Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 131 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1 ... 3, 4, 5, 6, 7  Następna
Autor Wiadomość
#101 PostWysłany: 13 Paź 2019 21:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
Dla odprężenia i odsapnięcia od wyników wyborczych, proponuję kolejny segment mojego tasiemca :) 

Przestrzeliłem aż o 40%! Mój hotel jest oddalony od lotniska nie o 500, ale 700 m. Nie zmienia to jednak faktu, że spacer jest niewątpliwie najlepszą formą pokonania tego dystansu (w obu kierunkach), no chyba że leje. 

Obiekt działa pod dumną nazwą Eco Hotel Katarma. Nie do końca kojarzę, jakież ma on właściwości, które uzasadniają zastosowanie owego "Eco" w nazwie, ale i tak jest w porządku. Właściciel rozwinął tu na niespotykaną skalę artystyczne pomysły z polskiej wsi, gdzie elewacje budynków zdobiono (bo chyba już się tego nie robi) szkiełkami i ceramicznymi łupkami. Budynek Katarmy to jedna wielka galeria mozaik stworzonych z tego typu materiałów. I niekoniecznie jest to jakiś kicz. 

Image

Image

Image

Image

Image

Pokój jest wielki. Mógłbym trenować tam biegi, ale jestem tu tylko na 1 noc, więc nie mam czasu, by spróbować. 

Image

Image

Image

Image

Image

Kosztuje mnie to 62 USD. W cenie jest również śniadanie, o którym nieco później. Na razie trzeba wykorzystać pozostałą po przylocie część dnia. 

W kilka minut docieram do brzegu. Rybacy czyszczą tu i remontują swoje łodzie. Kawałek dalej na lewo jest garnizon ekwadorskiej marynarki wojennej, a zaczynając od tego miejsca w prawo, ciągnie się tutejszy malecon. No bo co to byłaby za ekwadorska miejscowość bez własnego maleconu ? Ten jest bardzo przyjemny i zadbany. Starannie ułożona kostka, ławeczki, pomosty, drewniano-siatkowe ogrodzenia oddzielające deptak od piachu i głazów, gdzie wylegują się lwy morskie, legwany i czerwone kraby. 

Te pierwsze są tu sporo większe, niż na Isabeli. Niektóre osobniki mają z 2 metry długości i ważą pewnie tyle, że niektóre kamienie się pod nimi uginają. Mnie urzekł pierwszy, którego spotykam jeszcze po drodze z hotelu. Leży rozwalony w poprzek chodnika, zaraz przy śmietniku i wygląda jak mocno umęczony losem miłośnik nocnego balangowania. A kawałek dalej zupełne jego przeciwieństwo - energiczny jegomość podkreślający swą tężyznę fizyczną piachem wtartym w lśniące ciało. Wot, gieroj! 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Idąc deptakiem dochodzę najpierw do Playa Mann. Pierwszą myślą, jaka przychodzi mi tu do głowy jest taka, czy redaktor Wojciech tu był? Warto byłoby o to zapytać, bo zdaje się, że i on lubi wędrować tu i ówdzie. 

Playa Mann pokazuje, jak inną wyspą jest San Cristobal, w porównaniu z pozostałymi wchodzącymi w skład archipelagu. Jest tu zdecydowanie więcej mieszkańców Ekwadoru, a może i innych krajów Ameryki Południowej. Nie są to przy tym obieżyświaty, a typowi urlopowicze, którzy wpadli tu na jakiś czas, by poplażować (przy czym wcale nie oceniam ich negatywnie). Nic w tym dziwnego, skoro to właśnie San Cristóbal ma najdogodniejsze połączenie lotnicze z kontynentem (bez tego nieszczęsnego dojazdu z sąsiedniej wyspy, jak na Santa Cruz), a i samo Puerto Baquerizo Moreno jest miastem bardzo przyjemnym do takich celów. Gdybym miał kiedyś jeszcze trafić na Galapagos, poświęciłbym tej wyspie na pewno więcej czasu. 

Image

Image

Image

Image

Moje przemyślenia przerywają usłyszane gdzieś z boku pojedyncze polskie słowa. To Konrad i Ania, którzy rozpoczynają dziś swą podróż po Galapagos, a wcześniej jeździli po Peru. Po czasie spotykamy się ponownie na położonej nieco dalej Playa Punta Carola. W trakcie rozmowy okazuje się, że udają się również na Isabelę. Niczym Dobromir, któremu kulka spada kilka razy na rdzawy łeb, wpadam na genialny pomysł. 

A może odebralibyście z Casa de Marita moją zgubę i przywieźlibyście ją do Polski? - pytam nieśmiało. 

Zgadzają się, choć nie zdziwiłbym się, jeśli potem, gdy się już rozstaliśmy, zaczęli się zastanawiać, czy ich w jakieś szmuglowanie drugów nie wrabiam.

Playa Punta Carola to długa, łukowata plaża usiana głazami i wygrzewającymi się wśród nich dziesiątkami lwów morskich. Rozkładam ręcznik na jej skraju i przyglądam się przez dłuższy czas tym zwierzętom. Brakuje mi tylko głosu Davida Attenborough opowiadającego o ich rytuałach. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Słońce schodzi co raz niżej. Trzeba się zbierać, choć żal, bo jest tu tak błogo i przyjemnie. Wracam do Katarmy i sprawdzam, co tam wujek Google proponuje w zakresie lokalnej gastronomii. Wybór pada na dobrze oceniany i położony dość blisko hotelu lokal o egzaltowanej nazwie Galapagos Millennium Restaurant. 

Najpierw idę jednak na malecon z zamiarem kupienia jakiś pamiątek w jednym z licznych sklepików z souvenirami (teraz, gdy nie muszę już dbać o wagę bagażu, mogę zacząć robić tego rodzaju zakupy). Tanio to tu nie jest, ale to ostatni dzwonek na odzież z lokalnymi insygniami, więc biorę 2 koszulki dla córki. Po wyjściu ze sklepu wpadam na wodoodporną grupę Niemców z Isabeli. Tak, Galapagos to istna wioska :D

Teraz mogę poszukać mojej restauracji 1000-lecia. Jestem na Avenida 12 de Febrero, na której powinien się znajdować ów lokal, ale widzę tylko duży, kryty strzechą przybytek pod jakąś inną nazwą i niewielką budkę na przeciwko. Ku mojemu zdziwieniu, to właśnie ona działa pod tą szumną nazwą. No dobra, niech się dzieje, co chce. Kelnerka o rozmiarach bohaterek oper Wagnera okazuje się bardzo sympatyczna i całkiem dobrze mówi po angielsku. Za 10 USD oferuje mi danie składające się ze smażonej ryby, ryżu, frytek, surówki i dużego Pilsnera. Jest naprawdę smaczne. 

W trakcie millenijnej konsumpcji dołączają do mnie Ania i Konrad, którzy zupełnie przypadkowo przechodzą akurat obok. Kontynuujemy nasze podróżnicze pogawędki. Mam nadzieję, że jeśli mieli jakieś wątpliwości, co do mych dobrych intencji, teraz się ich już całkiem pozbyli :) 

Image

Wracam do Katarmy. Biorę mój ostatni prysznic na Galapagos (hmm, można byłoby nakręcić pod tym tytułem jakiś sequel "Ostatniego tanga w Paryżu") i robię losowanie, na którym łóżku będę spać. 

Rano idę do mozaikowego baru na śniadanie. Gospodarz tłumaczy mi, co gdzie i jak, choć prawdę mówiąc, nie za bardzo jest o czym opowiadać. Jest skromnie. Każdy (na razie jestem tylko ja i para z - a jakże - Niemiec) dostaje zestaw składający się z 2 ciepłych bułek, masła, małej porcji dżemiku (można dostać dokładkę :D) i talerza z kwaśnymi kawałkami kiwi i jabłka. Do tego można sobie dobrać z baru kawę i jogurt z mussli, a Pani z zaplecza oferuje też małą porcję jajecznicy.

Image

Mam jeszcze trochę czasu do opuszczenia hotelu, więc siadam w lobby i coś tam grzebię w telefonie, a tu znowu mowa ojczysta. Zagaduje mnie dziewczyna niewiele starsza od mojej córki. Ponownie dopadła mnie skleroza, więc jej imię wyleciało mi z głowy (za co ponownie gorąco przepraszam). W każdym razie, mieszkała jakiś czas w Katarmie w zamian za pomaganie w różnych pracach w hotelu, a dziś kończy swą podróż, nie tylko po Galapagos (ale wylatuje stąd nie Aviancą, a linią - TAME).

Czas i na mnie. Żegnam się z właścicielem Katarmy, narzucam na siebie oba plecaki i podążam na lotnisko tą samą drogą, co wczoraj. Gdy mijam szkołę doznaję deja vu. Oto znowu dzieciaki na apelu, flaga na maszcie, oficjele i przemawiający dyrektor. A przecież dziś nie poniedziałek. Może oni tu tak codziennie?

Image

Niestety, na lotnisku SCY nie ma żadnego saloniku, więc pozostaje kiblowanie na krzesełkach w sali odlotów (jednej, jedynej). Gdy zbliża się czas mojego lotu, słyszę, jak do stanowiska obsługi zapraszają pasażera o polsko brzmiącym nazwisku. Wsłuchuję się w głosy płynące z grupy, od której oddzielił się wywołany pasażer i... no tak, znowu rodacy.

Naprawdę, nie do wiary. Jestem już w podróży całkiem długo, a nie licząc pasażerów lecących z Warszawy do Kataru, w czasie całego tego wyjazdu jedynych podróżujących Polaków spotykam tylko na Galapagos! I to jak licznych. Dziś aż 7 osób. To Zdzisiek i jego stała ekipa znajomych, z którymi już od lat jeżdżą po świecie.

Nie rozmawiamy zbyt długo, bo zaczyna się boarding. Tym razem A319 Avianci. 

Image

Klasa biznes jest tradycyjna dla tego modelu w Ameryce Południowej. Nie widzę różnic w porównaniu z lotem z Guayaquil na Baltrę. Jedyna wynika z tego, że miejsce w rzędzie za mną zajmuje dama po pięćdziesiątce, która musi być jakąś lokalną gwiazdą, bo co rusz ktoś do niej podchodzi w celach fotograficznych. 

Po chwili przy fotelu obok mojego pojawia się Zdzisiek, a potem przy pozostałych pustych fotelach w C staje reszta jego grupy. Okazuje się system przydzielił im te miejsca, mimo że kupili bilety w Y. Miła niespodzianka :) 

W tej sytuacji dużą część lotu spędzam na sympatycznej rozmowie z sąsiadem, przerwanej niezbyt rozbudowaną częścią konsumpcyjną. 

Image

Image

Na szczęście mają też chilijskie Carmenere, które dodatkowo uprzyjemnia lot. 

Pod koniec lotu obserwuję z uwagą wyłaniające się w dole Guayaquil, które w trakcie poprzedniego lądowania skryte było za chmurami. Prezentuje się całkiem przyjemnie. Rzeka, wille z palmami, szerokie drogi. Gdybym nie był tu wcześniej, pomyślałbym, że to jakaś Floryda. 

Image

Image

Image

Po wylądowaniu rozstaję się z pozostałymi Polakami. Co prawda lecą też do Limy, ale innym lotem. Poza tym, mój czas oczekiwania na kolejny lot mam zamiar spędzić w saloniku. Tym razem jest to ten ulokowany w terminalu międzynarodowym. Niestety, tak samo, jak przy okazji lotu z GYE do GPS, również teraz bilet Avianci w klasie biznes nie uprawnia do wstępu do saloniku (gdyby była to C w LATAM, można byłoby wejść). Muszę zatem użyć Dinersa lub Priority Pass. Z tą pierwszą kartą jest znowu ten sam problem z zatwierdzeniem pinem, więc wchodzę na PP.

Jestem pozytywnie zaskoczony. Mimo sporego tłoku jest wciąż dużo miejsc do siedzenia, a i bar z jedzeniem ma przyzwoite zasoby. Nie przeszkadza mi nawet limitowany alkohol. 

Image

Image

Image

Image

Tablica odlotów pokazuje, że pora iść na lot do Limy. Po zaokrętowaniu siadam w szerokim, rozłożystym fotelu, patrzę w przód i... "Ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę!". Przede mną masywne, pozbawione monitora oparcie fotela z pierwszego rzędu. Oj, to już musi być leciwy sprzęt, choć popielniczek w podłokietnikach na szczęście nie ma :D.

Image

Image

Image

Image

Image

Na fotelu obok siada młodziak w garniturze (jak połowa pasażerów w C), który nerwowo rozgląda się za gniazdkiem USB. Mówię mu, że to próżne poszukiwania i oferuję swój power bank, bo widzę, że wyczerpana bateria w telefonie to dla niego spory problem. Przyjmuje ofertę z ulgą. Mimo że nie to mną kierowało, przez myśl przechodzi mi, że kto wie, może dobra karma do mnie powróci i chłopak zaproponuje jakąś podwózkę z lotniska. Niestety, nic z tego...

Po starcie patrzę ostatni raz na Guayaquil i jego reprezentacyjny Malecón 2000, który łatwo wyłuskać z ciemności dzięki diabelskiemu młynowi oświetlonemu jaskrawym chabrem.

Image

Potem jeszcze całkiem przyzwoita kolacja, zakrapiana - jak się pewnie domyślacie - chilijskim Carmenere i pozwalam sobie na drobną drzemkę. 

Image

Lima wita nas gęstym zachmurzeniem (co wcale mnie nie zaskakuje), więc odpuszczam sobie wpatrywanie się w okno i czekam na zetknięcie z płytą lotniska...



Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#102 PostWysłany: 14 Paź 2019 18:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
Dziś trochę długi odcinek, ale chciałbym załatwić Limę za jednym zamachem ;) 

Po opuszczeniu samolotu, którym przyleciałem z Guayaquil powtarzam wszystko to, co na lotnisku w Limie robiłem jakiś czas temu, po przylocie z Santiago. 
Gdy mam już bagaż w dłoniach pędzę na zewnątrz ignorując całkowicie wszystkich taksiarzy i naganiaczy. Niestety, nie widzę nigdzie busa z lotniskowego Holiday Inn, a muszę się tam dostać po moją walizkę, którą zostawiłem u obsługi ponad tydzień temu. Nie chcę tracić czasu, więc ruszam tam na piechotę. 

