Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 50 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Włóczęga bez celu
#1 PostWysłany: 02 Paź 2016 15:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
Wcześniej czy później przychodzi w życiu taki czas, że człowiek czuje potrzebę rzucenia roboty i zanabycia biletu w jedną stronę do GdzieśDaleko. Nie żeby na zawsze. Ale tak na jakiś czas. Bez planu, bez skrępowania datą biletu powrotnego. Przemierzyć solo kawałek nieznanego świata. Żeby wrócić bardziej uspokojonym. Cieszącym się codzienną rzeczywistością, bo przecież narzekać nie mam na co.
Tak wiec trafiło i mnie. Rodzina nie zdziwiła się zbytnio zważywszy na moją postępującą od kilku lat nieuleczalną chorobę zdiagnozowaną jako Podróżnicze ADHD. „Jedź, Tato/Mężu - może jak wrócisz to się ustatkujesz…”
Rzucenie roboty udało mi się w 50% (będę pracował zdalnie na pół etatu).
Miejsce startu - padło na Ekwador. Dlaczego? Tak jakoś... Jeszcze nie byłem w Ameryce Pd. Koleżanka właśnie opowiadała mi jak to na Galapagos jest nieziemsko, tylko że mega-drogo bo tam tylko rejsy wypasionymi wycieczkowymi statkami i trzeba bookować rok na przód. Hmmm… Ameryka Pd to nie jest jakiś ultra drogi region świata. Musi się dać zrobić to po mojemu. Dlaczegoby nie zacząć stamtąd? Miejsce tak samo dobre jak każde inne daleko-daleko.
I tak się tu znalazłem. Włóczę się zatem po wyspach tutejszych na razie tydzień. Warto by blog jakiś poprowadzić - może pisarzem zostanę jak/jeśli dorosnę (w co moje dzieci i zona szczerze wątpią)
Składam więc z emaili na surowo krótkie relacje z minionego tygodnia, a dalej postaram się ciągnąć na bieżąco. Z góry przepraszam za niespójność. I za jakość zdjęć (komórka). Licząc każde 10g bagażu, które będę przez niewiadomojakdługo nosił na plecach – lustrzanka nie wchodzi w grę).

24/9/2016
No fajnie jest na tym Galapagosie. Wyszedłem tylko z mojego uroczo-kolorowego hoteliku rodem ze spaghetti westernu i zaraz wpadłem w foczkowe szaleństwa. Chętnie pozują, a są wśród nich nawet Foczkowe Myszka (No POPACZ jaki jestem Piękny!)

Załącznik:
Capture100.JPG


/wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: Myszko – to nasz kot, który jest absolutnie świadomy tego, że jest Najpiękniejszym Kotem na Świecie/). Oczywiście musiałem strzelić tez słodką selfcię z foczkami na pomoście.

Załącznik:
Capture101.JPG


A to wszystko w centrum Stolicy Galapagos (Miasto liczy sobie aż 6tys mieszkańców i z lotniska do Centrum idzie się 5 minut ). Slooow :-)
A tak właściwie to nie są żadne foczki tylko Lwy Morskie, ew. Morskie Wilki (los Lobos Marines)
Pozdrawiam z San Cristobal.
PS.
Właśnie natknąłem się na kolejnego Stwora. A Tata zapewniał ze tu jest bezpiecznie...

Załącznik:
Capture102.JPG


25/9
Idę na drugi koniec miasteczka, mijam lotnisko i przez porośnięte krzakami pola lawy dochodzę na wschodnie wybrzeże wyspy - do plaży zwanej La Loberia. Wilczarnia.
Na piasku wyleguje się tu stadko lwoczek (lew-foka). Uczestniczę w zawodach w turlingu plażowym konkurując z przewodnikiem lwoczego stada.

Załącznik:
Capture103.JPG


Zadziwiona moją foczą postawą - młoda lwoczka przychodzi powąchać mój plecak. Etam - niefajnie jakoś toto pachnie...

Załącznik:
Capture 104.JPG


Moim ulubionym zajęciem staje się pływanie z lwokami. Szczególnie lubią obracać się w wodzie wokół osi. Też się wiec obracam, aby nie odbiegać od reguł gry. Następnym razem zabiorę kamerkę. Ganiamy się pod wodą dość długo aż podpływa alfa-samiec i daje do zrozumienia, ze to jego foczki są jednak.
„OK, bez nerwów - już spływam...”
Na kamieniach wygrzewaja sie Smocze Stwory.

Załącznik:
Capture104a.JPG


To zdaje się są morskie czarne iguany. Wyglądają jak wyjęte z Parku Jurajskiego.
Zaczyna padać drobniutki deszczyk. Mgiełka taka właściwie. I tak już zmierzcha - wracam do miasteczka.

27/9
Na San Cristobal życie toczy się powoli. Bardzo powoli. Z rana ławki na promenadzie są zajęte,

Załącznik:
Capture105.JPG


ale dla mnie nie ma to znaczenia, bo pracuję.
Po południu pływanie z foczkami (nabieram wprawy w obrotach pod wodą – foczki to lubią. Potem wizyta w latarni morskiej chronionej przez strażnika, którego czujność należy najpierw zmylić, bo inaczej donośnie warczy.

