Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 57 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 15 Cze 2020 21:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 866
srebrny
@marcinsss Ty przestań z tym "sru, przerwa, sru", bo przez Ciebie nigdy na Filipiny nie pojadę :lol:
a po tym, co wrzucił @mk89 to zasypiam w 10 sekund ;)
_________________
Moje relacje: St Albans & Lizbona 2019Liwa & Łotwa 2019
Góra
 Relacje PM off  
 
#42 PostWysłany: 21 Cze 2020 16:05 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 636
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Miał to być najspokojniejszy dzień w czasie całego wyjazdu. Żadnego "musimy", żadnego stresu, żadnych zorganizowanych atrakcji.
I żadnych problemów.

Udawało się aż do wieczora...

Po (jak zwykle) umiarkowanie smacznym śniadaniu, z (jak zwykle) cudownym widokiem nieśpiesznie opuszczamy hotel. Plan był taki, że nie ma planu. Wcześniej braliśmy pod uwagę taką opcję, że jak nam się "Island hopping" bardzo spodoba, to wykupimy tour z którąś z kolejnych literek (B, C). Spodobało nam się, ale nie aż tak. Zgodnie uznaliśmy, że na kolejnym tourze nie zobaczymy nic, co byłoby znacząco różne od tego, co już widzieliśmy na pierwszym. W dodatku takie toury tanie nie są. Co innego wycieczka na plażę, zwłaszcza pieszo.

Image

Image

Wybieramy Corong Corong Beach. Bo najbliżej.
Po drodze oddajemy ciuchy do pralni. Wydaje mi się, że lepszym pomysłem jest oddanie ich bezpośrednio do miejsca, gdzie piorą, niż do jednego z wielu pośredników. Tu sprawdziło się to świetnie. Oddaliśmy w punkcie, gdzie już z ulicy widać było kilkanaście pralek i suszarek, a dookoła roznosił się zapach Lenora czy innego Cocolino. Gdy wracaliśmy z plaży odebraliśmy ciuchy suche, czyste i pachnące.

Drugą sprawą do załatwienia był zakup biletów do San Vincent. Po rozważeniu wielu opcji uznaliśmy, że to jest najlepsza opcja, pomimo konieczności wyjazdu o 4:00 rano. I już, wszystkie sprawy ważne na ten dzień załatwione.

Od tego momentu wyłącznie palmy, plaża i relaks...

Image

Image

Wybór własnych nóg na środek transportu pozwolił nam zobaczyć tę mniej turystyczną część El Nido. Widzieliśmy miejsca, do których turyści nie zaglądają zbyt często. Jakieś bidne chaty przy bocznych uliczkach, jakiś bazarek ewidentnie dla miejscowych, jakiś sklep z mydłem, powidłem i gitarami.

Na plażę przebiliśmy się w pierwszym możliwym miejscu, właśnie gdzieś pomiędzy jakimiś biednym chatkami. Na początku trochę słabo to wyglądało. Tym bardziej, że był odpływ. Jakieś łódki stojące na kołkach, trochę miejscowych, trochę starych opon i nie za ładnie. Ale im dalej szliśmy, tym ładniej się robiło...

Image

Image

Image

Image

Pojawiają się jakieś bary, hotele, salony masażu... Coraz więcej turystów.

Są turyści, to pojawiają się również obnośni sprzedawcy. Nie mają worków wodoodpornych, tylko głównie biżuterię. Asia po długim oglądaniu (absolutnie nam się nigdzie nie śpieszyło, Panu Sprzedawcy również) zakupiła kolczyki z prawdziwych pereł.

Zrobiliśmy dłuższą przerwę w jakiejś knajpce. Było pite, jedzone i latane dronem. Z lotów zostały niestety tylko wspomnienia i zdjęcia drona, zamiast zdjęć z drona. :(

Image

Image

Image

Image

Kolejny dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie w plażowym SPA. Masaż z widokiem, to jest to. Co prawda dawno, dawno temu w Tajlandi mieliśmy jeszcze lepsze widoki (i lepsze masaże), ale tu tez było świetnie.

Image

Żadnych problemów przez cały dzień - powinno mi to dać do myślenia i być sygnałem ostrzegawczym, że zbliża się jakaś grubsza afera. Ale nie, ja jak przysłowiowy leming brnąłem dalej w ten relaks.
Jeszcze "Piña colada" przy basenie w jakimś ładnym hotelu....
Jeszcze decyzja, że nie wracamy do siebie, tylko siedzimy tu i czekamy na zachód słońca...
Jeszcze więcej zdjęć, latania dronem i nicnierobienia...

Image

Image

Ja jestem prosty człowiek. Zgodnie z zasadą "Nie to jest ładne, co jest ładne, tylko to, co się komuś podoba." uważam, że mogą być ładne zachody słońca lub brzydkie zachody słońca, ale nie ma czegoś takiego, jak kiczowate zachody słońca. I jeleń na rykowisku też może być ładny albo brzydki. Zdjęcie (czy obraz) nie musi być ambitne, żeby było ładne.
Tak właśnie myśli ten prosty człowiek we mnie.

A ten zachód słońca był ładny i warto było na niego poczekać.

Image

Image

Jak już słoneczko całkiem zaszło, a "Piña colada" całkiem wyszła, to przechodzimy przez hotel do drogi i łapiemy tuk-tuka do miasta. Odbieramy pranie, a naprzeciwko pralni kupujemy jakieś (na oko) słodkie bułki, za którymi stała pokaźna kolejka. To chyba jakaś piekarnia była, bo zapachy były nieziemskie.
Bułki zjadamy dopiero w hotelu i okazuje się, że zakup dwóch bułek był duuużym błędem. Należało kupić co najmniej 3 razy tyle. Nie chce nam się iść do żadnej knajpy, więc Asia wysyła mnie z misją dokupienia bułek. A jak się uda, to i bananów. Na drogę. Bo przypominam, o 4:00 ma nas odebrać z hotelu bus do San Vincent.

