Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 13 Sie 2014 12:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
Witajcie w mojej kolejnej relacji na fly4free :-) Podobnie jak w relacji z Indii wracam do podróży, która odbyła się rok temu. Wszystko o czym przeczytacie miało miejsce rok temu w sierpniu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba :-)

Wstęp

Tym razem wracam do Azji, czyli w moje ulubione rejony Świata (no... na równi z Australią ;-) ). Plan wycieczki zrodził się gdy AirBerlin rzucił promocję na loty z Hamburga do Bangkoku za około 1200 zł na czerwiec, jednak mój pracodawca zadecydował za mnie, że w związku z pewnymi koncertami, które odbyły się w czerwcu w Polsce musiałem tu zostać, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Na szczęście wszystkie koszty związane ze zmianą podróży (w ramach rozsądku ;-) ) pracodawca wziął na siebie, a więc lecę do Azji teraz :-) Różne opcje brałem pod uwagę, skończyło się na zabookowaniu biletu Open Jaw w Qatar Airways z Warszawy do Hong Kongu, a z powrotem z Bangkoku. Okazało się przy rezerwacji, że dodanie dolotu i stopovera w Dubaju to około 150 zł więcej dla całej podróży, więc nawet się nad tym nie zastanawiałem. O dziwo Emirates nawet nie chciało mi policzyć ceny biletu dla trasy WAW-HKG;BKK-DXB;DXB-WAW, a szkoda bo w poprzedniej mojej podróży Qatar nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale będą mieli szansę to poprawić.

W pierwotnej wersji mojej trasy nie było Kambodży, był za to Wietnam, ale jak wszystko policzyłem w lipcowym wariancie to Wietnam musiał wypaść z trasy ze względu na koszty dolotu tam - wybrałem więc kraj Angkor Wat. Moja finalna trasa wygląda w ten sposób:

Image
(mapa wygenerowana za pomocą Great Circle Mapper)

Lista Lotów:

1.07 WAW-DOH QR981 Qatar Airways
2.07 DOH-HKG QR812 Qatar Airways
6.07 MFM-KUL AK1059 AirAsia
8.07 KUL-REP AK1482 AirAsia
10.07 REP-PNH K6102 Cambodia Angkor Air
11.07 PNH-SIN TR2892 Tiger Airways
14.07 SIN-BKK TZ302 Scoot
18.07 BKK-DOH QR613 Qatar Airways
18.07 DOH-DXB QR116 Qatar Airways
21.07 DXB-DOH QR115 Qatar Airways
21.07 DOH-WAW QR982 Qatar Airways

Do przelecenia jest dokładnie 16608 mil.

Loty ułożyły się geograficznie dość dziwnie, ale to ze względu na to, że w większości przebookowywanie lotów ze starej trasy było tańsze niż rezerwacja nowych. Jak widzicie będę testować azjatyckich tanich przewoźników. Najbardziej ciekawi mnie Scoot :-)

Plan wyjazdu:

Dzień 2-5 Hong Kong
Dzień 6-7 Kuala Lumpur
Dzień 8-9 Siem Reap (Angkor Wat)
Dzień 10 Phnom Penh
Dzień 11-14 Singapur
Dzień 15-17 Bangkok
Dzień 18-20 Dubaj

Przygotowania do wyjazdu jak zwykle objęły rezerwację noclegów i w miarę szczegółowe zaplanowanie tego co jest do zobaczenia na miejscu, by uniknąć marnowania czasu już tam. Pomocą posłużył tripadvisor :-)

Ci którzy czytali moje poprzednie relacje wiedzą już czego się spodziewać - masy zdjęć i w miarę szczegółowych opisów live zarówno z lotów jak i zwiedzania :-) Jeśli Wam się nie udało dotrzeć do moich poprzednich relacji to zapraszam do przeczytania :)

Japonia: japonia-aeroflotem-moja-tania-podroz-dzieki-fly4free,215,17096
Nowa Zelandia i Australia: nowa-zelandia-z-polnocy-na-poludnie-na-zywo-z-opoznieniem,217,40249
Islandia: dookola-islandii-w-tydzien-duzo-zdjec,209,50471
Indie: indie-samolotami-i-pociagami-duzo-zdjec,215,5178

Dzień 1 – WAW-DOH Qatar Airways

Dzień na Lotnisku Chopina jak co dzień. No… może prawie, gdyż średnia wieku podróżników wyraźnie niższa niż w porę niewakacyjną. Odprawa biletowo-bagażowa Qatar Airways odbywa się tuż obok stanowisk Lufthansy i zajmuje 5 stanowisk. 3 to standardowe check-iny klasy ekonomicznej, jedno to baggage drop off dla odprawionych online, a jedno to stanowisko dla klasy biznes. Kolejka na 2 godziny przed planowaną godziną odlotu była dość długa, ale szybko szło. Mój bagaż został oczywiście nadany bezpośrednio do Hong Kongu. Niestety nie udało się dostać upgrade’u, bo LF QR po okresie słynnej promocji za 1400 zł wrócił już do normy. Na dzisiejszym rejsie według ilości rezerwacji powinno się stawić 124 pasażerów.

Image

Kontrola bezpieczeństwa wymagała odstania 3 zygzaków kolejki po czym udaję się bezpośrednio do strefy non-schengen. A tam pod bramką 18 czeka na mnie szary Airbus A320 A7-AHA z antylopą (zwaną przez niektórych kozą) na ogonie.

Image

Egzemplarz ten pochodzi z 2009 roku, co widać – jest bardzo dobrze utrzymany w środku. Nie będę się za mocno rozpisywał, gdyż kto czytał moją relację z Indii ten wie czego się spodziewać po locie Qatar Airways na tym samolocie. Fotele są bardzo wygodne, odchylają się dość daleko a efekt jest polepszany dodatkowo przez wysuwane do przodu siedzisko. Dodatkowo fotele wyposażone są w bardzo fajne, posiadające sztywne „rogi” zagłówki, które można regulować w płaszczyźnie pionowej.

Image

Image

Jeśli chodzi o system rozrywki pokładowej to jest dobrze – duży ekran dotykowy o niezłej rozdzielczości, złącze USB, pod fotelem gniazdka uniwersalne gdyby ktoś chciał używać np. laptopa. Całkiem nieźle jest też z odstępami między fotelami, ale niestety miejsce na nogi jest skutecznie ograniczone przez skrzynkę na system multimedialny, która znajduje się między rzędami A i B.

Image

A oto nasza trasa

Image

Po lewej stronie machamy na pożegnanie Romeo Bravo szykującemu się na lot za Atlantyk.

Image

Dostajemy jeszcze ręczniczek odświeżający (niestety nie gorący) i landrynkę. Spodobało mi się, że wszystkie dzieciaki na pokładzie dostały maskotkę ze Spongeboboem kanciastoportym. Jeszcze tylko przejście jednej ze stewardess celem zapalenia lampek do czytania wszystkim czytającym przed wygaszeniem świateł w kabinie i startujemy, by za chwilę się zwrócić w stronę Lublina.

Image

Rozpoczyna się pierwszy serwis pokładowy – jest to przekąska w postaci „coctail snacks” (tak było napisane na opakowaniu) oraz napoju – tu niealkoholowy, ale tych było sporo do wyboru. Mimo podawania serwisu na 2 wózki w klasie ekonomicznej to ciągnęło się to niemiłosiernie długo. Na pocieszenie chyba zaraz po serwisie została rozdana kolejna seria chusteczek odświeżających.

Image

W międzyczasie próbuję obejrzeć sobie jakiś film, ale skutecznie mi to uniemożliwiają zbyt słabo wyciszone słuchawki dostarczone przez Qatar Airways, tak dobrze słyszałem silniki samolotu, że nie mogłem się skupić na tekście filmu. No nic, trudno. Nauka na przyszłość to nie zapominać o przelotce samolotowej do własnych słuchawek.

Image

Po półtorej godziny od startu rozpoczęto serwować pierwszy i jedyny posiłek na tym pięciogodzinnym locie do Doha. Tym razem na 3 wózki bez rozdawania menu, ani wyświetlenia go na ekranie systemu rozrywki tak jak w moim poprzednim rejsie z Warszawy do stolicy Kataru. Do wyboru trzy opcje: ryba z ryżem, jagnięcina z ziemniakami i tajemniczo brzmiąca opcja wegetariańska. Ja skusiłem się na tę drugą opcję. Najpierw na moim stoliczku znalazła się lekko gumowana mata antypoślizgowa

Image

A następnie sam zestaw lunchowy. A więc: jagnięcina w sosie z talarkami podana na ciepło z marchewką i brokułami, a także sałatka z ryżem, papryką, kukurydzą i czymś zielonym. Nie zabrakło też dodatków: ciepłej (w zamierzeniu) bułeczki z masłem i serem kozim, wody, krakersów, malutkiej czekoladki mlecznej oraz na deser musu czekoladowego na podkładzie z ciasta brownie. Powiem szczerze, że poza ledwie ciepłą bułką nie mogę nic złego powiedzieć o tym posiłku. Wszystko było nad wyraz dobre jak na jedzenie w samolocie łącznie z bardzo smacznym sosem w którym podane zostało mięso. No… nie smakowały mi jedynie suche krakersy, które nie wiem po co znalazły się w tym zestawie.