Załącznik:
Capture106.JPG


28/9
Dzisiaj pojechałem rowerem na wulkan El Junto. Krater zalany wodą - jest jedynym na wszystkich wyspach Galapagos zbiornikiem naturalnej wody pitnej. 700m n.p.m. przerosło moje możliwości kolarskie, więc złapałem rowero-stopa, a właściwie aut-stopa rowerem. Rower wrzuciłem na pakę pickupa i tak 2ma samochodami z przesiadką dojechałem – lazy-way – pod wulkan, który był cały w chmurze i w deszczu. Za to spowrotem miałem 15km cały czas z górki. Aż się hamulce gotowały. Spoko: Slow-slow. W pewnym momencie wyprzedził mnie profesjonalny kolarz na profesjonalnym rowerze. Zasuwał z górki no-limits. Trochę mu pozazdrościłem sprzętu – ja bym się na moim bał tak... Za zakrętem zrewidowałem moje (drobne) poczucie zazdrości. Kolarz właśnie gramolił się z krzaków – na szczęście w tym miejscu gęstych i dobrze amortyzujących. Nic mu się nie stało poza solidnym podrapaniem. Pomogłem gościowi wygrzebać się na drogę. Dalej pojechał już z większą rezerwą.
I w tym samym miejscu gdzie w tamta stronę wjechałem w chmury i deszcz – teraz z nich wyjechałem w słoneczną pogodę. Wygląda, że ta chmura z deszczem na stałe jest zakotwiczona na wulkanie. Widać to też po roślinności: nad morzem wyschnięto-krzaczasto-kaktusowa, a w tej chmurze – dżunglasta (na szczęście dla niefortunnego Kolarza).

30/9
Jako rzekłem - niewiele się dzieje. Przypływy. Odpływy. Czas sączy się z morską wodą przez korzenie mangrowców. Czasem pada deszczyk, który jest właściwie mgiełką. Po 5 dniach postanawiam <wypromować> się na wyspę wyższej kategorii turystycznej - Santa Cruz. Prom - okazuje się być średniej wielkości motorówką (na kilkanaście osób). Zaprzęg 700 mechanicznych rumaków w układzie "trojka" (300-konne Suzuki wspierane po bokach 2-ma 200-konnymi Yamahami) błyskawicznie zostawia w oddali moją dotychczasową wysepkę i wszystkie tamtejsze foczki. Adios, foczki z San Cristobal!

Załącznik:
Capture107.JPG


Rumaki radośnie galopują do przodu - to wznosząc stateczek - to zjeżdżając w dol przez pełnię rozfalowanego Pacyfiku. Prawie 100km w 2 godziny przez ocean - niezły wynik.

Wyspa Santa Cruz wyposażona jest w liczne pelikany obsiadające barierki na nabrzeżach.
A w porcie wśród oczekujących na prom - foka.

Załącznik:
Capture109.JPG


Nawet nie wiadomo czy ma bilet. Jak słonie. (Nigdy nie płacą)

Wieczorem wedle zapewnienia Taty, ze na Galapagos jest bezpiecznie - wabię rekiny. Zaciekawione stukaniem buta o wodę przypływają zobaczyć co to za stwor.

Załącznik:
Capture110.JPG


Podobno rekiny nie jedzą ludzkiego mięsa bo im nie smakuje. Jeśli zaatakują człowieka to tylko przez przypadek. I zostawiają gościa niedojedzonego. Sprawdziłem - rzeczywiście nie jedzą.
Następnego dnia jeszcze mniejszą motoroweczką (tylko 3×200 KM) - jadę - a właściwie lecę - na wyspę Izabelę (Santa Cruz była tylko przystankiem technicznym – jeszcze tu wrócę). Teraz pakuję się na dach łódki - do "szoferki". Wrażanie rewelacyjne. Jak na desce windsurfingowej w pełnym ślizgu. Skaczemy po czubkach fal, a ze to fale oceaniczne - skoki są z wysoka i z twardym lądowaniem. 50km/h. 2 godziny perfekcyjnego lotu. A niektórzy pisali ze niefajnie się między wyspami podróżuje. Malkontenci...

Izabela to już totalnie laid back miejscówka. Miasteczko tutejsze ma 1500 mieszkańców i nie posiada dróg bitych. Slooooow. Bardzo tu przyjemnie chociaż o wolna ławkę - trudno (trzeba poprosić Tubylca aby się posunął/ęła).

Załącznik:
Capture111.JPG


Co czyni z niechętnym pomrukiem.

1/10
Budzę się z jakiegoś snu. Otwieram jedno oko. Nic. Drugie. Nic. Ciemność. Kompletna. Gdzie ja właściwie jestem? Blackout na plaży w Goa? Katakumby?...
Powoli wraca świadomość. Jestem na Galapagos. W jaskini. Położyłem się na chwilę i zdrzemnąłem. Na dworze leje...
Wiem już wszystko: Wstałem dziś o 5.00 - jak zwykle. Wrzuciłem na f4f ostatni fragment zaległej pisaniny z Katakumb (stąd chyba te skojarzenia). 6.30 w mżącym deszczu (taka mgiełką deszczowa - jak to tutaj) - poszedłem na ryneczek złapać autobus 7.00 do „highlands”. Autobus rzeczywiście był i to o czasie. Jest jeden w ciągu dnia, ale w sumie na wyspie jest 20km drogi więc średnio autobusów na drogo-kilometr i tak wypada sporo. Wysiadłem na 17-tym kilometrze. Kilku pozostałych w autobusie tubylców nie mogło się nadziwić po kiego ten gringo wychodzi w deszcz w środku niczego. I co on w ogóle robił w tym autobusie zamiast jak inni gringo pod okiem przewodnika nurkować za kolorowymi rybkami żeby „nosostros tengo muchos dineros” (albo jakoś podobnie - uczę się hiszpańskiego dopiero 3 tygodnie). Nicto. Peleryna ON - i po kilometrze marszu w deszczu - osiągam jaskinię Cueva de Sucre.

Załącznik:
Capture108.JPG


Nie żeby jakaś zachwycająca, ale ujdzie. Jest to tunel lawowy rozgałęziony w kilku miejscach. Ciekawie kontrastuje ze znanymi mi jaskiniami wapiennymi. Zamiast wypłukań wody w białej skale - jest zastygła czarna lawa. Do tego czarne stalaktyty (to już nie wiem skąd, geolog może mi podpowie…).

Załącznik:
Capture112.JPG


Kilka ciekawych czołganek doprowadza do kolejnej sali. Ponieważ zupełnie nie mam się do czego spieszyć (na zewnątrz czeka mnie pewnie dobre kilka jak nie kilkanaście km marszu w deszczu zanim coś będzie jechać i złapię stopa). Gruntownie zwiedzam więc jaskinię delektując się każdym szczegółem. Smaczku dodaje kilka kości leżących w salce wejściowej. Są krótkie ale grube i wyglądają na mocno wiekowe. Ludzkie raczej nie są, chyba, że jakiegoś mutanta. (Znowu te katakumby, cheche…).
Zaszywam się w przyjemnej, cieplutkiej (pewnie ok 20C) i suchej komorze, rozkładam karimatę i gaszę światło. Kimnę się trochę a potem zjem śniadanko. Kolorowe rybki odległe o 17km drogi w deszczu mogą poczekać. W końcu Nigdzie mi się nie spieszy. Sloooooow...
Uwielbiam ten klimat Całkowitej Ciemności i Całkowitej Ciszy. Smaczku dodaje świadomość bycia we wnętrzu śpiącego wulkanu – jak w smoczym brzuchu (Sierra Negra, którego „produktem” jest moja lawowa jaskinia chwilowo śpi – ostatnia erupcja wulkanu miała miejsce w 2005 roku).
Ukołysany ciszą – zasypiam…

PS.:
Dla ewentualnych zainteresowanych relacja z moich 3ch dni w podziemiach Paryza - "Katakumby, czyli Paryż nie musi być nudny":
https://spolecznosc.fly4free.pl/blog/23 ... byc-nudny/


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 03 Paź 2016 13:21 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 6848
To ja tylko się dopytam czy dobrze zrozumiałem - żona i dziecko/dzieci zostały w Polsce a Ty wyjechałeś na drugi koniec świata bez biletu powrotnego? :shock:
A na relacji ciąg dalszy czekam :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 03 Paź 2016 13:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4650
HON fly4free
Kurczę, a ja mam wyrzuty sumienia z powodu zbliżającego się wyjazdu solo na... niecałe 3 tygodnie.
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 03 Paź 2016 17:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
@Washington
Owszem, ale nie demonizujmy hasla “bilet w jedna strone”. To nie oznacza, ze nie wracam. Wrecz przeciwnie – mogę wrocic w każdej chwili i z dowolnego miejsca. Same zalety, z wyjątkiem ceny może, ale w moim przypadku – lot za mile M&M - wiec bez znaczenia czy w 1 czy w 2 strony (40kmil + 200PLN, Avianca via Madryt – po taniosci :-)
Góra
 Relacje PM off
mashacra lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 05 Paź 2016 05:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
4/10
Zamieniam się w żółwia. Młodego żółwia, który zakopał się w piachu. Fajnie jest takim młodym żółwiom. Ciepło, mięciutko. Piach o konsystencji mąki. Tortuga Bay. Ciepło. To ważne. Nigdy by mi to do głowy nie przyszło, ale na tym równiku JEST ZIMNO. 0,5° szerokości geograficznej Pd - a ja tu marznę. 18-20C max - to nie jest temperatura dla mnie w Ciepłych Krajach. Dlatego pozostaję zakopany w piachu. I tu mi się podoba. Zostanę żółwiem. Przynajmniej jeszcze przez kilka godzin. Młodym żółwiem, bo mój wiek dla żółwia - to wiek młody. Wczoraj miałem urodziny - i dostałem od Natury najwspanialszy prezent. Przechodząc po sklepieniu tunelu lawowego idącego w ocean - zobaczyłem kilka zabawowo nastawionych foczek (lwoczek). Wskoczyłem w piankę, pletwy, maska - i do wody. Początkowo pływają dookoła mnie. "Z pewna nieśmiałością". Stopniowo zaczynają skracać dystans żeby zobaczyć co to za dziwna foka - czarna - jak należy, ale z zielonymi pletwami. „Fancy jakieś ma te pletwy ta foka. Trzeba to dokładniej zbadać.” Najodważniejsza zaczyna mnie wąchać. (Tzn poczułem na ręce czyjeś wąsy)... „Hmmm... Ciekawie jakoś pachnie ta zielonopłetwa foka... I wygląda, że chce się bawić... Na drugiej ręce czuję czyjeś zęby. Całkiem delikatnie – foczka łapie mnie za dłoń i lekko dziamga - am-am. Zupełnie jak mój pies. Delikatnie, żeby nie uszkodzić skóry (bo wtedy przypłyną rekiny - i po zabawie...) Haps za rękę- odwraca się grzbietem - i każe się głaskać. Milusia jest :-) a teraz nura w dół. „Goń mnie!” OK - gonimy. Kilka obrotów wokół osi pod wodą. Przewrót - i do góry - zaczerpnąć powietrza. I znowu powtórka cyklu Gryzę - nadstawiam grzbiet - nurkuję. I tak w kółko... Trochę teraz muszę odpocząć. Stop- zabawa. Wynurzam się, zdejmuje maskę. I po chwili czuję czyjeś zęby na nodze. „Nie ma stop zabawa. Foki tak nie robia! Bawic- bawic!”
OK. Maska ON - i nura. 2 godziny? 3 godziny? Tracę rachubę - i tracę czucie - ile można w tym zimnym Pacyfiku? Sorry koleżanki, ale ja już wymiękam. Wystawiają z wody pyszczki. Pa-pa.
Kładę się na wielkim blacie cieplutkiej (acz chropowatej) czarnej lawy i wygrzewam. Obok mnie leży metrowej wielkości iguana. Ta nie jest od zabawy. Co jakiś czas pluje przed siebie. Ale nie agresywnie. I nie na mnie. Tak sobie pluje co kilka minut do przodu. Spoko - to stworzenie widać tak ma...
Na zdjęciu poniżej mój tunel lawowy, kolega/żanka iguana, i nawet jedna z moich foczek się załapała. Ten fin w prawym krańcu zdjęcia – to nie rekin, tylko przednia płetwa foczki. Nie wiem dlaczego, ale lubią udawać rekiny płynąc bokiem tuż pod powierzchnią wody z płetwą do góry ;-)

Załącznik:
Capture1.JPG


Po zafalowanej stronie języka lawowego, na którym leżymy z iguaną - baraszkuje w wodzie kolonia małych pingwinów. Kiedyś dziwiłem się skąd na równiku pingwiny.
Wychodząc ze szczękającymi zębami z wody - już się nie dziwię ;-) Swoją drogą - lubię ciepłą wodę. Taką dobrze ciepłą. W moim dotychczasowym podróżniczym życiu - funkcjonowałem w przeświadczeniu, że dążąc do równika - dążę do ideału temperatury wody. Żebym nie musiał z niej wychodzić. Indie - Tajlandia - Filipiny. Coraz lepiej, ale jeszcze nie to. Cały czas kilka stopni N. Ciągnęło mnie na południe - ku cieplejszej wodzie. I wreszcie jestem. I co? Dziwny jest ten świat... Jedynie naturalnie ciepłą wodę, z jakiej mogłem nie wychodzić forever - doświadczyłem w Gorącej Rzeczce na Islandii... (Co nie przeszkadza mi przynajmniej raz w tygodniu zimą z lubością wskakiwać do przerębla. Ale tam woda jest... w pewnym sensie gorąca ;-)
Mamy przypływ - mój idący w ocean tunel lawowy zaczyna się zanurzać. Pora spadać. Już wcześniej fala zalała mój plecak. Idę pomachać foczkom. Cześć Dziewczyny... Na dowidzenia wielka fala zalewa mnie do pasa. Pełne buty - bo akurat jestem w pełnym rynsztunku obuwia górskiego. Bad luck. Idę na Los Murros. Kilka km przez przestrzenie zażółwione. Spotykam jednego - na środku drogi. Z metr ma chyba. I na pancerzu namalowany numer taktyczny 13. Pechowy jakiś. Leży na drodze i nie zamierza nigdzie stąd się ruszyć. Tez nie jest zabawowy - przy zbyt bliskim kontakcie - zaczyna syczeć - i chowa łeb do skorupy. Nogi zostawia na zewnątrz.

Załącznik:
Capture2.JPG


OK. Czas już wykopać się z mojego ciepłego i milutkiego żółwiego piachu. Pora wracać bo słońce zachodzi. Już wpół do szóstej w końcu (dzień trwa tu circa od 6am do 6pm).
Wracam do miasta rozmyślając nad fenomenami geografii. W sumie jest tu trochę podobnie jak nad Bałtykiem:
-bardzo przyjemny piasek
-zimna woda
-często pada (tyle że tutaj bardziej deszczową mgiełką)
-podobne są też ceny. No może tutaj trochę taniej.
Są też różnice:
-Ilość fok przypadających na człowieka
-ilość iguan na fokę
-ilość żółwi na iguanę? (no tu nie jestem pewien matematyki)
-i pewnie cos jeszcze…
Nie żebym nabijał się z Bałtyku. Bardzo go lubię – szczególnie Półwysep Helski we wrześniu 

Pozdrawiam ze Świętokrzyskiego (Santa Cruz)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
mashacra uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 05 Paź 2016 06:46 

Rejestracja: 14 Wrz 2016
Posty: 99
na Galapagos mozna sie tez dostac samolotem :) wiesz moze jak to cenowo wypada w porownaniu do statku?
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 05 Paź 2016 13:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
Statkiem (motorowka) - to tylko miedzy wyspami. Z Ekwadoru ladowego musisz doleciec na ktoras z wysp. Cena ok 400$ w obie strony. Dobra opcja jest lot za mile M&M - 25k mil i symboliczny tax (Avianca nie ma doplat paliwowych).
Góra
 Relacje PM off
kieras86 lubi ten post.
kieras86 uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 06 Paź 2016 17:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
6/10
Galapagoskie zagadki
Zagadka 1
Ile na tym zdjęciu jest iguan? (sorry – słaba rozdzielczość – łącze ledwo zipie)

Załącznik:
Capture3.JPG


Zagadka 2
Co to za drzewo? (gatunek powszechnie znany)

Załącznik:
Capture4.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 06 Paź 2016 18:19 

Rejestracja: 18 Gru 2013
Posty: 25
Co to za drzewo?

opuncja (?)

ps. wciągnęła mnie twoja relacja; dawaj więcej, please!
no i mój faworyt na relację miesiąca
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 06 Paź 2016 19:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 643
Loty: 125
Kilometry: 288 984
niebieski
Doliczyłem się dwunastu, ale znając życie jest ich sporo więcej :P
_________________
Image
Relacja z Malawi
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 06 Paź 2016 21:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1035
Loty: 200
Kilometry: 375 582
niebieski
ja widzę z 18 przynajmniej :)
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 06 Paź 2016 21:43 

Rejestracja: 18 Gru 2013
Posty: 25
ja mam 20; a zapewne jest ich więcej


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 06 Paź 2016 22:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 Wrz 2014
Posty: 2464
srebrny
26 na szybko, chocby na powyzszym zdjeciu widac ze zaznaczylem pojedynczo niektore podwojne (np dolne czerwone kolko najbardziej na prawo)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 07 Paź 2016 13:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
Odpowiedz na zagadki:
1. Ja się doliczyłem 26 sztuk
2. Opuncja

6/10 c.d.
Wybralem się dziś z rana do Stacji dla Wielkich Żółwi im. niejakiego K.Darwina. Dotarcie na drugi koniec miasteczka (1,5km) - zajęło mi 3h - po drodze bowiem trafiłem na targ rybny.
Pani filetuje ryby, obok niej z pyskiem do góry siedzi wyczekująco foka. No zupełnie jak nasz Myszko, kiedy Magda tłucze kotlety :-)

Załącznik:
Capture11.JPG


W drugim rzędzie czeka na swoją kolejkę pół tuzina pelikanów. A między całym tym towarzystwem chodzi sobie chude ptaszysko z długim dziobem.

Załącznik:
Capture12.JPG


Ptaszysko robi tu za swego rodzaje UBeka. Jego głównym zadaniem wydaje się być odganianie pelikanów, żeby się przypadkiem nie pożywiły. Pani Filetująca - co i rusz podrzuca towarzystwu jakiś smakołyk. A to flaki, a to łeb, a to skórę z jakiegoś morskiego rybstwa. Najwięcej dostaje foka bo jest najbliżej i widać w najlepszej z Panią komitywie. Dostaje prosto do pyska.
Raz na 10 dól dla foki - Pani hojnym rzutem zasila 2gi rząd petentów.

Załącznik:
Capture13.JPG


I tu zaczyna się jatka. Pelikany wyrywają sobie z dziobów, z góry koszącym lotem spada nagle kilka fregat (to takie czarne ptaszysko wielkości bociana i wyglądu pterodaktyla).

Załącznik:
Capture14.JPG


Natychmiast do akcji wkracza UB-ptaszydło. Czujność przede wszystkim. Rozgania całe towarzystwo, przy czym co pogoni z jednej strony - to mu z drugiej 5 kolejnych: chaps. Biedak ma tyle roboty, że w ogóle nie ma głowy do drapnięcia kęska dla siebie. Służba dla Ptasiego Narodu przede wszystkim! Po chwili żarcia już nie ma a kolo głodny, ale z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku opuszcza jako ostatni puste pole bitwy.

Są też dłuższe okresy zastoju przy dystrybucji dóbr. Nie ma klientów - nie ma filetowania - nie ma amciu. Foczka usadowiona pomiędzy dwoma Paniami - PACZA raz na jedną, raz na drugą wołając : Uuuu - uuu - uuu. UB ptaszydło przemierza statecznie na swoich długich nogach zaplecze, a pelikany próbują niepostrzeżenie podejść bliżej. „Niedoczekanie wasze, hultaje!” Ptaszydło w kilku susach z bojowym okrzykiem dopada najbliższego pelikana - i chaps go dziobem. 3 kroki w druga stronę - i kolejny pelikan zubożony o kilka piór odskakuje ratując się ociężałym podfruwam. Ptaszydło jest wyraźnie zadowolone. A co. Niech wiedzą kto tu rządzi!

Załącznik:
Capture15.JPG


Foka natomiast olewa całe to ptasie zamieszanie na zapleczu. Swoją porcję i tak dostanie i świetnie o tym wie. W końcu należy jej się jak foce ryba.
Swoją drogą to zadziwiające ile taka foczka potrafi wsunąć. Już myślałem, że nigdy nie ma dość (stoję tu już dobrze ponad godzinę). Jednak w pewnym momencie foczka czuje się wreszcie kulinarnie zaspokojona. Kładzie łeb na skrzynce pomiędzy dwoma Paniami. Przednie pletwy rozkłada na zewnątrz - i z poczuciem wielkiej błogości na foczym pysku - ucina sobie drzemkę.

Załącznik:
Capture16.JPG


Aż do nastepnego filetowania...

Trochę mi na tym targu zeszło. Za to Żółwiowe Centrum poszło szybko. Duże są, owszem, ale mało dynamiczne. Nic się nie dzieje. Nuda, panie. No i w sumie jest tu jak w ZOO. To nie dla mnie. Uciąłem sobie pogawędkę z tutejszym Operations Managerem o woluntariacie, pracy tutaj, mieszkaniu na wyspie. Fajnie, ale trochę to wszystko dla mnie sztuczne i przejaskrawione ekologicznie. Np. program odbudowy populacji mangrove finch (taki sobie jakby-wróbel), liczącej obecnie 30 osobników - polegający na wysyłaniu ekspedycji celem wybierania z gniazd jajek i zawożeniu tychże w termosach do inkubatora, a potem 15 x dziennie karmienie pęsetą robaczkiem pokrojonym na 4 kawałki. No nie wiem, jakoś to do mnie nie przemawia…


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 07 Paź 2016 15:45 

Rejestracja: 18 Gru 2013
Posty: 25
podziwiam talent, z 'głupiego" filetowania potrafisz zrobić interesującą opowieść
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 08 Paź 2016 06:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
7/10
Tak więc po 2ch tygodniach opuszczam przytulne choć zimne wyspy Galapagos. Jeszcze przed wyjazdem udało mi się za 20$ sprzedać do pierwszej z brzegu wypożyczalni mój sprzęt do snorklowania. Ale będę miał teraz lekko w bagażu! :-) Chyba moje prawe ucho i tak nie wytrzymałoby więcej nurkowania z foczkami. Adios moi Foczy Przyjaciele! Kiedyś do Was wrócę. Nie wiem kiedy, i nie wiem czy - ale wrócę :-)
Siedzę zatem w samolocie do Quito - i rozmyślam co by tu dalej z tak pięknie rozpoczętą Wyprawą. Po drodze na lotnisko St Cruz Baltra (2 autobusy i 1 prom z Puerto Ayora) - zgadałem się z dziewczyną z Niemiec o jej trasie przez lądowy Ekwador przed przylotem na Galapagos - i chyba podchwycę jej pomysł. Krystalizuje się to mniej-więcej tak: droga na południe - w kierunku Peru, a po drodze wejście na Cotopaxi (szczytu to się raczej nie da, ale zawsze coś – podobno piękny jest ) -> Baños (podobno fajne wody termalne - lubię takie - mniam :-) -> kolej na Naroz del Diablo (podobno cały czas niezła pomimo, że nie pozwalają już jeździć na dachu odkąd kilka lat temu 2ch Japończyków straciło głowy na wjeździe do tunelu - bad luck ;-) -> Cuenca (kolonialne miasteczko z minionych epok) -> Vilcabamba (jakaś dolina w górach gdzie podobno ludzie żyją po 120 lat) -> Peru (TBD)
Sounds like a plan. Życie zweryfikuje. Tak jak zweryfikowało pierwotny pomysł aby jechać na wschód Ekwadoru - do miasteczka Coca skąd statkiem cargo można zabrać się w dół Rio Napo do Amazonki a potem Amazonką w górę do Peru. Można, tyle, że przy bliższym pogooglaniu wyszło, że statki pływają ca 2x w miesiącu i nigdy nie wiadomo kiedy. Do tego czas podróży waha się od kilku dni do kilku tygodni, bo przy niskim stanie wody Rio Napo statek często osiada na mieliźnie i trzeba go ściągać lub czekać na "przypływ". Biorąc pod uwagę, że zasięg internetu w dżungli może być "niezadowalający" - ten element nie da się raczej pogodzić z moją robotą (w końcu pracuję stąd na pół etatu jakby na to nie patrzeć ). Next time - Amazonka poczeka. Zobaczmy – co czas przyniesie…
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 08 Paź 2016 06:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
cos sie nie tak opublikowalo... Wie ktos moze dlaczego tekst sie nie przyczepil do calosci, jak to mialo miejsce przy moich poprzednich wpisach, tylko pokazuje sie jako komentarz? Czy moze dlatego, ze nie ma zadnego zdjecia?
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 12 Paź 2016 05:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
8/10
Quito. Najpierw Teleferyjkiem do góry – na 3900mnpm. Wysokie te Andy są. Pomimo to - sceneria – jak z Tatr Zachodnich. Do tego super widok na miasto. Krótki spacer w górę – stoją dwie lamy i jedna pani (po raz pierwszy takie zwierzęta widzę (lamy, znaczy). Postanawiam przećwiczyć mój espagnolski. „Como se llama esta llama?” „Esta llama se llama llama” – odpowiada rzeczowo Pani. Uzgadniamy, że za jedyne pół dolara – dostąpię zaszczytu popasienia lam. Są bardzo przyjazne – i nie plują.

Załącznik:
Capture21.JPG


Pogoda kiepska – wracam na dół – na Stare Miasto. Bardzo ładne – na liście Word Heritage Unesco. Otoczone górami. A właściwie zbudowane na górach. Uliczki silnie strome. Niestety widok ośnieżonego stożka wulkanu Cotopaxi w tle mogę sobie tylko wyobrazić. Chmury i leje. Mimo niesprzyjającej aury – Quito trafia u mnie na top-5 mojej subiektywnej listy najładniejszych stolic Świata. Polecam

Załącznik:
Capture22.JPG


9/10
Prognoza wyjątkowo parszywa. Ma nadal lać. Zatem dzień czelendżu. Rezygnuję jednak z Cotopaxi. Zamiast tego pójdę na lokalny wulkan Pichincha – za płotem właściwie. Ostatnio aktywny w 1999, ma kilka wierzchołków. Wybieram najbliższy Rucu de Pichincha trochę ponad 4600 mnpm – kilka godzin drogi od górnej stacji teleferyjka.
Biorę ekwipunek deszczowy – i wyruszam. Droga w deszczu – jak droga w deszczu. Czasem coś się przejaśnia, ale widok max na 20m. Jednak na tych wysokościach ciężko się idzie.

Załącznik:
Capture23.JPG


Trochę mało aklimatyzacji, chociaż w Quito mieszkam na prawie 3000m. Po 4h i kilku delikatnych przejściach skałkowych – osiągam wysokość 4500m. Odpuszczam „atak szczytowy” – jest już 15ta. Mało czasu, a w tym deszczu – może być różnie. Bezpieczeństwo najważniejsze - to moja dewiza („Obywatelu – nie kąp się w miejscach niestrzeżonych. Nikt nie zauważy twojego utonięcia!”). Wracam do Quito. Przyjemnie będzie się wysuszyć :-)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 13 Paź 2016 21:32 

Rejestracja: 13 Paź 2016
Posty: 9
Fajny opis, a gdzie parasol? - podrzucić?
tjanx
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 14 Paź 2016 05:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2014
Posty: 56
Tjanx napisał(a):
Fajny opis, a gdzie parasol? - podrzucić?
tjanx

Palatka "Holendierskogo soldata" sprawdza sie wystarczajaco dobrze - dzieki :-)

-- 14 Paź 2016 05:46 --

12/10
Hmmm… Co tu można powiedzieć… Ekwador jest Zayebisty! I pomyśleć, że przyjechałem tu na zasadzie Bolek-i-Lolek kręcą globusem: TU.
Wczoraj opuściłem Quito - w mojej podróży na południe (prognoza pogody pokazuje, że w całym Ekwadorze najbliższe 2 tygodnie leje, za to w Peru jest OK – więc tam się udaję) – trafiłem do Banios, opisywanego jako raj (vel getto ;-) backpackerskie. Trochę zatem z ambiwalentnymi uczuciami – wysiadłem po 3,5 h jazdy z Quito z całkiem luksusowego autobusu (rozkładane siedzenia, 3Mb Wifi, plazma z filmem Pearl Harbor po hiszpańsku – lokalnych linii ekwadorskich XXX za 4,5 USD sic!). Drogę przespałem, i po otwarciu oczu na budzik w uszach – zobaczyłem krajobraz jaki kojarzę chyba tylko ze Szwajcarii, przy czym w skali x2. Miasteczko w dolinie rzeki – z jednej strony pionowa ściana zielonych gór na XXXX m, z drugiej pionowo w dół kanion rzeki, a za nim znów pionowa ściana gór na XXXXm.

Załącznik:
Capture31.JPG


Najpierw – za sugestią Mojej Magdy – udałem się do lokalnych termalnych bani. Ekwador stoi na wulkanach – a więc wód termalnych ci tutaj dostatek. Te akurat wypływają ze stroków aktywnego od 10 lat wulkanu Tungurahua (5000coś m), górującego nad miasteczkiem. Wulkan ten podobno cały czas lekko rzyga lawą, niestety – z racji, że jest wiecznie w chmurach – nie idzie go takim ujrzeć.
Tak więc dotarłem do tego Banos. No pięknie położone miasteczko. 100m od głównego dworca autobusowego – na kanionie rzeczki jest most, z którego za 20 dolków można skoczyć na jakiejś lokalnej odmianie bangi. Może później. Na razie – po robocie – postanowiłem udać się na wycieczkę zorganizowaną – z biurem podróży Sławek Travel. Biuro operuje obecnie w Ekwadorze, i ma 1-nego klienta – to akurat ja. Normalnie nie przepadam za Biurami Podróży, jednak to mnie skusiło swoja excluzywnością – zaoferowali mi mianowicie 1-sosbową wycieczkę kolażowo-rowerową w dół rzeki, której nazwy jeszcze nie ogarnąłem. OK – co tam – raz do roku – to i księdzu wolno. Pojechałem. Rower za 5 USD/dzień (4x taniej niż na Galapagos :-), hamulce tarczowe – robi jak należy. Jadę. Trasa cały czas z Górki. To Ważne. :-) No mnię się to ponrawia. Jadę więc. Kanion rzeczki.
Wjeżdżam w tunel mając na ogonie ciężarówkę – zasuwam z górki, ale ona też – mam nadzieję, że ma dobre hamulce. Kolejny tunel objeżdżam bokiem. Widoki Zayefayne. Jakby to powiedzieć w języku zagranicznym: „F…cking I-MEJ-ZING!”
Dojeżdżam do Zip-line – stalowa lina przez kanion (zwana bodajże tyrolką, ja to kiedyś nazywałem ślizg – kiedy jako nastoletnie pacholęcia zestawialiśmy takowe w wąwozach między Puławami a Kazimierzem, jadąc na drewnianej rogatce, zanim dorobiliśmy się łożyska kulkowego, cheche – dawne dobre czasy… ;-)
„Quanto es?” „Dies Dolar”. OK – nie będę wybrzydzał – jadę. Na tzw. „supermana” – przez kanion, nad wodospadem. Powrót kolejką a’la transport produktów do schroniska w Dolomitach. OK, ujdzie, ale bez rewelacji. Wsiadam na rower. 200m dalej – kolejny zip-line. No dobra – jak już tu jestem – zobaczmy jak tu sobie radzą. 10 USD „ido y vuelte”, albo 15 USD 3 trasy – po trójkącie. Targuję na 12. OK – mamy 3 opcje: na supermana (to już ćwiczyłem, klasyczna (siedzisz w uprzęży), i cabeza do dołu. O to jest to – dajemy! Tu są 2 liny. Kolo jedzie równolegle ze mną – jest hamowniczym. Robi to rękawiczką na stalowej linie. Wow!