Docieram na miejsce. Pralnia jest, a sklepu z bułeczkami ani kolejki do niego nie ma. Hmmm.... Po dłuższej chwili okazuje się, że zamknięty sklep z bułeczkami wygląda zupełnie inaczej, niż otwarty. No i na pewno nie da się w nim kupić bułek. Próbuję ratować misję i choć kilka bananów zalupić, ale i to okazuje się niewykonalne. Obszedłem pół miasta (El Nido to nie jakaś metropolia) i w żadnym sklepie nie mieli. Szczytem było to, gdy zobaczyłem, jak ze sklepu wychodzi jakaś kobieta z dzieckiem ok. 8 lat, a dzieciak niesie całkiem sporą kiść bananów. Wchodzę do sklepu i słyszę, że właśnie sprzedali ostatnie. Ale spokojnie, rano będą mieli świeże...

Image

Ostatecznie wykazuje się kreatywnością i kupuję... naleśniki z bananami. No, przynajmniej z głodu nie pomrzemy. Jemy te naleśniki jako kolację, pakujemy wszystkie graty i szykujemy się do spania, żeby móc jakoś jutro funkcjonować po tej pobudce o barbarzyńskiej porze. Jeszcze tylko sprawdzam maila i... okazuje się, że ze spania nici. I w ogóle z wszystkiego nici.

Nasz samolot z Puerto Princesa do Hong Kongu, którym mieliśmy lecieć za ok. 36h został właśnie odwołany.

Image

Zaczynam na gwałt sprawdzać, jakie mamy możliwości powrotu do Polski. Pierwsze pytanie: Czy jechać do San Vincent? Wydaje się, że to straszne zadupie. Nie wiadomo, czy będziemy tam mieli internet. W internetach ludzie piszą, że różnie z tym bywa.
Może i nie mają internetu, ale mają tam lotnisko. Zaledwie kilka lotów na tydzień, ale po 24h w San Vincent moglibyśmy polecieć do Clark. To już duże, dobrze skomunikowane lotnisko, w dodatku blisko Manili. Uznaję, że to najlepsza droga "ucieczki z raju". Na pewno lepsza, nic Puerto Princesa..

Na szybko sprawdzam, jakie są możliwości dalszej podróży z Clark.
Mamy jakieś połączenia do Hongkongu, którymi (o ile by ich znowu nie odwołali) spokojnie zdążylibyśmy nie tylko na nasz powrotny lot, ale i na spotkanie z Naszymi Chińczykami.
Brałem tez pod uwagę ryzyko, że Lufthansa odwoła nasz lot powrotny z Hongkongu do Europy. Sytuacja zmieniała się wtedy na świecie dość dynamicznie, a Lufthansa zapowiedziała, że za dwa dni ogłosi nowe obostrzenia i odwoła kolejne loty. Biorąc pod uwagę, że do Chin (oprócz Hongkongu i Makao) już wtedy nie latała, to była spora szansa, że nasz lot zostanie odwołany. Jak mamy utknąć w HKG, to już wolę na Filipinach...

Inne opcje, to szukanie połączenia z Clark do Polski z pominięciem Hongkongu. Było kilka możliwości. Najtańsza za ok. 3500 PLN od osoby, z 3 przesiadkami. 58h w trasie. Takie trochę krótsze były po około 5 tysięcy od osoby.

Fajną opcją był lot czarterowy z Wietnamu. Bilet z Wietnamu do Polski kosztował jedyne 499 PLN. Do Wietnamu bylibyśmy w stanie dolecieć za kolejne kilka stówek. Czemu więc nie tędy? Bo na ten czarter zostało jedno miejsce.

Brałem nawet pod uwagę powrót przez... USA. :) Przy okazji zrobilibyśmy sobie nieplanowaną podróż dookoła świata. Niestety, do USA nie wpuszczano już wtedy osób, które były wcześniej w Chinach (i wliczano w to pobyt w HKG).

Image

W końcu decyzja - nie ma na co czekać, tylko trzeba jechać do San Vincent i lecieć do tego Clark. A dalej będziemy myśleć. Ostatecznie z Clark można przejechać do Manili, a tam jest jeszcze większy wybór lotów. Kupuję bilety na samolot za około 100 PLN od osoby, piszę do Naszych Chińczyków, że się jednak nie spotkamy i idę spać. Prawie dwie godziny snu mi jeszcze zostały.

Asia tej nocy nie zasnęła wcale. Cały relaks szlag trafił.

