Fly4free.pl

Płacisz więcej, dostajesz coraz mniej. Kapiszony 2017, czyli trudny rok dla pasażerów. Będzie lepiej? Lepiej już było

facepalm załamany człowiek
Foto: Francisco Moreno / Unsplash
Jest przynajmniej jedna osoba na świecie, która cieszy się bardziej od was, że 2017 rok właśnie dobiega końca. Zapraszamy na zestawienie najgorszych informacji z branży lotniczej.

W czwartek zaprezentowaliśmy wam Petardy, czyli nasze zestawienie najbardziej pozytywnych informacji roku. Teraz czas na Kapiszony, czyli przegląd informacji najgorszych. A tych nie brakowało. Sprawdźcie, które wydarzenia uznaliśmy za najgorsze w 2016 i 2015 roku.

Przeczytane? No to sprawdźmy, kto jest największym pechowcem roku.

Tą osobą jest szef Ryanaira Michael O’Leary, dla którego ostatnie miesiące były trudnym doświadczeniem. Ale Ryanaira nie będziemy żałować, bardziej szkoda nam pasażerów, bo to oni najmocniej odczuli problemy irlandzkiej linii i jej nową politykę. Lider zestawienia „kapiszonów” mógł być tylko jeden…

Wrześniowy kryzys w Ryanair i jego konsekwencje

To była sytuacja bez precedensu – przez błąd przy planowaniu grafików urlopowych z dnia na dzień Ryanair został bez setek pilotów. Efekt?  Tysiące odwołanych lotów, ponad 300 tys. poszkodowanych pasażerów, miliony euro odszkodowań i 34 trasy zawieszone w sezonie zimowym (w tym 7 z Polski).

Chyba największe konsekwencje kryzys miał dla pasażerów z Polski, bo zbiegł się w czasie z zamknięciem dwóch hitowych tras krajowych: z Warszawy do Wrocławia i z Warszawy do Gdańska. I choć Ryanair wciąż lata na kilku trasach krajowych, to właśnie te połączenia były najbardziej popularne (w czym duża zasługa tanich biletów za 9 i 19 PLN).

– To duży cios dla pasażerów i całej branży lotniczej w Polsce. Zwłaszcza, jeśli spojrzymy na to, jak wielu pasażerów dzięki tanim biletom leciało samolotem po raz pierwszy i napędzało koniunkturę na latanie – komentuje Tomasz Kloskowski, prezes lotniska w Gdańsku.

Za miniony rok Ryanair zasługuje jednak na podwójną burę, bo część zmian w polityce przewoźnika stoi w jawnej sprzeczności z polityką „Always Getting Better”, którą w ostatnich latach chwalił się irlandzki przewoźnik.

Fot. Patryk Kosmider / Shutterstock

Żegnaj, bagażu podręczny. Witajcie, dodatkowe opłaty

Irlandzki przewoźnik od dawna przestrzegał pasażerów, by nie zabierali zbyt mocno wypchanych bagaży podręcznych. I groził, że jeśli sytuacja się nie zmieni, będzie musiał zrezygnować z możliwości darmowego zabierania walizek na pokład. W końcu to zrobi – od 15 stycznia nie będziemy mogli zabrać na pokład dużego bagażu podręcznego. Zostanie on odebrany przy bramce na lotnisku i umieszczony bezpłatnie w luku bagażowym. Kto chce podróżować ze swoją walizką, będzie musiał dopłacić. Ale pal licho tę zmianę. Spowoduje ona co prawda komplikacje dla pasażerów, jednak argumentację przewoźnika można zrozumieć.

Znacznie poważniejszym zarzutem jest fakt, że Ryanair przyznał w końcu, że specjalnie rozdziela ludzi lecących na jednej rezerwacji w samolocie. Robi to, by „zachęcić” pasażerów do wykupowania dodatkowej usługi, która zagwarantuje rodzinom lub grupie znajomych miejsca obok siebie. To zmiana na gorsze, za którą mogą podążyć inni przewoźnicy – niedawno pisaliśmy, że podobne rozwiązania zaczynają testować biura podróży.

