Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 24 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 06 Lut 2016 22:02 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień pierwszy - Sylwester 2015

„Bez tej umiejętności czekania, cierpliwej, a nawet pokornej zgody na to, że szansa może pojawić się dopiero po latach, nie ma polityka.” – ta sentencja z „Cesarza” nie zatraciła nic z aktualności, ba –obecnie działa również w drugą stronę – skoro na wszystko trzeba czekać, to po co w ogóle próbować dotrzymywać uzgodnionych terminów, godzina czy dwie opóźnienia nie mają przecież znaczenia w całości oczekiwania. I tak trafiliśmy do kraju, w którym czas płynie inaczej - Etiopii. Można sobie wyobrazić, że ten inny czas to tylko przenośnia usprawiedliwiająca nieterminowość, jednak to nie do końca prawda. Etiopczycy nadal używają swojego kalendarza i czasu. Bilety wstępu do klasztorów, kościołów i muzeów są dumnie opatrzone datą z rokiem 2008, a i umawianie się z taksówkarzem wymaga ostrożności gdyż godzina 14.00 uchodzi tu często za 8.00. Ale może zacznę od początku…

Bilety kupione podczas wrześniowej promocji Turkish Airlines z Pragi, termin: 31 grudnia – 10 stycznia (nie najtaniej, za 1602 zł, ale 10 dni wolnego a tylko 4 dni urlopu), w tym dwukrotny całodniowy stop w Stambule. Wyjeżdżamy z Poznania w Sylwestra ok. 13.00, planowany odlot 18:45 – winieta czeska kupiona przez internet (aby nie tracić czasu na kupowanie na granicy, miesięczna - 19,2 EUR z przesyłką), parking zarezerwowany (http://parkujemeuletiste.cz/price-list.html, 11 dni, 500 CZK – również zapobiegawczo kupione w kantorze), e-wizy tureckie wydrukowane (ok. 82 PLN na osobę). Jak więc się zdaje wszystkie sprawy formalne dopięte na ostatni guzik. A rzeczywistość?

Rzeczywistość jest taka, że lecimy z Żoną w dwójkę, choć mieliśmy w trójkę (sprawy rodzinne zatrzymały naszą koleżankę) a naszego samolotu do Stambułu nie ma (nie przybył do Pragi, gdyż Turcja została sparaliżowana opadami śniegu). W celu przebukowania stajemy więc w kolejce do agenta Turkish, który testuje wytrzymałość naszych nóg (ze względu na prędkość obsługi – ok. 5 osób na godzinę). Gdy w końcu przyszła nasza kolej, agent z radością nas informuje, iż mamy udać się z powrotem do stanowiska odpraw, gdyż wkrótce przyleci samolot, który miał lecieć rano i nas zabierze!

Załącznik:
1.jpg


Lot, jak lot, niezbyt długi, ale nie zauważyliśmy powodów dla których Turkish jest najlepszą linią w Europie. Żyjemy oczekiwaniem na lądowanie w Stambule (planowo nieco po 22), tam mamy szybko wynająć auto i pojechać do centrum, aby obserwować powitanie nowego roku i fajerwerki nad Bosforem. Do tego czasu wszystko wydaje się iść zgodnie z planem, wkrótce jednak zauważamy, że po raz kolejny przelatujemy nad tymi samymi domami, i znów… i znów… Lotnisko jest pokryte 10 cm śniegiem (w Poznaniu, Pradze 0 cm) i utworzyła się długa kolejka. W końcu przychodzi nasz czas, lądowanie, brawa (!) i … godzina 23:15. Jak się okazuje to jednak dopiero początek. Rozpoczynamy bowiem zwiedzanie lotniska samolotem – jeździmy po wszystkich dostępnych pasach, placach, stoimy w różnych kolejkach samolotowych. Dopiero tuż przed północą stajemy na jakimś ciemnym, nieodśnieżonym zadupiu, chyba po to aby spokojnie otworzyć szampana. Zabawa na pokładzie trwa, wypiliśmy cały dostępny alkohol (niestety nie ja, ze względu na wypożyczany samochód).

Załącznik:
2.jpg


W końcu podjeżdża autobus (około godz. 2.00). W związku z tym, nie widzieliśmy rzecz jasna żadnych sztucznych ogni, z których Stambuł słynie...

Załącznik:
3.jpg


Wynajęcie auta też trochę trwało (po sam samochód trzeba się udać shuttle busem), ale około 4 nad ranem docieramy do hotelu, a rano oczom naszym ukazuje się taki oto widok z hotelowego okna:

Załącznik:
4.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 06 Lut 2016 22:13 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 676
niebieski
Zaczyna się bardzo ciekawa relacja :) Czekam na cd...
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 06 Lut 2016 22:45 

Rejestracja: 15 Kwi 2015
Posty: 744
Loty: 488
Kilometry: 640 145
niebieski
Czy pomiędzy 23:15 / sylwester / a 2:00 / Nowy Rok / lotnisko w Istambule / macierzyste dla TK / nie podstawiło Wam darmowy catering sylwestrowy ? :lol: :lol:
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 06 Lut 2016 22:52 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Niestety nie byli w stanie nawet podstawić autobusu (2 godziny spędziliśmy po prostu stojąc na płycie), a co dopiero myśleć o jakimś cateringu. Oni byli po prostu sparaliżowani tymi opadami śniegu...
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
Biko lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 06 Lut 2016 23:11 

Rejestracja: 05 Sie 2012
Posty: 124
Widzę, że nie zaczęło się najlepiej :( Mam nadzieję, że Etiopia wynagrodziła Wam wszystko. Swoją drogą również spędzałem sylwestra w Stambule, fajerwerków wartych zapamiętania niestety nie doświadczyliśmy.
_________________
Zapraszam na bloga w podróży do oraz fanpage na facebooku
Bangladesz, Botswana, RPA, Niemcy, Szwajcaria, Indonezja, Kambodża, Wietnam.
Planowanie, rachunki z podróży, filmy, zdjęcia.
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 06 Lut 2016 23:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1100
Loty: 400
Kilometry: 635 290
złoty
A po co wynajmowaliście samochód? Na dojazd z lotniska do centrum nie lepsza byłaby taksówka?
Góra
 Relacje PM off
otakesan lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 06 Lut 2016 23:14 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3112
Czekam na dalszy ciąg, bo zapowiada się nieźle.

wysłane z telefonu
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 06 Lut 2016 23:51 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
sko1czek napisał(a):
A po co wynajmowaliście samochód? Na dojazd z lotniska do centrum nie lepsza byłaby taksówka?


Generalnie to lubię samodzielność, wynajęcie kosztowało tylko 60 zł (+potem benzyna 24 zł), a plan był taki, że wieczorem pojedziemy do miasta na fajerwerki, wrócimy do hotelu, a rano znów pojedziemy do miasta. Plan nie wyszedł z powodu opóźnienia, a spodziewałem się że taksówka w Sylwestra może być bardzo droga.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 07 Lut 2016 00:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1100
Loty: 400
Kilometry: 635 290
złoty
Ja też lubię samodzielność ale i lubię w podróży się napić... :oops:
W każdym razie przygoda zaczęła się Wam z przytupem. Też jestem ciekaw dalszego ciągu.
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 07 Lut 2016 10:23 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień drugi - Nowy Rok 2016 (Stambuł)

Rankiem jesteśmy nieco zmęczeni, bo i sen krótki i wrażeń dużo. Ale co tam, po śniadaniu pakujemy manatki i ruszamy na miasto. Celowo zaplanowaliśmy tak długi stopover w Stambule, bo nie byliśmy tu już ponad 10 lat, a i nasz poprzedni pobyt był nie był zbyt długi i pozostawił chęć do odwiedzenia tego miejsca ponownie. Uruchamiam więc GPSa, wyznaczając mu z grubsza miejsce na obrzeżach starówki, gdzie spodziewam się znaleźć wolne miejsce do zaparkowania.