A taki miał być spokojny dzień...
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
 
 
#43 PostWysłany: 21 Cze 2020 16:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Sie 2019
Posty: 127
niebieski
Napiecie rosnie!
Ja znam tylko koncowke tego filmu. :twisted:
_________________
~~~ Do or do not. There is no try. ~~~
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#44 PostWysłany: 21 Cze 2020 16:47 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 636
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@2catstrooper Ale wiesz, że będziesz miała swoje 5 minut w tej relacji? Malutki epizod, ale jednak... Przygotowana do rozdawania autografów? :lol:
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
2catstrooper lubi ten post.
 
 
#45 PostWysłany: 21 Cze 2020 17:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Sie 2019
Posty: 127
niebieski
Hweeee! Bede gwiazda drugiego (albo trzeciego, czwartego?) planu! :lol:
Dlugopis do autografow i "garnek" na glowe do zdjec juz mam gotowe.

Ale tak na serio. Swietna relacja i super zdjecia.
A przy okazji, moj dron lezy w kacie, bo wszedzie gdzie jezdze jest zakaz dronowania. Czekalam na Twoje zdjecia, i szkoda, ze ich nie ma.
_________________
~~~ Do or do not. There is no try. ~~~
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#46 PostWysłany: 21 Cze 2020 21:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 620
Loty: 252
Kilometry: 404 716
srebrny
Nie no, ja nie wytrzymam tego napięcia!!!! Czy Asia w końcu zrobiła sobie te paznokcie????
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#47 PostWysłany: 21 Cze 2020 21:47 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 636
Loty: 63
Kilometry: 202 612
@maginiak Nie, ale za to na lotnisku kupiła sobie dwa super kremy. Z tym, że na razie nie mogę powiedzieć na jakim lotnisku... ;)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#48 PostWysłany: 21 Cze 2020 22:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 620
Loty: 252
Kilometry: 404 716
srebrny
marcinsss napisał(a):
@maginiak Nie, ale....


Bez sensu, dalej nie czytam ;)
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#49 PostWysłany: 22 Cze 2020 06:31 

Rejestracja: 04 Gru 2017
Posty: 42
Ciekawe, tym bardziej, że przypomina mi się i moja podróż do Hongkongu dwa lata temu (potem była Kambodża a nie Filipiny), i tegoroczny wyjazd około połowy stycznia (Sri Lanka i Malediwy). Wylatywałem z polski 17.01. i temat wirusa był wówczas zdecydowanie odległy a głowę zaprzątały wtedy inne potencjalnie newralgiczne kwestie, jak zabicie irańskiego generała i zestrzelenie samolotu kilka dni później. Przejmowałem się, że jeśli byłoby napięcie w tym regionie i ograniczenia, to ja mam bilety na linię, która lata nad Iranem i Irakiem, bo nie ma innego wyjścia z uwagi na konflikt z sąsiadami. Na szczęście te kwestie nie przerodziły się w jakikolwiek realny problem.
Gdy autor relacji wylatywał z Polski, to ja dzień wcześniej leciałem na Malediwy, po kilku dniach linie zaczęły odwoływać loty do Chin ale moje miejsce wakacyjne było odległe od centrum problemu, więc jedynie z małej i sennej malediwskiej wysepki śledziłem, co się dzieje. Szybko zaczęło się to zmieniać.... Oby zmiana pozwalająca na powrót do tego co było przedtem również wkrótce nastąpiła.
Góra
 Relacje PM off  
 
#50 PostWysłany: 23 Cze 2020 15:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Sie 2019
Posty: 127
niebieski
Zdjecia super kremow Asi tez beda? Mam nadzieje!
_________________
~~~ Do or do not. There is no try. ~~~
Góra
 Relacje PM off  
 
#51 PostWysłany: 23 Cze 2020 20:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 3953
Ostrzeżenia: 1
platynowy
@marcinsss swietne fotki zachodu slonca, a takie masaze z widoczkiem to fajna sprawa. :)
Wrzuc prosze fotki tych buleczek, jesli zrobiles.
_________________
Travel is a privilege, not a right.
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, obróci się przeciw tobie i nie bądź tchórzem i kłamcą.

Szkoda czasu na forum, nie odpowiadam na pw!

Z Kiruny na Socotrę
Goryle
Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda, Stacja Arctowski, Bhutan, Burundi, magic Socotra etc.
Góra
 Relacje PM off  
 
#52 PostWysłany: 28 Cze 2020 20:20 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 636
Loty: 63
Kilometry: 202 612
============================
Sprawy "bieżące" ;) :
@2catstrooper Specjalnie dla Ciebie zdjęcia kremów (właściwie jednego, bo drugi już się skończył) zostały wczoraj zrobione i we właściwym momencie pojawią się.

@cccc Zdjęć bułeczek nie będzie. Za szybko znikały. :lol: Zresztą ich wygląd nie był jakiś wyjątkowy. Ich zaletą było to, że były smaczne i świeże, do tego w dość egzotycznych dla nas smakach. Jeszcze będzie o tych bułeczkach. :)

============================

Wstajemy o 3:30. Szybkie ogarnięcie się i idziemy czekać na busa, który ma nas o 4:00 odebrać z hotelu. Ciekawe o ile się spóźni...

Nie spóźnił się, był 5 minut przed czasem.

Przyjechał standardowy, 10-cio osobowy bus, tyle tylko, że miał dołożony dodatkowy rząd siedzeń, a w przejściu między fotelami były kolejne, składane siedzenia. W aucie było już kilka osób i zdziwiłem się, że na tę trasę, w dodatku o takiej porze jest tylu chętnych. Moje zdziwienie rosło z każdym kolejnym przystankiem busa, bo ostatecznie dobiliśmy do 15 dorosłych i jednego trzylatka na kolanach u mamy. Jak dołożycie do tego bagaże większości tych osób (bo w luku bagażowym zmieściło się niewiele), to będziecie mieli obraz tego, jak komfortowo spędziliśmy następne dwie godziny. Na szczęście tylko dwie godziny, bo już parę minut po szóstej byliśmy na lotnisku w San Vicente, gdzie większość osób wysiadła. Z nami dalej pojechała tylko jedna, francuskojęzyczna para.

Myślałem, że będziemy odstawieni pod hotel, ale nie - busik wysadził nas na jakimś placyku, gdzie stało kilka tuktuków. Ale jakich tuktuków! W życiu takich ładnych nie widziałem. W dodatku były elektryczne! Zupełnie się tego na takim zadupiu nie spodziewałem.
Tuktuk nas zawiózł do hotelu za cale 50 PHP (czyli niecałe 4 PLN). Godzina szósta rano z minutami, my padnięci, a hotel zamknięty na klucz. :shock:

Najwyraźniej zrobiliśmy trochę hałasu przy wejściu, bo po chwili drzwi się otwierają i jakiś zaspany, umundurowany Filipińczyk pyta... Właściwie nie wiem o co pyta, ale wpuszcza nas do środka. Udaje mi się tylko od niego dowiedzieć, że na razie nikogo, poza nim, z obsługi nie ma, a on jest tu ochroniarzem i mamy czekać, aż ktoś przyjdzie. Około 8:00.

Robię kilka zdjęć o wschodzie słońca i idziemy spać na leżakach przy basenie.

Image

Image

Image

Kilka słów o hotelu - kierując się dobrymi opiniami w sieci, zdjęciami i ceną (poniżej 200 PLN) wybrałem Peace and Love Resort. 8-) Prawda, że ładna nazwa? W dodatku pokój nazywał się Deluxe Sunset i miał gwarantować przepiękny widok na zachód słońca. Hotel znajduje się na samym końcu wioski, na półwyspie. Można śmiało powiedzieć na zadupiu zadupia.

To wszystko sugeruje nieprawdopodobną dawkę ciszy, spokoju i relaksu. Jak myślicie? Jak będzie...? :lol:

Około 8:00 z leżaków wygania nas słońce, które wisi coraz wyżej i grzeje coraz bardziej oraz odgłosy, świadczące że hotel budzi się do życia. Asia coś mówi, że jeszcze odgłos kiszek, grających marsza słyszała, ale to pewnie jakieś omamy z niewyspania.
Zamawiamy pyszne śniadanie, i jest to (uprzedzając fakty) chyba największa porażka w tym hotelu. Zamiast zamówionej jajecznicy są jajka sadzone. Szynka wygląda, jak taka domowego wyrobu, do tego jest w ładnych, grubych i dużych plastrach, ale jest nieświeża. Zapach sprawia, że nie odważyliśmy się jej zjeść. Zamiast masła margaryna. Chleb również wygląda na domowy i jest niezły. Do tego całkiem dobry dżem. Gdyby nie ten zapach od szynki, to by w sumie było całkiem nieźle, ale niestety...

Image

Image

Po śniadaniu próbuję załatwić wcześniejsze wejście do pokoju, ale niestety jest zajęty. Nie ma szans przed 14:00. Gdy szukamy zatem miejsca, żeby przekoczować te kilka godzin, pojawia się właściciel hotelu. Niemiec, lat na oko 65+. Jest polski wątek - jego ojciec pochodził z Katowic. Właściciel chwilę z nami pogadał, udostępnił nam internet (bo jedyny internet w hotelu to był ten, udostępniany z telefonu właściciela) i zaczął czyścić basen. Gdy zobaczył, jak próbujemy przesuwać leżaki tak, by mieć trochę cienia, to nam pokazał taką chatkę ukrytą na zadupiu zadupia zadupia i powiedział, żebyśmy wzięli materace z leżaków przy basenie i możemy tu koczować.
Miejsce faktycznie było świetne. Wygodne, zacienione i było czuć przyjemny wiaterek od morza. Gdyby tylko nie ten kogut w sąsiedztwie, drący nieustannie ryja, to by było idealnie... ;)

W końcu doczekaliśmy się naszego pokoju. To znaczy nie do końca naszego, bo okazało się, że ludzie, którzy mieli nasz Deluxe Sunset zostają jednak dłużej, a że my tylko na jedną nockę, to dostaniemy pokój rodzinny. Podobno lepszy, droższy i w sumie z balkonu też widać Sunset".

Pokój okazał się być faktycznie rodzinny, i to dla rodziny 3500+. Dziewięć osób mogło tam wygodnie spać.

Image

