Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 18 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 25 Wrz 2018 19:05 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
Wstęp

Kierunków rozważaliśmy wiele, jednak demokratyczny wybór naszego czteroosobowego grona padł na Afrykę Południową. Pięciotygodniowy plan zakładał odwiedzenie 6 krajów (RPA: Johannesburg, Botswana, Zambia, Zimbabwe, Mozambik, Malawi - ostatecznie skończyło się jeszcze na jednym, ale o tym później), które opiszemy chronologicznie w poniższej, debiutanckiej relacji.

Kilka słów o kosztach we wstępie. Podczas wyjazdu - i przed nim - nie oszczędzaliśmy na każdym kroku, częściowo dlatego, że demokratyczny proces dał nam niewiele wyprzedzenia do wylotu (droższe bilety, czasem zakwaterowanie), lecieliśmy w wysokim sezonie (sierpień-wrzesień, pora sucha), a ponadto (przynajmniej nam) ciężko byłoby czerpać przyjemność z Afryki w najbardziej cebulowych warunkach. Z drugiej strony, ograniczyliśmy liczbę odwiedzonych Parków Narodowych (tam można najszybciej popłynąć) i poza Mozambikiem korzystaliśmy wyłącznie z transportu publicznego… dopóki ten jako tako funkcjonował. Główne wydatki:
— bilety: ET WAW-JNB // BLZ-WAW 2800 PLN 
 (dwuosobowy turnus, który dołączył później: WAW-VFA // BLZ-WAW 3000 PLN)
— noclegi: ciężko było zejść poniżej $40-50 za dwójkę w przyzwoitym standardzie
— wizy: KAZA (Zambia+Zimbabwe, $50), Mozambik ($50), Malawi ($75, tranzyt: $50) - wszystkie da się szczęśliwie ogarnąć na głównych przejściach granicznych
— samochód: 4x4 (Mitsubishi Triton) na 7 dni w Mozambiku bez limitu km: €536 + benzyna

Wydatki na miejscu w w większości pokrywaliśmy gotówką wyciąganą z bankomatów (Revolut, VISA zdecydowanie częściej akceptowana niż MC) lub wymienianą w kantorach. W Zimbabwe, ze względu na niedobory gotówki, płatności kartą bywają mocno utrudnione, w trakcie naszego pobytu nie działały też w ogóle bankomaty - tu należy uzbroić się w twardą walutę. Do wymiany w kantorach (we wszystkich krajach) warto być wyposażonym w duże nominały ($50, $100), ponadto USD jest pewniejsze od EUR i wymieniane zazwyczaj po lepszym kursie.

Wybrane kraje, atrakcje i punkty przylotu i wylotu zdefiniowały naszą trasę (na mapce poniżej), przy planowaniu której poza wieloma źródłami internetowymi posiłkowaliśmy się LP (Southern Africa, wyd. Sep17), niestety w wielu miejscach nieaktualnym i niedokładnym. Ponieważ informacji na temat transportu zbiorowego jest niedobór, opiszemy dokładnie nasz przebieg także pod tym kątem.

Wyprawa była dość długa i zamieszczenie całej relacji chwilę potrwa — w międzyczasie zapraszamy do zadawania pytań, na które z przyjemnością odpowiemy ;)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
jannnn uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 25 Wrz 2018 19:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1319
Loty: 269
Kilometry: 480 468
złoty
Super trasa!
Góra
 Relacje PM off
bazx lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 25 Wrz 2018 20:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 718
Loty: 127
Kilometry: 289 866
niebieski
z niecierpliwością czekam na Malawi! :)
_________________
Image
Relacja z Malawi
Góra
 Relacje PM off
bazx lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 25 Wrz 2018 20:43 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
7-10.08 Przelot + Joburg + przejazd do Gabs

Sam przelot do Joburga minął bez wiekszych przygód. W Eco Ethiopiana warto wybierać miejsca w rzędach z prawej strony tylniej części samolotu - wielokrotnie sprawdzony sposób na wolny środek (tym razem samolot był pełen, więc pudło).

Nasze itinerary:
WAW-VIE OS626 19:50-21:05
VIE-ADD ET725 22:50-05:40(+1)
ADD-JNB 08:40-13:05(+1) — mały highlight, A350

Lotnisko w ADD jest odświeżane, ale końca remontu nie widać, kurnik straszny i małe piwo za $5. Do saloniku wstęp miał drugi turnus, o czym opowiemy dalej. Po przylocie do JNB planowaliśmy jechać pociągiem do Rosebank gdzie mieliśmy zarezerwowany pierwszy nocleg. Okazało się, że pociąg nie kursuje i jest zamiast niego autobus do innej stacji z której pociąg miał już jeździć. Ostatecznie skończyło się na tym, że zamówiliśmy Ubera, bo pociąg cały czas nie ruszył.

Spaliśmy w Hyatt Regency, kupiony z kodem -90% Expedii i był to chyba nasz najtańszy nocleg wyjazdu. Dwie noce ze śniadaniem i loungem za 270pln. W tej cenie zdcydowanie warto.

O samym Joburgu trochę już na Forum jest, więc się streścimy, zwłaszcza że spędziliśmy tam zaledwie 1,5 dnia.

Samo miasto z miastem ma niewiele wspólnego, poruszaliśmy się Uberem (duże odległości i nie mieliśmy czasu na ZTM), białe dzielnice to biura plus wille z drutem pod wysokim napięciem. Po zmroku centrum miasta raczej nie polecamy.

Z atrakcji:
Muzeum Aparthaidu - oj warto, całość nam zajeła pond trzy godziny i mozna trochę zrozumieć ten bajzel
Top of Africa - taras widokowy w wieżowcu Carlton Center, trafiliśmy tam przed zachodem słońca wiec widoczek byl fajny (wejście 5 ZAR) Z kanjp:
Mad Giant - duży niby craftowy browar, bardzo smaczny, w centrum
The Grillhouse - w centrum handlowym obok Hyatta, duża stekownia, pełno ludzi, kolacja na dwie osoby z piwkiem ok. 40EUR. Jeden z najlepszych obiadów wyjazdu, tego oczekiwaliśmy po stekach w RPA i nie zawiedliśmy się. 

Wieczornie:
Joziburg Lane: niechcący trafiliśmy do klubu na dachu garażu w centrum gdzie akurat trwało coś w stylu talent show. Jako jedyni turyści budzliśmy zainteresowanie, jednak miejsce było bardzo przyjemne. Do tego poznaliśmy Victora: organizatora i właściciela, który dowiedziawszy się o naszych dalszych planach dał nam kontakt do znajomego z Gaborone, który miał okazać się świetnym przewodnikiem po stolicy Botswany. Nieco dziwnie się zrobiło dopiero, gdy zamówilismy Ubera do hotelu, który zaparkował na dole kawałek od lokalu i Victor uznał że lepiej będzie jak on nas do tego ubera zawiezie swoim samochodem…
Rosebank News Cafe: klubo kanjpa, nic szczególnego, ale dużo ludzi

Następnego dnia ruszyliśmy na dworzec autobusowy Park Station, z którego miał odjechać nasz pojazd do Gaborone. O okolicy dworca słyszeliśmy wcześniej, że jest siedliskiem zła, jednak w środku jest zupełnie bezpiecznie. Same bilety kupiliśmy bez problemu przez Internet - przewoźnik Intercape (wyjazd 12:00 przyjazd do Gaborone 19:30, 240 ZAR, odjazd bodaj codziennie). Autobus był pełny, bilety kupiliśmy z dwudniowym wyprzedzeniem. Check-in pół godziny przed odjazdem. Duży, piętrowy wygodny autokar.

Granica botswańska bez problemów i sprawnie. Do Gaborone rozkładowo, przystanek jest na stacji Shell w centrum. To miał być jeden z ostatnich tak komfortowych przejazdów przez kolejne pięć tygodni.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
jannnn uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 25 Wrz 2018 23:11 

Rejestracja: 21 Lis 2014
Posty: 608
niebieski
bazx napisał(a):
Muzeum Aparthaidu - oj warto, całość nam zajeła pond trzy godziny i mozna trochę zrozumieć ten bajzel


W ramach "uderz w stół"- absolutnie nie chcę wchodzić głębiej w politykę, ale ww. stwierdzenie + zdjęcie Walusia sugeruje, oby niesłusznie, jakobyś wierzył jedynie w oficjalną, obecną, czarno-białą (co za ironia!) narrację.
A historia RPA ani czarno-biała, ani łatwa, ani prosta, nie jest.

Zatem lekka kontra. Bez rozpisywania się, po prostu materiały.
Coś więcej o Walusiu- zwykle nie korzystam z tego typu źródeł, ale ten artykuł jest wyjątkowo dobry, w gąszczu propagandy. Dla nieczytatych- Waluś strzelałby nawet, gdyby Hani był niebiesko-fioletowy i przypisywanie temu mordowi motywów rasowych to bzdura.
https://www.pch24.pl/janusz-walus--slad ... 741,i.html

Tutaj bardziej konwencjonalne źródło- a wywiad zaskakująco dobrze uchyla rąbka prawdy:
https://magazyn.wp.pl/artykul/polak-kto ... -kontynent

Bardziej hard-coreowy materiał video i wymaga sporo czasu, ale pochodzi od nie-byle-kogo i tłumaczy historię tego kraju od "Adama i Ewy". Bardzo pouczające.