Załącznik:
Capture32.JPG


Fruniemy cabeza do dołu nad kanionem i wodospadem. ZAYEFAJNIE!!!. Kolo hamuje nas na drugim końcu kanionu jak należy. Krótkie przejście – odcinek 2gi „klasycznie” – tak jak robiliśmy w Puławskich wąwozach z kolegą Pawłem w liceum, kiedy już dorobiliśmy się profesjonalnego łożyska. Lecę sam – wrażenie jest świetne. Ostatni odcinek – na supermana. Zostawiam kolesiowi komórkę, żeby cpyknął mi fotkę. Jeszcze huśtawka z wylotem nad kanion (korzystam z uprzęży, której jeszcze nie zdjąłem) – i mostek linowy – ferratowo.
Wsiadam na rower – i posuwam dalej. Nie długo jednak. Po może 2 km – znowu wyciąg a’la towarówka w Dolomitach. No jak tu odmówić… Po 7mym, czy 8mym ZIP-ie / kolejce – patrzę na zegarek. No qrcze – za 3h będzie noc. Z bólem wielkim – jednak muszę odpuścić i pedałować z górki (raczej cisnąć hamulec cheche) – do przodu, bo w Rio Verde – czeka moja największa atrakcja – coś a’la Słowacki Raj – droga przez wodospad. Z ciężkim sercem mijam kilka (naście?) kolejnych zip-lineów – i dojeżdżam do Rio Verde. Schodzę w dół do rzeczki – potem w górę – przez jaskinkę – wzdłuż wodospadu – w końcu za wodospad.

Załącznik:
Capture 33.JPG


Znowu przydaje się peleryna (cały mokry – jak w Niagarze) – ku wielkiemu rozczarowaniu – za wodospadem drogę zamyka ściana i krata, chociaż z zewnątrz widać po drugiej stronie – także jest ścieżka. Badam ścianę) w strugach wody – nie idzie sforsować. Bad luck – odwrót. Akurat i tak już zmierzcha. Wraz z poznanymi po drodze dziewczynami z Hiszpanii – ładujemy się z rowerami na ciężarówkę. Dosiada się jeszcze z 10cio osobowy zespół z Chile/Argentyny – i tak – na pace – śpiewając hiszpańskie pieśni (oni, ja znam tylko Hasta Siempre Commandante) – wracamy tą samą drogą pod górkę 15 km – do Banos.
Kolacyjka w lokaleskim barze (bdb!) – i oczywiście wieczór – tak jak wczoraj – spędzam w tutejszych termach Świętaj Panny Wodnej (lub cos podobnego). Takie miejsca UWIELBIAM. Zbudowane jako łaźnie miejskie w latach 50-tych, i od tego czasu utrzymane w stanie 100% original. Prawie jak termy w Tbilisi - mniam :-)
Mamy tu więc na dole 2 baseny – jeden ma ok 45 C, drugi ok 18C (bardzo miła kombinacja), a na górze jeden 37C – u podnóża kilkudziesięciometrowego, podświetlonego na zielono wodospadu, plus a’la prysznice, które po prostu łapią wodę z wodospadu (też ok 18C) – i leją ją obfitym strumieniem ku radości nielicznych, jak ja. No po prostu IDEAŁ. Wychodzę po 21-szej, kiedy zaczynają spuszczać wodę z basenów (last call to the bar!)
No i wracam do mojego hostelu, w którym na dachu z widokiem na kolejny podświetlony kolorowo kilkudziesięcio-metrowy wodospad – piszę niniejszy tekst…
Co tu dużo gadać. Ekwador jest THE BEST…

PS. Właśnie uzyskałem pierwsze w życiu profity z pisarstwa – namiot Cośtam-2– za tekst o Paryskich Katakumbach, który zajął 3cie miejsce w konkursie na reportaż Miesiąca Poprzedniego na F4F. Mimo to – nie zniechęcam się – postanawiam kontynuować pisarstwo (w nielicznych przerwach od pracy i eksploracji Rajów Backpackerskich Ekwadoru), za co wszystkich ewentualnych czytelników – serdecznie przepraszam ;-)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 50 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group