Dość leniuchowania, trzeba się trochę ruszyć po okolicy. Bierzemy drona i idziemy na najdłuższą piaszczystą plażę na Filipinach. Angielska Wikipedia pisze o niej: "14,7 kilometra plaży z piasku białego jak cukier". Nie wiem, jakiego oni tam cukru w tej Wikipedii używają, bo z tą białością, to trochę przesadzili, ale poza tym plaża robi wrażenie. Ładna, szeroka, ciągnąca się po horyzont i puściusieńka. Kilku lokalnych mieszkańców widzieliśmy po drodze i ani jednego turysty. Porobiłem mnóstwo fajnych ujęć z drona, bo coraz lepiej mi wychodziło to latanie, mimo wiatru. Szkoda, że musicie mi uwierzyć na słowo. :(

Image

Image

Image

Image

Bazując na tej plaży miejscowi włodarze zaczęli realizacje programu, który ma doprowadzić do turystycznego boomu w tej okolicy. Pierwsze kroki zostały już poczynione i widać to na przykładzie infrastruktury. Jest lotnisko, są nowe drogi, w całej miejscowości widać nowoczesne oświetlenie na bazie lamp ledowych zasilanych z paneli fotowoltaicznych. Myślę, że te elektryczne tuktuki to też część tego planu. San Vicente ma przygotowane porządne zasilanie w wodę pitną, oczyszczalnię ścieków, a od 2014 roku zagwarantowane zasilanie elektryczne 24h na dobę.

Śpieszcie się tam jechać, póki jest jeszcze tak naturalnie, bo boję się, że za kilka-kilkanaście lat to miejsce zmieni się nie do poznania. To znaczy ja się boję, a miejscowi pewnie nie mogą się doczekać. Bo na razie to raczej dość biednie im się tu żyje...

Image

Image

Wracając z plaży idziemy przez centrum miasteczka. Największym budynkiem w okolicy, jak i w wielu polskich wsiach i miasteczkach, jest kościół. Trafiamy na moment tuż przed rozpoczęciem mszy. Siadamy cichutko w kąciku i oglądamy przygotowania, zakończone uroczystym wejściem księdza do kościoła w towarzystwie ministrantów i przy wtórze śpiewu. Poza samymi obrzędami, które bardzo się różniły od tego, co jest w Polsce, zaskoczyło nas też, bardzo mała ilość wiernych. Było może z 50 osób, w kościele, który mógł pomieścić kilka razy tyle. Opuszczamy cichutko świątynię i idziemy w stronę portu. Tuż przy porcie jest strefa restauracyjna. Tu, po raz pierwszy od przyjazdu widzimy kilkoro turystów.
Jakoś żadna z knajp nas nie urzekła i nie zachęciła, żeby tam zostać na obiad. I bardzo dobrze, bo za rogiem czujemy znajomy zapach, a idąc za tym zapachem trafiamy do piekarnio-cukierni, podobnej do tej w El Nido. Najważniejsze różnice - tu nie ma kolejki, a bułeczki kosztują 5 PHP, a nie 15.

5 PHP to niecałe 40 groszy, więc szalejemy i robimy spory zapas bułeczek. Najciekawsze są te o smaku kokosa i te o smaku mango. Kupujemy też kilka mniej egzotycznych. Część znika w ramach obiadu, reszta zostaje na poczet jutrzejszego śniadania.

To, że nie ma tu jeszcze zbyt wielu turystów, widać również po tym, że kilkukrotnie byliśmy zagajani przez miejscowych, głównie dzieciaki. I nie po to, żeby nam coś sprzedać, tylko żeby pogadać z białymi "dziwolągami". :) W jednym z przydrożnych domków nawet chwilę posiedzieliśmy, korzystając z zaproszenia.

Image

Image

Wracamy do hotelu, żeby sprawdzić, czy z naszego balkonu faktycznie będzie widać zachód słońca. Było. Mieli szczęście, bo bym pisał reklamację... ;)
Wieczorem postanawiamy zamówić kolację w hotelowej knajpie, ale nie ryzykujemy z mięsem i ostatecznie na stole ląduje wegetariańska pizza i wegetariańskie spaghetti. Przy okazji uczę się nowego słówka po angielsku. Byłem pewien, że "egg plant" to będzie jakaś forma podania jajka ("egg"="jajko"), a okazuje się, że to bakłażan.
Przy kolacji wiele się działo. Pierwszym zaskoczeniem była muzyka na żywo. Zespół składający się z wokalistki, śpiewającego gitarzysty i perkusisty, który grał na skrzynce, na której siedział bardzo fajnie wykonał kilkanaście światowych szlagierów oraz kilak swoich utworów. Druga niespodzianka, to urodziny jednego z gości. Dostał z tej okazji wielki tort, którym obczęstował wszystkich obecnych oraz gromkie "Happy birthday".
Darmowego piwa niestety nie było, ale to płatne też było spoko. ;)

Te miejsca, które widzieliście o wschodzie słońca, o zachodzie wyglądają tak:

Image

Image

Ponieważ wyspaliśmy się do południa, to wcale nam się nie chciało spać i dość długo tam posiedzieliśmy. Piękny spektakl na niebie, niezła muzyka na żywo, dobre piwo i mnóstwo zabawnych gekonów na suficie... Czego chcieć więcej...

Pogadaliśmy jeszcze chwilę z poznanym rano Ochroniarzem. Okazuje się, że Szef pozwolił mu zaprosić jego rodzinę do hotelu, i właśnie jego siedmioletnia siostra buszowała w basenie.Ochroniarz miał 23 lata, i zapytał, ile ja mam. Jak zwykle poprosiłem, żeby spróbował zgadnąć. Odpowiedź, że pewnie około 27 mocno mnie zaskoczyła. :lol:

Fajnie się tam siedziało, w końcu jednak rozsądek każe iść spać. O 6:00 ma po nas przyjechać elektryczny tuktuk i zawieźć nas na lotnisko, skąd wyruszymy w stronę domu, nie bardzo mając jeszcze pojęcie którędy.

San Vicente okazało się strzałem w dziesiątkę. To był bardzo fajny dzień. Gdybym miał jeszcze raz jechać w tamte rejony, to chyba bym zamienił proporcje: 1 dzień w El Nido (żeby "zaliczyć" jakiś tour) i 4 dni w San Vicente. Jedynym problemem okazała się nieświeża szynka do śniadania, no może jeszcze kiepski internet, ale to akurat dobrze, że na chwilę oderwaliśmy się od wieści ze świata. Pewnie nic dobrego by nam te wieści nie przyniosły.

Image

Image
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#53 PostWysłany: 30 Cze 2020 05:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Sie 2019
Posty: 127
niebieski
Zachod slonca - przedni!
Na Filipiny nigdy mnie nie ciagnelo. W tym roku mialam leciec na Sinulog ze znajomymi z Legionu, ale szef nie dal wolnego.
Ale takie super zdjecia jak Twoje zachecaja mnie do zmiany zdania odnosnie Filipin. :D

Moze po pandemii...

Na zdjecie kremu czekam z zapartym tchem. Jako osoba, ktora jest w stanie leciec calkiem daleko, tylko po to, zeby kupic super krem, to dla mnie wazna czesc tej relacji. :twisted:
_________________
~~~ Do or do not. There is no try. ~~~
Góra
 Relacje PM off
marcinsss lubi ten post.
 
