REKLAMA

Kochasz podróże? Szykuj portfel! Przyszłość to jedna wielka podwyżka

podróżnik
Foto: Twinsterphoto / Shutterstock

Zamykanie słynnych plaż, ograniczenia wynajmu krótkoterminowego, podwyższanie podatków turystycznych, stawianie bram, a nawet wprowadzanie biletów wstępu do miast – rozwiązań, które mają utrzymać masową turystykę w ryzach jest mnóstwo. Wciąż jednak niewiele z nich przynosi wymierne efekty, a eksperci i liczby przekonują, że skuteczne rozwiązanie jest tylko jedno: to podwyżki cen. I to dość drastyczne.

Z roku na rok, a w ostatnim czasie nawet z miesiąca na miesiąc, obserwujemy jak najpopularniejsze miejsca świata biją się z myślami, w którym kierunku podążać i jak pokierować swoją polityką turystyczną. Z jednej strony zalewają ich więc tłumy odwiedzających: najczęściej chcieliby jakoś unormować napływ turystów i ochronić przyrodę, zabytki czy mieszkańców. Z drugiej wiedzą jednak, że miliony przyjezdnych to też gigantyczne wpływy do budżetu. Nic więc dziwnego, że mało kto decyduje się na bardzo radykalne kroki, a większość wyznaje jednak zasadę „chcę, ale się boję” i delikatnie sonduje sytuację.

Dziś podróże stały się tak tanie, dostępne i powszechne, że ostatnie co można o nich powiedzieć, to że są elitarnym hobby zarezerwowanym dla majętnych mieszkańców globu. Mamy tanie linie, couchsurfing i tanie hostele, latamy na weekendy czy jednodniówki, a podróżniczym bakcylem zarażamy kolejne osoby. Wyjeżdża więc coraz więcej osób, robimy to coraz częściej i cóż – wybieramy też te same miejsca. Według danych UNWTO, aż 36 proc. wszystkich międzynarodowych turystów w zeszłym roku pojechało do jednego z 300 najpopularniejszych miast świata. I nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się zmienić.

Ale nawet najbardziej popularne miejsca mają gdzieś swój własny kres wytrzymałości. Prędzej czy później trzeba będzie podjąć decyzję, co zrobić, by nie pękły w szwach  – a im więcej pomysłów już widzieliśmy, tym coraz częściej wydaje się, że w przyszłości historia zatoczy niechlubne koło. A miasta czy atrakcje zrobią wszystko, by podróże znów stały się przywilejem wyłącznie dla bogatych i zdeterminowanych.

przyjaciele w podróży
Foto: nd3000 / Shutterstock

Pomysł goni pomysł

Część inicjatyw wychodzi od władz miast, niektóre od ekologów, a jeszcze inne po prostu od mieszkańców. Tłumy turystów, które przewijają się przez najsłynniejsze dzielnice, zabytki, czy dosłownie maleńkie super-instagramowe miejsca, potrafią naprawdę utrudnić życie.

To dlatego Barcelona zakazuje wstępu na jeden z popularnych targów zorganizowanym wycieczkom, Paryż i Rzym chce się pozbyć autobusów turystycznych z centrum miasta, władze Komodo chcą zamknąć wyspę na cały rok, Tajlandia co chwilę przedłuża zakaz wstępu do Maya Bay o kolejne długie miesiące (i lata), Amsterdam obiecuje, że będzie ograniczał zwiedzanie zatłoczonych ulic i zlikwiduje wycieczki do dzielnicy czerwonych latarni, mieszkańcy Rue Crémieux chcą stawiać zamykane bramy, a na hasło Airbnb władze niektórych miast reagują wręcz alergicznie, wprowadzając zakaz za zakazem.  

Problem polega na tym, że jeszcze żaden z tych pomysłów nie przyniósł konkretnych efektów. W większości miejsc liczba turystów rośnie nieprzerwanie. Najwyraźniej dla większości nie ma kompletnie znaczenia, czy będą mogli łatwo wynająć mieszkanie na Airbnb, na którą konkretnie plażę pojadą, gdy każda jest wystarczająco rajska i pocztówkowa, a jeśli jakieś miejsce będzie czynne tylko w weekend czy w wyznaczonych godzinach – no cóż, po prostu odpowiednio ułożą i dostosują swój plan wyjazdu.

Może wystarczy limit?

W tej sytuacji naturalną i dość oczywistą drogą wydaje się być więc wprowadzenie konkretnych limitów na najpopularniejsze atrakcje. Takich, które w realny sposób kontrolują liczbę turystów i nie pozwalają na zbytnie zatłoczenie miejsca. Na takie rozwiązanie zdecydowano chociażby w Tadż Mahal, które można zwiedzać tylko przez trzy godziny, w Machu Picchu, gdzie odwiedziny skrócono do maksymalnie 6 godzin, a także w Plitwickich Jeziorach czy Dubrowniku. Podobny ruch zapowiedziały m.in. władze Capri, Santorini i Wyspy Wielkanocnej.

Ale eksperci i futurolodzy nie pozostawiają złudzeń. Limity sprawiają jedynie, że jest trudniej zobaczyć daną atrakcję, ale to wcale nie odwodzi nas od podejmowania kolejnych prób. Ba, coraz częściej jesteśmy gotowi wrócić w kolejne miejsce, gdy za pierwszy razem nie „odhaczyliśmy” wszystkich najważniejszych miejsc. I według specjalistów jedynym słusznym i skutecznym limitem są… naprawdę wysokie ceny.

Jednak gdy specjaliści mówią o wysokich cenach, nie mają na myśli tych, które widzieliśmy do tej pory. Gdy Wenecja ogłosiła bowiem wprowadzenie opłat za wstęp do miasta (od 3 do 10 EUR) część ekspertów podchodziła do pomysłu sceptycznie podkreślając, że jeśli miasto naprawdę chce „odsiać” część turystów, musiałoby dodać przynajmniej jedno zero do tej kwoty.

I mieli rację, bo przecież inne miasta przerabiały to już, podnosząc podatki turystyczne czy wprowadzając opłaty „na ochronę zabytków i kultury”. 5, 10 czy nawet 15 EUR jednorazowej opłaty jest zwykle nieodczuwalne w kontekście całego wyjazdu. Za przykład niech posłuży Jordania, która mimo bardzo drogiej wizy bez problemu przyciągnęła tysiące turystów z Polski, gdy tylko pojawiły się tanie loty.

podróżniczka
Foto: Alena Ozerova / Shutterstock

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze

Są jednak też przykłady z drugiej strony barykady. Dla odmiany można przywołać chociażby Angkor Wat, wpisany na listę UNESCO kompleks świątynny w Kambodży, który w pierwszym półroczu tego roku pierwszy raz od dawna zanotował spadek liczby odwiedzających. Może trudno w to uwierzyć, gdy o świcie stoi się w tłumie innych turystów i zamiast własnych myśli, słyszy się jedynie dźwięk migawek aparatów, ale liczby nie kłamią.

Od stycznia do czerwca 2019 roku Kambodża zarobiła na swoim najsłynniejszym zabytku 55,7 mln USD, a w analogicznym okresie rok wcześniej w kasach było 9 proc. więcej. Teraz rządowi analitycy mają sprawdzić, co stoi za tak dużym spadkiem odwiedzających, choć eksperci już szacują, że może to być efekt drastycznych podwyżek cen biletów sprzed kilkunastu miesięcy. Bilety jednodniowe podrożały bowiem z 20 na 37 USD, a trzydniowe z 40 na 60 USD. Do tego trzeba doliczyć też koszt wynajęcia roweru, skutera lub kierowcy z tuk-tukiem, który pomoże nam przemieszczać się pomiędzy kolejnymi świątyniami.

To nie jedyny przykład, gdy za solidnym wzrostem cen idzie spadek liczby turystów. Przekonała się o tym Turcja, która szacowała, że tegoroczny urlop w tym kraju spędzi 5,8 mln Niemców. Jednak gdy linie lotnicze przestały otrzymywać dopłaty za loty, rzeczywistość okazała się zgoła inna. Wszystko wskazuje na to, że ten kierunek wybierze w najlepszym przypadku tylko 5 mln turystów zza naszej zachodniej granicy.

Szukajmy jednak dalej. Kilka dni temu Korean Air ogłosiło też zawieszenie lotów pomiędzy Seulem, a Fidżi. Odległe połączenie było właściwie jedynym, które pozwalało w rozsądnych kwotach dostać się na rajską wyspę turystom z Europy, a w szczególności z Wielkiej Brytanii. Choć korzystało z niego mniej niż 9 tys. Koreańczyków rocznie, to samoloty linii przewoziły blisko 50 tys. gości z Europy. W branży turystycznej decyzję przewoźnika z całym przekonaniem nazywa się solidnym ciosem dla wyspiarskiej turystyki.

Nawet na obleganej dotąd Islandii, zamiast prognozowanego wzrostu liczby turystów, możliwy jest nawet spadek odwiedzających w skali roku. Tak duży wpływ na sektor turystyczny miał ogłoszony w marcu upadek taniej linii WOW Air.

Co to oznacza? Że eksperci i ekonomiści – czy tego chcemy czy nie – mają rację. Jedynym skutecznym sposobem powstrzymania turystów przed masowym podróżowaniem jest zawyżanie cen. Dopiero, gdy musimy odpuścić dany kierunek, bo nie ma tam taniego lotu, gdy rezygnujemy z atrakcji, bo wiemy, że pochłonie pół domowego budżetu, albo gdy przerażają nas ceny noclegów, jedzenia czy transportu – wtedy faktycznie liczba turystów się zmniejsza.

– To co dziś wydaje się być absurdalne, kiedyś stanie się rzeczywistością – mówił już dwa lata temu dr Ian Person, znany brytyjski futurolog. – Niektóre miasta będą wprowadzać cenniki odwiedzin dla turystów z opłatami na poziomie 100 lub 1000 EUR. Reszta będzie korzystać z replik, niczym w Las Vegas czy Disneylandzie, które będą wyrastać na potęgę – dodał.

Dlatego dla budżetowych podróżników przyszłość maluje się raczej w czarnych barwach. Oczywiście niskokosztowi przewoźnicy wciąż będą otwierać kolejne połączenia, my będziemy odkrywać kolejne małe i większe miejscowości, o których zwiedzaniu wcześniej nawet nie myśleliśmy, a zabieranie własnego prowiantu do najdroższych krajów będzie się miało nieźle. Jednak na drugim biegunie podróżniczego sektora – tam, gdzie od pieniędzy ważniejsza stanie się ochrona przyrody, mieszkańców czy zabytków – przyjdzie nam odpuścić. Albo po prostu zbankrutować. Choć pewnie nie bez przyjemności.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


Alicante aleja w mieście
Najlepsza oferta

Izrael, Włochy i Hiszpania już od 78 PLN

Kamil Walinowicz | 2019-10-21 21:07
REKLAMA
REKLAMA
Nasze najlepsze teksty są tutaj
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel