca zwanego Gare Du Nord (Dworzec Północny). O tutaj:
Załącznik:
Gare du Nord.jpg


Miejsce nie ma za wiele wspólnego z dworcem, ale odjeżdżają stamtąd dzielone taksówki na północ wyspy, czyli również na lotnisko. Wsiadłem do jednej w kierunku Mitsamiouli i po paru minutach, w afrykańskim stylu (czyli 4-5 osób na 3-osobowej kanapie) wyruszyliśmy. Po drodze mijałem całkiem fotogeniczne krajobrazy.

Załącznik:
IMG-20221204-WA0003.jpg

Załącznik:
IMG-20221204-WA0007.jpg

Załącznik:
IMG-20221204-WA0008.jpg


Za kurs, który trwał nieco mniej niż półtorej godziny, zapłaciłem coś koło 800 franków, mniej niż 2 euro! W Mitsamiouli przesiadłem się do kolejnej taksówki, która za 300 franków dowiozła mnie do chyba największej poza Karthalą atrakcji Wielkiego Komoru – jeziora Sale.
Załącznik:
IMG-20221204-WA0011.jpg

Jezioro prezentuje się nieźle, można je spokojnie obejść dookoła w mniej niż godzinę – tylko ten upał! Oczywiście wokół nie było żadnej infrastruktury, jezioro miałem całkowicie dla siebie…

… do czasu, bo po powrocie na drogę zaskoczyły mnie muzyka i wrzaski pochodzące ze szkolnego autobusu. Dołączyłem się do przewodnika i zapytałem, czy mogą mnie podwieźć do kolejnej atrakcji, oddalonej o jakieś 3 kilometry. Mimo, że autobus był maksymalnie wypełniony, przewodnik odparł „on va practiquer humanisme” czyli „zamierzamy praktykować humanizm” i wpuścił mnie do środka. A tam naprawdę nie było nawet jednego miejsca stojącego. Za to jadące autobusem licealistki zaczęły wyrażać wyraźne zainteresowanie moją osobą – jedna nawet domagała się mojego telefonu, aby wklepać swój numer. Nie spodziewałem się takiej otwartości w muzułmańskim kraju! Swoją drogą, kobiety w tym regionie są przeważnie całkiem atrakcyjne. Pewnie pomaga im w tym stosowanie specjalnych maseczek z drzewa sandałowego, w których chodzą cały dzień, nawet na dworze.
Załącznik:
IMG-20221208-WA0014.jpg


Przejażdżka trwała krótko, kolejnym przystankiem był Dos du dragon czyli Grzbiet Smoka – grupka ostańców skalnych na nadbrzeżnym klifie. Rzeczywiście wygląda to jak grzbiet smoka, tylko dostać się tam nie jest prosto – musieliśmy przeskakiwać przez kilka płotów z gałęzi. Ale w końcu się udało, a ja zrobiłem sesję zdjęciową z chyba połową grupy. Dalej musieliśmy się rozstać, ja chciałem w miarę szybko wrócić do Moroni, oni jechali na wschód.
Załącznik:
IMG-20221204-WA0009.jpg
Załącznik:
IMG-20221204-WA0010.jpg

Do Mitsamiouli złapałem stopa, a stamtąd taksówkę do Moroni za kolejne 800 franków. Cała podróż kosztowała mnie więc niecałe 4 euro. A dnia poprzedniego taksówkarz chciał prawie za to samo aż 60 euro! Nawet biorąc pod uwagę, że w tej cenie odwiedzilibyśmy również południe, samodzielnie można zorganizować wycieczkę po całej wyspie w cenie jakichś 10 euro od łebka. Ostrzegam – warto choć trochę znać francuski, angielskim posługuje się niewielu. Mój francuski jest raczej mierny, ale na podróżowanie po Komorach wystarczał w zupełności.

Wieczorem udałem się na przystań promową, aby złapać prom na Majottę i w nadziei obejrzenia meczu Polska-Francja. Zrobiłem szybki check in, dostałem naklejkę na bagaż, przeszedłem przez kontrolę paszportową… żeby skończyć w pseudo poczekalni, w której nie tylko nie było telewizora, ale nawet sensownego wiatraka. Tak się bawić nie będziemy – po chwili wróciłem do klimatyzowanej kanciapy policjantów z telewizorem. Dali mi krzesło i pozwolili oglądać mecz. Okazało się, że prawie wszyscy kibicujemy Polsce – Komorczycy bardzo Francuzów nie lubią za (jak twierdzą) bezpodstawną okupację Majotty. Tylko jeden z kibiców był za Francją – członek załogi promu, pochodzący właśnie z Majotty. Jak mecz się skończył, wszyscy wiedzą – fajnie, że przynajmniej spędziłem te dwie godziny w klimatyzowanym pomieszczeniu, oglądając nie tak złą grę reprezentacji.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
8 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 10 Lut 2023 20:18 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 483
złoty
Cz. II - Majotta

Boarding na prom na Majottę był niemal dokładnie w momencie ostatniego gwizdka sędziego. Co ciekawe, nikt nie skanował ani nie sprawdzał manualnie bagaży – rzecz zupełnie niebywała w dzisiejszym świecie. Prom był niesamowicie niekomfortowy – brak miejsc do spania (ok, siedzenia trochę się rozkładały), metalowe poręcze pomiędzy siedzeniami, mocno działająca klima, brak jakiegokolwiek bufetu… I ja miałem w czymś takim spędzić całą noc – prom wypływał o 20.00, żeby na Majotcie zameldować się o 7 rano. W dodatku w nocy zaczęło trochę bujać i ludzie ze słabszymi żołądkami zaczęli dawać temu wyraz. Ale koniec końców nie było tak źle.

Przybyliśmy o czasie i pierwsze co zrobiłem to wymiana karty SIM na polską. Na wszelki wypadek nie włączyłem transmisji danych, ale przyszedł SMS potwierdzający, że i tutaj mamy roaming „like at home”. Majotta to obecnie departament zamorski Francji, pełnoprawne terytorium Unii Europejskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami. Roaming miałem z Orange Reunion, co sprawiało, że notorycznie pokazywał mi się w telefonie czas Reunion zamiast Majotty (która ma dwie godziny do przodu względem Polski).
Kontrola graniczna dla obywatela UE była oczywiście bezproblemowa, choć i Komorczycy nie mieli większych problemów. Celnicy nie chcieli nawet oglądać mojego bagażu.

Majotta to specyficzne geograficznie terytorium. Dzieli się z grubsza biorąc na dwie wyspy – Małą i Dużą Ziemię (Petite Terre i Grande Terre). Zarówno przystań promowa, jak i lotnisko, znajdują się na Petite Terre. Główne miasto Majotty – Mamoudzou, znajduje się na Grande Terre. Między tymi wyspami krąży prom, a przejażdżka trwa paręnaście minut. W stronę Grande Terre nie zapłaciłem ani grosza, z powrotem trochę ponad euro.
Załącznik:
IMG-20221205-WA0000.jpg

Załącznik:
IMG-20221205-WA0001.jpg

Załącznik:
IMG-20221207-WA0007.jpg

Zanim wszedłem na prom, odbiłem w drugą stronę, do jednej z największych atrakcji Majotty – jeziora Dziani. Kraterowe jezioro przypomina nieco to z Wielkego Komoru, ale ma ładniejszy, zielony kolor wody. Było tak gorąco, że nie zdecydowałem się na obejście całego jeziora i dojście do plaży, która się tam znajduje.
Załącznik:
IMG-20221205-WA0002.jpg
Załącznik:
DSC03101.JPG
Załącznik:
DSC03104.JPG

Majotta od pierwszych chwil dała się poznać z dobrej strony. Nie ma nawet porównania z Komorami, tu wszystko jest zdecydowanie lepiej zorganizowane – drogi są równe, jeżdżą lepsze samochody, nie ma problemów z prądem i są normalne sklepy, w tym spore markety (Carrefour, Intermarche) z naprawdę dobrym wyborem wszystkiego. W krajach takich, jak Komory denerwuje mnie brak sklepów, w których można coś sensownego kupić. Istnienie supermarketów to dla mnie jedna z lepszych oznak kraju cywilizowanego.