 
#54 PostWysłany: 30 Cze 2020 09:08 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 636
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Ja wiem, że dla zaawansowanego podróżnika Filipiny to żadna egzotyka, ale bym ich nie skreślał. To, co my widzieliśmy, to jest nic. Tam jest naprawdę wiele do zobaczenia. Ciekawa kultura, mili ludzie, piękna natura. I stosunkowo tanio. Jak ma być egzotycznie, to można poszukać jakichś ciekawych miejsc, gdzie turyści to większa atrakcja dla miejscowych, niż oni dla nas. ;) Wśród 880 zamieszkałych wysp coś by się wybrało.

A co do kremu - balonik widzę mocno napompowany... Obawiam się, że to, co jest super kremem z odległej Japonii dla polskiej nauczycielki na wakacjach może się okazać standardowym kremem ze średniej półki, dostępnym w sklepie za rogiem dla szturmowca (szturmowczyni? szturmówki?) mieszkającej w Japonii. ;)
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
2catstrooper lubi ten post.
 
 
#55 PostWysłany: 30 Cze 2020 17:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Sie 2019
Posty: 127
niebieski
Wiem, wiem... Mnie jakos nie ciagnie w tamte rejony. Choc zesmy z mezem rozmyslali nad ewentualna emerytura gdzies w okolicach Leyte. Kto wie...

