Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 142 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 8  Następna
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 14 Lis 2014 22:53 

Rejestracja: 10 Lip 2014
Posty: 84
Loty: 51
Kilometry: 117 644
Ta relacja wymiata :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#42 PostWysłany: 14 Lis 2014 23:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Gru 2011
Posty: 5600
Loty: 169
Kilometry: 241 913
HON fly4free
Uwielbiam tę relację - pokazuje, że można podróżować nie oglądając każdego grosza z dwóch stron i robiąc g*oburzę z byle powodu.
Cytuj:
Przeżyłam chwilę grozy, bo moja się odkleiła i gdzieś upadła. Gdy zaczęłam jej szukać (z pomocą innych turystów), najpierw znaleźliśmy niebieską. I kwadratową :D (do tej pory się zastanawiam, gdzie bym mogła wylądować, gdybym z niej skorzystała :D

Obudziłabyś się we własnym łóżku. Z czerwoną zostałaś w matriksie.

_________________
Blbec je blbec a blbcem zůstane
Ja tu tylko sprzątam
Image
Góra
 Relacje PM off
wojtkow lubi ten post.
 
 
#43 PostWysłany: 14 Lis 2014 23:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Kwi 2014
Posty: 939
Przeglądałam posty i zobaczyłam ten. "Ale głupi tytuł" mruknęłam pod nosem. Głupio mruknęłam :lol:
Celujesz w plecak :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#44 PostWysłany: 18 Lis 2014 00:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
krasnal napisał(a):
Obudziłabyś się we własnym łóżku. Z czerwoną zostałaś w matriksie.

W takim razie cieszę się, że zostałam przy czerwonej :D
Bardzo Wam dziękuję za doping. Aż się zarumieniłam :) To daje niesamowitego kopa do dalszego pisania :) Dziękuję.

Ponieważ nasza wycieczka z TIT dobiegała końca kolejnego dnia (jeszcze tylko podwózka do Krabi i dalej, kurczaku, radź sobie sam :) , musieliśmy wziąć sprawy we własne ręce i zarezerwowaliśmy na booking.com dwa noclegi na Koh Lancie (cena za całość - 1000 THB). Transfer na przystań promową na Koh Samui mieliśmy o 6.30 rano :/ (naklejka nowa oczywiście była, ale jakaś taka mała i niepozorna :) prom i autobus do Krabi. Na miejscu mieliśmy być ok. 12.30.
Image

Image
W autobusie jechał z nami pasażer na gapę - ewidentnie bez naklejki, chyba, że to na skrzydłach, to bilet permanentny :D

Image

12.30 to nienajgorszy czas, żeby się trochę rozejrzeć i znaleźć jakiś dojazd na Koh Lantę. Jeszcze w autobusie parokrotnie pytałam kierowców, czy jedziemy do centrum Krabi (nie wiem, jakoś sobie tak to wyobrażałam, że dojedziemy do olbrzymiego autobusowego dworca, nowoczesnego, z pięcioma informacjami turystycznymi itp :D

Image
Kierowcy oczywiście przytakiwali - tak, wysadzimy was w centrum :)

Image
Więc chyba nietrudno sobie wyobrazić, że troszkę się zdziwiłam :D Oto główny dworzec autobusowy w Krabi. Centrum wszechświata. Stąd można pojechać wszędzie, poznać wszystkich, tu odbywają się wszelkie przesiadki.

I naprawdę nie można sądzić po pozorach - obsługa profesjonalna (jak to w Tajlandii), szybka i konkretna. Nie minęło 5 min, jak mieliśmy już bilety na prom na Koh Lantę (350 THB sztuka) (w postaci, tak, tak - naklejek :D
Image
Z jednym tylko mieliśmy problem - nie mogliśmy się za nic dogadać, o której pojedziemy. Na każde pytanie dotyczące tematu, padała odpowiedź : Tu. Siedzieć. Czekać :D A ponieważ byliśmy już odpowiednio przystosowani do posłuszeństwa (efekty odpowiedniego chowu drobiu :D , to tak sobie siedzieliśmy i czekaliśmy. I było miło. Autobusy przyjeżdżały i odjeżdżały. Inni turyści odjeżdżali, bądź dołączali. I nawet był sklepik z drobnymi przekąskami. Aż w końcu podszedł do nas pan z obsługi i rozkazującym głosem oznajmił : Teraz :D
(swoją droga oni naprawdę mieli to niesamowicie ogarnięte. Doskonale się orientowali, kto, z wcale nie małej grupy turystów, jedzie w jakim kierunku, gdzie siedzi, kiedy trzeba po kogo podejść i podprowadzić go do jego środku transportu).

Image
Kurczak wzorcowo oznakowany :D Na ścianach ślady po zbuntowanych kurczakach (mam nadzieję, że nie po zawiezionych do rzeźni :/ :D

Image
Jedziemy na przystań promową w Krabi. Na Koh Lantę można się dostać na dwa sposoby - albo drogą wodną (promem turystycznym), albo drogą lądową, gdzie trzeba dojechać do wąskiego wodnego przesmyku i tam pojazdy wjeżdżają na platformę promową. Nas podwieziono do przystani promowej i wskazano mieszczącą się po drugiej stronie agencję, gdzie mieliśmy wymienić aktualne naklejki na inne. W agencji pan zadał nam dosyć trudne pytanie - jak zamierzamy się dostać z Saladan (miasteczko na Koh Lancie, tam dopływa prom) do naszego noclegu (który znajdował się prawie po drugiej stronie wyspy). No i muszę powiedzieć, że to było pytanie z gatunku tych bardzo trudnych :D Na szczęście pan, nie chcąc, żebyśmy się dłużej martwili (no oczywiście :D , znalazł rozwiązanie tego problemu. Wystarczy wynająć u niego taksówkę, która nas zawiezie z przystani promowej pod sam ośrodek. 300 THB :D Po załatwieniu wszystkich formalności (i muszę napomknąć, że tu naklejka była najdziwniejsza - zwykły biały prostokącik, taki, jaki w Polsce używany jest do naklejania cen. Na nim pan napisał nazwę naszego ośrodka. Długopisem :D , postanowiliśmy się trochę rozejrzeć i coś zjeść (prom miał odpłynąć o 16.00, więc zostało nam jeszcze trochę czasu).
Image
Pad Thai - 90 THB, shake ananasowy - 40.

Na przystań wróciliśmy trochę przed czasem, żeby się przypadkiem nie spóźnić. Było cicho i spokojnie. Turystów żadnych. Pan z agencji po przeciwnej stronie ulicy machał do nas i uśmiechał się. Generalnie - wszystko pod kontrolą.
Image

Sama przystań bardzo specyficzna - parę miejsc do siedzenia, wielki telewizor, i coś, co mnie mocno zaskoczyło - na jednym z siedzeń leżał sobie po prostu pilot do telewizora. Po chwili podszedł kręcący się tam Taj, zaczął przełączać programy (już sobie wyobrażam, jak długo leżałby taki pilot np. na dworcu w Polsce). Do Taja dołączyło dwóch kolegów, pewnie też czekali na prom, tak sobie miło siedzieliśmy i czekaliśmy, oglądając tajską wersję jakiegoś talent show.

