Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 64 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 25 Kwi 2021 00:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Tradycji stało się (niestety) zadość. Jestem już w domu, a relacja live ciągle jeszcze w Meksyku. Zaległość jest na szczęście stosunkowo niewielka, więc jest szansa, że szybko ją nadrobię. Zatem, do roboty...

Na drugi dzień pobytu w The Explorean zostaliśmy zapisani na wieczorną wycieczkę kajakową po jeziorze Chakambakam. Wyjazd z hotelu jest dopiero o 17:00, więc pierwszą część dnia postanawiamy spędzić na własną rękę w Bacalar. Co prawda i tam można wybrać się z The Explorean (również na kajakowanie), ale źle się wpasowaliśmy z terminem naszego pobytu, bo najbliższa wizyta na lagunie zaplanowana jest akurat na dzień, gdy stąd wyjeżdżamy. Recepcja oferuje nam co prawda rozwiązanie alternatywne: po wymeldowaniu moglibyśmy pojechać naszym autem za busem hotelowym, skorzystać z wycieczki kajakowej, a potem kontynuować podróż na północ, ale nie możemy z niego skorzystać, bo przyjechalibyśmy zbyt późno do Playa del Carmen i moglibyśmy nie dostać na czas wyników testów PCR. Zjadamy zatem śniadanie i ruszamy do Bacalar, do którego docieramy w ok. 50 minut.

Image

Image

Na początek jedziemy do centrum miasteczka, parkujemy przy forcie i robimy krótki obchód. To moja druga wizyta tutaj i widzę, że po kilku latach nic się nie zmieniło. Jest sennie, leniwo i w sumie nie ma za bardzo co robić. Szkoda, że nie ma tu jakiegoś dobrego punktu widokowego na lagunę. Jedynie między nadbrzeżnymi palapami, drutami energetycznymi i masztami żaglówek majaczy nieco wody. Niestety, widać, że nie wróciła jeszcze do kolorystyki z poprzedniej mojej wizyty tutaj. Zamiast lazurów, dominują odcienie zieleni.

Image

Image

Image

Image

Image

Kierując się podpowiedzią od recepcjonisty, jedziemy kawałek na południe, tam gdzie laguna jest najwęższa. Wzdłuż całej jej długości są dziesiątki punktów, w których można podjechać do brzegu i po zapłaceniu za wstęp właścicielowi terenu skorzystać z uroków okolicy. Na tym wąskim pasku, do którego się kierujemy, zasugerowano nam miejsce zwane "Laguna Bonanza". Za wstęp płacimy 40 pesos, a za godzinę pływania dwuosobowym kajakiem kolejne 150. Warunki są tu dość spartańskie, a chłopak kierujący "ośrodkiem" interesuje się bardziej tym, jak naciąć klienta (nam próbował wcisnąć, że pływaliśmy godzinę dłużej), niż żeby zadbać choćby o czystość WC. Gdybym miał kiedyś jeszcze wrócić w te okolice, wybrałbym raczej sąsiednie Los Rapidos Bacalar (http://www.rapidosbacalar.com/), bo zdaje się, że oprócz własnych gości przyjmują tam też wycieczkowiczów takich, jak my. Co do zasady jednak, potwierdzam, że faktycznie, w tym miejscu laguna prezentuje się, jak za dawnych lat. Ostrzegam tylko, że nazwa "Los Rapidos", którą ochrzczono przesmyk, nie jest przypadkowa. Płynąc nim w kierunku od Bacalar (od głównej części laguny) na południe (np. do Bonanzy), trzeba powalczyć nieco z dość silnym prądem. Za to w drugą stronę, w zasadzie wiosłować nie trzeba :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy na lunch do hotelu. Za jakieś 2 godziny mamy zarezerwowaną wycieczkę jeziorną.

Image

Niestety robi się pochmurno. Po zmroku nie ma to normalnie większego znaczenia, ale akurat w tym wypadku jestem zawiedziony, bo elementem wycieczki miało być oglądanie gwiazd z miejsca pozbawionego sztucznego oświetlenia, a uwielbiam takie warunki. No nic, nie będę marudził. Jak dotąd pogoda jest rewelacyjna, więc ten jeden pochmurny wieczór nie może zepsuć wrażeń.

Jedziemy 3 niewielkimi busami, razem z kilkonastoma innymi gośćmi. Jeden z busów ciągnie przyczepę z kajakami. Dojazd zajmuje nam ponad godzinę, z czego połowę schodzi na leśną drogę gruntową w stylu rajdu Dakar.

W sieci nie ma zbyt dużo informacji o Chakambakam. Mam wrażenie, że miejsce jest znane wyłącznie gościom The Explorean, który na brzegu jeziora ma swoją bazę. Po dotarciu do niej i wypakowaniu kajaków ruszamy za przewodnikiem. Ideą tej wycieczki jest wiosłowanie po jeziorze na pograniczu dnia i nocy, przyglądanie się tutejszej faunie i florze, delektowanie się dźwiękami natury, no i owe oglądanie gwiazd, którego dziś z powodu zachmurzenia nie będzie. Mało tego, im dalej płyniemy, tym bardziej warstwa chmur gęstnieje, w oddali zaczyna grzmieć i błyskać. Początkowo irytuje mnie to, ale po czasie dostrzegam urok tej sytuacji. Robi się tak jakby - przepraszam za górnolotność - magicznie. Czarne chmury, plusk wioseł, śpiewające ptaki, nawołujące się małpy, drzewa moczące swe gałęzie w ciepłych wodach jeziora, szelest trzcin łamanych przez przepływające przez nie kajaki... A gdy już pod koniec, w zupełnych już prawie ciemnościach dopada nas deszcz i musimy wypatrywać przewodnika z latarką, której światło wskazuje drogę, robi się niemal przygodowo.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na brzegu, pod palapą czekają na nas przykryte obrusami stoły, przy których zostajemy ugoszczeni kremem z grzybów oraz kurczakiem zapiekanym w cieście. Zagadaliśmy się za bardzo z siedzącym obok Niemcem Svenem i jego meksykańską dziewczyną Marcelą, stąd zdjęć pokarmów brak. Po kolacji w miłej atmosferze, wracamy do hotelu. Trzęsie znowu niemiłosiernie, ale na szczęście bez skutków ubocznych. Na miejscu jesteśmy ok 22:00. Dzień można uznać za skonsumowany.
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#42 PostWysłany: 25 Kwi 2021 22:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Nasz ostatni pełny dzień w The Explorean ma dwie odsłony: pierwszą aktywną, poświęconą na hotelową wycieczkę do Dzibanché i Kinichna, a potem drugą, leniwą, przeznaczoną na dolce far niente, czy raczej "lo dulce de no hacer nada", jak to się (ponoć) zwie po hiszpańsku.

O 10:00 pakujemy się z kilkunastoma innymi gośćmi do dwóch busów i po ok. półtorej godziny jazdy docieramy do Dzibanché. Końcowa część drogi tu prowadzącej jest w fatalnym stanie. O ile w przypadku dojazdu do obozowiska nad jeziorem wertepy były dość zrozumiałe, o tyle tutaj nie mają żadnego usprawiedliwienia. Jeśli będziecie chcieli wybrać się tu wypożyczonym autem, zastanówcie się dwa, albo i trzy razy. Jak nie dziury i wyboje, to ostre gałęzie krzaków na poboczu, które przy mijankach na wąskiej ścieżynie rysują lakier, aż zęby bolą.

Nie będę mydlił Wam oczu. Wizyta tutaj nie wynika z tak wielkiej mej miłości do majańskich ruin, że po odwiedzeniu Chichen Itza, Uxmal, Edzna, Calakmul i Kohunlich, teraz czuję magnetyczne przyciąganie w ramiona Dzibanché i Kinichna. To po prostu mój wewnętrzny Janusz mówi mi: "jest za friko? To jadziem!". Poza tym, nie ma specjalnie alternatywy. Siedzieć nad basenem byłoby bez sensu, a i własnym autem nie do końca jest już gdzie jechać. Chetumal - jak czytałem - to nic nadzwyczajnego, w Mahahual już byłem, a do Belize nie wiem nawet, czy by nas wpuszczono.

Każdy bus, to oddzielna grupa. Idziemy zatem w piątkę (teksański Meksykanin z jeszcze bardziej teksańską lubą, samotna Meksykanka, której mąż wybrał basen, no i my dwaj) za przewodnikiem Carlosem i dochodzimy do wniosku, że jest naprawdę fajnie. Carlos, mimo że o wielu rzeczach już słyszeliśmy (Xibalba, pok-a-tok, łuk Majów, itp.), opowiada ciekawie, co rusz wrzucając nowe dla nas tematy, np. o wojnie między Dzibanché, a Kohunlich (wygranej przez to pierwsze miasto), "zarejestrowanej" specjalnymi rysunkami i inskrypcjami na schodach. Spróbujcie je jednak dostrzec :D

Image

Carlos zwraca też naszą uwagę na linie z drobnych kamyków, którymi archeolodzy oznaczali granicę między strukturą oryginalną, a zrekonstruowaną. Przewodniczka w Edzna również nam to pokazywała, ale tam miało to postać pojedynczych kamieni ułożonych w pewnej odległości od siebie. W Dzibanché wygląda to tak, jak np. w okolicy maski:

