„Testament jest w lewej szufladzie”. Jak się latało w Polsce 90, 60 i 40 lat temu – przeczytaj wspomnienia
„Wniebowzięte” to historia latania w Polsce opowiedziana przez stewardesy – kobiety, które w PRL były obiektem zazdrości wszystkich. Bo z jednej strony nocowały w najlepszych hotelach, zarabiały w dolarach, wyjeżdżały na zachód i kupowały modne ubrania. Ale jest też druga strona medalu – bycie stewardesą w PRL to praca po dwanaście godzin na dobę przez niemal trzydzieści dni w miesiącu, konieczność radzenia sobie ze zmęczeniem, z trudnymi pasażerami, z służbami bezpieczeństwa i celnikami, którzy patrzą na ręce, z chorobami, ze strachem o życie swoje i koleżanek.
Zobaczcie, jak z perspektywy ich oraz pasażerów wyglądało latanie w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
W 1973 roku LOT uruchomił regularne połączenie Warszawa-Nowy Jork. Początkowo LOT latał Iłem 62 z międzylądowaniem w Amsterdamie, gdzie samolot tankował paliwo i zabierał na pokład pasażerów z krajów Beneluksu.
Ale gdy LOT kupił nową wersję Ił-62M, zaczął latać bezpośrednio i już bez pierwszej klasy. Bo jak czytamy w książce, pasażer amerykański nie potrafił docenić porcelany, czarnego kawioru i szampana.
„(...) do Stanów podróżują najczęściej krewni Polonii amerykańskiej, często z biednych podkarpackich wsi. Osoby bez wykształcenia, które przez lata nie opuszczały swoich miejscowości i którym trudno zrozumieć procedury związane z lataniem. Zdarza się na przykład, że na otwarcie samolotu czekają nie na lotnisku, tylko na schodkach prowadzących do maszyny. Tajemnicą pozostaje, w jaki sposób wchodzą na płytę i trafiają do właściwego samolotu.
. Upierają się także, by na pokładzie przewozić przedmioty zagrażające bezpieczeństwu. Jeden z pasażerów wtachał do samolotu ogromne poroże jelenia i wykłócał, że spędzi cały lot, trzymając je na kolanach.
Fot. Wikipedia
