Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 32 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 17 Cze 2017 15:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Skalę afryczości K. wprowadziła już na początku wyjazdu. Miejsca były podzielone na te, gdzie jest afryczo i te, w których afryczo nie jest. Zarówno o jedne jak i drugie nietrudno w tej części kontynentu. Kraj wielu kontrastów, nierówności społecznych, wspaniałych widoków i różnorodnego klimatu. Cały świat w jednym kraju – tak reklamuje się RPA i nie ma w tym przesady.
Wybieraliśmy się tam już od dłuższego czasu. Mieliśmy lecieć już we wrześniu zeszłego roku i przy okazji zobaczyć taniec trzcin w Suazi. Wtedy 10 dni na miejscu wydawało mi się być niewystaczające. Nie wiem co odmieniło moje zdanie w tym roku.
Lecieliśmy w ramach promocji TK. Trwała krótko i decyzję o kupnie biletów trzeba było podejmować szybko. Logistycznie cała wyprawa może wydawać się dość karkołomna. Wylot z Glasgow, przez Dublin i Istambuł – powrót przez Turcję do Londynu. Czy jeszcze raz wybrałbym taką opcję – trudno powiedzieć. Sam przelot kosztował niecałe 900 PLN. Doloty za darmo w ramach voucherów Ryanair. Z Krakowa mógłbym lecieć za ponad dwukrotnie więcej, ale miałbym dodatkowe kilka dni na miejscu.
8 lotów, ponad 2 tysiące km w samochodzie spowodowało, że najchętniej napisałbym tę relację na stojąco. ;)
Planowania jak zwykle nie było wiele i dobrze, bo i tak pogoda pokrzyżowała te, które mieliśmy. Ale o tym w dalszej części relacji.

Glasgow i Dublin.

Do stolicy Szkocji dolecieliśmy późnym wieczorem. Edynburg jest jednym z moich ulubionych miast, ale tym razem nie było nam dane spędzić w nim więcej czasu. Chcieliśmy od razu jechać do Glasgow. Okazało się jednak, że po pólnocy ne ma żadnego autobusu pomiędzy dwoma największymi miastami kraju (albo ja takowych nie znalazłem). Zostaliśmy więc na noc i dopiero kolejnego dnia pojechaliśmy do Glasgow. Pogoda nie dopisała i podjęliśmy decyzję, ze rezygnujemy z planowanego wyjazdu na Isle of Arran i zostajemy w mieście. Już kiedyś tu byłem i nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia: ot, duże, tłoczne miasto, głośne i nieciekawe. Podobnie było tym razem. Uwielbiam Szkocję, ale największe miasto kraju chyba nigdy nie zyska mojej większej sympatii. Muszę mu chyba dać jeszcze jedną szansę. Moze po prostu chodziło o to, że bardziej chciałem pojechać na Arran i powrócić po ponad 10 latach w miejsce, gdzie kiedyś spędziłem dobre trzy miesiące. Dużo chodzimy, przysiadując od czasu do czasu na piwo. Brytyjskie puby mają swój specyficzny urok i ja zawsze czuję się w nich wyśmienicie. Tu nie ma znaczenia kim jesteś, wszyscy są równi o ile trzymają pintę piwa w ręku.

Załącznik:
DSC06927.jpg

Załącznik:
DSC06937.jpg

Załącznik:
DSC06941.jpg

Załącznik:
DSC06972.jpg

Załącznik:
P1050349.jpg


Zmierzamy w stronę uniwersytetu, miejsca któremu nie można odmówić uroku. Jest spokojnie, klimatycznie. Założony w XV-tym wieku jest jednym z najstarszych i największych uniwersytetów w Wielkiej Brytanii. Tuż obok mieści się Kelvingrove Art Gallery and Museum. Nie wchodzimy do środka, idziemy z powrotem w stronę centrum.

Załącznik:
DSC06956.jpg

Załącznik:
DSC06964.jpg

Załącznik:
DSC06968.jpg


Jest weekend. Jeśli ktoś z Was był w jednym z dużych brytyjskich miast w piątek lub sobotę wieczorem, ten wie czego się spodziewać. Tłumy ludzi, bary i kluby pękaja w szwach, a po ulicach chodzi pijana młodzież. Dziewczynom nie przeszkadzają niskie temperatury i nierówności na chodnikach. Wysokie obcasy i krótka sukienka to podstawowe elementy ubioru. Do dziś pamiętam jak podczas wizyty w jednym z liverpoolskich klubów umalowana do granic możliwości nastolatka o mało nie rzuciła się na mnie z pięściami , wyzywając od najgorszych, gdyż stwierdziła, że wepchnąłem się do kolejki do baru. Ehh, złota brytyjska młodzież. W kolejnych pubach spędzamy resztę wieczoru.

Załącznik:
DSC06977.jpg

Załącznik:
DSC06978.jpg

Załącznik:
IMG_20170603_093017.jpg

Załącznik:
P1050373.jpg


Lot do Dublina minął szybko. Autobusem udajemy się do hotelu i ruszamy do centrum. To nasza pierwsza wizyta w mieście. Jest drogo, tłoczno, sporo turystów. Wciąż jest weekend.Widoki w centrum nie odbiegają od tych w Glasgow. Irlandczycy też lubią się bawić przy dużej ilosci alkoholu. Pogoda nie rozpieszcza. Deszcz rywalizuje z promieniami słońca i czasami wydaje się, że oba zjawiska towarzyszą nam w tym samym momencie.