Image

Najciekawszą historią jest chyba hipoteza o tym, że kobieta, której grobowiec znaleziono wewnątrz piramidy (prowadzą do niego schody, do których dojście jest obecnie zamurowane) dokonała tu samoofiarowania, zadając sobie śmierć kolcem z ogona płaszczki.
Poza tym, Dzibanché może być alternatywą, jeśli ktoś nie ma czasu na wizytę w Bonampak. Są tu bowiem zachowane pewne fragmenty ścian z oryginalnymi kolorami. Nie jest to z pewnością tak dobrze widoczne, jak w Bonampak (sądząc po zdjęciach), ale i tak patrzymy na pracę jakiegoś artysty sprzed 2 tys. lat, w takich barwach, w jakich ją wykonał.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Carlos pokazuje co rusz malutkie fragmenty zabarwionej na ciemno pomarańczowo ceramiki. To resztki płytek, którymi były wyłożone ściany tutejszych budynków. Wyciąga też z pudełka przypominający muszlę instrument, który tu odnalazł (chyba powinien był go komuś oddać, ale pozostawiam tą kwestię jego sumieniu) i pokazuje, jak działał. Są też chicozapote, ale jeszcze niedojrzałe. Zapewne zrzuciły je małpy buszujące w koronach drzew. Przy okazji, dostrzegamy też "korytarze" wybudowane na pniach drzew przez termity, których gniazda widać wysoko w górze.

Image

Image

Image

Image

Podjeżdżamy jeszcze na chwilę do oddalonego zaledwie o kilometr Kinichna, w którym stoi samotna piramida - najprawdopodobniej obserwatorium astronomiczne mędrców z Dzibanché.

Image

Image

Image

Image

Image

Czas wycieczki dobiega końca. Wsiadamy do naszego busika i wracamy do hotelu, odbywając najpierw drogę przez mękę. Jak jednak wcześniej zasygnalizowałem, po powrocie mamy labę, więc znosimy to bohatersko :D
Dziś nasza ostatnia kolacja w The Explorean. Wybieram krem z kukurydzy i krewetki. Jak zwykle, wszystko smakuje świetnie, więc dzień kończymy w dobrym humorze. Coraz bardziej doskwiera jednak świadomość, że dzień wylotu jest już na wyciągnięcie ręki...

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
benedetti uważa post za pomocny.
 
 
#43 PostWysłany: 25 Kwi 2021 23:43 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 4323
złoty
Z tymi różnymi ruinami jest jak np. z gwatemalskimi Yaxha, do których też jest fataaaalny dojazd w końcowym odcinku po wertepach i wielkich kałużach, ale za to można mieć całe miasto praktycznie dla siebie, w przeciwieństwie do "zadeptanego" przez turystów pobliskiego Tikal. I choć Yaxha nie jest oczywiście tak monumentalne architektonicznie, jak Tikal (choćby dlatego, że całkiem spora część jego struktur pozostaje nawet nieodsłonięta do tej pory), to na mnie zrobiło w sumie większe wrażenie dzięki właśnie tej "tajemniczości" i "dzikości" od pełnego ludzi Tikal.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#44 PostWysłany: 26 Kwi 2021 16:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
To nasze ostatnie śniadanie w The Explorean. Przychodzimy bardzo wcześnie, tak by wymeldować się i ruszyć dalej jak najszybciej. Chcemy jak najsprawniej dojechać do Playa del Carmen, gdzie mamy ostatni nocleg oraz czas na wykonanie testu PCR.

Image

Image

Image

Do przejechania mamy dziś 340 km. Mapa pokazuje, że zajmie nam to ciut ponad 4 godziny, ale w rzeczywistości, mimo 2 krótkich postojów, do centrum Playa del Carmen docieramy ok. 20 minut szybciej. Aż do Tulum droga jest niemal pusta i jedzie się bardzo przyjemnie. Od przekroczenia rogatek Tulum zmieniam nieco swoją opinię o meksykańskich kierowcach. Tu pozwalają już sobie na większe swawole. Później, już w okolicy Playa del Carmen trafia mi się nawet młodzik w Lexusie, który miganiem światłami dopomina się ode mnie ustąpienia drogi na lewym pasie, mimo że prawy jest zawalony, a nasz Dodge jedzie z prędkością ponad 110 km/h, więc nie jest spowalniaczem.

Wykonanie testu zaplanowaliśmy w laboratorium Mavelsa (1900 MXN), którego jeden z dwóch punktów ulokowano zaraz przy Parque Los Fundadores. Pierwotnie planowałem skorzystanie z tańszego o 100 MXN laboratorium Amatista, ale dzień wcześniej powiedzieli przez telefon, że musielibyśmy być u nich do 11:00, by mieć pewność, że wynik będzie na czas, a to wymagałoby zrywania się z The Explorean o świcie. Gdyby chodziło o dojazd do Salud Digna w Cancun, gdzie testy PCR robią za 950 (!) MXN, warte byłoby to rozważenia, ale dla zaoszczędzenia 100 pesos, to my już jesteśmy za starzy, by skracać sobie sen :D .

Wykonanie testu zajmuje nam jakieś 20 min. (zarejestrowanie się na stronie Mavelsa i pobranie wymazu w ambulansie). Opłatę za parking mamy jeszcze na jakieś pół godziny, więc robię krótki obchód w okolicy parku, a kolega idzie na rekonesans, czy da się tu zrobić w normalnych cenach jakieś zakupy pamiątkowo-prezentowe.
Kolor Morza Karaibskiego, jak to w tej części Meksyku, jest jak zwykle oszałamiający, ale na wodzie majaczą specjalne zapory przeciw algom, których atak na meksykańskie wybrzeże znowu przybrał na sile.

Image

Kilkanaście metrów od punktu Mavelsy zaczyna się akurat pokaz grupy akrobatycznej, odtwarzającej majański rytuał "latania" z głowami w dół. Z ziemi wydaje się, że to bułka z masłem, ale z moim lękiem wysokości, u góry na pewno nie byłbym już takim hojrakiem :D .

Image

Image

Image

Spotkamy się ponownie przy punkcie Mavelsy. Obaj chcemy jak najszybciej opuścić to miejsce i dostać się do RIU Lupita, gdzie mamy ostatni nocleg.
Centrum Playa del Carmen - niby zgodnie z oczekiwaniami, ale nieco się łudziłem, że będzie inaczej - okazuje się esencją tego, czego nie cierpię: komercji, nachalności, naciągactwa, naoliwionych tłumów, harmidru, szmiry i konsumpcji. Ohyda... Choć i tak postanawiamy podjąć jeszcze jedną próbę, tyle że wieczorem.

Hotel RIU Lupita został wybrany, jako zabezpieczenie na wypadek pozytywnego wyniku testu. Zgodnie bowiem z ofertą sieci RIU, kupując nocleg bezpośrednio u nich, jest się objętym programem RIU Protect (https://www.riu.com/riu-protect), który niezależnie od ilości zarezerwowantch noclegów, w razie problemów daje za darmo zakwaterowanie na okres do 14 dni. Przy cenie 120 EUR za 2 osoby (all inclusive), to bardzo dobra oferta.

Image

Image

Image

Owszem, wolałbym przespać się w Hiltonie, w którym mieliśmy nawet rezerwację, ale tam zabezpieczenie covidowe jest dodatkowo płatne (nawet dla diamondów), a do tego za noc wychodziło prawie dwa razy więcej. Aż taki lojalny wobec HH to ja nie jestem.

Lupita znajduje się w centrum ogromnego obszaru mieszkalno-wypoczynkowego pod nazwą Playacar. Do plaży jest stąd kawałek drogi (kursuje darmowy bus), ale ma to dla nasz trzeciorzędne znaczenie. Przy jednej tylko nocy, dopłacanie kilkudziesięciu lub więcej euro do innego hotelu RIU w tym kompleksie tylko po to, by być blisko brzegu, nie ma najmniejszego sensu.
Lupita jest na nasze dzisiejsze potrzeby idealna. Obłożenie jest niewielkie, więc pokój czeka gotowy, mimo że meldujemy się ponad 2 godziny przed regulaminową 16:00. Od razu możemy skorzystać z lunchu (normalny, pre-covidowy, bardzo obfity i smaczny bufet!), po którym - jak na ośrodek all inclusive przystało - rozwalamy się na basenie. Tu kolejna zaleta Lupity: nikt nie rezerwuje leżaków, a basen jest całkiem duży i pusty, idealny do pływania.

Słońce chyli się ku zachodowi (na którego obserwację po tej stronie Jukatanu nie ma szans), więc wracamy na piechotę do handlowego piekła Playa del Carmen, licząc, że uda nam się odnaleźć jakiś spokojny zaułek. Zaraz po przejściu przez bramę oddzielającą Playacar od reszty miasta, trafiamy na uliczkę, przy której w typowym sklepiku na parterze sympatyczna para, bez nawoływania, wabienia i kuszenia, oferuje masę różnych miejscowych wyrobów. W porównaniu do jarmarku odbywającego się kawałek dalej, to prawdziwa oaza spokoju i uczciwości. Szczegóły tu: zakupy-w-playa-del-carmen,774,158369.

Wracamy na bufetową kolację (Boże, jakie to niesamowite wrażenie móc sobie po roku nałożyć samemu jakieś fajne jedzenie na talerz :D ), a potem trzeba się jeszcze trochę spakować.

Skoro nie można tu oglądać zachodów słońca, rano zrywamy się o świcie, by zobaczyć, jak o 6:26 nasza gwiazda wyłania się z Morza Karaibskiego. Mapa pokazuje, że dojście do klubu plażowego Lupity zajmie nam 40 minut (niestety, trzeba iść okrężną drogą - alternatywą jest nielegalne przemknięcie przez pole golfowe Hard Rock), ale chód mamy dziarski, a ochroniarze położonego bliżej RIU Palace pozwalają nam przejść na plażę przez teren tego hotelu, więc spacer zajmuje nam niecałe 30 minut.

Image

Image

Image

Image

Po śniadaniu ustalamy w recepcji, że zamiast wymeldowania o 11:00 możemy przedłużyć pobyt o kilka godzin, w zamian za 180 pesos za dwie osoby, za każdą godzinę. Samochód mamy zamiar oddać dopiero ok. 16:00, więc ustalamy, że wymeldujemy się o 14:00 (hotel jest około godziny drogi od punktu wypożyczalni America, a trzeba jeszcze zatankować i mieć na wszelki wypadek jakiś zapas czasowy). Za 3 godziny dopłacamy 560 MXN. Te ok. 60 zł. to świetna inwestycja. Możemy nadal korzystać z pokoju i z wszelkich udogodnień hotelowych, z restauracją na czele.

Ostatnie podrygi tego wyjazdu to przejazd do Cancun. Idzie sprawnie, do momentu, gdy docieramy do korka spowodowanego remontem obu pasów w kierunku do Cancun. Uff, dobrze, że nie jedziemy na styk, bo mogłoby być ryzykownie, zwłaszcza że później ruch na pewno znacznie się zwiększa.

Zatankowanym na full autem docieramy do punktu wypożyczalni America. O ile proces odbioru auta mocno nas zirytował, tym razem akcja jest tak sprawna, jak na Teneryfie niemal. Wjeżdżamy na plac, sympatyczny pracownik kieruje nas na ławeczkę, a sam w minutę sprawdza auto (paliwo, komplet kół, obejście samochodu dookoła). Nie widzi problemów, w kantorku zwalnia kaucję i prosi o poczekanie maksymalnie 15 minut na busa jadącego na lotnisko. Ledwo wychodzę z kantorka, a tu właśnie podjeżdża bus, do którego ładujemy się z czterema innymi osobami i jedziemy na nasz terminal 4. Całość, od wjazdu na parking America do wejścia do terminalu zajęła nam góra 30 minut! Ech, gdyby równie sprawni byli po naszym przylocie...

Do odlotu mamy 3 godziny, ale check in jest już czynny. O ile nadanie bagażu załatwiamy szybko (z bólem serca patrząc na kolejkę do odprawy w klasie ekonomicznej), sporo czasu zajmuje nam wypełnienie meksykańskiego covidowego formularza wyjazdowego. Nie dość, że nie rozumiem, po co im w ogóle ten formularz, to jest on w niektórych miejscach niejasno sformułowany, albo ma błędy techniczne. Na androidzie idzie jako tako, ale u kolegi na iPhonie wyskakują jakieś bugi.
O dziwo, nikt nie pobiera od nas podatku, o którym informował jakiś czas temu @skrzat (nowy-podatek-od-1-04-w-stanie-quintana-roo-np-cancun,774,157740). W cenę biletów wliczone to raczej nie było, bo zakupione zostały kilka miesięcy temu, przed wprowadzeniem podatku, więc może to na razie zawiesili?

Potwierdza się niestety, że pasażerowie TAP nie mają w CUN dostępu do saloniku, więc zapuszczam się do sklepu wolnoclowego, czego w zasadzie nie praktykuję. Zostało mi trochę pesos, które przeznaczam na pyszny meksykański likier "1921"(coś a la Baileys, tylko na bazie tequili). Pewnie zdzierają w porównaniu z miastem, ale tak to już jest z zakupami na ostatnią chwilę.

Czas do odlotu mija szybko. Idziemy do naszej bramki, trafiając po drodze na taką oto ciekawostkę gastronomiczną:

Image

Czuję się już niemal, jak w domu. Najpierw jednak lot do Lizbony, a potem do Warszawy i jeszcze transport do Gdyni. O tym wszystkim, wraz z pewnym podsumowaniem, w kolejnym odcinku, który będzie również ostatnim.

Edit: co do wyżej wspomnianego exit tax akurat na LL ukazał się artykuł:
https://loyaltylobby.com/2021/04/26/rem ... r-cozumel/
No i nie wiem, czy to John Ollila jest niedoinformowany, czy to my z jakiegoś powodu trafiliśmy na jakąś lukę i zaoszczędziliśmy te niebagatelne 11 USD :D
Góra
 Relacje PM off
26 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#45 PostWysłany: 26 Kwi 2021 18:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 773
Loty: 267
Kilometry: 426 968
srebrny
Super się czytało. Tym bardziej, że w relacji niemal nie odczuwa się tego nieprzyjemnego covidowego powiewu - zdaje się jakoby go nie było wręcz, normalnością jakby powiało :)
Czy na miejscu w rzeczywistości odczuwałeś mocno ograniczenia, tylko się nimi w swej uprzejmości nie dzieliłeś, czy może jest tam faktycznie w miarę normalnie?
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#46 PostWysłany: 26 Kwi 2021 18:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Miałem zamiar napisać o tym w ostatnim odcinku, ale skoro padło pytanie, poruszę ten wątek już teraz (a potem może coś mi się jeszcze przypomni).
Po tym wyjeździe mam jeszcze większy mętlik w głowie w odniesieniu do pandemii, niż wcześniej. Z jednej strony, daleko mi do tych, którzy kwestionują jej istnienie i snują teorie spiskowe, ale z drugiej, wizyta w Meksyku pozwala dostrzec, jak niedobre są rozwiązania przyjęte u nas (oczywiście, dostrzec to można i bez wyjeżdżania z Polski, ale zmiana perspektywy wyostrza krytyczne spojrzenie).
Po ostatnich tygodniach w Polsce z bardzo wysoką zachorowalnością oraz śmiertelnością (i to pomimo dużych restrykcji), odwiedzone przez nas stany Meksyku jawią się, jako miejsca, które przyjęły modelowy sposób postępowania. Jasne, nie osiągnięto tu sukcesów takich, jak w Azji, czy na antypodach, ale to już zupełnie inna liga.
Nie obserwowałem uważnie rozwoju pandemii w Meksyku począwszy od lutego/marca 2020 r., ale wydaje mi się, że tam nigdy przez ten ponad rok nie wprowadzono lockdownu, nie zamknięto granic, nie wprowadzono kwarantanny, ani wymogu testowania, a mimo to, nie dobili (o ile dobrze kojarzę) do poziomów takich, jak u nas, czy w innych krajach mocno pokiereszowanych wirusem. Nie jest tu jednak tak, jak opisywali forumowicze wizytujący Zanzibar, czy inne rejony Tanzanii, gdzie oficjalnie choroby w ogóle nie było. W Meksyku nikt jej nie kwestionuje, jest świadomość ryzyka, o którym informują liczne grafiki, plakaty, nalepki, itd. Co więcej, ludzie bardzo się tu pilnują, nawet w stanie Campeche, który wg oficjalnej systematyki ma już od dość dawna kolor zielony, czyli o znikomym zagrożeniu. Wszyscy noszą maseczki, czasem nawet samotne osoby w autach. Zaskoczyło mnie, że nie rezygnują z nich nawet mieszkańcy wiosek. Jeśli ktoś nie ma maseczki, to raczej na bank turysta. Do tego, wejście do każdej restauracji, średniego, czy większego sklepu, poprzedzone musi być zmierzeniem temperatury i namaszczeniem rąk żelem odkażającym.
Rygory zatem są, ale w zamian za to jest możliwość zjedzenia posiłku w restauracji (z liczbą stolików ograniczoną w zależności od koloru obowiązującego w danym stanie), hotele działają, punkty usługowe działają, a na plaży, basenie, czy przy stoliku człowiek o pandemii zapomina zupełnie. Życie toczy się normalnie, a maseczki, czy żele są tylko niedogodnościami, które uprzykrzają wakacje w drobnym stopniu.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#47 PostWysłany: 26 Kwi 2021 21:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Wrz 2012
Posty: 1283
Loty: 131
Kilometry: 218 499
srebrny
@tropikey w 100% podpisuję się pod tym co napisałeś. Odnosiłem podobne wrażenie będąc w Meksyku w zeszłym roku jak i w Kostaryce w bieżącym roku.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#48 PostWysłany: 26 Kwi 2021 22:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Lip 2016
Posty: 614
srebrny
tropikey napisał(a):
Za 3 godziny dopłacamy 560 MXN. Te ok. 60 zł. to świetna inwestycja.


560 MXN to ok 106 pln :)
Tak czy inaczej @tropikey świetna relacja. Dzięki!
BTW nr 1: Ja też dodatkowych taxów nie płaciłem w Meksyku.
BTW nr 2: W CUN jest salonik na PP (jeżeli posiadasz).
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#49 PostWysłany: 26 Kwi 2021 22:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Mam rozmach. Te 106 zaokrągliłem do 120 :D (bo te 60 zł to od łebka).
Co do PP, to mam (z karty Santandera), ale to tylko 4 wejścia, więc oszczędzam na lepsze czasy (z mniejszymi restrykcjami w salonikach).
Góra
 Relacje PM off  
 
#50 PostWysłany: 26 Kwi 2021 23:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Czas na zakończenie :)

LOT powrotny mija równie bezproblemowo, jak ten do CUN. Pasażerowie schodzą się do C znacznie wolniej, niż za pierwszym razem, więc jest nawet zdjęcie kabiny :)

Image

Image

Ostatecznie, znów niemal wszystkie fotele są zajęte. Jeśli średnie obłożenie jest cały czas takie, jak na obu moich lotach, to TAP dobrze wyjdzie na tym kierunku.