W minionym roku w ten trend wpisał się jednak nie tylko Ryanair…

Fot. Viktor Konya / Shutterstock

Płacisz coraz więcej, dostajesz coraz mniej

– Największy kapiszon mijającego roku to dla mnie kontynuacja polityki okrajania produktu przez linie lotnicze: w podstawowej cenie dostajemy coraz mniej od coraz większej liczby przewoźników. Mniej miejsca na nogi, coraz mniejszy bagaż, mniej posiłków, mniej szans na wygodne miejsce na pokładzie – mówi Kamil Lodziński, założyciel Fly4free.pl.

To kontynuacja trendu z 2016 roku, w który wpisali się tacy giganci jak British Airways (rezygnując z bezpłatnych posiłków na niektórych trasach) czy Emirates (wprowadzając płatny wybór miejsc w klasie ekonomicznej). Teraz dołączyli do nich inni, a lista bezpłatnych dotąd dodatków, za które trzeba płacić poraża. Przykład? Weźmy na przykład irlandzkie linie Aer Lingus, które w najtańszej taryfie na dalekich trasach każą sobie dopłacać za tak podstawowe rzeczy, jak kocyk i słuchawki do systemu rozrywki pokładowej.

Czemu linie to robią? Żeby ciąć koszty i upodabniać się do rozdających karty low-costów, które coraz mocniej wchodzą na trasy międzykontynentalne. A regularni przewoźnicy próbują podążać za tym trendem. Efektem są taryfy typu „basic economy”, czyli z samym bagażem podręcznym. W minionym roku wprowadzenie ich zapowiedziały m.in. linie Delta, Air France, KLM, ale testowanie tej usługi na dalekich trasach zaczęła nawet Lufthansa. Są dobre dla pasażerów z dużym samozaparciem i umiejętnością planowania. Jeśli zabierzemy na drogę kanapki i napoje i uda nam się spakować w ten mały plecak, który możemy zabrać w ramach takiej taryfy, to możemy upolować fajną cenę.

Ale inną kwestią jest to, że bardzo wielu pasażerów nie potrafi właściwie oszacować własnych potrzeb i wymagań podczas kupna biletu. Decydują się więc na najtańszą możliwą taryfę, a tuż przed lotem… dokupują dodatkowe usługi i płacą gapowe. Bo w konsekwencji – płacą za przelot znacznie więcej niż gdyby od początku zdecydowali się na produkt wyższej klasy.

Linie lotnicze też nieszczególnie kryją się z tym, że najtańsze taryfy to nie jest żadna obniżka cen, bo oferowany produkt jest tak kiepski, że pasażer sam będzie wolał dopłacić do „normalnego” biletu.

W minionym roku głośno było o polityce amerykańskich linii lotniczych, którzy w najtańszej taryfie wprowadzili takie niedogodności jak zakaz korzystania ze schowka na bagaż i wejście na pokład w ostatniej kolejności.
I właśnie za takie opaczne rozumienie taryf basic, przewoźnikom należy się w tym roku gruby minus.

To koniec złych wiadomości? Kochani, my się dopiero rozkręcamy…

Fot. Konwicki Marcin / Shutterstock

Żegnajcie nam, przewoźnicy…

Miniony rok upłynął pod znakiem upadłości kilku znanych linii lotniczych. Najgłośniejsze było zniknięcie z rynku linii Air Berlin. W połowie roku niewypłacalność ogłosiła też Alitalia, która do dziś ledwie zipie tylko dzięki ratunkowej pożyczce włoskiego rządu. A przecież bolesny dla brytyjskich wczasowiczów upadek zanotowała też znana tam linia lotnicza Monarch, pod koniec roku przestała zaś latać austriacka linia Niki.

W Polsce tak imponujących „zniknięć” nie było, choć pod koniec roku gruchnęła wieść, że w przyszłym roku…

Flixbus przejmuje PolskiegoBusa

Fot. FlixBus

…pożegnamy PolskiegoBusa

Nie chcemy w tym miejscu krytykować inwestycji FlixBusa (tym bardziej, że jej szczegóły są owiane tajemnicą) ani też szczególnie gloryfikować PolskiegoBusa (pod względem komfortu podróży znacznie bardziej było nam żal zwijającego się LuxExpress), ale łezka kręci się w oku na myśl, że popularny „bocian” za kilka miesięcy zniknie z polskich dróg.