No i Google, Google, Google. Oficjalne liczby, w przeciwieństwie do propagandy, nie kłamią.
Na czele ze statystyką, jak w czasach apartheidu zmieniła się i liczba i udział procentowy czarnej ludności na terenie RPA.
A przede wszystkim obecna rzeczywistość również- skrzeczy donośnie.

Żeby nie było- uwielbiam szczerze ten kraj i jego ludzi, niezależnie od koloru, odwiedziłem w tym roku i jak na ironię, dopiero co dokończyłem relację z podróży.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 27 Wrz 2018 19:58 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
10-14.08
Botswana I (Gabs + Delta Okawango)


Do Gabs dojeżdzamy po zmroku. Nasz hotel zarezerwowany przez Booking według mapy był w zasięgu spaceru - szczęście w nieszczęściu. Szczęśliwie: taryfa odpadała, niestety bankomat nie chciał nam wydać pieniędzy (pierwszy, ale zdecydowanie nie ostatni). Mniej szczęśliwie, bo poruszanie się po większości miast południa Afryki po zmroku należy do kontrowersyjnych przyjemności. Ulice oświetlone bywają, chodniki też czasami bywają. Tym razem trochę światła było, chodnika już mniej.

Po drodze do hotelu mijamy rozświetlony jupiterami stadion i słyszymy muzykę. Po ok. 30 sekundach namowy ochroniarz zgadza się wpuścić nas do środka. Wewnątrz trwają przygotowania do meczu charytatywnego, ale nikomu chyba nie przeszkada że chodzimy po płycie boiska i trybunach i, wyjątkowo, nie budzimy tu też szczególnego zainteresowania.

Image

Sam hotel zdał się nam być przybytkiem raczej „na godziny” niż na noce. Podłączywszy się do internetu dostajemy natychmiast wiadomość od Kaelo, kolegi Victora z Joburga. "Będę za 5 minut". Rzeczywiście, pięć minut później pod przybytek podjeżdża świeżutki pickup, a Kaelo potwierdza, że śpimy w dzielnicy czerwonych latarni, z czego nie omieszkuje skręcić beczki. Ruszamy wspólnie ku centrum na piwko i kolacje. O „centrum” nie wypowiemy się z pozycji eksperckiej, bo w mieście mieliśmy spędzić zaledwie 12 godzin. Kaelo zabrał nas natomiast do głównego knajpianego zagłębia - kwartału ulic między Queens a Botswana Rd.

Image

„Main Deck”, do którego trafiliśmy na początku to fajne miejsce dla lokalsów i ekspatów, dużo ludzi, smacznie - zdecydowanie godne polecenia. Niestety, jak się dowiadujemy, dziadek i ojciec aktualnego Pana Prezydenta odeszli ze względu na chorobę alkoholową, toteż Pan Prezydent wprowadził zakaz sprzedaży alkoholu po 22:30 - i rzeczywiście, bar o tej godzinie został zamknięty.

Image

Nasz gospodarz tego wieczoru okazał się postacią z okraszonymi wieloma barwnymi historiami życiorysem. Co chwilę podchodzili też do Kealo miejscowi -sklejać piątki i robić sobie zdjęcia. Jak się okazało, Kaelo był jako dziecko gwiazdą TV show, zaś obecnie prowadzi telewizję śniadaniową, otwiera swój klub, ma też farmę, i wykłada na prywatnym uniwersytecie, studiował w Chinach, mieszkał w Rep. Środkowoafrykańskiej i handluje samochodami. Na dalszych etapach podróży trafiliśmy nieraz na niezwykłych mitomanów, jednak akurat historia Kaelo trzymała się kupy, tym bardziej że zabrał nas później do swojego solidnego jak na owe warunki domu, możemy też go odwiedzić na stronie internetowej: http://kaelosabone.com

Po zamknięciu baru, zostaliśmy zabrani na wycieczkę objazdową po Gabs. Naszym nieeksperckim zdaniem, Gabs jest małe i oprócz jednego pomnika i nowej dzielnicy wybudowanej przez Chinczyków za wiele tu nie ma. Nie żałowaliśmy, że wyjazd ze stolicy zaplanowany był nazajutrz na 6 rano.
Bezpośredni autobus do Maun (wbrew LP taki autobus istnieje - koszt ok. $9) odjeżdżał właśnie o 6. Niestety "przybytek na godziny" nie zorganizował nam zamówionej wcześniej taksówki. Robi się ciasno z czasem, jednak zdążąmy na dworzec w ostatniej chwili i zajmujemy ostatnie dwa miejsca w autobusie. Biletów zgodnie z miejscowym systemem nie kupuje się u kierowcy tylko podczas jazdy u konduktora, który zbiera pieniądze i wydaje bilety przechodząc przez autobus w trakcie jazdy. Właściwie nie przechodzi, tylko przeciska się. Autobus ma już standard typowo afrykański: układ siedzeń 2+3 (przy standardowej szerokości pojazdu), a do tego zdarza się jeszcze szósta osoba w rzędzie stojąca lub siedząca na taborecie w korytarzu. Boarding i deplaning dłuższy niż w Ryanairze.

Image

Przejazd do położonego w okolicy delty Okawango Maun trwa ok. 10h z postojami w większych miasteczkach, gdzie następowała wymiana pasażerów i dorabiali sobie lokalni przedsiębiorcy, dla których nieodkryte nisze handlu raczej nie istnieją. Droga dobra, prócz może ostatnich 50km. Standard podróży afrykański, jednak do pełnego doświadczenia brakowało jeszcze ryczącej z głośników lokalnej nutki - tego mieliśmy zasmakować dopiero w kolejnych odcinkach.

Image

Do Maun docieramy koło 16, a miejsce zwane dworcem było oddalone o ok. 1km do centrum z bankomatami, popularnym w tych rejonach Sparem, innymi sklepami i monopolowym. Alkohol sprzedawany był tylko w monopolowym do 18. Za taksówkę do naszego miejsca spoczynku: Okavango River Lodge placimy ok $3 (12km). Tam mamy zarezrwowany namiot z tarasem ze spektakularnym widokiem na rzekę, zwłaszcza podczas zachodu słońca.

Image

Był sobotni wieczór, a w barze naszej noclegowni lubią się wieczorami gromadzić miejscowi biali. Co ciekawe, po dekolonizacji pozostała w tych krajach śladowa ilość potomków kolonizatorów, często jak wynikało z naszych obserwacji żyjących wewnątrz swoich sztucznych baniek. Zwłaszcza starsi żyją głównie wspomnieniami i słyszeliśmy tylko od nich „jak to kiedyś było”… Dla nas tego wieczora bardziej istotne było, że smaczna kolacja z piwkiem wyniosła ok. $10/os.

Image

Na następny dzień dokonaliśmy rezerwacji boat safari. $120/os., w cenie wstęp do parku i lunch - Nando’s. Niestety, tego typu koszty są nie do przeskoczenia i trzeba je wkalkulować. Zgodnie z planem, o 7 rano przypłynęła po nas motorówka z niejakim Frogiem za sterami. Prócz nas, na pokład wsiadła rodzinka Holendrów 2+3, którzy jak się później okazało mieszkali wcześniej kilka lat w Zimbabwe i postanowili pokazać stare śmieci dzieciom - od 4 tygodni byli w trasie samochodem. Jak widać, da się i po Afryce podróżować z małymi dziećmi, natomiast na pewno należy wtedy bardziej od nas pilnować kwestii zdrowia i higieny.

Image

Image

Wracając do safari: nie mieliśmy bardzo wygórowanych oczekiwań, jednak dzięki sternikowi Frogowi delta Okawango była jednym z highlightów naszego wyjazdu. Frog urodził się w delcie, jego rodzice byli buszmenami, za młodu uczył się polować z łukiem i dzidą, tropić zwierzęta i był w stanie prowadzić motorówkę w ślizgu i wypatrzeć jakiegoś rzadkiego ptaka w dalekiej trawie, oczywiście podając nazwę gatunku. Dzięki Frogowi (i bogactwu lokalnej fauny) zwierząt wypatrzyliśmy tego dnia bezlik.

Frog nigdy nie chodził do szkoly, mimo tego mówi po angielsku i w kilku plemiennych językach. Teraz zbiera pieniądze na otwarcie firmy organizującej kilkudniowe safari w delcie. Około 17 pod wrażeniem trafiamy do naszego namiotu.

Image

Image

Image

Image

Image

W Maun spędziliśmy w sumie trzy noce, ale nie decydujemy sie na inne parkowe aktywności (np. lot samolotem/helikopterem) oszczędzając fundusze. Zamiast tego szwędamy się po tej botswańskiej metropolii (w Maun mieszka ok. 55 tys. ludzi i jest to piąte największe miasto kraju). Odwiedzamy choćby lotnisko czy miejscowe KFC. Nie jest wyłącznie miejską legendą, że miejscowi lubują się w panierowanym kurczaku. KFC i inne lokalne sieci „kurczakowe” były zdecydowanie najpopularniejszymi fastfoodami w tym i kolejnych dwu krajach na naszej trasie. A w KFC w Maun kurczakowi zamiast frytek towarzyszyć może kukurydziany/sorgowy placek zwany w każdym z lokalnych języku inaczej (Sadza, Pap … ), a smakujący - naszym zdaniem - w każdym miejsu równie przeciętnie. O, coś takiego: https://en.wikipedia.org/wiki/Ugali

Image

Image

Image

Image

Przygotowujemy się też do wyjazdu do Kasane. Jadąc w tym kierunku z Maun, należy wyruszyć o świcie żeby w miare wczesnie dostać się do punktu pośredniego (Nata), gdzie można złapać kolejny autobus jadący na północ. My mamy tym razem szczęście, gdyż przystankowy naganiacz ogarnął nam miejsce w pickupie jadącym bezpośrednio do Kasane. Carpooling w najlepszym wydaniu, zaplacilismy tyle co za busa tj. 180BWP ($17), a podwózka była pod samo B&B, które znajdowało się daleko od centrum miasta.

Image


Ostatnio edytowany przez bazx, 28 Wrz 2018 13:07, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
jannnn uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 28 Wrz 2018 10:39 

Rejestracja: 16 Kwi 2015
Posty: 97
Loty: 69
Kilometry: 159 781
Bardzo fajna relacja. czekam na ciąg dalszy :)

Pozdrawiam
_________________
https://banners-my.flightradar24.com/jprawicki.png
Góra
 Relacje PM off
bazx lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 28 Wrz 2018 13:03 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
@john_doe też nie chcę wchodzić w tematy polityczne, stąd nie będę Ci tutaj odpowiadał. Nasz post nie miał zawierać prowokacji a ciekawostkę.
@jprawicki dzięki, już wkrótce!
Góra
 Relacje PM off
jannnn lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 28 Wrz 2018 13:18 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 7964
Loty: 911
Kilometry: 876 816
platynowy
gecko napisał(a):
z niecierpliwością czekam na Malawi! :)


A ja na Mozambik, do którego w końcu nie dotarłem, bo nie miałem pewności, że dostanę wizę na granicy.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
bazx lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 28 Wrz 2018 21:00 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
14-16.08
Botswana II (PN Chobe)


Image

Leżące blisko afrykańskiego prawie-czwórstyku (Botswana/Namibia/Zambia/Zimbabwe) Kasane okazało się niewielką mieściną, na której ulicach biegały beztrosko guźce i pawiany. Nasz nocleg (Elephant Trail Guesthouse, ok. $38 / dwójka bez śniadania), jak już wspominaliśmy, leżał na uboczu (ok. 8km od centrum) i wyróżnił się głównie pomocną właścicielką. Ta załatwiła nam na początek taksówkę do miasta (ok. 100 BWP - $10 w dwie strony, da się taniej shared taxi, ale to ogarnęliśmy póżniej). Niestety, wybór lokali gastronomicznych był mocno ograniczony. Na piwko ($2,5) możemy polecić hotelowy bar w Marina Lodge (5*) z bardzo ładnym widokiem na rzekę. Jedzenie jak na nasze oczekiwania było tam jednak zbyt drogie i skierowaliśmy się do poleconego przez LP Old House. Smacznie i przeciętnie cenowo ($10 z piwkiem). Wtrącę jeszcze, że mimo niewielkiego rozmiaru w mieście są bankomaty - przy centrach handlowych, a gotówka bywa przydatna.

Image

Image

Główną atrakcją okolic Kasane jest Park Narodowy Chobe, za wikipedią „jedno z największych skupisk dzikich zwierząt na kontynencie afrykańskim". Rzeczywiście, jak miało się okazać podczas pół-dniowego game drive ($80, zarezerwowane przez właścicielkę hotelu - w cenie wstęp do parku i śniadanie) zwierząt zobaczyliśmy całe mnóstwo.

Image

Jeszcze przed wschodem słońca przyjechał pod nasz hotel Land Cruiser zabudowany pod safari. Polecam okutanie się w koce, kurtki czapki: rano jest naprawdę zimno. Mieliśmy sporo szczęścia będąc jedynymi pasażerami w naszym samochodzie, gdyż inne były zapakowane po 12 osób, zwykle w wieku emerytalnym. Dzięki temu, że byliśmy sami był to bardzo przyjemny, pełen spektakularnych widoków gromadzącej się koło wodopojów zwierzyny dzień. Widzieliśmy hieny za dnia, co ponoć zdarza się nieczęsto, a spośród innych rzadkich Pokemonów honey badgera - po polsku zwanego miodożerem, dawniej pszczoło-jamnikiem. Do tego słonie, żyrafy, bawoły, zebry, hipcie, lwy. Klasyczny zestaw, do wyboru do koloru.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do hotelu wróciliśmy ok. 14, a że właścicielka powiedziała nam o możliwości popłynięcia na leżącą na północ od miasta między rzekami Kuando/Chobe, a Zambezi wyspę Impalila (Namibia). Mając jeszcze kilka godzin do zachodu słońca stwierdziliśmy, że warto spróbować. Udaliśmy się do botswańskiego przejścia granicznego (tutaj: https://goo.gl/maps/fyHhrfHN83H2), po przejściu którego na brzegu czakają łódki. Za 10BWP (ok. $1) płynie się na drugą-namibijską stronę, ok 15 minut.

Image

Nie wyposażyliśmy się w dodatkową wiedzę na temat wysepki, zwłaszcza że plan był dość napięty. Spodziewaliśmy się wioski, po której będziemy mogli przespacerować się i wrócić do Botswany, to jednak nie całkiem się powiodło. Po pierwsze, okazało się że na wyspie ustanowiony został rezerwat i trzeba zapłacić po 10$ za godzinny spacer z przewodnikiem. Choć byliśmy dość nieufni i na początku nie chcieliśmy płacić, pokazano nam jakieś kwity i stwierdziliśmy, że może jednak nie jest to scam. Obrażona naszą nieufnością pani przewodnik zaprowadziła nas najpierw do namibijskiej kontroli paszportowej. Tam sprawdzono nam kartę szczepień (żółta febra), zmierzono temperaturę, poproszono standardowo o wypełnienie formularzy wjazdowych i skierowano do pogranicznika… który zapytał nas gdzie są nasze namibijskie wizy. Jako że Namibii nie braliśmy pod uwagę jako kierunek do odwiedzenia nie sprawdzaliśmy wcześniej wymagań wizowych, mieliśmy natomiast przekonanie, że tak popularny ostatnio turystycznie kraj nie będzie wymagał wizy. Zaczęła się więc dyskusja z Panem pogranicznikiem, który zaprosił jednego z nas do swojego kantorka, gdzie pokazał na listę krajów, które nie wymagają wizy do Namibii. Rzeczywiście, nie było na niej Polski, ale irracjonalnie pewni swego stwierdziliśmy, że lista jest z pewnością zła i skoro kraje zachodniej UE mają bezwizowy wjazd do Namibii, to Polacy z pewnością też (wiemy oczywiście, że ten argument jest dziurawy :) ). Pan pogranicznik stwierdził wobec tego… że ma dziś dobry humor i wbił nam pieczątkę na wejście (dowód poniżej).

Image

Image

Sama wyspa to ok. 3 tys. ludzi żyjących w kilku wioskach w szałasach, parę bardzo drogich hoteli, rezydencja prezydencka odwiedzana ponoć przez prezydenta raz do roku i pas startowy. Brak prądu, sklepów i pełne uzależnienie od Botswany.

Image

Jak się domyślacie lub wiecie, obywatele polscy udający się do Namibii muszą posiadać wizę pobytową w paszporcie, na przejściach granicznych wizy nie są wydawane. My się tego dowiedzieliśmy po powrocie do Botswany. Tak odwiedziliśmy trzeci kraj tej wyprawy. Następnego dnia czekał nas wjazd do czwartego - Zambii i droga do Lusaki.

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 30 Wrz 2018 22:49 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
16-19.08
Zambia (Lusaka)


Ruszamy dalej z Kasane, chcąc dostać się w jeden dzień do Lusaki. Po drodze do granicy Zambijskiej zatrzymujemy się w supermarkecie, żeby kupić prowiant na podróż - dziś na śniadanie, oczywiście, smażona kura. Pod granicę dojeżdżamy ok 7:30 rano z założeniem, że na 18 będziemy w Lusace. Odprawa po stronie Botswanskiej szybka i sprawna. W kolejce przed nami białe małżeństwo, na pytanie do jakiego kraju chcą wjechać odpowiadają: Zimabawe. Pomylili przejścia graniczne… po kontroli wyjazdowej do przejścia jest jakieś 300m do przystani promowej. Obok ogromny plac budowy, budują kilometrowy most łączący dwie granice (https://en.wikipedia.org/wiki/Kazungula_Bridge, zdjęcie na końcu poprzedniego posta). Mijamy kolejkę tirów, które czekają na przeprawę. Jak się dowiadujemy, czekają czasem podobno nawet 2 tygodnie, bo na prom wchodzą ledwie dwie ciężarówki. Dla nas - pieszych - koszt to 10BWP (ok. $1). Jeszcze na lądzie przypałętuje się dosyć nachalny gość, który bardzo chciał nam we wszystkim pomagać. Twierdzi, że bus do Lusaki to pojechał godzinę temu i pozostaje nam już tylko taryfa, że nam wymieni pieniądze po dobrym kursie, itd.: scamerski standard. Strona zambijska w porównaniu z botswańską jest bardzo chaotyczna, jest wprawdzie np. bankomat, ale niestety out of service, i chcąc wymienić drobne byliśmy skazani na cinkciarzy - w oficjalnym kantorze nikogo nie było.

