Jak turystyczne miejsca szykują się na powrót tłumów? Podróże już nie będą takie same
Kontrola tłumów, promowanie mniej uczęszczanych szlaków i atrakcji turystycznej, a nawet… przenoszenie kolekcji bezcennych dzieł sztuki po całym regionie, by nieco rozrzedzić liczbę zwiedzających – najbardziej turystyczne miejsca już przygotowują się na powrót turystów, który niechybnie nastąpi już wkrótce.
Ludzie strasznie tęsknią za podróżami i turystyką – nie jest to bardzo odkrywcza teza, bo pogrążeni od miesięcy w lockdownie desperacko wypatrujemy czasu, gdy będziemy mogli względnie spokojnie wyjechać na urlop. A ponieważ takie pragnienie dotyczy większości ludzi w Europie, to należy się spodziewać, że w ciągu najbliższych miesięcy (o ile pandemia odpuści) może nas czekać prawdziwa fala turystycznych wyjazdów i tłumy na ulicach. Mamy już zresztą pierwsze oznaki tego, że tak będzie – gdy brytyjski premier Boris Johnson powiedział, że najwcześniejszy termin zniesienia restrykcji dotyczących podróży międzynarodowych to 17 maja, obywatele tego kraju rzucili się do rezerwowania wycieczek i wyjazdów na niespotykaną od lat skalę. Podobne wydarzenia obserwowaliśmy w ostatnich dniach w Niemczech – gdy nasi zachodni sąsiedzi skreślili Balery i ich ukochaną Majorkę z listy miejsc “ryzykownych”, Niemcy zaczęli masowo rezerwować wyjazdy na ferie wielkanocne, a linie lotnicze zwiększać liczbę rejsów. Oczywiście, oprócz oczywistych zagrożeń, takich jak to, że tłumy zwiększają zagrożenie koronawirusem, pozostają też inne kwestie, jak to, że wiele turystycznych miejsc już przed pandemią nie radziło sobie dobrze z natłokiem odwiedzających je ludzi.
Dlatego turystyczne miejsca już teraz pracują nad pomysłami, w jaki sposób kontrolować tłumy zwiedzających i w jakiś sposób kierować ich wyborami tak, aby ograniczać ryzyko zakażenia i jednocześnie nie zniechęcać do siebie potencjalnych zwiedzających. O najciekawszych napisał brytyjski “Telegraph”. Jakie to pomysły? Spójrzmy.
Galeria Uffizi rozrzuca dzieła sztuki po całej Toskanii
Jedną z najpopularniejszych strategii jest skierowanie uwagi turystów na miejsca mniej odkryte, a być może równie ciekawe, jak te, gdzie gromadzą się największe tłumy. Nie jest to zresztą nowy pomysł: już kilka lat temu Amsterdam, narzekający na nadmiar turystów, zdecydował się na promowanie okolicznych miejscowości w nadziei, że część przyjezdnych (także nielubiących tłoku) być może zdecyduje się na spędzenie części swojego urlopu właśnie tam, jednocześnie nieco rozładowując ruch w mieście.
Pandemia sprawiła, że tym tropem poszły też inne miejsca i trzeba przyznać, że robią to z dużą dozą kreatywności. Świetnym przykładem jest Florencja i słynna Galeria Uffizi, czyli jedno z najbardziej znanych muzeów w Europie z jedną z najbogatszych kolekcji sztuki na świecie. Tego lata wystartuje projekt “Uffizi Difusi”, w ramach którego część bogatych zbiorów z kolekcji galerii zostanie czasowo przeniesiona z florenckiego muzeum do różnych miejsc, rozsianych po całej Toskanii. Często pięknych, malowniczych i małych miejscowości, o których wielu turystów nie miało pojęcia. Projekt będzie realizowany do 2024 roku (dokładna lista dzieł sztuk i miejsc, do których trafią ma być znana w kwietniu) i ma kilka celów. Głównym jest oczywiście ograniczenie liczby turystów, bo z pewnością część z nich chętnie ruszy do pięknych toskańskich miasteczek w celu obcowania ze sztuką.