PolskiBus był, jaki był. Ale nie da się ukryć, że stworzył świetnie rozpoznawalną markę, która – nie bójmy się wielkich słów – zrobiła w ostatnich latach więcej dla transportu zbiorowego w Polsce niż jakikolwiek inny przewoźnik. Dynamiczny marketing, wygodne, klimatyzowane autokary z Wi-Fi i słynne bilety za złotówkę sprawiły, że konkurenci musieli mocno zainwestować w swój tabor, by nie odstawać od biało-czerwonego przewoźnika. Efektem jest poprawa komfortu i poziomu usług w podróżach autokarowych po Polsce. Bo dziś kupno biletu na podróż przez internet u jakiegokolwiek poważnego przewoźnika staje się już powoli standardem, a jeszcze kilka lat temu było traktowane jak fanaberia. I z całą pewnością duża w tym zasługa PolskiegoBusa.

Fot. Twitter

United Fight Club

Przez wiele miesięcy wydawało się, że to będzie największa lotnicza wtopa roku o ogromnych konsekwencjach dla przewoźnika. Chodzi nam oczywiście o słynną sytuację z kwietnia, gdy w wyniku overbookingu w samolocie linii United Airlies pracownicy linii siłą wywlekli i poturbowali jednego z pasażerów, który nie chciał dobrowolnie zwolnić swojego miejsca.

W efekcie wokół przewoźnika rozpętało się piekło, które przez lata PR-owcy będą przywoływać na szkoleniach jako przykład, jak nie należy rozwiązywać kryzysów wizerunkowych w firmie. Oliwy do ognia dodał jeszcze prezes linii United, który zamiast posypać głowę popiołem, tuż po wydarzeniu zasugerował, że to pasażer był agresywny! Szczęśliwie, całe zajście zarejestrowali na smartfonach pasażerowie i… zaczęło się. Akcje United drastycznie potaniały, internauci zabrali się do produkcji fali złośliwych memów, wielu pasażerów zapowiadało bojkot przewoźnika, który bije podróżnych.

Ostatecznie United udało się wyciszyć sprawę – poszkodowany doktor David Dao zawarł z przewoźnikiem ugodę (która zapewne sporo kosztowała linię lotniczą). A przedstawiciele United zapowiedzieli zweryfikowanie zasad dotyczących overbookingu, czyli dość powszechnej strategii linii lotniczych. Polega ona na tym, że przewoźnicy sprzedają na dany lot więcej biletów niż jest miejsc w samolocie, bo… i tak nie wszyscy pasażerowie zgłaszają się na lot. Problem w tym, że niekiedy można się przeliczyć, a konsekwencje w skrajnych przypadkach mogą być takie, jak powyżej.

Fot. Modlin Airport

Zamieszanie z Modlinem

Przeciągający się konflikt między udziałowcami podwarszawskiego lotniska nie jest nikomu na rękę i kładzie się cieniem na planach budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Długo wydawało się bowiem, że do mocno rozbudowanego portu w Modlinie przeniosą się tanie linie i czartery z Lotniska Chopina, by odciążyć zapchany port w Warszawie. Sprawę zablokował jednak spór udziałowców. Mający 1/3 udziałów PPL nie chce zgodzić się na inwestycję w Modlin, jeśli nie przejmie większości udziałów. Na to z kolei nie zgadza się Mazowsze, bo PPL nie chce poręczyć spłaty obligacji, zaciągniętych przez samorząd na budowę portu.

Jesień minęła nam pod znakiem przerzucania się wzajemnymi oskarżeniami udziałowców w mediach. I mocnego głosu dyrektora PPL Mariusza Szpikowskiego, który na naszych łamach stwierdził, że nie widzi szans na dogadanie się z Modlinem, więc tanie linie i czartery będzie chciał przenieść na inne lotnisko lub wybuduje zupełnie nowy port lotniczy dla low-costów.

Ucierpią na tym przede wszystkim pasażerowie. Dlaczego? Bo nie dość, że w okolicach Warszawy będą być może 3 duże lotniska, to jeszcze zapchany port w Modlinie bez rozbudowy stanie się dla nich prawdziwą męką. Nie będzie też nowych tras, bo Ryanair jasno zapowiedział, że gdyby tylko lotnisko było większe, znacząco zwiększyłby liczbę połączeń.