TIP: Używam bezpłatnej aplikacji MapFactor Navigator, mapy offline ściągam w domu, na „survivalowej” komórce Evolveo StrongPhone D2, która nie jest demonem wydajności, ale która jest odporna „na wszystko”, a baterię ładuję raz na 3 tygodnie.

Załącznik:
35 Hagia Sophia.jpg


Natrafiamy jednak na zamkniętą ulicą i nieco trudno jest nam znaleźć objazd. Ślizgamy się nieco po zaśnieżonych, wąskich uliczkach, aby w końcu zaparkować szczęśliwie ok 500 metrów od Hagia Sophia (przy morzu). W tej nieoczekiwanej scenerii mijamy ulepione bałwany, podczas gdy pod śniegiem widać kwiaty a na drzewach marzną papugi.

Załącznik:
39 papuga.jpg


Jedną z atrakcji, których dotąd nie widzieliśmy, jest Cysterna Bazyliki – jeden z wielu (aczkolwiek podobno najwspanialszy) zbiorników na wodę znajdujących się pod powierzchnią ziemi w Stambule. Za wstęp nie można płacić kartą, musiałem więc szybko pobiec do kantoru – wymienione 2o Euro wystarczyło na bilety wstępu i skromny obiadek po zwiedzaniu.

Załącznik:
49 cysterna.jpg

Załącznik:
63 Cysterny.jpg


Cysterna Bazyliki powstała w VI w. n.e. za panowania Justyniana Wielkiego. Jej zadaniem miało być zaopatrywanie pałacu cesarza w wodę na wypadek wojny i oblężenia. Woda była doprowadzana do zbiornika akweduktem z odległego o 19 km Lasu Belgradzkiego. Cysterna ma wymiary ok. 138 x 65 m. Jej wykonane z cegieł sklepienie podparte jest 336 marmurowymi kolumnami, pochodzącymi z różnych zrujnowanych budowli. Szczególnymi kolumnami są dwa filary o podstawach wyrzeźbionych w kształt głowy Meduzy. Datuje się je na czasy rzymskie, ale ich pochodzenie jest nieznane. Nie wiadomo też, dlaczego postawiono je do góry nogami (według legendy był to rozkaz Justyniana, który chciał, żeby woda przykryła głowy mitycznego, okropnego potwora). Po zdobyciu miasta przez Turków w 1453 roku cysterna jeszcze przez jakiś czas pełniła swoją funkcję, jednak ponieważ najeźdźcy preferowali świeżą wodę bezpośrednio z akweduktów i nie obawiali się oblężenia miasta, wkrótce uległa zapomnieniu, aż do połowy XVI w, kiedy zainteresował się nią holenderski podróżnik i uczony Gylles. W 1987 roku cysternę udostępniono zwiedzającym. (na podstawie http://www.wirtualnaturcja.pl).

Załącznik:
73 cysterny.jpg

Załącznik:
69 Meduza.jpg


Po południu wracamy na lotnisko, oddajemy samochód i dowiadujemy się, iż nasz samolot do Addis Abeby ma tylko 2 godziny opóźnienia. W porównaniu do innych lotów jest to w istocie niewiele, a dla nas w sumie jest to korzystne, bo według nowego harmonogramu wylatujemy około godziny 21, więc sam lot przebiegnie w nocy. Na pokładzie niewielkiego samolotu (B737) jest tylko około 60 pasażerów, mamy więc komfortowe warunki – całe dwa rzędy wolne, co umożliwia położenie się i spanie. Tyle w teorii – w praktyce włączyłem „Marsjanina” i tak mnie zaciekawił, że spałem może z godzinę.

Załącznik:
35 Blekitny Meczet.jpg


To nie jest nasz samochód...

Załącznik:
80 auto.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 07 Lut 2016 16:54 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
„Etiopia – kraj najdroższy, kraj najtańszy” – ten tytuł wymaga wyjaśnienia. W świetle statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Etiopia jest jednym z najtańszych krajów świata, gdzie dolar ma prawie dwukrotnie wyższą siłę nabywczą w porównaniu do Polski. Jak to się ma w praktyce? Rzekłbym, że nijak. Zacznę od przygotowań.

Na 3 miesiące przed wylotem zacząłem badać sprawę komunikacji wewnętrznej. Z racji krótkiego czasu jaki mieliśmy na pobyt odpadały przejazdy autobusowe. Z tej prostej przyczyny, że w Etiopii nawet główne drogi nie są asfaltowe, więc autobusy jeżdżą tylko w dzień i do tego bardzo powoli. Wybierając autobus cały nasz urlop spędzilibyśmy na przejazdach.

A więc pozostały samoloty – a ściślej tylko Ethiopian oferuje bilety online, zerkając na ich stronę widać, że ceny z kosmosu. Jak to zbić? Podobno jeszcze 3 lata temu można było kupić bilety na miejscu, w etiopskim biurze podróży, w cenie dla miejscowych, czyli po kilkanaście dolarów za odcinek (interesuje mnie pięcioodcinkowy przelot: Addis Abeba – Bahar Dar – Lalibella – Gonder – Aksum – Addis Abeba). Jak głoszą internauci teraz już tego nie ma i wszyscy płacą tyle samo, czyli dużo więcej. Zarówno u pośredników, jak i na stronie Ethiopiana wychodzi 693 dolary, patrząc na składowe to po 200 USD są wyloty/przyloty do Addis, a po 100 USD pozostałe loty. Tragedia.

Magiczne sposoby na zbijanie cen do 1 EUR nie są mi znane, ale odnajduję ciekawy trop z biletami międzynarodowymi Ethiopiana. Otóż podobno mając dolot do Etiopii tymi liniami, można kupować bilety wewnętrzne z dużą zniżką. No ale my mamy dolot Turkishem. Wpadłem więc na pomysł aby do naszej oblotówki dodać na końcu najtańszy przelot międzynarodowy Ethiopiana. Wyszło, że jest lot z Dire Dawa do Dżibuti (40 min). Z sukcesem! Cena spada z 693 USD do 440 USD (włącznie z „gratisowym” biletem do Dżibuti, którego nie wykorzystamy). Nadal nie jest to mało, ale i tak jestem zadowolony. Tym niemniej już po tym widać, że Etiopia tania (dla obcokrajowca) nie jest. A to dopiero początek wydatków…

Jako ciekawostka – ręcznie wypisana karta pokładowa (lot z Axum do Addis).

Załącznik:
karta pokładowa.jpg



Dzień 3 – Bahar Dar, 2 stycznia 2016

Lądujemy w Addis bardzo wczesnym rankiem, choć w zasadzie przysłówek „bardzo” nie jest tu na miejscu, bowiem do czasu polskiego, jaki jeszcze wskazywał mój zegarek, trzeba było jeszcze dodać 2 godziny różnicy czasu. Tym niemniej udajemy się do stanowisk kontroli paszportowej i tu czeka nas kolejna niespodzianka. Najkrótsza, miesięczna wiza nie kosztuje już 30 dolarów, czego się spodziewałem, lecz 50. To chyba nowoczesność kosztuje – można bowiem zapłacić kartą, co też czynię a celnik do terminala wpisuje uczciwą cenę w birrach, policzoną po oficjalnej cenie kupna dolarów (a zawsze wpadnie 2% na loty Wizzem). Stojąc w kolejnej kolejce do kontroli paszportowej korzystam z okazji, by wymienić trochę gotówki – widzę bowiem, że w pobliskim okienku bankowym kurs jest dokładnie taki jakiego się spodziewałem – również uczciwy, bez żadnej dodatkowej prowizji „lotniskowej”. Największy banknot etiopski – 100 birr to z grubsza 5 dolarów, od okienka odchodzę więc z grubym plikiem niesłychanie pomiętoszonych banknotów, które skrzętnie rozkładam na różne kupki i kieszenie (również Żony), aby ewentualnie nie stracić wszystkiego za jednym zamachem w przypadku napotkania niezbyt przyjaźnie nastawionego tubylca.