Image
Jak można tak wyglądać ? :D :D

I tak sobie sennie mijał czas, aż w końcu się zorientowaliśmy, że jest 16.30 :/ Poszłam do agencji zapytać się, dlaczego promu jeszcze nie ma, ale miły pan mnie uspokoił, że akurat dzisiaj prom się spóźni. Wróciłam i ponownie wpadłam w rytm przystani - sennie, talent show, Tajowie siedzący na przeciw się uśmiechają, my się uśmiechamy, w końcu skoro oni tez czekają, to wszystko jest ok. O 17.00, zachęcona tajskimi uśmiechami, podeszłam do nich i pytam, czy nie wiedzą, kiedy będzie prom. To ich wybiło z tego sennego nastroju, skonsultowali się ze sobą, atmosfera zrobiła się trochę nerwowa i w końcu, lekko zdenerwowani, mówią : dziś promu nie będzie (!!!) Nie no, straszne kłamstwo, przecież pan z agencji mówił, że będzie. Nie, oni wiedzą na pewno, promu dziś nie będzie. Nie ma turystów, nie ma sezonu - promu nie będzie! I już! Coś tam znowu ze sobą pokonsultowali i lekko stropieni zaoferowali pomoc - mogą nas podwieźć na skuterach do platformy promowej, bo platforma będzie. Za 100 THB :D O nie - pomyślałam - tym razem to już nie dam się oszukać! Mamy bilety na prom, mamy naklejkę na taksówkę na Koh Lancie, wszystko już zapłacone. Tym razem się nie damy nabrać! W wojowniczym nastroju poszłam do agencji, żeby skonsultować z panem te kłamliwe informacje. Pan mnie uspokoił, że prom będzie, tylko spóźniony (tralalala, niech powie o ile :D , a z tamtymi na przystani mamy nie rozmawiać. A jak coś, to w ogóle może lepiej będzie, jak na prom poczekamy u niego w agencji. Wróciłam na przystań, a oni dalej to samo : promu nie będzie, turystów nie ma, mogą nas podwieźć itp. itd. Po mojej zdecydowanej odpowiedzi i podparciu się słowami pana z agencji, trochę się jakby obrazili. W końcu jeden z nich podszedł i zdesperowany powiedział : ja wiem, że promu dziś nie będzie. Bo ja jestem kapitanem tego promu :D :D :D po czym wszyscy się odwrócili i na skuterach odjechali w siną dal (a, i wcześniej zabrali ze sobą pilota do telewizora :D :D
Po kolejnej godzinie pod agencję podjechał pół-busik, pan nas do niego zapakował i pojechaliśmy w stronę platformy promowej. Przy czym pan z agencji do końca utrzymywał, że prom dzisiaj będzie. Tylko spóźniony :D :D
Image

Objechaliśmy chyba połowę Krabi, żeby zebrać kolejnych, czekających w różnych miejscach turystów (kolejny punkt za logistykę), aż w końcu dojechaliśmy do platformy.

Image
Kolejka do platformy promowej.

Image
Tu już trochę bliżej. Z dwóch stron ustawione były stragany i straganiki, bardzo dużo przekąsek wszelkiego rodzaju. Wśród sprzedających mnóstwo dzieci. Kupiliśmy od sympatycznego chłopca kawałki mango, elegancko pokrojone i zapakowane, do pakunku dołączona była jakaś mieszanka przypraw - słodka i pikantna zarazem (20 THB).

Image
Sama kolejka szła dosyć szybko, platforma pływała w jedną stronę i zaraz wracała (z resztą, o ile się nie mylę, były dwie).

Image
A to już Koh Lanta. Zupełnie inny klimat, niż w miejscach widzianych przez nas do tej pory. Ta część Tajlandii jest znacznie bardziej muzułmańska i z pewnością dużo mniej turystyczna (przynajmniej poza sezonem).

Image

Nasz busik odwoził po kolei wszystkich turystów. Wszyscy (oprócz nas oczywiście :D wysiadali w Saladan - w końcu zostaliśmy w busiku sami i zaczęliśmy się zastanawiać, czy to na pewno była dobra decyzja, że wynajęliśmy noclegi tak daleko. I wiecie co? To była najlepsza decyzja z możliwych :)
Pan kluczył jakimiś małymi uliczkami, skręcał, wjeżdżał, wyjeżdżał i w końcu podjechaliśmy miejsce, które sprawiło, że od momentu, gdy je zobaczyłam, modliłam się w duchu : Oby to było tu, oby to było tu :)
Image
Widoki z usytuowanej na górce restauracji naszego ośrodka.

Image

Image

Image
Nasze domki.

Image

Image
Nasz bungalow.

Image
Nasza plaża.

Image
I nasza restauracja. Pisząc "nasza", wiem co robię :D nie licząc paru osób, które przyjechały do restauracji coś zjeść, byliśmy tu zupełnie sami.

Po plaży biegały takie cuda :

Image

Image
No ten w tym momencie nie biegał :D

I dodatkowy bonus - podobno na Koh Lancie są najpiękniejsze zachody słońca.

Image

Image
Owszem, są. Jak dla mnie - raj...

C.d.n.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#45 PostWysłany: 18 Lis 2014 22:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Kolejnego dnia obudziliśmy się tak zachwyceni miejscem, że domówiliśmy jeszcze dwa noclegi. Nie było z tym żadnego problemu. Ośrodek był zupełnie pusty. Plan był taki - dwa dni zwiedzamy Koh Lantę. Niezbyt uśmiechał się nam nocleg na Koh Phi Phi, bo naczytaliśmy się wcześniej, że to mocno zapchana turystami wyspa. Szczerze mówiąc, w ogóle nas tam nie ciągnęło. Ale z drugiej strony - być tak blisko i nie zobaczyć Maya Beach? Łyso jakoś. Więc trzeciego dnia płyniemy na Koh Phi Phi, żeby zobaczyć Maya Bay, ale na nocleg wracamy tutaj. A potem? Potem się zobaczy :D
Porozmawialiśmy z panem z naszego ośrodka i okazało się, że oprócz innych zalet, załatwia też bilety na prom i nawet odwozi na przystań :D (jak widać - nie potrafimy być zupełnie "niezaopiekowani" :D Umówiliśmy się, że zakupi dla nas bilety na kolejny dzień.
Jako stare wygi skuterowe, już zupełnie bez żadnych oporów wypożyczyliśmy skuter (250 THB, gazolina - 80 THB), podprowadziliśmy mapkę wyspy i w drogę :)

Image
Rzuciliśmy monetą i wyszło nam, że najpierw pojedziemy w prawo :D zamierzaliśmy objechać całą wyspę dookoła, ale później okazało się, że się nie da. W pewnym momencie droga stawała się nieprzejezdna, a właściwie zupełnie znikała (na jakieś ok. 2 km). Trzeba było zawrócić i jadąc od drugiej strony dojeżdżało się do drugiego końca nieprzejezdnego odcinka.

Image

Nie odjechaliśmy zbyt daleko od ośrodka, gdy staliśmy się świadkami wyjątkowej scenki rodzajowej. Napadu na stację benzynową. Aż żałuję, że nie włączyłam kamery :D Drogą szło dwóch rzezimieszków, jeden z nich wyglądał na wyjątkowo zaprawionego w bojach - wredny wyraz twarzy, złośliwe spojrzenie. Wyglądał na kolesia od mokrej roboty. Ubezpieczał bardziej zwinnego kumpla, który ostrożnie zniknął za otwartymi drzwiami stacjo-sklepu. Drugi bandzior został na czatach, cały czas skrupulatnie się rozglądając, w gotowości, by, w razie czego, dać sygnał do odwrotu. Po chwili zwinny wyszedł z łupem. I , jak to zwykle w przypadku napadów bywa, po paru sekundach rozpłynęli się w dżungli. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał :D Pewnie na mecie zamierzali się podzielić towarem - trzema bananami i kubkiem jogurtu :D :D :D

Image
Bandzior sprawdza, czy nikt ich nie śledzi. Zwinny szykuje się do skoku życia :D

Zatrzymaliśmy się przy przydrożnym straganie. Zatrzęsienie owoców - niektóre nam znane, ale większość nie :D
Image
Zdecydowaliśmy się na mangostan (15 THB). Przynajmniej widziałam te owoce wcześniej, na jakichś zdjęciach w sieci :D

Droga ciągnęła się wzdłuż wybrzeża. Ocean to pojawiał się, to znikał. Co jakiś czas przy plaży widać było ośrodki - prawie puste. Wrażenie niesamowite. Kilometry pięknych, wyglądających na dzikie, plaż. Z rzadka tylko jakiś człowiek. Przy drodze gdzieniegdzie punkty widokowe, czasem jakaś restauracja, a raczej jej szkielet, na którym powiewały spłowiałe, nieaktualne plakaty. Pozasezon, pozaczas. Wrażenie niesamowite. Myślę, że ta wyspa nie zrobiłaby na mnie tak wielkiego wrażenia, gdybyśmy odwiedzili ją w największym sezonie turystycznym. A tak - no cóż, miłość od pierwszego spojrzenia :)

Image

Image

Image

Po jakimś czasie okazało się, że droga "na prawo" robi się coraz bardziej górzysta (na szczęście doskonale opanowałam bezpieczną jazdę na skuterze - zamknięte oczy i mantra : nie ma mnie tu, nie ma mnie tu :D
W końcu dojechaliśmy do Parku Narodowego.
Image
Tu można było zostawić skuter i, po uiszczeniu stosownej opłaty, przejść jedną z tras trekkingowych. Odłożyliśmy sobie to na później, co jednak okazało się "wiecznym nigdy" i bardzo tego żałuję. Tutaj też powoli zaczynała kończyć się droga. Podjechaliśmy jeszcze kawałek i trzeba było zawrócić.