Załącznik:
IMG_20170603_112524.jpg


Na stolicę Irlandii też nie było planu. Ot, pokręcić się po mieście i chłonąć atmosferę. A gdzie lepiej to zrobić niż w jednym z licznych pubów. Idziemy na Temple Bar. Tłumy turystów, lokalsów, uczestniczki wieczorów panieńskich przemykają obok panów z wieczorów kawalerskich. Pada. Chowamy się przed deszczem w sklepie z pamiątkami. Nagle do lokalu wpada kilku facetów przebranych za penisy i zmierza do kasy. Może szukali odpowiednio dużych prezerwatyw, by po założeniu chroniły przed zmoknięciem...

Załącznik:
DSC06980.jpg

Załącznik:
DSC06982.jpg

Załącznik:
DSC06984.jpg

Załącznik:
DSC06989.jpg

Załącznik:
P1050377.jpg

Załącznik:
DSC06988.jpg

Załącznik:
P1050384.jpg


Idziemy dalej szukając miejsca, by obejrzeć finał Ligi Mistrzów. Na ulicach obcy ludzie podpowiadają co mamy zobaczyć i gdzie się udać. Trafiliśmy do The Confession Box, jednego z bardziej znanych a jednocześnie najmniejszych pubów w Dublinie. Mieści się w pobliżu 120-metrowej The Spire of Dublin, jednego z symboli miasta. Podczas wojny o niepodległość w lokalu szukali schronienia irlandzcy bojownicy. Sympatyzujący z nimi księża udzialali im sakramentów i spowiadali – stąd nazwa.
Wnętrze jest wąskie i dość trudno dopchać się do baru. Atmosfera gęsta ale niewielu bywalców interesuje się meczem. Skupiają się raczej na oglądaniu sprośnych filmów na ekranach telefonów. Bramka dla Juventusu trochę skupiła na chwilę uwagę pijących, lecz nie na długo.
The Confession Box kilkukrotnie wygrał konkurs na najlepsza pintę Guinnessa w mieście. Może trochę się tym zasugerowałem , ale kilka wypitych kufli smakowało wyśmienicie.

Załącznik:
DSC06993.jpg

Załącznik:
DSC06995.jpg

Załącznik:
DSC07000.jpg

Załącznik:
DSC07002.jpg

Załącznik:
IMG_20170603_173827.jpg

Załącznik:
IMG_20170603_203910.jpg

Załącznik:
DSC07001.jpg


Szukamy jakiegoś pubu z muzyką na żywo i przez przypadek trafiamy do J McNeill, gdzie dwóch starszych panów szykuje się do gry. Przysiada się do nich kolejny o imieniu Peter i pyta czy może dołączyć. Jasne. Grają wyjątkowo. Może byłem już trochę pijany ale niesamowicie mi się podobało. K siedziała jak zaczarowana i zapomniała nawet o piciu piwa, co w jej przypadku jest sytuacją wyjątkową. ;) Jeden z muzyków się do niej uśmiechnął i stwierdziła później, że był to jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakim ją obdarzono. Gdy w pewnym momencie Peter wyciągnąl nie wiadomo skąd fujarkę, a pozostali panowie zaśpiewali na dwa głosy jakąś lokalną pieśń, do małej salki zaczęli się schodzić ludzie i śpiewać razem z nimi. Dla takich chwil warto odwiedzać dublińskie puby. Wydaje mi się, że każdy Irlandczyk ma talent muzyczny.
Siłą wyciągnąłem K. z pubu i zmierzaliśmy w stronę jednego z ostatnich tego dnia tramwajów, by pojechać do hotelu. Pojazd kołysal się po torach razem z pijanymi pasażerami. Rozmowy o pijackich ekscesach towarzyszyły tym o wysokich czynszach i kosztach życia w stolicy. Nic dziwnego, życie w mieście gdzie noc w Ibisie na obrzeżach kosztuje ponad 500 złotych, nie może być tanie.
Czy Dublin nam się podobał. I tak i nie. Na pewno z chęcią wrócimy tam, by posiedzieć w pubach i posłuchac muzyki na żywo. A ja z chęcia wypiję kilka kufli wyśmienitego Guinnessa.

Załącznik:
IMG_20170603_225714.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 17 Cze 2017 17:15 

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 835
złoty
@igore nie próżnujesz :D czekam na Kapsztad.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 17 Cze 2017 18:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Zawsze szybko pisałem. Wolniej wybieram zdjęcia. ;) Do Kapsztadu jeszcze sporo drogi. ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 19 Cze 2017 22:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Po drogach Mpumalangi.