– Chcemy ulokować dzieła sztuki w miejscach ich oryginalnych korzeni i być narratorem historii regionu, którą lepiej poznawać rozdział po rozdziale. A poza tym nie mamy miejsca, aby pokazywać wszystkie dzieła sztuki w galerii, więc podzieleni się nimi z innymi miastami, a co za tym idzie, ze światem, wydaje się być jedynie słuszną rzeczą – mówi Eike Schmidt, dyrektor Gallerii Uffizi.
Także kampanie reklamowe skierowane do rodzimych turystów są nakierowane na to, by tego lata spróbować nowych rzeczy i pojechać do miejsc, w których wcześniej się nie było. Tu dobrym przykładem jest świetna kampania reklamowa “Spróbuj czegoś nowego!”, skierowana do mieszkańców Nowej Zelandii.
– Każdego roku w wakacje zazwyczaj podróżujemy w te same miejsca, które już doskonale znamy. W tym roku chcemy zachęcić mieszkańców Nowej Zelandii do spróbowania czegoś nowego – wybrania na urlop regionu, w którym jeszcze nie byli, a który ma z pewnością dużo do zaoferowania – mówi w rozmowie z “Telegraph” Stephen England-Hall, prezes organizacji Tourism New Zealand.
Jest to też oczywiście próba ratowania branży turystycznej w tym kraju, bo choć Nowa Zelandia świetnie poradziła sobie z koronawirusem (od początku pandemii zanotowała ledwie 2,4 tys. Zakażeń), to praktycznie od początku pandemii granice są szczelnie zamknięte dla zagranicznych turystów i trudno powiedzieć, kiedy to się zmieni.
Złoty krąg? Po co, przecież jest Diamentowy!
Nieco podobnie podchodzi do tematu Islandia, która kilka lat temu też miała problem z nadmiarem turystów. Dziś, choć jest jasne, że minie jeszcze wiele czasu, zanim liczba zagranicznych gości zbliży się do rekordowych poziomów (w 2018 roku Islandię odwiedziło 2,344 mln turystów z całego świata) “wyspa lodu i ognia” dmucha na zimne i w swojej komunikacji promuje mniej uczęszczane miejsca, które do tej pory podróżni omijali lub zatrzymywali się tylko na chwilę. Miejsca, na które szczególnie kładzie nacisk Islandia, to Fiordy Zachodnie oraz Diamentowy Krąg – licząca 260 kilometrów długości trasa turystyczna w północno-wschodniej części kraju, położona niedaleko miast Husavik i Akuryeri. Islandzcy spece od turystyki nie ukrywają, że to drugie miejsce – pełne pięknych fiordów, dolin, wąwozów i jezior ma stać się alternatywą dla słynnego Złotego Kręgu, czyli najbardziej znanej turystycznej trasy w tym kraju.
Wenecja śledzi turystów
Słynne miasto na wodzie przed pandemią miało ogromny problem związany ze zbyt dużą liczbą turystów, która sprawiała, że Wenecja zaczęła wymierać, bo dla miejscowych stała się miejscem, w którym nie byli w stanie normalnie funkcjonować. Stąd różne, często radykalne pomysły, związane z kontrolą ruchu turystycznego, spośród których na czoło wybija się plan wprowadzenia biletów wstępu do Wenecji dla turystów. Plan, który miał wejść w życie już w 2020 roku, został z powodu pandemii koronawirusa zawieszony, ale nie oznacza to, że zniknął zupełnie – obecnie władze Wenecji planują wprowadzenie takiej opłaty w 2022 roku.