Image

Image

Tym razem droga "na lewo", którą chcieliśmy dojechać do Lanta Old Town. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze mały, miejscowy targ.
Image

Image
A ten chłopczyk, nie uwierzycie, ciągle chciał nam DAWAĆ pieniądze :D :D cóż za pozytywna zmiana sytuacji :D

Image

A to już Lanta Old Town. Małe miasteczko z lekko sennym klimatem, rodem z westernów :)
Image

Image

Image

Mnóstwo restauracji i sklepików z pamiątkami.

Image
Typowa tajska pamiątka :D Jakoś, wyjątkowo, się nie skusiłam :D

Jeśli będziecie kiedyś w Old Town, to nie koncentrujcie się na głównych zabudowaniach. Oprócz skręcenia w lewo (na uliczkę z Dzikiego Zachodu), skręćcie też w prawo. Tam znajdziecie mnóstwo pięknych, bardziej miejscowych klimatów.

Image

Image

Image

Image

Miejsce jest naprawdę urokliwe. Jedyne, co smuci, bo przypomina o tragedii, to poustawiane co pewien czas tabliczki.
Image

Restauracja w turystycznej części.
Image

A tak w środku :)
Image
Postanowiliśmy tu zjeść - Pad Thai 100 THB, cola 30.

Z restauracji wychodziło się na taras zbudowany nad wodą. I tu była główna atrakcja miejsca :D
Image
Najbardziej atrakcyjny stoliczek w całej restauracji. Jedyny stojący na wysuniętym kawałku podestu. Miejsce pożądane przez każdego turystę. Miał jednak jedną, niezauważalną na pierwszy rzut oka, wadę :D Brak parasola :D Każda kolejna grupka, która wchodziła do lokalu, biegła bezpośrednio do tego miejsca. Długo nie wytrzymywała (powodując radosne westchnienie kolejnych chętnych :D I tak to się kręciło :D Upał przy tym stoliku był naprawdę nie do wytrzymania przez dłuższy czas. Oczekiwanie na posiłek urozmaiciliśmy sobie zakładami odnośnie czasu spędzonego w tej wędzarni przez kolejną grupę. Wygrałam piwo :D

Image
Po jedzeniu pojechaliśmy dalej. Znowu zbliżaliśmy się do nieprzejezdnej części drogi, ale od drugiej strony. Chcieliśmy odszukać wioskę Mokenów (określanych też jako "morscy cyganie" - jest to jednak nazwa błędna).
Image

Image
Zbieranie kauczuku.

Image

Image

Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy trafili tam, gdzie planujemy :D najpierw pojechaliśmy za daleko i jakoś się nam udało znaleźć szkołę. I akurat w takim idealnym momencie, że lekcje chyba się skończyły, a po dzieci przyjeżdżały matki. Na skuterach.
Image
Dzieci miały pomazane twarze czymś takim białym. Może ktoś wie, w jakim celu? My podejrzewamy, że jako ochrona przed słońcem, jednak ponieważ trafianie nie wychodzi nam za dobrze, to kto wie... :D
Zawróciliśmy i okazało się, że wcześniej minęliśmy muzeum kultury Mokenów.
Image

Image

Image

Image
Tablica w szkole znajdującej się na terenie muzeum.

Image

Cały czas miałam jednak niedosyt. Wydawało mi się, że gdzieś kiedyś czytałam, że można zwiedzić wioskę. Mieliśmy tu problem, bo samo muzeum zbudowane było na kształt wioski i nie wiedzieliśmy, czy to przypadkiem nie jest to. W końcu się poddaliśmy i postanowiliśmy wracać. I jakoś tak skręciliśmy z głównej drogi i trafiliśmy w takie miejsce.

Image
Zostawiliśmy skuter i przeszliśmy się kawałek. Czuliśmy się jednak trochę nieswojo nie wiedząc, czy to jest ta wioska do zwiedzania, czy ona w ogóle istnieje, a jeśli tak, to czy nie trzeba tu czegoś gdzieś zapłacić (dawno nikt nas nie naciągnął, więc od razu nam samopoczucie spada :D Wprawdzie rozmowy nie cichły na nasz widok i nikt się nam jakoś ostentacyjnie nie przyglądał, ale można było zauważyć spojrzenia rzucane ukradkiem i wyczuć jakąś taką atmosferę w stylu - nie jesteście tu do końca mile widziani. Zresztą trudno się dziwić - o ile to nie była wioska do zwiedzania, to sama na ich miejscu bym się wściekła, gdyby ktoś mi wszedł do mieszkania i przyglądał się z zaciekawieniem :D Porobiliśmy parę zdjęć (jak najdyskretniej) i odjechaliśmy.
Image

Image

Image

Image

Image
W samym środku wioski :(
I sama teraz nie wiem - byłam w tej wiosce do zwiedzania, czy nie? :D Chociaż, po zastanowieniu się, bardziej się skłaniam do tego, że do zwiedzania była ta pierwsza. Drugą dostałam w bonusie :D

Wróciliśmy do naszego ośrodka i tam spotkała nas przykra niespodzianka. Pan poinformował nas, że z powodu faktu, że to nie sezon, owszem, na Koh Phi Phi popłyniemy, ale jest tylko jeden prom powrotny na Lantę. O 11.30 :/ Nie ma szans, nie wyrobimy się do tej godziny z Maya Bay :( musieliśmy trochę nasze plany zmienić - wycofaliśmy jeden nocleg na Koh Lancie (pan bez problemu oddał pieniądze). Czyli jednak przeznaczenie nas dogoniło - będziemy musieli nocować na Koh Phi Phi.
Jedynym pocieszeniem było, że znaleźliśmy tańszą alternatywę dla uzyskania miłego nastroju wieczorem (tajska whisky 170 THB w 7eleven - dla porównania piwo w naszej restauracji - 100 THB :D No i pocieszaliśmy się, że przed nami jeszcze jeden dzień na Lancie.

C.d.n.
P.S. A teraz trzymajcie kciuki. Szykuję się do opisu jednego z najbardziej emocjonalnych dla mnie dni w Tajlandii i obawiam się, czy podołam.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#46 PostWysłany: 19 Lis 2014 21:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Wrz 2013
Posty: 494
Loty: 35
Kilometry: 111 384
fajne te kurczaki;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#47 PostWysłany: 20 Lis 2014 23:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Kolejnego dnia postanowiliśmy zwiedzić inną część wyspy i poszukać lasów namorzynowych. Chcieliśmy wynająć kajak i trochę pooglądać przyrodę z bliska. Szczególnie zależało mi na spotkaniu skoczka mułowego (odkąd wiele lat temu przeczytałam jakąś dziecięcą książeczkę i zobaczyłam go na rysunku, stał się moim bohaterem :D Niestety, tytułu nie pamiętam :) Wczoraj zapłaciliśmy za kolejny dzień wynajmu skutera (250 THB), wsiedliśmy i jazda :)

Image

Image

Początkowo oczywiście skręciliśmy nie tam, gdzie trzeba :D dojechaliśmy do jakiejś drogi, przy której stał dom prywatny, a przed nim dwa drewniane podesty (nie wiem, jak to się nazywa. W każdym razie, to budowla wielofunkcyjna - można tam zjeść, odpocząć, zażyć masażu itp. )
Image

Tym razem służyły jako klatki dla dwóch małpek, których gumowe obroże z dość długimi sznurkami przymocowane były do palików tych chatek. Siedząca na werandzie domu Tajka, gestem zachęciła nas do podejścia do mniejszej małpki - starsza podobno była agresywna. Nie mam pojęcia, dlaczego były tam przywiązane. Jako zwierzątka domowe? Raczej nie była to atrakcja dla turystów, bo dom daleko od uczęszczanego szlaku. Nie wiem. Pocieszające było to, że małpki wyglądały na dosyć zadbane, miały dużo wody i jedzenia, a obroże były luźne (choć marne to luksusy w porównaniu do wolności).

Image
Mniejsza była rozkoszna :D

Image
I bardzo ciekawska :)

Image

Image

Spędziliśmy dosyć dużo czasu bawiąc się z nią. W końcu trzeba było pojechać dalej. Zwłaszcza, że musieliśmy się rozejrzeć za gazoliną, mieliśmy jej już dosyć mało.

Image
Mówisz - masz :D Gazolinę można kupić na stacjach benzynowych (o ile są :D, albo w butelce, z przydrożnego stolika (taka buteleczka - 50 THB)
Im bliżej do lasów namorzynowych, tym mniej cywilizacji. Pusta droga, wokół dżungla, gdzieniegdzie małe sklepiki umieszczone na tarasach mieszkalnych domów. Przejeżdżając przez te tereny zrobiliśmy dużą przyjemność miejscowym dzieciom :D Ustawiały się wzdłuż drogi i koniecznie musiały nam przybić "piątkę" podczas jazdy. W jednym miejscu zawracaliśmy trzy razy, bo nie wszystkie zdążyły :D

Image
A to miejscowa kura - rasa : "długonoga" :D

Jadąc do lasów namorzynowych, prawie mielibyśmy też wypadek. I to wcale nie z powodu miernych umiejętności skuterowych(przepraszam, Marcin :D - nagle z dżungli wyskoczył nam na drogę wielki, zielony wąż (przypuszczam, że w moich wspomnieniach jest dużo większy, niż był w rzeczywistości :D I, przynajmniej według mnie, zrobił to naprawdę nagle :D Skuter się zachwiał (żeby go ominąć w jak największej odległości), ale szybko wróciliśmy do pionu :) Efekt : wąż żywy, my żywi - czyli OK :D (trwało to parę sekund, ale nie do uwierzenia, ile w tym czasie można pomyśleć :D Hmm...zielony wąż...co ja o nich czytałam? Zielony, to chyba drzewny? Czy drzewne węże potrafią skakać w górę? Chyba tak...Cholera...Czy potrafią podskoczyć na wysokość skutera? I wskoczyć na człowieka na nim? I czy taki wąż byłby zainteresowany takim skokiem?...Hmm...Czy zielone węże są jadowite?...O kurczę, przecież to można poznać po źrenicy...Zaraz, zaraz, jak to było? Pionowa źrenica to chyba jadowity? - w tym momencie moich megainteligentnych rozważań byliśmy już w takiej odległości, że nie mogłam dojrzeć samego węża, a co dopiero mówić o analizie kształtu źrenicy :D Dobrze, że nie byłam kierowcą :D Jednak to prawda, co mówią - facet działa, baba kombinuje :D

Image
Zaczęliśmy się zbliżać do przystani. Poznałam po wodzie, której było coraz więcej :D

Przed przystanią stała mała budka, w której czekał na klientów bardzo miły Taj. Z dzieckiem - chłopcem na oko sześcioletnim. Zapytaliśmy o kajaki - są, można wypożyczyć, 400 THB za godzinę. Ale jakoś tak się miło rozmawiało i nim doszło do jakiejkolwiek transakcji, rozmowa zeszła na tematy prywatne. Pan zapytał, czy mamy dzieci. Po naszej przeczącej odpowiedzi, stwierdził, że nie możemy płynąć na kajaku. Bo jest duże słońce, nieprzyjemnie, a poza tym, nic nie zobaczymy. Zaproponował longtaila. Właściwie nie zaproponował, tylko oznajmił, że koniecznie musimy popłynąć longtailem (godzina - 500 THB). Akurat tego dnia chyba wstałam lewą nogą, bo koniecznie koniecznie uparłam się na kajak. Jakoś tak wkręciłam sobie, że pływać po lasach namorzynowych muszę kajakiem, i już. Pan nie odpuszczał - nie pożyczy nam kajaka. Zaczęło się robić no może nie nieprzyjemnie, bo to za duże słowo, ale, hmm...uparcie? Pan nie odpuszczał, ja nie odpuszczałam. Zaczęłam się zastanawiać, o co w tym chodzi. Może nie ma żadnego? Może są zepsute? I wtedy przyjechał jakiś Amerykanin, który też chciał pożyczyć kajak. Pożyczył go bez problemu, wprawdzie próbował trochę negocjować cenę, ale pan był nieugięty. I wtedy nastąpiło coś, co mnie mocno zdziwiło - pan podszedł do mnie i na ucho powiedział, że jak weźmiemy longtaila, to obniży nam cenę do 300 THB (za 2 osoby), tylko ciiii, żeby Amerykanin nie usłyszał :D I to był argument, który mnie przekonał :D

Image

Pan się ucieszył i stwierdził, że w takim razie musimy chwilę poczekać, przy czym wsiadł na skuter i odjechał :D W przeciwną stronę, niż przystań :D To już nas maksymalnie zdziwiło, ale ponieważ zostawił z nami chłopca, to stwierdziliśmy, że raczej wróci :D Staliśmy razem pod tą budką w takiej niezręcznej ciszy. Na pewno znacie to uczucie - zupełnie nie wiadomo co robić. Chłopiec zerka na nas, my na niego. On ucieka wzrokiem, my ( podobno dorośli :D więc to na nas ciąży obowiązek nawiązania kontaktu) próbujemy się uśmiechać do niego. Nadal stoi zawstydzony. Głupio. Niezręcznie. Na szczęście na wyjazd zabraliśmy trochę drobnych zabawek dla dzieci. I na szczęście mieliśmy je przy sobie. Piłeczka, odblaskowa linijka i smycz do kluczy pozwalają przełamać pierwsze lody. Chłopczyk jest przeszczęśliwy, bawi się nimi, trzyma kurczowo w rączkach i nawiązujemy jakiś kontakt.

Image
Po kilkunastu minutach wrócił pan. Chłopiec z radością do niego podbiegł, wyściskali się, jakby nie widząc co najmniej od tygodni - nie parunastu minut. W dodatku wyjaśniła się tajemnica odjazdu na skuterze - tato pojechał do sklepu po chrupki dla synka. Ech, widać było mocną, dwustronną miłość.
W porządku, zakupy zrobione, więc możemy ruszać do longtaila. Najpierw długi, drewniany pomost. Idziemy we czwórkę - kapitan, chłopczyk i my.

Image

Do longtaila również wsiedliśmy we czwórkę.
Image

Płyniemy. Pierwsze minuty rejsu poświęcam na wyszukiwanie skoczków mułowych (nie śmiejcie się, w książeczce z dzieciństwa nie było napisane w jakim dokładnie miejscu występują. A ich nazwa jakoś mnie nie naprowadziła :D Niestety, ani widu, ani słychu :D

Image

Image

Image

Kapitan podaje nam imię chłopca (nie byłam w stanie go dobrze wymówić, a nawet zapamiętać :/ i okazuje się być naprawdę doskonałym przewodnikiem, dbającym o to, żeby klienci byli zadowoleni. Pokazuje na co ciekawsze widoki, proponuje wspólne fotografie, możemy siadać za sterem. Ze szczególną uwagą dba o to, żeby chłopczyk się do nas coraz bardziej zbliżał. Co parę minut każe mu do mnie podchodzić i się przytulać. Kolega ma robić zdjęcia. Przytulamy się na rozkaz, ja coraz bardziej sztywniejąc, wyczuwam równie sztywne ciałko dziecka. Podskórnie zaczęliśmy się domyślać, do czego to zmierza. I teraz jedna kwestia, żebyśmy się dobrze zrozumieli - w powietrzu cały czas czuło się ogromną miłość, zarówno syna do ojca, jak i odwrotnie. Chłopczyk wykonywał polecenia ojca, bo mu ufał, kochał go. Natomiast sam z siebie był po prostu trochę nieśmiały i zawstydzony. Poza tym, obydwaj byli naprawdę niesamowicie sympatyczni i ciepli.

Image
Dla nas sytuacja robiła się coraz trudniejsza emocjonalnie. Właściwie najbardziej czego chciałam, to stamtąd uciec. Wiedzieliśmy, że nie będziemy mogli zrealizować nadziei ojca i (tak, to chyba właśnie było dla mnie najgorsze - nadzieja w jego oczach) trzeba będzie się zmierzyć z jego zawodem.
Chłopiec nie umiał angielskiego, więc ojciec rozmawiał z nim po tajsku. Możecie wierzyć lub nie, ale ja wiem, co czułam. Nerwy miałam tak napięte, że pomimo braku znajomości języka, jakoś docierał do mnie sens ich rozmowy. "Poczęstuj ich chipsami" - chłopczyk sztywno, nienaturalnie wkładał nam chipsy do ust. "Przytul się do niej. To jest dla ciebie dobre" - chłopiec, cały wysztywniony dociskał swoje ciałko do mojego. I wreszcie doszło do wypowiedzi, której tak bardzo się bałam (to już po angielsku) : "To jest synek dla was. Weźcie go Europy..."................................................................................................................................................................................................................

Image
Po naszych bełkotliwych próbach odpowiedzi, coś w rodzaju : tęskniłbyś przecież za nim, on za tobą, nie żartuj tak - uśmiechnął się smutno.

Image
Wpływamy w coraz mniejsze kanały - kapitan miał rację, na kajaku nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co nam pokazywał. Przede wszystkim sami nie dopłynęlibyśmy tak daleko.

Image

Ponownie wpłynęliśmy na szerokie wody i ukazał nam się taki widok.
Image
Wodny świat :)

Image
Pływająca ferma ryb. Cały budynek zbudowany na pływakach.
Okazało się, że w planie wycieczki jest zwiedzanie fermy. Robiła naprawdę niesamowite wrażenie - kilkupiętrowa, posiadała część mieszkalną, hodowlaną, a nawet własny basen. I zjeżdżalnię do niego :D Nie do uwierzenia, że coś takiego można zbudować na wodzie.

Image

Image

Image

Image

Image

Spędziliśmy tam trochę czasu, kapitan poszedł do swoich kolegów, którzy fermę prowadzili, nas natomiast oprowadzał chłopiec.

Image
Przy ponownym wsiadaniu do longtaila, zawalił się daszek. Przerdzewiałe podpórki wybrały akurat ten moment, żeby do końca się rozkraczyć. Kapitan był bardzo zawstydzony i robił wszystko, żebyśmy tego nie zauważyli. Próbował je dyskretnie podwiązać jakimiś sznurkami. Widać było ubóstwo, ale zarazem duży honor i to spowodowało, że było nam jeszcze bardziej przykro.

Popłynęliśmy dalej. Kapitan zatrzymał łódź przy brzegu, wyłączył silnik i wtedy wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko :D Z pobliskich zarośli zaatakowały nas małpy :D To były naprawdę sekundy. Nim zdążyłam się zorientować, co się dzieje, na łódce było pełno małp, a kapitan karmił je flipsopodobnymi chrupkami.
Image

Atak nastąpił tak niespodziewanie (dla nas, bo kapitan wiedział, co robi :D , że chłopiec okropnie się wystraszył i jakoś tak, zupełnie naturalnie, z krzykiem wpadł w moje ramiona. I skończyła się sztywność i uczucie przykrości. Te parę sekund zadecydowało o tym, że na łodzi zrobiła się naprawdę rodzinna atmosfera (wliczając w tę rodzinę nas :)

Image
Tego najbardziej agresywnego samca kapitan przegonił moim klapkiem :D

Image
Małpy były dosłownie wszędzie :D
Po pierwszym zaskoczeniu, oswoiliśmy się z nimi na tyle, że również zaczęliśmy je karmić.

Image
Strasznie łakome :D chrupek w pyszczku, chrupek w każdej łapce, a jeszcze chce więcej :D

Image

Image
Okruchy na pyszczku mnie rozbrajają :D

Image
Pojenie same na nas wymogły :D

Gdy chrupki się skończyły, kapitan odpalił silnik i na ten znak, wszystkie małpy momentalnie wskoczyły do wody, żeby dopłynąć do zarośli. Musiały być przyzwyczajone do takiego karmienia i sygnału.
Image

A kapitan rozbroił mnie takim lokalnym patriotyzmem. "To było chyba lepsze, niż Monkey Beach na Koh Phi Phi, prawda?" - powiedział z dumą.
Popłynęliśmy dalej, teraz już rozmowy i śmiechy na pokładzie towarzyszyły nam cały czas. Nastrój skrępowania zupełnie minął. Chłopiec się zupełnie otworzył, pokazywał wszystko, co mogło nas zaciekawić, buzia mu się nie zamykała.
Kapitan kazał mu odliczać deski w pokładzie, gdy doszedł do właściwej, podniósł ją i zszedł do niby-piwniczki. Wyniósł stamtąd dwie wody mineralne. Dla nas. Na szczęście przestał nas traktować jak typowych klientów, więc gdy się z nimi podzieliliśmy, to nie oponował.
Image

Niestety, wycieczka zbliżała się do końca. Gdy spojrzeliśmy na zegarek, okazało się, że nie była to godzina (jak się umawialiśmy), tylko prawie trzy.
Image

Gdy zeszliśmy na pomost jakoś nie mogliśmy się rozstać. Kapitan pokazał nam hodowlę ryb przy przystani.
Image

Image

A ponieważ zorientował się, że szczególnie interesują nas różnego rodzaju żyjątka, pokazywał, co tylko było możliwe.
Image

Dla mnie, niestety, wycieczka nie była pełna. Pomimo rozglądania się we wszystkich możliwych miejscach :D nie zobaczyłam skoczka mułowego. Trochę się już nawet z tym pogodziłam. Jednak, gdy wracaliśmy z przystani drewnianym pomostem, chłopiec skłonił mnie, żebym się położyła na deskach i wtedy...

Image
Przecież nazwa "mułowy" do czegoś zobowiązuje :D To praktyczna wskazówka dla wszystkich, którzy będą go szukać :D

Image

Image
I jeszcze takie maluchy :D

Image
A tak rosną namorzyny. Dzięki kapitanowi jednego posadziłam. Dzięki kapitanowi prawie miałam też synka, więc został mi już tylko dom :D

Na pomoście nasi przewodnicy (chłopczyk się już tak rozkręcił, że pokazywał nam prawie wszystko, co się rusza :D spędzili z nami jeszcze godzinę. Kapitan bardzo chciał wiedzieć, czy nam się podobało. Odpowiedzieliśmy, że było cudownie i że chcielibyśmy tu wrócić. Na to kapitan powiedział, wskazując na chłopca - "Ale on już będzie wtedy duży..."

Image
Najlepszy kapitan pod słońcem, Ha Loon.

Zapłaciliśmy mu 500 THB (pomimo samowynegocjowanych 300), ale naprawdę się należało. Miał rację - kajakiem nie zobaczylibyśmy prawie nic. A kapitanem jest doskonałym. Sam wychowuje trzech synów, jedyne źródło utrzymania to właśnie te wycieczki. A poza sezonem, no cóż, naprawdę jest ciężko. Gdyby ktoś był w tamtych rejonach, to szczerze polecam. W razie potrzeby - służę numerem.

C.d.n.
P.S. Nie wiem, czy udało mi się przedstawić klimat tych chwil. Chciałabym tylko dodać, że kapitan chciał zapewnić synowi lepsze życie. I robił to, jak potrafił. nie myślał o paszporcie, problemach z adopcją itp. Byliśmy z Europy, więc możemy wszystko. Dla mnie to była prawdziwa miłość - taka, dzięki której nawet pozwoli odejść synkowi, jeśli będzie miał przez to łatwiej/lepiej.
I jeszcze w kolejnych dniach naszej podróży, wieczorami, co jakiś czas padało pytanie : Może po niego wrócimy?.........
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
Rosa_ad uważa post za pomocny.
 
 
#48 PostWysłany: 21 Lis 2014 19:21 

Rejestracja: 15 Lis 2014
Posty: 2
pisz , pisz dalej, nie moge sie doczekać czy na końcu kurczak skonczy na rożnie ! :mrgreen:
Góra
 Relacje PM off  
 
#49 PostWysłany: 21 Lis 2014 22:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Wrz 2012
Posty: 7688
Loty: 15
Kilometry: 58 252
HON fly4free
Myślę, że spokojnie można tu umieścić namiary na "kapitana".
Chyba, że chcesz specjalnie ograniczyć krąg odbiorców ;)
_________________
Dancehall Masak-Rah
Junior Stress - Za Mało Cichej Wody W Rzece
ImageImage
Góra
 Relacje PM off  
 
#50 PostWysłany: 22 Lis 2014 15:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
bakerlady napisał(a):
nie moge sie doczekać czy na końcu kurczak skonczy na rożnie ! :mrgreen:


Tak.
Image
:D :D :D

Dzięki przyzwoleniu moderatora, podaję numer telefonu - 085 4777 062, Koh Lanta. Jeśli z jakiegoś powodu chętny nie będzie mógł się dodzwonić, wystarczy podjechać na przystań i zapytać o kapitana Ha Loon.
Z całą odpowiedzialnością za słowa polecam. Piękna wycieczka, dostajemy na niej dużo więcej niż oczekiwaliśmy. Kapitan niesamowicie ciepły i przyjacielski, wiele rzeczy bez niego jest dla zwyczajnego turysty zupełnie niedostępna. Poza tym, z ogromnym entuzjazmem (nieproporcjonalnym wręcz do otrzymanych pieniędzy) i radością oprowadza po lasach namorzynowych. Z mojej strony tylko jedna prośba - gdyby ktoś skorzystał (a mam nadzieję, że tak), poproszę o informacje, co u niego słychać. I u chłopca...
Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 03 Lut 2015 00:59, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#51 PostWysłany: 23 Lis 2014 11:43 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3276
Kurczak, nie kurczak, ale jesteś szalona :D
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#52 PostWysłany: 23 Lis 2014 15:21 

Rejestracja: 03 Maj 2012
Posty: 277
Fantastyczna relacja!!
Góra
 Relacje PM off  
 
#53 PostWysłany: 23 Lis 2014 19:29 

Rejestracja: 09 Mar 2014
Posty: 636
Bardzo mi sie podoba twoja relacje.Chce sie wiecej:D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#54 PostWysłany: 23 Lis 2014 19:42 

Rejestracja: 21 Lis 2013
Posty: 54
Świetna relacja, wspaniale się czyta i ogląda zdjęcia :D Gratuluję wyprawy!
Góra
 Relacje PM off  
 
#55 PostWysłany: 24 Lis 2014 21:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2497
Loty: 183
Kilometry: 285 396
HON fly4free
Nie chcę marudzić, ale...całe forum odświeża Twoją relację w oczekiwaniu na ciąg dalszy ;)
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#56 PostWysłany: 25 Lis 2014 00:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Wrz 2012
Posty: 7688
Loty: 15
Kilometry: 58 252
HON fly4free
Nie ma co marudzić tylko trzeba czekać na mail z powiadomieniem o odpowiedzi w subskrybowanym temacie ;)
_________________
Dancehall Masak-Rah
Junior Stress - Za Mało Cichej Wody W Rzece
ImageImage
Góra
 Relacje PM off  
 
#57 PostWysłany: 25 Lis 2014 00:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Japonka76 napisał(a):
Kurczak, nie kurczak, ale jesteś szalona :D

Hmm...Wolałabym "ale jesteś kobietą o olbrzymiej urodzie", no ale i taki komplement przyjmę :D

Dziękuję bardzo serdecznie za wsparcie na wszystkie sposoby :) świadomość, że faktycznie ktoś to czyta, niezmiernie pomaga :) dziękuję raz jeszcze :)
Dziś będzie króciutko, bo, niestety, praca :(

Wracając z lasów namorzynowych, postanowiliśmy odwiedzić targ w Saladan.
Image
Niesamowite kolory, zapachy, gwar...

Image
To coś w drugim pojemniku, było jedną z najsmaczniejszych rzeczy, jakie jadłam. Niestety, nie wiem, co to było i na pewno nie jadłam tego w taki sposób jak należy (kupiłam trochę w woreczku, a następnie zjadłam na zimno pod stacją benzynową, przy pomocy widelca zakupionego tamże :D Mogę sobie tylko wyobrazić, jak dobre by było, gdybym tego posmakowała zgodnie z przeznaczeniem :D

Image

Image

Image

Image

Image

Chcieliśmy jeszcze wykąpać się w oceanie, więc podjechaliśmy na plażę. Nietrudno ją znaleźć, wystarczy skręcić w jakąkolwiek uliczkę odchodzącą od głównej drogi :) Na Koh Lancie jedna plaża przechodzi w drugą. My celowaliśmy w Long Beach (podobno jedną z najładniejszych), ale czy to się nam udało, tego nie wiemy :D
Image

Plaża, faktycznie, piękna.

Image

Image

Prawie pusta, prawie cała dla nas. Wzdłuż niej poustawiane bary, restauracje, restauracyjki... I właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. To jest nie do uwierzenia, ale na okres pozasezonowy życie w nich zamiera w bardzo specyficzny sposób. Zamiast kolorowych, gwarnych miejsc, wszędzie stały puste, wyszczerbione "półbudynki". Właściwie tylko wylewki pod knajpki, czasem z jedną - dwiema ścianami. Gdzieniegdzie przekrzywiony szyld, trochę śmieci i wiatr, który hulał po tym jakby zapomnianym miasteczku. Dziwnie, trochę strasznie, ale klimat niesamowity. Jakby człowiek znalazł się na planie horroru o upadku ludzkości.

Image

Image
Miejscowi wykorzystywali budynki w trochę inny sposób, niż zamierzał właściciel, ale to nikomu właściwie nie przeszkadzało. Swoją drogą, to naprawdę niesamowity pomysł - po sezonie składa się rzeczy, które mogą ulec zniszczeniu, a zostawia tylko to, co spokojnie przetrwa okres stagnacji. Potem do takiej wylewki dodaje się lampiony, ozdoby, leżaczki i poduszki (koniecznie poduszki - wszystkie knajpki miały dojście do oceanu i kawałeczek plaży - co więcej potrzeba?) i knajpa gotowa. I to nie byle jaka knajpa - z mega klimatem.

Image
Przypuszczam, że właścicielami większości są obcokrajowcy, którzy "nie-sezon" przeczekują w Europie np. I jakoś tak w głowie zalęgła mi się pewna myśl... :D (no co? Wiecie przecież, że mam zwiększoną potrzebę dochodów :D ). Ewentualnych inwestorów oczekuję na privie :D

W każdym razie klimat był, ech, nie do opisania. Wiem, że każdy ma inne potrzeby i wyobrażenia co do sposobu i miejsca spędzania wakacji, ale jak dla mnie - te miejsca są cudowne właśnie nie w sezonie turystycznym.

Image
Podest, który najprawdopodobniej za parę miesięcy stanie się knajpką, w której zdobycie miejsca będzie graniczyło z cudem :) cały dla mnie :D
Na plaży większość miejscowych, udało się też nam obejrzeć "fire show". Bez ognia :D Na piasku ćwiczyła grupa miejscowych tancerzy ognia (wiemy, co będzie modne w tym sezonie :D Z ogniem jednak pewnie wygląda to efektowniej :D
Jeśli chodzi o kąpiel w oceanie, to, cóż, mogę powiedzieć tak - 50 % naszej wycieczki z niej skorzystało :D Przemyślnie ukryłam mój strój kąpielowy w schowku na kaski naszego skutera i jak po niego poszłam, okazało się, że się zaciął :/ :D Był jednak duży plus tej sytuacji - gdy w drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się pod każdym sklepem (bo może akurat teraz się uda), wszyscy chcieli nam pomagać. No niestety - nie zawsze "chcieć, to móc" :D Z duszą na ramieniu wracaliśmy do naszego ośrodka. Naczytałam się wcześniej o sytuacjach, gdy za uszkodzenia skuterów turyści byli naciągani na duże kwoty. Jadąc, szukaliśmy nawet jakiegoś zakładu naprawczego, bo może akurat tam byłoby taniej, ale żadnego nie widzieliśmy. Okazało się, że jednak nasz pan nie zrobił z tego żadnego problemu. Wziął skuter i powiedział, że go zaraz naprawi, musimy tylko chwilę poczekać. Jednak problem zrobiliśmy sobie sami... :D Żeby przypadkiem nie zgubić ( :D ) ukryłam kluczyk do naszego domku w najlepszym, jak mi się wydawało, miejscu - w skuterowym schowku :D
Myślę, że pan pojechał jednak do jakiegoś mechanika, bo trochę to długo trwało. Efekt - 400 THB w ośrodkowej restauracji :D Za napoje :D

Image

Image
Przepraszam - muszę...Przepiękne zachody słońca.

Image

Image
Niebo zmieniało się z minuty na minutę.

Image
Zdjęcia mogą być, hmm, trochę rozmazane... :D

Na szczęście w odpowiednim momencie pan przyniósł nam klucze i strój kąpielowy. I nie kazał nic płacić :)

C.d.n.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#58 PostWysłany: 25 Lis 2014 23:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Poprzedniego dnia zapłaciliśmy panu za 2 bilety na prom Koh Lanta - Koh Phi Phi (350 THB każdy) i za taksówkę na przystań (100 THB w sumie). Zarezerwowaliśmy też nocleg na Koh Phi Phi przez booking.com (600 THB - dwuosobowy pokój w hostelu). Wyjazd spod naszego ośrodka był o 7.00 (w myślach przeklinałam wczorajszy wieczór :D
Po dojechaniu na przystań, załatwieniu formalności (tym razem chyba nawet nie było naklejek), wsadzono nas na prom.