Image

Swoją drogą podglądając co je sąsiad z miejsca 26B stwierdziłem, że tajemniczą opcją wegetariańską była zielona lasagne’a. Ponoć bardzo dobra.
Nie mając za bardzo co ze sobą zrobić stwierdziłem, że pora walczyć z jetlagiem i zmusiłem się do snu – obudziłem się dopiero przed rozpoczęciem zniżania na komendę „zabieramy koce”. Co jak co, ale to by zabierać przed lądowaniem koce pasażerom nie przystoi do linii, która się szczyci pięcioma gwiazdkami SkyTrax.

Image

Jeszcze kilka kółek w holdingu i lądujemy na starym lotnisku Doha…

Transfer w Doha

W związku z otwarciem nowego lotniska w Doha, ten akapit jest już (na szczęście) nieaktualny ;-)

Kto nie leciał Qatar Airways ten nie wie, że lotnisko w Doha jest jednym wielkim rozwiązaniem tymczasowym. Oddzielne budynki terminali są dla pasażerów biznes i first, dla pasażerów w transferze oraz dla pasażerów kończących podróż w Doha. Po wszystkich jest się rozwożonym autobusami, bo lotnisko nie ma ani jednego rękawa. Niestety większość samolotów parkuje po przeciwległej stronie pasa startowego (tak, jest tylko jeden) niż terminal, więc autobusy jeżdżą dookoła, co oznacza przy pomyślnych wiatrach jazdę trwającą minimum 10 minut. Ja ląduję w terminalu transferowym, który wita podróżnych pobieżną kontrolą bezpieczeństwa (tak naprawdę chodzi o zabranie pasażerom alkoholu który mogli kupić gdzieś indziej, bo tego do Kataru wwozić nie można – co innego kupić, to zapraszamy do strefy bezcłowej, która stanowi bardzo dużą część lotniska. I nie są to sklepy takie jak na większości lotnisk, tu stanowiska z różnymi rzeczami do kupienia są między bramkami – prawie wszędzie.

Image

Kto nie widział starego lotniska w Doha, ten wiele nie stracił ;-)

Image

Do boardingu na następny lot mam ponad godzinę więc pomyślałem, że skorzystam z mojej karty Priority Pass i wejdę do Oryx Lounge. Jednak gdy zobaczyłem kolejkę i przez szybę tłumy w środku to odpuściłem temat

Image

Na lotnisku działa darmowa sieć wifi, jednak jest ona dość wolna i działa tylko w niektórych miejscach – niektóre access pointy uniemożliwiają urządzeniom dostęp do sieci, problem rozwiązuje się gdy pójdzie się w zasięg innego urządzenia. Muszę natomiast pochwalić jedną rzecz – od mojej ostatniej wizyty w Doha w lutym tego roku poprawił się znacząco standard łazienek. Przede wszystkim już da się do nich wejść, bo smród nie odrzuca na wejściu.

Oczywiście Katar chwali się nowym lotniskiem Hamad International Airport znane wcześniej jako NDIA (New Doha International Airport). Lotnisko już działa, ale na razie tylko część skrzydeł terminala jest w użytku i nie jest gotowy żaden salonik biznesowy, więc Qatar Airways jeszcze jakiś czas będzie używał zatłoczonego starego lotniska.

Image

Ja tu się rozgaduję o lotnisku, a tymczasem pora wchodzić na pokład samolotu do Hong Kongu (tzn. najpierw do autobusu oczywiście ;-) ). Lotnisko Doha jest tzw. cichym lotniskiem, na którym nie ma wygłaszanych żadnych komunikatów przez system nagłośnienia, więc jeśli ktoś przegapi termin zamknięcia swojej bramki to nie wiem co może ciekawego robić bez wizy na Katarskim Lotnisku. Tym razem nie widziałem nic niezwykłego, ale w lutym pewna rosyjska para nie poleciała do Male bo dziewczyna się zagapiła na bezcłówce… Bajkowe wakacje ;-)

Image

Dzień 2 DOH-HKG Qatar Airways

Do Hong Kongu zawiezie nas samolot Airbus A330-200 o rejestracji A7-ACJ odebrany przez QR od Airbusa w 2006 roku. A w środku podczas boardingu prezentuje się on tak:

Image

Czuć, że samolot jest starszy niż A320, którym przyleciałem do Kataru z Warszawy – fotele są bardziej standardowe.

Image

Image

System rozrywki też jest starszej generacji – ekran nie jest dotykowy, jest też niższej rozdzielczości niż w A320. System obsługuje się za pomocą pilota.

Image

Image

Zawartość systemu jest natomiast równie duża jak w mniejszym samolocie Qataru, niestety skrzynka pod fotelem jest jeszcze większa niż w A320.

Image

Po zakończeniu boardingu okazuje się, że LF to około 60%, miejsce obok mnie pozostaje puste. Lecimy do Hong Kongu!

Image

Załoga pokładowa nie marnuje czasu i zaczyna rozdawanie zestawu podróżnego na ten 8-godzinny rejs. Zestaw to saszetka na sznurku, stopery, zasłonka na oczy, burgundowe skarpetki oraz szczoteczka do zębów z malutką tubką pasty.

Image

Chwilę przed startem światło zostaje wygaszone

Image

I startujemy w kierunku centrum Doha

Image

Razem z zestawem upominków dostałem także menu w formie ulotki.

Image

Na tym rejsie serwowane będą dwa posiłki – jeden po starcie będzie tylko gorącą przekąską, a drugi przed lądowaniem będzie pełnym gorącym posiłkiem. Tymczasem mijamy na dole Dubaj, choć ledwo go widać na zdjęciach. Jeszcze tam wrócę w tej relacji!

Image

Tym razem nie ma żadnego serwisu przed posiłkiem, a więc w miarę szybko wyjeżdżają wózki z gorącymi daniami. Do wyboru jest albo ryba słodko-kwaśna z lemonkowym chilli podana na ryżu smażonym lub kurczak w stylu hot-pot ze smażonymi ziemniakami. Mimo, że nie jestem fanem ryb to wybrałem właśnie rybę i się nie zwiodłem – znowu posiłek przyrządzony bardzo dobrze, a sama ryba była bardzo delikatna. Posiłek wyglądał tak:

Image

Oprócz rzeczonej na tacce znalazły się sałatka ziemniaczana, owoce sezonowe, ciepła bułka (tym razem ciepła), masło i czekoladka. Jest też jogurt. Swoją drogą szkoda, że QR nie bierze przykładu z Emirates i nie daje pasażerom klasy economy metalowych sztućców, to jednak robi pozytywne wrażenie i nie jest to coś czego nie można oczekiwać od posiłków w 5-gwiazkowej linii.
Pora na powrót do mojej metody walki z jetlagiem pt. uśpij go. Obudziłem się dopiero gdy rozpoczęto serwować główny posiłek, czyli równo na 3 godziny przed szacowanym czasem przybycia do Hong Kongu. Tym razem do wyboru kurczak w sosie czosnkowo-ziołowym lub wołowina z warzywami w sosie syczuańskim. Jako, że nie miałem ochoty na nic ostrego to wziąłem opcję „cziken”.

Image

u już nie jest tak dobrze jak poprzednio – ziemniaki jakby były niedogotowane, sałatka mi nie smakowała, krakersów nie dotknąłem. Ale kurczak i ciastko brownie bardzo dobre. Na tacce znalazły się jeszcze: ciepła bułka, masło, ser kozi, woda i czekoladka (której nie widać na zdjęciu). Lecimy dalej, do miasta docelowego jeszcze trochę… chyba pójdę spać ;-)

Image

Znowu budzę się na komendę „zabieramy koce”, czyli równo na godzinę przed lądowaniem. Podejście zgodnie z zapowiedzią kapitana turbulentne, ale za oknem ładnie.

Image

Samo lądowanie bardzo miękkie. Witamy w Hong Kongu! Z wrażenia nie zrobiłem żadnego zdjęcia ;-) Pora na wyjście z samolotu, tu urzędnicy losowo mierzą temperaturę losowych osób, a psy obwąchują każdego. Do hali imigracyjnej i odbioru bagażu trzeba dojechać jeżdżącą co 2 minuty kolejką. Kontrola paszportowa sprawna, a bagaże w momencie wejścia do hali przylotów już jeździły po karuzeli. Niestety nie mój. Miałem pecha i mój plecak wyjechał jako ostatni, ale na szczęście doleciał.

Dzień 2 Hong Kong

Lotnisko jest nieco oddalone od samego miasta, dlatego warto skorzystać z kolejki Hong Kong Airport Express, która kursuje między stacją Hong Kong, a lotniskiem (z przystankiem na Kowloon jeśli ktoś by potrzebował tam wysiąść). Cena przejazdu w jedną stronę to 100 HKD, czyli około 45 zł.

Image

W cenę jak się okazało wliczony jest przewóz autobusem ze stacji Hong Kong do ważniejszych hoteli w okolicy. Nie wiedziałem o tym, ale ciekawość kazała mi sprawdzić i faktycznie, mój Ibis był wymieniony na liście destynacji, więc pojechałem sobie za darmo z bagażem pod drzwi hotelu. Busiki hotelowe jeżdżą ze stacji Hong Kong co 20 minut i są podzielone na 4 linie.

