Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 131 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następna
Autor Wiadomość
#61 PostWysłany: 26 Wrz 2019 18:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 2584
Loty: 436
Kilometry: 1 034 928
złoty
Jestem troche w plecy z relacja, wiec komentuje po kolei.

Widze, ze Business Air Canada podobny do tego nowego British Airways, tylko pewnie sa delikatne roznice.

Cytuj:
Niektórzy goście Marriotta, czy Hiltona to nawet z pokoju nie muszą wychodzić, bo z okien wszystko widzą, a i żadna mewa przekąski im z rąk nie zabierze (co na deptaku się zdarza, na własne oczy widziałem).
Szczerze polecam Marriotta, super widok na wodospad i wschod slonca. Przy ponownej wizycie nad Niagara na pewno zatrzymalabym sie w tym samym hotelu.

Cytuj:
A jest, co tłumaczyć, bo dojazd z tej stacji do mojego celu - stacji Paulista - to nie jakaś tam igraszka. Najpierw linią "jadeitową" do stacji Eng. Goulart, potem linią "szafirową" do Bras, następnie linią koralową do Luz i wtedy już tylko 3 stacje linią żółtą do Paulista.
Brzmi jak slynny dialog z Rozmow Kontrolowanych :-)

A ten Hampton w Sao Paolo wyglada na dobry standard. Tylko w USA truja czlowieka na sniadaniu.

Wodospady super. Poczekam az dokonczysz relacje i moze zloze w koncu swoja Ameryke Poludniowa i Galapagos. Mialam to zrobic rok temu za Aviosy z promocji Iberii.
_________________
Carpe Diem.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#62 PostWysłany: 27 Wrz 2019 05:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Śniadanie w DT Santiago Vitacura jest doskonałe! Ten hotel to moje kolejne miłe odkrycie wyjazdu (po Hiltonie w Tajpej). Jedyne, czego tu może brakować, to basen. Ale ma to pewnie odbicie w cenie. Za ten nocleg płacę 80 USD (jest też VAT, ale cudzoziemcy go nie płacą), za następny będzie kilka dolców więcej. Mogłem też zapłacić punktami - najtaniej wychodziło 23k. 

Wracając do śniadania... Kurczę, czego tu nie ma. Pyszne pieczone mięsko i inne wędliny, łosoś, sery takie, śmakie i owakie, masa owoców, różne ciepłe dania, itd. Aż żal, że muszę się dość sprężać, bo wkrótce odbierają mnie na wycieczkę. Irena Santor nuci mi jednak do ucha "powrócisz tu...". Może to i nie nadwiślański brzeg, ale faktycznie, powrócę tu :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W recepcji czeka na mnie korpulentna Chilijka. Nie habla po anglijskamu jazyku, więc krzesam z siebie wszelkie zasoby mojej skromnej hiszpańszczyzny. Efekty są żałosne, ale wystarczą, bym dowiedział się, że to, co mam teraz, to transfer z hotelu do winnicy Concha y Toro, gdzie dołączę do grupy zwiedzającej to miejsce. A że w aucie oprócz mnie i rzeczonej Chilijki nie ma nikogo innego, znowu mam prywatną wycieczkę, przynajmniej na obecnym etapie. Uroki podróży poza sezonem :D

Image

Image

Jazda zajmuje nam jakieś 45 minut. Po drodze krajobraz jest bardzo zróżnicowany. Dzielnica, w której znajduje się Doubletree to część biznesowa, bardzo schludna i czysta. 

Kawałek dalej przejeżdżamy przez równie czysty kwartał rezydencji. Niektóre są bardzo okazałe. Co ciekawe, większość z nich zbudowana jest w stylu anglosaskim. Wyglądają, jak przeniesione z bogatych przedmieść Londynu (w każdym razie tych z moich wyobrażeń). 

Jeszcze dalej dzielnica nowoczesnych apartamentowców, niczym nie różniących się od tych, które są budowane i u nas. Potem autostrada, z której zjeżdżamy do Puente Alto. Tu aglomeracja zdecydowanie traci swój wielkomiejski charakter. Dominuje parterowa, często sypiąca się zabudowa, sklecona niejednokrotnie z blachy falistej i desek. W niektórych miejscach naśmiecone tak, że głowa mała. Wzdłuż ulicy, którą jedziemy wystawiono stragany że wszystkim, co można sprzedać. Czasem to tylko leżący na chodniku ręcznik lub karton, a na nim jakiś badziew. To tutejszy niedzielny mercado.

Ale muszę też przyznać, że to nie jakiś pozostawiony bez żadnej kontroli slums. Jest też trochę budynków wyglądających na całkiem solidne, widać infrastrukturę sportowo-rekreacyjną, no i masę kolorów: niebieskiego, białego i czerwonego, bo już za kilka dni święto narodowe Chile. Kochają swój kraj, albo przynajmniej administracja odpowiednio dba o oprawę. Barwy narodowe są wszędzie, a na autach oprócz typowych małych flag "kibicowskich", trafiają się czasem wielkie banery zakrywajace całą maskę. 

Na skrzyżowaniach ruch w interesie. Magicy, kuglarze, aktorzy z lalkami, tancerze Cueca (narodowy taniec Chile). W Brazylii było podobnie, ale tylko w Foz i nie na taką skalę. Tu jest to powszechne, nawet w "mojej" dzielnicy biznesowej. 

Docieramy do Pirque, na którego obrzeżach zlokalizowana jest winnica. Moja Pani szofer odbiera z kasy bilety i tłumaczy mi, że jeden jest do zwiedzania, a drugi do degustacji (co potwierdza po chwili przewodnik Claudio, z którym będę miał przyjemność obejść tereny Concha y Toro). Muszę jednak najpierw poczekać 15 minut, gdy oprowadzana będzie grupa angielskojęzyczna. Ruszam się cały czas, bo jest tylko 10 stopni. Na degustację białych win trochę chłodno :) 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

O ustalonej porze wzywa mnie Claudio. Okazuje się, że obchód będzie niemal prywatny. Oprócz mnie jest jeszcze tylko para brazylijsko-niemiecka i Rumunka mieszkająca od kilkunastu lat w Paryżu. Zaczynam się przyzwyczajać do takiego rozpieszczenia :D

Image

Image

Image

Ów Claudio to prawdziwy mistrz. Pięknie opowiada, prezentując przy tym hollywoodzkie podejście do mowy ciała. No, może latynoskie odgałęzienie tego podejścia - dużo gestykulacji, celebrowanie niektórych słów, epatowanie przymiotnikami. Robi to z wielkim wdziękiem i entuzjazmem. 

Image

Odwiedzamy po kolei różne części winnicy, począwszy od domu letniego Don Melchiora Concha, przez park, pokazowe poletka z różnymi gatunkami winorośli (te prawdziwe, uprawne są rozrzucone po całym Chile), po słynne piwnice z beczkami win. Po drodze mamy kilka degustacji. Zwiedzanie kończymy w najstarszej piwnicy, o której mówi się, że jest nawiedzona. Poświęcona jest temu nawet kilkuminutowa, nastrojowa prezentacja typu światło i dźwięk. Jest na tyle nastrojowa, że żeńska cześć pary brazylijski-niemieckiej nie wytrzymuje napięcia i w pośpiechu opuszcza piwnicę. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tu kończy się część krajoznawczo-degustacyjna, a zaczyna czysto degustacyjna. Zostaję na niej tylko ja i Rumunka. Drobniutka pani pod sześćdziesiątkę w firmowej kurtce Concha y Toro prowadzi nas do osobnego pomieszczenia, gdzie stoi już stolik uszykowany do prezentacji sommeliera. Okazuje się, że rolę tą pełni ta właśnie niepozorna kobiecina, Solidad. 
Cóż to za sympatyczna osoba. I z jaką wiedzą o winach! Jestem pod wielkim wrażeniem. 
Pracuje tu od 10 lat i odbyła w tym czasie wiele specjalistycznych kursów. Co ciekawe, wcześniej pracowała w przemyśle mleczarskim, przy produkcji serów, więc w sumie w nie tak odległej branży. 

Przed nami ustawione są 4 kieliszki z różnymi gatunkami wina. Do każdego z nich dopasowany jest odpowiedni gatunek sera, który ma wydobyć z trunku to co najlepsze. Obok są jeszcze niesolone krakersy, które pełnią rolę podobną do wasabi w przypadku sushi - mają przygotować paszczę na nowe doznania. 

Image

Image

Przy każdym kieliszku powtarzamy za Solidad rytuał: 

1) krakers i nieco wody do przepłukania, 

2) przykładamy lekko pochylony kieliszek do białej serwety i obserwujemy barwę wina (Solidad mówi przy tym, że patrzenie na tzw. "łzy", czyli sposób spływania wina po kieliszku raczej nie ma sensu, bo w jej ocenie niekoniecznie musi pozwalać to na jakiekolwiek wnioski na temat wina, a częściej czystości kieliszka), 

3) wąchamy wino wkładając nos dość głęboko do kieliszka i wciągając drobne ilości powietrza (a nie wielkie jego chausty, jakbyśmy mieli zaraz zanurkować), próbujemy wyłapać różne aromaty wydobywające się z wina, 

4) bierzemy drobny łyk wina i rozprowadzamy go po całej jamie ustnej. Potem kolejny, że wsparciem sera. 

To moje pierwsze spotkanie z sommelierem, więc jeśli gdzieś coś pomieszałem (a nie jest to wykluczone, bo piszę te słowa 10 dni po wizycie), proszę o korektę :D

Degustowane przez nas wina są z górnej, ale jeszcze nie najwyższej półki. To marka Marques Casa Concha. Najdroższą i najbardziej uznaną jest marka Don Melchior. Wszystkie wina są bardzo dobre, ale ostatnie, Cabernet Sauvignion, w połączeniu z serem Gran Padano (który oryginalnie przypisany był do Syrah vel Shiraz, ale Solidad zasugerowała drobną podmiankę) było wprost fenomenalne. Dopiero teraz pojmuję istotę picia wina z odpowiednio dobranym serem. 