Porównanie Majotty z Komorami daje trochę światła na odwieczną dyskusję pt. czy kolonializm był dobry. 50 lat temu trzy wyspy Komorów wybrały niepodległość, jedna – dalszą zależność od Francji. Dziś ich rozwój jest nieporównywalny. Oczywiście w dyskusji należy uwzględnić dostęp do kapitału z metropolii czy stabilność polityczną (w międzyczasie na Komorach było ze 20 zamachów stanu), ale wniosek nasuwa się sam. Oczywiście odbyło się to kosztem niezależności - Majotta jest zdecydowanie bardziej francuska i mniej afrykańska, a białych ludzi z metropolii można tu spotkać na każdym kroku.

Krajobrazowo wszystkie wyspy archipelagu są do siebie podobne – mocno pofałdowane, pokryte tropikalną roślinnością, bardzo wilgotne i duszne, z wulkanicznym stożkiem w centrum. Przejechałem do najbardziej oddalonej od stolicy części wyspy – gminy Boueni i przeszedłem się po największym skarbie Majotty – przepięknych, praktycznie pustych plażach.
Załącznik:
DSC03108.JPG

Załącznik:
DSC03110.JPG

Załącznik:
IMG-20221207-WA0009.jpg

Jedynymi towarzyszami były kraby, które jednak szybko wszystkie uciekły do morza. No prawie wszystkie, największy z nich nie robił sobie nic z mojej obecności i pozostał niewzruszony na plaży.
Załącznik:
DSC03113.JPG
Załącznik:
DSC03114.JPG

Transport na Majotcie jest zorganizowany podobnie do Komorów. Nie ma tu transportu publicznego, ale rolę autobusów pełnią taksówki ze stałą ceną. Za przejazd wzdłuż całej wyspy zapłaciłem 8 euro, taksówka wewnątrz Mamoudzou kosztuje stałe 2 euro.

Majotta jest muzułmańska jak Komory, ale gołym okiem widać, że wpływ świeckiej Francji odcisnął tu swoje piętno. Meczety są wszędzie, ale mało kto do nich chodzi, kobiety zdecydowanie rzadziej zakrywają głowy, a w sklepach bez problemu można kupić alkohol. I to w wyborze, który by zawstydził niejeden polski monopolowy…


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 11 Lut 2023 09:55 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 483
złoty
Cz. III - Na Anjouan. Podsumowanie

Jakoś za przyjemnie i mało afrykańsko było mi do tej pory. Nawet odprawa paszportowa w Moroni przebiegła sprawnie i bez ścisku.
Wybierając się promem z Majotty na Anjouan stwierdziłem, że wszystko wróciło do normy. Witamy w starej, dobrej Afryce. A było to tak:

Na Petite Terre udałem się do odprawy bagażowej. Prom miał wypływać o 12.00, boarding zakończyć o 11.00, o czym przypominały groźne ogłoszenia przybite do ściany. Przybyłem do jednego z wielu okienek o 10.30, przede mną stało z 10 osób, każda obładowana niemiłosiernie. Ludzie wieźli wszystko – od jogurtów czy czekolad (towar deficytowy na Komorach) po kuchenki, pralki, materace 2x2 metry! W jednym opakowaniu nie wiem, co było, ale dwóch chłopa niosło je w pocie czoła i ledwo się zmieściło w okienko.

O 11.05 udało mi się potwierdzić odprawę. Jako, że nie miałem bagażu rejestrowanego, zabrałem nadmiarowy ładunek innej rodziny. Limit to 40 kg, a oni dali mi 37,5, sami rejestrując drugie tyle. Za nadbagaż płaciło się 3 euro za kilo, więc zaoszczędzili dzięki mnie ponad stówę. A niech tam, już taki miły ze mnie gość.

Z podbitym biletem w ręku poszedłem do kontroli paszportowej. Ale zaraz zaraz, drzwi są zamknięte, a przed wejściem stoi tłum ludzi. Drzwi się otwierają co jakieś 10 minut, wchodzi 10-15 osób, a reszta czeka na kolejne okienko. Wszystko byłoby ok, gdyby nie pogoda – zebrały się chmury i zaczęło straszliwie lać. Byłem już blisko wejścia i powiedziałem sobie, że nie ma bata, przy następnym otwarciu drzwi muszę tam wleźć za wszelką cenę. Wszedłem ostatni…

…i bardzo dobrze, bo następny raz drzwi otworzyły się za jakieś 20 minut. A przez te 20 minut lało tak potwornie, że gdybym tam stał, obawiałbym się o swój ukryty w plecaku komputer, komórkę czy paszport w kieszeni.

Pod dachem odetchnąłem, odprawa paszportowa u obywatela UE to była tylko formalność. Oczywiście z planowego wypłynięcia o 12.00 nie zostało nic, wypłynęliśmy grubo po 13.00. Czekali na wszystkich, więc ściskanie się w kolejce pod drzwiami w deszczu nie miało najmniejszego sensu…

Sama podróż minęła bez przygód, trochę bujało, ale nawet nie było czuć odoru wymiotów. Do czasu wejścia do łazienki oczywiście ;-)
To jednak nie był koniec atrakcji. W Mutsamudu – stolicy Anjouan, trzeba było kolejny raz przejść przez kontrolę paszportową. Co tam się działo, ciężko opisać. Ze 200 osób z promu weszło do pomieszczenia, z którego wiódł wąski korytarz do kanciapki, w której siedziały dwie osoby kontrolujące paszporty. Oczywiście żadnej klimy, zaduch i ścisk potworny. Wyszedłem z tego więzienia po około półtorej godziny, uboższy o 30 euro za kolejną jednokrotną wizę. Całe szczęście nakleili mi ją na stronę, gdzie już miałem jakąś pieczątkę. O ile w Moroni zeskanowali mi zdjęcie z paszportu, tutaj zrobili świeże na miejscu.

Jeszcze przed kontrolą paszportową wyhaczył mnie lokalny przewodnik podesłany przez hotel i mnie do tego hotelu zaprowadził. Chciał mnie namówić na zwiedzanie wyspy za 25 euro + 15 litrów paliwa, ale nie ze mną takie numery – wiedziałem, że transportem publicznym zrobię to wielokrotnie taniej. Chciał i dostał 10 euro za fatygę, co i tak było za dużo. A propos hotelu, zatrzymałem się w Oceanis. Fajne miejsce za około 45 euro ze śniadaniem, pokój z widokiem na morze. A obok dobra restauracja, gdzie serwowali piwo (jednakże w cenie zaporowej 4 euro za małą butelkę). Miał działającą klimę. Znaczy działała, jak był prąd, bo w nocy kilka razy go odcinali - no cóż, taki urok biedniejszych krajów Afryki.

Następnego dnia po śniadaniu udałem się na postój taksówek tuż przy porcie. Tam za tysiąc franków (dwa euro) złapałem transport do Domoni, dawnej stolicy Anjouan, miasta będącego niegdyś siedliskiem piratów, wielokrotnie burzonego. Miałem nadzieję zobaczyć coś z dawnej świetności, a tu figa – nie zostało praktycznie nic, nawet medyna zabudowana jest nowymi domami. Jedynym charakterystycznym miejscem było mauzoleum pierwszego prezydenta Komorów Ahmeda Abdellaha, który się tu urodził. Do środka nie wchodziłem. Dobrze, że choć wybrzeże wyglądało nieźle.

Plan maksimum przewidywał zwiedzenie jeziora Dzia Landzee w środku wyspy. Zapytałem o to taksiarza na rozstaju dróg, a ten nie bardzo widać kumał po francusku (jakbym ja dużo kumał, ha!), bo uciekł się do tłumacza. Tłumacz mi przetłumaczył, że tamten chce za podwózkę 50 euro. Akurat wiedziałem, jak się mówi po francusku: „Zwariował, czy co?”, ale się powstrzymałem. To jezioro nie jest warte takiej ceny. Odpuściłem plan maksimum i skupiłem się na planie optimum.

A plan optimum przewidywał dostanie się na drugi kraniec wyspy, do osady Sima, a najlepiej jeszcze dalej, do wioski Bimbini. Przepiękną trasą w górach wróciłem do Mutsamudu i złapałem kolejną taksę do Simy – droga wiodła niemal cały czas wzdłuż morza, ale była tak fatalna, że głowa boli. Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie te przejażdżki odbywały się w afrykańskim stylu – po 4 czy nawet 5 osób na 3-osobowej kanapie, wiadomo, że bez klimy, za to czasem ze sporymi bagażami.

W Simie z pół godziny łapałem transport do Bimbini. Zrobiła się trzecia po południu, więc chciałem zrezygnować, ale w ostatniej chwili napatoczył się busik. Bimbini od Simy dzieli tylko 6 kilometrów, ale ten dystans busik pokonał w jakieś pół godziny, po drodze wysadzając innych pasażerów. W końcu dojechał, zatrzymał się na 20 minut, a ja w tym czasie mogłem podziwiać miejscowy las namorzynowy i kąpiące się dzieci. Bimbini to już prawdziwy koniec świata, w oddali widać było nawet wyspę Moheli.
Załącznik:
IMG-20221208-WA0015.jpg

Załącznik:
IMG-20221208-WA0016.jpg

Załącznik:
IMG-20221208-WA0017.jpg

Załącznik:
IMG-20221208-WA0018.jpg

Załącznik:
IMG-20221208-WA0019.jpg

Do Mutsamudu wróciłem już o zmroku, ale zdążyłem odwiedzić Meczet Piątkowy z XVII w. Wycieczka po całej wyspie kosztowała mnie w sumie jakieś 6 euro.

Długo się zastanawiałem, czy nie popłynąć na ostatnią nieodwiedzoną wyspę Moheli. Pomiędzy Anjouan a Moheli nie ma regularnego transportu promowego, ale pływają małe łódki zwane tu vedette. Teoretycznie podróż taką łódką przez obcokrajowca wymaga zezwolenia na policji i nie zawsze jest bezpieczna, ale w ostatnich dniach morze było wyjątkowo spokojne. Ostatecznie z planów zrezygnowałem, z dwóch powodów – po pierwsze bałem się, że się pogoda zmieni i na Moheli utknę, a samolot do Europy mi ucieknie. Po drugie, w ciągu jednej doby nie byłbym w stanie zobaczyć tego, co chciałem, z żółwiami składającymi jaja na czele. Żółwie zresztą widziałem kiedyś w Omanie. Moheli więc poczeka, może za kilka(dziesiąt) lat tu wrócę.

Mając wolny dzień postanowiłem drugi raz spróbować z jeziorem Dzia Landzee. Tym razem podjechałem busem najdalej jak się tylko da, czyli do miejscowości Dindri. Stamtąd wziąłem taksówkę, która zawiozła mnie pod samą ścieżkę – sam nie byłbym w stanie jej odnaleźć, mapy google tego terenu są rażąco niedokładne. 20 minut spaceru i doszedłem nad jezioro, które dodatkowo obszedłem. Jak widać nic specjalnego, a przechadzki nie polecam, zwłaszcza części w gęstym lesie. Może większą atrakcją od jeziora była przechadzka po Dindri, między chmarami dzieci i kolorowo ubranymi kobietami… i największymi pająkami, jakie widziałem podczas tej podróży. Szkoda, że te zdjęcia mi zniknęły.
Załącznik:
DSC03124.JPG

Załącznik:
DSC03126.JPG

Załącznik:
IMG-20221209-WA0004.jpg

Załącznik:
DSC03119.JPG

Załącznik:
DSC03120.JPG

Załącznik:
DSC03121.JPG

Nie pozostało mi nic innego jak tylko lepiej zwiedzić samo Mutsamudu, do tej pory widziane jedynie wieczorem lub z okien busików. Nie jest to piękne miasto (żadne na Komorach nie jest piękne), ale bardzo zwarte, większość miasta obejmuje historyczna medyna, pamiętająca jeszcze czasy sułtanów Shirazu. Można się wspiąć po schodach na punkt widokowy i objąć wzrokiem całe miasto. Nie wiem, czy warto, bo wchodzenie po schodach w tym klimacie to jednak wyzwanie.
Załącznik:
DSC03128.JPG