W tym sporze każda strona ma trochę racji. Zarząd Modlina, bo najsensowniejszą alternatywą dla Warszawy wydaje się właśnie to lotnisko. Ale też PPL i przewoźnicy, którzy nie kwapią się do przenosin. Wskazują przy tym na monopol Ryanaira i bardzo korzystne warunki, jakimi cieszy się irlandzka tania linia. Bo przecież gdyby Modlin był tak atrakcyjny, to już dawno znalazłby innych przewoźników zainteresowanych lotami z tego lotniska.

Niezależnie od wszystkiego, dalsze trwanie w takiej sytuacji jest fatalne – i nie ulega wątpliwości, że w 2018 roku ten spór musi zostać rozwiązany. W jaki sposób? Na dzień dzisiejszy tego nie wiemy.

Małe lotniska tkwią w stagnacji

We wczorajszym zestawieniu najbardziej pozytywnych informacji roku wymieniliśmy rekordową liczbę pasażerów na polskich lotniskach. Polacy latają bowiem na potęgę, ale wzrosty dotyczą tylko największych portów lotniczych. Te mniejsze mają problem, ponieważ systematycznie tracą pasażerów… lub w najlepszym przypadku – jak ma to miejsce na przykład w Bydgoszczy – stoją w miejscu.

Źle dzieje się też na lotnisku w Łodzi, gdzie po wycofaniu się linii Adria liczba pasażerów w minionym roku zmniejszyła się o kilkanaście procent. Dla Łodzi końcówka roku przyniosła w końcu pozytywne informacje. Najpierw Ryanair ogłosił, że od maja 2018 zacznie realizować stąd loty do Aten. Do tych dobrych wiadomości dostosowała się kilka dni temu Lufthansa – informując, iż od 28 marca jej samoloty będą latać 5 razy w tygodniu do Monachium.

Wisienką na torcie jest oczywiście sytuacja lotniska w Radomiu, które od końca października straciło jedynego przewoźnika i stoi puste. Choć w Radomiu mało kto się tym teraz przejmuje, bo w mieście wszyscy liczą, że lotnisko przejmie PPL i przeniesie tu tanie loty z Warszawy.

A jakie są Wasze typy?

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Dlaczego cały czas jak mantra powtarzany jest slogan, że autokary polskiegobusa są wygodne. Nie ma miejsca na nogi a fotele ledwo się odchylają zgniatając przy okazji kolana osoby siedzącej z tyłu. To NIE jest wygoda.
FreddieKruger, 30 grudnia 2017, 10:11 | odpowiedz
Avatar użytkownika
FreddieKruger Dlaczego cały czas jak mantra powtarzany jest slogan, że autokary polskiegobusa są wygodne. Nie ma miejsca na nogi a fotele ledwo się odchylają zgniatając przy okazji kolana osoby siedzącej z tyłu. To NIE jest wygoda.
Widzę, że ktoś już zapomniał jak się podróżowało PKS. W porównaniu do 70 letnich trupów na kółkach, PB to 5 gwiazdkowy hotel. Polski Bus nie jest bardzo komfortowy i nawet autor zwraca na to uwagę, ale w porównaniu do tego, co było dla nas standardem przed wejściem na rynek PB... cóż, bocian zastał Polskę drewnianą, a zostawia murowaną.
Ariegi, 30 grudnia 2017, 20:21 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Ariegi
FreddieKruger Dlaczego cały czas jak mantra powtarzany jest slogan, że autokary polskiegobusa są wygodne. Nie ma miejsca na nogi a fotele ledwo się odchylają zgniatając przy okazji kolana osoby siedzącej z tyłu. To NIE jest wygoda.
Widzę, że ktoś już zapomniał jak się podróżowało PKS. W porównaniu do 70 letnich trupów na kółkach, PB to 5 gwiazdkowy hotel. Polski Bus nie jest bardzo komfortowy i nawet autor zwraca na to uwagę, ale w porównaniu do tego, co było dla nas standardem przed wejściem na rynek PB… cóż, bocian zastał Polskę drewnianą, a zostawia murowaną.
Ja porównuję do innych przewoźników współczesnych, nie historycznych. Przed PKSami jeżdżono konno albo na wozie. Czy to znaczy, że dziś mam się zadowalać ciasnotą i dziękować, że w ogóle jadę?
FreddieKruger, 30 grudnia 2017, 20:51 | odpowiedz

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »