Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 18 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 18 Lip 2021 10:29 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
Zapraszam Was ponownie do Afryki.

Tej arabskiej i tej dalszej. Francuskojęzycznej, ale też angielskiej. Będzie to opowiadanie dość długie, ale nie nudne. Takie w sam raz.
Fotorelacja – mam nadzieję – zapewni Wam w części te uczucia, które miałem, gdy przemierzałem tamte strony. Od zrobienia trasy minęło 15 miesięcy, a ja gdy siedzę i piszę pierwsze zdania czuję jakbym tam był dosłownie wczoraj. Patrzę na zdjęcia i czuję jakbym dosłownie tam był, przypominam sobie co było przez zrobieniem, co było po zrobieniu kadru. Widzę tych ludzi w tamtych sytuacjach, czuję gorąco, które przenikało krajobraz w tamtym momencie, czuję smak i zapach jedzenia, które wtedy jadłem. Tak mocno wryło się to w moją wyobraźnię, taka odskocznia od codzienności, coś zupełnie przeciwnego.

Załącznik:
1.jpg
Załącznik:
2.jpg
Załącznik:
3.jpg
Załącznik:
4.jpg
Załącznik:
5.jpg


Cała podróż rozpoczęła się pod koniec lutego, za niedługo parę tysięcy kilometrów dalej w pewnym kraju pewien rząd szykował się już do zamknięcia lasów w celu ograniczenia transmisji wirusa. Lot jedyny słuszny tani, za 200 zł Wizzairem relacji Warszawa – Marrakesz (teraz go nie ma i kto wie kiedy przywrócą go z powrotem).Wysiadka o 12 i szybkie przemieszczenie się w kierunku dworca autobusowego. Płatność tylko gotówką i około godziny 15 ruszam w 24-godzinną podróż do Dakhli do dalekiej Sahary Zachodniej. Podróż autobusem nie ma prawa dostarczać niesamowitych emocji poza oglądaniem przemijającego krajobrazu i okazjonalnymi postojami na modlitwę oraz toaletę. Jest coś miłego w takiej ciągłej jeździe (okazjonalnie), gdzie umysł odpoczywa i nic nas nie interesuje, a rozprostowywanie kości w autobusie przeplatane jest mini drzemkami.
Dakhla wita nas niezapomnianym zjawiskiem pogodowym. Kalima, czyli nawiewanie piasku ze wschodu na zachód w stronę Wysp Kanaryjskich. Trasę od dworca do hotelu pokonałem na piechotę, a świat wokół dosłownie zaczerwienił się. Zdjęcia, które wrzucam nie mają narzuconego filtra, tak wyglądało otoczenie. Trwało to około godziny czasu, a ja czułem się jak mieszkaniec Marsa 8-) .Dakhla jest leżącym nad Oceanem Atlantyckim miastem z przepiękną zatoką, gdzie tłumnie przybywają windsurferzy. Samo miasto jest dość „kanciaste”, dominują proste bryły domów. Byłem tam drugi raz i muszę przyznać, że bardzo lubię to miejsce. Jest spokojne, wydaje mi się, że również bezpieczne (nie odczułem w każdym razie żadnego zagrożenia, a spacerowałem również po zmroku). Znajduje się tam nawet kościół katolicki. Dakhla dla mnie była jednakże miejscem przesiadkowym do dalszej drogi. Już o 5 rano byłem na nogach, gotowy i zwarty na przystanku, z którego ruszałem w stronę stolicy Mauretanii - Nawakszutu.

Załącznik:
6.jpg
Załącznik:
7.jpg
Załącznik:
8.jpg
Załącznik:
9.jpg
Załącznik:
10.jpg
Załącznik:
11.jpg
Załącznik:
12.jpg
Załącznik:
13.jpg
Załącznik:
14.jpg


Dojazd do granicy marokańsko-maurateńskiej jest jednym z moich ulubionych etapów w dotychczasowych podróżach. Marokańscy pogranicznicy nie czepiają się za bardzo, bo i tak znikam im z widnokręgu, a granica mauretańska – wyjątkowa – dostarcza jak zawsze ogromnej ilości emocji. By się do niej dostać robimy przesiadkę poza granicą marokańską do busa podstawionego przez stronę mauretańską.
Załącznik:
15.jpg
Załącznik:
16.jpg
Załącznik:
18.jpg
Załącznik:
19.jpg
Załącznik:
20.jpg

Pisałem o tym w innej relacji, ale wypada się powtórzyć. Pas ziemi pomiędzy Marokiem a Mauretanią jest tzw. ziemią niczyją (No Man’s Land), dokładnie zaminowaną na długości pewnie 1,5-2 kilometrów. Aby dostać się do placówki granicznej Mauretanii trzeba jechać jedną z kilku wyznaczonych ścieżek. Zjechanie w złą stronę może skutkować spotkaniem się z jedną z wielu rozsianych tam min poukrywanych w piasku. Różnica pomiędzy moim ostatnim pobytem jest dość znacząca, gdyż rozsiane wszędzie wraki samochodów zostały uprzątnięte. Trochę szkoda, bo tworzyło to niezapomniany klimat rodem z filmu Mad Max. Mauretańska placówka to kompleks betonowych 3 lub 4 budynków dosłownie pośrodku niczego, wokół jak okiem sięgnąć piasek. Celnicy są w sumie w porządku, nie ma specjalnej wrogości, a raczej ciekawość zwłaszcza, że tą granicę w ciągu roku przekracza dość niewielka liczba turystów-zapaleńców. Wiza (już druga) dość sprawnie wbita do paszportu, bez zbędnego przeciągania. Zdarzyła się też dość ciekawa sytuacja. Jeden z pograniczników, śmieszny 150 centymetrowy człowiek z wąsem chciał koniecznie ze mną boksować :shock: Stawiał na swoje zwycięstwo 50 euro. Inni pogranicznicy śmiali się i mówili, że jest „crazy”, ale on nie odpuszczał. Jedyne co mogłem zrobić w tej sytuacji to wytłumaczyłem mu, że za bardzo szanuję go jako funkcjonariusza i podziękowałem. Pewnie gdybym zebrał łomot to jeszcze pół biedy, ale gdyby stało się to w drugą stronę pewnie skończyłbym w jakimś przytulnym pomieszczeniu z klamką tylko na zewnątrz. Generalnie 50 euro kusiło żeby zarobić, ale nie tym razem. Po załatwieniu formalności wsiadam w busa, a mój znajomy kierowca (z poprzedniego razu gdy robiłem tą trasę) rusza w stronę stolicy.
Jako dygresję wspomnę może o sytuacji na jednym postoju gdzie zgłodniałem. Zamówiłem chleb z mięsem (pewnie z kozy). Z bagażu zapomniałem wziąć sztućców (były na dachu, nie było jak się do nich dostać) i musiałem nocny obiadek jeść palcami w miejscu, które czyste to było chyba tylko wtedy jak je świeżo oddawali do użytku. Jakim cudem nie dostałem sraczki jest dla mnie zagadką do dnia dzisiejszego
Załącznik:
17.jpg
Załącznik:
23.jpg
Załącznik:
24.jpg
Załącznik:
25.jpg
Załącznik:
21.jpg
Załącznik:
22.jpg


Popołudniu docieram do miasta i kieruję się w stronę hostelu Le Triskell – Auberge. Cudowne miejsce, w którym spotykam kilka innych osób, które dzielą moją pasję do wędrówki. Koniecznie wygooglujcie sobie ten hotel, czuć beduiński klimat, zwłaszcza że dwa najbliższe noclegi spędziłem śpiąc w namiocie na dachu budynku. W Nawakszucie spędziłem około dwóch dni. Nie jest to miasto specjalnie ładne, mnóstwo takich samych budynków, ulice pełne piasku Sahary. Powiedzieć jednak, że jest brzydkie też byłoby nadużyciem. Jest w miarę czysto, zarówno w obszarze portu jak i obszarze gdzie zlokalizowane są ambasady. Podczas spaceru zawędrowałem do ambasady Mali, aby zasięgnąć języka odnośnie możliwości dostania się do tego kraju. Wiza kosztowała jeśli dobrze pamiętam przynajmniej 600 zł. Nie tym razem, zwłaszcza, że jak potem liczyłem cała podróż zajęłaby dodatkowy tydzień. Przy jednej z uliczek spotykam coś na kształt fitness klubu. Grupa mężczyzn uprawiała jakieś rozciąganie pod przewodnictwem trenera, który jak taki boss siedział na krzesełku i wydawał polecenia. Piszę o tym, gdyż w całej te okolicy to miejsce było trochę wpasowane jakby z innego świata. Obstawiam, że to miejsce przeznaczone dla lokalnych szych, gdyż wokoło stały same pickup toyoty czy land rovery. Gdy chciałem zobaczyć ocean skutecznie uniemożliwiły mi to kilometrowe zabudowania i płot. Nie jestem pewien co dokładnie się tam znajdowało, jeśli miałbym strzelać to pewnie coś związanego z przetwórstwem ryb. Te dwa dni upłynęły dość leniwie na spokojnych spacerach, planowaniu dalszej drogi i poznawaniu innych gości hostelu.
Załącznik:
26.jpg
Załącznik:
27.jpg
Załącznik:
28.jpg
Załącznik:
29.jpg
Załącznik:
30.jpg
Załącznik:
31.jpg
Załącznik:
32.jpg
Załącznik:
33.jpg
Załącznik:
34.jpg
Załącznik:
35.jpg
Załącznik:
36.jpg
Załącznik:
37.jpg
Załącznik:
38.jpg
Załącznik:
39.jpg
Załącznik:
40.jpg
Załącznik:
41.jpg
Załącznik:
42.jpg
Załącznik:
43.jpg
Załącznik:
44.jpg
Załącznik:
45.jpg
Załącznik:
46.jpg
Załącznik:
47.jpg


Przypadkiem udało się zebrać grupkę 10 osób (wszyscy obcokrajowcy) i wspólnie ruszyliśmy w stronę Senegalu, w stronę bardzo niesławnej granicy Rosso.

Załącznik:
49.jpg
Załącznik:
48.jpg


Granica ta jest uważana za mocno niebezpieczną. Jest też zagmatwana logistycznie. Zajechałem na dworzec. Wokół setki małych budyneczków. Weszliśmy na „główną ulicę", która była wydeptanym szerokim piaskowym deptakiem. Po obu stronach ciągnęły się stragany, sklepiki. Muszę przyznać, że bardzo jestem wdzięczny za pomoc kolegów z Niemiec, którzy razem ze mną jechali busem w stronę Senegalu. Byli w tym miejscu jakiś czas temu i mniej więcej wiedzieli gdzie iść. Gdybym miał sam znaleźć przejście graniczne miałbym naprawdę duży problem. Zawahanie w takim miejscu skutkuje tłumem chętnych do pomocy "lokalsów", a to wiąże się ze stresem i wyłożeniem pewnie paru dolarów. Przejście graniczne jak się okazało to była uliczka, w którą trzeba było skręcić, przejść około 200 metrów wśród kolejnych straganów. Na końcu było okienko, które nijak nie przypominało granicy. Procedury nie trwały długo. Po wejściu w drzwi wychodziło się do jakby kolejnego levelu w grze. W jednym momencie jesteś na bazarze, a za chwilę przechodzisz przez drzwi i twoim oczom ukazuje się gigantyczna wprost rzeka (rz. Senegal) wpadająca do oceanu i dziesiątki łodzi, które za drobną opłatą przewożą na drugą stronę. Łodzie te transportują też przeróżną suchą żywność jak cebula, ryż z logiem np. Japonii. Niezapomniany widok. Po tej stronie kolejna kontrola z w sumie mocno sapiącym celnikiem, nie wiem nawet o co, pamiętam że musiałem szybko kasować zdjęcia z komórki (na szczęście chwilowo). Jest tam rygorystycznie przestrzegany zakaz fotografowania i nagrywania. Finalnie udało się jednak kilka zdjęć zrobić i przemycić.

Załącznik:
50.jpg
Załącznik:
51.jpg
Załącznik:
52.jpg
Załącznik:
53.jpg
Załącznik:
54.jpg


Po kilkunastu dobrych minutach na łodzi mogłem postawić nogę na senegalskiej ziemi. Moje wewnętrzne nastawienie zmieniło się na bardziej pozytywne. Ciężko to opisać, ale poczułem tak jakby luz, że zmieniłem kraj. Mauretanię uwielbiam, ale jednak sposób życia i kultura jest dla mnie bardzo odległa. Odprawa celna nie trwała długo i upłynęła w miłej atmosferze. Pierwszy chyba raz ktoś prosił o żółtą książeczkę szczepień. Po przekroczeniu granicy standardowa procedura, czyli szukanie karty SIM oraz czegoś do jedzenia. Od tego momentu na parę dni moje losy splotły mnie z dwójką młodych Niemców z czego jeden znał francuski co było niezwykle przydatne. Jako dygresję dodam, że od jakiegoś czasu uczę się tego języka. Do Afryki mam zamiar wracać, a zbyt dużo tracę na braku tej umiejętności. Po kilometrze spokojnego spaceru udało się znaleźć knajpkę (chociaż to za duże słowo) w której bardzo miły „chef” przygotował nam jajecznicę z cebulą (cebula jest głównym składnikiem wszystkiego w tamtych rejonach). Koszt 4 jajek z chlebem wyniósł około 1,20 zł po przeliczeniu co uważam za cenę dość uczciwą ;) W międzyczasie wymiana euro na franki (CAF) i można ruszać w dalszą drogą. Po krótkim czasie dotarłem do miejscowego dworca autobusowo-samochodowego. Trzeba było poczekać, aż nasz samochód zbierze kompletną ekipę. W międzyczasie chodziłem bez większego celu po dworcu. Po chwili miałem nawet swój wewnętrzny fanklub, który chciał robić sobie ze mną zdjęcia. Dobrze się złożyło, bo też bardzo chciałem mieć pamiątkę, więc na zasadzie obopólnej korzyści każdy skorzystał.

Załącznik:
55.jpg
Załącznik:
56.jpg
Załącznik:
57.jpg
Załącznik:
58.jpg
Załącznik:
59.jpg
Załącznik:
60.jpg
Załącznik:
61.jpg


W samochodzie nastąpiła w sumie śmieszna sytuacja, bo Niemiec ten od języka francuskiego zaczął się targować. Targi trwały pewnie dobrych 15 minut i nie ustalone zostały żadne konkrety. W końcu muszę przyznać trochę poirytowany krzyknąłem „My friend ten euro, good?” i kierowca się zgodził, mimo że wcześniej opierał się cały czas przy 15 euro. Niemcy mieli radochę, że Polacy umieją się targować, a mi trochę było smutno że może zbyt ostro. Jako, że robiło się już późno z ulgą powitałem cel godzinnej jazdy, czyli lokalny hostel Zebra Bar.

Załącznik:
62.jpg
Załącznik:
63.jpg


Jeden z najfajniejszych noclegów w jakim byłem. Położony zaraz obok parku krajobrazowego, pełen tysięcy ptaków – trochę przypominający mazurskie kempingi – tylko nad oceanem i drzewa bujniejsze. Za 30 zł za dobę dostałem 6-osobowy domek, w którym we 4 mogliśmy wygodnie spać na materacach z moskitierą. Po trudach drogi mogłem się zrelaksować przy zimnej coli nad brzegiem oceanu, a na tle zachodzącego słońca mogłem obserwować dziesiątki ptaków tworzących „klucze”. Zebra Bar znajdował się jakieś 10 minut piechotą od wioski. Wioska typowa dla tamtych stron, drewniana, nie za bogata, ale przy ulicy kobiety robiły wyśmienite kanapki z mięsem (ale co to było za mięso pojęcia nie mam). Przechadzając się wzdłuż drogi standardowa przyciąga się sporo ciekawskich spojrzeń, głównie dzieci.

Załącznik:
65.jpg
Załącznik:
66.jpg
Załącznik:
67.jpg
Załącznik:
68.jpg
Załącznik:
69.jpg
Załącznik:
70.jpg
Załącznik:
71.jpg
Załącznik:
72.jpg
Załącznik:
74.jpg
Załącznik:
84.jpg
Załącznik:
85.jpg


Nie tak daleko od hostelu znajdowała się miejscowość St.Louis z częścią miasta wpisaną na listę UNESCO. Miasto ze wspaniałą kolonialną architekturą oraz setkami kolorowych łodzi wzdłuż brzegu. Stanowczo warto było poświęcić parę godzin na spacer, by móc podziwiać doskonale zachowane budynki. Można było poczuć klimat dawnych lat. Wrażenie psują trochę wszędobylskie śmieci walające się głównie w okolicach łodzi oraz na plaży, wśród których leniwie przechadzają się – oczywiście – kozy oraz krowy (w każdym razie jakaś większa odmiana :) ). Pobyt zakończyłem udanym targowaniem się o magnesiki z jednym ze sprzedawców. W jednym z niewielu bankomatów w okolicy udało się podjąć trochę waluty i można wracać do hostelu.

Załącznik:
76.jpg
Załącznik:
77.jpg
Załącznik:
78.jpg
Załącznik:
79.jpg
Załącznik:
80.jpg
Załącznik:
81.jpg
Załącznik:
83.jpg

W ogóle muszę wspomnieć o śmiesznej sytuacji związanej z naszymi kolegami z Niemiec. Oszczędzali na czym się da, targowali się gdzie się da. W hostelu popłynęli wypożyczonym kajakiem, złowili jakieś ryby, upiekli je na ogniu i zjedli. Gdy dojechaliśmy do hostelu i zobaczyli piwo, które tanie nie było, bo jeśli dobrze pamiętam to w przedziale 8-10 zł to z tego co pamiętam zostawili w barze przynajmniej 200 zł od przy pierwszym posiedzeniu. Nie przesadzam, wydaje mi się że we dwóch spokojnie wypili pierwszego wieczoru 20 piw. Jest to o tyle śmieszne, że kilka godzin wcześniej targowaliśmy się wspólnie o tańszą jajecznicę, która nie kosztowała 2 zł...

Załącznik:
73.jpg


Wszystko co dobre kiedyś się kończy i nastał czas rozstania. Oni w prawo kraju, ja w dół do stolicy, czyli Dakaru. Z busami w tamtym stronach to jest tak, że nie można planować że coś zrobisz szybko. Idziesz na dworzec, czekasz aż się zbiorą ludzie, potem jazda złomem, gdzie miejsc jest np. 20, a jadących ludzi 2x tyle. I tak trasa np. 200 kilometrów, którą w Polsce zrobilibyśmy autem w 2 godziny autostradą tam staje się półdniową wyprawą. W busie, którym jechałem liczne grono stanowiły 120+ kilowe kobiety z gromadką dzieci. Nie ma jednak co wybrzydzać, jest bus, jedzie w dobrą stronę to wsiadam i do przodu. W samej jeździe poza ciasnotą zapamiętałem przedmieścia Dakaru z hordami ludzi, zabudowań ciągnącymi się przez 2 godziny zanim dostaliśmy się do dworca, który znajdował się jeszcze parę kilometrów od centrum. Chciałbym jeszcze tylko tutaj wspomnieć o w sumie smutnej sytuacji na dworcu, ale jeszcze w St.Louis zaraz przed wyjazdem do Dakaru. Kupiłem sobie jakieś słodycze na szybko (jakieś cukierki) i wracałem do busa. Obleciało mnie z 10 dzieciaków. Nie namyślając się wystawiłem rękę, żeby je poczęstować. To jak szybko te cukierki zostały mi wyrwane z ręki, trochę mną wstrząsnęło. Realnie rzuciły się na nie. Smutne, ale takie realia tamtych stron. Swoją drogą z taką szybkością rąk jaką miały te dzieci spokojnie zrobiłyby karierę w boksie.
Załącznik:
86.jpg
Załącznik:
87.jpg
Załącznik:
88.jpg
Załącznik:
89.jpg

Wracamy do Dakaru. Złapałem jakiś hotel w miarę w centrum, bo nie planowałem długo tam zabawić, a coś jednak chciałem zobaczyć. Miasto tętniące życie, mnóstwo ludzi, sklepów, barów – standard. Udałem się w stronę oceanu. Po drodze mijałem ambasady, budynki rządowe, a w pewnym momencie 12 piętrowy wieżowiec za bramą którego pasły się kozy, a cały budynek kiedyś pewnie zajęty przez ludzi teraz był pusty. Ulica dalej doprowadziła do klifu z którego rozpościerał się widok na ocean i tutaj popełniłem strategiczny błąd. Wlazłem za jakiś płot i zacząłem nagrywać. Zobaczył to jak się później okazało jakiś oficer. Następne 1,5 godziny spędziłem na tłumaczeniu się kim jestem, co tutaj robię, pokazywaniu kart i zdjęć na telefonie, oczywiście oni nie znali angielskiego, ja nie znałem francuskiego, więc jedynym rozwiązaniem był język migowy oraz jakiś tłumacz w komórce. Zanim skończyli swoje procedury sprawdzania czy nie jestem agentem obcego wywiadu ściemniło się i drogę powrotną spędziłem wracając do hotelu po nocy. Obyło się już bez dalszych przygód.
Kolejny dzień to tak naprawdę włóczenie się bez celu. Tak naprawdę nie spotkałem niczego specjalnie ciekawego, ale tez na nic się tutaj nie nastawiałem. Obejrzałem - odhaczone, można się zbierać w stronę Gambii i kolejnej stolicy - Bandżul.
Załącznik:
90.jpg
Załącznik:
91.jpg
Załącznik:
92.jpg
Załącznik:
93.jpg

Jazda do granicy, oczywiście zgodnie z tradycją dłużąca się i w tłumie. Granica pomiędzy położona krajami oparta się o ujście rzeki o jakże ambitnej nazwie Gambia :evil: Przepływa się promem pełnym ludzi i samochodów. Chwilę to zajmuje, upał daje się mocno we znaki, ale i satysfakcja jest ogromna. W Gambii mocno działali Brytyjczycy. Jest to kraj przyjazny i turystyczny. Ludzie mówią po angielsku co znacząco ułatwia mi komunikację. Popołudniowy przyjazd i standardowo karta SIM oraz poszukiwanie hotelu. Udało mi się znaleźć dość dobry nocleg w hostelu, bardzo czystym i schludnym na uboczu. W okolicy nie było tak naprawdę nic ciekawego. W samej Gambii udaliśmy sie do lokalnego parku/zoo. Pierwszy raz mogłem obejrzeć na żywo hieny, oddzielony tylko słabej jakości siatką. Swoją drogą strasznie duże stworzenia i rzeczywiście śmiały się ze mnie :D Dodatkowo można było chodzić wśród sępów, których głowy wyglądają jak trupie czaszki. Kojarzycie te sceny z bajek, gdzie ktoś umiera z wyczerpania na pustyni i krążą sępy - idealnie się do tego nadają te stworzenia.
Załącznik:
108.jpg
Załącznik:
109.jpg
Załącznik:
110.jpg
Załącznik:
111.jpg

Po przespanej nocy wpadam na genialny pomysł (w moim mniemaniu) na pojechanie na obiad - 80 km w głąb Gambii. Przyjemne z pożytecznym - podjem i coś zobaczę. Podjechałem do miasta obok Serrekunda (naprawdę byłem skołowany, bo myślałem że to jest Banjul, a Serrekunda to dzielnica, ale tak nie jest). Serrekunda jest już bardziej afrykańska, czyli mnóstwo ludzi z ogromną ilością stoisk różnego rodzaju, wraz z moim celem czyli dworcem autobusowym.
Załącznik:
94.jpg
Załącznik:
95.jpg
Załącznik:
96.jpg
Załącznik:
97.jpg
Załącznik:
98.jpg

Udało mi się znaleźć właściwy dla mnie autobus, który kosztował za te 80 km dosłownie może 6 czy 8 zł. Autobus był pełen ludzi, po drodze było mnóstwo przystanków na których dodatkowo pakowali się jeszcze ludzie sprzedający wodę, orzeszki itp. Droga upłynęła mi przyjemnie, gdyż w spokoju mogłem oglądać to co dzieje się za oknem. Po trudach pustynnych taki sawannowy klimat był przyjemnym urozmaiceniem.
Przez Gambię przechodzi jedna długa droga w poziomie i z niej odchodzą różne lokalne. Kierowca oczywiście przejechał mój przystanek i musiałem kilometr podejść z buta. Do mojego celu miałem jeszcze około 8-10 km, na szczęście w stronę, w którą miałem jechać podjechał kolejny bus.
Załącznik:
99.jpg
Załącznik:
100.jpg

Do wioski Bintang dotarłem po chwili i wzbudziłem sporą sensację, gdyż byłem jedynym turystą. Od razu raźnym krokiem udałem się do hostelu/restauracji Bintang Bolong, gdzie zjadłem przepyszną rybkę z frytkami i - UWAGA - cebulą.
Po pysznym jedzonku swoje kroki skierowałem z powrotem do wioski. Nie bardzo mając co ze sobą zrobić pooglądałem ogromne baobaby (ale tak naprawdę ogromne) i w końcu podszedłem na jakiś przystanek zapytać kiedy przyjedzie bus. Dostałem odpowiedź, że "soon". (Soon, które nigdy nie nastąpiło tak w ogóle).
Podbiegły do mnie oczywiście dzieci i ku mojemu przerażeniu, ale nie dałem tego po sobie poznać, jedno z nich, pewnie maks 12-letnia dziewczynka była w ciąży... Generalnie dzieci pytały mnie czy jestem muzułmaninem i mocno interesowały się moimi tatuażami. Podszedł do mnie też jakiś starszy mieszkaniem wioski i zaprosił mnie do siebie do domu. Trochę pogadał, w sumie to nie wiem o czym, bo nie mówił ani po angielsku ani po francusku. Pokazał mi swój telewizor, tabliczkę ze swoim nazwiskiem. Po kilku minutach pożegnaliśmy się i uznałem, że wracam z buta do głównej drogi, może coś się trafi. Nie uszedłem 500 metrów, a zaczepiła mnie mega ładna dziewczyna z pobliskiej szkoły dla kobiet. Zaprosiła mnie na herbatę z jakimiś innymi trzema koleżankami, oczywiście nie odmówiłem. Picie herbaty odbyło się pod jakimś drzewem i muszę przyznać, że była bardzo smaczna. Dałem im za to jakieś w przeliczeniu 20 zł (a tak naprawdę to same się dopraszały :lol: ). Minęło kilka chwil na wymianie uprzejmości i postanowiłem znowu zawinąć się w stronę drogi, zwłaszcza że robiło się już późno. Żeby nie to, że po drodze zawinął mnie jakiś przyjazny człowiek na skuterze to do drogi spokojnie szedłbym 2 godziny i byłoby już po zachodzie słońca. Udało się jednak dość sprawnie wrócić do Serrekundy i potem do Banjulu.
Załącznik:
101.jpg
Załącznik:
102.jpg
Załącznik:
103.jpg
Załącznik:
104.jpg
Załącznik:
105.jpg
Załącznik:
106.jpg
Załącznik:
107.jpg

Następny dzień to szybki wypad na plażę, gdzie pierwszy raz spotkałem się z taką praktyką, że chodzili po niej dobrze zbudowani lokalni chłopcy i wyrywali stare Brytyjki (których była dosłownie garstka). Popołudniu udałem się już na Banjul Airport, na którym w pewnym momencie wysiadł cały prąd. Trochę miałem nadzieję, że nie padnie jak będzie startował mój samolot.
Załącznik:
112.jpg

Kończąc relację dodam, że lot powrotny miałem przez Barcelonę. Lądowaliśmy o 4 nad ranem, chwilę spania na ławce, chodzenie po Barcelonie i powrót popołudniu do Warszawy.

Podsumowując: cała trasa to było 2800 kilometrów i trwała 13 dni. Pieniędzy nie wydałem dużo, bo jednak poza lotami na miejscu płaci się dość mało, zwłaszcza jeśli tak jak ja śpi się głównie po tanich hostelach.
Tekstu wyszło 5 stron A4, a zdjęć 112, więc mam nadzieję, że w jakimś stopniu będzie oddany klimat podróży.
Mam nadzieję, że relacja się spodoba.
Do następnego :ugeek:


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez irae, 18 Lip 2021 14:26, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
63 ludzi lubi ten post.
15 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 18 Lip 2021 12:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1374
złoty
Dzięki, super relacja.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
irae lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 18 Lip 2021 13:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2727
Loty: 229
Kilometry: 331 531
HON fly4free
Ależ konkret wjechał :D
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off
elwirka lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 18 Lip 2021 13:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2012
Posty: 2574
HON fly4free
Super!!! No i znowu jak przy relacji @tropikey z Jukatanu mialem dylemat, czytac, czy zostawic....bo to jeden z moich nastepnych planow... :-)
Dzieki @irae!
_________________
navigare necesse est
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 18 Lip 2021 13:34 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
Czytać czytać ;) Dziękuję :)

marcino123 napisał(a):
Ależ konkret wjechał :D


Bardzo dziękuję, super wspomnienia mam z tej podróży, mam pewne plany związane z Afryką na ten rok również, ale zobaczymy :D
Góra
 Relacje PM off
oskiboski lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 18 Lip 2021 13:40 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 7072
Loty: 871
Kilometry: 813 940
platynowy
Zwięźle acz konkretnie. Świetna relacja @irae!
Wizę do Mauretanii dostałeś po prostu na granicy, czy musiałeś coś wcześniej załatwiać?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 18 Lip 2021 13:50 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
Wiza płatna na granicy, +- 250 zł.
Góra
 Relacje PM off
Sudoku lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 22 Lip 2021 08:15 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
Krótki filmik w jedynym słusznym formacie - pion :lol: 8-)

Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 22 Lip 2021 08:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 2128
Loty: 264
Kilometry: 513 679
złoty
irae napisał(a):
Nie przesadzam, wydaje mi się że we dwóch spokojnie wypili pierwszego wieczoru 20 piw. Jest to o tyle śmieszne, że kilka godzin wcześniej targowaliśmy się wspólnie o tańszą jajecznicę


Młody zawsze zdziwiony. Po trudach podróży trzeba odreagować. A że picie drogo wyszło? No cóż. Przecież zaoszczędzili na jajecznicy;-)

A tak na poważnie. Świetna relacja. Pisz kolejne, dobrze się czyta.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
irae lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 22 Lip 2021 10:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3474
złoty
fajna relacja, niebanalny kierunek
St. Louis jest świetne, Dakar paskudny ale będąc w Dakarze trzeba było skoczyć na mega klimatyczną wyspę wpisaną zresztą na UNESCO île de Gorée.
przejechałem trochę wybrzeża od Mbour przez Dakar do St. Louis i syf na plażach straszny, zdziwiony jestem, że tak czysto na Langue De Barbarie bo trochę bardziej na północ jeden wielki śmietnik
_________________
"Ten, kto znalazł się za drzwiami, pokonał najtrudniejszy etap podróży" - przysłowie duńskie
Image


Ostatnio edytowany przez cypel, 23 Lip 2021 07:06, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
jerzy5 lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 22 Lip 2021 18:37 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
Dziękuję bardzo :)
Mam w zanadrzu 3 tygodniową trasę Singapur - Hanoi, ale nie mogę się zebrać.
I myślę, że w te wakacje ze 2 fajne wycieczki przede mną :)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 22 Lip 2021 19:36 

Rejestracja: 22 Lut 2013
Posty: 157
niebieski
Ciekawa relacja, fajnie się czytało,dziekuję
Góra
 Relacje PM off
irae lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 22 Lip 2021 20:41 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
Dziękuję 8-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 23 Lip 2021 09:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 669
Loty: 125
Kilometry: 288 984
niebieski
Ekstra! Juz prawie dwa lata nie bylem w Podrozy przez duze "P" :D Europejskie city breaki w dobie covida, nie daja mi nawet namiastki tego podrozniczego kopa. Chyba juz czas powoli wracac do przedpandemicznego trybu zycia :D
_________________
Image
Relacja z Malawi
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 23 Lip 2021 11:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1252
Loty: 462
Kilometry: 714 395
srebrny
Świetna podróż. Mauretania - mój wymarzony acz niezrealizowany plan - mieliśmy bilety na przełom marca i kwietnia 2020, podróż w drugą stronę - z Senegalu do Mauretanii. Bardzo ciekawa relacja - nie za krótka i nie za długa, tak jak piszesz. No i zdjęcia z miejscowymi pięknościami! Trzeba się przymierzyć ponownie do tego kierunku.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
oskiboski lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 23 Lip 2021 13:49 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 151
Loty: 105
Kilometry: 178 269
niebieski
Rewelacyjna relacja, już kilka razy się przymierzałem do podobnej trasy, po tej herbacie... rozwiałeś moje wszelkie wątpliwości :D
Góra
 Relacje PM off
oskiboski lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 24 Lip 2021 20:00 

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 95
Loty: 58
Kilometry: 129 252
niebieski
gecko napisał(a):
Ekstra! Juz prawie dwa lata nie bylem w Podrozy przez duze "P" :D Europejskie city breaki w dobie covida, nie daja mi nawet namiastki tego podrozniczego kopa. Chyba juz czas powoli wracac do przedpandemicznego trybu zycia :D


Nie wszędzie, ale w kilka fajnych miejsc można już spokojnie się dostać i budować zacnego tripa.

Cytuj:
Świetna podróż. Mauretania - mój wymarzony acz niezrealizowany plan - mieliśmy bilety na przełom marca i kwietnia 2020, podróż w drugą stronę - z Senegalu do Mauretanii. Bardzo ciekawa relacja - nie za krótka i nie za długa, tak jak piszesz. No i zdjęcia z miejscowymi pięknościami! Trzeba się przymierzyć ponownie do tego kierunku.


Mauretania jest super, bo poza wrażeniem bycia trochę w innym czasie to przynajmniej tak jest u mnie, można nabrać fajnego dystansu do życia.

Cytuj:
Rewelacyjna relacja, już kilka razy się przymierzałem do podobnej trasy, po tej herbacie... rozwiałeś moje wszelkie wątpliwości :D


Zdecydowanie łatwo nawiązać tam kontakt międzyludzki, większa otwartość.
Góra
 Relacje PM off
sko1czek lubi ten post.
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
#18 PostWysłany: 02 Wrz 2021 21:02 

Rejestracja: 06 Sie 2014
Posty: 345
Loty: 72
Kilometry: 161 344
niebieski
Wpadlem, przeczytalem, dziękuję za piekna relacje :-)
_________________
zapraszam serdecznie :-) na nasz ig: Podróżnicy z Kórnika :-)
Góra
 Relacje PM off
irae lubi ten post.
 
 
 [ 18 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group