Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 151 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5 ... 8  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 08 Sie 2018 22:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
Cześć wszystkim, niedawno odbyłam swoją wymarzoną podróż do USA i chętnie podzielę się z Wami swoimi przygodami :). Nie wydarzyło się co prawda nic niezwykłego, a podobne wyprawy były już opisywane, ale mam nadzieję, że jeszcze wniosę coś nowego :). A na przykład to, że jest to opowieść o tym jak NIE zaoszczędzić na wyjeździe :P i takie tam ciekawostki ;) (również jak przytyć ;)). Niestety nie jestem jeszcze tak wprawionym podróżnikiem, żebym mogła podzielić się z Wami tajnikami super zniżek na noclegi, wynajmu auta czy jedzenia, dla mnie było ważne, żeby w ogóle pojechać i to wszystko zobaczyć (a co się narobiłam nadgodzin w pracy to moje :P ), także jak ktoś chętny do poczytania to zapraszam :)!


Nasza wyprawa trwała 16 dni, przemierzyliśmy w tym czasie autem ok.5600 km po Kaliforni, Nevadzie, Utah i Arizonie. Wszystkie noclegi zdecydowałam się zabukować wcześniej, aby na miejscu nie zastanawiać się nad takimi rzeczami i nie tracić czasu na poszukiwanie miejsca do spania – z czego byłam bardzo zadowolona i polecam. Rezerwacje zrobiłam na stronie booking.com kilka miesięcy wcześniej, w zasadzie bez żadnych niespodzianek, aczkolwiek zdarzył się jeden problem, który opiszę później. Nie brałam pod uwagę, że będzie jakaś obsuwa i gdzieś nie dojedziemy, w takiej sytuacji na pewno byśmy improwizowali ;), ale akurat nic takiego się nie wydarzyło (wiem, nuda ;)). Polecieliśmy tam we dwójkę – ja i mąż, dla którego wszystkie odwiedzane miejsca były niespodzianką, gdyż ja wzięłam na siebie zaplanowanie całej trasy (dobrze ma, co nie ;)?), jako że było to moje marzenie od bardzo dawna.


A zaczęło się dosyć niewinnie, tylko od stwierdzenia "a może by zrobić w życiu coś fajnego, na przykład przejechać się kultową Route 66". Niestety dla mnie wyjazd do Ameryki te parę lat temu był niewyobrażalny, wręcz niemożliwy do zrobienia. Wyrobienie wizy (tzn. "przecież to musi być bardzo ciężkie ją dostać, "jak się w ogóle za to zabrać", "na pewno by mi nie dali" itp.) było już dla mnie początkowym problemem, a co dopiero dalsze plany. Jednak gdy pewna życzliwa koleżanka powiedziała mi tak od niechcenia "zrób to po prostu" uwierzyłam, że się da. Zaczęłam się interesować wszystkim po kolei i odkrywać piękno przyrody jakie kryje w sobie Ameryka. Zdaję sobie sprawę, że na świecie jest wiele wspaniałych miejsc wartych odwiedzenia, nie wiem czemu akurat USA tak mocno pobudziło moją wyobraźnię i chęć podróży tam, może to przez te wszystkie amerykańskie filmy, w których dzieją się niesłychane rzeczy, sprawiły, że chciałam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Potem już dalsza wiedza o oszałamiającej przyrodzie pozwalała mi się dalej zakochać w Stanach.


Spędziłam długie godziny na czytaniu Forum Fly4free i z góry chciałam podziękować wszystkim, którzy pomogli zaplanować mi tę podróż, odpowiadali cierpliwie na moje pytania i te w dyskusjach ogólnych, jak i w prywatnych wiadomościach, dzięki czemu mogłam uniknąć błędów i odwiedzić te wszystkie niesamowite miejsca. Także DZIĘKUJĘ raz jeszcze i pozdrawiam wszystkich Forumowiczów – Wasza pomoc jest nieoceniona :)!

Wszystkie informacje, co, jak, gdzie, czym, dlaczego i po co będę opisywać w trakcie relacji, oszczędzę chyba sobie tylko podsumowania kwotowego, bo aż mi szkoda mojego portfela :P, na pewno można zrobić to dużo taniej i równie fajnie, a nawet i fajniej :). Z góry przepraszam, jeśli moje opisy będą aż nadto długie, ale czasem wplotę jakieś informacje być może dla jednych oczywiste, ale dla tych co jeszcze nie lecieli tak daleko całkiem przydatne (ja też szukałam odpowiedzi na wiele moich "głupich" pytań).


A więc zaczynamy :)!


Ostatnio edytowany przez Bubu69, 02 Wrz 2018 13:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
22 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 08 Sie 2018 22:46 

Rejestracja: 01 Lip 2012
Posty: 115
Loty: 14
Kilometry: 90 771
niebieski
Czekam!

Wysłane z mojego SM-G930F przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 09 Sie 2018 00:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
Dzień 1. 07.06.2018 LOS ANGELES (2 noce)

Santa Monica, Venice Beach

Wylot do LA 8:50 – przylot 14:30

Lecieliśmy liniami LOT, bilety zakupione w styczniu po "promocyjnej" cenie ok.5600 zł :) dla 2 osób w dwie strony. Wylot z Gdańska, przesiadka w Warszawie, wylot do LA. Lot trwał ok.12 h, siedzieliśmy we dwójkę na potrójnych siedzeniach, także było naprawdę ok. Nie jestem osobą, która miałaby się czepiać jakichś niedogodności, tak że jak dla mnie wszystko było super. Oglądanie filmów, patrzenie na chmury i wyczekiwanie amerykańskiej ziemi – coś wspaniałego :).


Fot.1
Załącznik:
IMG_3656.jpg



Po wylądowaniu na lotnisku czekała nas odprawa imigracyjna, której też się z lekka obawiałam (robić normalne miny, zachowywać się naturalnie, nie wzbudzać podejrzeń :P), chociaż nie miałam nic na sumieniu :). Po wyjściu z samolotu z bagażem podręcznym, zgodnie z radami na forum "idź jak najszybciej, zero zatrzymywania w wc i takie tam", "popędziliśmy" prosto do odprawy (bez "januszowania" jakby co ;)), aby czas oczekiwania był jak najkrótszy. Najpierw trzeba było wypełnić formularz w takim stojącym komputerze, chyba to samo co dali nam na papierze w samolocie (co okazało się w ogóle niepotrzebne). Po chwili podchodzi do nas jakiś pracownik i mówi do mojego męża : "Pokaż mi swój rękaw." Moje myśli od razu "o kurde, wyglądamy na podejrzanych, zaraz nas będą sprawdzać, osobny pokój, koniec z nami, trzepanie rzeczy (czy czego tam jeszcze :P)" – jako że mąż ma wytatuowane całe ręce, co rzuca się od razu w oczy. Po chwili konsternacji oczywiście okazało się, że Pana zaciekawiły te wszystkie tatuaże i chciał po prostu je zobaczyć. I w tej chwili doświadczyliśmy już amerykańskiej życzliwości. Pan z nami od razu zagadał, popytał, pomógł wypełnić formularz , powiedział co najlepiej zaznaczyć i życzył udanej wycieczki. Od razu pomyśleliśmy – "ale tu zajebiście", a jeszcze nie zdążyliśmy wyjść z lotniska :). Rozmowa z urzędnikiem przebiegła szybko, pytania w stylu "po co przyjechaliśmy", "na jak długo" itp i po ok.45 min. od wyjścia z samolotu zostaliśmy wpuszczeni do USA :).


Fot.2
Załącznik:
IMG_3666.jpg



Potem wszystko poszło już dosyć sprawnie, trzeba było odebrać bagaż, więc szukaliśmy taśmy z naszego samolotu przez kilka minut, nie wiem tylko czemu pracownicy lotniska zorientowali się po naszych poszukiwaniach, że jesteśmy z Polski, bo widząc nas błądzących po omacku pytają "Polish?" - "tak" – no to Wasz bagaż jest tam. Nie wiem czy Polacy są tam zawsze zagubieni (zwłaszcza, że obok taśm są wielkie monitory wskazujące nr taśmy i nr lotu), ale było to dosyć pocieszne :) (już więcej nie damy się tak zfrajerować ;) - ale jakby co, to jest info dla tych, co też rzadko bywają na lotniskach ;)). Tak że tak to wygląda po wylądowaniu.


Następnie czekamy na darmowego shuttle busa do naszej wypożyczalni – Alamo. Zdecydowałam się na nią po opiniach w internecie oraz dostępnych opcjach przy wynajmie, np. Wysokość wkładu własnego przy jakiejkolwiek szkodzie 0 zł. Auto rezerwowałam kilka miesięcy wcześniej poprzez stronę rentalcars.com, od razu z ich ubezpieczeniem, klasa SUV – za auto na 16 dni wyszło ok.1800 zł + ubezpieczenie ponad 500 zł, odbiór i zwrot w tym samym miejscu. Pan na miejscu zaproponował nam auto klasę wyżej, dokładnie Jeep Grand Cherokee za 30$ więcej za dzień! Oczywiście za drogo, no to zszedł do 20$ za dzień. Mimo tego, w życiu nie zdecydowalibyśmy się na taką stratę pieniędzy, ale z tego co wiem wielu osobom często trafiają się dobre okazje. Bardzo fajną "zabawą" jest wybieranie auta w alejce danej klasy :), pierwszy raz się z tym spotkaliśmy - "to który" "może ten" "a może ten" "teraz nie wiem jaki" "chyba ten lepszy" "a zajrzyjmy do środka" i takie tam podobne trudne, życiowe wybory :). Zdecydowaliśmy się na Nissana Rogue w kolorze mocca. W zasadzie pierwszy wybór, ponoć zawsze najlepszy.


Fot.3
Załącznik:
IMG_3675-001.jpg



Po Stanach poruszaliśmy się z nawigacją z aplikacji Here, z mapami działającymi offline. Przed wyjazdem dodałam w niej do ulubionych wszystkie punkty, do których mieliśmy dojeżdżać tj. noclegi, parki, ale także punkty przez które chciałam, żebyśmy przejeżdżali, bo inaczej nawigacja by nas tak nie poprowadziła. Prosto z wypożyczalni pojechaliśmy do salonu T-mobile, którego adres wbiłam wcześniej do aplikacji, 3 min. jazdy samochodem od Alamo. Tam zakupiliśmy kartę sim za ok.40$ w pakiecie turystycznym na 3 tygodnie, darmowe rozmowy i smsy do USA, darmowe smsy do Europy oraz 2 gb internetu (m.in. polecana tu na forum). Karta była używana w dodatkowym telefonie, który służył za nawigację. Praktycznie cały czas bazowaliśmy na aplikacji Here offline, mapy działały świetnie, telefonu do dzwonienia użyliśmy może raz, kilka smsów i raz chyba internet. W większości korzystaliśmy z wifi w hotelach, żeby połączyć się z rodziną i znajomymi. Ale gdyby coś się stało chciałam mieć możliwość tanich/bezpłatnych połączeń i internetu.

Ponieważ nasz hotel był oddalony ponad godzinę od lotniska, plan był taki, że jedziemy od razu obok na plażę Santa Monica i zrobimy sobie spacerek wzdłuż promenady do Venice Beach i z powrotem. Pojechaliśmy na znaleziony wcześniej i wbity w nawigację płatny parking tuż przy plaży Santa Monica. No i stało się, zaczęlismy zwiedzanie :)!


Fot.4
Załącznik:
DSC00108.JPG



Plaża była fajna, z jednej strony morze, z drugiej zielone wzgórza, ale zrobiliśmy tylko krótki spacer, gdyż nie są to białe piaski wysp karaibskich ;). Przeszliśmy się po drewnianym molo, gdzie jest pełno knajpek, budek z jedzeniem i sklepów z pamiątkami (ja nie wiem co to jest, ale na to wychodzi, że cały świat jest taki sam z tymi wszystkimi "kiczowatymi" pamiątkami, te same bluzki, kubki, torebki, magnesy są wszędzie gdzie się nie pojedzie :)). Tak że nie liczcie na kupno czegoś "innego" lub "oryginalnego" niż w Europie, co oczywiście niczemu nie ujmuje :), gdyż od razu mówię, że kilka takich, jakże przydatnych rzeczy zostało zakupionych. Tam też skosztowaliśmy pierwszego, amerykańskiego posiłku – nie mogło być inaczej – burger z frytkami. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie doświadczyłam rozkoszy na podniebieniu, był to po prostu burger :). A jako że ja aż tak nie przepadam za mięsnym jedzeniem, był to chyba mój pierwszy i ostatni raz. No ale taka wycieczka nie mogła się odbyć bez zjedzenia burgera, nie ma innej opcji, to jest mus taki sam jak Grand Canyon ;). Potem spacerowaliśmy po promenadzie w kierunku Venice, mijaliśmy bezdomnych, którzy tam "mieszkają" w swoich "namiotach" i pełno innych dziwnych ludzi. Ma to swój urok, jeśli można tak to nazwać. Chyba na stałe wpisali się w ten krajobraz, co być może jest smutne i trochę odstraszające, ale jednocześnie ciekawe. Czuliśmy się bezpiecznie, aczkolwiek byliśmy czujni i zdecydowanie po zmroku byśmy się tam nie zapuścili.


Fot.5
Załącznik:
DSC00150.JPG


Fot.6
Załącznik:
IMG_3743.jpg


Fot.7
Załącznik:
DSC00180.JPG


Fot.8
Załącznik:
IMG_3761.jpg



Po 10 sekundach namysłu mąż stwierdził "a chodź wejdźmy do jakiegoś studia tatuażu", których wiele mijaliśmy na swojej drodze. Wiedziałam, że inaczej się to nie skończy, jak tylko nie oponować przed kolejnym tattoo, ale helooołłł!, zrobionym w LA ;). No więc wybór na studio padł tak po prostu, weszliśmy, "czy można zrobić sobie u Was teraz mały tatuaż" "tak, nie ma problemu" i po kilkudziesięciu minutach już był :), wieczna pamiątka tej wycieczki i tego miasta :). 
Gdyby kogoś interesowały ceny, to są podobne jak u nas, tzn. za mały tatuaż 3-4 cm 100$ (to chyba takie minimum wszędzie).


Fot.9
Załącznik:
DSC00195.JPG



Mój M. lubi też grać w kosza, więc sprawiło nam to obojgu radość (a przynajmniej mnie, mój mąż w życiu by tak nie powiedział :P), jak mijając kolejne boiska podszedł do jakichś grających i po prostu zaczął z nimi rzucać. Naprawdę fajnie tam mają, jeśli chodzi o infrastrukturę sportową, pełno różnych boisk, siłowni itd., mogliby do nas to przenieść. No i znowu "grać sobie tak po prostu w kosza w LA – zajebiście", nie wszyscy tu byli, także każda rzecz była dla mnie super i naprawdę dziękowałam, że mogę tego wszystkiego doświadczyć, nawet takich zwykłych, przyziemnych drobnostek, które mogą być dla jednych niczym niezwykłym, a dla mnie były cudowne :).


Fot.10
Załącznik:
IMG_3786.jpg


Fot.11
Załącznik:
DSC00215.JPG



Podczas naszego pobytu w Stanach bardzo szybko się ściemniało, więc drogę powrotną do parkingu po godz.20 przeszliśmy już w ciemnościach. Wtedy prosto do motelu Coral Sands w dzielnicy Hollywood, szczerze polecam, przez przypadek dostaliśmy ich najlepszy pokój, oczywiście bez żadnej dopłaty, ale recepcjonista prosił, żeby nikomu nie mówić, jak będziemy wystawiać komentarz ;). Od razu basen, hot tub i do spania ;). Prawie każdy nasz motel miał basen, z których zawsze korzystaliśmy, mimo napiętego planu. Zazwyczaj na miejsce noclegowe docieraliśmy między 17 a 19, a przy upałach, które tam były wspaniale było wskoczyć do basenu po kilkugodzinnej jeździe autem. Ogólnie tamtejsze hotele/motele mają późne godziny otwarcia basenów, 22:00 to standard, więc jak ktoś się zastanawia czy rezerwować noclegi również pod tym kątem, to jak najbardziej polecam, powinniście móc bez problemu skorzystać.


Fot.12
Załącznik:
DSC00239.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez Bubu69, 13 Sie 2018 11:33, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 09 Sie 2018 11:17 

Rejestracja: 18 Sty 2016
Posty: 166
niebieski
Fajnie się zaczyna. Czekam z niecierpliwością na dalszą część relacji :)
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 09 Sie 2018 12:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Maj 2014
Posty: 175
Loty: 185
Kilometry: 344 432
niebieski
@Bubu69 super, dajesz dalej:) sam w tym roku zabiorę się za pierwszą moją relację!
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 09 Sie 2018 18:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Sie 2016
Posty: 464
Loty: 112
Kilometry: 244 768
srebrny
Czekam na dalszą część :) za miesiąc robimy prawie identyczną trasę :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 09 Sie 2018 23:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
2. Dzień LOS ANGELES 08.06.2018

Universal Studios, Hollywood sign, Hollywood hills, Walk of Fame

Dziś z samego rana ruszyliśmy do Universal Studios. Bilety zakupiłam wcześniej na stronie online. Zastanawiałam się jakiś czas nad kupnem droższych biletów Universal Express – różnica w cenie dosyć duża, bo zwykłe kosztują 109 $ (w tym terminie, w okresie wakacyjnym są droższe), a Express 179 $. Natomiast uzyskuje się prawo do jednorazowego dla każdej atrakcji pierwszeństwa wejścia, co znacznie skraca czas oczekiwania. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, zdecydowałam się na zakup tych droższych biletów. Decyzja okazała się najlepszą jaka mogła być. W parku byliśmy od 9 do ok.17, zdążyliśmy pójść na każdą atrakcję tylko po 1 razie, a nie czekaliśmy w kolejkach dłużej niż 10 minut. Jeżeli ktoś się zastanawia, a może sobie pozwolić na kupno tych droższych to naprawdę polecam. Nie mówię, że dla mnie nie był to spory wydatek, bo naprawdę ledwo mi na to starczyło, ale potem nie żałowałam tak wydanych pieniędzy. Ściągnęłam sobie wcześniej na telefon aplikację Universalu, w której jest mapka z zaznaczonymi atrakcjami oraz aktualny czas oczekiwania do nich. Do kilku były czasy stania w kolejce ponad 50 minut!, do niektórych 30 minut, a same atrakcje trwały czasami nie dłużej niż 5 minut. Chyba byśmy zwariowali jak byśmy mieli tam stać po tyle czasu, zwłaszcza że mojego M. często dotyka ból pleców, więc takie bilety okazały się dla nas zbawieniem. Mieliśmy wtedy osobne wejścia za okazaniem naszego biletu i prawie od razu wchodziliśmy.

Sam park na początku sprawiał wrażenie trochę już starego i kiczowatego, ale po całym dniu tam spędzonym mogę śmiało powiedzieć, że jest tam super :). Na początku poszliśmy na Studio tour, czyli przejażdżkę po studiu filmowym, która trwała około godzinę, jeździliśmy tam takimi wagonikami a'la melex.


Fot.13
Załącznik:
IMG_3903.jpg



Potem po prostu zaczęliśmy chodzić po parku i zaliczać po kolei atrakcje. Przez przypadek na początku natrafiliśmy na nowy "nabytek" Universala, czyli kolejkę "Harry Potter and the Forbidden Journey" – było zajebiście :)! W ogóle się tego nie spodziewałam co zobaczyłam, nie byłam też nigdy na czymś takim, także emocje i wrażenia niezapomniane :)! To była chyba najlepsza atrakcja, może rzekłabym, najbardziej zaawansowana. Potem już szło wszystko po kolei, zresztą też bardzo do siebie podobne, więc wiedzieliśmy czego można się spodziewać i było naprawdę wesoło i fajnie :) - przejażdżki kolejkami lub atrakcje 5D. Na koniec mokra wyprawa po Jurassic World i można było iść do domu :).


Fot.14
Załącznik:
IMG_3915.jpg



Po Universalu plan był taki, że nie było planu, po prostu zobaczenie znaku Hollywood, przejażdżka po wzgórzach Hollywood i spacer słynną aleją gwiazd.

Jeśli chodzi o jazdę po LA, to przez miasto prowadzą różne autostrady z 7-ma pasami, na których zazwyczaj są korki. Traktowaliśmy to na zasadzie "nie każdy mógł postać w korku w Los Angeles" i tym podobne, w ogóle nam to nie robiło, gdyż praktycznie cały czas się jechało, a zwłaszcza że dla nas dodatkowo był dostępny pas CAR POOL z lewej strony, którym mogły się poruszać auta z minimum dwoma pasażerami :). Także zawsze na car poola i do przodu, bo mało aut jeździ tym pasem, wszyscy jadą w pojedynkę.
Miałam też zainstalowaną aplikację Sygic, która pokazywała miejsca, gdzie są różne atrakcje i tak też skierowaliśmy się do punktu, skąd rozpościerał się widok na znak Hollywood, prawie u jego stóp. Nie wiem jakie na Was zrobił on wrażenie, ale mi się bardzo podobało, był nawet lepszy niż w moich oczekiwaniach (dobrze czasem poczytać, że znak niby taki sobie, mały i w ogóle nie warty zachodu ;)). Stanęliśmy obok czyjegoś domu i piaszczystą drogą weszliśmy na górkę. Wiadomo, fotki selfiaki się posypały, a jakże by inaczej :).


Fot.15
Załącznik:
DSC00271.jpg



Potem po prostu patrząc na mapę jeździliśmy sobie po wzgórzach obserwując domy bogaczy, ich fury i podwórka :). Wszystkie uliczki wyglądają super, są wąskie i kręte, a niektóre domy przepiękne, no naprawdę jak w tych wszystkich filmach. Zresztą moją myślą przewodnią było zweryfikować, czy na żywo wszystko wygląda tak jak na filmach i potwierdzam – tak jest :). Natrafiliśmy nawet na jakiś park między wzgórzami, po którym prawie nikt nie chodził, a widok był piękny, nawet było tam jakieś jeziorko. Jeździliśmy tak do zachodu słońca, co naprawdę niesamowicie wyglądało, po czym udaliśmy się w stronę Walk of Fame. Niestety w tym momencie poczułam już, że wczorajszy spacer po wietrznym Los Angeles nad brzegiem morza oraz jazda w klimatyzacji sprawiły, ze zaczyna mnie boleć gardło i czuję się niewyraźnie. Na szczęście byłam przygotowana na taką ewentualność, a wręcz przekonana, że na bank spotka mnie coś takiego na mojej wymarzonej wycieczce, więc zabrałam ze sobą tonę leków,w tym również antybiotyk (na szczęście mam do nich nieograniczony dostęp – ktoś, coś - bez recepty :P?). Naprawdę zaczęłam się czuć kiepsko, ale że do jasnej cholery wiedziałam, że tak będzie, pomyślałam "przeziębienie, mam Cię w dupie, nie będę zwracać na Ciebie uwagi, rób sobie co chcesz (tego miałam nadzieję, że nie usłyszy), bawię się dalej i nic nie jest w stanie mi zepsuć mojej wycieczki". Do końca pobytu byłam przeziębiona, w tym kilkudniowy ból gardła, brak głosu, potem niekończący się katar i brak węchu, ale ogółem bawiłam się znakomicie :).


Fot.16
Załącznik:
IMG_9558.jpg



Tak że przespacerowaliśmy się wzdłuż alei gwiazd i z powrotem do hotelu na kolejny i ostatni nocleg w LA (basen i hot tub zaliczone). Dziękowałam też sobie za wybór hotelu, który był rzut beretem stamtąd – naprawdę polecam tę lokalizację!


Fot.17
Załącznik:
IMG_4100.jpg


Fot.18
Załącznik:
IMG_4133.jpg



Podsumowując Los Angeles to naprawdę nam się podobało, ciekawie było to wszystko zobaczyć, postać w korkach, przewiać się nad morzem i dostać najlepszy pokój w motelu. Myślę, że mi po prostu wystarczyło, że jestem w USA i nic nie mogło mnie zrazić. Teraz jak oglądamy filmy, to zawsze kto pierwszy ten lepszy "o, tu byłam" " tu na pewno też" "tu też" "a tu to już w ogóle na bank" :). Na pewno jeszcze jest wiele ciekawych miejsc w centralnej lub wschodniej części LA, gdzie warto by pojechać. Nam już nie starczyło czasu, ale jeśli mielibyśmy okazję tam jeszcze wrócić, to na pewno byśmy nie ominęli tego ciekawego i jakże różnorodnego miasta.

-- 09 Sie 2018 23:07 --

Dziękuję za pozytywne komentarze :), dodajecie mi motywacji i na pewno będę pisać dalej :)! Obiecuję, że im dalej tym ciekawiej ;)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez Bubu69 29 Sie 2018 13:46, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 10 Sie 2018 10:12 

Rejestracja: 28 Cze 2017
Posty: 19
Loty: 52
Kilometry: 158 020
Fajna, szczegołowa relacja. Minęło zaledwie 4 lata kiedy tam byłem a wydaje się, że to wieki temu. Czekam na więcej.
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 10 Sie 2018 10:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Sie 2010
Posty: 2651
złoty
@Bubu69
mozesz wrzucic chocby najbardziej prowizoryczna mapke z pokonanej trasy?
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 10 Sie 2018 10:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Maj 2014
Posty: 175
Loty: 185
Kilometry: 344 432
niebieski
@Bubu69
możesz też się pokusić o podsumowanie kosztów ;) założyłaś, że tego nie zrobisz, ale może jednak :) na pewno się przyda realny koszt innym forumowiczom
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 10 Sie 2018 11:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2013
Posty: 1455
Loty: 110
Kilometry: 310 756
złoty
@Bubu69
Z którego dokładnie miejsca zrobiłaś tak fajne zdjęcie znaku Hollywood?
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 10 Sie 2018 12:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
correos napisał(a):
@Bubu69
mozesz wrzucic chocby najbardziej prowizoryczna mapke z pokonanej trasy?


Bardzo proszę :)! Ogólna mapka z naszej wyprawy, w kolejnych postach będę wrzucać dokładne trasy z google :)

Mapa 1
Załącznik:
Mapa.png


monroe napisał(a):
@Bubu69
Z którego dokładnie miejsca zrobiłaś tak fajne zdjęcie znaku Hollywood?


Dokładnie z tego :):

https://www.google.com/maps/@34.1306953 ... 744!8i3872

Właśnie, postaram się dodawać też niektóre punkty z mapy w linkach, jeśli będzie coś ciekawego :)

@farmer - być może jednak coś podsumuję - będzie wiadomo na czym oszczędzić ;), ale też ile jednak można wydać :/


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#13 PostWysłany: 10 Sie 2018 13:42 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 466
niebieski
wybacz, ale nie mogę się powstrzymać:
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/takze ... 10620.html
poza tym sama relacje super, jak i zdjecia
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
Bubu69 uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 10 Sie 2018 14:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Sie 2015
Posty: 36
Loty: 4
Kilometry: 5 372
Zaczęłam czytać, jestem zachwycona, czekam na dalszy ciąg. :P
Do USA jakoś mnie nigdy nie ciągnęło, ale ostatnio moje podróżnicze ambicje rosną i czuję, że zdjęcia tamtejszej przyrody mogłyby mnie przekonać. :D
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 10 Sie 2018 19:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
3. Dzień Route 66 09.06.2018

LA – Joshua NP – Amboy – Needles – Oatman – Kingman – Peach Springs – Seligman – Williams

Dzisiejszy dzień był naprawdę bardzo fajny, mimo że mieliśmy przed sobą dosyć długą, całodniową trasę ok.800 km. Na szczęście obydwoje lubimy jeździć, więc wiedziałam, że nie będzie to dla nas stanowiło większego problemu. Wyruszyliśmy z LA ok.8:00 rano i kierowaliśmy się do parku narodowego Joshua, przez który mieliśmy plan tylko przejechać.

Wcześniej zakupiłam u naszego Forumowicza kartę Annual Pass na wszystkie parki, która naprawdę jest bardzo przydatna, inaczej nie ma sensu jeździć wszędzie i płacić osobno, więc jak ktoś się wybiera na takie zwiedzanie to dobrze o tym wiedzieć. Kartę wraz z dowodem tożsamości (na obu musi być ten sam podpis) pokazuje się przy wjazdowych bramkach do parku. W budce u strażnika (wyglądają zajebiście, wszyscy jak z filmu misia Yogi – czyli jest kolejne potwierdzenie, że jest tak jak na filmach) dostaje się gazetkę z mapką parku i informacjami. Najlepiej jednak zorientować się wcześniej przed wyjazdem, co dany park ma do zaoferowania i wybrać interesujące miejsca/szlaki, które chce się zobaczyć, bo tak na szybkiego to nie bardzo się wie gdzie, co i jak.

Park był piękny, drzewka Jozuego wyglądały jak z kosmosu, bardzo ciekawe miejsce. Co chwilę zatrzymywaliśmy się na zdjęcia, ale tak naprawdę to można by to robić co 100 metrów, więc po jakimś czasie po prostu tylko jechaliśmy. Temperatura wynosiła około 30 stopni, lekki wiaterek, cud, miód i malina :).


Fot.19
Załącznik:
DSC00435.JPG


Fot.20
Załącznik:
DSC_0015.JPG


Fot.21
Załącznik:
IMG_4269.jpg


Fot.22
Załącznik:
IMG_4603.jpg



Po wyjeździe z parku skierowaliśmy się boczną drogą w kierunku Amboy, aby wjechać na kultową Route66, od której wszystko się zaczęło :). W pewnym momencie natrafiliśmy na jakiś mały objazd, ale mapy offline bez problemu przeliczyły trasę.

Stan dróg w USA, przynajmniej w zachodniej części jest naprawdę super, nawet te wszystkie boczne dróżki, ledwo widoczne na mapie, są w pełni przejezdne, bez żadnych dziur i uchybień, przynajmniej tak to zapamiętałam :). Po drugie, jadąc przez te rozległe tereny pustynne ma się wrażenie, że nasze auto jest jedyne, które wpadło na pomysł jazdy tamtejszą trasą. A co do ogólnego poruszania się po drogach i skrzyżowaniach – te bez świateł w większości są równorzędne i pierwszeństwo przejazdu ma ten, kto pierwszy podjedzie linii (nie ten z prawej). Niby można się zastanawiać "skąd kto będzie wiedział, która kolejność", ale naprawdę byłam w szoku, jak to płynnie wszystko szło. Nikt nie kombinował, a wręcz każdy każdego przepuszczał, uwielbiałam to obserwować. Podjeżdżało się, ktoś już stał, to wiadomo, że jego kolej, za nim jedzie następny, ale staje, bo widzi, że Ty już byłeś wcześniej. Czy u nas nie może być takiej mentalności kierowców? A światła na skrzyżowaniach umiejscowione są po drugiej stronie ulicy na przeciwko, więc nie trzeba wychylać się do szyby i zadzierać głowy, doskonale wszystko widać. Ot, takie różnice między nimi, a nami.

A więc dojechaliśmy do Amboy i zatrzymaliśmy się na stacji, pośrodku niczego – zajefajne miejsce :). Stacja w starym stylu z typowego filmu, wokoło prawie nic, z głośników leciała muzyka (nawet to było lekko straszne :P, ale ja lubię horrory), zero ludzi, w oddali jedzie pociąg – ideał. Tutaj właśnie na drodze były znaki Route 66 :)! - to było dopiero szaleństwo, tysiąc zdjęć z każdej strony :). Pracownik stacji bardzo miły, doradził nam również, że niedaleko jest krater (Amboy Crater), do którego można podjechać i zajrzeć do środka. Co prawda coś o nim czytałam, ale zdecydowaliśmy, że przez to iż troszkę byśmy musieli się cofnąć oraz, że jest bardzo gorąco i mamy długą trasę przed nami, to już tam nie jedziemy. Ale dobrze jest wiedzieć, że można taką ciekawostkę zobaczyć :).

Tutaj też pierwszy raz tankowaliśmy paliwo, rzecz jasna bez zastanawiania się ile to kosztuje. Po odjechaniu, już po jakimś czasie M. pyta się mnie ile zapłaciłam, a ja że nie wiem, coś około 70$ czy jakoś tak... „że co k…?” - "no tak mi się wydaje"- "chyba żartujesz" – jakoś tak mniej więcej przebiegała konwersacja :), może nawet trochę przesadziłam :P. Płaciłam gotówką, więc nie wiem dokładnie ile wyszło, bo kupiliśmy jeszcze napój itd., ale jak to przeliczyliśmy to wyszło dosyć drogo i cenowo porównywalnie jak u nas w Polsce, a przecież paliwo miało być tam tak tanie jak woda. Wiem, że są różne ceny w zależności od stanu, ale i tak myślałam, że wychodzi dużo mniej za benzynę. Potem już zwracaliśmy uwagę na ceny, ok.3,50-3,70 $ za galon to było w miarę ok, raz chyba widziałam tylko cenę poniżej 3 $, a w samej Kalifornii jest najdrożej, bo ponad 4 $. Na tej stacji było ponad 5 $, ale ogółem wg mnie to paliwo w USA nie jest takie tanie i jednak trzeba liczyć, że się więcej wyda niż się myśli :P.


Fot.23
Załącznik:
DSC00488.JPG


Fot.24
Załącznik:
gas station.JPG


Fot.25
Załącznik:
roy's.jpg


Fot.27
Załącznik:
ec7ecd0c-8d10-4387-8204-63db5d03986c.JPG


Fot.28
Załącznik:
IMG_4638.JPG


Fot.29
Załącznik:
IMG_4394.jpg


Fot.30
Załącznik:
f5986666-6be1-47b9-96d7-e34331207584.JPG


Fot.31
Załącznik:
IMG_4378.jpg



Jednym z naszych sposobów na zachowanie tylu cudownych wspomnień była kamerka GoPro (pożyczona – bardzo dziękujemy :)) oraz sprzedany patent (również dzięki ;)) na fajne ujęcia z przebytej drogi – otóż mieliśmy specjalny magnes przymocowany do dachu zaraz nad głową pasażera, na którym była umiejscowiona kamerka, a dzięki temu można było wystawiać przez okno ze strony pasażera tylko rękę do góry i klikać na play. GoPro oczywiście w obudowie ochronnej, zabezpieczone dodatkowo sznurkiem, który był pociągnięty przez okno do środka. Trzymało się znakomicie, jechaliśmy z tym ponad 120 km na godzinę i nigdy się nie odczepiło ;). Więc mamy nagrane kilkadziesiąt minut przejazdów przez różne drogi, w wielu miejscach – polecam, naprawdę ciekawa perspektywa :).
Zdążyłam już trochę takich filmików przejrzeć i jakież było moje zdziwienie i jednocześnie beka na maksa z siebie samej, gdy wjeżdżamy właśnie do kolejnej miejscowości Oatman (o której za dużo nie wiedziałam, tylko to, że jest na trasie Route66 i może są tam jakieś sklepy poświęcone historii tej drogi), a tam tak po prostu po ulicy chodziły sobie osły! A że uwielbiam zwierzęta to w pewnym momencie słychać przez zamknięty samochód, zamknięte okno, kamerka w obudowie, wiatr wieje, a na filmiku stłumiony pisk: "M.! O ja pie...lę, tu chodzą sobie osły, ale zaj...e, stawaj szybko, bo chcę juz wysiąść” (coś tak mniej więcej hehehe). Może miasteczko urządzone troszkę pod turystów, ale tak naprawdę żadnej takiej innej mieściny nie widziałam na swojej drodze, więc klimat był super, do tego żywe zwierzęta na "wolności", byłam tam posikana :P (nie za dużo przeklinam i takie tam???).
No więc zaczęło się "ciu ciu ciu ciu" "a dokąd idziesz osiołku" "a chodź ze mną" "a jaki jesteś słodki" "a daj się pogłaskać" – czułościom nie było końca przez 2 minuty :P, osły były dosyć oswojone, ale raczej wolały chodzić swoimi ścieżkami ;) (jestem troszkę głupiutka, wiem :P).
Przeszliśmy się trochę po Oatman (jedna droga na wprost), zaszliśmy do sklepu z różnymi rzeczami i tu też kupiłam moje ulubione amerykańskie stare tablice samochodowe :) - koniecznie chciałam mieć taką pamiątkę. Kamerka go pro została na dachu, nie pilnowana przez nikogo, ale nie mówcie moim znajomym, bo po co mają się denerwować, skoro nic się nie stało :P (przecież po pół godzinie byliśmy z powrotem w aucie :)).

Fot.32
Załącznik:
DSC00497.JPG


Fot.33
Załącznik:
DSC00500.JPG


Fot.34
Załącznik:
IMG_4452.jpg


Fot.35
Załącznik:
DSC00504.JPG


Fot.36
Załącznik:
IMG_4444.jpg



Wyjeżdżamy z Oatman i kierujemy się dalej w stronę Williams - cdn. :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 10 Sie 2018 21:40 

Rejestracja: 16 Mar 2018
Posty: 20
Super relacja. Robimy z żoną podobną - choć krótszą - trasę na początku września. Widzę parę nowych patentów (GoPro), które można wykorzystać:D
Czekam na ciąg dalszy:)
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 11 Sie 2018 18:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
3. Dzień Route 66 cdn.


Dalej kierujemy się w stronę Kingman i Peach Springs. Droga bardzo fajna, klimatyczna. Około godziny 18 dojeżdżamy do Hackberry, przy którym znajduje się takie jakby muzeum Route 66. Niestety na pierwszy rzut oka dla nas wyglądało to na trochę starą (ale naprawdę fajną) ruderę, która była zamieszkiwana, ale myśleliśmy, że po prostu stoi tam stara buda i różne oldschoolowe auta itd. Okazało się, że do środka można było wstąpić, ale zorientowaliśmy się dopiero w momencie jak ktoś stamtąd wyszedł, a właścicielka zamknęła za nimi drzwi na klucz. Czy ktoś z Was był w środku i wie co tam jest? Sama miejscówa wygląda super, taki prawdziwy amerykański klimat, bardzo nam się tam podobało :), kolejny fajny przystanek na naszej trasie.


Fot.37
Załącznik:
DSC00517.JPG


Fot.38
Załącznik:
DSC00523.JPG


Fot.39
Załącznik:
DSC00526.JPG


Fot.40
Załącznik:
DSC00531.JPG


Fot.41
Załącznik:
IMG_4485.jpg


Fot.42
Załącznik:
DSC00536.JPG


Fot.43
Załącznik:
IMG_4496.jpg


Fot.44
Załącznik:
IMG_4497.jpg


Fot.45
Załącznik:
IMG_4495.jpg




I tak, jadąc tam, chciałam poczuć wolność i zmierzać ku zachodzącemu słońcu........ no i tak było :)! Nie zawiodłam się kolejny raz, długie kilometry prostej, niekończącej się drogi, pustynia, zachodzące słońce - to było to :)!!! Tak właśnie wyobrażałam sobie jazdę przez Stany i spełniło się moje marzenie :)


Fot.46
Załącznik:
IMG_4520.jpg


Fot.47
Załącznik:
DSC00541.JPG


Fot.48
Załącznik:
IMG_4523.jpg


Fot.49
Załącznik:
IMG_4640.JPG



Po godzinie 20 dojechaliśmy do Williams - dzisiaj mieliśmy nocleg w motelu El Rancho, tuż przy drodze wylotowej na Grand Canyon. Motel ok, taki typowy amerykański (na co oczywiście liczyłam). Tym razem w ofercie nie było basenu, ale z góry zakładałam, że możemy dojechać bardzo późno i będzie to tylko nocleg na samo spanie. Natomiast tak nam się spodobało Williams, że postanowiliśmy od razu iść na miasto.

Pierwsza niespodzianka spotkała nas gdy zajechaliśmy pod motel i okazało się, że recepcja jest już nieczynna (a w opisie miała być otwarta do 21, natomiast wiedziałam, że jeśli będziemy później to powinniśmy im dać znać, ale tu nie było tego problemu), więc pytanie „co teraz”. Na szczęście czytałam kilka relacji na forum i wiedziałam, że w takiej sytuacji kluczyki są zostawiane w różnych miejscach przez personel. Więc z nastroju „bezradności” szybko przeszliśmy do nastroju „radości” gdy obok recepcji znaleźliśmy skrzynkę z kluczykami dla późnych przyjezdnych (wyobrażacie sobie coś takiego u nas? - ja się z tym nigdy nie spotkałam). Pomyślałam „ale tu jest fajnie w tej Ameryce!” i „ja to umiem załatwić nocleg” i „my nie jesteśmy w ciemię bici, ze wszystkim sobie poradzimy” („nie jesteśmy w ciemię bici” towarzyszyło nam już do końca wyjazdu jak udało nam się coś załatwić lub mieliśmy z czymś szczęście :P). Po fali euforii przyszła fala rozgoryczenia, gdy okazało się, że nasz zamek do drzwi jest popsuty i nijak nie da się go zamknąć. Nawet pomagał nam sąsiad z innego pokoju, ale też nie mógł sobie poradzić, bowiem wyglądało to tak, że mieliśmy inną klamkę niż wszyscy. Potem przyszła już mega złość, gdy dodatkowo wyszło, że w pokoju klimatyzacja jest zepsuta i grzeje zamiast chłodzić! Na dworze 35 stopni, a w pokoju chyba jeszcze więcej! Na suficie kręcił się wiatrak, który był tak głośny, że nie dało się przy nim spać, dodatkowo rozdmuchiwał ciepłe powietrze. Coś tam pokombinowaliśmy z tą klimą, mając nadzieję, że po powrocie będzie chłodniej. Dzwoniłam na telefon recepcji, ale oczywiście nikt nie odbierał (myślałam, że to może komórka, którą w razie czego właściciel ma ze sobą). No więc wartościowe rzeczy schowaliśmy z powrotem do auta i tak niezamknięty pokój na klucz zostawiliśmy i wyruszyliśmy na „melanż” ;). Stwierdziłam jednak, że nie wiem czemu, bo z natury taka nie jestem, ale tam w Stanach czułam się jakoś bardzo bezpiecznie, nie wiem z czego to wynikało.

Zatem poszliśmy się przejść i weszliśmy do super fajnego baru, który też był dla mnie takim typowym, amerykańskim miejscem i nie mogłam wyrobić z radości, tak się cieszyłam, że to wszystko widzę i mogę przeżyć :). Akurat było karaoke, prowadzone przez „kowboja”, leciała klimatyczna muzyka i w ogóle mogłabym stamtąd nie wychodzić. Tam też wypiliśmy nasze pierwsze piwo, a jako że jestem typową kobietą to wybrałam smakowe - cydr Angry Orchard, bardzo dobry :).


Fot.50
Załącznik:
IMG_4555.jpg


Fot.51
Załącznik:
IMG_4567.jpg


Fot.52
Załącznik:
IMG_4568.jpg


Fot.53
Załącznik:
IMG_4559.jpg


Fot.54
Załącznik:
IMG_4561.jpg


Fot.55
Załącznik:
IMG_4571.jpg



Po jakimś czasie zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy coś zjeść (nie ma to jak burrito i quesadilla po godz.22) i zaszliśmy do jakiegoś meksykańskiego baru. Jak dla mnie było ok, ale też bez rewelacji. Ogólnie co do jedzenia w Stanach, to królują tam fast foody, widać gdzieniegdzie przebłyski mniej kalorycznych dań lub wegetariańskich, nawet trafiały się jakieś bezglutenowe czy bezlaktozowe, aczkolwiek Amerykanie stołują się w barach z tłustym, wysokokalorycznym jedzeniem, z wielkimi porcjami i darmowymi dolewkami do litrowych kubków. Nasze jedzenie w czasie tej dwutygodniowej wyprawy było niestety typowo amerykańskie, codziennie jakiś burger, frytki, kurczak lub burrito, a dodatkowo w czasie jazdy autem ciasteczka i chipsy :), masakra (nie to żeby mi było źle :P). Jak trafiłam na sklep z owocami (czyt.banany i jabłka) to byłam pod wrażeniem i od razu brałam po kilka sztuk. Ale co zrobić, chciałam Amerykę, to mam (ją i plus minimum 3 kilo :P).

Wróciliśmy w końcu do motelu, oczywiście wszystko było na miejscu, ale zamek nadal nie chciał się zamknąć, klima grzała, a my nie mogliśmy zasnąć. W końcu w środku nocy mój mąż nie wytrzymał i zaczął szukać po całym pokoju drugiego klimatyzatora i nawet znalazł schowany za jakąś szafką i wreszcie zaczęło nam chłodzić. Ojejka, jakie to było zbawienie! Pomijając, że spaliśmy przy otwartych drzwiach, zagrodzonych walizką :), ale to mało istotny szczegół, ważne było się wyspać przed kolejnym dniem!


Fot.56
Załącznik:
IMG_4593.jpg


Fot.57
Załącznik:
IMG_4596.jpg


A oto mapka z dzisiejszej trasy:

Mapa 2
Załącznik:
Mapa Route 66.png


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 11 Sie 2018 21:12 

Rejestracja: 18 Sty 2016
Posty: 166
niebieski
Fajny dzień! Sporo jeżdżenia, ale tak jak pisałem w naszych wiadomościach, że to sama przyjemność :) My jechaliśmy z LA do LV i potem do GC, ale za drugim razem zrobiłbym właśnie taką trasę jak Wy. Hackberry w środku to nic innego jak sklep + jakieś pamiątki po Route 66.

Zauważyliście to w Hackberry? :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
Bubu69 lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 12 Sie 2018 06:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
Hej @Ruben$ :), tak widzieliśmy ten podpis :lol: ! Na zdjęciu 44 tez można coś małego wypatrzeć, tak że nasi są wszędzie ;).
Trasa faktycznie długa, ale uspokoiłeś mnie, że jazda tam to zupełnie co innego, więc nie miałam obaw planować takiej kilometrówki, zreszta codziennie mieliśmy długie dystanse (i tak jak pisałeś, automat, tempomat i można rozglądać się na boki :P).
Bardzo Ci dziękuję za wszelką pomoc, przysłużyłeś się do fajnych wakacji :) i milo mi, że teraz Ty czytasz moją relację :).


Ostatnio edytowany przez Bubu69, 06 Wrz 2018 15:04, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 13 Sie 2018 23:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 209
Loty: 28
Kilometry: 85 374
srebrny
Dzień 4. Grand Canyon 10.06.2016

Williams – South GC - Page


Spod motelu ruszamy po godz. 7 rano, recepcja nadal była zamknięta, więc nie mieliśmy możliwości zgłoszenia naszej usterki ani ewentualnej negocjacji ceny z powodu tych niedogodności. Rachunek był już wystawiony i dołączony do klucza w kopercie.


Fot.58
Załącznik:
elranchomotel.JPG



I w tym momencie chciałabym opisać płatności za hotele, paliwo itd. - to dla tych, którzy jeszcze nie są w temacie, a kiedyś się tam wybiorą. A ci co byli to mogą ominąć te dwa akapity ;) (bo trochę nuda :P).

Wszystkie noclegi rezerwowałam na booking.com przy użyciu karty kredytowej Mastercard, na początku jednego banku, potem drugiego. Nie wiedziałam, że jest coś takiego jak prowizja od przewalutowania, więc jak się zorientowałam to wyrobiłam sobie właśnie drugą kartę kredytową - Mastercard World w BZ WBK, która nie pobiera tej prowizji. Obawiałam się jednak, że na miejscu hotele będą chciały i tak ściągać kasę z tej karty, która była użyta do rezerwacji (a na większość noclegów użyłam tej z prowizją na przewalutowanie – chyba bym się nie wypłaciła!), ale na szczęście okazało się, że można użyć karty której się chce - w momencie zapłaty albo się pytają czy ta sama, czy inna lub po prostu dawałam im wg własnego uznania – uwaga – debetową. Do tego celu założyłam konto walutowe w dolarach, wpłaciłam określoną sumę i używałam jej do zapłaty za noclegi. Chyba że, jak w przypadku motelu w Williams, gdzie pobrali mi sami z karty kredytowej, to wtedy płaciłam za paliwo lub jedzenie, bo miałam nadwyżkę z noclegu. Tak że z kart kredytowych prawie w ogóle nie korzystałam, parę razy tylko ściągnęli mi za pokój, jeśli w warunkach rezerwacji było zaznaczone, że pobiorą dzień przed, a tak to płaciłam na miejscu (czyli na całym wyjeździe płaciłam kartą debetową lub gotówką). Ogółem ich terminale i system płacenia mają dosyć przestarzały, nie ma płatności zbliżeniowych, rzadziej jest na chip, w większości trzeba przejechać paskiem, gdzie u nas już dawno tego nie ma, często też nie podaje się pinu (to tylko taka ciekawostka, że jednak my jesteśmy już daleko do przodu).

Jeśli chodzi o płacenie na stacjach benzynowych, bo wiem, że takie tematy też były poruszane na forum, jako problematyczne - podjeżdża się do dystrybutora, wybiera kwotę za jaką chce się zatankować – w naszym przypadku było to zazwyczaj 35-40$, w momencie gdy licznik pokazywał, że do przejechania jest jeszcze ok.150 mil. I wtedy próbowaliśmy zapłacić tą kartą debetową na 2 sposoby – albo wybieraliśmy, że jest to karta debetowa i przyjmowało, a gdy nie przechodziło, to zaznaczałam, że kredytowa i też czasami zadziałało. Jeśli nie, to szło się do środka do kasy i wtedy można było zapłacić tą debetową. Ale powiem szczerze, że fajne było to tankowanie, gdy karta przechodziła i można było od razu jechać dalej :). W przypadku gdy zatankowaliśmy mniej niż zapłaciliśmy, to teoretycznie powiedziano nam, że będzie z tego tytułu zwrot na kartę. Nie jestem w stanie stwierdzić czy wtedy trzeba iść po taki wydruk od kasjera, czy można tak po prostu jechać, ale w obydwu przypadkach, z tego co zweryfikowałam, nie dostaliśmy żadnego zwrotu :P. Na szczęście były to drobne kwoty, tj. 1-3 dolary, więc nie robiło to nam w ogóle, a zdarzyło się może ze 3 razy. Ogólnie bardzo fajnie było na tych stacjach, zawsze jakieś nowe doświadczenia i wskazówki dla potomnych :).


Tak więc jedziemy w stronę Grand Canyonu :). Cieszyłam się, że tak udało mi się ułożyć trasę, że będzie to jedna z pierwszych atrakcji przyrody, jakie uda nam się zobaczyć. Stwierdziłam, że akurat Grand Canyon zasługuje na to, aby zobaczyć go na początku. Podobno jak już objedzie się te inne parki, które także mają wąwozy, kaniony itp., to nie robi on już takiego wrażenia, gdyż człowiek jest już opatrzony takimi widokami. Aczkolwiek i tak wiedziałam czego się spodziewać, to uznałam, że jego ogrom i majestatyczna przestrzeń, które go tworzą oraz dobra sława na całym świecie zasługują na pierwsze spojrzenie przed innymi parkami :).


Fot.59
Załącznik:
b3157ce0-c1ca-45ca-8e1b-e9be2a9b95a9.JPG



Z Williams do GC jedzie się ok.1,5 h, tak więc akurat na dojazd do takiej atrakcji. Przejeżdżamy przez bramki wjazdowe i udajemy się na wprost do punktu Visitor Center, przy którym jest wielki parking na mnóstwo aut. Po Joshua NP jest to kolejny park, w którym doświadczamy amerykańskiej wygody – wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki, nie trzeba daleko chodzić. Oczywiście nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale przebywając tam dłużej zaczyna nam się to podobać i zachowujemy się jak typowi Amerykanie :P "a nie idźmy na piechotę, tylko sobie podjedźmy" i "jak fajnie, że można się zatrzymać w tym miejscu, super to zorganizowali" (to też niestety dodaje tych dodatkowych kg, ale kto by się tym przejmował, w Ameryce?). Stajemy i widzimy, że wszyscy się szykują jak na zimę, mają długie spodnie, szykują bluzy i kurtki.... a że ja też od kogoś słyszałam, że niby wokół ciepło, a nad samym kanionem zimno, to zaczęliśmy się przygotowywać jak na wojnę :P – bluzy, kurtki, czapki itd. Owszem, było dosyć wietrznie, ale oczywiście okazało się, że przesadziliśmy, więc po chwili wróciliśmy się rozebrać ;).

Fot.60
Załącznik:
3bbb7bc1-075e-4e3e-a520-b843f77c2dc5.JPG



No i stało się – pierwsze spojrzenie na Grand Canyon, o którym też marzyłam i jestem przekonania, że choć raz w życiu trzeba go zobaczyć :). Był to taki pierwszy styk z tą prawdziwą, amerykańską przyrodą, która znana jest z telewizji i z internetu, ale nie każdy miał okazję tu być. Coś, na co bardzo czekałam. Wrażenia? Jest piękny. Jest ogromny. Wydaje się tajemniczy i niedostępny. Tam trzeba usiąść i oddać się przemyśleniom.... bardzo przyjemne doświadczenie. Jednak przez to, że byłam już od wielu lat obeznana z tym jak wygląda oraz słuchałam relacji innych, którzy tam byli i widziałam ich zdjęcia, to nie doznałam takiego efektu "mega wow". Ale wcale mi to nie przeszkadzało. Chciałam zobaczyć go na własne oczy i przeżyć po swojemu. Trzeba mu oddać to, że jest niesamowicie wielki, a jego bezkres jest oszałamiający!


Fot.61
Załącznik:
DSC00567a.JPG


Fot.62
Załącznik:
IMG_4852.jpg


Fot.63
Załącznik:
DSC_0110.JPG


Fot.64
Załącznik:
DSC_0130.JPG


Fot.65
Załącznik:
DSC_0142.JPG



Przeszliśmy się po paru punktach, wzdłuż visitor center, potem postanowiliśmy przejechać się autobusami, kursującymi wzdłuż kanionu po różnych dalszych punktach widokowych. Jednak po pierwszym odcinku stwierdziliśmy, że nie chce nam się w tych tłumach jeździć za daleko, gdyż trochę trzeba czekać na te autobusy, full ludzi, a widoki zapewne te same. Do pewnego momentu można było dojechać autem, potem już jeździ się tylko shuttle busem, to jeśli chodzi o widoki na lewo. Wysiedliśmy na przystanku końcowym pierwszej linii i poszliśmy sobie kawałek na szlak, który jest ponoć całodniowy, ale dosyć ciężki. Jak ktoś się będzie wybierał nad Grand Canyon i chciałby tam spędzić trochę więcej czasu, to najlepiej zaplanować sobie jakiś trekking.

Pochodziliśmy trochę, porobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do auta. Uzgodniliśmy, że pojedziemy sobie już po mału do Page i trochę odpoczniemy. Nie wiem czemu założyłam, że droga do Page prowadzi dopiero od wyjazdu z parku GC i dopiero odbija. Więc wyjechaliśmy, poszliśmy do sklepu, po czym wbijam w nawigację trasę i okazało się, że musimy wrócić z powrotem do parku, a droga prowadzi w prawą stronę, w kierunku punktu widokowego Desert View. Nie dość, że z ponownie musieliśmy czekać przy bramkach wjazdowych, a był już niemały korek, to jednak trzeba było nadrabiać z powrotem duży kawał trasy, no ale tak to jest, jak się na pewniaka wszystko wie ;). Potem parę razy jeszcze się zatrzymywaliśmy na różnych punktach, widoki były naprawdę piękne, a na samym końcu stanęliśmy właśnie przy Desert View i ten obraz Grand Canyonu podobał mi się najbardziej! Widać było rzekę Kolorado, która wspaniale kontrastowała z kolorami kanionu – niezapomniane wrażenia :)!

Fot.66
Załącznik:
DSC00604.JPG


Fot.67
Załącznik:
IMG_4795.jpg



Dojechaliśmy do Page, zameldowaliśmy się w motelu Page Boy Motel (ceny za noclegi w Page są niestety z kosmosu), prosto do basenu i można było znowu iść na miasto :). Swe pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście do pizzerii, w której zjedliśmy ogromną pizzę i wypiliśmy gigantyczną colę, a jakżeby inaczej :P. W Page było bardzo gorąco, zatem po krótkim spacerku, kolejnym i już ostatnim przystankiem tego dnia na naszej drodze był bar, w którym pograliśmy sobie w bilarda i wypiliśmy piwo - dziewczyny, mają tam Redd'sa :)!

Nie mogę przy tej okazji nie wspomnieć jak bardzo mili, życzliwi i bezpośredni są Amerykanie, przynajmniej wszyscy, których spotkaliśmy i poznaliśmy podczas naszej wycieczki. Co chwila każdy nas zagadywał, interesował się, pytał skąd jesteśmy, jak nam się tu podoba, co porabiamy, gdzie pracujemy, opowiadał o sobie, tak całkowicie na luzie, bez stresu i myśli, że może nam się to nie spodobać. A my wręcz przeciwnie, chętnie odpowiadaliśmy, cieszyliśmy się, że możemy pogadać, że tak do nas podchodzą i w ogóle takie tu życie i tacy ludzie. Powiedzenie "hey, how are you" połączone z uśmiechem jest tam na porządku dziennym, a nam się to bardzo udzieliło. Sami mieliśmy z tego powodu dobre humory, a ja to w ogóle szczerzyłam się potem już do każdego, kogo spotkałam na swojej drodze, trochę jak głupia do sera :P, ale to co, bardzo przyjemnie jest mieć codziennie taki pozytywny nastrój. Mojego M. co chwilę zagadywali o tatuaże i starsi i młodsi, jakby rozmowa o wszystkim i o niczym nie stanowiła dla nich żadnego problemu, gdzie w Polsce nie ma miejsca na takie rzeczy. Nawet po powrocie do kraju zdarzyło nam się, że ktoś akurat do niego podszedł i tak właśnie o tym fajnie na luzie zagadał i od razu stwierdziliśmy, że musiał być w Stanach i wie o co chodzi ;).
Więc dla tego też klimatu koniecznie muszę tam wrócić jeszcze niejeden raz :).

Fot.68
Załącznik:
IMG_4872.jpg


Fot.69
Załącznik:
IMG_4868.jpg



Kolejny raz wróciliśmy w dobrych humorach do pokoju motelowego i taki też nastrój mieliśmy przez cały wyjazd :) (oprócz tego, że tego dnia nie miałam już prawie głosu, ale za to śmiesznie brzmiał na filmikach ;)). A następny dzień był kolejnym na który bardzo czekałam!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 151 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5 ... 8  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group