„Testament jest w lewej szufladzie”. Jak się latało w Polsce 90, 60 i 40 lat temu – przeczytaj wspomnienia
„Wniebowzięte” to historia latania w Polsce opowiedziana przez stewardesy – kobiety, które w PRL były obiektem zazdrości wszystkich. Bo z jednej strony nocowały w najlepszych hotelach, zarabiały w dolarach, wyjeżdżały na zachód i kupowały modne ubrania. Ale jest też druga strona medalu – bycie stewardesą w PRL to praca po dwanaście godzin na dobę przez niemal trzydzieści dni w miesiącu, konieczność radzenia sobie ze zmęczeniem, z trudnymi pasażerami, z służbami bezpieczeństwa i celnikami, którzy patrzą na ręce, z chorobami, ze strachem o życie swoje i koleżanek.
Zobaczcie, jak z perspektywy ich oraz pasażerów wyglądało latanie w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
W latach 70-tych nastąpił rozkwit zagranicznej turystyki. To zaś oznacza, że w samolotach było coraz więcej wczasowiczów, którzy dawali się we znaki stewardesom.
"Żona stoi z przodu. Trzyma trzy fotele. Mąż też zaklepał, ale z tyłu. Stoi i wrzeszczy, że on ma lepsze.
Był raz taki wesoły samolot. Grupa zorganizowana leciała do Bułgarii. Co chwilę ktoś wstaje, idzie z kimś pogadać, przy okazji wypije tu, wypije tam, a stewardesy muszą pracować. I tylko słychać „przepraszam”, „przepraszam”.
A przepraszają dziewczyny, bo nie mogą przejść z wózkiem. Kiedyś jedna z dziewczyn nie wytrzymuje. Bierze puszkę soku pomidorowego, waciki i idzie do kabiny pilotów. Polewa waciki sokiem, układa na tacy i wraca z nią demonstracyjnie. „Pilot krwawi. Dostał krwotoku z nosa”, szepczą co niektórzy ze strachem w oczach. Wszyscy siadają i w grobowej ciszy lecą do tej Bułgarii.
Fot. Youtube.com/LOT