Linia ponownie spełnia moje oczekiwania.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na forum czytałem sporo niepochlebnych opinii o nich, ale muszę przyznać, że ja sam nie mam się do czego przyczepić. Mimo częstych zmian w rozkładzie, o których początkowo nie byłem nawet informowany (potem się to zmieniło), zawsze wszystko zostało załatwione zgodne z oczekiwaniami, a godziny lotów są świetne. Przylot do CUN o świcie (04:15) i lot powrotny późnym popołudniem (19:15) dają możliwość pełnego wykorzystania czasu na miejscu. A i doloty z/do Warszawy są w bardzo korzystnych godzinach, pozwalających na krótkie przesiadki w LIS.

Dopiero w drodze powrotnej zwracam uwagę, że mają fajne safety video, w którym instrukcję bezpieczeństwa przedstawiają obcokrajowcy mówiący po portugalsku (jest też Polka):



Ten lot jest też o tyle inny, że po wylądowaniu wzruszona stewardesa prosi pasażerów o oklaski dla kapitana, dla którego był to ostatni rejs przed emeryturą.

O ile TAP oceniam pozytywnie, o tyle sytuacja na lotnisku w LIS, w strefie non-Schengen jest katastrofalna. Wychodzimy z korytarza do hali, w której odbywa się kontrola paszportowa, a tam jakiś armagedon! Setki ludzi w kilku różnych, a może tak pozawijanych kolejkach, dzieci płaczą, starcy mdleją, ludzie z obłędem w oczach (w tym i my) szukają właściwego ogonka, a w tym wszystkim ledwie trzy osoby do pomocy, rozrywane na lewo i prawo niczym sanitariusze w czasie desantu na wał atlantycki.
Znajdujemy swoją kolejkę, z której co chwila ktoś odsyłany jest do innej (po wcześniejszym odstaniu tutaj co najmniej 15-20 minut). Zastanawiamy się, czy i z nami nie będzie kombinacji, ale nie.. Docieramy do pograniczników z paszportami i testami PCR, minuta i jesteśmy wreszcie w strefie ogólnej. Uff, można iść do saloniku. Tu jest już lepiej. Po pierwsze, jest czynny. Po drugie, można w środku siedzieć, jeść i pić. Po trzecie, nasza bramka do lotu do WAW jest dosłownie za winklem.

Oferta jest zubożona, ale nie można narzekać. Kilka drobiazgów można pobierać samemu ze skromnego bufetu, a resztę podają panie zza przepierzenia lub pan w barze. Najważniejsze, że są pasteis de nata z kremem nabitym ile się da :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Spędzamy tu ponad godzinę. Na pokładzie lotu do Warszawy jesteśmy jedynymi pasażerami w C, więc mamy dla siebie całą sympatyczną uwagę dwóch stewardes z tego działy. W kl. ekonomicznej też nie ma kompletu.

Nie zdążyłem jeszcze porządnie zgłodnieć, a tu znowu TAP nas kusi. Jedzenie mają pierwszorzędne.

Image

Image

Image

Potem jeszcze z godzinkę drzemki i zanim się obejrzałem, już jesteśmy nad stolicą.
Po wylądowaniu legitymujemy się naszymi meksykańskimi testami przed strażą graniczną, następnie jeszcze kilka słów z panią celnik, której ciekawość wzbudziły butle z wolnocłówki w Cancun i możemy iść do Panka.
Tak wyszło. O tej porze normalnie leciałoby się do GDN samolotem, ale LOT spłatał nam figla i tego dnia ostatni rejs był coś ok. 15:30. Pociąg też nie ma sensu, bo nie jeździ już żaden normalny, więc pozostaje auto.
Za 170 zł (łącznie z pełnym ubezpieczeniem) jeszcze w Meksyku zarezerwowałem auto klasy VW Golfa kombi (o dziwo, ta była najtańsza), ale dostajemy Fiata Tipo kombi. Wielkościowo może to i to samo, ale nie nazwałbym tego tą samą klasą. Jedzie to jednak w miarę sprawnie i o 22:30 jesteśmy w naszej dzielnicy.

Tak oto wyjazd dobiegł końca. Dwa tygodnie, 2500 km przejechane w Meksyku, 2 testy PCR na karku (a raczej w nozdrzach), pieniądze wydane adekwatnie do potrzeb, ale z rozsądkiem, a co najważniejsze - oderwanie się od pandemicznej codzienności i zregenerowanie mózgów. Tak, tego mi było trzeba :D

Dziękuję bardzo za to, że chciało się Wam podążyć śladami dwóch gdyńskich tetryków.