Tak naprawdę jednak, ze wszystkich wypitych dziś win, najbardziej zasmakowało mi to ze szczepu Carmenere, opatrzone również marką Marques Casa Concha. Piliśmy je jeszcze w piwnicach. Mam nadzieję, że jest dostępne i w Polsce. 

Spotkanie z Solidad dobiega końca. Serdecznie jej dziękujemy za to niezmiernie interesującą lekcję. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze tu kiedyś trafię. 

Spotykam moją "szoferową" na parkingu i ruszamy z powrotem do DT. Po drodze obserwuję pozamykane dla samochodów ulice, na których można w niedziele biegać, jeździć rowerem, czy po prostu spacerować. Zdecydowanie lepiej idzie mi również rozmowa po hiszpańsku :D

Image

Image

Image

Niebo się przeciera i widać już Andy. To dobry prognostyk na drugą część dnia. 
Do hotelu wracam usatysfakcjonowany tak bardzo, jak tylko można. Nie dość, że znowu trafiła mi się prawie zupełnie prywatna wycieczka, to była ona zaskakująco ciekawa i przyjemna. I jeszcze gratis firmowy kieliszek i deskę na sery dorzucili :D
A to wszystko za jedyne 26,90 USD :) Podziękowania dla Expedii i @skrzat ;) 

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
27 ludzi lubi ten post.
 
 
#63 PostWysłany: 29 Wrz 2019 00:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Po powrocie z winnicy i odsapnięciu nieco w pokoju, mam zamiar ruszyć na wzgórze San Cristóbal i wrócić na 18:00, by wymeldować się zgodnie z ustaleniami z recepcją. Dochodzę jednak do wniosku, że skoro jest już 14:00, to lepiej nie być niepotrzebnie uwiązanym godziną check outu i podejmuję szybką decyzję o opuszczeniu pokoju już teraz.

O skutkach takich nagłych decyzji przekonam się już za kilka godzin, co wywoła we mnie frustrację, o której pisałem kilka odcinków temu.

Tymczasem, będąc jeszcze w błogiej nieświadomości swej bezdennej głupoty wymeldowuję się, oddaję bagaż pracownikom recepcji i ruszam na San Cristóbal z zamiarem powrotu o pasującej mi godzinie (oczywiście tak, by załapać się jeszcze na happy hour w saloniku :D). 

Miało dziś padać, ale jest piękna wiosenna pogoda. Droga z hotelu do parku, w którym zlokalizowane jest wzgórze wiedzie między nowoczesnymi wieżowcami prezentującymi się nieskazitelnie w promieniach słońca. Wśród nich jest ten najważniejszy w okolicy: Costanera Center Torre 2 vel Gran Torre Santiago. Na tle sporo niższych budynków dookoła prezentuje się majestatycznie. Ale i mój DT wygląda niczego sobie.

Image

Image

ImageImage

Image

Po kilkunastu minutach jestem przy stacji kolejki linowej. Kupuję bilet kombinowany, tzn. na górę pojadę teleferico, a w dół mam zjechać kolejką szynową fenicular. 

Image

Image

Image

Image

Najpierw z chilijskimi Koreańczykami (mówią śmieszną mieszanką koreańskiego, hiszpańskiego i angielskiego) jadę na pośrednią stację. Tam napotykam początek niedzielnego festynu, gra muzyka, wkoło masa ludzi. Bardzo przyjemna okolica. Jest nawet basen, ale jeszcze zamknięty. I te wszędobylskie barwy narodowe...

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wsiadam z powrotem do teleferico i jadę na szczyt. Tam staję u stóp wielkiej figury Matki Boskiej, górującej nad poświęconym jej sanktuarium. W różnych jego miejscach stoją krzyże, każdy ozdobiony przez innego artystę. Jest nawet jeden jakiś taki zadziwiająco tęczowy. W Polsce chyba by to nie przeszło. Z głośników nadawane są non stop pieśni maryjne. Stojącemu w okolicy Juanowi Pablo Secundo zapewne taka oprawa muzyczna odpowiada. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Siedząc na schodach prowadzących do posągu Maryi podziwiam sięgającą het, het daleko panoramę miasta. Czasem widok przesłania łopocząca na wietrze wielka flaga Chile, ale nic przeciwko niej nie mam. W końcu, jest tak bardzo podobna do naszej. 

Image

Image

Schodzę do poziomu stacji funicular. Jest tam niewielki budynek z bezpłatną wystawą poświęconą San Cristóbal. Znajduję tam również tablicę poświęconą niejakiemu Luciano Kulczewskiemu. Jak wynika z informacji na tablicy, był on uznanym chilijskimi architektem, który zaprojektował m. in. różne obiekty na San Cristobal. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przymierzam się do jazdy w dół kolejką szynową, ale jest długi wąż oczekujących na kurs. Pora zrobiła się na dodatek późna, a co gorsze, trasa kokejki prowadzi do stacji, która jest mocno oddalona od Doubletree. Idę więc do kasy teleferico i pytam, czy nie dałoby rady zamienić mojego biletu tak, bym mógł wrócić tą samą drogą, a nie funicularem. Zmiana biletu okazuje się niemożliwa, ale po kontakcie z kierownikiem zmiany, kasjerka mówi, że mogę jechać w dół kolejką linową na oryginalnym bilecie. Zamieszcza na nim jedynie wzmiankę, że zaakceptował to Eduardo. Tracę na tym ok. 6 zł. (bo o tyle byłby tańszy bilet na samo teleferico), ale oszczędzam dzięki temu dużo czasu. 

Image

Image

Image

Mogę sobie pozwolić, by wysiąść znów na stacji pośredniej. Z parku jest piękny widok na Gran Torre Santiago. Siedzę na ławce czekając aż zachodzące słońce zacznie się odbijać w zwierciadle tego budynku. Obserwuję sobie ludzi dookoła. Nie widzę niemal żadnych turystów. Prawie sami Chilijczycy. Są tacy spokojni, wyluzowani i uśmiechnięci. Do tego wiosna, więc wiadomo, na trawnikach same zakochane pary. Normalnie Arkadia. A ja tu sam, znaczy gnam se sam... 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

My tu gadu, gadu, a salonik stygnie ;) Zabieram w końcu 4 litery w troki i zjeżdżam do stacji początkowej. Potem jeszcze niecały kwadrans na piechotę i jestem na miejscu. 
A w saloniku czekają już na mnie ceviche, kanapki, sery, wędlina, pieczywo, itp. Nie ma dań na ciepło, ale te na zimno są pyszne. Postawili na delikatesy. Do tego świetne chilijskie wina, z moim ulubionym (od porannej wizyty w Concha y Toro) Carmenere, ale też lokalne piwa: Austral i Kunstmann. Ach, jak tu miło :) 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że włączam hiltonowską aplikację i widzę, że się zagapiłem. Nie spostrzegłem na czas obniżki punktowej Hiltona w Limie. Niestety, zmienić już mojej rezerwacji nie mogę, a mógłbym zaoszczędzić aż 7k punktów :(

Czas pożegnać się z tym świetnym hotelem. Bardzo się cieszę, że będę tu ponownie na sam koniec mojego RTW. Uczczę to sobie wtedy. Na razie jednak zamawiam Ubera (niestety, znowu ok. 14000 CLP) i jadę do Holiday Inn Santiago Airport. 

Przyjeżdżam tam sobie wyluzowany, staję drugi w kolejce do recepcji, sięgam do saszetki, którą mam zawsze przy pasku, by wyciągnąć z niej paszport i... W tym momencie mym ciałem wzdryga dreszcz przerażenia. Ja p#@%&! Zapomniałem zabrać tą p#@%& saszetkę z pokojowego sejfu, gdy podjąłem spontaniczną decyzję o szybszym wymeldowaniu. No po prostu debil, kretyn i bezmózgowiec w jednej osobie! 

Maximiliano i Camilo, którzy pełnią dziś wartę w recepcji Holiday Inn są nieocenieni. Dzwonią do DT i w porozumieniu ze mną dogadują z tamtejszą recepcją, jak załatwić ten problem. Muszę wysłać do DT maila ze zgodą na otwarcie sejfu i przewiezienie odnalezionych tam (ewentualnie, bo to wcale nie zostało jeszcze potwierdzone) moich rzeczy przez kierowcę z DT do HI. 

W międzyczasie, pomimo braku paszportu, dostaję swój pokój. Z racji zrobionego niedawno psim swędem status matcha do IHG Platinum Elite otrzymuję upgrade i voucher na drinka w hotelowym barze.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po ok. pół godzinie dostaję upragnioną wiadomość z DT, że faktycznie, w sejfie została moja saszetka. Kierowca może ją przywieźć jednak dopiero ok. 22:00, gdy skończy jakiś tam kurs z gośćmi hotelowymi. Mam za to zapłacić 28.000 CLP. Niemało, choć i tak traktują mnie łaskawie, bo to tyle, co jazda w tą i z powrotem Uberem, a nie taksówką (wtedy byłoby z 50.000 CLP). 

Około 22:00 faktycznie pod terminal lotniska podjeżdża kierowca z DT. Starszy, miły Pan oddaje mi owiniętą ściśle w folię saszetkę. Dziękuję mu, jakbym dostał najwspanialszy w życiu prezent. No bo pomyślcie tylko, co by było, gdyby to wszystko działo się nie teraz, przed noclegiem w HI, tylko przed check inem na jakiś lot... Koszmar! 

Od tego momentu, do końca RTW mam zapisane "sejf!" przy dacie każdego wymeldowaniu. 

A muszę jeszcze dodać, że Maximiliano i Camilo, to dokładnie ci sami goście, którzy pomagali mi w załatwieniu Ubera po przylocie do Santiago, o czym opowiadałem wcześniej. Nie zdziwiłbym się, gdybym zyskał u nich ksywkę "polaco loco" :D

Mogę jedynie dziękować losowi, że ta moja bezmyslność kosztuje mnie tylko 150 zł. Przy mniej sprzyjających okolicznościach, mogłem zawalić resztę RTW...

Mimo emocji, jakoś zasypiam (wspomagany piwem z baru). Wczesnym rankiem mam lot do Limy. 






Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
 
 
#64 PostWysłany: 29 Wrz 2019 07:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 2584
Loty: 436
Kilometry: 1 034 928
złoty
Z tymi sejfami zdarza sie najlepszym. W Hiltonie w Tokyo, w otwartym sejfie, znalazlam bardzo wazne dokumenty paszportowe i wizowe jakiejs pary amerykanskiej. Jeszcze musialam tlumaczyc w recepcji, jakie to wazne i zeby jakos namierzyli goscia.
_________________
Carpe Diem.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#65 PostWysłany: 30 Wrz 2019 05:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Status Platinum Elite w programie IHG brzmi doniośle, ale nie daje śniadania (Hilton Honors jest pod tym względem nie do pobicia). Po pobudce zbieram zatem swoje rzeczy, zaglądam kilka razy do sejfu (mimo, że nic tam nie wkładałem) i po szybkim wymeldowaniu przechodzę ok. 100 m. do terminala lotniskowego. 

Pasażerowie biznes klasy LATAM mogą na lotnisku SCL skorzystać z osobnych stanowisk odprawy bagażowej, kontroli paszportowej i bezpieczeństwa, znajdujących się na końcu hali odlotów, po lewej jego stronie, w dość ustronnym miejscu. Zaraz za nimi jest salonik LATAM. 

Image

Image

Image

Image

Jest ogromny, dwupoziomowy, pomieściłby pasażerów z kilku jumbo. Obszedłem go dookoła, a i tak nie widziałem chyba wszystkich pomieszczeń. W części zwykłej nie ma alkoholu. Przynajmniej wcześnie rano. Być może jest w odrębnym sektorze dla statutowców LA i Oneworld. Poza tym, jak na moje potrzeby śniadaniowe, jest znośnie. Są gotowe kanapki, owoce w miseczkach, soki, w tym jeden z mych ulubionych tutaj, melonowy. Jednak generalnie oferta gastronomiczna nie współgra z gargantuicznym rozmiarem saloniku. Może w ciągu dnia się polepsza. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z leżanek na górnym poziomie jest piękny widok na pasy startowe i wyłaniające się z mroku góry. 

Image

Image

Gdy chcę skorzystać z toalety, okazuje się, że nie ma wody. Oczami wyobraźni widzę już jakiegoś pasażera, który korzysta właśnie z jednego z kilku tutejszych pryszniców i nagle, już po namydleniu, nie ma się czym spłukać. A czeka go lot, np. do Sydney :D

Po opuszczeniu saloniku okazuje się, że problem z wodą dotyczy całego lotniska. No, nareszcie jakieś oznaki złej organizacji. Ale i tak po kolejnym kwadransie wszystko wraca do normy. 

Image

Lot do Limy jest częścią lotu z Santiago do Los Angeles. 

Image

Image

Tym razem jest nieco inna wersja B787. Różnica polega na tym, że kabina biznes nie jest przedzielona ścianą, a jedynie szafką (przepraszam za dziwne zdjęcia, ale ponownie kabina C jest w 100 % wypełniona i warunki do fotografowania są mizerne). 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dziś współpasażera mam bardzo sympatycznego. To Australijczyk George, a w zasadzie Jorge, bo z pochodzenia jest Chilijczykiem. Wyjechał z kraju, jako 18-latek i dorobił się za oceanem majątku na deweloperce "użytkowej" (stadiony, biurowce, magazyny, itp.). Gość jest pod 60-tkę, ale wygląda świetnie. Z twarzy sobowtór Gary'ego Oldmana, z figury taki trochę Mickey Rourke. Może dlatego ma obecnie 26-letnią partnerkę ze Szwecji. Chyba na poważnie, skoro ma z nią kilkuletnie syna. W ogóle, wiem o tym gościu tyle, że mógłbym osobny odcinek na ten tylko temat opublikować :D

Tak, sympatyczny, ale mocno skupiony na sobie. To z resztą powszechna przypadłość osób, z którymi się stykam w czasie tego RTW. Póki mówią o sobie i odpowiadają na moje pytania, "konwersacja" idzie płynnie. Ja sam nie wzbudzam u nich większego zainteresowania, oprócz standardowego zestawu, jak z ankiety. Muszę to sobie kompensować pisząc tą relację :D

Cóż, zostaje mi obejrzeć tą "Zimną wojnę", bo inaczej poznam za chwilę wyniki badań krwi George'a :D

Posiłek nie jest obfity, ale to tylko śniadanie, a i lot przecież niezbyt długi. LATAM ma fajny patent z pieczywem w zgrzebnym woreczku, który utrzymuje ciepło podgrzanych bułeczek. A do posiłku, obowiązkowe Carmenere :) 

Image

Po wystartowaniu z SCL jest trochę widoku na góry, ale to jednak nie to samo, co w czasie lotu do SCL z GRU. 

Image

Image

Image

Image

Przed dotarciem do Limy podziwiam z okien peruwiańskie wybrzeże Pacyfiku. 

Image

Szkoda, że nad samą Limą zachmurzenie jest już duże. Mam nadzieję, że nie będzie chociaż padać. 

Image

Image

Po wylądowaniu mam najdłuższy - jak do tej pory - czas oczekiwania na odprawę paszportową. Jakaś cholerna kumulacja przylotów. Czuję się, jak w hipermarkecie przed świętami. Każda sąsiednia kolejka zdaje się przemieszczać szybciej, niż moja. 

Image

Na szczęście, odbiór bagażu i jego prześwietlenie przez celników, to już tylko igraszka. 

Teraz wkraczam do dżungli. Hala przylotów lotniska w Limie to nie miejsce dla mięczaków. Od samego przekroczenia jej progu jestem zewsząd atakowany przez taksiarzy, agentów wypożyczalni i wszelkich innych naganiaczy. No, teraz to ja wreszcie czuję, że jestem w innym świecie. Nie wiem, czy trzecim, ale to jest coś, czego do tej pory nie doświadczyłem, a byłem już w różnych zakątkach tago świata. 

Nie bacząc na otaczający mnie harmider walę prostu do stoiska Airport Express Bus, gdzie za 8 USD kupuję bilet na przejazd do dzielnicy Miraflores. Tam, przy jednym z ostatnich przystanków stoi sobie i czeka nanie Hilton Lima Miraflores. 
Z biletem w ręku przedzieram się dzielnie przez nieprzebrane hordy kierowców oferujących mi swoje usługi i docieram na parking zlokalizowany na tyłach lotniskowego hotelu Wyndham. 
Tam czeka już chabrowy autobus, który ma mnie zawieźć do celu. Odjazd za 10 minut. 

Image

Image

Image

Polecam to rozwiązanie. Jest niedrogie, wygodne (komfortowe fotele, darmowe wifi, USB do ładowania) i budzące zaufanie (wszystko jest od początku do końca sprawnie nadzorowane). Trzeba się jedynie liczyć z długim przejazdem. Mój trwa ok. godziny z kwadransem. 

Opuszczamy lotnisko. Jego okolice są okropne. Slumsy, blaszane magazyny, drut kolczasty, zrujnowany domy i koryto rzeki Rimac zamienione w wielkie wysypisko śmieci i ściek. Dopiero od dzielnicy Bella Vista jest ciut lepiej, ale nadal widoki nie pozostawiają mnie obojętnym. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dojazd do Miraflores to mordęga. Owszem, w autobusie jest całkiem wygodnie, ale to ciągłe ruszanie i hamowanie w korkach jest strasznie irytujące. 

Po drodze całkowity misz masz. Budynki sklecone z nieotynkowanych cegieł sąsiadują z takimi nieco lepszymi, a obok kasyno, albo ciąg dyskotek będących - jak podejrzewam - jedynie przykrywką dla innej działalności, która nie objawia się jeszcze w pełnej krasie tylko dlatego, że jest dzień. 

Potem centra handlowe ze starbaksami i frajdejsami, obok których są mniejsze i większe sklepy z tresores de Incas i innymi artesanes. Potem fragmentami miasto wygląda zupełnie normalnie, by po chwili ponownie przeobrazic się w maszkarę. I tak na zmianę. Brzydko, aż oczy bolą, potem zgrabna ulica z nowoczesną zabudową, a dalej znów odstraszająca ochyda, po której napotkać można przyjemną architekturę a la kolonialną. Im bliżej Miraflores, tym okolica staje się bardziej poukładana, jak na tutejsze uwarunkowania. 

W końcu dojeżdżam na przystanek przy Hiltonie. 
To mój najdroższy punktowo pobyt w czasie tej podróży: 51k punktów (a mogło być 44k :( ). Czy jest wart swej ceny? O tym w kolejnym wejściu antenowym ;) 



Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
 
 
#66 PostWysłany: 30 Wrz 2019 08:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Paź 2016
Posty: 547
Loty: 241
Kilometry: 376 146
srebrny
Bardzo przyjemnie się czyta i naprawdę super trasę skomponowałeś - Galapagos i Iguazu są na liście moich podróżniczych marzeń. Jestem pewna, że kiedyś to marzenie się spełni i fajnie będzie wtedy wrócić do Twojej relacji :)
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#67 PostWysłany: 30 Wrz 2019 16:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Wylądowałem właśnie w Gdańsku (niestety, bez bagażu), więc gnam z tą relacją, żeby się zaraz koniec października nie zrobił :D

Zameldowanie w Hiltonie przebiega sprawnie, choć panienki w recepcji traktują mnie dość obojętnie. Są takie, powiedziałbym stołeczne, w złym tego słowa znaczeniu. Wyniosłe, zajęte własną rozmową (pewnie w bardzo ważnej, zawodowej sprawie), mechaniczne. Po radosnej ekipie w DT Santiago to dramatyczna zmiana (a przecież tam też była stolica). Zapewne działa na nie syndrom najlepszego hotelu w okolicy, choć JW Marriott chyba ich przebija, choćby lokalizacją. Ale narzekać nie mogę. Jest i upgrade i powitalna wstawka. Pokój już typowo jednoizbowy, ale bardzo przyjemny. Widok z okna nie należy jednak do tych za milion dolarów, więc już nawet go nie fotografowałem :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z listu od dyrekcji dowiaduję się, że do 14:30 jest jeszcze "light lunch", więc przed spacerem po okolicy odbywam pierwszą wizytę w Executive Lounge. Jest tu zaskakująco mało miejsca. Podejrzewam, że w czasie happy hour może być ciasnawo. Jest za to - jak na tą porę - szeroki wachlarz spożywczy. 

Image

Image

Zahaczam przy okazji o część basenową na tarasie blisko saloniku. 

Image

Czas na Miraflores. Z Hiltona do nadmorskiej promenady, która jest tu (jak zakladam) największą atrakcją, jest ok. 10 minut spaceru. Jakaż miła odmiana po trasie z lotniska. Zadbane domy, czyste trawniki, wystrojone pieski, po których wyprowadzacze (bo jestem przekonany, że w zdecydowanej większości nie są to właściciele) ładnie sprzątają kupki do woreczków. Inna sprawa, że efekt zadbania, to często tylko fasada. Wystarczy obejrzeć budynek z boku, a obraz diametralnie się zmienia. Ma to źródło na pewno w tym, że tu wszędzie coś budują, a obiekty przylegają do siebie ścianami, więc te, które są już ukończone nie mają w żaden sposób otynkowanych, czy choćby pomalowanych bocznych ścian, no bo po co, skoro prędzej, czy później ktoś się do tych ścian przyklei. Gdy do jakiejś łupinki przykleja się olbrzym, widok jest kuriozalny. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Teren stanowiący szczyt klifu nad oceanem stanowi jeden wielki park, który ciągnie się przez wiele kilometrów. Jest tu zupełnie nielimsko. Wszędzie wypielęgnowana trawa, kwiaty i palmy. Ludzie uprawiają jogging (w innych częściach Limy bieganie jest zapewne również uskuteczniane, ale niekoniecznie w celach sportowych), albo leżą objęci na trawie, zwłaszcza w pobliżu całuśnego pomnika miłości. W ogóle, pomników, rzeźb i popiersi mają tu od groma. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Atrakcją tego klifu jest lądowisko (i startowisko) dla paralotniarzy. Z moim lękiem wysokości na otwartej przestrzeni nawet przez chwilę nie myślę o skorzystaniu z ich usług, ale późnym popołudniem, gdy wiatr zaczyna wiać w dobrym kierunku, robi się tu całkiem tłoczno. 

Image

Odbijam w głąb lądu i kieruję się do Parku Kennedy'ego. Nie zdążyłem jeszcze ustalić, czy nazwa, oprócz tego, że jest tam popiersie tego prezydenta USA, ma jeszcze jakieś inne konotacje. Może przed zamachem w Dallas miał okazję przebywać w Limie? 

Image

Okolica parku jest niczego sobie. Jest tu sporo lokali gastronomicznych, ładnie utrzymany budynek lokalnej administracji samorządowej obok kościoła, a w bocznych uliczkach dużo starych, urokliwych budynków. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pod pewnymi względami są lepiej rozwinięci od nas i mają już uregulowane coś, z czym my ciągle nie możemy sobie poradzić. 

Image

Co najważniejsze, wszędzie jest bardzo bezpiecznie. O dziwo, nie ma tu wcale uzbrojonych po zęby gliniarzy lub wojska. Co krok spotykam jedynie ubranych z żarówiaście zielone kurtki policjantów na rowerach, albo poruszających się pieszo, przypominających bardziej tego typu służby gdzieś w Toronto. Po zmroku łatwo ich rozpoznać po migających na niebiesko ledach przyklejony do kurtek. Jest też bardzo wielu ubranych podobnie pracowników (a może wolontariuszy) zaangażowanych przez samorząd. 

Skoro wspomniałem już o zmroku, to zanim zapadnie, wracam do hotelu, by sprawdzić, co też tam serwują w czasie happy hour. Jest na bogato. Niemal, jak w Tajpej, choć tamten Hilton to wzór chyba niedościgniony. Wbrew wcześniejszym obawom, bez trudu znajduję dla siebie miejsce. 

Image

Image

Image

Image

Gdy jest już całkiem ciemno, wracam nad ocean. Jest przyjemnie ciepło, ok. 18 stopni Celsjusza. Ludzi ciągle tu pełno. Kręcę się tu wraz z nimi i pstrykam trochę fotek, choć widoki nie są oczywiście takie, jak gdzieś w Azji. Intrygują mnie barwy podświetlenia wiaduktu łączącego dwa fragmenty klifu rozdartego w tym miejscu głębokim kanionem. Czerwień i biel - jasna sprawa, ale skąd ta zieleń? Przecież to barwy narodowe Meksyku... 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracam nieśpiesznym spacerem do Hiltona. Oglądam okolicę z tarasu rekreacyjnego. Muszę przyznać, że po szoku, jaki przeżyłem na lotnisku i przez większość drogi z niego do Miraflores, teraz czuję się bardzo mile zaskoczony tą reprezentacyjną dzielnicą miasta. Życzę Limie gorąco, by z biegiem lat i inne jej rejony zyskały taki wygląd. A jak przekonam się za 10 dni, gdy będę nocował w Centro Historico, może to być syzyfowa praca. 

Image


Image

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka


Ostatnio edytowany przez tropikey, 01 Paź 2019 09:53, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
Gaszpar uważa post za pomocny.
 
 
#68 PostWysłany: 30 Wrz 2019 18:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2012
Posty: 2411
złoty
Kurczę, zadziwiający, egzotyczny ten Gdańsk ;)
Jakiś czas nie byłem, sporo się zmieniło... .
Trzeba nadrobić.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#69 PostWysłany: 30 Wrz 2019 19:14 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1932
platynowy
Bo to takie live delayed ;)

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#70 PostWysłany: 30 Wrz 2019 19:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
No fakt, trochę początek ostatniego odcinka mylący :D

Gwoli ścisłości, odcinek ten dotyczy wydarzeń z 16.09 :D

Także wyjaśnienie @brzemia jak najbardziej słuszne.

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
wtak uważa post za pomocny.
 
 
#71 PostWysłany: 01 Paź 2019 08:53 

Rejestracja: 15 Sty 2011
Posty: 3700
złoty
@tropikey: to jakoś niemal minęliśmy się, bo byłem w H parę dni temu przed dwa dni, hotel jest dość mocno obłożony, przez co nie zawsze da się zrobić wcześniejszy check-in/późniejszy check-out, natomiast odnośnie obsługi odniosłem przeciwne wrażenia, recepcjonistka była bardzo sympatyczna i rzeczowa plus mocno zaangażowana - przez kilka minut ustalała opcje zameldowania ok. 11:30 rano, aby od razu dać mi pokój - stworzyła aż trzy plany meldunkowe do wyboru, w tym jeden obejmował przekazanie pokoju po 15 minutach z koniecznością jego zmiany kolejnego dnia (mieli jakiś duży event i wyłączone całe piętro na jego potrzeby), kolejne dwa z różnymi typami pokoi z dłuższym oczekiwaniem, ale bez zmiany w trakcie pobytu. Do tego od razu wręczyła mi klucz do saloniku, abym mógł skorzystać. Oferta saloniku była ponadprzeciętna, bo serwowano w nim także pełny obiad, nie tylko kolację. I jak na obłożenie hotelu to rzeczywiście w lounge było stosunkowo niedużo ludzi (w trakcie mojego pobytu może 10-12 tych samych osób się przewijało w ciągu dnia), jedyne co mnie denerwowało przez pierwszy dzień, to ciągłe pytanie obsługi o numer pokoju, mimo że samo wejście tam było już na klucz z dostępem. Następnego dnia pani już ani razu nie pytały o pokój. Podobała mi się też niestandardowa formuła śniadania z wszystkim podawanym do stolika.

Co do Limy - po centrum historycznym nie spodziewaj się za wiele, poza głównym placem jest mocno zaniedbane i nie robi specjalnie dobrego wrażenie, aczkolwiek warto (jak wszystko) zobaczyć. Lima jest w ogóle koszmarem komunikacyjnym i przejazd przez nią jest męczący.
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#72 PostWysłany: 01 Paź 2019 09:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Tak, właśnie widziałem Twój wpis o przejeździe na trasie LIM - miasto I domyśliłem się że musieliśmy być tam na zakładkę :) Ciekaw jestem, co wziąłeś na śniadanie z ich menu? Ja moje wrażenia przekażę dziś w kolejnym odcinku...

Cóż, jestem już w domu, więc druga wizyta w Limie też już za mną. O moich wrażeniach z Centro Historico we właściwym czasie :)

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#73 PostWysłany: 01 Paź 2019 11:41 

Rejestracja: 15 Sty 2011
Posty: 3700
złoty
@tropikey: pierwszego dnia jajka po benedyktyńsku i tacos , a drugiego dnia kelner powiedział , że mi przyniesie popróbować parę dań i przyniósł cztery różne w tym huachanos i inne typowe (sam wybrał). Oczywiście nie byłem tego w stanie zjeść, więc czułem się trochę jak Gesslerowa, po dwie łyżki i kolejne :D Poza tym w mojej prywatnej skali bardzo, a bardzo doceniam hotele, które serwują rano w standardzie kawę przygotowywaną przez baristę, a nie mieszkankę z automatycznego ekspresu, albo co gorzej, zalewajkę z termosów.
Góra
 Relacje PM off  
 
#74 PostWysłany: 01 Paź 2019 15:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Dziś mam spory luz (pod hasłem "dziś" mam na myśli 17.09 :D). Lot do Guayaquil jest dopiero o 17:15. Poprzedniego dnia podpytałem "opiekuna" autobusu ekspresowego, na jaki czas przejazdu nastawić się we wczesnych godzinach popołudniowych, ale uspokoił, że tragedia zaczyna się dopiero po 16:00.
Bilet na dzisiejszy kurs kupiłem on line jeszcze poprzedniego dnia. Ma tą zaletę, że można go wykorzystać na przejazd o dowolnej godzinie. Decyduję się na ten o 13-tej z minutami. Zakładając, że czas przejazdu wyniesie tyle, co wczoraj, na lotnisku będę już ok. 14:30, czyli trochę za szybko, ale wolę zostawić sobie zapas na niespodziewane sytuacje. Poza tym, przed lotem czeka mnie jeszcze krótka wizyta w Holiday Inn Lima Airport. Po co? O tym za chwilkę...

Schodzę sobie na śniadanie, zajmuję stolik i rozglądam się za bufetem, a tu podchodzi kelner i daje mi menu. Co? Nie ma bufetu śniadaniowego? W 5-gwiazdkowym hotelu? To ja poproszę o książkę skarg i zażaleń! A w ogóle, to moja noga więcej tu nie postanie i poproszę o palto, bo natychmiast się oddalam!

Cóż, w myślach, to ja różne rzeczy potrafię opowiadać i jestem wtedy bardzo asertywny. W życiu jest już inaczej. Z pokorą przyjmuję informację o braku bufetu i przyglądam się jadłospisowi (który omyłkowo sfotografowałem w wersji cervantesowskiej). Po chwili, otrzymuję jeszcze jedno menu, przeznaczone dla lojalnych członków HH. Jest tam kilka więcej dań śniadaniowych do wyboru.

Image

Image

Kelner mówi przy okazji (może odczytał z mego smutnego oblicza, jak bardzo brakuje mi bufetu), że jeśli tylko mam ochotę, to mogę zamówić sobie wszystkie dania z obu kart, a każde z nich w dowolnej ilości. Gdy decyduję się na tajemnicze jaja farmera i hummus, zbliża się do mnie inny kelner, który przyprowadza sporej wielkości wózek, na którym ma rózne dodatki: pieczywo, masło, sery, owoce, itp. Taki mobilny i niesamoobsługowy bufecik. Otrzymuję różne wskazane rzeczy, a po chwili na stole lądują również talerze z daniami z menu.

Image

Kurczę, po zjedzeniu tego wszystkiego (a zdjęcie nie pokazuje całości), to ja już tylko czekam na pastylkę miętową. Mimo zatem, że pozostaję przy swym krytycznym stanowisku wobec braku bufetu, muszę przyznać, że i ta forma spełniła (w tej postaci) moje wyśrubowane oczekiwania śniadaniowe.

Kończąc śniadanie obserwuję sobie lobby, w którym ustawiane są lampy i inne gadżety fotograficzne, a potem na jednym z foteli pojawia się jakaś latynoska gracja, pewnie gwiazda jakiejś mydlanej opery, która ma tutaj sesję zdjęciową. Jest trochę ubawu :)

Wracam do pokoju. Przede mną ciężkie zadanie. Muszę się przepakować. Na razie mam walizkę i plecak (ten pozujący do zdjęć na fotelach samolotowych). Teraz to ten plecak ma przejąć rolę bagażu rejestrowego, podręcznym stanie się inny, mniejszy, który do tej pory schowany był w walizce. Sama zaś walizka zostanie pozostawiona na najbliższych 10 dni w Holiday Inn Lima Airport. Po co całe to zamieszanie? Nie jest bezcelowe, ale wyjaśnię to dopiero na Galapagos (jeśli się ktoś orientuje, w czym rzecz, to cicho sza).
O dziwo, do obu plecaków mieści się wszystko, co będzie mi potrzebne, w tym płetwy, maska, fajka i pianka, ale i 2 pary butów (+ te na nogach),
kosmetyczka, zapas ubrań, spore etui ze słuchawkami, torba z dwoma aparatami (poręczny Panasonic i podwodny Olympus), itd.

Przed opuszczeniem hotelu idę jeszcze na pół godziny do saloniku. W końcu od 12:30 jest "light buffet" ;)

Punktualnie o 13:11 pod Hiltona podjeżdża Airport Express. Opiekunem jest dziś ten sam chłopak, co wczoraj. Sprawdza mój bilet, który wyświetlam w telefonie i ruszamy. Na fotelach po drugiej stronie korytarza siedzi rozwalony opasły jegomość, który dość szybko odlatuję, pochrapując przy tym gwałtownie.

Image

Być może trudno będzie Wam to sobie wyobrazić, ale ów jegomość zaczyna nagle (nie wiem, czy świadomie, czy przez sen) śpiewać "What's love got to do with it" wraz z lecącą z głośnika Tiną Turner. Idzie mu całkiem dobrze, ale to krótkodystansowiec w tym zakresie i zaraz potem śpi już błogo aż do lotniska.

Gdy tam docieramy idę z całym swoim dobytkiem do Holidy Inn. A nie jest to łatwa sprawa. Mimo że w linii prostej hotel jest dosłownie 150 - 200 m ode mnie, aby do niego dotrzeć na piechotę muszę wyjść z parkingu, skręcić w prawo dojść do oddalonego nieco przejścia nad ulicą przypominającą wezbraną rzekę, przedostać się nim na drugą stronę i przejść wtedy jeszcze ok. 200 m do hotelu. Gdy tam już docieram, przypominam im o poczynionych wcześniej mailowo ustaleniach (choć myślę, że i bez wcześniejszego kontaktu w tej sprawie nie byłoby problemu z zostawieniem bagażu), oddaję bagaż obsłudze i żegnam się do czasu, gdy stawię się po odbiór rzeczy i na swój nocleg tutaj.

Mam już iść na lotnisko (tą samą drogą), ale proponują podwiezienie, bo zaraz jedzie tam hotelowy bus. Oczywiście, chętnie korzystam z pomocy. Widać, że w IHG starają się zadowolić klienta (nawet jeszcze niedoszłego) :D

Na lotnisku ponownie chaos i akwizycja pełną gębą. Jestem już uodporniony. Mimo, że tym razem lecę wyłącznie w Y, dość szybko oddaję bagaż na stanowisku baggage drop off i przechodzę na drugą stronę terminala pasażerskiego. Zaraz za kontrolami znajduję salonik Hanaq, do którego wchodzę na Diners Club. Na szczęście, mimo czytanych wcześniej informacji o dużych kolejkach do wejścia, przede mną są tylko 2 osoby.
Jest zaskakująco dobry, chyba świeżo po remoncie. Oferuje mnóstwo miejsca w różnych salach, 4 bufety (choć wszędzie to samo), świeży sok pomarańczowy z wyciskarki, prysznice. Jedyny minus (dla niektórych), to limitowany alkohol. Mi na szczęście jeden kieliszek wina w zupełności wystarczy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zmierzam ku Airbusowi 320 LATAM. Dziś siedzę również przy wyjściu awaryjnym (tak jak na trasie IGU-GRU), ale tym razem to ten "gorszy" exit row, bo za mną jeszcze jeden, w związku z czym nie mogę odchylać oparcia. Ważniejsza jest dla mnie jednak przestrzeń na nogi. Bez tego czułbym się jak ślimak w skorupie, przy czym taki ślimak, który nie lubi swojej skorupy.

Image

O ile dotąd byłem zawsze bardzo zadowolony z obsługi na pokładzie LATAM, tym razem coś mocno szwankuje. Catering ciągnie się niemiłosiernie, a gdy już dociera do mojego rzędu, jedna ze stewardes znika gdzieś chyba na kwadrans, a druga stoi i sama jest zdezorientowana. Wygląda to tak, jakby ta pierwsza robiła na złość tej drugiej, a przy okazji i mojej skromnej osobie. W końcu jednak dostaję moją działkę :)

Image

Lot do Guayaquil jest zwyczajny. Gdy tam docieramy jest już zmrok, a samo miasto przykrywają chmury, więc widoczków ciekawych brak. Po wyjściu z samolotu rzucają się jednak w oczy ogromne plakaty reklamujące różne atrakcje tego miejsca. Wygląda to bardzo zachęcająco, ale na weryfikację przyjdzie czas dopiero jutro.

Image

Staję w kolejce do kontroli paszportowej. Po odstaniu kwadransa i dotarciu do okienka okazuje się, że to nie ta kolejka. Kurde, dałbym sobie coś tam urwać, że na tabliczce przy wejściu do niej napisane było, jak byk "Extranjeros", ale oczywiście nie wdaję się w dyskusję na ten temat, a tym bardziej, nie oferuję urwania mi czegokolwiek.

Właściwa kolejka nie wykazuje się żadnym zrozumieniem i współczuciem dla mnie. Staję na jej końcu. Zaraz potem w ogonku obok (tym dla miejscowych) staje panna w białej sukni z wielką wstęgą informującą, że jest Miss Czegośtam. Trudno powiedzieć, czy ona Ekwadorka, czy extranjera, ale widać, że jest zdezorientowana i zaczyna dopytywać, gdzie kolejka dla obcokrajowców. Gościu kilka pozycji przede mną wskazuje na naszą i co robi? Wiadomo, wpuszcza panienkę przed siebie. Czyli co, gdybym był w sukni ze wstęgą, też nie musiałbym stawać na końcu?

Potem widzę jeszcze, jak pogranicznik kontrolujący misskę wychodzi ze swojego kantorka i robi sobie z nią selfie. Wszyscy są szczęśliwi. Trzeba pomyśleć na przyszłość o zmianie aparycji, przynajmniej na potrzeby wjazdu do Ekwadoru. W białej sukni ze wstęgą na pewno zostanę doceniony :D

Później wyjaśnia się, że w Guayaquil mają odbyć się za 2-3 dni wybory Miss Continente Unidos(http://www.misscontinenteunidos.com), a zaobserwowana przeze mnie misska jest z RPA. A ja się tylko zastanawiam, jak ona wytrwała w tej swojej białej sukni podróż z RPA i czy nosiła ją aż do samych wyborów w Guayaquil?

Po opuszczeniu lotniska trafiam na czekający już bus z mojego tutejszego hotelu. Tym razem przedmiotem testu będzie Hilton Colon. Hasta mañana...

Wysłane z mojego CLP-L29 przy użyciu Tapatalka


Ostatnio edytowany przez tropikey 01 Paź 2019 20:47, edytowano w sumie 6 razy
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#75 PostWysłany: 01 Paź 2019 15:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Oj, coś się z układem tekstu posypało... Wkrótce to poprawię...

OK, poprawione :)


Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#76 PostWysłany: 02 Paź 2019 18:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Hiltonowy bus przywozi pasażerów pod hotel w ciągu kwadransa. Oprócz mnie, przyjeżdża nim jeszcze kilka innych osób. Na szczęście nie ma wśród nas żadnej Miss, więc w recepcji jestem pierwszy i nikogo przede mnie nie wciskają. Podchodzę, recepcjonista zaczyna mnie obsługiwać i nagle, po wejściu w moją rezerwację twarz mu się rozpromienia uśmiechem. Señor  diamante, bardzo proszę na 9. piętro. Tam jest oddzielny check in dla pana. 

No, to jest obsługa - myślę sobie - i przeszkloną windą jadę na wskazane piętro.

Image

Image

Jest tu executive lounge i osobna recepcja dla diamond'ów. Przede mną jest jeszcze obsługiwana jakaś biznesowa para. Teraz przypominam sobie, że jechali ze mną busem, ale widocznie są tu już któryś raz i doskonale wiedzieli, że trzeba od razu gnać na górę. I oni i recepcjonistka (a jest tylko jedna) mają nietęgie miny, więc zaczynam wsłuchiwać się, o czym mówią. Łącząc znane mi słowa hiszpańskie z tym, co wyniosłem z nauki łaciny i włoskiego, wychodzi na to, że w systemie nie ma ich rezerwacji. Mi to ganc pomada, ale blokują moje zameldowanie. Mija tak 10 minut, 15, 20... Wtedy widzę, jak z saloniku znoszą żarcie z happy hour. Szlag by trafił całe to ekskluzywne traktowanie diamentowego, za przeproszeniem, członka. Gdybym mógł zrobić check in od razu tam na dole, miałbym dość czasu, by coś wrzucić jeszcze na ząb w saloniku, a tak, siedzę jak ten pajac i mogę sobie najwyżej popatrzeć, co też tam dzisiaj można było zjeść.

Image

Image

Image

Gdy już przychodzi moja kolej, mówię recepcjonistce, że to nie jest miły początek pobytu, gdy muszę czekać pół godziny, podczas gdy na dole mogłem to samo załatwić w 5 minut i jeszcze zdążyłbym na happy hour. Ona na to tylko, że rozumie i że bardzo jej przykro, ale już jutro będę mógł do woli skorzystać z saloniku. Wielkie mi pocieszenie...

Ale pokój, do którego trafiam po upgradzie jest bardzo przyjemny. Koszt podstawowego, który zarezerwowałem: 30k punktów za noc.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dziś już za późno na ruszanie się z lokum, więc idę popływać. A basen mają tu bardzo przyjemny. I ta temperatura powietrza i wody... Bardzo przyjemnie :)

Image

Przepowiednia recepcjonistki sprawdza się już rano. Po raz pierwszy w historii mojego korzystania z sieci Hilton odsyłają mnie z restauracji z kwitkiem i mówią, że na śniadanie mogę iść wyłącznie do Executive Lounge. Nie jest może jakaś straszna rzecz, ale w Hiltonach zdecydowanie bardziej wolę śniadania w ogólnych restauracjach. Jest tam zawsze dużo większy wybór. Najwyraźniej testują moją odporność na niesprzyjające okoliczności. Najpierw ten wczorajszy nieszczęsny check in, teraz wpadka ze śniadaniem (choć trzeba uczciwie przyznać, że mają pełne prawo do takiego ograniczenia).

W tym wypadku nie jest źle. Śniadanie jest zupełnie przyzwoite. Jest wszystko to, co lubię i w bardzo przyjemnych pomieszczeniach, więc w myślach przepraszam za wcześniejsze marudzenie.

Image

Image

Image

Image

Pogoda jest dziwna. Pochmurno, jak w Limie, ale jednocześnie dość gorąco i parno. Mam ogólny zarys, gdzie chciałbym dziś dotrzeć. Sprawdzam w aplikacji Ubera, ile będę musiał zapłacić za przejazd w okolice latarni morskiej w Las Penas. Niecałe 2,50 USD za 5,5 km. Coś czuję, że będzie to tutaj moja ulubiona forma transportu z i do hotelu. Oby tylko wifi na mieście dało się złapać.

Kierowca wiezie mnie w okolice La planchada – fragmentu dawnych fortyfikacji wyposażonego w dwie sporych rozmiarów armaty. Trochę się irytuje, bo najkrótsza trasa jest zakorkowana i musi wybrać nieco dłuższą. Humoru nie polepsza mu na pewno ciągnący się wzdłuż ulicy Cementerio General, którego wielopoziomowe krypty na urny i trumny przypominają osiedle kilkukondygnacyjnych bloków mieszkalnych. 

Wysiadam u stóp malowniczej dzielnicy Cerro Santa Ana rozpościerającej się na zboczach wzgórza nad rzeką Guayas. Zanim ruszę schodami w górę, spaceruję oddanym do użytku w 2007 r. deptakiem. Po drodze do niego można oglądać kolorowe domy przywodzące na myśl miasteczka z Małych Antyli. Sam deptak jest bardziej nowoczesny. Powstał w ramach rewitalizacji tej części miasta. Patrząc na okolicę i wspinając się na szczyt widzę, że się to w dużym stopniu udało, choć częsty widok policjantów podpowiada, że to nie Zurych. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dopóki trzymam się głównych ścieżek, nie mam żadnych niepokojących sygnałów. Wystarczy jednak odbić nieco w kierunku uliczek odseparowanych od reszty metalowymi furtkami (nawet jeśli są otwarte), a zaraz ktoś tam daje do zrozumienia, że tam nie wolno. Wygląda zatem na to, że miasto osiągnęło z tutejszymi mieszkańcami (najwyraźniej lubiącymi swą niezależność) pewien kompromis. My wam tu upiększymy nieco okolicę, a wy w zamian za to nie będziecie grabić turystów i pozwolicie im się tu przemieszczać, ale gdyby włazili za daleko, możecie ich grzecznie (a w każdym razie bez użycia noży) powstrzymać. Nie mam zamiaru naruszać tego kompromisu i trzymam się drogowskazów. Do latarni morskiej Las Penas i małego muzeum marynistycznego przy niej docieram po pnących się nieustannie schodach. Ostatni przed placem na szczycie ma nr 444.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Mimo pochmurnej pogody widok stąd jest bardzo przyjemny. Niemal w każdym kierunku mogę sięgnąć wzrokiem aż po horyzont. Przy błękitnym niebie musi to wyglądać jeszcze atrakcyjniej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po sąsiedzku, na tyłach kościoła Santo Domingo de Guzman, znajduje się bliźniacza dzielnica kolorowych domków na wzgórzu. Gdy kieruję tam swoje kroki, ochroniarz za płotem dyskretnymi ruchami daje mi do zrozumienia, że to kiepski pomysł. Stojące na końcu ulicy i wyraźnie wpatrujące się we mnie chichoczące postaci zdają się potwierdzać gesty ochroniarza.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tiaaa, gdzie to ja miałem teraz iść... A już wiem, w przeciwną stronę :D Ruszam zatem w stronę najbardziej znanego symbolu Gyauaquil – Malecon 2000. Po drodze mijam zabudowania muzeum antropologicznego i sztuki nowoczesnej, potem sporych rozmiarów diabelski młyn „La Perla”. Tu zaczyna się Malecon 2000 - długi deptak z restauracjami, placami zabaw dla dzieci, pomnikami, zacienionymi skwerami, itd. Dostrzegam tu, że Ekwadorczycy (a przynajmniej Guayaquilianie) mają fioła na punkcie popiersi, postaci stojących, siedzących i leżących. Są na każdym kroku, nie tylko w ścisłym centrum. Widać też zalążki kolejki linowej, która ma przebiegać przez miasto.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na razie, zamawiam Ubera (cały Malecon 2000 ma bezpłatne wifi) i wracam do hotelu, by skorzystać z lunchu w saloniku (ucieleśniając w ten sposób wczorajsze słowa recepcjonistki). 

Jest jeszcze dużo czasu do zmroku. Zanim ponownie dotrę do głównej części miasta, decyduję się na niemałą pieszą eskapadę i w ciągu pół godziny docieram do mniej znanego „bulwaru” – Malecon de Salado. Trasa nie należy do wielce atrakcyjnych, bo prowadzi wzdłuż ruchliwych ulic, ale od momentu wejścia na teren kampusu Uniwersytetu w Guayaquil jest już dużo lepiej. Wyluzowani studenci, ładnie utrzymany park, ogromna fontanna Pileta Monumental oferująca wieczorami „light and music show” (niestety, dziś nieczynna z uwagi na prace konserwacyjne), a kawałek dalej długa kładka spacerowa posadowiona na palach wbitych w dno rzeki. To też element rewitalizacji niektórych dzielnic miasta. Z kładki widać, jak na dłoni, że zajmie ona jeszcze trochę czasu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Prostą, jak strzała aleją rozpoczynającą się przy lokalnym klubie tenisowym idę w kierunku „downtown’u”. Po drodze przypominam sobie, że mają tu katedrę i znany z baraszkujących tam iguan Parque Seminario. Zbaczam zatem nieco z kursu i po chwili jestem już przy świątyni. Jest tu trochę, jak przy świątyni Longshan w Tajpej. "Exlusividades, imagenes religiosos de todo tamaño" i inne takie.
Wnętrze katedry zaskakuje swoim rozmachem, ale i jakże odmiennym od naszego podejściem do postaci boskich i świętych. Taka np. Dziewica Maryja W Wieku Dziecięcym. Cóż, gdybym zobaczył ją jako kilkulatek, raczej chętnie do kościoła bym nie wrócił.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zlokalizowany przed katedrą Parque Seminario potwierdza, że iguanom i żółwiom w Ekwadorze żyje się dobrze. Zapewne odpowiada im tutejsza dieta, oparta głównie na żarciu z woreczków, wysypywanym masowo przez setki turystów kręcących się tu każdego dnia.

Image

Image

Image

Image

Z katedry kieruję się na Malecon 2000, mijając po drodze reprezentacyjne miejscowe banki i urzędy. 

Image

Image

Image

Image

Image

Zgłodniałem. Mózg woła do mnie mechanicznie „happy hour, happy hour” (niczym „weź pigułkę” w Seksmisji), więc wracam znów do hotelu (ponownie za circa 2,50 USD). Najpierw załatwiam w recepcji saloniku, że wymeldowanie będzie już dziś, żebym jutro rano nie musiał tracić na to cennego czasu o świcie. Do tego, rekompensując mi chyba sytuację z poprzedniego dnia, recepcjonistka załatwia, bym jutro rano mógł zjeść śniadanie w restauracji na dole i to na dodatek jeszcze przed oficjalnym jej otwarciem, tak bym mógł posilić się przed jazdą na lotnisko pierwszym kursem shuttle busa. Ładnie z jej strony :)

Potem wkraczam do Executive Lounge i ujmując rzecz krótko i treściwie, objadam się. W ruch idą głównie pałeczki, bo mają świetne sushi, ale i pozostałe potrawy (zwłaszcza krewetki w panierce) są bardzo smaczne.

Image

Image

Image

Image

Image

Czas powrócić do centrum, by popatrzeć, jakie jest jego oblicze po zmroku. Uberzysta wysadza mnie przed rozświetlonym, niczym Moulin Rouge kościołem św. Franciszka. Niemal po sąsiedzku znajduje się świątynia masonerii (tak w każdym razie mówi tablica, którą widziałem jeszcze z okien auta). Potem podążam znanymi mi już ścieżkami i przyglądam się widzianym wcześniej miejscom przez pryzmat zmroku. O tej porze Guayaquil podoba mi się chyba bardziej. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do hotelu wracam dość wyczerpany. Trzeba się sprawnie ogarnąć i położyć spać, bo na jutrzejszy lot na Baltrę muszę stawić się na lotnisku już około 6:00 rano. Wkrótce zacznie się nieco bardziej stacjonarny etap mojego RTW – 6 nocy na Galapagos.

Image

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#77 PostWysłany: 04 Paź 2019 22:33 

Rejestracja: 08 Sie 2013
Posty: 1481
złoty
hej @tropikey - no wez dawaj dalej ;)
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#78 PostWysłany: 04 Paź 2019 23:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Niestety, życie po powrocie, to już nie bajka, więc nie dość, że słowo "live" pasuje obecnie do mojej relacji, jak szampan do schabowego, to na dodatek robi się ona coraz bardziej "delayed". Pozostaje mi tyrać po nocach. Przynajmniej zachowam pozory różnicy czasu :D

O świcie, jeszcze przed oficjalną godziną otwarcia, zgodnie z wczorajszą umową idę do restauracji na dole. Niemal wszystko jest już wyłożone. Jestem jedynym gościem, ale nikt nie pyta mnie o numer pokoju. Kelnerzy się tym nie przejmują, bo to działka osoby przy wejściu do restauracji, a ta jeszcze nie przybyła. Tak, jak podejrzewałem, wybór jest większy, niż w saloniku. 

Image

Image

Image

Na transport jestem umówiony na 5:45. Jestem o tej porze jedynym pasażerem jadącym na lotnisko, więc zamiast normalnym busem, wsadzają mnie do jednego z ich aut osobowych. 

Image

Przed odprawą bagażu muszę pobrać kartę migracyjną na Galapagos (koszt 20 USD) i poddać bagaż kontroli pod kątem obecności nasion, jedzenia i innych związków organicznych. Niby nic skomplikowanego, a ciągnie się to, jak rozgrzany asfalt. W kantorku zajmującym się obsługą petentów są trzy babki, ale pracują na zmianę. Gdy jedna wystawia komuś kwitki, by ten mógł przejść dalej do skanowania bagażu, pozostałe dwie skupiają swą uwagę na rozmowie w swym własnym gronie. Potem, gdy ta pierwsza załatwi już klienta, włącza się do konwersacji, a wtedy rolę aktywnej pracownicy przejmuje inna. I tak po kolei. Skutek jest taki, że stoję tu dobre 40 minut. Szlag mnie przy tym trafia, bo jestem tu jedyny ze zrobionym wcześniej pre-registration (http://www.fly4free.pl/forum/galapagos- ... 742,144172), dzięki któremu załatwiam swoją sprawę dosłownie w 2 minuty. Dane wszystkich innych przede mną są wklepywane do komputera, co jest bardzo czasochłonne. Gdyby było osobne okienko dla takich, jak ja, miałbym jakąś nagrodę za owe pre-registration, a tak, to co najwyżej zrobiłem prezent dla tych, co za mną. 

Ponoć w przypadku lotów z Quito jest to dużo sprawniej zorganizowane, ale i tak lepiej zachować ostrożność i nie przybywać na lotnisko na ostatnią chwilę, mimo że to lot krajowy. 


Image

Mam już komplet dokumentów i nadany bagaż. W strefie "odlotowej" jest jeszcze o dziwo trochę czasu, więc postanawiam sprawdzić salonik w części krajowej (jest też osobny w części międzynarodowej, ale o tym innym razem). Niestety, pasażerowie klasy biznes Avianci nie mają tu wstępu na podstawie karty pokładowej, zatem wręczam recepcjonistce kartę Diners Club. I tu zdziwienie - mam potwierdzić wstęp PIN-em, a nie podpisem (jak czynię to normalnie). Dobra, nie ma sprawy, niech będzie PIN. Wstukuję go, a tu komunikat o jakimś błędzie. Jeszcze raz - to samo. PIN jest na pewno poprawny, więc to jakaś inna przyczyna (spróbuję to wyjaśnić już po powrocie). Nic to, w zanadrzu mam jeszcze Priority Pass i w przypadku tej karty problemu już nie ma. Pytanie tylko, czy jest tu w ogóle po co wchodzić? Raczej średnio, choć przy niektórych innych salonikach lotniskowym (takim np. na TER), jest tu całkiem znośnie. 

Image

Image

Image

I jeszcze pocieszenie dla przyszłych pokoleń: powstaje już nowa Sala VIP (domestic). 

Image

Pierwszy mój lot Aviancą odbywam w tym oto fotelu. Jest wygodny, a gdyby był nieco bardziej rokokoko, byłby żywcem wzięty z brytyjskiego klubu dla gentlemenów. Swoje jednak też przeszedł, co widać choćby po panelu do sterowania fotelem. 

Image

Image

Image

Image

Image

Kabina C w 100% pełna. Jak wspominałem dawno temu w wątku o tworzeniu tej trasy, nie miałem wyboru i musiałem wziąć C, bo Y nie było dostępne. Nie żałuję, bo różnica milowa była minimalna, dopłata taka sama, a jest dużo wygodniej. 

Image

Na monitorze oglądam krótki film o atrakcjach Ekwadoru. Moją uwagę przykuwa Cuenca. Jeśli film nie kłamie, to na pewno warto się tam udać. 

Catering zaczyna się tak późno, że zdążyłem już stracić nań nadzieję. Siedzę na końcu kabiny. Na szczęście stewardesa dociera do mnie jeszcze zanim zaczynamy się zniżać. Choć tak między nami, to porcja jest raczej jak na zgrupowaniu dietetyczno-odchudzającym. 

Image

Zza chmur zaczynają wyjawiać się pierwsze skrawki Galapagos. Kurczę, tu też pochmurno, choć gdzieniegdzie przebija się słoneczko.

Image

Image

Image

Lotnisko Baltra (GPS) jest dość kompaktowe, ale w to mi graj. Cały proces opuszczania pokładu,  kontroli imigracyjnej (tak, jest i takowa, mimo że to lot krajowy) oraz uiszczania opłat wjazdowych przebiega bardzo sprawnie. Jedyne, na co trzeba poczekać, to gwiazda tego portu - uroczy czarny pies, który nie przejmując się tłumem gapiów spokojnie kroczy po walizkach i torbach, poszukując zakazanych tu substancji. Mój plecak jest ostatni. Chwila zawahania i pies odchodzi. Dopiero teraz można zabrać bagaż i opuścić terminal. 

Image

Image

Image

Image

Image


Witamy na galapagoskiej ziemi :) 



Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka


Ostatnio edytowany przez tropikey, 05 Paź 2019 09:01, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#79 PostWysłany: 05 Paź 2019 04:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Sty 2012
Posty: 3665
Loty: 6
Kilometry: 8 297
platynowy
Jak widzę wołowinę.. pod każdą postacią.. to się trzęse z ekstazy.
_________________
Jesli planujesz podroz dookola swiata to poczytaj tu o moich.. >>> Relacje
Image
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#80 PostWysłany: 05 Paź 2019 20:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4192
HON fly4free
Ja tu snuję relację, a tam takie rzeczy w Ekwadorze:

http://next.gazeta.pl/next/7,151003,252 ... ystko.html :(

Przed terminalem spory ruch. Pasażerowie z poprzedniego lotu zapakowali się już w autobusy i w większości poodjeżdżali. Zgodnie ze wskazówkami obsługi wsiadam do pierwszego z pustych autobusów czekających na kolejne osoby. Jest starego typu, więc bagaże są układane w środku w zgrabny stosik. Jadę nim raptem kilka minut - do przystani, w której czeka łódź przewoząca przylatujących na Baltrę na drugą stronę cieśniny, na wyspę Santa Cruz.

Image

Image

Tam, po wyładowaniu bagażu mam do wyboru dwie opcje dojazdu do Puerto Ayora: taksówkę (indywidualnie lub po ewentualnym zgadaniu się z kimś, na spółkę z innymi ludźmi), albo autobus. Nie śpieszy mi się, a po za tym widzę, że do autobusu idzie całkiem sporo pasażerów z mojej łódki, więc wsiadam i ja. 

Image

Jest to kiepski wybór, bo najpierw czekamy z 20 minut, aż w środku będzie wystarczająco dużo osób, by kurs się opłacał, a potem sam przejazd trwa w nieskończoność. Na szczęście, w moim pierwszym rzędzie jest bardzo wygodnie.

Image

Image

Po drodze wyspa okazuje swe dwoiste oblicze. Najpierw słoneczna, wysuszona cześć północna, przez którą linijkową szosą jedziemy, aż do wzgórz w centralnej części Santa Cruz. Tam zaczyna się część pochmurna i wilgotna, a przez to zielona, porośnięta zupełnie inną roślinnością. Pogoda nie nastraja tu entuzjastycznie. Siąpi mżawka, a niebo jest wyłącznie w różnych odcieniach grafitu i szarości. Nie zanosi się na jakąkolwiek poprawę. 

Image

Image

Image

Z wysokiego poziomu autobusu widzę kilkukrotnie na mijanych zielonych przestrzeniach całe stada ogromnych żółwi (przynajmniej po tuzin w każdej grupie). Z taksówki mógłbym tego nie dostrzec. 

Docieramy do Puerto Ayora. Najpierw zatrzymujemy się na "przedmieściu", gdzie kierowca pobiera opłatę za przejazd. Nie doczytałem w innych relacjach, czy to normalna praktyka, ale grzecznie wręczam 5 USD (choć coś mi w głowie kołacze, że miało być mniej). Po jeszcze kilku minutach docieramy do przystanku końcowego, dosłownie 2 metry od mojego zakwaterowania, którym jest Hostal Seymour.

Image

Image

Image

Image

Płacę umówione 32 USD, dostaję klucz do pokoju na 1. piętrze i ruszam na inspekcję. Jest całkiem przyjemnie, czyściutko, dość przestronne, mam nawet fantazyjne ułożony kocyk. Brakuje tylko łabędzia z ręcznika i kwiatów hibiscusa :D

Image

Image

Image

Image

Brakuje jedynie WiFi, ale to tylko chwilowa awaria. Ma być za godzinę, może dwie. Jestem tu tylko na jedną noc (po siódmej rano mam przeprawę na Isabelę), więc ruszam na miasto. Puerto Ayora jest dość senne. Na ulicach maly ruch. Zaskakuje mnie widok tutejszych ścieżek rowerowych, który będzie się powtarzał również w innych miejscach.

Image

Idę najpierw na przystań, by kupić bilet na jutrzejszy rejs. Mam pierwszą bliską styczność z tutejszą fauną. Chłonę jej widok tak, jakby miało to być nasze jedyne spotkanie. A będzie tego tyle, że mi jeszcze widok lwów morskich, krabów, legwanów, żółwi i innych stworzeń spowszednieje.

Image

Image

Image

Image

Image

Bilet za 25 USD kupiony. Mimo alarmująco brzmiącej tablicy informacyjnej w przystani, szefowa mówi, że mam tu być o 6:45, no najpóźniej o 7:00. Na szczęście, zdążę zjeść śniadanie w hostelu. Oczywiście z umiarem, co by w czasie rejsu chlebem tostowym i bananami z trzewi nie strzelać :D

Image

Idę jeszcze na targ rybny. Niestety, poranny ruch już się skończył, a wraz z im aktywność tutejszych żurów, których widywałem w innych relacjach, czyli łakomych na różne resztki lwów morskich i pelikanów, czychających tylko, aż im sprzedawca podrzuci jakiś ochłap. Owszem, nadal tu są, ale obżarci już i senni. Żaden nie podejdzie napewno z oczami wypełnionymi wołaniem "Kierowniku, bądź człowiekiem...".

Image

Image

Image

Image

Wracam na moment do Seymoura po kilka drobiazgów i ruszam do zatoki Tortuga, do której ścieżka zaczyna się w pobliżu mego zakwaterowania.

Image

Image

W budce strażnika parku wpisuję się do księgi gości i wkraczamy na dobrze utrzymany, kamienny chodnik prowadzący przez gęste zarośla kolczastych roślin. Wiele z nich to opuncje, które przybierają tu przeróżne kształty i osiągają wielkie rozmiary.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Bliski koniec marszu ścieżką sygnalizuje coraz mocniej słyszalny szum oceanu. Playa Brava, która otacza zatokę Tortuga wygląda pięknie, mimo stalowych chmur. W słońcu musi być zjawiskowa. Zaraz przy brzegu widzę kroczącego po płyciźnie legwana. Fotografuje go Mark z Nowego Jorku, poznany 2 godziny wcześniej w autobusie z lotniska. Będziemy trafiać na siebie jeszcze nie raz, nie tylko na Santa Cruz. 

Image

Image

Image

Wzdłuż plaży ciągnie się wydma, a przy niej kilkanaście oznaczonych stanowisk, w których pod piachem spoczywają jaja żółwi, a w nich, w jakimś tam stadium rozwoju małe żółwiki, szykujące się (pewnie nieświadomie) do rozpoczęcia wkrótce trudnej walki o życie. 

Image

Na końcu plaży jest zagajnik mangrowców. Jest tu spora kolonia legwanów. Ustawiły się, jak na defiladę, ale wszelkie komendy mają w głębokim poważaniu. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A kawałek dalej, za wydmami, odseparowane od otwartego oceanu rozlewisko, gdzie plażować lubią miejscowi. Ale również ten oto uroczy lew morski. 

Image

Image

Image

Image

Image

Tu również spotykam pierwszych Polaków w czasie tego wyjazdu, sympatyczne małżeństwo podróżujące po Ekwadorze. Wiem, to brzydko z mojej strony, ale tak u mnie już niestety bywa, że niestety zapomniałem imiona obojga. Bardzo dobrze oddaje to piosenka "Skleroza" kabaretu Hrabi. Pozdrawiam ich jednak serdecznie. 

Wracam do Puerto Ayora. Zbliża się wieczór. Para z Polski podpowiedziała, że po 18:00 ulica Charles Binford przeobraża się w sporych rozmiarów centrum gastronomiczne miasteczka. Samochody już tamtędy nie jeżdżą, lokale wystawiają stoliki na zewnątrz, można pooglądać różne frutti di mare przed zamówieniem. Idę tam, ale jest chyba jeszcze za wcześnie, bo sporo restauracji dopiero się rozkręca, a mi zależy na czasie. Decyduję się zatem na narożny bar, w którym za 10 USD dostaję sporą porcję ryby w sosie kokosowym z ryżem i duże ekwadorskie piwo Pilsner. Smak potrawy jest bardzo dobry, ale właściciel i kucharz w jednej osobie mógłby być odrobinę bardziej szczodry w wydzielaniu ryby. 

Image

Wracam do Seymoura. Po drodze obserwuję jeszcze specyficzne podejście miejscowych do procesu inwestycyjnego. Budynek nieskończony, i owszem, ale wyposażanie wnętrz niech idzie pełną parą!

Image

Hostal Seymour zaskakuje mnie pozytywnie temperaturą wody w prysznicu. Spodziewałem się letniej lury, a mam naprawdę cieplutką i pod dobrym ciśnieniem. Spotkany następnego ranka Mark z NY (również płynący na Isabelę) narzeka na swoje miejsce. 
Ja rozumiem, że woda nie zawsze musi być gorąca - mówi - ale żeby w ogóle wody nie było?! 

Ale o Isabeli, to już w kolejnym odcinku :) 








Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 131 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group