Jak może pamiętacie, hotel jest bardzo blisko lotniska. W linii prostej jest to dosłownie 300 m. Sęk w tym, że od lotniska oddziela go kilkupasmowa droga z wielkim rondem. Nazwać ją "ruchliwą" to tak, jakby obwodnicę Trójmiasta uznać za uliczkę osiedlową. Potok aut jest nieprzerwany. Jedynie w okolicy ronda robią się czasem zatory i tam właśnie upatruję szansę na skrócenie sobie trasy oraz uniknięcie okrężnej drogi przez kładkę dla pieszych, którą szedłem poprzednim razem. 
Gdy dochodzę do krawędzi jezdni, do przebrnięcia przez nią szykują się akurat dwie Peruwianki z grzałką pop-cornu na kółkach. Gdy jakimś cudem auta z lewej strony przestają na chwilę jechać, spoglądamy na siebie porozumiewawczo i ruszamy razem. Mało to bohaterskie, ale na wszelki wypadek idę z prawej strony wózka :D
Na zieleniaku oddzielającym oba kierunki ruchu samochodów szanse na przebicie się przez kolejne 3 pasy wyglądają mizernie, bo nikt nie zatrzymuje się, ani nawet nie zwalnia. Co gorsze, pojawia się przy nas policjant na motocyklu. Teraz, to już w ogóle nie wiem, co robić: przechodzić, gdy nadarzy się okazja, udawać, że w ogóle nie wiem, jak się tu znalazłem, czy może zawrócić? Spoglądam na gliniarza, on na mnie, a kątem oka widzę, że wózek powoli rusza. Dostrzegam, że faktycznie auta jakby zwolniły, bo rondo się przyblokowało, więc ruszam i ja. Na szczęście motor z policjantem odjeżdża gdzieś indziej, więc kłopotów nie będzie :) 

W recepcji informuję, że wróciłem po swój bagaż, który chciałbym zabrać, ale powrócę do nich już następnego dnia. Po chwili mogę już zamawiać Ubera. 

Tu porada dla innych - gdybyście potrzebowali kiedyś Ubera z limskiego lotniska, warto przejść do Holiday Inn i zamówić przejazd właśnie tam (myślę, że udostępnią wifi nawet nie-gościom), bo te 300 m z przeszkodami daje prawie 50% oszczędności. Gdy sprawdzałem Ubera w terminalu, koszt przejazdu do hotelu w Centro Historico wynosił ok. 30 PEN, a spod hotelu wyszło raptem 16 PEN. 

Dojazd do Sheratona (bo tamże dziś nocuję) trwa ok. 45 minut. Nie jest tragicznie, ale w niektórych miejscach łapię się za głowę widząc, w jaki sposób tutejsi kierowcy korzystają z dróg. Naprawdę, można zdecydowanie zmienić zdanie na temat Polaków za kierownicą. 

Sheraton Lima jest obiektem oldschoolowym, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Owszem, budynek i jego wyposażenie mogłyby stanowić scenerię dla filmu o późnych latach 80-tych XX w., ale wszystko jest utrzymane w czystości i nie widzę jakiś nadzwyczajnych oznak zużycia. Jedyne, co mnie nieco drażni, to specyficzny zapach starych dywanów i wykładzin w korytarzach. Sporym przeżyciem jest widok wewnętrznego dziedzińca, który stanowi idealne wprost miejsce dla wszelkiego rodzaju desperatów szukających ostatecznego ukojenia i rozwiązania swych problemów. 
Mimo, że nie mam statusu w Bonvoyu, dostaję upgrade, ale tylko "piętrowy" - mój pokój jest na wysokiej, 15-tej kondygnacji. Dobre i to, bo okna mam na bardzo ruchliwą Av. Passeo de la Republica, więc wysokość izoluje mnie od hałasu. Sam pokój jest bardzo przyjemny, choć mocno "vintage'owy" :) Ciekawym rozwiązaniem jest umywalka poza łazienką. Patent taki widziałem do tej pory tylko raz, w hotelu w Kioto. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po zameldowaniu nie mam już za bardzo ochoty na penetrowanie okolic, tym bardziej, że jest już po zmroku, a widoki za oknem auta, którym jechałem z lotniska, nie napawały optymizmem, co do bezpieczeństwa. Odwagi i chęci wystarczy mi na podejście kawałek do ozdobionego iluminacjami kościoła, który mijałem na krótko przed dotarciem do hotelu. Okazuje się, że to Iglesia De Los Sagrados Corazones Recoleta. 

Image

Image

W trakcie tego niedługiego spaceru odkrywam, że moje obawy są raczej na wyrost. Na chodnikach jest ciągle masa ludzi i mimo, że z ciemnych zaułków zaczynają wychodzić bezdomni przeszukujący uliczne odpadki, w całej swej mizerii nie stwarzają zagrożenia. Nikt mnie nie zaczepia i nie śledzi. Skoro tak, to po dotarciu z powrotem do Sheratona, mijam go i idę w przeciwną stronę, tam gdzie unoszą się reflektorowe snopy światła i brzmi koncertowa muzyka. W Parque de la Exposicion kończy się właśnie koncert nieznanego mi zespołu. Musi być popularny, bo obiejt przypominający sopocką Operę Leśną jest szczelnie wypełniony.

Image

Image

Rano wstaję wcześnie, bo plan dnia jest dość bogaty: zwiedzanie historycznej części Limy z Plaza de Armas na czele, zakupy pamiątek, a pod wieczór wizyta w Parque de la Reserva, by obejrzeć tamtejszy fontannowy show "Cirquito Magico del Aqua". Potem muszę jeszcze na nocleg przenieść się do lotniskowego Holiday Inn. 

Śniadanie serwowane jest w niewielkiej sali, chyba z uwagi na nieduże obłożenie, albo może z tego powodu, że normalna restauracja zajęta jest przez scenografię imprezy celebrującej 25-lecie jakiejś firmy. Ale i tak jest miło, mimo że wizualnie jakoś chyba niesheratonowo (tak strzelam, bo wcześniej w Sheratonie nie nocowałem). 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jedzenie jest bardzo dobre. Oprócz standardowych potraw hotelowych są dwa stanowiska z zupami: peruwiańskim rosołem i japońską misohiro. Do każdej z nich jest dużo dodatków do wyboru. Wybieram tą peruwiańską - jest gorąca, bardzo smaczna, z dodatkiem trawy cytrynowej i kawałkami sprężystego mięsa. 

Na koniec objadam się owocami marakui (musiałem sprawdzić na PWN, jak się to odmienia :D) o smaku chyba nieosiągalnym w Polsce. 

Po śniadaniu zamieniam kilka słów z conciergem. Zagaduję go m. in. o pogodę, która - jak na razie - jest mocno pochmurna. Ten mówi, że w południe ma się rozpogodzić. Trudno w to uwierzyć, ale ubieram się stosownie do tej prognozy. Później okazuje się, że concierge pomylił się jedynie o tyle, że słońce pojawiło się o 12:20 :D

Dojście do Plaza de Armas zajmuje mi ok. 30 minut. Gdybym nie zatrzymywał się i nie zbaczał co jakiś czas, byłoby kilka minut mniej. Reprezentacyjne budynki najbliżej Sheratona są piękne. Nie powstydziłby się ich Madryt, czy Wiedeń. Niestety, są również mocno zaniedbane. Widać jednak dużo banerów informujących o rewitalizacji tego obszaru. Na razie jest duży misz masz, ale będę trzymał kciuki za Limę, żeby kiedyś dopięli tu swego. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Plaza de Armas to inny świat. Zadbany, wysadzany strzelistymi palmami plac jest  otoczony ładnie odrestaurowanymi budynkami, w tym miejscową katedrą. Gdy tu docieram, zaczyna się akurat festyn związany z jakimiś targami turystycznymi. Jest estrada, na której oprócz obowiązkowych dygnitarzy wysokiego szczebla występują grupy muzyczne i taneczne, tuż obok starsze kobitki z interioru dziergają olbrzymi dywan, a na placu, wśród palm, na platformach ukrytych pod kolorowymi sukniami stoją peruwiańskie piękności niczym z "Mazowsza". 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na zapleczu estrady trafiam na stoiska z rękodziełem ludowym. Przysłuchuję się tu muzykowi grającemu na różnych wytworzonych przez siebie fletach. 

Image

Hmm, to będzie całkiem fajny prezent dla córki flecistki - myślę sobie i nabywam mahoniowy instrument z ustnikiem z kości. Idę sobie z nim na dalsze zwiedzanie, a tu nagle przebłysk intelektu nakazuje natychmiastowy powrót. Po drodze ubieram w słowa to, co chcę przekazać mówiącemu tylko po hiszpańsku rzemieślnikowi i po dotarciu do niego wypowiadam magiczne słowa:

"Mia hija vegetariana. Productos animales prohibido" i się wyszczerzam, licząc na zrozumienie. 

Plan się udaje i po chwili idę dalej z takim samym mahoniowym fletem, tyle że już bez kościanego ustnika :D. Ba, otrzymuję nawet zwrot różnicy w cenie. 

W bliskim sąsiedztwie odwiedzam kościół Santo Domingo de Guzman. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tu po raz kolejny muszę przeprosić za dziury w pamięci. W odcinku o Guayaquil wspominałem o specyficznej figurce Maryi w wieku dziecięcym, znajdującej się rzekomo w katedrze w tym mieście. Tak naprawdę, spotkać ją można właśnie w Limie.

Gdy patrzę na nią na żywo, aż mnie ciarki przechodzą... 

Image

Image

Mam jeszcze trochę czasu, który poświęcam na jeszcze kilka uliczek starego miasta i zakupy peruwiańskiej kawy i czekolady. W małym sklepiku jubilerskim, przy pomocy sympatycznego starszego Pana Miguela, kupuję również miejscową biżuterię ze srebra dla żony. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Obładowany prezentami idę do restauracji, która zwróciła wcześniej moją uwagę - Jerry's przy Jirón Carabaya 336 - gdzie za 18,50 soli korzystam z  "oferta ejecutiva", na którą składa się gęsta zupa warzywna, ryba z ryżem, warzywami i ostrym sosem, lemoniada, a na deser flam - coś a la budyń lub Crème brûlée (tyle, że bez skorupki na wierzchu). 

Image

Image

Image

Ledwo wytaczam się z lokalu i ruszam w kierunku Sheratona. Gdzieś jednak tracę azymut i trafiam w niekończącą się plątaninę uliczek będących jednym wielkim targowiskiem. Czego tu nie ma... Na każdym rogu śpiewający niewidomi (niektórzy obdarzeni pięknymi głosami), sprzedawcy sztucznych rzęs i tipsów na paznokcie, balony, loterie, ciągnące się w nieskończoność sklepy z chińszczyzną i co krok Chifa, czyli kitajska jadłodajnia. 

Ale chwila, czy ja dobrze widzę? No tak, wszystko jasne... Toż to miejscowa Chinatown vel Barrio Chino. 

Image

Image

Image

Image

Image

Staram się stąd wydostać. Mijam po kolei ulice branżowe z kserokopiarkami, artykułami metalowymi, hydraulicznymi, dewocjonaliami, lampami, itd. Gdy docieram do Parque Universitario udaje mi się wreszcie zorientować, gdzie jestem i wkrótce doczłapuję się do hotelu. 

Image

Image

W kawiarni wypijam kawę przyslugujacą w zamian za voucher z recepcji (taki mały bonus osładzający brak dostępu do executive lounge) i idę do ostatniej dzisiejszej atrakcji - Parque de la Reserva. Jakiś czas temu powstał tu bardzo przyjemny kompleks z fontannami. Kilka razy każdego wieczora prezentowane tu są pokazy multimedialne. Wstęp kosztuje 4 PEN. Obchodzę najpierw cały park i z uznaniem przyglądam się poszczególnym instalacjom wodnym. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na koniec ustawiam się wraz z innymi odwiedzającymi na przeciw długiego zestawu fontann, z których po chwili bucha woda stanowiąca ekran dla peruwiańskiej prezentacji krajoznawczo-przyrodniczo-kulturalnej. 

Image

Image

Image

Image

Image

Wracam ponownie na piechotę (już nawet nie liczę, ile kilometrów dziś nastukałem), mijając po drodze jeszcze jeden kompleks branżowy - tym razem kwiaciarski. 

Image

Idąc do hotelu dochodzę do wniosku, że i ta część miasta warta była odwiedzenia. Owszem, Miraflores jest znacznie bardziej ucywilizowane, ale Centro Historico oferuje chyba więcej ciekawych miejsc do zobaczenia, a i z bezpieczeństwem nie ma żadnego problemu. 

Gdy docieram do Sheratona, by zabrać swoje rzeczy i pojechać do Holiday Inn, na parkingu przed budynkiem widzę co najmniej setkę małolatek, które zadzierają głowy wysoko w górę i coś tam wrzeszczą, a potem zaczynają śpiewać. Concierge tłumaczy, że dziś nocuje tu niejaki Lunay - młoda gwiazda raggeatonu. Choć raz udaje mi się poznać tożsamość kogoś znanego, spotkanego w trakcie tej podróży :D

Zadzieram głowę do góry i faktycznie, widzę jakiegoś gościa wystającego z okna i machającego do fanek. Dobrze, że się wyprowadziłem, bo gościu macha z 15. piętra, gdzieś z okolic mojego niedawnego pokoju.

Zamówionym Uberem jadę w stronę lotniska. Korki są potworne. Kierowca co rusz szuka ucieczki od nich w jakiś bocznych uliczkach. To ciemna strona miasta. Odruchowo sprawdzam, czy blokada drzwi jest wciśnięta, choć wiem, że w razie problemu na niewiele się ona zda. Przejazd zdaje się trwać w nieskończoność, ale przy wielkiej figurze Virgen del Carmen, którą widywałem już wcześniej, orientuję się nareszcie, że jesteśmy już blisko lotniska. 

W recepcji już mnie rozpoznają. Jestem tu przecież trzeci raz, choć nocować będę dopiero teraz :D

Odstawiam rzeczy do upgradowanego pokoju i schodzę na bonusowe wino. Wspomaga mnie w szybkim zaśnięciu przed jutrzejszym porannym lotem do Santiago. Na podwózkę do terminala umawiam się już na 5:45...

Image

Image

Image

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
#103 PostWysłany: 15 Paź 2019 16:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
O świcie dowożą mnie z hotelu na lotnisko. Po formalnościach idę do saloniku Sumaq. Poprzednim razem, gdy leciałem z LIM wizytowałem sąsiedni Hanaq, ale wtedy leciałem w ekonomicznej i skorzystałem z karty Diners Club. Tym razem, zapewne z uwagi na lot w biznesie, w trakcie odprawy bagażowej otrzymuję kartonik z zaproszeniem właśnie do Sumaqa. 

Za mlecznymi drzwiami odnajduję przyjemnie urządzony i przestronny salonik, który nie różni się jednak niczym szczególnym od Hanaq. Nie jest to jakaś ulepszona wersja sąsiada, a jedynie równorzędna dla niego oferta alternatywna. Mają tu nawet takie same, jak w Hanaq limity na alkohol. Z oferty śniadaniowej (bo w Holiday Inn nic nie jadłem) jestem jednak zadowolony. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Mój lot do Santiago de Chile otwiera podwoje punktualnie. Ponownie wkraczam na pokład B787. W trakcie tej podróży to już czwarty mój lot tym modelem (1 x SQ i 3 x LA).

Image

Image

Image

Image

Tym razem na fotelu obok siedzi Christopher - chilijski prawnik od własności intelektualnej o norweskich korzeniach (co widać po blond włosach przypruszonych już siwizną). Jego dziadek opuścił ojczyznę w wieku 18 lat. Osiadł w Chile, ożenił się z Chilijką i tak rozpoczęła się południowoamerykańska saga jego rodziny. Ciągle jednak mają jeszcze kontakty z dalekimi krewniakami w okolicach Oslo. Bardzo sympatyczny gość. Przegadujemy sporą część lotu. 

Za oknami piękna pogoda pozwala na podziwianie widoków przefiltrowanych przez różne fazy mechanizmu elektrochromatycznego. Przegryzam je zaoferowanym przez LATAM posiłkiem. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po wcześniejszych ćwiczeniach praktycznych, tym razem zamówienie Ubera na lotnisko w Santiago nie sprawia mi już żadnych problemów. W punkcie wifi na terminalu wybieram trasę, a gdy zgłasza się już kierowca (niejaka Katherine Michelle), wklejam z translatora prośbę o podjechanie pod wielki plakat Santandera na parkingu ekspresowym. Translator musiał zadziałać dobrze, bo odnajdujemy się bez problemu. Wbrew brzmieniu swego imienia, kierowniczka ni w ząb nie zna angielskiego, a i ja nie mam ochoty na gimnastykę lingwistyczną, więc całą trasę sobie milczymy w rytm latynoskiej muzyki z odtwarzacza. 

Z perspektywy pasażera auta, Santiago ponownie prezentuje się bardzo pozytywnie. Jest pozbawione chaosu, który obserwowałem w Sao Paulo, a przede wszystkim w Limie. Nawet jeśli gdzieniegdzie znajdzie się nieco niechlujna zabudowa, daleko jej do obskurnych kwartałów stolicy Peru. Jest tu dużo parków i ogólnodostępnych przestrzeni sportowych. Największe wrażenie sprawia na mnie ciągnący się chyba przez połowę miasta tunel kryjący kilkupasmową drogę, którą dojeżdżam aż do Vitacury. Widać, że znają się tu na kreciej robocie (znaczy, na dążeniu pod ziemią, a nie w szpiegowaniu :D ). Sama dzielnica nie zmieniła się od poprzedniej wizyty. Jest tu czysto, schludnie i nowocześnie. Nic dziwnego, że oprócz DoubleTree ulokował się tu również m. in. Intercontinental, NH, czy Pullman. 

Image

Image

W recepcji spotykam znowu rozemocjonowanego Rodrigo - jednego z dwóch recepcjonistów, którzy witali mnie w Doubletree Vitacura poprzednio. I tym razem jest bardzo miły, wręcza mi takie same bonusy (pyszne ciasteczka, dodatkową wodę i voucher na drinka) oraz kartę do mojego pokoju. Dostaję identyczną jednostkę, jak poprzednio, ale tym razem na 9., a nie lichym 4. piętrze :) 

Wszystko wygląda tak samo, jak 10 dni temu, ale dopiero dziś dostrzegam szczegół, który umknął mi poprzednio. 
Pamiętacie może przepierzenie dzielące mój pokój na dwa pomieszczenia? Okazuje się, że centralna cześć tego przepierzenie, ta na której z jednej strony wisi telewizor, a z drugiej obraz, jest obrotowa :D  Ciekawy patent! 

Image

Image

Nie jestem tu jednak po to, by oglądać telewizję. Przebieram się szybko i opuszczam hotel, by korzystając z (ponownie w tym mieście) pięknej pogody zwiedzić starszą część Santiago. Mam zamiar dojechać tam metrem, którego stacja jest kilkaset metrów od hotelu. Za kartę niezbędną do korzystania z metra nie można zapłacić kartą, więc zatrzymuję się po drodze przy bankomacie. Ten, za wypłatę chce aż 6500 CLP prowizji! No nie, to ja dziękuję. Być może inne bankomaty są mniej zdzierskie, ale nie chce mi się tego sprawdzać. W 5 minut jestem z powrotem w hotelu i zamawiam Ubera. Za kurs do Plaza de Armas (tak, tu też mają takie miejsce) oraz późniejszy powrotny płacę łącznie 7500 CLP. Rezygnacja z bankomatu i metra okazuje się doskonałą decyzją :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

O dziwo, główny plac Santiago w pewnym sensie zaprzecza temu, co wcześniej pisałem o tym mieście. To pewnie efekt popularności tego miejsca i niezliczonych tłumów tu przebywających, ale jest tu zdecydowanie bardziej chaotycznie i nieprzewidywalnie. Nie, nic mi się tu nie przytrafiło, ale masa ludzi na samym placu, a przede wszystkim na sąsiadujących z nim ulicach jest tak gęsta, że nie zdziwiłbym się, gdyby z nienacka zniknął mi tu portfel lub telefon (gdybym używał ich w sposób niefrasobliwy). Jestem nieco rozczarowany wszędobylskimi sprzedawcami wszelakiego badziewia w stylu skarpetek, selfie sticków i innych gadżetów, którzy przekrzykują się nawzajem. Zastanawia mnie zawsze, kto od nich cokolwiek kupuje? Jeszcze większe zaskoczenie czeka mnie na ulicy 21 Maja, gdzie stoi tuzin namiotów wróżbitów, tarocistów i innych specjalistów od profetyzmu. Żaden z nich się nie nudzi. 

Kawałek dalej bezzębny żebrak z mikrofonem przy ustach stara się o względy przechodniów udając, że śpiewa głosem Iglesiasa płynącym z głośnika. Nie ma to nic wspólnego z ociemniałymi w Limie, których głosy były prawdziwe i szczere. 

W jednym z budynków przy Plaza de Armas funkcjonuje Museo Historico Nacional. W środku wita mnie duży dziedziniec, z którego wchodzi się do sal wystawowych, w których w dość syntetyczny (odpowiadający mi) sposób przedstawiono historię Chile od ogłoszenia niepodległości do czasów niemal obecnych (choć okres rządów Pinocheta nie jest jakoś specjalnie wyeksponowany). Ekspozycja jest ciekawa, w sam raz na spędzenie tu niecałej godziny. Wśród wielu obrazów, makiet, zdjęć, militariów, itp. trafiam również na popiersie Ignacego Domeyki, którego zasługi dla rozwoju nauki i edukacji w Chile są nieocenione. Szkoda tylko, że mało kto tutaj wie, że był Polakiem. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Spacer ulicami w pobliżu Plaza de Armas prowadzi mnie do chilijskiego Kongresu i Sądu Najwyższego. 

Image

Image

Prowadząca od budynku sądu ulica Bandera okazuje się być urokliwym zaułkiem artystycznym. Odbywa się tu akurat koncert zespołu przywodzącego na myśl hiszpańską grupę Héroes del Silencio. 

Image

Podążam dalej wymalowanym wzorzyście asfaltem i przyglądam się budynków z - jak podejrzewam początków XX w. Wyglądają, jak wycięte z obrazków przedtawiających dawny Nowy Jork, przynajmniej ten z moich wyobrażeń. Bardzo mi się tu podoba. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Robię kółko i wracam na Plaza de Armas. Na przeciwnym do katedry krańcu placu kilkudziesięciu panów rozgrywa partyjki szachów, a zaraz obok jakaś grupa krzewiąca wiarę przedstawia przechodniom musical o życiu świętej rodziny. Takich muzyków, malarzy, mimów i innych artystów, nie tylko religijnych, jest tu od groma. 

Image

Image

Image

Image

Image

Wracam do hotelu. Jestem ponownie pod pozytywnym wrażeniem. Okolice katedry to zupełnie inne oblicze Santiago, niż to, które objawiło mi się na wzgórzu San Cristóbal, ale i ono przypadło mi do gustu. W ogóle, Santiago jest jedną z większych niespodzianek tej podróży. Miało być smętnie, nijak i nudno, a jest atrakcyjna mieszanka nowoczesności i historii w czystym, poukładanym i bezpiecznym wydaniu. 

Image

W Doubletree trafiam niezwłocznie do mojego ulubionego miejsca w tym hotelu - do executive lounge. Również dziś zajadam się tutejszymi delikatesami i popijam wspaniałym Carmenere. Kupka drobnej zastawy stołowej rośnie i rośnie :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A przed snem jeszcze Pisco Sour. Kurczę, zostałbym tu przynajmniej jeden dzień dłużej. Niestety, moja podróż dobiega końca. Jutro czeka mnie lot do Madrytu :(

Image

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#104 PostWysłany: 16 Paź 2019 15:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
Dziś odcinek nudny, bo czysto salonikowo-lotniczy ;) 
Ale za to niemal finałowy...

Lot do Madrytu jest o 12:30, więc nie ma pośpiechu. Mogę spokojnie pospać i zjeść śniadanie. Oferta w restauracji jest identyczna, jak przy okazji poprzedniego pobytu w DT, więc ten element pomijam (oczywiście tylko w relacji, bo w rzeczywistości siedzę tam i konsumuję przez godzinkę :D ). 

Czas zamówić Ubera. Na pożegnanie trafia mi się nowiutki, chyba dopiero co z salonu, VW Tiguan. W porównaniu z wieloma wcześniejszymi pojazdami (wczoraj był nawet jakiś a la Chevrolet Spark :D ), kurs na lotnisko mam niemal limuzynowy.

Oddaję bagaż przy stanowisku Iberii i idę na kraniec terminala, tam gdzie jest wspomniany już kiedyś przeze mnie fast track, a zaraz za nim salonik LATAM. 

Potwierdza się moje podejrzenie, że brak alkoholu, gdy byłem tu poprzednim razem, wynikał z wczesnej godziny. Teraz jest ok. 11:00 przed południem i procenty już są, m. in. chilijskie wina. Po śniadaniu w DT absolutnie nic więcej jedzeniowego w siebie nie wcisnę, biorę zatem jedynie kieliszek Carmenere, rozkładam się w fotelu z widokiem na płytę lotniska i czekam na porę boardingu. Jestem bardzo ciekaw, jak Iberia wypadnie w stawce przewoźników, z których usług korzystam w czasie tej podróży... 

Image

Image

Image

Image

Mam miejsce 4A. Wybrałem je dlatego, że fotel przylega do ściany samolotu, a nie do korytarza, więc jest nieco odseparowany od przemieszczajacych się osób. 

Image

Image

Estetyka nie zwala z nóg. Nie ma to nic wspólnego z Qatar Airways, czy nawet z Air Canada, ale trudno narzekać. Najważniejsze, że jest flat bed, a samo siedzisko/legowisko wygląda solidnie (choć tapicerka jest już wysłużona). Monitor też nie jest z kategorii high tech, ale nadaje wystarczająco dobrze (o czym przekonam się dobitnie w czasie tego lotu). 

Image

Image

Image

Image

Image

Iberyjskie safety video jest konserwatywne. Nie ma tam nic godnego uwagi, więc odpuszczam sobie zamieszczanie kodu z YT. Co do mediów, warto jednak wspomnieć, że na początku lotu stewardesy rozdają kupony na 4 MB internetu pokładowego. W pierwszym momencie chciałoby się pochwalić Iberię za ten gest, ale po chwili przychodzi refleksja, że to przecież tylko 4 MB, a nie 4GB! Mi to wystarczy na tyle, że po podłączeniu się do WiFi okazuje się, że ktoś wysłał do mnie zdjęcia przez whatsappa i tyle widziałem te 4 MB.

Image

Panie stewardesy są w wieku świadczącym o wielu już przelatanych godzinach, choć może nie aż tylu, jak w przypadku Air Canada na trasie z Toronto do Sao Paulo. Niektóre są miłe, ale bardzo powściągliwe. Dwie jednak są srogie, niczym członkinie szwadronów śmierci generała Franco. Zero uśmiechu, mechaniczne gesty i ruchy, brak interakcji z pasażerem. Normalnie, strach zasypiać z myślą, że czają się gdzieś tam za kotarą. Ciekawe, język ten sam, co w LATAM, a jakże inne charaktery. 

Kapitan natomiast jest w świetnym humorze i doskonałej formie oratorskiej. W ciągu pierwszych 45 minut lotu przemawia dwa razy, informując m. in. o ryzyku turbulencji nad Andami (których w rzeczywistości na szczęście nie ma), o trasie (z dużą dokładnością) i mijanych miejscach, a nawet o zużyciu paliwa :) 

Pogoda dopisuje, więc mam możliwość zrekompensowania sobie z nadwyżką ciemności, w których przyszło mi oglądać Andy, gdy przylatywałem do Santiago z Sao Paulo. Widoki są wspaniałe!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nadchodzi pora karmienia. Podają przystawki i danie główne. Nie mam powodów do narzekania. Wizualnie i smakowo jest co najmniej poprawnie. 

Image

Image

Image

Image

Z karty win wybieram trochę na chybił trafił, bo produkty hiszpańskie są mi mało znane. Muszę jednak przyznać, że Altos R Reserva 2015 jest wyśmienite. 

Image

W konsumpcji towarzyszy mi mówiący po angielsku z włoskim akcentem Viggo Mortensen (swoją drogą, Duńczyk) w świetnym "Green book'u". Po filmie rozkładam łóżko, układam się na boku, ale gdy nieoczekiwanie nadchodzi sen, śni mi się akurat, że spadam z jakiś schodów i gwałtownie kopię w bok fotela pasażera przede mną, budząc się raptownie. Podejrzewam, że pasażer z przodu - jeśli spał - obudził się też. Potem niestety nie mogę już zasnąć. Naturę ciężko pokonać - przecież ciągle jest dzień. Co zrobić, musiałem wybrać ten lot (a nie nocny), żeby wrócić do kraju na czas. 

Może zasnę przy jakimś filmie? Najpierw Queen'owa rapsodia, potem hiszpański "El Reino", a jeszcze później narodziny gwiazdy wedle Bradleya Coopera. No, to mnie już zaczyna usypiać, zwłaszcza w drugiej części i udaje mi się zdrzemnąć. Niestety, mają tu fatalne słuchawki. Czy one w ogóle są wygłuszające? Nawet jeśli tak, to w praktyce funkcja ta nie działa, co w utrzymaniu mego organizmu w stanie uśpienia w ogóle nie pomaga :(

Tak oto, z około dwunastu godzin lotu przesypiam góra dwie. Kolejny dzień zapowiada się dość mętnie. 

Na razie jednak dostaję pożywne śniadanie. 

Image

W Madrycie lądujemy 40 minut przed czasem. Jest piąta rano. Za oknami jeszcze mrok, a widoki nudne, jak flaki z olejem. 

Image

Dobijamy do satelickiego terminala 4S. Bezobsługową kolejką przedostaję się do głównego T4, gdzie przechodzę błyskawiczną kontrolę paszportową (ach, te osobne stanowiska dla schengenowców :D ) i odbieram bagaż. Potem jeszcze krótka przejażdżka autobusem do T2, w którym przy nie obleganych jeszcze stanowiskach Lufthansy oddaję bagaż i z symbolem "TK *G" na karcie pokładowej przechodzę fast trackiem do strefy odlotów. Zaraz za kontrolą bezpieczeństwa jest jeden z dwóch saloników dostępnych w tym terminalu dla goldów ze *A - Puerta de Alcala. 

Image

Wchodzę tam sobie na luzie, machając nonszalancko kartą pokładową, a tu mi babka coś na palcach liczy i mówi, że muszę poczekać półtorej godziny, bo przysługują mi tu 3 godziny przed odlotem, a do tego czasu jeszcze trochę brakuje. Coś mi tu nie gra, bo w spisie saloników Star Alliance nie ma mowy o takim ograniczeniu, ale nie chce mi się o to kłócić, tym bardziej, że i tak chciałem jeszcze zajrzeć do tutejszych sklepów. Oddalam się zatem, kupuję kilka drobiazgów, a że minęło góra pół godziny, idę do drugiego saloniku - Puerta del Sol - bo wiem, że w tym pierwszym nie mam jeszcze czego szukać. O dziwo, tu nikt już czasu nie liczy i zapraszają mnie do środka. 

Image

Image

Nie jest to szczyt salonowych marzeń, ale nie mogę narzekać. Po pierwsze, mają prysznic, z którego z przyjemnością korzystam. 

Image

Image

Po drugie, wyżywienie - mimo, że natury garmażeryjno-kioskowej - spełnia swoją rolę i uzupełnia moje niewielkie (po śniadaniu na pokładzie iberyjskiego A340) potrzeby. 

Image

Image

Image

Image

Po trzecie, mają tu fajną kolekcję win ;) 

Image

Wreszcie, po czwarte, można się tu rozłożyć na całkiem przyjemnych leżaczkach w plażowej symulacji. Po odizolowaniu się przy pomocy wina, słuchawek i cichej muzyki nadrabiam nieco zapotrzebowanie na sen (nastawiając wcześniej budzik w telefonie). 

Image

Image

Image

Image

Image

Trzeba zbierać się powoli na lot do Monachium. Bramka jest 3 minuty od Puerta del Sol. Koniec z biznesami. Ostatnie dwa loty są w ekonomicznej, choć nieocenione tureckie złoto zapewnia mi fotel przy wyjściu awaryjnym i (co już mniej istotne) pierwszeństwo wejścia na pokład. 

Image

Image

Pogoda w Madrycie przepiękna, więc i widoki są urzekające. 

Image

Image

Image

Image

Image

W takiej otoczce nawet lufthansowe jedzenie smakuje :D

Image

Image

Image

Image

W Monachium mam czas na przesiadkę tak krótki, że całość schodzi na przemieszczenie się między terminalami, więc o saloniku mogę zapomnieć. Do Bombardiera, którym polecimy do Gdańska dowożą nas autobusem. 

Image

Image

Image

Dawno już nie leciałem tym samolotem i zupełnie zapomniałem, jaka to świetna maszyna! Siedzę w fotelu 3A i w zasadzie nie słyszę zamontowanych na ogonie silników. Do moich uszu dociera jedynie szum nawiewu. Rewelacja!

Zniżamy się do lądowania w Gdańsku. Moja 24-dniowa przygoda zmierza ku niechybnemu końcowi. Odzywają się moje zodiakalne ryby. Jedna żałuje i już z rozrzewnieniem wspomina to, co się wydarzyło, a druga cieszy się z powrotu do domu. Jedna chciałaby więcej i dłużej, a druga mówi: "ciesz się chłopie, że miałeś możliwość skorzystać chociaż tyle".

Z tymi schizofrenicznymi myślami idę po bagaż. No właśnie, gdzie ten bagaż? Jasna sprawa - nie przepakowali mi go w Monachium. Ja musiałem, kurza twarz, zapierniczać, a moja walizka sobie gdzieś tam leżakuje. Teraz, to na szczęście żaden problem. Przywiozą jutro domu. Ciekaw jestem jednak, jakby to wyglądało, gdyby ten lot przez Monachium otwierał moją podróż... Strach się bać.

Wsiadam zatem do taksówki jedynie z moim plecakiem i jadę do domu. Tym segmentem domykam RTW. Ale relacja wymaga jeszcze jednego odcinka, który już wkrótce :) 



Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka


Ostatnio edytowany przez tropikey 17 Paź 2019 14:00, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#105 PostWysłany: 16 Paź 2019 16:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 45
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
Rewelacja! Przeczytałam wszystko z ogromną przyjemnością. Część południowoamerykańska fantastyczna. Ja bym chyba nie oparła się pokusie i poleciała na Wyspę Wielkanocną :lol: Ale i bez tego podróż była fantastyczna i mega Ci jej zazdroszczę :)
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#106 PostWysłany: 16 Paź 2019 17:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
@Calaira: bardzo się cieszę, że się podobało :)
A co do Wyspy Wielkanocnej, to szczerze pisząc, tam akurat mnie aż tak bardzo nie ciągnęło, natomiast, gdybym tylko mógł zaprogramować tą podróż wedle swych pokus, pewnie podążyłbym nieco inną trasą. Niestety, przy podróżach za mile, to nie takie proste :D

Czas zatem na słowo końcowe...

Serdecznie dziękuję, wszystkim, którym zechciało się przeczytać choćby jeden odcinek tej mydlanej (oby nie mdłej) opery. Wiadomo, wszyscy, którzy coś tu piszą, liczą na to, że ich słowa spotkają się z jakimś zainteresowaniem :)

Muszę przyznać, że jestem szczerze zaskoczony, że wszystko poszło tak gładko. Przy tylu lotach, jedyną w zasadzie wpadką był wybryk Lufthansy z ostatniego odcinka, ale doprawdy, to drobiazg (na tym etapie podróży). Było jeszcze kilka przejawów niedoskonałego funkcjonowania mego mózgu, ale w gruncie rzeczy, oprócz nerwów, nie wywołały jakichkolwiek perturbacji (no, może oprócz przygody z sejfem w Santiago).