Ojtam ojtam... super krem moze byc i z najbardziej dolnej polki, o ile dobrze dziala. A na nastepny raz, to moge Asi polecic co kupic. Zeby bylo i super dla twarzy i dla portfela. Co nie??? :twisted:
_________________
~~~ Do or do not. There is no try. ~~~
Góra
 Relacje PM off  
 
#56 PostWysłany: 05 Lip 2020 19:56 
Moderator forum

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 636
Loty: 63
Kilometry: 202 612
Planowo i jeszcze przed świtem elektryczny tuktuk odbiera nas z hotelu. Żegnamy się z Ochroniarzem, bo nikogo więcej o tej porze nie ma i jedziemy na lotnisko. Wzdłuż całej trasy z centrum do lotniska zainstalowane nowe oświetlenie ledowe zasilane z paneli fotowoltaicznych i do tego lampy rozjaśniają się, kiedy się zbliżamy i przygasają, kiedy odjeżdżamy.

Ameryka Panie na tych Filipinach.

Lotnisko, jak można się było spodziewać przypomina wielkością bardziej powiatowy dworzec PKS, niż port lotniczy, ale parkingi przed lotniskiem olbrzymie. Nic, że trochę jeszcze niewykończone. Przed wejściem do budynku bardzo poważna kontrola bezpieczeństwa. Trzech ochroniarzy, ale tylko jedno pytanie:
- Gdzie macie elektronikę? W bagażu głównym czy w podręcznym?
- W podręcznym.
- OK, możecie wchodzić.
Nie skanowano bagaży (choć skaner stał), nie sprawdzono biletów ani dokumentów. Dość wyluzowana ekipa.

Równie wyluzowana była dziewczyna, która nas odprawiała i odbierała bagaż. Było dużo śmiechu, za to mało formalności. Bagaż o wadze ponad 23 kg został bez problemu przyjęty, choć przysługiwał nam tylko 20 kg.

Najbardziej wyluzowany był niewątpliwie pan, który ZAMIATAŁ PAS STARTOWY. Tak, na kilkanaście minut przed lądowaniem, na pasie startowym był mężczyzna, który poruszał się skuterem, miał miotłę i wiaderko i towarzyszyły mu DWA PSY!!!.

Image

Image

Image

Kiedy do lądowania samolotu zostało już naprawdę niewiele czasu, rozległ się jakiś sygnał dźwiękowy i pan się z pasa startowego zwinął. Psy też.
Ja za to zainteresowałem się innym zwierzątkiem. To nie było na pasie startowym, tylko w poczekalni.
Ja jestem prosty inżynier, i dla mnie to stonoga, ale gdyby był tu jakiś entomolog, to by pewnie powiedział, że to wij i zaczął tłumaczyć, który z 16 tysięcy gatunków wija mamy na filmie.



Podziwiamy wschód słońca i wreszcie ląduje nasz samolot. Okazuje się nim być Bombardier Dash-8, mogący zabrać 70 osób. Osób było ze trzydzieści, więc tłoku nie było. Niecałe półtorej godziny lotu z pięknymi widokami za oknem i jesteśmy w Clark.

Image

Image

Image

Image

Clark to nazwa lotniska, natomiast miasto obok tego lotniska nazywa się Angeles City, czyli Miasto Aniołów. Warto dodać, że chodzi o upadłe anioły, ponieważ miasto powstało przy bazie wojskowej i dostarczało usług, których żołnierzom z bazy brakowało. Wiadomo, jakich usług żołnierzom brakuje najbardziej...
W mieście i okolicy jakichś ciekawszych atrakcji brak. No przynajmniej mi nie udało się namierzyć. Jedyne, co "polecają" internety, to przejść się na ulicę Walking Street i popatrzeć, jak upadłe anioły zarabiają na życie.

Jakoś nas to nie ciągnęło.

Korzystając z tego, że internet na lotnisku był jakieś dwadzieścia razy lepszy, niż WiFi w hotelu w San Vicente, to przysiadłem sobie w kąciku na plecaku i wyszukałem hotel na tę nockę. Wyszukany hotel nazywa się Clarkton, ma słonia w logo,kosztował ok. 150 PLN i jest całkiem niezły. Czyściutko, fajny basen i świetna restauracja. Właśnie głównie na basenie i w sąsiadującej z nim restauracji spędzamy następne 24 godziny. To jedyny taki przypadek w czasie tej podróży (i wielu poprzednich), że nie wychodzimy z hotelu.

Image

Na szczęście nad basenem WiFi działa świetnie i udaje mi się wreszcie ogarnąć powrót do domu. Po przeszukaniu wszystkich możliwych opcji powrotu zarówno z Clark, jak i z pobliskiej Manili wpadam wreszcie na pomysł, który jest tak prosty, że już w sekundę później nie mogę uwierzyć, że nie wpadłem na to wcześniej. No przecież mamy uciułane trochę mil w programie Miles&More, a LOT ma promocje, zwaną Najmilszym Poniedziałkiem, gdzie oferuje loty LOT-em w bardzo korzystnych stawkach za mile, z niewielką dopłatą. Najbliższe miejsca, gdzie można rozpocząć taką podróż to Seul i Tokio. Z Seulu nic nie ma w najbliższych dniach, ale w Tokio BINGO!!! 20.000 mil i niecałe 300 PLN dopłaty na osobę i 6 lutego możemy lecieć do Warszawy lotowskim Dreamlinerem.

Ponieważ coraz więcej państw w okolicy zamyka swoje granice, to sprawdzam jakie AKTUALNIE obostrzenia są w Tokio. Internety nie wiedzą. Ani po polsku, ani po angielsku. Tłumaczenie krzaczków jest mocno ryzykowne, bo jak translator coś delikatnie przekręci, to się okaże, że będzie jak z tymi samochodami, co je kiedyś w Moskwie rozdawali. Że nie w Moskwie, tylko w Leningradzie, nie samochody, tylko rowery i nie rozdawali, tylko kradli. Kontaktuję się z naszą forumową specjalistką od Japonii, podróży w bardzo egzotyczne miejsca i Gwiezdnych Wojen - @2catstrooper i dowiaduję się, że można śmiało przylatywać.
Bilety w NajMILszym Poniedziałku kupuje się telefonicznie, ale od czego jest Skype. Z pewnymi problemami (a jakże by inaczej) udaje się dokonać rezerwacji i bilety po chwili są na mailu.

Dokupuję połączenie z Clark do Tokio. Najtaniej wyszło z południowokoreańską linią T'way Airlines, kupowane na kiwi.com za 444 PLN/osb. + 538 PLN za jeden bagaż nadawany, który posiadamy. Troszkę mnie ta opłata za bagaż zagotowała, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. I tak było taniej, niż gdziekolwiek indziej. I jeszcze Seul w gratisie, bo żeby było śmieszniej, lot do Tokio jest z kilkugodzinną przesiadką w Seulu. :lol:

Z tym bagażem to jeszcze niezłe jazdy były. Jazdy zaczęły się od tego, że po kilku godzinach dostaję maila od Kiwi, że jest problem techniczny z opłatą za bagaż, i mi zwracają kasę. mam sobie dokupić na lotnisku. Kasa faktycznie wróciła błyskawicznie.

Rano jemy przepyszne śniadanie, oddajemy pokój i rozkładamy się przy basenie. Samolot dopiero o 18:10, więc jest dużo czasu i zdecydowanie lepiej spędzić go na basenie, niż na lotnisku. No ale ileż można leżeć przy basenie. Zbieramy się w końcu i idziemy złapać tuktuka na lotnisko. Pierwszy złapany tuktuk ma z nas niezłą bekę, bo jak można nie wiedzieć, że tuktuki mają zakaz wjazdu na lotnisko? Przecież wszyscy to wiedzą. Jak się skończył z nas nabijać, to nam złapał taksówkę.