Image

Porada wizowa: zdecydowaliśmy się na KAZA wizę ($50 wielokrotny przejazd między Zambią, Zimambwe i Botswaną jeżeli nie opuszcza się tych krajów). Jeden z nas złożył wniosek i zapłacił online (możliwe gdy wjeżdża się do strefy KAZA przez Zambię) - strona działa ok, ale upierdliwe jest pisanie listu motywacyjnego do ministerstwa, załączanie biletów i rezerwacji noclegu - po kilku dniach na mailu było potwierdzenie przyznania wizy. Następnie trzeba ze sobą na granicę zabrać wydrukowane potwierdzenie płatności i przyznania wizy, gdzie Pani pytała o trasę, odznaczała coś w komputerze, zawołała szefa i ostatecznie po 20 minutach miałem wizę na 30 dni w paszporcie. Drugi z nas uznał, że ma w dupie i nie robi online (w teorii KAZĘ da się wyrobić po prostu na granicy), i wyrobienie jego wizy trwało 5 minut. Warto dodać, że przed podejściem do okienka imigracyjnego podchodzi się do okienka zdrowotnego, gdzie tak jak w Namibii mierzona jest temperatura.

Image

Image

Po odprawie Pan Nachalny zaprowadził nas do autobusu firmy Power Tools, który - wielka niespodzianka - jednak był i miał ruszyć za 30 minut (o 10), koszt ok. $18/os.. Nachalny za swoją bezinteresowną pomoc chciał od nas hajs, ale hajsu nie mieliśmy bo wszystko poszło na bilety. Jak się miało okazać, poranny kurczak był w związku z tym naszym pierwszym i ostatnim posiłkiem tego dnia. Polecamy więc wymienić trochę większy zapas gotówy na granicy. Pół godziny okazało się afrykańską połową godziny. Autobus rusza, kiedy jest pełny - bardzo pełny. Tym razem nasz pojazd zabrał: pasażerów, telewizory, materace, kołdry, cebule, opony do traktora, więcej cebuli... Kierowca powiedział nam na wstępie, że droga jedynie poza ostatnimi 60km jest dobra i całą trasę - 550km - zrobimy w 8h. I rzeczywiście, samej jazdy było może te 8h, niestety jednak po drodze odbywały się liczne postoje. Każdy postój oznaczał, że cały przeładowany autobus musiał wyjść (co trwało 10min) i zapakować się z powrotem (kolejne 10 minut). Autobus był już zresztą pełny, gdy ruszyliśmy z granicy w Kazunguli, ale nie przeszkadzało to, by na każdym przystanku dosiadali się kolejni pasażerowie, plus np. sprzedawca suplementów wychwalający lecznicze właściwości cebuli albo kaznodzieja, czy inny niewidomy żebrak. Droga do Mazabuki - pierwsze 400km jest rzeczywiście dobra - ciśniemy pakę dwadzieścia, problem zaczyna się dalej. Między Mazabuką a Kafue drogi właściwie nie ma (jedziemy 20-30km/h), do tego robi się ciemno (zachód zapadał tu przed 18), a ruch był spory. Do celu mamy jeszcze 150km. Pojawia się mały szkopuł, miejscowy Pan Prezydent chcąc ograniczyć liczbę wypadków zakazał ruchu autobusowego między 22 a 5, więc w tym momencie zaczyna się jeszcze nierówna walka z czasem. Cudownie na dworzec Intercity Bus Station wjeżdżamy o 21:30, czyli po 12h od zajęcia miejsc, 12h ciężkiej muzyki z głośnika idealnie nad naszym rzędem. Tak głośno, że nie dało się rozmawiać. To, co się działo po dojechaniu na dworzec przechodzi ludzkie pojęcie. W temacie kultury przejazdu właściwie mógłbym w całości zacytować post @igore [url]https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?p=1080664#p1080664[\url]. Parkowanie i wychodzenie z naszego transportu zajęło prawie godzinę. Szczęśliwie kiero się z nami za kumplował i załatwił nam taryfę po w miarę normalnej stawce (6$ za 6km) a nie dla muzungu (muzungu: biały - słowo zdaje się zrozumiałe we wszystkich lokalnych językach niezależnie od naszej afrykańskiej lokalizacji). Na sąsiedniej stacji benzynowej Puma działał też bankomat. W przybytku Natwange Backapckers jesteśmy po 22, ale nie ma kto nas zameldować i poirytowani już długim dniem podróży bez jedzenia kolejną godzinę czekamy na właścicielkę.

Image

Pierwotny plan zakładał jedną noc w Lusace i ciąg dalszy w jakimś parku narodowym, uległ jednak modyfikacji. W Botswanie zobaczyliśmy więcej dzikich krajobrazów niż się spodziewaliśmy, a zambijskie parki były daleko i drogo - tu zrobiliśmy więc miejsce na kolejną oszczędność. Z planowanej jednej nocy w stolicy kraju zrobiły się trzy. Baza noclegowa w Lusace jest przeciętna, my postanowiliśmy ją zbadać jak najlepiej, w związku z czym: pierwszą noc śpimy jak klasyczni backpackersi we wspomnianym przybytku, gdzie obok nas śpi korpus pokoju, kolejne zaś - jak na lokalne warunki bardzo elegancko: za punkty (20k HH) udało się wziąć Hiltona Garden Inn, który jak się okazało otworzył się tydzień wcześniej i InterContinental (25k IHG RC) na koniec. Wiemy, że weekend w Lusace brzmi dość kontrowersyjnie, ale gdy oczekiwania są niskie, można się czasem miło zaskoczyć. Ponadto za dwa dni bez afrykańskiej podróży autobusem byliśmy w stanie zapłacić trollerką w Lusace.

Image

Rano spacer po okolicy, pierwszy mosiek (to nasz kryptonim na lokalne piwo MOSI), wizyta w centrum handlowym, zakup lokalnej simki. Na obiad mieliśmy obrany unikatowy fastfood "Goat `n` Chips" - dziś niestety zamknięty. Wsiadamy w taksę, by zameldować się w HGI. Dzięki Hiltonowemu Goldowi, dostajemy śniadanie oraz pokój na 16. piętrze z bardzo przyjemnym widokiem. Hotel jest nowy i bardzo przyzwoity, w cudownie brzydkim budynku (bardziej szczegółową relację wrzucimy w odpowiednim temacie). Znajduje się we właściwym centrum miasta. Po podróży poprzedniego dnia potrzebujemy czasu na dojście do siebie i zebranie sił na noc. Piątkowy wieczór spędzamy w klubie Chicagos w East Park Mall, ceny Warszawskie, głównie lokalsi plus kilku ekspatów. Bardzo fajni i przyjaźni ludzie i dobra atmosfera, idealnie na piątek. Zarówno w Zambii, jak i później w Zimbabwe okazuje się, że centra handlowe pełnią tu dodatkową względem naszych rodzimych funkcję - są często jedynymi ośrodkami życia nocnego. Kluby i bary, poza hotelami, znajdziemy właśnie w centrach handlowych.

Image

Image

Na otwartą solidnym bólem głowy sobotę mamy bardzo napięty plan - zorientować się w autobusach do Livingstone, przemeldować się do IC i pójść na derby Lusaki - spotkanie w ramach zambijskiej Premier League: Green Buffaloes F.C vs. National Assembly F.C. Wycieczkę na dworzec łączymy ze spacerem po centrum. W okolicy siedziby zambijskich korporacji i banków, duży ruch i korki, dworzec autobusowy i kolejowy, trochę dalej dworzec chapowy. Cała dzielnica to jeden wielki bazar, którego każdy kwartał to inny dział, jednak przez cały spacer czujemy się bezpiecznie. Po standardowych pytaniach „skąd jesteśmy” nie następuje zazwyczaj żadna forma nagabywania. Podobnie będzie później w Zimbabwe: choć bywamy źródłem zainteresowania to raczej spotyka nas czyste zainteresowanie i ciekawość. Poza nami białych brak.

Image

Image

Porada dworcowa: na dworcu panuje pewien rodzaj nieładu, ale autobusy w tych samych kierunkach odjeżdżają z tych samych stref. Po przejściu przez bramę od razu atakują naganiacze, polecamy mówić, że już się kupiło bilety, wtedy trochę odpuszczają. Po wstępnym riserczu decydujemy się na usługi firmy „Shalom" (część ich floty to luxury coaches, czyli układ 2+2) rozkład: Lusaka - Livingstone, 05:30, 06:30, 08:00, 09:30, 11:30, 12:30, 13:30, 14:30, ostatni o 16:30, ale bez szans na to żeby wyrobić się przed 22:00 więc jest przymusowy postój - koszt autobusu 180 ZMW (kwachów), czyli ok. $15.

Image

Po załatwieniu sprawunków, ruszamy taksówką do IC. Hotel lata swojej świetności ma już dawno za sobą, znajduje się w rezydencjalno ambasadowej okolicy. Dostajemy mocno przechodzony pokój i ruszamy w stronę stadionu (więcej o IC możemy też napisać w odpowiednim dziale).
Początek futbolowej uczty na dziś przewidziany jest o 15:00. Dostajemy bilety na sektor gospodarzy za bramką - 20 kwachów. Frekwencja spora, sami miejscowi. Poziom, mówiąc delikatnie, niezbyt wysoki - a nie jesteśmy nowicjuszami jeśli chodzi o oglądanie meczów w piłkarskich. Mimo padaki na murawie, goście organizują solidny doping, atmosfera piknikowa. Mosiek na klina pyszny (MOSI znalazł się w zdecydowanej czołówce piw wyjazdu). Kibice robią sobie z nami zdjęcia, niestety sporo z nich jest w stanie głębokiej nietrzeźwości (głównie za sprawą trunku Chibuku, o którym później) i bywają męczący. Zielone Bawoły wygrywają jedna bramką.

Image

Wieczór spędzamy w hotelu szykując się psychicznie na dobrze nam znaną trasę do Livingstone.
Rano chceck out i o 11 meldujemy się na dworcu. Tym razem podróż mija sprawnie, krótkie postoje i układ 2+2 zmieniają jakość trasy. Za dnia widać też jak zła jest droga Kafue-Mazabuka. Wyruszyliśmy w południe i po 8.5h byliśmy w Livingstone.

Image

Lusaka: podsumowanie i tipy. Stolica nas nie zawiodła, ponieważ nie ma w niej żadnych atrakcji więc nie mieliśmy wyrzutów sumienia pijąc Mośki w hotelu. Do poruszania się po mieście używaliśmy zambijskiego ubera - Ulendo. Miasto jest zakorkowane, a odległości do pokonania między głównymi punktami orientacyjnymi spore. Życie toczy się wokół kilku centrów handlowych, gastronomicznie jest nieźle (przykładowo niezła chińska restauracja w hotelu Golden Peacock).
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
jannnn uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 30 Wrz 2018 23:19 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 7964
Loty: 911
Kilometry: 876 816
platynowy
Wizę KAZA też można otrzymać na granicy w kilka minut - nie wiem tylko, czy na każdym. My przylatywaliśmy do Livingstone i mieliśmy oddzielną, dużo krótszą kolejkę.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 30 Wrz 2018 23:34 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
@Sudoku tak, właśnie o KAZĘ nam chodziło, i rzeczywiście na granicy nie było problemu (zarówno w Kazunguli, jak i na lotnisku VFA)
Góra
 Relacje PM off
jannnn uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 25 Paź 2018 15:04 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
Po dłuższej przerwie - wracamy :)

19-22.08 Livingstone + Victoria Falls

Do Livingstone dojeżdżamy wieczorem po stosunkowo sprawnej podróży. Od dworca do naszego BnB (Gloria bnb) chcieliśmy iść z buta (ok. 2km), ale nasi współpasażerowie odradzają nam taki spacer. A że sami jesteśmy już zmęczeni, bierzemy taksówkę. Rzeczywiście, poza oświetlonym centrum robi się nieco shady, płonące śmieci, patrol z kałachami itp. Wcześnie zapadający zmrok tym razem nam nie przeszkadza. Idziemy wcześnie spać, aby następnego dnia mieć jak najwięcej czasu na wodospady.

Image

Image

Po wyjątkowo zacnym śniadanku nad basenem Gloria-właścicielka proponuje nam różne aktywności, przy czym nie jest nam w stanie wytłumaczyć jak zobaczyć wodospady na własną rękę. Do wyboru otrzymujemy: skok na bungee z mostu, zjazd tyrolką, rafting, spływ canoe, lot helikopterem/motolotnią, rejs statkiem przy zachodzie słońca z open barem - w temacie zajęć nad wodospadami akurat LP daje radę. Ale ani z nas adrenaline junkies, ani nie jesteśmy chętni na emerycki rejs za $80. Spacerujemy zatem w stronę centrum Livingstone, w celu uzupełnienia gotówki i zrobienia zakupów. Po drodze zaglądamy w celach wywiadowczych do największego hostelu - Jollyboys Backpackers. Tu po raz pierwszy od wjechania do Zambii widzimy więcej turystów niż miejscowych. W Jollyboys rozmawiamy ze znacznie bardziej niż w naszym przybytku ogarniętą recepcjonistką, która tłumaczy nam jak obejrzeć wodospady na własną rękę, aby było ok. Zagadują nas przy tym dwie Dunki chcące podzielić koszt taksówki (60 kwachów) w stronę wodogrzmotów.

Na wodospady zaplanowaliśmy sobie dwa dni. Pierwszego dnia planujemy stronę zambijską oraz przejście do Zimbabwe, by zorientować się przed dniem drugim. Drugiego dnia strona zimbabwejska - już w komplecie, jako że 21.08 dolatywała do VFA reszta ekipy.

Dzień 1:

Granica między Zambią a Zimbabwę poprowadzona jest z biegiem rzeki Zambezi, a więc prostopadle do ściany wodospadów. Po dojechaniu do posterunku zambijskiego mamy kilka możliwości. Kawałek przed granicą jest wejście do parku narodowego, my na razie chcemy zrobić rekonesans Zimbabwe i obejrzeć wodospady od strony pasa granicznego.

Posterunek zambijski można przekroczyć na dwa sposoby (to samo można wykonać ze strony Zimbabwe):
1. Nie przechodzimy na drugą stronę, a chcemy jedynie zobaczyć widoczki w no-man’s land. Wtedy zgłaszamy chęć uzyskania tzw. border pass. Zostawiamy wówczas w depozycie paszport, a w zamian karteczkę, z którą możemy np. wejść na most, skoczyć na bungee, ale nie możemy rzecz jasna przejść do sąsiedniego kraju.
2. Pełna odprawa.

Image

Mając wizę KAZA pozwalającą na wielokrotne przechodzenie między krajami (jak ktoś lubi można sobie krążyć, aż skończy się miejsce na stempelki) decydujemy się na tę drugą opcję. Na granicy nie brakuje chętnych, żeby podwieźć nas na motorach na drugą stronę. Twierdzą oczywiście, że posterunek drugiego kraju znajduje się bardzo daleko. W rzeczywistości do przejścia jest ok. 1,5 km, co zajmuje nam ok. 20 minut. Po drodze z mostu granicznego pierwszy raz dostrzegamy potęgę wodospadu. Ponadto, jeśli ktoś jest fanem aktywności typu skok na bungee - tutaj musi on robić nieprawdopodobne wrażenie. Sam most jest zawieszony w kanionie Zambezi stokilkadziesiąt metrów nad ziemią - widoki nie dla tych z lękiem wysokości. Na most co któryś wieczór (a może co każdy?) wjeżdża też zabytkowy pociąg, w którym można zjeść elegancką kolację. Wygląda to bardzo przyjemnie, ale też zapewne ze względu na cenę jest atrakcją dla innej niż my grupy turystów.

Image

Image

Image

Przechodzimy tymczasem do Zimbabwe. Wypełniamy formularze wjazdowe i po kolejnym kwadransie jesteśmy w kolejnym kraju. Po drodze do miasteczka (Victoria Falls) dowiadujemy się, że za wejście do parku po tej stronie można płacić kartą. Ta wydająca się błahą informacja będzie w Zimbabwe cierpiącym na notoryczne braki gotówki sprawą niezwykle istotną. Jak pisaliśmy we wstępie, w kraju podczas naszego pobytu nie działał żaden bankomat. W Zimbabwe stosuje się dolara amerykańskiego jako oficjalną walutę, jednak w obiegu są także (a może przede wszystkim) lokalne papiery wartościowe (tzw. bondy). Bondy wyglądają jak zwykłe pieniądze, występują w monetach oraz banknotach $2, $5 oraz są wymienialne wewnątrz Zimbabwe po oficjalnym kursie $1=1 bond. Papiery te są bezwartościowe poza krajem, więc nie warto wymieniać ich dużego zapasu, ponadto dolar amerykański wszędzie przyjmowany jest niezwykle chętnie, ponieważ go brakuje. Ważna informacja, dzięki której można żyć w Zim taniej jest taka, że po czarnorynkowym kursie można dolara wymienić na więcej niż jednego bonda. My dowiedzieliśmy się o tym dopiero w Harare pod sam koniec pobytu i oferowano nam kursy $1,5-$1,9. Jedną z proponowanych nam opcji była nam wtedy wymiana na bondy, inną - lokalna karta prepaid. Jednak ponieważ sami nie zdążyliśmy już przetestować tego rozwiązania, nie powiemy jak z oszustwami.