Ale to nie wszystko, bo spodziewając się kolejnego natłoku liczby turystów, Wenecja sprawiła sobie swoiste centrum dowodzenia, w którym… śledzi każdy ruch turystów, którzy do niej przyjeżdżają. Warta 2,7 mln EUR inwestycja ma za zadanie śledzenie w czasie rzeczywistym tego, gdzie dokładnie i ilu w danym miejscu przebywa o określonej porze dnia turystów.
W otwartym w styczniu “centrum dowodzenia” znajduje się kilkanaście monitorów, które na bieżąco pokazują obraz z kamer w całym mieście.
Dodatkowo dzięki danym przekazywanym przez operatorów komórkowych dokładnie wiadomo, z jakiego kraju pochodzą turyści. Robią to w celu kontrolowania przepływu liczby zwiedzających, a co za tym idzie, lepszego dostosowania do nich oferty turystycznej, np. w związku z transportem publicznym. Mimo wszystko to jednak dość niepokojące (choć twórcy systemu zaklinają się, że dane są zbierane automatycznie i nikt nie ma wglądu w szczegółowe informacje dotyczące turystów).
Aplikacja powie, kiedy najlepiej zwiedzać
Znacznie bardziej przyjazny wydaje się sposób na kontrolowanie tłumów, planowany przez szkocką wyspę Skye.
– Współpracujemy z uniwersytetem w Edynburgu nad stworzeniem systemu, który będzie nas informował w czasie rzeczywistym na temat liczby turystów i samochodów przy najważniejszych atrakcjach turystycznych wyspy. Informacje te trafią do turystów korzystających ze specjalnej aplikacji, w którym podawane będą najnowsze dane dotyczące liczby turystów w danych porach dnia i sugestie dotyczące tego, kiedy jest mniej tłoczno i jakie są proponowane przez nas alternatywne miejsca do zwiedzenia na wyspie – mówi Simon Cousins, rzecznik firmy Skye Connect.
Ograniczenie statków wycieczkowych i liczby turystów jednodniowych
Stara niechęć nie rdzewieje – chciałoby się sparafrazować to znane powiedzenie, czytając z kolei o planach Dubrownika. To przepiękne chorwackie miasto stało się w pewnym momencie ofiarą własnego sukcesu – dzięki temu, że “grało” w kultowych filmach i serialach takich jak “Gra o tron”, w ciągu kilku lat stało się turystycznym hitem, a liczba przyjezdnych z błogosławieństwa stała się poważnym problemem dla miejscowych i władz miasta. Pandemia koronawirusa dała Dubrownikowi szanse na reset.
– Jeśli chodzi o nadmiar turystów, to już przed pandemią zaczęliśmy wprowadzać działania, których celem było ograniczenie tego zjawiska. I położyliśmy naprawdę dobre fundamenty na przyszłość, aby rozwijać w naszym mieście bardziej zrównoważoną turystykę. Czas, który mamy obecnie, pozwolił nam na określenie naszych priorytetów – mówi Mato Frankovic, burmistrz Dubrownika.
Jednym z elementów tej strategii jest m.in. ograniczenie liczby dużych statków pasażerskich, które pojawiają się w Dubrowniku na kilka godzin i po chwili znikają. W przypadku Dubrownika wprowadzono limit, w myśl którego jednorazowo w porcie mogą stacjonować statki, które mają na pokładzie do 4 tysięcy pasażerów. Bo jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, jednodniowi turyści są z punktu widzenia miast są zdecydowanie “najgorsi”. Bo pojawiają się na chwilę, zwiedzają, oglądają i nie zostawiają pieniędzy: w hotelach, sklepach czy restauracjach.
Taką próbą odstraszenia jednodniowych turystów jest też z pewnością wspomniana wyżej inicjatywa Wenecji z biletami wstępu do miasta. Z tego punktu widzenia można się spodziewać, że kolejne miejsca będą podejmowały w przyszłości inicjatywy, których celem będzie swego rodzaju odstraszanie tej grupy podróżnych.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?