Następnego dnia rano udałem się do portu, żeby usłyszeć, że dzisiejszy rejs został przeniesiony na środę, za cztery dni! Poczułem małe ukłucie paniki, bo przecież następnego dnia miałem odlatywać z Moroni. Zwrócili mi kasę, ale to nic nie zmieniło. Szybka analiza możliwości i udałem się do pobliskiej agencji, która jednak nie sprzedała mi biletów na samolot. Powiedzieli, żebym spróbował w R Komores, dwa kilometry dalej. Wziąłem taksówkę, na szczęście w R Komores sprzedali mi bilet na ten sam dzień. Jedyna różnica była taka, że zamiast 50 euro zapłaciłem 100. Samolot odleciał z niewielkim opóźnieniem, za to w zachodzącym słońcu mogłem oglądać piękną panoramę Wielkiego Komora z dobrze oświetlonym masywem Karthali. Okazało się po fakcie, że ten krótki lot był moim lotem nr 300 i po raz pierwszy zamiast kamizelek (leciałem Embraerem E-120ER) instrukcja bezpieczeństwa zalecała używanie siedziska z fotela w przypadku lądowania na wodzie!

Ostatni dzień był bez historii. Zapukałem do katolickiej misji w Moroni, gdzie służy polski ksiądz, ale nie było go w budynku. Lot powrotny do Addis był przeciwieństwem poprzedniego do Moroni – samolot był praktycznie pusty.

Czas krótko podsumować Komory. Kraj pozostawił po sobie dobre wrażenie, poza może temperaturami – nie znoszę, gdy po pięciu minutach od wyjścia z chłodnego pomieszczenia jestem zlany potem. Jest to jeden z tych krajów, gdzie można się zupełnie zrelaksować wiedząc, że nikt cię nie oszuka czy nie zrobi ci nic nieprzyjemnego. Choć nie należy do najtańszych, poza noclegami nie wydamy zbyt dużo, zwłaszcza transport publiczny jest śmiesznie tani. Niestety szeroko pojęta baza turystyczna nie jest tu najlepsza i nie wygląda, by się to zmieniło. Nie ma też jakichś super atrakcji turystycznych, choć te, które są, uzasadniają tak po dwa dni na każdą wyspę. Ja spędziłem w sumie dwa dni na Wielkim Komorze, dwa na Majotcie i trzy na Anjouan.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 11 Lut 2023 13:02 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2011
Posty: 2597
Loty: 243
Kilometry: 297 179
Z czego wynika, że Komory są tak rzadko odwiedzanym krajem? Po opisie i widokach wnioskuje, że mogliby być co najmniej drugim Zanzibarem, ba nawet ciekawiej tam wygląda chociażby ze względu na wulkan Kartala
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 11 Lut 2023 13:08 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 8896
Loty: 990
Kilometry: 952 329
platynowy
@klapio Zapewno brak rozwiniętej infrastruktury, o czym wspomina @Woy oraz bardzo mało połączeń lotniczych - dolecisz tam zaledwie z kilku miejsc w Afryce.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 11 Lut 2023 14:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 767
Loty: 220
Kilometry: 442 694
niebieski
pamiętam, że swego czasu często pojawiały się promki Kenya Airways z wylotem z Wiednia :)
_________________
Image
Relacja z Malawi
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 19 Mar 2023 18:15 

Rejestracja: 01 Lut 2018
Posty: 88
Czy kolonializm był dobry dla Komorów?
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 20 Mar 2023 08:12 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 483
złoty
@JanuszJanuszewski Na pewno po upadku kolonializmu było znacznie gorzej. Ale myślę, że dla miejsca takiego, jak Komory, dostęp do metropolii z jej ludźmi i kapitałem byłby bardzo przydatny i całościowy bilans byłby raczej netto pozytywny.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 20 Mar 2023 10:28 

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 1318
srebrny
To pieknie widac porownujac Komory z Mayotte. Ta ostatnia, mimo, ze jest na ostatnim miejscu wsrod francuskich regionow ma PKB troche ponizej 10000 EUR na mieszkanca. Komory maja mniej niz 1300 EUR a biorac pod uwage sile nabywcza niecale 2500 EUR. A polozenie i warunki klimatyczne bardzo podobne. Ja wiem, ze PKB nie jest idealna miara ale pokazuje jak duza jest roznica pomiedzy tymi wyspami.

Za to podobno na Mayotte jest o wiele bardziej niebezpiecznie niz na Komorach, cos za cos.
_________________
Yukon - tworzy sie
Azerbejdżan - zakończona

Laponia | Komory | Bahrajn | Senegal | Santiago de Chile | Guca | Ladakh | Palestyna | Athos | Ziemia Ognista | Syberia zimą

Instagram: @podruuznik
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 9 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group