Image
Prom był wyjątkowo mały, ale, po raz kolejny, zachwyciła mnie organizacja i sprawność działania - plecaki na lewo, walizki na prawo.

Image
Podróż nie należała do końca do przyjemnych. Ocean był dosyć wzburzony, a prom - nieduży. Zostałam na pokładzie i namiętnie wpatrywałam się w punkt na widnokręgu (podobno skuteczny sposób, aby pozbyć się mdłości, a właściwie - nie dopuścić do ich wydostania się :D I chyba był to dobry sposób, bo w pewnym momencie ze środka promu wypadł inny turysta, zielony na twarzy i przez resztę podróży, jak to się mówi? Oddawał daninę Neptunowi :) Nawet nie mogłam mu mocno współczuć, bo byłam skoncentrowana na widnokręgu. I kurczowym trzymaniu się barierki :D

Image
Na szczęście brzeg zaczął zbliżać się dość szybko.

Image

Na przystani Koh Phi Phi trzeba zapłacić podatek za sprzątanie wyspy. Niestety, nie pamiętam dokładnie ile, ale wydaje mi się, że było to ok. 100 THB od osoby.
Nasz hostel mieścił się bardzo blisko przystani - właściwie, jak o główną część Koh Phi Phi chodzi, to wszystko jest bardzo blisko :D

Image
Malutkie, bardzo urokliwe uliczki. Turystów wprawdzie dużo więcej, niż w widzianych wcześniej przez nas miejscach, jednak nie była to aż taka ilość, jakiej się obawialiśmy.

Image

Image
A to nasz hostel - jakieś 5 minut drogi od przystani. I w dodatku z elementem luksusu - pierwsza klimatyzacja podczas naszej podróży. Nie powiem - przydała się :)

Image
Wygląda, jakby się miał zaraz rozsypać :D
Szybki prysznic i ruszyliśmy poszukać tego, po co przyjechaliśmy - czyli wycieczki na Maya Bay. Nie było to trudne. W każdym miejscu usytuowane były agencje i agencyjki, które oferowały przeróżne wycieczki (oczywiście z przeróżnymi cenami). Wybraliśmy najtańszą - 400 THB od osoby + 100 THB za wejście na Maya Beach (która mieści się na terenie parku). Dodatkowo w cenie wycieczki miało być snorkowanie, wizyta w Jaskini Wikingów, wizyta na Monkey Beach, oglądanie zachodu słońca, posiłek i owoce na pokładzie. Wyglądało to dosyć dobrze (he, he :D . Wycieczka miała rozpocząć się o 14.00 i o tej godzinie mieliśmy się stawić pod naszą agencją.

Image
Była tylko jedna, malutka niedogodność. Ale przecież to zupełny drobiazg, nie zniechęci to tak wytrawnych podróżników, jak my :D Pani poinformowała nas, że ponieważ dziś są wyjątkowe fale (potwierdzam :D , żadna łódź nie wpłynie do zatoki, w której mieści się osławiona plaża. Przycumuje z drugiej strony i trzeba będzie do plaży przejść przez dżunglę na nogach, ale to bardzo blisko - ok. 10 min. Więc właściwie, to żaden problem :D
O umówionej godzinie stawiliśmy się pod agencją. Otrzymaliśmy zgrabne naklejeczki i pani, jakimiś małymi, bocznymi uliczkami, doprowadziła nas do wybrzeża. Ale, ku naszemu zdziwieniu, nie była to przystań, tylko jakby "oceaniczne pobocze" :D Pani usadziła nas na ławeczce pomiędzy siedzącymi tam miejscowymi. I sobie poszła, obdarzając nas wcześniej dobra radą na pożegnanie : "Siedzieć tu" :D Nie powiem, było miło, Tajowie się uśmiechali, my się uśmiechaliśmy...(skąd to znam? :D...Po jakimś czasie dołączyło do nas małżeństwo Szwajcarów z malutkim synkiem (na oko - trochę ponad rok), którzy również wybierali się na tę wycieczkę. I siedzieliśmy sobie razem, napawając się widokami.

Image
Na przystani przycumowane były promy wycieczkowe i w którymś momencie przez megafon odezwał się głos, nawołujący spóźnionych turystów do natychmiastowego pojawienia się przy jednym z nich, bo właśnie zaczyna się wycieczka. Szwajcarzy momentalnie się poderwali i pobiegli na przystań (a był tam jednak kawałek :D Ja, no cóż, uległam psychologii tłumu i poleciałam za nimi (kolega został, w razie gdyby jednak ktoś po nas przyszedł w miejsce, w którym mieliśmy siedzieć). I źle zrobiłam, bo spotkała mnie tam ogromna przykrość :D Po raz pierwszy dowiedziałam się, że mam złą naklejkę :D Hodowcy odgonili nas, dbając tylko o kurczaki oznakowane swoim symbolem. I uważam, że to jest ogromne świństwo :D Potraktowali nas, jak byśmy byli dzikim ptactwem, a przecież my też hodowlani... :D
Wróciliśmy więc na naszą grzędę i po chwili do brzegu zbliżył się wypełniony turystami longtail. Okazało się, że według tego pana nasze naklejki były OK. Nastąpiła wymiana turystów - oni wysiedli, my wsiedliśmy (dziwiło mnie tylko to, czemu oni są cali mokrzy :D Ale nieważne, ważne, że wreszcie ruszyliśmy.

Image
Nasza wycieczka składała się z ok. 10 osób. I wszyscy dosyć szybko staliśmy się tak samo mokrzy, jak nasi poprzednicy. Nie mogę powiedzieć, że spod dziobu longtaila i wzdłuż burt pryskało, bo to byłoby kłamstwo :D Woda się po prostu lała, jak podczas największej ulewy (Szwajcarzy osłaniali synka kamizelką ratunkową - nie wydaje mi się, żeby zbytnio skorzystał z widoków :D Poza tym, duże fale też robiły swoje.

Image
Pierwszy przystanek - Monkey Beach. Podpłynęliśmy tam w czasie przypływu - plaży właściwie nie było. Trzeba było wysiąść z longtaila i brodzić po uda w wodzie. Nikomu to jednak nie zrobiło różnicy :D

Image

Image
"Nasz" kapitan z Koh Lanty miał rację. To spotkanie z małpami zrobiło na nas dość smutne wrażenie. O ile się nie mylę, to w tle zdjęcia butelka po piwie, a małpka siedzi na kartonowym pudełku.

Image
Płyniemy dalej, aż nadszedł czas na "owoce na pokładzie" :D Pan wyjął ananasa, obrał go i pokroił, a obierki wrzucił do wody. Na początku mnie to trochę oburzyło, ale przestało, gdy zobaczyłam, jak szybko zniknęły, wciągane pod wodę przez kolorowe rybki.

Image
Kolejny przystanek - Jaskinia Wikingów. Wydaje mi się, że trochę się rozminęliśmy w rozumieniu zwrotu "zwiedzanie jaskini" :D No nic - z daleka wyglądała na dosyć interesującą :D

Image
Duża szansa, że oni mieli prawdziwe zwiedzanie jaskini.

Wpłynęliśmy do jakiejś zatoczki, tam nasz pan zatrzymał łódź na trochę dłuższy postój. Niektórzy snorkowali (podobno było cudownie), inni robili zdjęcia. Wokół nas mnóstwo podobnych łodzi - pewnie nie był to taki tłok, jak w sezonie turystycznym, ale w tym miejscu naprawdę widać było turystów.
Image

Image
Płyniemy dalej.
Image
Całkiem możliwe, że to Maya Bay. Niestety, nie wiem tego na pewno, bo pan nam nie powiedział :D Pan w ogóle jakoś mało do nas mówił (właściwie to może ze trzy słowa : szybciej, wracamy na łódź i nie ma czasu :/ :D