Hasta la vista chicas y chicos!
Góra
 Relacje PM off
38 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#51 PostWysłany: 27 Kwi 2021 15:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Paź 2015
Posty: 404
Loty: 37
Kilometry: 52 949
niebieski
To my wszyscy forumowicze dziękujemy Ci za kawał dobrej relacji, pełno przydatnych informacji, a także za lekki przedsmak tego co czeka wielu z nas! :) Dziękujemy! @tropikey
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#52 PostWysłany: 27 Kwi 2021 15:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Do usług :)
Choć jestem pewien, że wcale nie "wszyscy forumowicze" są zainteresowani tymi wypocinami :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#53 PostWysłany: 27 Kwi 2021 16:32 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 908
srebrny
Patrząc na liczbę polubień, można zaryzykować stwierdzenie, że większość ;) I to głównie "starych" forumowiczów. Powodzenia w konkursie na relację.
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#54 PostWysłany: 27 Kwi 2021 22:39 

Rejestracja: 27 Lis 2017
Posty: 29
Loty: 63
Kilometry: 117 679
katka256
Oj nie tylko „starych”.
Świetna relacja... może kiedyś i mnie się uda... miał być Jukatan w lutym...
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#55 PostWysłany: 27 Kwi 2021 23:08 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 4323
złoty
Gratuluję udanego i bezproblemowego wyjazdu. Dobrze jest zobaczyć, że nie wszyscy zwariowali na punkcie pandemii i Meksyk od jej samego początku znalazł chyba idealny zloty środek między jakąś formą zaleceń czy innych ograniczeń epidemiologicznych, a zdroworozsądkowym podejściem do problemu, który skutkował i skutkuje tym, że nigdy się nie zamknęli na przyjeżdżających, także a może przede wszystkim turystycznie i nie dali się omamić szaleństwem, które niestety zagościło tutaj w Europie. Fajnie widzieć także poprawę produktu "miękkiego" w TAP, wszystko wygląda solidnie. Trzymam kciuki, żeby trasa do CUN im się spinała nie tylko frekwencyjnie, ale przede wszystkim też finansowo i pozostała na stałe w ich ofercie.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#56 PostWysłany: 28 Kwi 2021 19:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 5486
HON fly4free
Relacja już zakończona, ale właśnie przypomniałem sobie, że miałem wspomnieć o ciekawym zjawisku, które zaintrygowało mnie w Meksyku. Chodzi mi o imiona męskie, a bardziej precyzyjnie o tamtejsze zamiłowanie do tych rosyjskich... Ponoć to pęd do nadawania synom (córkom może i też) imion oryginalnie brzmiących. Pewnie chodzi o to, by się odróżnić od sąsiadów :) Trochę, jak z naszymi Brajanami.
O ile Ivan (np. nasz przewodnik w Sotuta de Peón) jakoś jeszcze ujdzie (choć gościu był ok. pięćdziesiątki, więc rodzice wykazali się dużą oryginalnością te pół wieku temu), ale około 20-letni Vladimir we wsi przy Hacienda Temozon mocno mnie zaskoczył. Pytaliśmy, czy wie, że rosyjski prezydent zowie się tak samo, ale nie kojarzył człowieka :D
Największym przebojem był dla mnie jednak... Bladimir :)
Był to jeden z recepcjonistów w The Explorean. Zapytałem go, skąd takie imię i otrzymałem odpowiedź, że to wynik błędu. Ojciec poszedł go zarejestrować w USC, a tam ktoś pomylił pierwszą literkę :D
To już mogli się pomylić bardziej i wpisać mu Bloodymir.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#57 PostWysłany: 28 Kwi 2021 20:27 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 4323
złoty
@tropikey: jakbyś miał 17 sąsiadów Juan Diego Gutierrez Gonzalez Perez to też byś pragnął świeżości :D
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#58 PostWysłany: 28 Kwi 2021 20:29 

Rejestracja: 16 Lis 2011
Posty: 1489
srebrny
Bladimir przypomniał mi jak mieszkałem kiedyś w "IFA Billas Babaro" (IFA Villas Bavaro)
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#59 PostWysłany: 28 Kwi 2021 20:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1224
złoty
V czyta się jak B po hiszpańsku, więc może dlatego...
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#60 PostWysłany: 28 Kwi 2021 21:40 

Rejestracja: 12 Lut 2019
Posty: 362
niebieski
@tropikey Latynosi tak jakoś mają z tymi imionami. Najlepsze spotkałem w Ekwadorze, gdzie prezydentem jest jegomość imieniem Lenín. Jest to dość popularne imię i tylko imię, przepytywaliśmy jakiegoś młodego kierowcę na tę okoliczność i on w ogóle nie wiedział kto to był ten Lenin. :roll: Pewien przewodnik wspominał, że w departamencie Amazonki widział na sąsiednich plakatach dwóch kandydatów na burmistrza, jeden miał na imię znowu Lenin, drugi Stalin. :)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 64 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group