„Testament jest w lewej szufladzie”. Jak się latało w Polsce 90, 60 i 40 lat temu – przeczytaj wspomnienia
„Wniebowzięte” to historia latania w Polsce opowiedziana przez stewardesy – kobiety, które w PRL były obiektem zazdrości wszystkich. Bo z jednej strony nocowały w najlepszych hotelach, zarabiały w dolarach, wyjeżdżały na zachód i kupowały modne ubrania. Ale jest też druga strona medalu – bycie stewardesą w PRL to praca po dwanaście godzin na dobę przez niemal trzydzieści dni w miesiącu, konieczność radzenia sobie ze zmęczeniem, z trudnymi pasażerami, z służbami bezpieczeństwa i celnikami, którzy patrzą na ręce, z chorobami, ze strachem o życie swoje i koleżanek.
Zobaczcie, jak z perspektywy ich oraz pasażerów wyglądało latanie w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
Z książki wyłania się słodko-gorzki obraz życia stewardesy. Z jednej strony – w czasach PRL była to ciężka i niezbyt dobrze płatna praca. Z drugiej – latając za granicę stewardesy mogły łatwo sprowadzać do Polski wiele niedostępnych u nas towarów. I miały dostęp do wielu znanych osobistości.
W książce czytamy np. że członkowie obsługi pokładowej najbardziej lubili latać z premierem Piotrem Jaroszewiczem.
"(...)Każdy na wszelki wypadek nosił za pazuchą a to podanie o samochód, a to o działkę, a to o mieszkanie, bo jak szedł się przywitać z premierem, Jaroszewicz zawsze pytał: „A może jest coś, co mogę dla was zrobić?”. Mówiło się wtedy: „O, tak się składa, że właśnie mam przy sobie…” i wyciągało zza pazuchy wcześniej przygotowany dokument(...)"
Fot. Shutterstock