W pewnym momencie łódź zatrzymała się na środku oceanu (no wiem, trochę naciągnęłam, że był to środek, ale staram się podciągnąć dramaturgię opowieści :D Lekko się zdziwiliśmy, bo właściwie nie było tu nic szczególnego, żadnych łodzi, kawał do brzegu, który zresztą świecił ostrymi skałami...I wtedy pan się rozgadał :/ Kto chce płynąć (sic!) na Maya Beach, ma godzinę, kto chce zostać, zostaje. Ci, co płyną, płacą 100 THB, za wejście do parku. A on bliżej nie zamierza podpłynąć...:/ :D Bo są za duże fale :/ :D
I teraz pora odkryć wszystkie karty :D Uwierzcie mi, robię to z ogromną niechęcią i gdyby nie to, że ta informacja jest istotna dla pełnego przedstawienia tej sytuacji, nigdy bym się na to nie zdobyła :D Wolałabym Was utrzymywać w przekonaniu, że jednak mam jakąś zaletę :D A tak, niestety, czar pryśnie do końca :D Otóż...NIE UMIEM PŁYWAĆ :D Uff, już, nawet bardzo nie bolało :D
Spróbujcie się wczuć w moje nastawienie : nie zależało mi na zwiedzaniu Koh Phi Phi, wcale nas tu nie ciągnęło. Przypłynęliśmy tu tylko dlatego, żeby zobaczyć Maya Beach. A teraz mam do wyboru - albo płynąć nie umiejąc pływać, albo do końca życia kojarzyć Koh Phi Phi z Jaskinią Wikingów widzianą z odległości :D Owszem, na łodzi były kamizelki ratunkowe, ale dla kogoś, kto nie potrafi pływać, świadomość, że ma wejść do wody o 3 metrach głębokości, jest chyba podobnym stresem, jak dla arachnofoba całowanie się z pająkiem :D
Więc zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam w tym momencie zrobić. Wściekłam się :D (nie wiem, jak u Was, ale dla mnie prawdziwa wściekłość jest najlepszą siłą napędową. Kilka razy w życiu już się o tym przekonałam :D Gdy ubierałam kamizelkę ratunkową, w głowie układałam wszystkie wyzwiska, które miała usłyszeć pracownica agencji po naszym powrocie. Bo co jak co, ale "10-minutowy spacer po dżungli" potrafię odróżnić od "z narażeniem życia wskoczyć do wody" :D
Za pierwszym razem trochę mi się nie udało. Kolega poinstruował mnie, że jak się położę na plecach w wodzie, to będzie mi łatwiej. Skończyło się to na rzuconym ze wściekłością : "Przewróć mnie na brzuch, bo na plecach mi nie idzie" :D :D :D Niestety, nie był w stanie mi pomóc, bo miał własny powód do wściekłości :D Planował na plaży porobić parę zdjęć, ale miał problem z zabraniem do wody aparatu fotograficznego. Skorzystał z pudełka od maski do snorkowania, ale nie miał pewności, czy na pewno jest wodoodporna, więc na wszelki wypadek trzymał ja w ręce wyciągniętej nad wodą. Drugą ręką machał, żeby utrzymać się na wodzie, więc nie miał mnie czym przewrócić :D Na szczęście, moja wściekłość jest wyjątkowo silna. Dopłynęłam do brzegu szybciej, niż on :D (zaczynam rozważać zapisanie się na basen. Oczywiście zakupiwszy wcześniej kamizelkę ratunkową :D

Image
Dopłynięcie nie równało się zakończeniu kłopotów. Trzeba było jeszcze złapać się siatki, umiejscowionej na ostrych skałach i wspiąć się do góry, na drewnianą platformę wysuniętą nad wodę. Nie było to łatwe - skały faktycznie ostre, a fale rzucały nas raz na skały, raz ponownie w głąb.

Image
Chyba nigdy się tak nie ucieszyłam na widok stałego lądu :)

Image
Droga na plażę.

Image

Image
Coraz bliżej...
I wreszcie
Image

Jedno trzeba przyznać - przypłynęliśmy tu o odpowiedniej porze. Obawiałam się, że ilość turystów utrudni podziwianie plaży, ale ludzi było naprawdę niewiele.
Image

Image

Image
Widoki, które uratowały panią z agencji :D Miejsce było tak piękne, że postanowiłam jej wybaczyć :D

Image
Niestety, czas mijał za szybko i trzeba było wracać. I dopłynąć. Kusząca perspektywa :D
Tym razem było jeszcze trudniej. Gdy weszliśmy na podest, zobaczyliśmy, że ocean jest usiany longtailami (to pewnie te wycieczki, które zwiedzały Jaskinię Wikingów :D Dzięki temu mieliśmy godzinę przewagi i prawie pustą plażę). Po skonsultowaniu się ze współwycieczkowiczami, okazało się, że nikt nie wie, który jest nasz :D

Image

Image
Kolejni zwiedzający mieli gorzej. Sami to odczuliśmy, wracając. Zaczął się odpływ i nad powierzchnię wody wyszły bardzo ostre szczyty skał, które wcześniej aż tak bardzo nie utrudniały dotarcia. Szczerze mówiąc, zbyt bezpieczne to nie było. Dzięki pomocy Szwajcara wszyscy dotarliśmy (naprawdę, wielki szacunek. Chłopak podpływał z ludźmi do longtaila i wracał po kolejnych. Fale i warunki były niezbyt dobre, nawet dla doświadczonych pływaków). Trochę krwi się jednak polało - parę kolan i łokci miało bliskie spotkanie ze skałami. Myślę, że bez Szwajcara mogło być gorzej. Tym bardziej mi przykro, że jego żona z synkiem została na łodzi, a przecież na tę wycieczkę popłynęła w takim samym celu, jak my wszyscy - żeby stanąć na Maya Beach, najbardziej osławionej plaży...

Image
Nasz zadowolony z siebie pan. I jeszcze się bezczelnie pytał, czy nam się podobało :D
Po powrocie z plaży, zgodnie postanowiliśmy, że teraz to my wszyscy się będziemy do niego nie
odzywać :D Pan się tym nie przejął, wydał posiłek (ryż z czymśtam, w termoaktywnych pudełeczkach) i popłynęliśmy na miejsce, z którego mieliśmy oglądać zachód słońca. I wtedy już przesadził :D Powiedział, że jesteśmy godzinę za wcześnie (kłania się Jaskinia, drogi panie :D , więc będziemy siedzieć w tym miejscu przez godzinę i czekać. Oburzona wycieczka stwierdziła, że w takim razie ma nas na tę godzinę zawieźć ponownie na Monkey Beach (teraz pewnie była tam już plaża). Gdy odmówił, wszyscy zgodnie straciliśmy do niego cierpliwość (solidarnie zjednoczyliśmy się ze Szwajcarką. Myślę, że konieczność czekania kolejnej godziny na łodzi, nie wpłynęła dobrze na jej ocenę wycieczki :/ ), więc odmówiliśmy czekania. Pan się z tego powodu bardzo ucieszył i szybciutko odwiózł nas w miejsce spotkania. I to już był koniec. Nie wiem, myślę, że on nie był prawdziwym Tajem :D

Image

Image

C.d.n.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#59 PostWysłany: 25 Lis 2014 23:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Maj 2012
Posty: 1052
niebieski
Jeden naprawdę twardy kurczak, samemu pływając niezgorzej nie wiem czy byłbym skłonny wyskoczyć z łodzi na środku akwenu :D A relacja i zdjęcia jak zwykle najwyższych lotów.
_________________
Stop making stupid people famous.
Góra
 Relacje PM off  
 
#60 PostWysłany: 26 Lis 2014 00:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1035
Loty: 200
Kilometry: 375 582
niebieski
Wycieczka z przygodami, ale widzę tu jeden wielki plus. Mieliście zapewne rzadką okazję do zobaczenia Maya Beach nie zastawionej całkowicie łódkami. My robiliśmy podobną wycieczkę i postanowiliśmy popłynąć tam jak najwcześniej rano. Oczywiście umówiliśmy się na konkretną godzinę, ale jak to w Tajlandii, wypłynęliśmy prawie godzinę później. I tak mieliśmy szczęście bo połowa plaży nie była jeszcze zastawiona, chociaż turystów było już całkiem dużo.
Jaskini też nie zwiedzaliśmy, chociaż była teoretycznie jednym z punktów wycieczki. Co ciekawe, w czasie kiedy tam byliśmy ta jaskinia była zamieszkana przez jakichś ludzi. Widać było, że się całkiem nieźle urządzili :)
Szkoda, że nie zdecydowaliście się na wycieczkę obejmującą też Bamboo Island. Dla mnie to chyba najfajniejsze miejsce z całego dnia. Mała wysepka, którą można obejść dookoła. Po jednej stronie tłumy ludzi i łódek, ale wystarczy odejść kawałek dalej a tam biały piasek, skałki, lazurowa woda i pusto, wszystko tylko dla nas :)
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 142 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 8  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot], QbaqBA, Rafał Marschall oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group