Image

W hotelu chwila odpoczynku i zaznaczania wszystkiego co chciałbym zobaczyć na mapie i ruszam w pierwszy niezaplanowany za bardzo spacerek po okolicy, czyli po dzielnicy Sheung Wan wzdłuż torów tramwajowych w kierunku stacji Central, po drodze robię zdjęcia byście mogli wczuć się w atmosferę centrum tego miasta. To tylko taki przedsmaczek :-)

Zaraz po wyjściu z mojego hotelu

Image

Aby wejść do autobusu należy ustawić się na przystanku w kolejce i wpuszczani, a ludzie są wpuszczani dopóki kierowca nie uzna, że autobus jest przepełniony. Wtedy należy czekać na następny.

Image

Image

W drodze do centrum

Image

Image

Taksówek w Hong Kongu jest bardzo dużo – są to w zdecydowanej większości stare Toyoty widoczne na zdjęciach. Taksówki są na ogół czerwone, ale można spotkać też niebieskie i zielone. Od ich koloru zależy cena. Wejście do czerwonej taksówki kosztuje 20 HKD (9 zł), w tym są pierwsze 2 km. Za każdy kolejny kilometr dopłaca się 1,3 HKD. Bagaż większy niż podręczny to dopłata 5 HKD. Więc wcale nie tak drogo.

Image

Zwróćcie uwagę na jakże charakterystyczny dla Hong Kongu wąski piętrowy tramwaj!

Image

Gdy Słońce zachodzi budynki zaczynają się mienić światłami. Na zdjęciu po lewej stronie chyba najbardziej znany wieżowiec w Hong Kongu – mierzący 330 m budynek Bank of China Tower.

Image

Mijając ten budynek skręcam w prawo i idę do dolnej stacji Peak Tram, czyli otwartego w 1888 roku tramwaju, a w zasadzie kolejki linowo-terenowej (coś jak u nas na Gubałówkę), która wwozi pasażerów stromymi zboczami wyspy Hong Kong na wzgórza okalające centrum miasta. Na wjazd czekałem w kolejce około pół godziny…

Image

Po co? To zdjęcie wszystko wyjaśni:

Image

Link do zdjęcia w pełnej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/1qc591pmd8eddeo/IMGP4841.JPG

Warto dopłacić więcej do biletu zawierającego wejście na taras widokowy. Faktycznie jest stamtąd najlepszy widok na panoramę miasta i nie ma szyb, które przeszkadzają w fotografowaniu. Cena biletu na tramwaj w dwie strony plus taras widokowy to 75 HKD za osobę dorosłą.
Tutaj byle blok mieszkalny ma 30 pięter. 43 budynki w Hong Kongu mają ponad 200 metrów. Najwyższy jest International Commerce Centre, mający 118 kondygnacji i mierzący 484 metrów. Na zdjęciu widać go po lewej stronie (podświetlony na biało).
Planując wycieczkę na The Peak, pamiętajcie, że żeby zjechać też trzeba odstać swoje w kolejce – noc to szczytowe godziny dla tego miejsca i na zjazd czekałem 45 minut.

A na koniec ciekawostka: Jak oddać książkę z publicznej biblioteki? Można wrzucić ją do skrzynki na stacji metra.

Dzień 3 Hong Kong

Wstałem dziś późno, to chyba przez ten jetlag – jeszcze do końca się nie przestawiłem na 6 godzin później niż w Polsce. No nic, szybkie śniadanie i komu w drogę temu czas. Z hotelu wyszedłem około południa. To było straszne uczucie – prognoza na dziś: słonecznie, z małą ilością chmur, temperatura między 27 a 32 stopniami Celsjusza, duża wilgotność powietrza, temperatura odczuwalna 41 stopni. Wierzcie, odczułem – cały płynąłem. Dodatkowo nie pomagały zmiany temperatur – na zewnątrz skwar, a w każdym wnętrzu Azjaci mają zwyczaj odpalać klimatyzację na sto procent. Wróćmy jednak do relacji ze zwiedzania. Dziś będzie zielono - punkt pierwszy dzisiejszego planu to Hong Kong park znajdujący się w samym centrum, tuż przy budynku The Bank of China Tower:

Image

Po drodze jeszcze szybkie ujęcie tramwajów za dnia

Image

Park jest oczywiście sztuczną przestrzenią utworzoną dla mieszkańców HK przez władze miasta. Został oddany do użytku w 1991 roku i kosztował wtedy 398 mln dolarów HK (czyli około 40 mln EUR, weźcie poprawkę na inflację). Znajdują się tu fontanny, jeziora, mały amfiteatr, przestrzeń do uprawiania Tai Chi, a nawet miejsce gdzie trzymane są egzotyczne ptaki.

Image

Image

Wszystko to oczywiście między otaczającymi park wieżowcami

Image

Choć park nie jest duży, to warto tam wpaść. Ale z zielonych miejsc Hong Kongu dużo fajniejszym wyborem jest ogród Nan Lian, znajdujący się nieopodal stacji MTR (tutejsze metro) Diamond Hill.

Image

Ogród został otwarty w 2006 roku i jest utrzymany w tradycyjnym stylu chińskim.

Image

Powiem Wam szczerze, że jak zobaczyłem tą złotą pagodę na środku jeziora to od razu mi wróciły wspomnienia z Japonii

Image

Wstęp do ogrodu jest bezpłatny i polecam wszystkim, którzy lubią porobić trochę zdjęć tak jak ja :-)

Image

Kolejnym miejscem, które należy zobaczyć w Diamond Hill jest klasztor Chi Lin (Chi Lin Nunnery). W zasadzie jest on połączony z ogrodem, najważniejszym jego miejscem jest duża świątynia buddyjska.

Image

Nie skupiałem się na niej i na złotym posągu Buddy wewnątrz, bo wszędzie był zakaz fotografowania, a świątynia nie wyróżniała się niczym specjalnym od innych które już widziałem. Można natomiast było zrobić zdjęcia przed świątynią, więc skupiłem się na lotosach.

Image

Pora wracać w kierunku centrum miasta – kolejny przystanek to Mong Kok, czyli część Hong Kongu znaną ze swojej gęstej zabudowy i niezwykle zatłoczonych ulic. Na poziomie ulicy znajdują się tu niezwykle gęsto upchnięte sklepy i restauracje. Wyżej znajdują się małe mieszkania i hotele, niejednokrotnie na godziny. Mongkok (to tez prawidłowa pisownia) szczyci się rekordem gęstości zaludnienia. Mieszka tu 130000 osób na kilometr kwadratowy.

Image

Image

Co ciekawe sklepy w tej okolicy są bardzo mocno pogrupowane branżami i większość sklepów z jednej branży znajduje się tuż obok swojej konkurencji. Zwiedzanie zaczynam od Goldfish Market, czyli skupiska sklepów akwarystycznych :-) Z resztą nie tylko, jest tu też dużo sklepów zoologicznych. Rasowy szczeniak kosztuje tu około 6500 HKD.

Image

Rybki w sklepach akwarystycznych są pakowane w woreczki i sprzedawane z wystawy. Nie wiem co na to same rybki, ale chyba nie jest to dla nich zdrowe, zwłaszcza w takim upale.

Image

Ta pani chyba coś znalazła

Image

Nie ma zapewne rzeczy którą prawdziwy Hongkończyk lubi bardziej niż swoją komórkę – tu panuje ewidentnie zasada, że większy ekran to lepszy właściciel. Dla takich osób znajduje się tu całe centrum handlowe z firmami sprzedającymi telefony.

Image

Jak się już coś popsuje, to naprawić też się da… na poczekaniu.

Image

Podobnie jest z innymi rzeczami – aparaty fotograficzne? Proszę bardzo. Sklepy sportowe? Nie ma problemu. Elektronika i sklepy komputerowe? Tak, to też tu jest. Jeśli chcesz coś kupić z tego asortymentu to jest to miejsce dla Ciebie. Należy też pamiętać, że w Hong Kongu wiele artykułów, w tym sprzęt fotograficzny (aparaty i obiektywy) są towarami bezcłowymi, więc potrafią wyjść sporo taniej niż w innych krajach. Sprawdzałem przed wyjazdem ceny obiektywów do mojego aparatu i interesujący mnie model kosztował w Hong Kongu 2/3 ceny z Allegro. Gdyby nie trafił się używany egzemplarz w Polsce takiego modelu to pewnie bym kupił w Hong Kongu. Słyszałem też wiele historii o oszustwach typu podmiana obiektywu na inny popsuty egzemplarz już po zakupie. Żeby się przed tym bronić należy zawsze korzystać ze sklepów z dobrze widoczną nazwą (nie sklepów typu Foto Nikon, Canon) i należy obserwować wszystko co się dzieje w środku. A swój przetestowany na swoim aparacie obiektyw obserwować od momentu decyzji zakupu do momentu otrzymania go w pudełku, by to był na pewno ten sam egzemplarz.

Image

Tu też długo remontują…

Image

Moje kroki kieruję na Women’s Market, bo zaciekawiło mnie co tam może być. No niestety – mydło i powidło. Nic konkretnego. Jakieś ciuchy, torebki, akcesoria do telefonów, słuchawki, pamiątki – wszystko.

Image

No nic – spacerku po Mongkok ciąg dalszy…

Image

Image

Pakuję się w czerwoną linię MTR i jadę do Tsim Sha Tsui, czyli części Hong Kongu leżącej na przeciwległym brzegu w stosunku do wyspy Hong Kong, na której to znajduje się centrum miasta. To stąd widać najlepiej słynną panoramę tego nowoczesnego miasta.