Odbieramy bagaż i opuszczamy terminal międzynarodowy by, jeszcze w kompletnych ciemnościach, przejść pieszo na terminal krajowy, który znajduje się ok. 500 metrów dalej. Witaj Etiopio! Chyba ostatecznie udało się nam zostawić za sobą śniegi, wdychamy suche powietrze o zapachu traw i liści, o przyjemnej temperaturze pozwalającej ostatecznie pozbyć się swetrów i kurtek.

Załącznik:
089 Plane.jpg


Przy wejściu do terminala ma miejsce kontrola bezpieczeństwa, obserwujemy miejscowych, którzy ładują swoje dziesiątki paczuszek i torebek na taśmę maszyny do prześwietlania. Profilaktycznie nie robię jednak zdjęć. Po drugiej stronie nadajemy bagaże i przechodzimy do poczekalni, gdzie jest niesłychanie gorąco. Mają tu salonik Ethiopiana, ale mój PriorityPass tu nie obowiązuje – tym niemniej miła Pani częstuje nas wodą, co jest pewnym wybawieniem, gdyż wszystkie sklepiki są jeszcze pozamykane. Rozkładamy się na wygodnych szezlągach na krótką drzemkę.

Nie jest niespodzianką, że na karcie pokładowej mamy wydrukowany jeden numer bramki, na telebimie jest inny a obsługa wskazuje jeszcze inny. Ostatecznie to jednak człowiek wie najlepiej – po przeniesieniu się do przybramkowej poczekalni, oczekujemy na samolot, który jest, a jakże, opóźniony, ale niewiele, bo tylko godzinkę. W końcu jednak wsiadamy do naszego turbośmigłowego Bombardiera, ale to jeszcze nie koniec zamieszania. Jeden z pasażerów, poruszający się na wózku, dowiaduje się, że jego wózek z nim nie poleci. Osoba ta ma swojego etiopskiego opiekuna, który rozmawia z załogą, która twierdzi, że ten wózek zabiorą jutro kolejnym lotem. Opiekun nie zgadza się na to, bo jak słusznie zauważa „I don’t believe them!” („ja im nie wierzę!”) – chyba słusznie przypuszcza, że wózek już nigdy nie wróciłby do właściciela. Dzięki swojemu uporowi obsługa lotniska podstawia drabinę i wózek jednak ląduje w luku naszego samolotu.

Lot krótki, z okropną kanapką w ramach poczęstunku, ale za to można było podziwiać widoki na góry, Jezioro Tana i wypływający z niego Nil Błękitny, tuż przed naszym celu podróży – Bahar Dar. Mamy tu zarezerwowany hotel, przy swoich rewelacyjnych opiniach - stosunkowo niedrogi (30 USD/dobę), ze śniadaniami, w dodatku z bezpłatnym transferem z i na lotnisko (naprawdę polecam: „Delano Hotel”). W naszym mikrobusie jadą jeszcze Portugalczycy, którzy zaczynają rozmawiać o Kapuścińskim i jego „Cesarzu”. Przynajmniej tyle zrozumiałem po portugalsku, miło nam się zrobiło… Ponieważ dyskutowałem trochę z obsługą hotelu, to dali nam najlepszy, przestronny pokój na ostatnim piętrze z olbrzymim tarasem, poranny check-in też nie był problemem, a i codziennie mieliśmy świeże kwiaty. Jak się okazało minusem wysokiego piętra było jednak słabe ciśnienie wody…

Załącznik:
093 hotel.jpg


Po małym ogarnięciu ruszamy do miasta, aby złapać autobus do Tys Ysat („Dymiąca Woda”), gdzie znajdują się słynne wodospady Nilu Błękitnego. Autobus rzeczywiście stoi, a w zasadzie odjeżdża, bo jest pełny. Nie chcą już nas wcisnąć, każą czekać na następny, który odjedzie … jak się zapełni, rzecz jasna.

Widoki w drodze na dworzec autobusowy:
Załącznik:
94 ziarno.jpg

Załącznik:
097 osiolek.jpg

Załącznik:
099 koszyki.jpg


Rezygnujemy więc - przyjdziemy tu jutro z samego ranka, a teraz ruszamy nad jezioro, celem załapania się na wycieczkę do sławnych klasztorów na jeziorze Tana. Przy przystani cennik jest wywieszony i odpowiada temu co przeczytałem – 800 birr (40 USD) od łodzi za kilkugodzinną wycieczkę. Nie ma z kim podzielić kosztów, więc odpływamy sami…

Załącznik:
100 łódka.jpg


Najpierw podpływamy do klasztoru Azuwe Maryam, który jednak okazał się być również najładniejszym z wszystkich widzianym potem – dach kryty strzechą, wszędzie drewno i stare malowidła. Wkoło stare domy, bardzo naturalna atmosfera, brak turystów i naciągaczy. Oczywiście wstęp płatny osobno po 5 USD – jest to stała cena w tych klasztorach – każdy następny kosztował tyle samo (oczywiście miejscowi nie płacą). Odwiedziliśmy jeszcze trzy kolejne, ale te nie umywały się do pierwszego, widać było, że są wybudowane niedawno, a na niektórych ścianach znajdowały się … wydruki. Jestem tego na 100% pewien – to były komputerowe wydruki na tkaninie, rozwieszone potem na glinianej ścianie! Etiopczykom to nie przeszkadzało, całowali ściany i podłogę, oczywiście przed wejściem trzeba było zdjąć buty.

Najpiękniejszy monastyr wraz z okolicznymi atrakcjami:
Załącznik:
139 Azuwa Maryam.jpg


Przykładowy obraz z wnętrza:
Załącznik:
120 obrazy.jpg


A oto i kościelny dzwon:
Załącznik:
136 dzwon.jpg

Załącznik:
141 siano.jpg


Popłynęliśmy również do miejsca z którego wypływa Nil, w celu zobaczenia hipopotamów, które podobno w tym miejscu zażywają kąpieli. Jednak sądząc po znudzonej minie naszego sternika, była to tylko wyprawa pro-forma, a tych pięknych i groźnych zarazem zwierząt nie ma w tym miejscu od dawna. Niejako na pocieszenie spotkaliśmy jednak rybaka korzystającego z tradycyjnej, trzcinowej łodzi.

A to monastyr "nowoczesny", wydrukowany:
Załącznik:
140 EntosEyesu.jpg


Rybak wyglądał na autentycznego:
Załącznik:
169 rybak.jpg


Gdybym miał podsumować tę wycieczkę, to początek był fantastyczny (klasztor Azuwe Maryam), a potem atmosfera siadła. Odwiedziliśmy jeszcze małe muzeum na wyspie, gdzie Pani nie znająca angielskiego usiłowała nam objaśniać historię przedmiotów, które wyglądały jak z miejscowego sklepu z pamiątkami. Nie zawiodła przyroda – wiele ptaków leśnych i wodnych, dziko rosnące kawowce, choć obiecywanych hipopotamów nie było.

Załącznik:
151 ptaszek.jpg

Załącznik:
170 ptak.jpg


Wracając z przystani zaglądamy do miejscowej knajpki, gdzie zamawiam indżerę, jedyną jaka jest czyli „rybną” (co oznacza sosik z ościami). Indżera to placek z miejscowego zboża teff, który przed usmażeniem poddawany jest fermentacji. Powoduje to, że jest on kwaśny i sam w sobie niesmaczny (według Żony: niejadalny). Jednak niezwykle ostre dodatki zabijają ten smak swoją pikanterią, co przypomina nieco kuchnię hinduską. Zapijam oczywiście piwem, podstawowym napojem białych w na Czarnym Lądzie.

Załącznik:
193 obiad.jpg

Załącznik:
194 obiad.jpg


Tuż za naszą knajpką swój obiad zjada również piesek...

Załącznik:
195 pies.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 08 Lut 2016 10:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 268
niebieski
Fajnie napisane, czekam na dalszy ciąg :) byliśmy w Etiopii zaraz po Was i ogromnie jestem ciekawa Waszych wrażeń :) Muszę Cię jednak trochę zmartwić - hipopotamy w jeziorze Tana nadal są. Wszystko jednak pewnie zależy od sternika i jego determinacji, aby je znaleźć.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 14 Lut 2016 22:40 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień 4 – Bahar Dar, 3 stycznia 2016

Załamały mnie te ukryte hipopotamy (@Pestycyda), rozchorowałem się i przez kilka ostatnich dni nie mogłem pisać relacji. Ale dziś, w niedzielę, gdy zaczynam myśleć o powrocie do pracy, w ramach intelektualnej rozgrzewki postaram się opisać przynajmniej jeden dzień.

Minęła pierwsza noc, trochę komarów się zleciało, ale gdy zaczęły kąsać, to nad łóżkiem rozciągnęliśmy moskitierę (była na wyposażeniu). Okna mieliśmy pootwierane, przyjemny chłód krążył po pokoju, w początkowej fazie nocy wymieszany z etiopską muzyką. Przed naszymi oknami znajdowało się lokalne boisko, gdzie zorganizowane były występy artystyczne – zespoły taneczne i wokalne prezentowały swoje umiejętności. Impreza była biletowana, ale my, z naszego szóstego piętra, mieliśmy lepszy darmowy widok, niż osoby, które oglądały to z plastikowych siedzeń rozstawionych na murawie. Do czego jednak zmierzam – rankiem z zaciekawieniem obserwowaliśmy ekipę, która wykonywała tymczasowe przyłącze wodne na ten stadion. Polegało to na rozłożeniu węża, osłoniętego nieco twardszą rurą z PE, wprost na bruku, umocowaniu instalacji luźno rzuconymi kamieniami a następnie przysypaniu piaskiem. Ta genialna w swojej prostocie koncepcja okazała się mieć jedną wadę – ulegała destrukcji po każdym przejeździe ciężarówki. Spodziewałem się więc afrykańskiego rozwiązania tego problemu – czyli pozostawieniu pracownika na całą dobę, który naprawiałby konstrukcję w miarę potrzeb. Zawiodłem się. Któryś z pracowników zgłosił bowiem projekt racjonalizatorski – otworzyli znajdujący się przy ulicy ściek i zaczęli, w celu utwardzenia, polewać swój piach tymi nieczystościami. Czynili to w dodatku w niesłychanie wdzięczny sposób – nosząc brudną wodę na łopacie, narzędziu z gruntu dość płaskim…

Załącznik:
18 wodociąg.jpg


Tymczasem po śniadaniu, gdzie zapijałem się świeżym sokiem z gujawy (co potem okazało się błędem), zbieramy się na dół, gdzie ma przyjechać po nas busik i zabrać do wodospadów na Nilu. Zamiast jednak, tak jak planowaliśmy, jechać autobusem publicznym, wykupiliśmy wycieczkę zorganizowaną (za 250 birr / osobę) – nie uważaliśmy tego za specjalnie wysoką cenę, a liczyliśmy na wyższy komfort. Umówiliśmy się na godzinę 8.30, ale nie wzięliśmy pod uwagę tutejszego sposobu podejścia do czasu. Tak więc po 15 minutach oczekiwania recepcjonista dzwoni za nas pod zapisany numer. Tak, wszystko w porządku, oznajmia, wycieczka dojdzie do skutku. Kiedy dokładnie? To przecież oczywiste - gdy przyjedzie po nas organizator!

Wracamy relaksować się do pokoju, prosząc na recepcji o telefon gdy samochód się pojawi. Telefon zadzwonił mniej więcej po godzinie, co jednak pozwoliło na opisaną powyżej obserwację układania rury oraz wykonanie zdjęć otoczenia hotelu. Dla przykładu naszym sąsiadem była szkoła nauki jazdy.

Załącznik:
17 plac manewrowy.jpg


Droga do wodospadów jest, rzecz jasna, gruntowa. Samo auto również rzecz jasna – nie pierwszej młodości. Zastanawialiśmy się czy dojedzie? Dało radę, aczkolwiek kilka razy po drodze odpadły mu drzwi…

Załącznik:
19 auto.jpg


W miejscowości Tys Ysat (Dymiąca Woda) ruszamy naszą niemiecko-francusko-polską grupą na spacer do wodospadu. Czułem się jednak bardzo źle, więc zostałem na chwilę na końcu, aby oddać naturze poranny sok z gujawy. Zapewne przez brak zrozumienia dla tutejszego podejścia do czasu spowodował, że piłem go rano za szybko i dopadła mnie znana na świecie pod różnymi nazwami lokalna odmiana Zemsty Menelika.

Poniżej stary, portugalski most z 1620 roku, przechodzimy nim na drugą stronę. Wokół nas biegają dzieci żebrząc o cukierki lub usiłując sprzedać proste flety.

Załącznik:
20 most portugalski.jpg

Załącznik:
28 dziecko.jpg


Według organizatora naszej wycieczki, dziś wypada dzień kiedy nie pracuje zbudowana tutaj elektrownia wodna. W normalne dni pobiera ona 90% wody do wydrążonego w skale kanału, wolnemu spadkowi pozostawiając tylko niewielką strużkę. Trudno mi jednak stwierdzić, czy to prawda, bowiem sam wodospad był raczej lichawy. Wydaje mi się, że elektrownia jednak pracowała, choć z drugiej strony byliśmy tam w porze suchej, więc wody i tak mogło być mało.

Załącznik:
21 kanion.jpg

Załącznik:
23 wodospad z daleka.jpg

Załącznik:
30 dziecko2.jpg

Załącznik:
25 wodospad z bliska.jpg


Na drugi brzeg wracamy promem za niewielką opłatą, a potem autem tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Co ciekawe GPS pokazuje dozwoloną prędkość maksymalną 93 km/h. Choć na zdjęciu wydaje się równa, to żaden samochód nie przekraczał tu trzydziestki, ze względu na wielkie dziury.

Załącznik:
32 Nil.jpg

Załącznik:
36 powrót.jpg


W mieście oglądamy jeszcze 400-letnią wieżą, robimy zakupy i wracamy na wieczorny koncert na naszym stadionie…

Załącznik:
40 Bahar Dar kościół.jpg

Załącznik:
45 koncert.jpg


TBC.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 16 Lut 2016 20:54 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień 5 – Bahar Dar, 4 stycznia 2016

Dziś planujemy wyjazd na „dziko”, czyli bez organizatora, do wioski Zegie oraz znajdującego się za nią półwyspu i klasztorów. Byliśmy już tam łódką, ale według mapy pozostało jeszcze wiele do zobaczenia, a i czas nie będzie nas tak gonił, jak to czynił operator łodzi.

Idąc na dworzec autobusowy mijamy różowy Dubaj Bar. Nie wiem czy uczniowie szkoły znajdującej się naprzeciwko są jego najlepszymi klientami, ale ich strój jest idealnie kolorystycznie dopasowany.

Załącznik:
01 Dubaj Bar.jpg

Załącznik:
04 dzieci do szkoły.jpg


Pierwotnie mieliśmy zamysł wypożyczenia rowerów, ale nasz hotel ich nie posiadał (mimo zapisu w warunkach, że są za darmo dla gości hotelu) - a cena w mieście okazała się zaporowa (ok. 5 USD za godzinę). Zaczęliśmy więc szukać autobusu, ktoś nam pomógł, oczywiście za niewielki napiwek. Sam bilet również kosztował grosze.

Załącznik:
06 autobus do Segie.jpg


Droga (ok. 20 - 30 km) w większości po drodze gruntowej pozwalała zaobserwować niezwykłe zdolności Pana od biletów. Wypatrywał on ludzi pod samotnymi drzewami i choć było widać, że oni byli bardzo chętni do wejścia do autobusu, to jednak z reguły udawało się mu ich namówić.
W końcu dojechaliśmy do wioski, w której centralne miejsce zajmowało drzewo, a nieco dalej widać było minaret.

Załącznik:
08 wioska Zegie.jpg

Załącznik:
09 Zegie.jpg

Załącznik:
10 dom Zegie.jpg


Z wioski ruszyliśmy leśną drogą do klasztoru Ura Kidane Mehret. Po drodze mijaliśmy szkołę, jak i oczywiście uczniów, którzy bardzo chcieli się pochwalić swoimi zdolnościami językowymi, prosząc o długopis, cukierka lub pieniądze. Nie posiadając żadnej z tych rzeczy wymienialiśmy się imionami i pozdrowieniami.

Załącznik:
12 motyl.jpg


Po około godzinie dotarliśmy do klasztoru, przy którym znajduje się również muzeum, w którym znajdowały się stroje koronacyjne wraz z regaliami oraz tradycyjne etiopskie krzyże jako atrybuty władzy kościelnej.

Załącznik:
14 klasztor.jpg

Załącznik:
15 obraz klasztor.jpg

Załącznik:
16 muzeum.jpg


Mniej więcej w tym miejscu skończyła się nasza wycieczka z przewodnikiem. Teraz zaczęliśmy kierować się przez dżunglę do miejsca, które według GPSa było obiektem kościelnym, nie opisanym w naszej książce. Szliśmy przez gęstą dżunglę, trochę na azymut, co jakiś czas sprawdzając pozycję. To był marsz po plątaninie ścieżek, chyba częściowo wydeptanych przez ludzi a częściowo przez zwierzęta. Skręcały one nagle, rozwidlały się, żonę zaczął ogarniać strach, bowiem wydawało się jej, że obserwuje nas wiele par oczu. Powiedzmy sobie jednak szczerze, nawet gdybyśmy się zgubili, a bateria padła, to cały półwysep to jakieś 3,5 na 5 km, więc i tak szybko doszlibyśmy do brzegu i cywilizacji.

Załącznik:
28 ścieżka w lesie.jpg


W końcu doszliśmy do zabudowań, które wyglądały jak mały monastyr, ale były własnością jednej rodziny i służyły celom mieszkalnym. Umówiliśmy się z gospodynią, ze na końcu ją wynagrodzimy a w zamian nas oprowadzi i będziemy mogli robić zdjęcia.

Załącznik:
18 dom w lesie.jpg


Wnętrze domu wyglądało dokładnie tak jak inne monastyry, ale zostaliśmy dodatkowo wpuszczeni do środkowej części, która w kościołach jest niedostępna zwiedzającym. Znajdowały się tam nisze - półki na których spała cała rodzina.

Załącznik:
20 wnętrze domu.jpg


Bardzo ciekawe były również ule zrobione ze snopków słomy. Zrobiłem im zdjęcia, po czym zacząłem udawać, że żądlą mnie pszczoły - wprawiłem tym całą rodzinę w wesoły nastrój. Obejrzeliśmy również ich nowy dom - już o tradycyjnej, prostokątnej konstrukcji.

Załącznik:
24 ule.jpg


Przed domem gospodyni łuskała, prażyła oraz gotowała kawę. Resztki tego całego procesu widoczne sa na zdjęciu.

Załącznik:
22 palenie kawy.jpg


Najmłodszy członek rodziny.

Załącznik:
26 dziecko.jpg


Zapłaciliśmy im mniej więcej tyle ile wynosiła opłata za wstęp do innych klasztorów, co wywołało wielką radość i zadowolenie. W drodze powrotnej spotkaliśmy małpy, część zajęta była zabawami a część spożywaniem owoców kawy.

Załącznik:
30 małpa.jpg


Wracaliśmy tym samym autobusem, którym przyjechaliśmy (a stały w sumie trzy). Oto jeden z widoków z okna.

Załącznik:
32 powrót.jpg


Już w Bahar Dar uwieczniłem charakterystyczne rusztowanie na budowie. Podobnie wyglądały inne konstrukcje, rusztowania dla tynkarzy itp.

Załącznik:
34 rusztowanie.jpg


Na zakończenie pełnego przygód dnia delektowaliśmy się wspaniałym etiopskim winem. Sprzedawca w sklepie zdradzał nam jego tajemnicę - wino jest tak dobre ponieważ właścicielem i opiekunem winnicy jest bardzo doświadczony Francuz...

Załącznik:
36 Acacia.jpg


T.B.C.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 20 Lut 2016 19:53 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień 6 - Lalibela, 5 stycznia 2015

Załącznik:
1 samolot.jpg


„A pan przecież zna prawo kultury – że dwie cywilizacje nie potrafią się dobrze poznać i zrozumieć.”

I oto nadszedł ten dzień, kiedy nie znalazłem wspólnego języka z cywilizacją etiopską. Początek dnia przebiegał pomyślnie – nasz hotelowy bus na lotnisko przyjechał tylko 30 minut po umówionym czasie, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Pracownicy hotelu zapewniali, że na pewno nie spóźnimy się na samolot, co na szczęście okazało się prawdą. Lot z Bahar Dar do Lalibeli przebiegł również bez emocji. W hali przylotów przywitały nas kartki, iż cena transferu do Lalibeli (ok. 25 km) jest stała i wynosi 200 birr od osoby. W sumie to była dobra wiadomość, zdejmowała z nas ciężar negocjacji. W odróżnieniu od zielonych przestrzeni Bahar Dar, tutaj przywitały nas półpustynne górskie krajobrazy, z okrągłymi chatami krytymi strzechą.

Załącznik:
2 droga na lotnisko.jpg


Pierwsze kłopoty zaczęły się w hotelu – nie uznał on naszej internetowej rezerwacji. Jak się okazało, pośrednik poinformował nas co prawda o tym, ale akurat nie zajrzałem na tę skrzynkę mailową. Jovago – potentat na rynku afrykańskim – stosuje następującą metodę: wypuszcza wiele różnych kodów zniżkowych dla swoich klientów, a dopiero po fakcie negocjuje z zarezerwowanym hotelem obniżoną cenę. Ponieważ przybyliśmy tam tuż przed etiopskim Bożym Narodzeniem, hotel uznał, że nie ma sensu zgadzać się na zniżkę, skoro i tak w Lalibeli będą setki pielgrzymów i wszystkie miejsca będą zajęte. Takoż zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym – w drodze wyjątku hotel sprzeda nam pokój za jedyne 50 USD (pierwotnie miała być ok. połowa tej kwoty). Wkrótce prawda wyszła na jaw – cały hotel był pusty, bowiem i tak był za drogi dla miejscowych, którzy spali po prostu na trawnikach. Na szczęście Jovago zwróciło nam przynajmniej przedpłatę, bo obawialiśmy się, że i te pieniądze przepadną. Tak więc zameldowaliśmy się w hoteliku Aman, dość podłym - w porównaniu z luksusami z Bahar Dar.

Załącznik:
5 pielgrzym.jpg


Ruszamy do sławnych wykutych w skale kościołów, i tu znów porażka. Cena, choć wysoka, nie była zaskoczeniem (50 USD/osobę) – ale biuro wydające bilety jest zamknięte w południe. Czekaliśmy więc do 14-tej obserwując i fotografując pielgrzymów. Kilka zdjęć poniżej. Miejscowi oczywiście nic nie płacą za wejście, a my byliśmy wielokrotnie sprawdzani, jednak na szczęście bilet wystarczy kupić raz – jest on ważny przez cały pobyt w Lalibeli (oczywiście z paszportem – kontrola nazwiska).

Załącznik:
7 pielgrzym 2.jpg

Załącznik:
9 pielgrzymi pole.jpg

Załącznik:
11 pielgrzym 3.jpg


Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że Kościoły robią niesamowite wrażenie, szczególnie w okresie świątecznym, gdzie jest tak wielu ubranych na biało pielgrzymów. Turystów było naprawdę niewielu, nie spotkaliśmy żadnej zorganizowanej wycieczki.

Załącznik:
12 pielgrzym 4.jpg

Załącznik:
13 Swiety Jerzy.jpg


Wieczorem kościoły były zamykane ok. godz. 20.00, ale zarówno o tej porze, jak i rano zostawiłem Żonę w hotelu a sam poszedłem jeszcze raz oglądać je z zewnątrz i chłonąć atmosferę pielgrzymki i modlitwy. Rozmawiałem z młodymi ludźmi, którzy podawali się za studentów, wymieniliśmy się nawet mailami. O dziwo kilka dni po powrocie odezwali się przesyłając sympatyczne pozdrowienia.

Załącznik:
22 kościół.jpg

Załącznik:
23 w nocy.jpg


Mimo, że wrażenia z Lalibeli były niesamowite, to tutaj w szczególności było widać, że Etiopia (dla obcokrajowców) nie jest tania. W ciągu 24 godzin zeszło 200 USD na naszą dwójkę, byliśmy w wielu miejscach na świecie, gdzie wystarczało to na tygodniowy, pełen atrakcji pobyt…

Załącznik:
24 grupa wiernych.jpg

Załącznik:
25 pielgrzym.jpg


Drobne zakupy robiliśmy w "supermerkecie" - ciekawe czy by podpadł pod naszą ustawę o handlu wielkopowierzchniowym?

Załącznik:
26 supermarket.jpg

Załącznik:
20 reklama.jpg


TBC.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 21 Lut 2016 21:06 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień 7 - Gonder, 6/7 stycznia 2015

Kolejną dobę spędzamy w Gonderze, po przylocie nieoficjalny taksówkarz proponuje podwiezienie do miasta za 200 birr, na co przystajemy (to również ok. 20 km). Po drodze okazuje się, że nawet nieźle mówi po angielsku, więc uzgadniamy, że zabierze nas na wycieczkę do punktu widokowego w górach (Wunania) po negocjacjach za 600 birr (w tym przewodnik).

Załącznik:
01 punkt widokowy.jpg


Z naszego punktu widokowego nie widać sławnych gór Semien, co jednak wcale nie umniejsza jego atrakcyjności.

Załącznik:
03 widok.jpg


Po drodze mijamy niezwykle kamieniste pola, w całości uprawiane ręcznie. Wraz z miejscowymi trenujemy operowanie sierpem.

Załącznik:
04 pole.jpg


Po drodze do naszego przewodnika dołącza lokalny pasterz, który nas traktuje jako swoistą atrakcję.

Załącznik:
05 przewodnicy.jpg


Z nim z kolei udajemy się na przegląd zwierząt hodowlanych.

Załącznik:
07 na polu.jpg


Następną atrakcją było tropienie dżelad (znanych jako małpy o krwawiącym sercu). Udało się zobaczyć trójkę, jednak każda próba podejścia bliżej kończyła się ich ucieczką na bezpieczną odległość (ok. 200 m).

Załącznik:
09 dżelady.jpg


Po około 3 godzinach spacerów wróciliśmy do samochodu. Jak się okazało nasz taksówkarz dał przewodnikowi w ramach wynagrodzenia tylko 100 birr.

Załącznik:
10 widok.jpg

Załącznik:
12 koza.jpg


Wracamy do miasta, nasz hotel "Circle" przypomina nasz rodzimy, poznański "Okrąglak". Jednak czystość nie ta, nie ma również śladu po restauracji na najwyższym piętrze (która była polecana w naszym wydaniu przewodnika "Bradta"). Pozostały tylko gołębie.

Załącznik:
14 okrąglak.jpg

Załącznik:
16 gołąb.jpg


Następnego dnia rano chcemy zwiedzić miasto, przede wszystkim sławny kompleks pałacowy. Jest to jednak dzień Bożego Narodzenia obchodzonego według kalendarza etiopskiego. Napotykamy więc na uroczyste procesje, wszyscy są ubrani na biało, a dzieci są szczególnie urocze. Mistrz ceremoni niesie wielki, drewniany krzyż, a pomocnicy przenoszą cały czas dywany, tak aby kapłan ani przez moment nie dotykał ziemi.

Załącznik:
16 Boże Narodzenie.jpg

Załącznik:
18 dzieci.jpg

Załącznik:
20 Gwiazdor.jpg


Po zakupie biletów swoje usługi oferuje nam wielu przewodników, jednak cały kompleks (Fasil Ghebbi) jest dobrze opisany w naszej papierowej książce, więc rezygnujemy. Kilka fotografii poniżej, lwy zostały podobno usunięte z klatek po śmierci Hajle Selasje.

Załącznik:
22 Gonder.jpg

Załącznik:
24 Gonder 2.jpg

Załącznik:
26 klatka lwy.jpg


W miejscowym sklepiku zakupiliśmy poglądową pocztówkę, która zawiera nazwy wszystkich budynków znajdujących się na terenie kompleksu pałacowego. Trzeba przyznać, że to miejsce jest niezwykle czyste, dobrze utrzymane oraz, co może najważniejsze ciche i spokojne. Będąc w samym centrum miasta czuliśmy się jak w innej, lepszej rzeczywistości.

Po wyjściu kierujemy się według GPS do kościoła Debre Birhan Selassie, chyba najwspanialszego z dotychczas widzianych. Sama konstrukcja przypomina jednonawowe kościoły europejskie, jednak obfitość dekoracji jest fascynująca. W jednym z ciemnych rogów znajduje się portret Mahometa na wielbłądzie prowadzenogo przez diabła. Niestety zdjęcie bez flesza nie wyszło najlepiej, więc nie publikuję go tutaj.

Załącznik:
28 kościół Gonder.jpg

Załącznik:
30 wnętrze kościoła.jpg


Po opuszczeniu Kościoła wynajmujemy tuk-tuka i jedziemy do łaźni Fasilidesa, jednego z władców Gonderu. Obecnie wielki basen jest pusty, ale będzie on napełniany na święto Objawienia Pańskiego, a ubrani na biało wierni będą modlić się podobnie jeak to czynili dziś w kościołach. Basen jest otoczony murem obrośniętym korzeniami drzew, przypomionającymi bardzo niektóre świątynie w Angkor.

Załącznik:
34 basen.jpg

Załącznik:
32 papuga.jpg

Załącznik:
36 basen.jpg


Po powrocie do miasta, stołujemy się na głównym placu - zwanym Piazza, bowiem większość zabudowy powstała podczas okupacji włoskiej. Włosi pozostawili tu również pizzę, ale obecnie zupełnie nie przypomina ona oryginału. Jest bardzo gruba, obłożona niesłychaną ilością składników - okazała się jednak zjadliwa i spowodowała żadnych perturbacji żołądkowych. W okolicy przechadzał się strażnik z kałasznikowem na plecach.

Załącznik:
38 kałach.jpg


Na lotnisko odwiózł nas ten sam taksówkarz, jednak akurat hala odlotów była nieczynna, bowiem trwały prace czyszczące. Polegały one na rozlaniu wiadra wody, a następnie wychlupaniu jej miotłami na zewnątrz budynku. W środku witał nas uroczy lisokoń...

Załącznik:
40 lotnisko.jpg

Załącznik:
42 lisokoń.jpg


C.D.N.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 22 Lut 2016 07:20 

Rejestracja: 18 Cze 2015
Posty: 44
Loty: 55
Kilometry: 115 153
Ale bomba! Genialna wyprawa :D Macie moj glos na relacje miesiaca ;) Prosze o jak najwiecej zdjec, bo sa niezwykle interesujace. Nie zdawalem sobie sprawy, ze w Etiopii jest tak drogo...
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 22 Lut 2016 14:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Lip 2013
Posty: 472
Loty: 31
Kilometry: 61 615
Super relacja!
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#19 PostWysłany: 22 Lut 2016 22:26 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień 8 - Aksum, 8 stycznia 2015

Kolejnym etapem podróży było Axum – kolebka etiopskiej kultury, miasto, które istniało trzy wieki przed Chrystusem, wielokrotnie niszczona stolica, a obecnie niewielkie 50-tysięczne miasteczko. Tym razem rezerwacja przez Jovago nam się udała – hotel Africa po 20% zniżce kosztował 360 birr (65 zł), w dodatku niespodziewanie na lotnisku przywitał nas przedstawiciel hotelu, który oferował bezpłatny transfer dla klientów. Nawiasem mówiąc, w recepcji wisiała oficjalna stawka za pokój – 300 birr, ale cóż, jak widać każdy musi zarobić na białym…

Do hotelu przyjechał z nami Holender, który jednak odlatywał już rano, więc pobiegł szybko zwiedzać miasto. My udaliśmy się na kolację do restauracji, która kusiła niesamowitymi zdjęciami pieczonego kurczaka z frytkami. Rzeczywistość sprowadziła nas na ziemię – dostaliśmy opieczone kości, może jedynie skrzydełko było nietknięte.

Na pocieszenie w hotelu raczymy się sprawdzonym winem Acacia, a na zwiedzanie miasta planujemy udać się rankiem. Z menedżerem hotelu negocjujemy jeszcze jutrzejszą wycieczkę – rano ma przyjechać po nas tu-tuk z mówiącym po angielsku przewodnikiem. Całodzienne wożenie po okolicznych atrakcjach (po długich targach) ma kosztować 600 birr (ok. 115 zł) + bilety wstępu płatne osobno 200 birr (bilet łączony na wszystkie atrakcje poza kościołem Tsion Mariam). Pracownik hotelu prosi o zaliczkę 400 birr, a 200 mamy zapłacić jutro bezpośrednio właścicielowi tuk-tuka. Jak się łatwo domyśleć te 200 birr to była jedyna kwota jaką ten biedny człowiek otrzymał, resztę zatrzymał sobie hotelarz.

Załącznik:
00 rynek Aksum.jpg


Tradycyjnie zwiedzanie rozpoczynamy od głównego pola ze stelami, które wznoszono aby demonstrować siłę i znaczenie władców. Największa, 500 tonowa stela Remhaia leży strzaskana na ziemi (33 metry), kolejna została kilka lat temu sprowadzona z powrotem z Włoch (którzy ukradli ją podczas okupacji). Odwiedzamy również muzeum oraz podziemne grobowce. Turystów nie ma zbyt wielu, ale za to towarzyszy nam śliczna wiewiórka.

Załącznik:
01 Aksum.jpg

Załącznik:
05 Aksum2.jpg

Załącznik:
10 Wiewiór.jpg


Kolejnym punktem wycieczki jest Mai Shum, mały zbiornik zwany potocznie basenem królowej Saby. Wizja królowej zażywającej tu kąpieli nie znajduje potwierdzenia w faktach historycznych, ale mimo to kupujemy solidnie wyglądającą kamienną rzeźbę Saby i Menelika. Był on założycielem dynastii, a od jego imienia pochodzi słowo menel – pod koniec XIX wieku przebywający w Europie Menelik II, ubrany w różnokolorowe narodowe szaty, został uznany za ekscentryka i stąd powstało słowo, oznaczające obecnie raczej obdartusa nie dbającego o siebie, niż cesarza.

Jak się dowiadujemy od przewodnika, dla wielu najbiedniejszych osób zbiornik wody stanowi obecnie jedyne źródło wody pitnej.

Załącznik:
15 basen Saby.jpg


Niedaleko od basenu zatrzymujemy się przy trójjęzycznej tablicy, którą w latach 80-tych rolnik po prostu wykopał na swoim polu…

Załącznik:
20 kamień z inskrypcjami.jpg


Kolejnym punktem są grobowce Kaleba i jego syna Gebre Meskela. Kamienne trumny, niegdyś uznawane były za skrzynie na skarby. Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać przed ich wypróbowaniem.

Załącznik:
23 widok.jpg

Załącznik:
25 grobowiec.jpg


Wracamy do miasta, a ja wykupuję bilet do kompleksu Tsion Marjam. Żona odpoczywa, ponieważ do najstarszego kościoła w zespole kobiety nie mają wstępu. Oglądam malowidła wewnątrz, a towarzyszą mi śpiewy mnichów, co buduje specyficzną atmosferę medytacji. Na zewnątrz jeden z pielgrzymów rozmawia przez „krzyż komórkowy”. Fotografuję również nowy budynek, w którym, według tradycji, przechowywana jest Arka Przymierza. Na koniec zwiedzam lokalne muzeum, gdzie jednak nie można było robić żadnych zdjęć.

Załącznik:
30 Arka Przymierza.jpg

Załącznik:
40 pielgrzym2.jpg

Załącznik:
33 świątynia.jpg

Załącznik:
35 pielgrzym.jpg



Kolejnym punktem wycieczki był pałac Dongar (zwany oczywiście pałacem królowej Saby) – największy w Aksumie (50 pokoi), oraz znajdujące się przed nim pole ze stelami Gudit. Najprawdopodobniej był to cmentarz dla dostojników uznanych za mniej ważnych niż ci pochowani na głównym cmentarzu. Fotografuję drzewiasty kaktus, który jednak na zdjęciu nie sprawia wrażenia potężnego. W istocie ma rozmiary całkiem sporego drzewa, kilkukrotnie większego od człowieka. Na polu ze stelami małżonka doznaje z kolei fascynacji archeologicznej – jako absolwentka tego kierunku rozpoznaje w ziemi bardzo wiele narzędzi krzemiennych, ot tak walających się pośród zwykłych kamieni.

Załącznik:
45 kaktus.jpg

Załącznik:
50 stelle 2.jpg

Załącznik:
55 chrust.jpg


Ponownie wracamy do miasta, tym razem do grobowca króla Basena, który rządził miastem w czasach Chrystusa. Został on wykuty w litej skale, a w zwiedzaniu pomaga nam lokalny pasterz, który zapala świeczkę. Mimo iż nasz bilet obejmuje również to miejsce, to zostawiamy mu niewielki napiwek.
Żona niestety zaczyna cierpieć na bóle żołądka, więc postanawiamy nieco skrócić naszą wycieczkę (mieliśmy jeszcze jechać do klasztoru Pantaleona). W czasie gdy Małżonka odpoczywa w hotelu, ja udaję się biegiem za niezwykle fotogenicznym wozem przewożącym plastikowe butle na wodę.

Załącznik:
60 grobowce 2.jpg

Załącznik:
61 przewodnik.jpg

Załącznik:
62 owca.jpg

Załącznik:
65 pojemniki na wodę.jpg


Późnym popołudniem wracamy na lotnisko, gdzie na czas obsługi pasażerów otwierany jest „sklep wolnocłowy” z miodem. Tutaj też otrzymujemy wypisane ręcznie karty pokładowe, przedstawione na ilustracji we wcześniejszym wpisie. Co ciekawe, i za ten przelot otrzymujemy również 250 mil, bez konieczności ich wstecznego naliczania na stronie Miles&More. Trochę to więc dziwne – karty wypisane ręcznie, ale w systemie elektronicznym musieliśmy być również zarejestrowani.

Załącznik:
70 sklepik wolnocłowy.jpg


C.D.N.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 23 Lut 2016 22:49 

Rejestracja: 20 Maj 2011
Posty: 713
niebieski
Dzień 9 - Addis Abeba, 9 stycznia 2015

Nasz pobyt pomału zbliżał się do końca, wieczorem mieliśmy zaplanowany przelot do Addis Abeby, a na lotnisku miał na nas czekać transfer do hotelu (tym razem rezerwacja przez booking.com, w granicach 30 USD). Samolot o dziwo nie miał specjalnego opóźnienia, wychodzimy z terminalu, ale wśród wielu kartek z nazwiskami nie było naszego. W zasadzie im bardziej go wypatrywaliśmy, tym bardziej go nie było. W akcie desperacji pobiegłem jeszcze na terminal międzynarodowy, ale tam także pustka. Dzwoniąc z mojego telefonu na wskazany numer odzywa się amharski automat telefoniczny – nic nie rozumiem.

No cóż – jesteśmy w czarnej d…, zapadły egipskie (?) ciemności, postanawiamy wyjść z terenu terminalu, aby złapać tańszą taksówkę poza lotniskiem. W okolicach pierwszego ronda próbujemy – zatrzymuje się nieoznaczona stara Łada, kierowca najwyraźniej nie wie dokąd chcemy jechać. Daję mu więc numer do hotelu, a z jego aparatu udaje się nawiązać połączenie. Właściciel bardzo nas przeprasza, swoją nieobecność tłumaczy nieporozumieniem itp. Itd. Ostatecznie uzgadniamy, że to on pokryje koszt tego przejazdu i nie mamy się martwić. Kierowca odbiera szczegółowe instrukcje co do kierunku jazdy, ale i tak dzwoni jeszcze kilka razy aby dowiedzieć się jak dojechać do naszego hotelu. Trwa to tak długo, że kończy mu się kredyt na karcie telefonicznej, więc musimy również stanąć aby doładować komórkę.

W końcu docieramy do samochodu w którym czeka na nas pracownik hotelu. Taksówkarz dostaje 200 birr, z czego jest najwyraźniej niezadowolony (zanim jeszcze uzgodniliśmy, że to hotel za nas zapłaci, jego cena po targach wynosiła 250). Rozpoczynamy miłą pogawędkę, aby dowiedzieć się, że nasz pokój jest zajęty (rzekomo jeden gość rozchorował się i zajął pokój na dłużej). W związku z tym będziemy jeździć po okolicznych hotelach i sprawdzać, czy są miejsca. Na szczęście nie trwało to długo, dość szybko odnajdujemy satysfakcjonujące miejsce, 5 USD więcej niż pierwotna cena, ale za to z prywatną łazienką. Umawiamy się również na jutro ok. 18.00 na transfer powrotny na lotnisko.

Jesteśmy zestresowani całą sytuacją, ale i zadowoleni, że skończyło się to pomyślnie i to bez dużych dodatkowych kosztów. Mały problem pojawia się jeszcze z łazienką – mimo iż jest dość nowa i w przyzwoitym standardzie, to jednak nie ma ciepłej wody. Właściciel hotelu osobiście kręci zaworami, bada coś, ale bez powodzenia. Ostatecznie dostajemy klucz do innego pokoju, w którym jest woda (ale sam pokój wygląda dużo gorzej). Uzgadniamy, że tu się wykąpiemy, ale śpimy w naszym pokoju…

Załącznik:
02 gołębie.jpg


Rankiem chcemy wyruszyć do centrum, zaczynając od Muzeum Narodowego. W GPS-ie zaznaczam miejsce z którego wychodzimy (aby nie mieć kłopotów z powrotem do hotelu), idziemy w kierunku większej szosy, aby złapać busika jadącego w kierunku muzeum. Udało się to momentalnie, wsiadamy, a ja śledzę naszą trasę oceniam gdzie najlepiej wysiąść. Dojechaliśmy dosłownie 200 metrów od muzeum, a jechaliśmy niecałe 3 km. Cena 2,5 birra od osoby była zdecydowanie najniższą zapłaconą w Etiopii, można powiedzieć, że na koniec zobaczyliśmy jej tanie oblicze.

Do Muzeum docieramy dosłownie w momencie jego otwierania, bilet tylko 10 birr. Muzeum nie jest duże, ale ładnie utrzymane – wszędzie dwujęzyczne tablice, nowe gabloty, różnorodna ekspozycja. Najbardziej znana atrakcja – jeden z najstarszych hominidów – Lucy – to ledwie garść kosteczek umieszczonych za szybą, a więc inne, nie tak stare okazy, robią większe wrażenie.

Na kolejnych piętrach znajdują się eksponaty etnograficzne, na przykład kolekcja przenośnych stołków, które są tak ukształtowane, że w nocy służyły za poduszkę.

Załącznik:
10 poduszki.jpg


„Tron dodaje godności, ale tylko przez kontrast z otaczającą go pokorą, to pokorność podwładnych stwarza potęgę tronu i nadaje jej sens, bez niej tron jest tylko dekoracją, niewygodnym fotelem o wytartym pluszu i pokrzywionych sprężynach.” – to znów cytat z Ryszarda Kapuścińskiego, który wspominam, ponieważ na honorowym miejscu znajdujemy tron Hajle Sellasje.

Załącznik:
5 tron.jpg


Na zewnątrz stoi olbrzymia olmecka głowa (dar narodu meksykańskiego), ale chyba większe wrażenie robi rzeźba imperatora dającego lekcje 12 uczniom.

Załącznik:
15 Hajle Sellasje.jpg


Z muzeum ruszamy do mauzoleum Menelika II. Trasa wiedzie koło dzielnic rządowych, gdzie jeden z przechodniów doradza, abyśmy w ogóle nie wyciągali aparatu fotograficznego, aby nie narazić się na nieprzyjemności. Park przed mauzoleum jest bardzo czysty i zadbany, a największą niespodzianką są olbrzymie żółwie skubiące ze spokojem trawę. Jesteśmy zaskoczeni, że nie zostały one jeszcze skradzione i zjedzone. Ochrona musi być czujna ale i dyskretna, bowiem nie zauważamy żadnych strażników, aczkolwiek mur jest bardzo wysoki, a brama na pewno na noc zamykana.

Załącznik:
20 zółw.jpg


Cesarze Etiopii nosili tytuł negus negesti (król królów), i jest to drugie etiopskie słowo, które weszło do polszczyzny, znów w nieco pejoratywnym znaczeniu – jako nygus, czyli leń. Kupujemy więc bilet do krypty Menelika II (50 birr), w sumie byłoby to interesujące miejsce, gdyby nie to, że jednocześnie służy za miejscową rupieciarnię, w której walają się stare krzesła, dywany, meble. Znajdują się tu również grobowce jego żony oraz córki Hajle Sellasje.

Załącznik:
25 grobowiec Menelika.jpg

Załącznik:
30 grobowiec z zewnątrz.jpg


Przechodzimy na drugą stronę miasta, mijając rzekę jakże czystą i zachęcającą do wypoczynku przy szmerze wody.

Załącznik:
35 rzeka.jpg


Spacerując przez miasto mijamy monument w stylu socrealistycznym.

Załącznik:
40 monument.jpg


A za chwilę rekonstrukcję olbrzymiej armaty.

Załącznik:
45 armata.jpg


Nieopodal jemy pizzę, która nieco bardziej przypominała włoski oryginał, a po wyjściu mijamy Centralną Agencję Statystyczną, zajmującą bardzo imponującą rezydencję.

Załącznik:
50 Central Statistic Agency.jpg


Następnie skierowaliśmy się do tzw. dzielnicy ormiańskiej, gdzie, według przewodnika powinny znajdować się domy Ormian z początku XX wieku. Mimo iż na pewno dotarliśmy do właściwej ulicy, to jednak miejscowe budynki niczym nie różniły się od pozostałych - czyli, mówiąc w skrócie, były to slumsy. Umknęło mi jednak zdjęcie tej okolicy.

Jako ciekawostkę uwieczniłem jeszcze parkomat, z którego nikt nie korzystał.

Załącznik:
55 parkomat.jpg


W drodze do hotelu minęliśmy jatkę, nie wyróżniającą się pośród pozostałych. Kupiliśmy również czat, ale nie doświadczyłem żadnych specjalnych doznań po zażyciu, może coś źle żułem.

Załącznik:
60 jatka.jpg


Dzień kończymy na meczu ligi angielskiej, przy piwku w barze naszego hotelu. Za kilka godzin opuścimy Etiopię...

Załącznik:
65 bar.jpg


C.D.N.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
FLY4FREE: Relacja z NAMIBII - dostawczakiem we dwoje
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 24 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group