„Testament jest w lewej szufladzie”. Jak się latało w Polsce 90, 60 i 40 lat temu – przeczytaj wspomnienia
„Wniebowzięte” to historia latania w Polsce opowiedziana przez stewardesy – kobiety, które w PRL były obiektem zazdrości wszystkich. Bo z jednej strony nocowały w najlepszych hotelach, zarabiały w dolarach, wyjeżdżały na zachód i kupowały modne ubrania. Ale jest też druga strona medalu – bycie stewardesą w PRL to praca po dwanaście godzin na dobę przez niemal trzydzieści dni w miesiącu, konieczność radzenia sobie ze zmęczeniem, z trudnymi pasażerami, z służbami bezpieczeństwa i celnikami, którzy patrzą na ręce, z chorobami, ze strachem o życie swoje i koleżanek.
Zobaczcie, jak z perspektywy ich oraz pasażerów wyglądało latanie w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
Jesteśmy kilka godzin w powietrzu – to już historia Barbary Mikołajczyk – i nagle widzę, że starsza kobieta mocuje się z klamką od drzwi. Wiadomo, że drzwi się w powietrzu nie otworzą, ale trzeba uważać.
„Co pani robi?”, pytam. „Ja muszę wysiąść z tego autobusu i do Sokółki jechać krowę przepalikować”. „Słucham?” „No krowę trzeba przepalikować, a my jedziemy i jedziemy”. „Jest pani w samolocie, nie w autobusie. Jak się pani tu znalazła?” „No syn mnie wiózł jednym autobusem, wsadził do drugiego i teraz jadę i jadę”.
Wytłumaczyłam spokojnie, gdzie jesteśmy i dokąd lecimy, i od tej chwili miałam kolejnego roztrzęsionego pasażera na pokładzie.Fot. YouTube/LOT