Image

Jeszcze mała panorama zlepiona z kilku zdjęć:

Image

owyższe zdjęcie w pełnej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/5w9fkkmjh6bk6 ... GP5002.jpg
Tutaj zamieściłem tylko wycinek. Pełna, cała panorama „waży” aż 60 MB i jest dostępna pod linkiem: https://www.dropbox.com/s/05946n7y0rshb ... GP5015.tif

Miniaturka:
Image

Spacerując wzdłuż brzegu natrafia się na Aleję Gwiazd (Star Avenue), czyli miejsce gdzie słynni aktorzy chińskiego kina zostawili odciski swoich dłoni.

Image

Image

Są też pomniki filmowców :-)

Image

Nie wiedzieć czemu, ta płyta wzbudzała największe zainteresowanie wszystkich

Image

No i sam mistrz – Bruce Lee. Doczekał się on swojego pomnika.

Image

Jestem pewny, że jak tylko pomyślicie o widokówce z Hong Kongu to skojarzycie niewielki stateczek w chińskim stylu, z trzema żaglami. Zawsze gdzieś na tych słynnych zdjęciach choć jeden taki się za plącze, by dodać orientalnej nutki tej nowoczesnej metropolii. U mnie nie mogło być przecież inaczej ;-) Choć przyznam szczerze, że widziałem tylko jeden taki statek – widoczna na zdjęciu Aqua Luna jest reklamowana jako symbol miasta. Dodam tylko, że żagle są takie małe by nie przeszkadzały za bardzo pracującym silnikom, bo raczej by nie napędziły tego statku, ale turyści zadowoleni.

Image

Słońce zachodzi, pora zająć strategiczną pozycję do fotografowania panoramy miasta nocą

Image

Punktualnie o godzinie 20.00 zaplanowany jest pokaz świateł miasta – The Symphony of Light. Większość wieżowców jest połączona ze sobą kilometrami światłowodów, a ich światła zewnętrzne są zarządzane z jednego miejsca, co powoduje że można je skoordynować i połączyć w jeden show. Dodatkowo na kilku wieżowcach umieszczono lasery i szperacze. Na pewno część z Was widziała już o tym program na Discovery Channel. Tutaj jest do obejrzenia cały show:



Niestety aktualnie nie wygląda on dokładnie tak – z daleka budynki biorące udział w przedstawieniu są dość małe, więc nie widać wszystkiego. Mgły praktycznie nie było, więc szperacze i lasery nie dawały takiego samego efektu jak na filmie ;-) Na pocieszenie zostaje fotka nocna:

Image

I link do pełnej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/mq6fsr3erxdd8m4/IMGP5105.JPG

To już miał być koniec na dziś, ale zgłodniałem. Postanowiłem więc przejechać się na Temple Street, gdzie na mapie miałem zaznaczony Night Market. Niestety sam bazar okazał się powtórką z rozrywki – mydło i powidło, ale były tam fajnie wyglądające lokalne knajpki pełne lokalnych… no właśnie… jak się przyjrzałem to większość klientów to byli turyści :-)

Image

Wszystko na pewno jest świeże… w końcu jeszcze pływa ;-)

Image

Ja zamówiłem danie z kurczakiem, jednak Pan przeprosił i powiedział że tego nie ma, ale zaczął proponować różne „dziwne” zamienniki. Asekuracyjnie wziąłem danie z wołowiny. Pan wypisał moje zamówienie na kartce, położył ją przy mnie na stole i poszedł. Danie przybyło po 10 minutach.

Image

Było pyyyyszne, lecz ostre :-) nie zjadłem całego, z resztą nie byłem jakoś strasznie głodny. Płatność polega na zaniesieniu karteczki do Pani kasjerki. Zmęczony całym dniem i upałem wracam do hotelu się wyspać… jak już napiszę to co czytacie :-)
Na dobranoc jeszcze dwa zdjęcie ulicznych smakołyków

Image

PS uzupełnienie poprzedniego wpisu - taksówki to Toyota Crown Comfort XYS10
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 13 Sie 2014 13:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Wrz 2012
Posty: 175
Loty: 107
Kilometry: 270 851
Świetna relacja, Hongkong marzy mi się od dawna! Czekam na dalszą część Twojego opisu :-)
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 13 Sie 2014 13:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
Dzień 4 Hong Kong

Niestety dziś nie wszystko poszło według planu. Przez to, że zaspałem wyszedłem z hotelu naprawdę późno, bo około 13.00 przez co nie byłem w stanie zrealizować całego planu, ale jutro się poprawię ;-) Od początku:

Plan na dziś to wizyta na sąsiadującej z lotniskiem HKG wyspie Lantau, która słynie ze swojej natury, ścieżek i wielkiego Buddy, który znajduje się na niej. Dostać się tam jest najprościej za pomocą kolejki gondolowej Ngong Ping 360, a ta wyrusza spod stacji metra Tung Chung (końcowa stacja pomarańczowej linii). Dojazd z centrum miasta zajmuje około pół godziny. Jak już wyjdziecie ze stacji metra wyjściem B to kierujcie się lekko w lewo i prosto, stacja kolejki linowej znajduje się za zakrętem i nie jest od razu widoczna co może być mylące.

Image

Trasa kolejki to 5700 metrów, pokonuje ona 2 zakręty oraz 8 wież.

Image

Bilet w dwie strony to koszt 135 HKD w zwykłym wagoniku lub 210 HKD w wagoniku ze szklanym dnem. Z moim lękiem wysokości musieliby mi chyba dopłacić bym chciał do niego wsiąść ;-) Jedziemy! Z jednej strony mijamy osiedle Citygate, pierwsze miejsce które widzą przybysze z różnych stron Świata wychodząc z lotniska Chek Lap Kok.

Image

Z drugiej zaś to co pewnie interesuje Was bardziej (no dobra… mnie też :-) ) czyli samo położone na sztucznej wyspie lotnisko. Służy ono Hong Kongowi od 1998 roku, hub dla Cathay Pacific, Dragonair, Hong Kong Airlines i Hong Kong Express Airlines. Kilka linii używa tego portu jako miejsce międzylodowania na trasach do Australii, operuje tu około 90 linii, w 2012 roku było to 12-te największe lotnisko Świata pod względem ilości obsłużonych pasażerów. Dodam jeszcze, że pod względem cargo nie ma większego. Aktualnie lotnisko jest rozbudowywane o kolejny pirs, który zajmie ostatnie wolne miejsce na wyspie. Kolejnym krokiem w rozwoju lotniska ma być powiększenie wyspy i dobudowanie trzeciego pasa startowego oraz kolejnego terminalu.

Image

W końcu dojechaliśmy na górę. Częścią należącą do kolejki gondolowej jest małe miasteczko przy górnej stacji zawierające sklepy z pamiątkami, kafejki oraz dodatkowo płatne atrakcje. Jednak żadna z nich nie wydała mi się ciekawa.

Image

Chodźmy do wielkiego Buddy, którego posąg jest… wielki.

Image

Wszystko mi mówi, że jestem daleko… bliżej do Sydney niż do Londynu.

Image

Droga do posągu prowadzi aleją posągów-strażników

Image

Image

Sama droga pod posąg kończy się placem z flagami, służącym do modlitw wyznawców buddyzmu.

Image

Image

Tian Tan Budda został wybudowany w 1993-roku. Symbolizuje on harmonijny związek między człowiekiem i naturą oraz ludźmi i religią. Sam posąg wykonany jest z brązu, ma 34 metry i waży 250 ton. Do 2007 roku był największym posągiem Buddy na świeżym powietrzu. Żeby się do niego dostać należy wspiąć się po 268 stopniach, a uwierzcie że nie jest to takie proste w pełnym lipcowym słońcu. Pamiętajcie, że w cenie wejścia na górę (30 HKD) możecie odebrać na szczycie loda oraz zimną wodę. Bardzo się Wam przydadzą.

Image

Image

Pod samym Buddą znajdują się buddyjskie statuy dające Buddzie dary

Image

Jeżeli chcecie, to można zwiedzić 3 piętra wewnątrz cokołu na którym stoi Budda, ale bez znajomości chińskiego jest to bezcelowe.

Image

Z góry świetnie widać wybrzeże wyspy

Image

I jeszcze widok w dół. Na górze po prawej znajduje się świątynia Po Lin (tłumaczenie Świątynia Cennego Kwiatu Lotosu). Niestety mój azjatycki fart chyba się za mną przywlekł z Japonii… jeśli jest świątynia to jest duża szansa, że jest w remoncie ;-)

Image

Kolejnym celem jest Wistom Path (ścieżka mądrości), do której wiedzie prowadząca przez las ścieżka. Trasa powinna Wam zająć około 15 minut. Z resztą nie tylko ludzie tam chodzą.

Image

Zwróćcie uwagę na tło – to krzaki herbaty. Klimat wyspy powoduje, że jest to jedyne miejsce w okolicy, które nadaje się do plantacji tego zioła.
Widoki z góry prezentują się tak:

Image

Ścieżka mądrości to 38 kaligrafii reprezentujących wersy Sutry Serca na 38 drewnianych palach ułożonych na zboczu wzgórza we wzór nieskończoności.

Image

Image

Chciałem jeszcze odwiedzić lokalną wioskę rybacką Tai O, lecz wyszedłem z hotelu zbyt późno i nie było by szans bym wrócił transportem publicznym pod dolną stację kolejki, a nie byłem pewny czy dojadę jakąkolwiek taksówką więc sobie musiałem odpuścić :-(
Wróciłem więc do miasta by uzupełnić mój zapas pamiątek. Po drodze oczywiście zdjęcia lokalnych ulicznych jadłodajni

Image

Image

Czas na powrót do hotelu by się odświeżyć po całym dniu na Słońcu. Wieczorem pomyślałem, że wypadałoby coś zjeść. Wychodzę z hotelu na polowanie za czymś dobrym, skręcam w lewo na główną ulicę i kątem oka ujrzałem mały podświetlany napis „heated meal market upstairs”, a do srebrnych drzwi wejściowych prowadziły ruchome schody. Otwieram drzwi i nie wierzę w to co widzę:

Image

Tu jest prawdziwe jedzenie, a nie na przepełnionym turystami Temple Street

Zamówiłem danie z kurczaka i sajgonki (spring rolls).

Image

To były najlepsze sajgonki jakie w życiu jadłem. Nie wypełnione tłuszczem jak te znane z polskich barów azjatyckich (chińczyków ;-) ), lecz delikatne, niemal rozpływające się w ustach z samymi warzywami wewnątrz. Jeśli chodzi o kurczaka to mam zupełnie odwrotne wrażenia. Był okropny, pocięty razem z kośćmi w środku. Zapomniałem podstawowej zasady z mojej wizyty w Chinach – tu nie je się kurczaków. Niezrażony wybrałem ze zdjęć wiszących na ścianie fajnie wyglądające mięsne szaszłyczki. Do wyboru miałem kilka rodzajów mięs i zdecydowałem się na wołowinę.

Image

Były przepyszne! Delikatne, lekko-ostre. Takie jak być powinny. Ceny dań to od 20 do 40 HKD za cały posiłek łącznie z puszką 7UP’a zapłaciłem 130 HKD. Na Temple Street dzień wcześniej posiłek kosztował 102 HKD i obejmował jedno danie i butelkę wody.

Najedzony usiadłem do pisania tego co właśnie czytacie :-) A jutro nie ma ociągania się, od rana ruszam w drogę na skraj Hong Kongu. Będzie też trochę lotniczo jeśli wszystko się uda.

Dzień 5 Hong Kong

Dzisiejszy dzień został zaplanowany trochę przeze mnie, trochę przez moją koleżankę Izę która była na wymianie studenckiej w Hong Kongu. Iza, jeśli czytasz tego posta to wielkie dzięki :-)

Dzień zaczynam wcześnie – w planie świątynia do której nie mam do końca przekonania, ale zobaczymy. Jest to Świątynia Dziesięciu Tysięcy Buddów. Znalezienie jej nie jest takie proste – mi się nie udało za pierwszym razem. Aby tam trafić trzeba dojechać do stacji Sha Tin na błękitnej linii metra. Po wyjściu ze stacji należy trzymać się lewej strony i skręcić w pierwszą ulicę w lewo, a następnie w drugą w prawo (co nie jest kompletnie oznaczone). Jeśli pójdziecie prosto tak jak ja dotrzecie w takie miejsce:

Image

Image

Na początku myślałem, że to miejsce którego szukam. Rozciągało się ono na zboczu góry, co by się zgadzało z opisem że należy się wspiąć wysoko, aby dotrzeć do miejsca którego szukam. Nie zgadzały mi się tylko wszechobecne ruchome schody i windy… Po chwili zorientowałem się, że miejsce w którym jestem to cmentarz z urnami zmarłych.

Image

Image

Jednak nie poddawałem się i szukałem dalej – w końcu w prawym górnym rogu kompleksu cmentarnego zobaczyłem za płotem dwóch Europejczyków i kilka złotych posągów Buddy – to musiało być to! Szedłem wzdłuż płotu w dół, w końcu znalazłem małą furtkę oddzielającą teren cmentarza od drogi do Świątyni Tysiąca Buddów. Niestety zamknięta była na kłódkę, a słońce grzało niemiłosiernie – szybka decyzja – skaczę ;-) Nikt nie widział na szczęście, ale za to byłem we właściwym miejscu.

Image

Powiem Wam szczerze, że droga pod górę w słońcu była upiorna. Gdybym musiał zejść na dół i zacząć od samego początku całą ścieżkę pod górę nie zdecydowałbym się.

Image

Na terenie świątyni znajduje się nie 10, lecz około 13 tysięcy najróżniejszych figurek Buddy.

Image

Na zewnątrz budynków znajdowały się same duże posągi, wewnątrz wszystkie ściany wysłane były malutkimi Buddami. Mogło być ich kilka tysięcy. Niestety zdjęć wewnątrz robić nie było wolno.

Image

Droga w dół szła dużo przyjemniej niż pod górę. A mina turystów idących pod górę i widzących za każdym zakrętem ścieżki, że jeszcze nie widać jej końca była bezcenna.

Obiecałem Wam w ostatnim odcinku relacji, że będzie trochę lotniczo. Wyruszam więc na poszukiwania… Zacznę w okolicach stacji metra Lok Fu (zielona linia). Moim miejscem docelowym jest park Kowloon Tsai.

Image

Dziś park ten jest centrum sportowym Kowloon – jest tu basen, korty do tenisa, boiska do piłki nożnej, place zabaw, ścieżki do biegania, ale mnie interesuje to co znajduje się tuż ponad boiskami.

Image

Przyjrzyjcie się – to pozostałości słynnej szachownicy służącej do naprowadzania samolotów na podejściu na słynny pas 13. Żeby tam wylądować samolot najpierw musiał zniżać kierując się na północny wschód lecąc nad zatłoczoną zatoką i bardzo gęsto zabudowanym Kowloonem. Gdy samolot zbliżył się do szachownicy, należało wykonać zwrot o 47 stopni w prawo cały czas zniżając. Samolot w tym momencie był tylko dwie mile od progu pasa startowego, wchodząc w zakręt był na mniej niż 300 m wysokości (na ogół około 200), a wychodził z niego na wysokości 140 stóp (43 metry). Ten manewr nazywany był „Hong Kong Turn” lub „Checkboard Turn”. Właśnie od tej szachownicy.

Obejrzyjcie:




Później jadę jeszcze na wybrzeże tuż obok miejsca, gdzie wcześniej znajdował się pas startowy na Kai Tak, by zobaczyć co tam zostało z lotniska. Ale nie wiele zostało. Kończona jest za to budowa dużego terminalu oceanicznego dla wycieczkowców. Gdzieś w rogu widać jeszcze starą wieżę kontrolną i jakieś elementy lotniskowe pomalowane w szachownicę. Chciałem dotrzeć na wysokość pozostałości pasa startowego, ale się nie da – wszystko zagrodzone z powodu modernizacji nabrzeża.

Image

Link do pełnego zdjęcia: https://www.dropbox.com/s/dksgqpscyetdznu/Panorama.JPG

Na koniec dnia jadę do Sai Kung, miasteczka na obrzeżach terytoriów Hong Kongu. Słynie ono ze swoich owoców morza i najlepszych restauracji z wyżej wymienionymi w całym Hong Kongu. Przy okazji jest to świetne miejsce dla mieszkańców miasta do ucieczki przed tłokiem jaki w nim panuje. Najlepiej dojechać tam minibusem (light bus) nr 1 lub 1A ze stacji Choi Hung (zielona nitka).

Image

Wsiadając do busa płacimy jedną stawkę niezależnie od miejsca docelowego – jest ona widoczna za szybą kierowcy oraz nad maszynką do płatności. Należy wrzucić dokładnie wyliczoną kwotę (koniecznie monetami!) do tej srebrnej maszynki, która układa monety przy szybie tak, by kierowca mógł je policzyć. Później wciska przycisk i pieniądze wpadają do kasetki. Za trasę w jedną stronę do Sai Kung płaci się 8 HKD.

Image

Busik może zabrać na pokład 16 osób i gdy na pokładzie jest komplet, nie będzie się zatrzymywał na przystankach by zabrać kolejnych oczekujących. Aby wysiąść trzeba zasygnalizować kierowcy (chyba najlepiej po chińsku) chęć zatrzymania się. On na znak potwierdzenia macha ręką i się zatrzymuje na najbliższym przystanku. Ja na szczęście nie musiałem nic mówić, bo jechałem do przystanku końcowego. A na miejscu w marinie zastałem takie widoczki:

Image

Image

No i rzeczone restauracje

Image

Wszystko dziś na pewno jest świeże

Image

W życiu nie widziałem tak wielkich krabów…

Image

Miejcie tylko na uwadze, że powyższe restauracje uchodzą za drogie, choć nie mam wątpliwości że pewnie sobie na to zasłużyły jakością serwowanych potraw. Ja na dziś mam jednak zupełnie inne plany kulinarne :-) Na koniec jeszcze spacerek po mieście – raczej nic ciekawego – taki kurorcik z typowymi sklepami dla tych miejsc.

Image

Jeśli macie cały dzień to znajoma poleca wybrać się na plażę oddaloną godzinę spacerkiem od miasta. Podobno jest wspaniała. Ja niestety nie mogę, muszę wracać do Hong Kongu.

W drodze powrotnej usiadłem z tyłu busika i zauważyłem dwie ciekaw rzeczy. Za niezapięcie pasów można trafić na 3 miesiące do aresztu (nikt nie miał zapiętych ;-) )…

Image

… oraz zauważyłem prędkościomierz umieszczony tak, by wszyscy mogli widzieć czy kierowca przekracza prędkość czy nie. Z resztą nawet jak by przekroczył, to fotoradary są tu dosłownie co chwilę.