Taksówka była naprawdę ładna i nowiutka, kierowca w koszuli i pod krawatem, i nawet klima działała tak, jak powinna, czyli ustawiona na jakieś 22 stopnie, nie na minimum. Bałem się, że za tę taksówkę zabulimy jakieś miliony monet, ale okazało się, że dojazd kosztował nas około 10 PLN.

Na lotnisku byliśmy sporo przed czasem i bardzo dobrze. Bo nastąpił ciąg dalszy jazdy z bagażem. Mogliśmy zabrać 15 kg, nasz plecaczek miał ponad 18. Po małym przepakowaniu udało się zejść do 16,6 kg i miłe dziewczę z T'way stwierdziło, że OK. Teraz nastąpiło wyliczanie opłaty za bagaż.

Najpierw, po kilku minutach stukania w klawiaturę komputera dziewczyna powiedziała mi, że muszę zapłacić 80 USD za każdy odcinek, czyli 160 USD. Różne niemiłe myśli mi się kłębiły w głowie, ale uśmiechałem się i nic nie mówiłem. Dziewczyna nie skończyła jednak stukać w klawiaturę komputera i po jakichś 15 minutach stwierdziła, że bardzo przeprasza, ale nie 2 x $80 tylko 1 x $80. Oczywiście wcale się na nią nie pogniewałem za tę informację, ani za czas oczekiwania przy "okienku".

Oczekiwanie umilała mi obserwacja pracy panów bagażowych. Za wszystkimi stanowiskami odpraw szedł taśmociąg, który zwoził wszystkie bagaże na koniec hali (tu akurat było nasze stanowisko), następnie zakręcał o 90 stopni, przechodził przez otwór w ścianie i zakręcał ponownie o 90 stopni. I ten krótki odcinek między dwoma zakrętami się chyba wziął i zepsuł. Ale radzili sobie.



Miłe dziewczę nadal wytrwale stukało w klawiaturę komputera, co jakiś czas uśmiechając się przepraszająco. W końcu poprosiła o pomoc troszkę Starszą Koleżankę. Koleżanka również przez kilka minut postukała i w końcu stwierdziła, że jednak nie 80 USD, tylko $39. Tak sobie pomyślałem, że jak jeszcze trochę postukają, to się okaże, że muszą mi dopłacić, ale nie, już więcej zmian nie było. Zapytała tylko:
- Kartą czy gotówką?
Odpowiedziałem, że kartą i po kolejnych kilku minutach stukania w klawiaturę zacząłem tego żałować.
- To ja może jednak gotówką zapłacę, jeśli jest jakiś problem...
- Nie, nie - odpowiedziała Starsza Koleżanka - z gotówką to zawsze kłopot jest... Kartą szybciej.
Aaaa, OK... czyli to, co się teraz stuka, to jest normalna procedura. Ciekawe ile wcześniej trzeba przyjechać, żeby zapłacić za bagaż gotówką. Nam nadanie bagażu zajęło ponad godzinę i było to najdłuższe nadanie bagażu w życiu.
Jeszcze tylko jakieś dwa nieudane wydruki, które wylądowały w koszu i jeden udany, który musiałem podpisać i już. Bagaż nadany.

W Clark obowiązuje opłata wylotowa w wysokości 600 PHP (niecałe 50 PLN) za osobę, płatne wyłącznie gotówką. Sprzedałem resztki dolarów z Hongkongu, to akurat wystarczyło, nawet trochę zastało na zakupy w strefie wolnocłowej.

Lotnisko nie jest duże, ale klaustrofobia nie grozi. Na dole straszliwie śmierdziało olejem od frytek, ale jak weszliśmy na górę, to już było OK. Ja posiedziałem z widokiem na wulkan Pinatubo, Asia pobuszowała po sklepach i kupiła duży zapas suszonego mango. Bardzo dobrego, filipińskiego suszonego mango.

Image

Lecimy do Seulu. Mamy trochę za mało czasu, żeby opłacało się wyjść do miasta, zwłaszcza, że będziemy tam w nocy (od 23:10 do 6:10), ale naczytałem się, że lotnisko w Seulu jest jednym z najlepiej na świecie dbających o podróżnych. Że nie można się tam nudzić. Że są setki atrakcji: lodowisko, kina, muzea, kursy lepienia garnków i wyplatania koszy... Że są roboty, z którymi można sobie pogadać. Że jest nawet SPA i salon masażu.

I tylko nigdzie nie doczytałem, że to wszystko jest w nocy zamknięte.

Powrót w bardziej cywilizowane rejony przypomniał nam, że mamy pandemię. Były ankiety do wypełnienia i było skanowanie temperatury kamerą termowizyjną po opuszczeniu samolotu. Samo lotnisko wielkie, piękne i przerażająco puste. Jak widać na załączonym obrazku, między północą, a 5:00 rano tylko kilka lotów. Pozamykane nie tylko te wszystkie niezwykłe atrakcje, ale i te zwykłe sklepy i restauracje. Nawet gadający robot zamknął oczy i nie reagował na zaczepki. Czynne były może ze dwa sklepy oraz pracowała ekipa montująca czy serwisująca instalację składającą się z tysięcy metalowych kulek.

Image

Image

Image

Na szczęście salonik był czynny. Idziemy coś zjeść, ale zaczyna się kiepsko, bo przy wejściu obsługa informuje nas, że jest nocne menu i bardzo niewielki wybór potraw do jedzenia. I czy mimo to decydujemy się wejść.
Zdecydowaliśmy się i faktycznie słabo było. Asia zjadła trochę ryżu z jakimś sosem, ja "chińską" zupkę. Ostra, ale bardzo dobra. Była też kawa, herbata, jakieś ciasteczka... Śmierć głodowa nam nie groziła.

Po opuszczeniu saloniku znaleźliśmy sobie jakieś wygodne miejsce do spania w pobliżu bramki, z której mieliśmy odlatywać rano. Żeby nie trzeba było dużo rano chodzić. Ustawiliśmy wszystkie posiadane budziki, żeby nie zaspać. Plecaki zabezpieczone przed zniknięciem. Wszystkie ciepłe ciuchy na siebie, bo klima dawała radę i do spania.

Image

Udało się nie zaspać, ale z tym "żeby nie trzeba było rano chodzić" to trochę nie wyszło. Jak tylko zdążyliśmy się obudzić i trochę przemyć to na tablicy pojawił się napis, że zmienili nam bramkę. Nowa była dokładnie na drugim końcu całkiem sporego terminala. No i znowu biegiem...

Lot nad Koreą sprawił, że pojawiła się ona na naszej liście do odwiedzenia. Na razie jest gdzieś bardzo nisko na tej liście, ale jak trochę więcej o niej poczytam, to może awansuje. Z okien samolotu wyglądało, że niemal cała Korea to góry. A my góry lubimy...

Na razie jednak zbliżamy się powoli do Tokio, a tu będziemy mieli dużo więcej czasu i na pewno z lotniska wyjdziemy....

Image

Image
_________________
Moje relacje:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan>
<Wuchta problemów - Hong Kong, Filipiny> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#57 PostWysłany: 05 Lip 2020 20:08 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 679
srebrny
Mnie tam lotnisko w Seulu w ogóle nie urzekło. Co mnie zdziwiło to mieszkająca tam rodzina rodem z filmu "Terminal"
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 57 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group