Przypomniałem sobie, że nie napisałem jeszcze, jak skończyło się zamieszanie z Grabem w Singapurze. Ta sprawa, to kolejny dowód na to, że głupi ma zawsze szczęście. Okazało się bowiem, że kierowca Graba, z którym nie pojechałem, bo wsiadłem przez pomyłkę do auta zwykłego taryfiarza, był chyba jakąś pierdołą i anulował mój kurs. Grab poczuł się odpowiedzialny za ten wybryk i zamiast obciążyć mnie za nieskorzystanie z zamówionego przejazdu, przekazał jeszcze na moje konto 100 grabowych punktów :D

Proszę jednocześnie o wybaczenie, ale nie będę robił jakiegoś szczegółowego rozliczenia kosztów. Słaby jestem w te klocki, ale z grubsza wydałem tylko nieco więcej, niż w trakcie "Erzaca prozacu" z 2016 r., pomimo tego, że tym razem podróż była o tydzień dłuższa, obejmowała więcej lotów i noclegi w wielu zdecydowanie lepszych hotelach. Wyszło mniej więcej 11 - 12.000 zł. (podatki i opłaty za przeloty milowe, koszt przelotów kupowanych "normalnie", noclegi, wyżywienie, transport nie lotniczy, wycieczki, itd.). Myślę, że to rozsądna kwota za tego rodzaju podróż :)
Nie udałoby mi się zorganizować tego w ten sposób, gdyby nie wiedza zdobyta dzięki Wam, na tym forum. Mam nadzieję, że udało mi się zrewanżować chociaż w drobnym stopniu i zamieścić w tej relacji jakieś informacje, które okażą się przydatne innym forumowiczom planującym swe wyjazdy :)

Przywitałem się z Wami Zenkiem Martyniukiem. To był oczywiście żart i to gorzki, bo martwi mnie, jak bardzo Polacy nasiąkają tego rodzaju muzyką, karmieni nią m. in. przez telewizję publiczną, która nie patrzy niestety na wzorce takie, jak BBC.
Dla równowagi, żegnam się prawdziwym mistrzem. Oto Michel Camilo i jego sztandarowy utwór "Caribe". W sumie to też muzyka ludowa, ale ileż trzeba maestrii, by tak zagrać. Jako pałkarz (aktualnie w zawieszeniu), zwracam Waszą szczególną uwagę na jego bębniarzy.
Tematycznie Michel Camilo ma z tą podróżą z grubsza tyle samo wspólnego, co Zenon, więc pod tym względem są równi sobie.

<iframe width="560" height="315" src="


Do kolejnego razu!
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#107 PostWysłany: 16 Paź 2019 19:23 

Rejestracja: 07 Kwi 2014
Posty: 537
niebieski
No to już czekamy @tropikey na ten kolejny raz. Tylko co Ty teraz wymyślisz? Poprzeczkę zawiesiles sobie bardzo wysoko ☺
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#108 PostWysłany: 16 Paź 2019 21:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
Patrząc na częstotliwość moich relacji zamieszczanych na forum, trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość :D
W końcu, nie z każdego wyjazdu nadaję ;)
Sam jestem ciekaw, co tam przyszłość przyniesie.

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
regulartraveler lubi ten post.
 
 
#109 PostWysłany: 16 Paź 2019 21:21 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1793
platynowy
A co z koszulką?

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#110 PostWysłany: 16 Paź 2019 21:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
Ponoć jest już w kraju. Razem z gatkami :D


Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
brzemia lubi ten post.
 
 
#111 PostWysłany: 16 Paź 2019 21:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Mar 2014
Posty: 107
Loty: 156
Kilometry: 319 722
srebrny
@Tropikey, dałeś radę Chłopaku. Super się czytało i oglądało :-)
Teraz idź za ciosem i planuj już kolejną wyprawę... będę czytał :-)


Wysłane z mojego SM-G960F przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#112 PostWysłany: 16 Paź 2019 22:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Maj 2017
Posty: 316
srebrny
@tropikey
Czy na tych zdjęciach Andów z samolotu uchwyciłeś przypadkiem Aconcaguę? Wygląda mi to bardzo podobnie! ;)

Anyway, zazdroszczę wyprawy! Jeśli mogę spytać z ciekawości, ile ta przyjemność Cię wyniosła? Wiadomo, z żoną/partnerką zawsze trochę taniej, ale i tak strzelam, że niemało.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#113 PostWysłany: 17 Paź 2019 02:47 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1793
platynowy
Napisal. Ok 12tys pln

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
tropikey uważa post za pomocny.
 
 
#114 PostWysłany: 17 Paź 2019 07:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4051
HON fly4free
@brzemia jak zwykle czujny i ze słuszną informacją :)

@Sz@lony - właśnie nie jestem pewien, czy to Aconcagua. Kształt podobny, ale z flightradara wynika, że mijaliśmy ją z prawej strony, a ja siedziałem z lewej, więc coś tu nie gra. Na pewno widziałem ją, gdy zbliżałem się do Santiago lecąc z Limy, bo pokazywał mi ją wtedy norweski Chilijczyk, o którym wspominałem.

Jeszcze co do kosztów, to trzeba pamiętać, że ogromna część została pokryta różnymi milami, aviosami, qmilesami i punktami hotelowymi. Gdyby nie to, podejrzewam, że wydałbym - kupując dokładnie to samo - jakąś horrendalną kwotę. Już same loty w klasie biznes i to w jedną stronę, to grube tysiące za każdy bilet. Tak więc, bez wcześniejszego schomikowania różnych punktów lojalnościowych nigdy na takie coś bym się nie porwał.

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
Sz@lony lubi ten post.
Sz@lony uważa post za pomocny.
 
 
#115 PostWysłany: 17 Paź 2019 07:40 

Rejestracja: 14 Maj 2016
Posty: 1130
srebrny
Bardzo miła lektura a do tego mocno pouczająca :P
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#116 PostWysłany: 17 Paź 2019 08:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Lip 2012
Posty: 54
Loty: 46
Kilometry: 165 312
niebieski
Świetna relacja! Z niecierpliwością czekałam na powiadomienia o nowych wpisach.
Gratuluję i życzę aby dni szybciej mijały do kolejnej podróży ;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#117 PostWysłany: 17 Paź 2019 09:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Paź 2014
Posty: 168
niebieski
Ja również przyłączam się do gratulacji.
Wspaniała relacja :)
Cieszę się, że cały plan wyprawy wypalił. Dodatkowe gratulacje za wzorową kondycję fizyczną, która wręcz wymagana jest podczas takiego tripu :)
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#118 PostWysłany: 17 Paź 2019 15:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Maj 2017
Posty: 316
srebrny
@brzemia
Musiałem gdzieś przeoczyć pochłonięty tą relacją ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#119 PostWysłany: 17 Paź 2019 20:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Wrz 2012
Posty: 951
Loty: 103
Kilometry: 167 213
niebieski
@tropikey świetna relacja ;) sam za kilka miesięcy będę w Limie i Santiago de Chile i opisy tych miejsc zdecydowanie mi pomogą ;)
_________________
Zapraszam na moją stronę! :) https://www.facebook.com/zyjipodrozujzp ... page_panel

Image
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#120 PostWysłany: 17 Paź 2019 21:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Mar 2019
Posty: 25
Loty: 153
Kilometry: 340 305
niebieski
Dla mnie relacja wybitna! Uwielbiam taki styl i poczucie humoru. Fotki super! Szczególnie mnie urzekły te z Galapagos :) I zazdroszczę podróżowania w biznesie, bo mnie jeszcze nie było to dane... Na pewno RTW staje się wtedy przyjemniejsze ;) Podsumowując, KLASA!!!
Jeśli kiedyś załapię się na spotkanie trójmiejskie forum fly4free, to liczę na relację na żywo :)
_________________
Instagram: https://www.instagram.com/regulartravelers/
Facebook: https://www.facebook.com/RegularTravelers
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
 [ 131 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1 ... 3, 4, 5, 6, 7  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot], xionc oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group