No dobra, kogo interesują Glasgow i Dublin.
Lot do Johannesburga minął w miarę szybko. Serwis i jedzenie na przywoitym poziomie. Dla mnie to i tak nie ma zwykle większego znaczenia. Zeby dobrze zjeść chodzę do restauracji, samolot ma mnie dowieźć z do miejsca docelowego. Mimo wszystko lubimy latać TK.
Lotnisko w największym mieście RPA jest spore, ale bez problemu znajdujemy placówkę Hertza, w której czeka już na nas nowiutki VW Polo. Dobrze, że wspomniałem o planowanym wjeździe do Suazi, gdyż potrzebne są na to dodatkowe dokumenty. Rzadko wypożyczamy samochody podczas wyjazdów, ale w RPA to chyba najkorzystniejsza opcja podróżowania. Kilka luźnych uwag poniżej:
• Wystarczyło nam polskie prawo jazdy, przez kilka miesięcy nie udało nam się znaleźc czasu by wyrobić międzynarodowe
• Nawigacja HereDrive w trybie offline radziła sobie całkiem nieźle – tylko kilka razy poprowadziła nas do przysłowiowej d..y. Dobrze jest wyłączyć drogi gruntowe w ustawieniach, o czym na początku zapomniałem.
• Drogi są dużo lepsze niż w Polsce. Niestety na tych bardziej lokalnych jest sporo dziur i w jedną z nich wjechaliśmy kasując oponę.
• Policji praktycznie nie widać.
• Na jezdnię często wkraczają stada krów, owiec, kóz i cholera wie jeszcze czego a poboczami chodzi sporo ludzi. Jest to szczególnie uciążliwe w nocy, gdyż oświetlenie tychże praktycznie nie istnieje.
• Cena benzyny kształtuje się w granicach 12-13 ZAR (1 PLN = ok. 3.4 ZAR). Czasami może być problem ze znalezieniem stacji, więc lepiej nie odkładać tankowania na ostatnią chwilę.
• W okolicy każdej atrakcji turystycznej, a także w miastach sa typowi dla tej części świata samozwańczy parkingowi. Można ich ignorować, bądź dać parę randów. Wybór należy do Was.

Jedziemy do Nelspruit, stolicy stanu Mpumalanga – ponad 300 km od Johannesburga. Na pierwszym poborze opłat okazuje się, ze można zapłacic jedynie gotówką lub kartami wydanymi w RPA. Miła pani zabiera nam prawo jazdy i poleca jechać do bankomatu, co też czynimy. Droga prosta i szeroka, ruch niewielki. Tuż przed zmrokiem docieramy do hotelu. Po ponad 20 godzinach w podróży nie mamy już sił, by iść zobaczyć miasto. Z okien samochodu i tak wydawało się nieciekawe. Wypijamy parę piw przy hotelowym basenie i idziemy spać.
Plan na następny dzień zakładał jazdę Panorama Route i oglądanie okolicznych atrakcji. Droga jest uważana za jedną z najbardziej widokowych w kraju. Jest wyjątkowo malowniczo.
Ruszamy tuż po śniadaniu. Krajobraz nie wygląda afryczo i gdyby nie spore grupy czarnoskórej ludności maszerujące wzdłuż drogi, równie dobrze moglibyśmy się znajdować w Europie. Wzgorza porośnięte drzewami iglastymi, wypalone trawy, spora liczba tartaków. Właściwie prawie brak zabudowań. Miejsce to było w XIX– tym wieku popularne wśród poszukiwaczy żłota.
Za Sabie trasa robi się coraz ciekawsza. Postanawiamy dojechać do Three Rondavels – wzgórz wyglądających jak zuluskie chaty i stamtąd powoli wracać w stronę Hazyview. Po drodze trochę się gubimy, zjeżdżamy z szosy na gruntowe drogi, robimy zdjęcia. Ruch jest niewielki, czasami przez długi czas nie mijamy żadnego samochodu. Niestety widoczność nie dopisuje, co trochę psuje nam zdjęcia.

Załącznik:
DSC07035.jpg

Załącznik:
DSC07041.jpg

Załącznik:
DSC07044.jpg

Załącznik:
DSC07045.jpg

Załącznik:
P1050428.jpg

Załącznik:
P1050434.jpg

Załącznik:
P1050440.jpg


Zatrzymujemy się przy pierwszym wodospadzie. Mac Mac jest chyba najmniej uroczym z tych, które widzieliśmy. Przy każdym z odwiedzonych wodospadów bylismy jedynymi turystami. W pobliżu atrakcji są rozłożone stragany, gdzie można kupić afrykańskie rękodzieło.


Załącznik:
DSC07018.jpg

Załącznik:
DSC07021.jpg

Załącznik:
DSC07046.jpg

Załącznik:
DSC07049.jpg

Załącznik:
DSC07055.jpg

Załącznik:
DSC07078.jpg

Załącznik:
DSC07080.jpg



Zdjęcie Three Rondavels jest pewnie umieszczone w każdej broszurze reklamującej RPA. Nic dziwnego, reprezentuje się nieźle. Tu jest trochę wiecej ludzi. Opłata za wstęp wynosi bodajże 25 ZAR.

Załącznik:
IMG_20170606_124825.jpg

Załącznik:
DSC07082.jpg

Załącznik:
DSC07089.jpg

Załącznik:
DSC07090.jpg



Kolejnym naszym przystankiem są Bourke’s Luck Potholes, wydrążone przez wodę formacje skalne(wstęp 50 ZAR). Jest malowniczo, spokojnie, przysiadamy tu na dłużej.

Załącznik:
DSC07119.jpg

Załącznik:
DSC07099.jpg

Załącznik:
DSC07098.jpg

Załącznik:
DSC07091.jpg

Załącznik:
DSC07092.jpg


Zbliża się zmrok (słońce zachodzi tuż po 17-ej), więc powoli ruszamy w stronę naszej kwatery, mając zamiar odwiedzić po drodze pozostałe wodospady i God’s Window. Tym samym zwiedzanie Panorama Route i okolic moglibyśmy uznać za zamknięte i następnego dnia jechać do Parku Krugera. Niestety łapiemy gumę. Dzwonimy do Hertza, mówią żeby pojechać na lotnisko w Nelspruit i wymienić samochód na nowy. Mamy półtorej godziny do zamknięcia – może zdążymy. Jeśli nie, nasz wyjazd do parku opóźni się o jeden dzień. Nawigacja prowadzi nas praktycznie nieuczęszczaną drogą. Jest ciemno jak diabli a my jedziemy na dojazdówce. Jeśli przebijemy kolejną oponę zostaniemy tu na dobre. Na drodze nie widać żywej duszy, nie mijają nas też żadne samochody. Tylko księżyc od czasu do czasu przebija przez gęsty las. Od razu przypomniały mi się horrory klasy B, w których amerykańska młodzież doświadcza na prowincji problemów z samochodem i ma – delikatnie mówiąc – pewne zatargi z lokalną ludnościa. Do przejechania mieliśmy jakieś 30 kilometrów. Jeden zły skręt spowodował, że na lotnisko nie zdążyliśmy. Trudno. Jedziemy do naszego lokum. Na dwie noce zarezerwowaliśmy Hamilton Parks Country Lodge. Miejsce znajduje się na odludziu i nie jest łatwo do niego trafić. Dodatkową atrakcją jest wyboista i stroma droga, która prowadzi do ośrodka. Na miejscu mamy do dyspozycji całą chatkę, kominek. To, plus dobre jedzenie i wino jest wszystkim czego nam trzeba. Ludzie są tu bardzo mili. Na wiadomość, że K. jest wegetarianką słyszymy odpowiedź: doskonale cię rozumiemy, w Europie nie ma dobrego mięsa.


Załącznik:
IMG_20170607_082411.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 20 Cze 2017 15:15 

Rejestracja: 23 Lip 2014
Posty: 35
Loty: 62
Kilometry: 103 859
fajnie sie czyta.

mam w planach podobna trase w polowie pazdziernika. JNB - Kruger - CPT

A jak z blokada za wypozyczynie samochodu w Hertz?
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 20 Cze 2017 22:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Coż, blokada była i została zdjęta dość szybko. Zablokowali 18000 ZAR, więc sporo. Kruger i Kapsztad też będą w relacji. ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 21 Cze 2017 20:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Po drogach Mpumalangi cz.2

Zamiast jechać do Parku Krugera, z samego rana pojechaliśmy na lotnisko w Nelspruit, by wymienić samochód na nowy. Tuż obok lotniska takie oto obrazy.

Załącznik:
IMG_20170607_122005_HDR.jpg


Nowy samochód okazał się starszy, ale dość szybko załatwiamy sprawę i jedziemy. Tak nam się przynajmniej wydaje. Po 20 minutach dzwoni do nas nieznany południowoafrykański nr. Odbieram. Problem z kartą kredytową i musimy wracać. Żałuję, że odebrałem i że nie pojechaliśmy dalej. Na lotnisku tracimy kolejną godzinę, głównie na rozmowę z kompletnie bezużyteczną konsultantką banku. Nic nie załatwiamy. Probują z kartą jeszcze raz i jakimś cudem się udaje. Jest już 13-ta, a na zabawy z wypożyczalną straciliśmy w sumie dwie godziny. Cóż, wk....ni na maxa jedziemy dalej.

Naszym pierwszym przystankiem jest Graskop. Małe, sympatyczne miasteczko, a właściwie kilka ulic na krzyż. Równie dobrze mogłoby się znajdować na Dzikim Zachodzie. Spacerujemy po okolicy, robimy zdjęcia, małe zakupy przed wyjazdem do parku i jemy naleśniki. Po raz trzeci spotykamy tę samą niemiecką parę.

Załącznik:
DSC07129.jpg

Załącznik:
DSC07131.jpg

Załącznik:
DSC07133.jpg

Załącznik:
DSC07134.jpg

Załącznik:
DSC07136.jpg

Załącznik:
DSC07137.jpg

Załącznik:
DSC07141.jpg


Jedziemy w stronę God’s Window. Widoczność nadal jest dosyć słaba i zdjęcia nie oddają piękna okolicy. Sama atrakcja troche rozczarowuje – widoki poprzedniego dnia podobały nam się bardziej. Po 16-ej udało nam się nie zapłacić za wstęp.
Cały czas znajdujemy się w okolicy Kanionu rzeki Blyde, jednego z największych na świecie i prawdopodobnie największego z „zielonych kanionów”.

Załącznik:
DSC07160.jpg

Załącznik:
IMG_20170606_142408.jpg

Załącznik:
P1050520.jpg

Załącznik:
P1050474.jpg


Robi się ciemno, więc szybko jedziemy zobaczyć jeszcze dwa wodospady: Lisbon i Berlin. Do tej pory nie możemy zdecydować, który się nam bardziej podobał. Zachodzące słońce i to że jesteśmy sami potęguje wrażenie. Nie są to jakieś spektakularne wodospady, ale warto je zobaczyć.
W kompletnej ciemności wracamy do hotelu, uważając by nie potrącić ludzi i zwierząt i nie wjechać w jedną z licznych dziur. Na miejscu czekają już na nas smakołyki szefa kuchni i lokalne wino. Niemcy, którzy mieszkają w tym samym miejscu, dojechali jedynie do wodospadu Mac Mac, gdyż – jak stwierdzili – reszta była zamknieta. Czy można zamknąć wodospady...?