Tymczasem idziemy na pierwsze piwko w nowym kraju, co zawsze jest wydarzeniem niezwykle ważnym. Trafiamy do bardzo białego i turystycznego miejsca, ale w sumie w całym vic dalls cieżko o inne — https://goo.gl/maps/gxLYuDTErWS2. Zambezi z kija 2,5$, ale dla widoku jest warte każdego centa. Przy okazji rezerwujemy w tym miejscu stolik na powitalną kolację następnego dnia.

Koło 13 wracamy do Zambii. Tip: po 13 na granicy robi się tłoczno i można na powrocie utknąć, my staliśmy jakieś 45 minut. Granica otwarta jest do ok. 18. Od razu kierujemy się do zambijskiego wejścia do parku(20$). Na początek schodzimy do „Boiling Pot”, czyli do sterty kamieni u stóp wodospadu (zejść można tylko do 16:30). W dół idziemy ok. 20 minut, mamy szczęście, bo na dole jest raczej pusto. Z dołu świetny widok na most, można sobie poczilować na kamieniach. W górę wspinamy się trochę dłużej. Jest gorąco, a ze względu na unoszącą się parę wodną bardzo wilgotno. Wodospady odwiedzaliśmy w porze suchej, kiedy wody jest kilkadziesiąt razy mniej niż podczas mokrej. W porze mokrej wodospadów często za bardzo nie widać, gdyż znikają w tumanach pary wodnej, a każda próba zbliżenia się do nich kończy się totalnym przemoczeniem. Wtedy, bardziej niż w porze suchej, warto skusić się na przelot nad wodospadami, gdyż unoszącą się wodę widać z powietrza nawet ze stu kilometrów. Podczas naszego pobytu też parę razy zostaliśmy zmoczeni przez zambezijską wodę, ale znacznie mniej niż byłoby to w przeciwległej porze roku, a widok jest naprawdę spektakularny.

Image

Po Boiling Pot rundka do innego punktu widokowego: Knifes Edge, gdzie właśnie mimo pory suchej mokniemy. Po drugiej stronie widać Zim i miejsca gdzie będziemy następnego dnia. Całość zajmuje nam ok. 3h, park zamyka się o 18:00. Wracamy do miasta, a na kolację idziemy do Cafe Zambezi - https://goo.gl/maps/3wYogfvJJPK2 - smacznie i jak na takie miejsce akceptowalne cenowo.

Image

Image

Dzień 2:
Rano wracamy na granicę, o 12:15 lotem ET829 ADD-VFA ma dolecieć reszta. No man’s land pokonujemy z plecakami z buta, temperatura jeszcze jest akceptowalna. W ciągu dnia mimo położenia na płaskowyżu i kalendarzowej zimy temperatura dochodziła do 30 stopni, a wilgoć znad wodospadów z temperaturą odczuwalną robiła swoje.

Po stronie Zim stoi dużo taksówek, udaje nam się wynegocjować 5$ za 3km do naszego noclegu (Victoria Falls Backpackers Lodge). Bierzemy też numer od kierowcy, który stanie się naszym miejscowym szoferem - miał dobry samochód, był miły i odbierał telefony co wystarczyło nam tutaj by się z nim związać. Dogadujemy się z nim, że zawiezie nas na lotnisko i z powrotem za 40$.
Od początku w naszym przybytku coś nam nie pasuje. Recepcjonistka jest nieco dziwna, opłata za wifi (3$/os), za dwa dwuosobowe „szałasy” płacimy 100$ bez śniadania. Hostel proponuje nam trasę na lotnisko za 30$ (tam i z powrotem), więc dzwonimy do naszego kierowcy, który też się zgadza na taką cenę. Umawiamy się z nim w centrum na 11:30 i idziemy na piwko/zakupy/karę sim. (mieliśmy ze sobą dodatkowy aparat telefoniczny w który ładowaliśmy lokalne simy i służył nam za hotspot).

Victoria Falls (tak, miasto nosi bardzo oryginalną nazwę) zostało podczas angielskiego panowania od zera wybudowane dla turystów. Jest niewielki kwartał kolonialnej - lub udającej kolonialną - zabudowy, na ulicach wyjątkowo duże stężenie turysty.

Image

Lotnisko jest oddalone 20km od miasta, drugi turnus ląduje o czasie (będzie dodatkowy post z krótką relacją z ich lotu) – zostawiają rzeczy w szałasach i jedziemy wspólnie nad wodospady. Nasz szofer zaproponował nam układ, który na początku wydawał nam się scamem. Polegał na tym, że on zapłaci za nasze bilety do PN swoją kartą (w sumie 120$/4 os.), a my mu damy gotówkę. W zamian zaoferował nam kurs do parku za darmo, a on gotówkę. Deal się udał. Tak samo zrobimy później z biletami na Autobus do Bulawayo.

Image

Wodospady po stronie Zim są tak samo spektakularne jak po stroni Zambii, jest ich więcej i sam park jest większy, ludzi też jakoś więcej, a mimo tego — i teoretycznie wysokiego sezonu — zdarzają się momenty, że jesteśmy zupełnie sami. Znowu mokniemy. Nie opisujemy dokładnie każdego kroku wzdłuż wodospadów — relacji i informacji akurat na ten temat nie brakuje. Niech zdjęcia przemówią za nas.

Image

Image

Image

Naszym zdaniem warto zobaczyć wodospad z obu stron granicy – pewnie jak się zacznie wcześnie rano można to zrobić w jeden dzień, drugi turnus zdążył jedynie zajść na drugą stronę po pamiątkowe pieczątki, ale na zejście np. do Boiling Pot zabrakło już czasu. Po wodospadach idziemy na kolację do wcześniej zarezerwowanego miejsca. 82$ za 4/os. z piwkami i przystawką. I w pierwszym rzędzie z widokiem, który się prędko nie nudzi.

Image

Rano o 7 wsiadamy w busa (luksusowy) do Bulawayo, pierwszy i ostatni raz jadą z nami inni biali w publicznym transporcie. Pierwszy raz jest też tak pusto (zajęta jedynie ok. połowa miejsc), mimo czego odjeżdżamy o czasie i dojeżdżamy do Bulawayo po 6 godzinach.

Zimbabwe naszym zdaniem bardzo trafnie i ciekawie zostało opisane w relacji @igore. My opiszemy stan rzeczy z naszej perspektywy, ale w miejscach gdzie moglibyśmy się powtarzać pokusimy się o skróty.
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 18 Gru 2018 20:50 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
22-24.08 Zimbabwe: Bulawayo, Masvingo, Wielkie Zimbabwe

W Bulawayo (drugie co do wielkości miasto Zim) bus zatrzymuje się pod ratuszem. W informacji turystycznej obok parkingu zaciągamy języka u starej Rodezyjki - bardzo pomocnej i zdziwionej naszą obecnością. W mieście mamy plan spędzenia zaledwie jednej nocy i odwiedzenie jednej atrakcji, a poza tym chcemy dowiedzieć się jak z tego miasta następnego dnia się wydostać.

Image

Złapawszy taksówkę meldujemy się w hotelu. Miejscowy Holiday Inn jest równie leciwy, co Pani z informacji turystycznej, ale trudno na to narzekać. Zapłaciliśmy 10k punktów RC (to standardowa stawka, nie PointBreaks), i wynegocjowaliśmy wcześniej upgrade do pokoju z dwoma podwójnymi łóżkami, w którym spokojnie mieścimy się w czwórkę.

Image

Po zostawieniu bagaży kierujemy się do pobliskiego centrum handlowego w celu konsumpcji szybkiego posiłku i przetestowania nowego piwka (Lion - bardzo przeciętne). Jak się później okaże, za $19,50 transakcję Revolutem zostanę obciążony $1950 w transakcji offline, która stan mojego revolutowego konta ściągnie w głęboki debet (szczęśliwie wydarzenie miało miejsce już po naszym powrocie, więc w trakcie wyjazdu normalnie korzystałem z karty. W wyniku chargebacku ostatecznie pieniądze zostały zwrócone na konto - piszę tylko ku przestrodze, nie wiedziałem wcześniej że na R. można mieć ujemny stan).

Image

Nabrawszy sił kierujemy się do głównej atrakcji Bulawayo - muzeum pociągów. Muzeum leży nieco na uboczu (na bocznicy obok głównego dworca kolejowego) i niełatwo tam trafić (Google Maps daje nieco mylące informacje), ale w końcu spytawszy kilkakrotnie o drogę trafiamy na miejsce. Muzeum jest własnością byłego pracownika Kolei Rodezyjskich - około siedemdziesięcioletni Pan sam je zresztą prowadzi. W ramach biletów wydawane są stare bilety kolejowe (oczywiście z czasów Rodezji), a rolę wejścia odgrywa stary budynek stacyjny przeniesiony tu z miasteczka Shamva. Kolekcja jest ogromna - lokomotywy, wagony, drezyny i znajduje się w bardzo różnym stanie. Najcenniejsze eksponaty, takie jak wagon, którym podróżowała po Rodezji królowa Elżbieta w czasie swojej wizyty po Wspólnocie, są zamknięte w szopach, część jednak jest stopniowo nadgryzana przez rdzę na świeżym powietrzu. Do niemal wszystkich wagonów i lokomotyw można wejść, stoi także drezyna którą można się przejechać. Raj dla mikoli. Spędzamy tu około dwóch godzin - do zamknięcia bodaj o 17 - po czym taksówka Pana Kolejarza podrzuca nas do centrum.

Image

Image

Image

Image

Centrum Bulawayo jest w miarę schludne - są tu chodniki, ortogonalna siatka ulic i kwartały budynków i spaceruje się po nim całkiem przyjemnie. Z drugiej strony widoczna jest też bieda - parokrotnie byliśmy zaczepiani przez głodne dzieci i, jak wszędzie w afryce - pełno straganów z badziewiem każdego gatunku. Wieczór spędzamy przy Zambezi (tym razem piwku, nie rzece).

Image

Po leniwym poranku następnego dnia kierujemy się w stronę ulicy, z której odjeżdżać ma nasz autobus do Masvingo - kolejnego punktu podróży. Autobusy odjeżdżają co chwilę, jednak niestety, na linii Bulawayo-Masvingo nie ma już autobusów o podwyższonym standardzie, ale przynajmniej droga jest w dobrym standardzie(niedługo i tego zabraknie). Ok. 280 km pokonujemy w 4-4,5h ($8).

Image

Image

Image

Do Masvingo (72 tys. mieszkańców) przyjechaliśmy w jednym celu - odwiedzenia Wielkiego Zimbabwe, znajdującej się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO największej przedeuropejskiej budowli subsaharyjskiej Afryki. Jednak mimo sąsiedztwa tej wspaniałej atrakcji, przez internet dostępnych było jedynie kilka punktów noclegowych, w dość wysokich jak na nasz budżet cenach. W związku z tym przyjeżdżamy bez planu noclegowego, przez co szybko zostajemy otoczeni przez gang naganiaczy. Mimo braku planu, uciekamy od nich kilka przecznic, i by nie podejmować pochopnych decyzji z pustym żołądkiem, kierujemy się do poleconego przez LP Moira Jane’s Blue Bird Cafe. Obok miejsca, które niestety właśnie się zamykało, łapie nas właścicielka pobliskiego Backpackers Rest - nieco mniej nachalna niż koledzy z parkingu. Mimo wzbudzającej podejrzenie nazwy, miejsce jest akceptowalne, trochę obskurne, lecz czyste - dostajemy przestronną czwórkę za ok. $40. Do wspomianego Blue Bird Cafe udaliśmy się następnego dnia, a po zameldowaniu w noclegowni jemy w pobliskim Studio 52 (płot w płot z Blue Bird). Oba miejsca zdecydowanie godne polecenia (bardzo smaczne burgery i kanapki za ok. $10). Wieczorem w hostelu przechodzimy inicjację z Chibuku - lokalnym przysmakiem będącym czymś na granicy piwa i owsianki. Czy możemy polecić z czystym sercem? Spróbujcie sami. Po piwku głód zabijaliśmy w pobliskim Chicken Innie...

Image

Image

Kolejnego dnia planujemy zrobić wycieczkę do wspomnianego Wielkiego Zimbabwe (WZ) znajdującego się ok. 30km od miasteczka, w którym śpimy, po czym chcemy wyruszyć w kierunku stolicy - Harare.

Do Toyoty Yaris Verso kursującej z Masvingo jako busik do WZ okazuje się, że można wcisnąć prócz kierowcy ośmiu pasażerów. 2 z przodu, 4 osoby z tyłu i 2 w bagażniku. Płacimy po kilka dolarów za przejazd i jesteśmy wysadzeni w Great Zimbabwe Hotel, z którego mamy do przejścia ok. kilometra do wejścia na teren WZ. Płacimy po $15 za wejście (przy bramie można jeszcze za dodatkową opłatą wynająć przewodnika). Na podstawie zdjęć możecie ocenić czy warto to miejsce odwiedzić. Teren jest rzeczywiście bardzo duży, i na początku nie widzimy żadnych turystów. W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się grupa młodych, ubranych jak na hardkorowe safari studentów. Jak się okazuje, Polacy. Był to jedyny raz, kiedy przez pięć tygodni spotkaliśmy rodaków.

Image

Image

Image

Image

Do Masvingo wracamy złapanym na hotelowym parkingu stopem - akurat hotelowy gość i pracownik uniwersytetu w Harare - ruszał w kierunku miasteczka i zgodził się nas podwieźć. Zjadłszy obiad we wspomnianym Blue Bird ruszamy dalej. Zdyszeni wsiadamy do autobusu do Harare, który właśnie miał odjeżdżać… a jak się okazało miał ujechać 15 metrów i przez kolejną godzinę dopychał pasażerów i cargo. Podróż tym razem idzie zdecydowanie gorzej - ok. 300 km pokonujemy w ok. 6 godzin i w mrocznym Harare lądujemy po zmroku.

Image
Góra
 Relacje PM off
igore lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 18 Gru 2018 21:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1319
Loty: 269
Kilometry: 480 468
złoty
My zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Great Zimbabwe na rzecz Mutare i okolic. Mam nadzieję, że w rzeczywistości nie prezentowało się dużo lepiej niż na Twoich zdjęciach. ;) Czekam na kolejne wpisy.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 18 Gru 2018 21:36 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
@igore Wielkie Zimbabwe było równie kontrowersyjną atrakcją co Chibuku ;)

A my z kolei przez Mutare tylko przejazdem, o czym wkrótce!
Góra
 Relacje PM off
jannnn lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 20 Gru 2018 21:50 

Rejestracja: 01 Sty 2014
Posty: 389
24-26.08 Zimbabwe: Harare i ku Mozambikowi

Zanim wjedziemy z relacją do stolicy, warto kilka słów poświęcić sytuacji politycznej podczas naszego pobytu w Zimbabwe. Po wyborach prezydenckich 1.08. kontestująca ich wyniki opozycja doprowadziła w Harare do zamieszek, w wyniku których policja zastrzeliła trzy osoby. Choć wyglądało na to, że w ciągu trzech tygodni przed naszym przyjazdem sytuacja nieco się uspokoiła (po krwawej pacyfikacji nie doszło do kolejnych protestów), w dniu naszego wjazdu do miasta w sprawie ważności wyborów miał wydać wyrok Sąd Najwyższy. Temat nie schodził z czołówek gazet i pasków telewizji informacyjnych, a my obawialiśmy się wyrok nie będzie przyczynkiem do dalszego bałaganu w stolicy. 

Image
 
Na rogatkach Harare znalazły się dodatkowe punkty kontrolne policji, ale szczęśliwie udało się wjechać do miasta. Okazało się jednak, że celem naszego autobusu nie będzie dworzec w centrum Harare, a pomniejszy parking jakieś 6km od centralnie położonego Holiday Inna, w którym zamierzaliśmy zatrzymać się na dwie noce. Na parking ten dojechaliśmy już po zmroku. Jedynymi źródłami światła były reflektory licznych samochodów, i miejsce wydawało się bardzo szemrane. Szczęśliwie bardzo pomocni kierowcy ogarnęli, że jesteśmy nieco zaniepokojeni i postanowili zorganizować nam transport - nas poprosili o zostanie wewnątrz autobusu. Po kilku minutach znalazł się kierowca, który znając swoją pozycję negocjacyjną zażądał $20 za kurs do hotelu… nie kłóciliśmy się i ruszyliśmy w drogę.

Image
 
Otwarty przed laty przez samego R. Mugabe Holiday Inn był podobnie podstarzały jak ten w Bulawayo, lecz podobnie jak w Bulawayo noc kosztowała nas tu 10k punktów IHG RC i nie było powodów do narzekań. A udało się jeszcze wynegocjować na recepcji 4 vouchery na piwka. Po zejściu do baru zreflektowaliśmy się, że noc spędzamy w jednym budynku z wieloma ważnymi osobistościami. Piwka sączyli tu liczni zwolennicy prezydenta-elekta Emmersona D. Mnangagwy, a także dziennikarze i obserwatorzy wyborów. Ci pierwsi z radością oddali nam szalik wyborczy z podobizną prezydenta. Był piątek, godzina jeszcze dość młoda, a my zachęceni tą radosną atmosferą postanowiliśmy ocenić co ma do zaoferowania Harare nocą. Jak się okazało, większość dobrych barów w mieście - poza hotelowymi - mieści się w centrach handlowych-enklawach bogactwa na obrzeżach stolicy(podobnie jak w Lusace). Trafiliśmy do jednej z takich enklaw i spędziliśmy wieczór w takich lokalach jak Pariah i Pablo’s.  

Image
 
Plan na sobotę zawierał elementy planistyczne, jak i turystyczno-rozrywkowe. Przewodniki, jak i internet skąpo opisują możliwości przejazdu z Harare do mozambickiej Beiry, do której chcieliśmy dotrzeć kolejnego dnia wieczorem (kiepsko byłoby zresztą, gdybyśmy nie dotarli, jako że w poniedziałek rano z Beiry mieliśmy samolot - o tym dalej). Udajemy się na oddalony o ok. półtora kilometra od hotelu dworzec autobusowy i udaje nam się znaleźć biuro przewoźnika (Trip Trans), który ma oferować bezpośrednie połączenia z Harare do Beiry. Pan w zeszycie zaznacza miejsca, które mamy otrzymać w odjeżdżającym nazajutrz autobusie (jak się okaże rezerwacja miejsc jest fikcją) i informuje nas o odjeździe o konieczności stawienia się na “boarding” o 6 rano - odjazd był zapowiadany na 7. Płacimy po $20, co wydaje się nie być złą stawką jak na niemal 600-kilometrową podróż. Do zakupu potrzebny jest paszport.

Image
 
Image

Spokojni o plany na dzień kolejny rozpoczynamy zwiedzanie Harare. Miasto jest dość rozległe, a mimo to, jak na sporą afrykańską metropolię, raczej uporządkowane. Poruszamy się głównie taksówkami - przejazd, w zależności od dystansu, to między $5 a $10. Pierwszym punktem na trasie jest znajdująca się w willowo-ambasadowej dzielnicy restauracja 40 Cork Road. Miejsce jest polecane w LP i na TripAdvisorze, znajduje się w ładnym domku z ogródkiem w cieniu drzew. Sam posiłek jednak zawodzi: nasza wewnętrzna cebula życzyłaby sobie czegoś bardziej wyszukanego za dania w przedziale $15-$20. 
 
Wsiadamy w kolejną taksówkę i ruszamy w kierunku National Heroes Acre - monumentalnego parku poświęconego ruchowi oporu wobec białej władzy. Na miejscu okazuje się, że za wejście na teren parku “kustosz” stojącego przy wjeździe muzeum liczy sobie absurdalnie wysoką wobec naszych oczekiwań kwotę (LP informowało że jedynie wstęp do muzeum jest płatny, a wejście na sam teren nie. Nie pamiętam w tej chwili ile to dokładne było, ok. $15). Nie mamy pojęcia, czy mamy paść ofiarą oszustwa, czy ceny rzeczywiście takie są - jednak decydujemy się rozdzielić. Dwie osoby wchodzą do parku, dwie pozostałe rezygnują i decydują się zwiedzić pobliski Stadion Narodowy – pojemność 60k.

Image
 
Za park zdecydowaliśmy się zapłacić głównie dlatego, że w jego centralnym punkcie znajduje się wielki brązowy pomnik bojowników o zimbabwejską wolność, jak żywo przypominający te z Pjongjangu (no dobra, ze zdjęć Pjongjangu). Oczywiście pewne różnice między pomnikami w Harare i Korei widać po dokładniejszym przyjrzeniu się twarzom posągów. Rzeczywiście, projekt parku był wspólnym dziełem artystów z Afryki i Korei Północnej - wygląda, w tym miejscu, zaprawdę nierealnie. Teren jest naprawdę spory - od wjazdu do pomnika wiedzie szeroka prosta aleja mająca około kilometra, a nie spotykamy tam nikogo. 

Image

Image

Image
 
Pozostała dwójka udaje się obejrzeć Stadion Narodowy, który jest po drugiej stronie drogi. Na błoniach stadionu były porozstawiane różne flagi i reklamy z wizerunkiem prezydenta. Nie były to afisze wyborcze, ale billboardy prywatnych i państwowych(koleje) firm gratulujące zwycięstwa tow. Mnangagwie. Wspaniały widok. Przy jednej z bram pytamy się ciecia, czy możemy wejść na trybuny zwiedzić stadion, a ten nie widzi problemu i wskazuje nam drogę. Okazuje się, że stadion właśnie jest szykowany na niedzielną ceremonię “koronacji” nowego Prezydenta, Emmersona. Na płycie rozstawiona jest scena, tron i trybuna dla ważniaków. Chodzimy sobie zadowoleni po koronie stadionu robiąc zdjęcia, jednak po kilku minutach zwracamy czyjąś uwagę. Z oddali widzimy małe poruszenie, i po chwili przybiega do nas dwójka ochroniarzy/tajniaków. Ci przez kilkanaście minut nas wałkują: co tu robimy, gdzie mieszkamy itd., sprawdzają dokumenty, spisują i w końcu puszczają wolno. Już więcej nikt nas nie niepokoi. Niestety w uroczystościach nie weźmiemy udziału, bo w niedzielę rano ruszamy dalej.

Image

Image

Image
 
Zaczyna się ściemniać, a my zachęceni poprzednim wieczorem mamy ochotę na powtórkę z rozrywki. Po przejeździe do hotelu kontaktujemy się z zapoznanymi poprzedniego dnia znajomymi i ruszamy w miasto. Nasi przewodnicy zabierają nas między innymi do miejsc takich, gdzie nasz kolor skóry budzi małą sensację. Tak czy inaczej, z odwiedzonych przez nas miast, życie nocne Harare i Lusaki oceniamy najwyżej (choć nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że trafiliśmy tam w weekendy).
 
Niedziela jest już jednym z tych dni podróży, którego elementy miło się wspomina jednak nie miałoby się ochoty na powtórkę. Z hotelu wymeldowujemy się jeszcze przed brzaskiem (dni, jak już wspominaliśmy, były w sierpniu dość krótkie) i po spacerze na dworzec ładujemy się do autobusu. Godzina przeznaczona na “boarding” nie jest przesadą - choć jesteśmy na miejscu ok. 6:45, nie uda nam się wyjechać do około ósmej, a przez cały czas do autobusu będą dokoptowywane kolejne osoby i towary. Układ siedzeń - znane już nam 2x3, a właściwie 3x3, bo w przejściu na stołkach siedzą dodatkowi pasażerowie. W takim komforcie czeka nas ok. 12 godzin jazdy. Tak jak już wspominałem, nasze miejsca były zajęte, w związku z czym wylądowaliśmy bezpośrednio pod głośnikiem — miejsce pod głośnikiem to złe miejsce (chyba że ktoś jest wielkim fanem przebojów DJa Kanji – tu próbka:



Nasze prośby o ściszenie muzyki zazwyczaj kończyło się ścieszeniem jej na ok. minutę, po czym wracaliśmy do huku (być może na życzenie innych pasażerów). 

Image
 
Po kilku godzinach nieźle znamy już niektóre miejscowe przeboje i cieszymy się na przerywnik w postaci granicy z Mozambikiem w Machipandzie (to nazwa strony mozambickiej). Formalności po stronie Zim przebiegają bez kłopotu i do Mozambiku wkraczamy spacerem przez krótki pas ziemi niczyjej. Tu zaczyna się niestety robić mniej przyjemnie. W kolejce do okienka łapie nas graniczny naganiacz z identyfikatorem na szyi, który oferuje swoją pomoc i rzekome przyspieszenie formalności. Zgadzamy się by pomógł nam wypełnić dokumenty i porozmawiać z celnikami zdając sobie sprawę z większych trudności w obcowaniu z miejscowymi służbami bez znajomości portugalskiego. Niedowidzący kolega naganiacz niespecjalnie nam jednak pomaga, a już na pewno nie przyspiesza procesu wzbudzając irytację pogranicznika, z którym rozmawiamy jednocześnie my i Pan naganiacz. Celnik jest podejrzliwie nastawiony do naszej marszruty - nie podoba mu się, że chcemy wyjechać z kraju przez granicę z Malawi na północy kraju i dopytuje kilkakrotnie czemu nie załatwiliśmy wcześniej wizy tranzytowej w ambasadzie, tłumacząc nam że dojazd do docelowej granicy zajmie nam zaledwie kilka dni. My tłumaczymy - z niewielką pomocą naganiacza - że wprawdzie tak, chcemy dostać się do granicy na północy, jednak mamy rozbudowany plan atrakcji, który zatrzyma nas na terenie kraju przez 10 dni. Zaś wizy nie załatwiliśmy na granicy, bo wiemy, że można ją otrzymać na granicy. Choć sytuacja pachnie łapówkowo, po kilkunastu minutach zostajemy w końcu zaproszeni do pokoju w którym płacimy po $50 za wizy, zostają zrobione zdjęcia i dokumenty wlepione do paszportów. Uciekamy przed naganiaczem, który za swoją wątpliwej jakości usługę chciał w sumie 20$, w stronę autobusu. Niestety, na granicy spędzimy jeszcze kolejne półtorej godziny w oczekiwaniu na przeszukanie autobusu przez celników.

Image

Image

Image
 
Już po drodze do Beiry zauważamy różnicę cywilizacyjną między Mozambikiem a Zimbabwe. Mimo, że mijamy liczne skupiska ludności, poza miasteczkami widzimy głównie ubogie drewniane konstrukcje kryte strzechą, a gdy zapada zmrok, jedynymi źródłami światła poza pasem drogi są ogniska i wypalane trawy. Podróż się dłuży niemiłosiernie, bo każda miejscowość to kontrola policji, nasz pojazd jest przeładowany, więc za każdym razem kierowca dyskutuje i daje w łapę. Nad Ocean Indyjski, do Beiry, dojeżdżamy ok. 20.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 18 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group