Mpumalanga okazała się bardzo interesującym miejscem i żałujemy, że nie mogliśmy zostać tam dłużej. Kanion, góry, wodospady. Mam nadzieję, że kiedyś uda się nam wrócić i że widoczność będzie wtedy lepsza.

Jutro jedziemy do Parku Krugera.

Załącznik:
DSC07162.jpg

Załącznik:
DSC07179.jpg

Załącznik:
DSC07180.jpg

Załącznik:
DSC07195.jpg

Załącznik:
DSC07207.jpg

Załącznik:
DSC07211.jpg

Załącznik:
P1050548.jpg

Załącznik:
P1050563.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 22 Cze 2017 10:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Sie 2010
Posty: 2772
Loty: 4
Kilometry: 6 882
złoty
prenumeruje :)
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 22 Cze 2017 20:54 

Rejestracja: 31 Mar 2014
Posty: 71
Loty: 114
Kilometry: 276 992
oo podobna trasa jaką zrobiliśmy w 2015. zapraszam na www.przedsiebie.geoblog.pl
RPA jest super!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 22 Cze 2017 22:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Kwi 2014
Posty: 925
Targ, @igore. Jesteście już tam 3 dni a jeszcze nie zaliczyliście kraju... ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 23 Cze 2017 08:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
@gosiagosia Targów tym razem nie będzie. Ale będą żyrafy. ;)
Góra
 Relacje PM off
gosiagosia lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 23 Cze 2017 09:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 833
Loty: 148
Kilometry: 261 432
srebrny
@igore lubię Twoje relacje za odpowiednie proporcje - tekstu dokładnie tyle, że nie zanudzi, a zdjęć idealnie tyle, żeby zachęciły :)

ps. wodospady są mega!
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 23 Cze 2017 10:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 3635
platynowy
Swietna Relacja, super zdjecia i czekam na ciag dalszy. :D
Zwiedzilem 2 x RPA na wlasna reke ladnych pare lat temu, ale z checia sie czyta, powracaja wspomnienia niektorych magicznych miejsc i momentow...
Pozdr.
_________________
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, obróci się p. tobie oraz nie bądź tchórzem i kłamcą!
Brak ochoty i szkoda czasu na forum, nie odpowiadam na pw.

Z Kiruny na Socotrę / zorze polarne
Afryka / Gorilla Trekking
Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda / Polska Stacja Arctowski, Czarnobyl
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 23 Cze 2017 18:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Z kamerą wśród zwierząt, albo safari dla ubogich.

Park Krugera to pewnie najłatwiej dostępne tego typu miejsce w Afryce. By wjechać na jego teren nie trzeba mieć grubego portfela, pozwoleń, przewodników. Wystarczy wypożyczony samochód i kupno biletu wstępu (304 ZAR/os.). Nocleg lepiej zarezerwować już wcześniej, choć w naszym przypadku, jeszcze kilka dni przed wjazdem było sporo dostępnych miejsc. W najbardziej interesującym mnie Lower Sabie niestety wszystkie były zajęte. Miejsca noclegowe są dostosowane do kieszeni każdego turysty: od namiotu po nieźle wyposażone domy. My wybraliśmy opcję pośrednią – dwuosobowy domek z łazienką, lodówką i dostępem do wspólnej kuchni w Skukuzie.
Nie różniliśmy się od innych turystów i naszym celem było zobaczenia wielkiej piątki : słonia, nosorożca, bawoła, lwa i lamparta. K. była zdziwiona, że do zestawu nie została zaliczona jej ulubiona żyrafa. Otóż przedstawiciele wielkiej piątki Afryki , to zwierzęta teoretycznie najniebezpieczniejsze i takie, które najtrudniej było upolować. Teoretycznie, ponieważ największym zagrożeniem są podobno hipopotamy.
Wjeżdżamy przez Phabeni Gate , formalności są krótkie. Pokazujemy rezerwacje, odpowiadamy na kilka pytań (czy posiadają państwo broń?) i ruszamy. Tuż za bramą przed naszym samochodem przechodzi bawół. Byliśmy tak zaskoczeni, że ja upuściłem aparat a K. zatrąbiła z wrażenia na biedaka. Uciekł czym prędzej. Jedziemy przez Pretoriuskop w stronę Lower Sabie, wypatrując przez okna zwierzyny. Dozwolona prędkość to 50km/h na drogach asfaltowych i 40km/h na gruntowych. I tak nikt nie jedzie szybciej. Czy istnieje jakiś sposób, by zobaczyć wszystkie pożądane zwierzęta. Nie wiem, nam się nie udało. Byliśmy za krótko i na pewno nie mieliśmy szczęścia.
Najwięcej jest rzecz jasna impali, spotykaliśmy je najczęściej w stadach. Drapieżniki nie mają źle – jedzenia jest sporo.

Załącznik:
DSC07218.jpg

Załącznik:
DSC07246.jpg

Załącznik:
DSC07249.jpg

Załącznik:
DSC07256.jpg

Załącznik:
DSC07338.jpg

Załącznik:
P1050685.jpg

Załącznik:
P1050719.jpg


Po pierwszej godzinie byliśmy trochę rozczarowani: impale, kudu, zebry. Skręciliśmy na chybił-trafił w jedną z bocznych dróg i na poboczu dojrzeliśmy parę nosorożców. Były niesamowicie blisko nas. Wstały i zaczęły iść w stronę samochodu. Popatrzyły na mnie z byka i poszły dalej.
Następnie widzieliśmy grupy przesympatycznych żyraf, sporo słoni, kolajne impale... Niestety żadnych drapieżników.

Załącznik:
DSC07220.jpg

Załącznik:
DSC07237.jpg

Załącznik:
DSC07240.jpg

Załącznik:
DSC07242.jpg

Załącznik:
DSC07243.jpg

Załącznik:
DSC07253.jpg

Załącznik:
DSC07267.jpg

Załącznik:
DSC07277.jpg

Załącznik:
DSC07282.jpg

Załącznik:
DSC07293.jpg

Załącznik:
DSC07264.jpg
Załącznik:
P1050650.jpg



Tuż przed zmrokiem docieramy do Skukuzy. Zastanawiamy się nad wykupieniem wycieczki po zmroku i porannym spacerem. Druga opcja nie była już dostępna, wybraliśmy więc pierwszą.
Wyruszamy o 20-ej. Jest dość chłodno. Wycieczka trwa dwie godziny, ale i tak nie udaje nam się wypatrzyć kotów. Widzimy słonie, żyrafy, nosorożce, hienę. Raczej nie polecimy naszej nocnej wycieczki.
Następnego rana jedziemy w stronę Malelane Gate. Mamy do przejechania ok. 60 km i wypatrujemy głównie lwów. Okolica robi się coraz bardziej malownicza. Zbliżamy się do granicy górzystego Suazi. Jest afryczo...

Załącznik:
DSC07331.jpg

Załącznik:
DSC07332.jpg

Załącznik:
DSC07334.jpg

Załącznik:
DSC07335.jpg

Załącznik:
P1050595.jpg






Drapieżników nigdzie nie widać. W gęstych zaroślach dostrzegamy kilkanaście żyraf. Czekamy, może pójdą w naszą stronę. Przeszły tuż przed samochodem. Następnie przez jakiś czas śledzimy samotnego słonia, który nie bardzo się kwapi, by zejść nam z drogi. Tuż przed brama spotykamy jeszcze pokaźne stado bawołów i ...pora żegnać się z parkiem.


Załącznik:
DSC07260.jpg

Załącznik:
P1050699.jpg

Załącznik:
P1050704.jpg

Załącznik:
P1050709.jpg

Załącznik:
DSC07310.jpg


Czy nam się podobało?Tak. Nie zobaczyliśmy lwa i lamparta, a hipopotamy wyłącznie z daleka. To jeden z wielu powodów, dla których chcemy powownie odwiedzić Afrykę. Jedziemy w stronę granicy z Suazi...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 24 Cze 2017 16:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 3635
platynowy
igore napisał(a):
Teoretycznie, ponieważ największym zagrożeniem są podobno hipopotamy.

Czy istnieje jakiś sposób, by zobaczyć wszystkie pożądane zwierzęta. Nie wiem, nam się nie udało. Byliśmy za krótko i na pewno nie mieliśmy szczęścia.

Czy nam się podobało?Tak. Nie zobaczyliśmy lwa i lamparta, a hipopotamy wyłącznie z daleka. To jeden z wielu powodów, dla których chcemy powownie odwiedzić Afrykę. Jedziemy w stronę granicy z Suazi...


Zgadza sie, hipopotamy zabijaja najwiecej ludzi w Afryce, gdyz dosc czesto natrafiaja na ludzi biegajac w nocy przez osady i wioski, polozone blisko rzek i akwenow wodnych.
Moim zdaniem najniebezpieczniejszym zwierzeciem jest bufflo i lampart, gdyz potrafia zaatakowac bez zadnego powodu.
Wolalbym spotkac w buszu lwa czy hipo, niz bufflo czy lamparta. ;)
Wiadomo, ze trzeba miec troche szczescia, ale mysle ze lwy mozna spotkac najczesciej wczesnie rano, albo o zmroku.
Ja bylem w Kruger ladnych pare lat temu i o ile pamietam widzialem 13 lwow, 2 gepardy, 1 hiene, poza tym hipo, nosorozce etc., ale nie udalo mi sie zobaczyc zadnego lamparta.
Czekam na CD.
Pozdr.
_________________
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, obróci się p. tobie oraz nie bądź tchórzem i kłamcą!
Brak ochoty i szkoda czasu na forum, nie odpowiadam na pw.

Z Kiruny na Socotrę / zorze polarne
Afryka / Gorilla Trekking
Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda / Polska Stacja Arctowski, Czarnobyl


Ostatnio edytowany przez cccc 01 Lip 2017 14:49, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 26 Cze 2017 18:38 

Rejestracja: 06 Wrz 2015
Posty: 5
Afryczość - rewelacja? Super zdjęcia i czekam na dalsze części.
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 29 Cze 2017 19:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Jeden dzien w Suazi.

Suazi zaczęło mnie interesować, gdy obejrzałem film Andrzeja Fidyka Taniec Trzcin, opowiadający o święcie w czasie którego król Mswati III wybiera sobie kolejną żonę.
Król jest ostatnim monarchą absolutnym w Afryce, sporą część budżetu kraju wydaje na liczne zachcianki. Suazi jest krajem z prawdopodobnie najwyższym na świecie odsetkiem zakażonych wirusem HIV. Według różnych szacunków nosicielami jest ponad 30% dorosłej ludności. Oczekiwana długość życia jest jedną z najniższych na świecie. W kraju dominują młodzi ludzie, wśród których jest sporo sierot.

Granica RPA – Suazi jest pewnie najłatwiejszą do pokonania w Afryce. Nie potrzebujemy wiz a formalności nie są skomplikowane. Niezbyt miły pogranicznik w skórzanej kurtce, wbija nam do paszportów pieczątki i jesteśmy w jednym z najmniejszych państw Afryki. Tuż przy granicy witają nas świnie, spore stada krów, maszerujące poboczem gromady dzieci i góry. Momentami wydaje się nam, że jesteśmy w kraju, z którego w jakiś tajemniczy sposób zniknęli wszyscy dorośli. Nie jest niczym odkrywczym, że HIV jest wynikiem rozwiązłości seksualnej, wczesnej inicjacji i braku odpowiednich zabezpieczeń. Sytuacja zmienia się jednak na lepsze, widzieliśmy kilka ogromnych bliboardów propagujących seks w prezerwatywie.

Załącznik:
IMG_20170609_135933.jpg

Załącznik:
IMG_20170609_135958.jpg

Załącznik:
IMG_20170609_140204.jpg

Załącznik:
IMG_20170609_142742.jpg

Załącznik:
IMG_20170610_120454.jpg

Załącznik:
DSC07403.jpg


Dojeżdżamy do Pigg’s Peak, zatrzymujemy się na papierosa i wzbudzamy spore zainteresowanie mieszkańców. Trasa do Mbabane jest bardzo malownicza, jedziemy wolno, omijając krowy i kozy. Jest afryczo.

Załącznik:
DSC07349.jpg

Załącznik:
DSC07352.jpg

Załącznik:
DSC07357.jpg

Załącznik:
DSC07358.jpg

Załącznik:
DSC07360.jpg

Załącznik:
DSC07361.jpg

Załącznik:
DSC07366.jpg

Załącznik:
DSC07369.jpg

Załącznik:
DSC07371.jpg

Załącznik:
DSC07373.jpg

Załącznik:
DSC07380.jpg


Do stolicy dojeżdżamy o zmroku. Jest piątek wieczorem, na ulicach sporo samochodów i jeździ się bardzo źle. Mbabane to chyba najbrzydsza stolica jaką widzieliśmy podczas swoich podróży. W centrum dominują galerie handlowe i znane fast foody. Spacerujemy po okolicy i szukamy jakiejś lokalnej restauracji. Nie udaje się nam nic znaleźć, jedziemy więc do położonego na peryferiach hotelu. Idziemy od razu do hotelowej restauracji, patrząc na typowy widok: przy stolikach siedzą biali turyści, głownie z Europy – obsługiwani przez czarnoskórych kelnerów. Obsługi wydaje się być zdecydowanie za dużo. Jemy lokalne specjały a resztę wieczora spędzamy w barze.

Załącznik:
DSC07383.jpg

Załącznik:
DSC07384.jpg

Załącznik:
DSC07385.jpg

Załącznik:
DSC07393.jpg

Załącznik:
DSC07406.jpg

Załącznik:
P1050744.jpg


Podczas obfitego śniadania przyglądamy się pięcioosobowej grupce pracowników, zamiatających niewielkie podwórze. Praca, którą w Polsce wykonywałaby jedna osoba. Przez pół godziny nie udało się im skończyć.
Jedziemy w stronę Johannesburga. Po drodze mijamy sporo pożarów traw, często jadac w tumanach dymu, przy widoczności rzędu kilku metrów.
Lecimy Flysafair. Mamy tylko bagaże podręczne. Znajomi zawsze się dziwią, że na dwutygodniowy wyjazd potrafimy lecieć jedynie z podręcznym. Szczególnie dziwi ich, że K. daje radę.
Samolot do Kapsztadu jest zapełniony w ok. 30%. Tanie linie w RPA prowadzą trochę inną politykę niż te europejskie i nie sprzedają biletów po kilkadziesiąt złotych.
Wypożyczonym samochodem dojeżdżamy do hotelu. Pierwsze dwie noce spędzimy w Green Poincie. Jest 23-cia. Pytamy, czy w okolicy jest jakiś sklep. Tak, kilometr stąd – słyszymy. Ok, przejdziemy się.
To nie jest dobry pomysł, jest niebezpiecznie – odpowiada właścicielka – lepiej jedźcie samochodem. Wybraliśmy spacer...

Dobry wieczór Kapsztadzie!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 30 Cze 2017 21:42 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6523
Super się czyta, czekam niecierpliwie na resztę!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 01 Lip 2017 13:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1067
Loty: 211
Kilometry: 399 765
platynowy
Kapsztad.

Nasza nocna wycieczka do sklepu nie zakończyła się pozytywnie, ale wyłącznie dlatego, że nie udało nam się kupić wina. Green Point po zmroku wydawał się bezpiecznym.
D..y nas już bolą od siedzeń samolotów i samochodów, więc ten dzień poświęcamy w całości na piesze zwiedzanie.
Wyruszamy w stronę Waterfront i Bulwaru Victorii i Alberta. Wieje jak diabli, niedawno wybrzeże nawiedziła fala sztormów. W hotelu mówią nam, że z powodu braku wody ogłoszono stan klęski żywiołowej. Pod prysznicem znajdujemy specjalny kubeł, z którego woda będzie póżniej wykorzystywana np. do spłukiwania toalety. Wiecie, dla was to niezbyt przyjemna sprawa, ale my naprawdę cieszymy się, że dziś będzie padało.
Na szczęście dla nas, padało jedynie chwilę. Widoczność była mimo wszystko bardzo słaba i kilkukrotnie mogliśmy się jedynie domyślać, gdzie znajduje się Góra Stołowa. O wjechaniu na górę kolejką, czy wybraniu się na Robben Island nie było nawet mowy. Cóż, ma to nawet swój urok...
Docieramy do portu, a na prowadzącej wzdłuż oceanu promenadzie jesteśmy praktycznie sami. Wszędzie pusto. Nic dziwnego, mieszkańcy pewnie wolą siedzieć w domu, a turyści w okolicznych restauracjach. Nie jest afryczo, jest raczej europejsko, ale i tak się nam podoba. Surowa aura odczarowała trochę cukierkową atmosferę kapsztadzkiego nabrzeża. Mamy jednak przeczucie, że w sezonie okolica wygląda zupełnie inaczej: sklepy i restauracje są pełne ludzi, operatorzy wycieczek działają pełną parą – ale to wyłącznie nasze przypuszczenia.

Załącznik:
P1050841.jpg

Załącznik:
P1050783.jpg

Załącznik:
DSC07458.jpg

Załącznik:
DSC07447.jpg

Załącznik:
DSC07446.jpg

Załącznik:
DSC07444.jpg

Załącznik:
DSC07443.jpg

Załącznik:
DSC07442.jpg

Załącznik:
DSC07441.jpg

Załącznik:
DSC07438.jpg

Załącznik:
DSC07436.jpg

Załącznik:
DSC07433.jpg

Załącznik:
DSC07429.jpg

Załącznik:
DSC07425.jpg


Zmierzamy w stonę Bo-Kaap, dzielnicy muzułmańskiej, słynącej z kolorowych domów. Tu po raz pierwszy widzimy turystów, fotografujących okolicę bez wychodzenia z samochodu. Kapsztad ma opinię miasta bardzo niebezpiecznego. Przed wyjazdem czytałem, że po centrum lepiej nie chodzić po zmroku, że pobiją, okradną albo będzie jeszcze gorzej. Na razie chodzimy w dzień i nie czujemy się zagrożeni. Wręcz przeciwnie, spotykamy się z uśmiechami miejscowych, standardowymi pytaniami o to skąd jesteśmy itp.

Załącznik:
DSC07482.jpg

Załącznik:
DSC07483.jpg

Załącznik:
DSC07499.jpg

Załącznik:
DSC07503.jpg

Załącznik:
P1050860.jpg

Załącznik:
P1050882.jpg

Załącznik:
P1050885.jpg

Załącznik:
P1050891.jpg


Po wizycie w Bo-Kaap idziemy na reprezentacyjną ulicę miasta – Long Street. Mieszczą się tu liczne bary, kawiarnie, sklepy i biura turystyczne, w których bez problemu kupicie wycieczki po okolicy. Ze względu na pogodę nie przeżywają jednak oblężenia. W centrum jest sporo żebraków i czasem dość trudno się od nich opędzić. Próbowaliśmy wielu sposobów: odpowiadnie po angielsku, po polsku, ignorowanie. Trudno powiedzieć, który okazał się najskuteczniejszy.
Na Green Market dominują stragany z pamiątkami, wokół których kręcą się nieliczni turyści. W pobliskim parku, K. przekonuje się na własnej skórze, że centrum Kapsztadu nie należy do bezpiecznych. Mianowicie – atakują ją wiewiórki. Jest ich dużo, podchodzą bardzo blisko i momentami towarzyszą im szczury. Uciekajmy stąd czym prędzej – mówi, bo nas zjedzą. Na szczęście udało się nam ewakuować.
Plątamy się jeszcze trochę po okolicy, siadamy na piwo w Beer Housie, do którego będziemy przychodzić właściwie kazdego wieczoru i zmierzamy w drogę powrotną.

Załącznik:
DSC07472.jpg

Załącznik:
DSC07475.jpg

Załącznik:
DSC07476.jpg

Załącznik:
DSC07513.jpg

Załącznik:
DSC07517.jpg

Załącznik:
P1050851.jpg

Załącznik:
P1050902.jpg

Załącznik:
P1050904.jpg

Załącznik:
P1050916.jpg

Załącznik:
P1050928.jpg

Załącznik:
P1050938.jpg

Załącznik:
P1050942.jpg


Dopada nas deszcz, trochę się gubimy w drodze do hotelu ale w końcu docieramy na miejsce. Dobrze było w końcu trochę pochodzić.
Kolejnego dnia czeka nas sporo godzin w samochodzie, gdyż jedziemy w stronę Przylądka Dobrej Nadziei.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 01 Lip 2017 14:34 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 701
niebieski
Jakie super zdjęcia! Szczególnie lubię panoramy-takie nośniki marzeń... Już jedno mam na monitorze laptopa. I relacja też super! Jak zwykle @igore trzyma poziom :)
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
 [ 32 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group