Image

Ostatnia rzecz, którą należy zrobić w Hong Kongu to odwiedzić słynną restaurację Tim Ho Wan, która jest najprawdopodobniej najtańszą restauracją na Świecie, która dostała gwiazdkę Michelin’a. Oto jak tam trafić: jedziecie zieloną lub czerwoną linią metra do stacji Prince Edward. Wychodzicie wyjściem A (stadion) i skręcacie w prawo. Dochodzicie do dużego skrzyżowania z rozwidleniem, ale idziecie cały czas przedłużeniem ulicy wzdłuż której szliście. Po drugiej stronie ulicy wypatrujecie tego znaku z zielonymi literami na białym tle. Jesteście na miejscu!

Image

Restauracja wygląda wewnątrz tak. Ja akurat nie musiałem czekać na miejsce, ale podobno kolejki do wejścia nie są tutaj rzadkością.

Image

Na początek wręczony zostaje kupon zamówienia (totolotek? ;-) ) na którym zaznaczamy co byśmy chcieli zjeść.

Image

Moje wybory to: sajgonki z krewetkami i czosnkiem, gotowane na parze pierożki z wieprzowiną i krewetkami oraz to co każdy zamawia i z czego ta knajpa słynie: pieczone bułeczki nadziewane wieprzowiną BBQ. Na pierwsze zamówione danie czekałem niecałe 10 minut. Były to sajgonki.

Image

Słuchajcie, jeśli dzień wcześniej jadłem najlepsze sajgonki w życiu to nie wiem jak nazwać te – wrócę od Polski i nie będę w stanie jeść tych tłustych polskich odpowiedników sajgonek ;-) Niedługo później stół był już zastawiony kompletem dań.

Image

Pierożki pieczone na parze nie przekonały mnie, ale bułeczki z nadzieniem BBQ przyrządzone lekko na słodko…

Image

… niebo w gębie! Warto było tu przyjść. A na koniec też miła niespodzianka – rachunek łącznie z puszką napoju gazowanego oraz herbatą (zestaw obowiązkowy ;-) ) wyniósł 72 HKD czyli 32 złote. Najedzony i szczęśliwy wracam do hotelu przed zmrokiem, jutro będzie trzeba wcześnie wstać…

Dzień 6 Hong Kong --> Macau (MFM) --> Kuala Lumpur (KUL) AirAsia

Dzień zaczął się dla mnie bardzo wcześnie, gdyż musiałem się dostać do Macau na lot AirAsia do Kuala Lumpur który to miał godzinę wylotu ustaloną na 10.40. Oznaczało to wypłynięcie z portu HK-Macau Ferry Terminal o 6.30. Oto SIDS (od ship? :-) )

Image

Płynę szybkim katamaranem firmy Cotai Waterjet. Zdecydowałem się właśnie na tego przewoźnika, gdyż oferuje on rejsy do portu Taipa, znajdującego się tuż obok lotniska w Macau. Dodatkowo dopłaciłem 80 HKD aby płynąć klasą Cotai First, gdyż gdzieś wyczytałem, że jednym z przywilejów tej klasy jest wyjście z promu przed pozostałymi pasażerami, dzięki czemu jest się pierwszym przy kontroli paszportowej, która w Macau idzie ponoć bardzo powoli.

W terminalu promowym w Hong Kongu stawiam się trochę przed 5.40, nie ma jeszcze nikogo ale sytuacja się zmienia w ciągu około 10 minut – ni z tego ni z owego ze wszystkich stron zaczęły nadciągać tłumy wycieczkowiczów z wycieczek zorganizowanych do Macau. Zrobił się tłum. O godzinie 6.00 otworzyły się drzwi do strefy dla pasażerów i ukonstytuowała się kolejka do kontroli biletów. Na szczęście miałem swój wydrukowany bilet elektroniczny w ręku i miła pani wyłapała mnie z kolejki i zaprosiła do kolejki obok… pustej :-) Natychmiast mnie odprawiła i zaprosiła jako pierwszego do odprawy paszportowej. Jak wspaniale :-) Po drodze do nabrzeża zrobiłem zdjęcie mojego kota (nazwijmy go tak roboczo ;-) ) gotowego do drogi.

Image

Dostaję od Pani w bramce przypisane miejsce przy oknie – 7A na górnym pokładzie. Kabina klasy Cotai First wygląda tak:

Image

Image

Miejsca na nogi jest dużo więcej niż potrzeba, a fotele są bardzo wygodne… rozsiadam się i czekam, a tu nagle krzyki i nerwowe ruchy załogi – nasz katamaran się popsuł i trzeba na szybko przerzucić wszystkich pasażerów do innego. Tak też się dzieje. Było oczywiście trochę zamieszania, ale ląduję z powrotem w fotelu 7A innego „kota”. Tym razem ruszamy. Hong Kong żegna mnie deszczem…

Image

Jaki jest dla mnie Hong Kong? Niesamowicie przyjazny do zwiedzania – wszystkie napisy są powtórzone po angielsku, ludzie są mili i pomocni i nie zachowują się jak typowi Azjaci np. w Chinach. Jest kultura – nie ma plucia na ulicach, głośnego zachowywania się, przepychania się – z mojego punktu widzenia ludzie tu są poziom wyżej niż Chińczycy. A sam Hong Kong nazwałbym najbardziej europejskim z azjatyckich miast. Nie ma tu szoku kulturowego po przylocie, ja jako miłośnik nowoczesnych miast od razu się tu poczułem dobrze.

Ale płyńmy do Macau – miła stewardessa pyta o napój jakiego mam ochotę się napić i czy wolę do jedzenia zupkę chińską o smak kurczaka, czy owoców morza. Wybór pada na tę drugą. Chwilę później wszystko ląduje na moim stoliczku.

Image

Dodam, że gdy wypiłem spirte’a zostałem od razu zapytany czy może chciałbym jeszcze – wszystko na koszt firmy (jak już wcześniej sam zapłaciłem ;-) ). Do Taipa docieramy spóźnieni o tyle samo ile później wypłynęliśmy – dokładnie kwadrans. Droga do lotniska to 1600 metrów wzdłuż płotu, ale z plecakiem wybrałem drogę leniwca – taxi kosztowało 15 MOP, czyli może 7 złotych.
Lotnisko całkiem przyjemne, nieduże.

Image

Odprawa AirAsia odbywała się w samym rogu terminalu. Odprawiane są dwa loty przy dwóch oddzielnych stanowiskach, są też dwa wspólne stanowiska drop off, tylko idzie jakoś strasznie wolno. Osoba przede mną chyba po raz pierwszy leciała samolotem, bo nie mogła zrozumieć do czego służy karta pokładowa. Ze mną poszło już szybciej ;-) Zostałem tylko poproszony o wydruk potwierdzenia lotu wylotowego z Malezji.

Image

Na samym lotnisku nie ma nic ciekawego, jest tylko kilka sklepów raczej drogich marek i salonik biznesowy, do którego wszedłem na kartę Priority Pass na drugie śniadanie.

Image

Długo nie posiedziałem, bo chciałem zrobić zdjęcia samolotów i oto co zastałem: pasiasta lowcostowa konkurencja AirAsia

Image

W tle zaparkowany A321 Air Macau

Image

A tymczasem się rozpadało… i w tym deszczu wylądował mój Airbus A320 9M-AQQ z sharkletami. Jest to pierwszy egzemplarz A320 z tym dodatkiem jaki kiedykolwiek dostarczono liniom lotniczym :-) Szczęście mi dopisuje.

Image

Z powodu deszczu do samolotu zostaniemy zawiezieni autobusem… fascynujące jest co niektórzy pasażerowie potrafią zabrać na bagaż podręczny :-)

Image

Inni mają tak duże podręczne, że w Europie mogło by to nie przejść w tradycyjnych liniach. Wsiadamy!

Image

Image

Samolot ma tylko pół roku co widać. Fotele w stylu starych foteli Wizza

Image

Moje przypisane miejsce to 7A… i jest zajęte przez jakąś chińską parkę na 7A i 7B, mówię więc grzecznie po angielsku że to moje miejsce, ale pokazują że nie rozumieją. Odpuszczam, polecę dziś przy przejściu.
Pora przygotować się do lotu.

Image

Parka obok mnie uparcie w czasie startu gra w jakąś grę na ipadzie, mimo że byli proszeni wielokrotnie o wyłączenie go na czas startu. Gdy po starcie zaczynają oglądać Dr. House’a po angielsku bez napisów wkurzyłem się – okazuje się, że świetnie mówią po angielsku, tylko nie wszystko do nich dociera. Jednak z kontynentalnych Chin jest dużo bliżej do Macau niż do Hong Kongu…

Image

Sporo osób zamówiło robiąc rezerwację dodatkowe jedzenie

Image

Jak oceniam ten niemal 4-godzinny lot? Bardzo dobrze. Uważam, że AirAsia całkowicie sobie zasłużyła na tytuł najlepszego lowcosta na Świecie. Miło, z uśmiechem, bez sytuacji czepiania się o każdy centymetr bagażu podręcznego i bez zawracania głowy pasażerom co chwilę.

Image

Lądowanie dość twarde, Load Factor na tym locie to około 70%.
W Kuala Lumpur lądujemy na tymczasowym terminalu Low Cost Carrier Terminal (LCCT) z którego korzystają właśnie AirAsia i Tiger Airways. A sam terminal jest bardzo… lowcostowy ;-) Rządzi tu prowizorka i blacha falista.

Image

Do hali przylotów trzeba się przespacerować… długo przespacerować. Choć gdybym chciał to mógłbym skręcić do terminalu przylotów krajowych – nikt tego nie sprawdzał kto gdzie idzie i skąd, bo za dużo ludzi się kręciło ;-) Po drodze mijam takie oto widoki:

Image

Jest też „wydział zamorski”, czyli A330 Air Asia X, dalekodystansowej odnogi AirAsia.

Image

Kontrola paszportowa poszła bezproblemowo, chwilę później byłem już na zewnątrz i znowu mnie czekał spacerek do autobusu do stacji Kuala Lumpur Sentral, czyli węzła komunikacyjnego tego miasta. Korzystam z firmy SkyBus za pomocą rezerwacji zrobionej przez AirAsia.

Image

Na Sentral nie dość, że jechaliśmy ponad 2 godziny (odległość plus korki) powiem szczerze, że trochę „zbaraniałem”. Wiedziałem jak dojechać metrem do mojego hotelu, ale ilość operatorów różnych kolejek i słabe oznaczenie stacji spowodowały że wziąłem taksówkę. I w sumie dobrze zrobiłem, za tę wygodę zapłaciłem 13 MYR.

Pół godzinki na przestudiowanie mapy połączeń w mieście i rozgryzienie dojazdu do centrum i jadę do celu dzisiejszego zwiedzania. Chyba najbardziej rozpoznawalnego miejsca w mieście.

Image

The Petronas Twin Towers

Image

Dzień wcześniej zarezerwowałem bilety na taras widokowy na dziś na 20.00. Był to bardzo opłacalny ruch, gdyż kosztują one tyle samo, a ma się pewność wejścia do wież. Gdy przybyłem na miejsce nie było już dostępnych żadnych biletów na dziś w normalnej sprzedaży. Czekając do 19.45 (godzina zbiórki) udałem się na oglądanie wystaw w wielkim centrum handlowym zlokalizowanym na dolnych piętrach Petronas Towers. Kuala Lumpur jest podobno cenionym miejscem zakupowym – mają tu chyba najwięcej centrów handlowych na kilometr kwadratowy na Świecie.

Image

W końcu doczekałem się ósmej wieczorem. W momencie oddania do użytku (1998 rok) aż do 2004 roku były najwyższymi budynkami na Świecie. Wieżowce mają po 451,9 m i nadal są najwyższymi budynkami bliźniaczymi. Są chyba najbardziej charakterystycznym symbolem Kuala Lumpur. Wycieczka zaczyna się od wjazdu na charakterystyczny most łączący wieżę 1 i wieżę 2.

Image

Most ma dwa poziomy, długość 58 metrów i nie jest sztywno połączony z żadną z wież, przez co czuć jego wibracje i słychać pracę podpór pod nim. Sam most waży niecałe 750 ton. Niestety ze względu na oświetlenie najłatwiej było fotografować… samego siebie.

Image

Ale kilka ujęć wyszło…

Image

Image

Co ciekawe, żeby przyśpieszyć prace dwie wieże były budowane przez dwie firmy – jedną było konsorcjum z Japonii, a drugą koreański Samsung Group.
Na moście mamy około 15 minut. Później jedziemy na poziom 86, najwyższy dostępny dla ludzi w wieżach Petronas. Nad nami tylko dwa piętra techniczne.

Image

Jak stwierdził nasz przewodnik, to jedyny tak wysoki budynek, z którego można go zobaczyć przez okno.

Image

Jeszcze dwa zdjęcia na pożegnanie z Petronas Towers i do hotelu.

Image

W pełnej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/4xvtyyu3hvoog2e/IMGP5517.JPG

Image

W pełnej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/q4lbpw8owmojn2a/IMGP5519.JPG
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 13 Sie 2014 13:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Wrz 2013
Posty: 495
Loty: 35
Kilometry: 111 384
fajnie się zapowiada;)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 13 Sie 2014 13:39 

Rejestracja: 07 Sie 2013
Posty: 418
Loty: 177
Kilometry: 387 374
niebieski
Również czekam na dalszą część. Dzięki za info o darmowy autobusie ze stacji metra, jak się okazało HIX Soho, w którum będę w listopadzie, również jest na liście i nie będę musiał tułać się z bagażami.
Z niecierpliwością czekam na dalszą relację, szczególnie BKK, będę miał podobną ilość czasu.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 13 Sie 2014 13:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
Dzień 7 Kuala Lumpur

Na dzisiejszy dzień miałem bardzo rozbudowane plany, jednak miasto rzuciło mi chyba wszystkie możliwe kłody pod nogi. Co się działo? Zapraszam do przeczytania kolejnego odcinka mojej relacji :-)

Dzień rozpoczynam od opracowania planu – myślałem, że jak się sprężę to zdążę pojechać nawet do Batu Caves na obrzeżach miasta, jednak do tego wszystko musiało by iść jak z płatka podczas zwiedzania. Żeby zaoszczędzić czas zdecydowałem, że do pierwszej atrakcji tego dnia, czyli Świątyni Thean Hou pojadę taksówką. Pod moim hotelem na postoju taksówek nazwa ta jednak nic nie mówiła żadnemu z taksówkarzy, pokazałem więc zdjęcia i miejsce zaznaczone na mapie (z małym obrazkiem na mapie, żeby było charakterystyczniej). W końcu jeden stwierdził, że już wie które to miejsce i zawiezie mnie tam za 25 RM. Cena zawyżona mniej więcej dwukrotnie, ale niech mu będzie – i tak nie majątek na taką odległość. Jedziemy!

Na początku wszystko układało się dobrze, śledziłem naszą trasę na otwartej na tylnym fotelu mapie i wszystko się zgadzało, widziałem że jesteśmy już przy stacji kolejki podmiejskiej najbliższej świątyni, jednak widziałem też, że taksówkarz zaczął kręcić się w kółko. W końcu pokazał palcem na małą raczej karykaturę świątyni między dwoma centrami handlowymi i mówi „Temple! Temple ok?”. Nie, nie ok, chcę do innej świątyni i pokazuję mu na mapie. On patrzy, cmoka i wyszło, że na mapach to się nie zna, ale nie wie gdzie jest akurat ta świątynia. Pokazuję mu na mapie stację metra, którą minęliśmy żeby się zorientował gdzie jesteśmy. „Aaa! Metro! Metro ok?”. Przyznam szczerze, że wymiękłem i wyszedłem przy metrze. Czekało mnie przynajmniej pół godziny spaceru w pełnym słońcu – no trudno.

I tu zaczęły się kolejne schody – idąc według mapy widziałem Świątynię, jednak cały czas byłem sporo poniżej jej poziomu, podszedłem jedną drogą pod górkę, która wg mapy mogła prowadzić do świątyni – nie, to nie ta. Zapytany miejscowy nie wie nic poza „temple no possible”. Inna, równoległa droga – to samo. Po drodze spotykam równie wkurzoną rodzinę z Austrii która szła tą samą drogą co ja (co oznacza tylko tyle, że źle planu nie czytałem). Krótka rozmowa – powiedzieli, że wcześniej przylecieli z Hong Kongu (hihi) i Kuala Lumpur wydaje im się bardzo słabe do zwiedzania – mam te same odczucia.

Obeszliśmy całą górkę dookoła wychodząc poza mapę (ulotkowa mapa turystyczna) i w końcu dotarliśmy do celu. To chyba 4 droga pod górkę tego ranka pod którą podchodziłem przez tego taksówkarza. W końcu ukazał mi się taki widok:

Image

Świątynia buddyjska utrzymana jest w innym stylu niż te znane mi do tej pory – nie króluje już w niej czerwień i pomarańcz, jest więcej koloru białego, pojawia się też zieleń.

Image

Image

Image

Pora jechać dalej – kierunek dworzec KL Sentral. Podchodzę po kolei do każdej taksówki jaka tam stoi mając w głowie, że przyjechałem przez pół miasta za 25 RM. Kurs do Sentral nawet po zawyżonej cenie nie powinien kosztować więcej niż 10 RM-15 RM. Taksówkarz mówi 20, ja odparłem że 15 albo jedziemy na taksometr – ten tylko na mnie spojrzał, zaczął się śmiać i zamknął szybę. Następny rzucił 40 RM, to tym razem ja go wyśmiałem, że to przecież blisko. Stwierdził, że wie ale co z tego. No to się wkurzyłem i stwierdziłem że idę do kolejki Monorail, która wydawała mi się najbliższa świątyni. Droga nie była krótka i prowadziła wzdłuż dość ruchliwej ulicy. Kuala Lumpur niestety nie jest miastem dla pieszych – brak jest przejść, a chodniki potrafią skończyć się ni z tego ni z owego. Na razie naprawdę ciężko mi się zwiedza to miasto.

W końcu widzę stację kolejki. W KL jest kilku operatorów systemu transportu – mamy podmiejską kolejkę Komuter (grantaowe linie), system metra LRT i zieloną linię kolejki Monorail. Wszystko teoretycznie jest w jednym systemie biletowym, jednak jest kilka rzeczy na które należy uważać – np. przesiadki na stacji Sentral. Automat biletowy sprzeda Wam z przyjemnością żeton z zakodowanym biletem na całą trasę po pełnej cenie, jednak żeton ten zostanie Wam zabrany na bramce na Sentral gdy będziecie próbowali przejść z kolejki Monorail do głównego dworca (odległość około 500 metrów). Dlatego należy kupować na takie przesiadki dwa oddzielne żetony, co paradoksalnie może wyjść przy ich systemie biletowym tańszym rozwiązaniem.

A oto Monorail:
Image

Spacerek do KL Sentral i tam muszę kupić kolejny bilet – trzeba się ustawić w kolejce do automatu. Automaty z zielonym napisem działają w pełni, z żółtym nie przyjmują banknotów lub nie wydają reszty, a z czerwonym są nieczynne.

Image

Gdy osoba przede mną podeszła do automatu serce mi stanęło w gardle, bo nagle napis z zielonego zmienił się na żółty, informując że maszyna nie przyjmuje banknotów. Już widziałem konieczność ustawienia się w innej kolejce, ale na szczęście chwilę później wszystko wróciło do normy.

Gorzej mieli Rosjanie z kolejki obok, którym ich biletomat wyłączył się im przed nosem. Mina tych osób była bardzo zbliżona do tej jaką miałem przed chwilą.

Jedziemy jedną stację metra i spacerkiem udajemy się na Plac Niepodległości

Image

Image

Image

Przy placu znajduje się charakterystyczny budynek Sułtana Abdula Samada służący jako siedziba Sądu Najwyższego w Kuala Lumpur.

Image

Nieopodal, przed Miejską Galerią znajduje się oto takie miejsce do robienia zdjęć – ja osobiście nie mam przekonania :-)

Image

Pora iść na przechadzkę do parku Taman Tasik, Na jego skraju mijam narodowy meczet Malezji.

Image

Pomyślelibyście, że jedno z tych drzew to nie drzewo? ;-)

Image

Dookoła parku zgromadzone są różne atrakcje turystyczne – Park Orchidei, Park Hibiskusa, Park Ptaków, Muzeum Policji, planetarium – to tylko część z nich. Jednak po drodze należy uważać na małpy :-)

Image

Ja z tych atrakcji wybrałem park ptaków. Wejście kosztuje 48 RM. Park według swoich własnych plakatów posiada największą na Świecie ptaszarnię i mogło by się to zgadzać, bo jest ogromna. Poniżej kilka zdjęć z parku.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ostatni punkt dzisiejszego programu do wizyta na Chinatown i najbardziej znanej ulicy handlowej w tej części miasta – Petaling Street.

Image

Znajdziecie tu prawie wszystko, ale najwięcej jest tekstyliów (koszulki, torebki, walizki)…

Image

…i zegarków

Image

Jedzenia za to było nie wiele – zdanie „najlepsze kasztany są na Petalling Street” jakoś mi nie brzmi.

Image

No i na koniec ciekawostka. Malezyjski prawie iPhone prosto z Chin za 650 RM – taniej się nie znajdzie ;-)

Image

Pora wracać do hotelu, jutro mam wylot do Kambodży o 6.40… że też ja sobie sam zabookowałem ten lot ;-) Oznacza to wyjście z hotelu o 3.40, ale nie spać! Zwiedzać!

Przed wejściem do hotelu zamówiłem sobie jeszcze taksówkę na poranek – mam zapłacić 40 RM, w normalnych warunkach powinienem zapłacić około 20, ale nie ma jak negocjować.

Podsumowując, Kuala Lumpur wydaje mi się bardzo słabym miastem do zwiedzania, albo ja miałem takiego pecha. Jest nieprzyjemne dla pieszych, słabo oznaczone, taksówkarze oszukują i nie wiedzą dokąd jadą. Ludzie także nie wydają się za przyjaźni. Zdecydowanie najbardziej podobały mi się Petronas Twin Towers. Niestety nie dotarłem do Batu Caves, które wydają mi się także ciekawym celem zwiedzania.

Dzień 8 Kuala Lumpur --> Siem Reap Air Asia

Dwie godziny snu i w drogę taksówką do do KL Sentral. Dopóki nie otworzą na lotnisku terminalu KLIA2 przeznaczonego dla tanich linii lotniczych, jedyną sensowną drogą do terminalu LCC jest podróż autobusem (aktualizacja: KLIA2 już jest otwarte :) ) – można skorzystać ze SkyBusa (na niebo bilety sprzedaje AirAsia) lub z konkurencyjnego AeroBusa. Ten drugi jest tańszy. Wyjeżdżamy o 4:00, na miejscu jesteśmy tuż przed 5:00. Na LCCT ruch już w pełni.

Image

Nic dziwnego, niedługo wystartuje pierwsza fala wylotów AirAsia.

Image

Bagaż oddajemy w dowolnym stanowisku check-in w naszej strefie. Kambodża i kilka innych krajów to stanowiska R1-R10.

Image

Jeśli kogoś to ciekawi, to reszta stanowisk międzynarodowych wygląda o tak:

Image

Stanowiska krajowe oraz AirAsia X znajdują się w sąsiedniej hali.

Ja miałem kartę pokładową wydrukowaną w domu, ale jeśli takowej się nie ma to karta wydawana jest na papierze termicznym i przypomina paragon ze sklepu. Odprawić się można także w terminalach samoobsługowych lub przez telefon i odebrać kartę pokładową skanując kod QR wygenerowany przez stronę AirAsia prosto z ekranu urządzenia

Image

Dość wolna odprawa paszportowa oraz security, zjazd schodami ruchomymi w dół i już jesteśmy w hali odlotów międzynarodowych.

Image

Po zeskanowaniu karty pokładowej należy zwrócić uwagę na ekranie na którym stanowisku stoi nasz samolot. Mój stoi na F071.

Image

Oczywiście karty pokładowe będą sprawdzane przed samolotem, więc nie sposób wejść nie do swojego. My lecimy Airbusem A320-200 9M-AQS, który został odebrany przez linię w grudniu 2012 roku.

Image

Tym razem miejsce 27F, przy oknie – i nawet nikt mnie nie podsiadł ;-)

Image

Obserwacja jak kolejne czerwone Airbusy są wypychane spod LCCT jest ciekawym zjawiskiem. Wszystkie kołują sznurkiem pod drogę startową. Tymczasem na „dorosłym” lotnisku nie widać jeszcze żadnego ruchu. W tle KLIA2, miałem z niej lecieć, ale jest ciągle w budowie. Co ciekawe będzie tam most dla pasażerów, pod którym będą się mieściły A320 i 737.

Image

Lecimy! Zaraz za Kuala Lumpur wylatujemy z chmur.

Image

Nie zajęło mi długo, żeby zasnąć. Obudziłem się już podczas zniżania. Widoki za oknem: zieleń Kambodży.

Image

Image

Witamy w Królestwie Kambodży! Dzięki Air Asia – zgadzam się ze SkyTraxem. Zasłużyli na miano najlepszego LCC.

Image

Obok nas stoi ATR72 narodowego przewoźnika Kambodży – Cambodia Angkor Air. Będziemy go testować jeszcze w tej relacji ;-)

Image

Lotnisko w Siem Reap wita! Do Kambodży potrzebna jest wiza – można ją kupić po przylocie, ale wygodniej załatwić ją przez Internet. e-Wizę drukuje się w domu i przywozi ze sobą na lotnisko. Kosztuje ona 28 USD. W ogóle w Kambodży dolar jest preferowaną walutą. Za kurs na skuterze do mojego hotelu zapłaciłem 3 USD. O jeden więcej niż normalnie, ale mój hotel jest na drugim skraju miasta niż lotnisko.

Image

Hotel jest świetny mimo, że płacę tylko 20 USD za dobę. Oto widok zza okna:

Image

Nie wiem czemu, ale Kambodża mi się już podoba. Ludzie są bardzo mili i wydają się być pomocni. Nie brakuje też zieleni. Chwila na odpoczynek i ruszamy w miasto.

Image

Do miasta wyruszyliśmy tuktukiem – każdy kraj ma inne wyobrażenie tego środka transportu. Tutaj tuktuk to skuter z przyczepką.

Image

Miejsce gdzie skupia się turystyczne życie miasta to Old Market

Image

Ale zanim wejdę do środka robię sobie spacerek po okolicy. Niektóre sklepy, które napotkałem są… dziewne. Komuś krokodyla?

Image

Chodząc po mieście trafiam na świątynię buddyjską Wat Preah Prohm Rath Pagoda.

Image

W środku można znaleźć ciekawe rzeźby.

Image

Image

Idziemy z powrotem do centrum wzdłuż rzeki…

Image

Wchodzimy do wspomnianego już wcześniej Old Market. Znajdziemy tu przede wszystkim tekstylia – w każdym kraju sprzedawcy mają swój ulubiony zwrot do wołania klientów, tutaj jest to „Something here?”

Image

Centralna część Old Market to typowe targowisko z owocami i warzywami…

Image

Image

…z miejscem gdzie można coś przekąsić…

Image

… a nawet z działem mięsnym ;-)

Image

Idąc w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do zjedzenia obiadu mijam niezliczone salony masażu. Całkiem tanio – masaż stóp to 1 USD za 10 minut do 4 za godzinę.

Image

Jeśli ktoś lubi coś mniej konwencjonalnego to można też nakarmić rybki

Image

Tymczasem pora coś zjeść – w Siem Reap jest cała ulica poświęcona restauracjom i kafejkom – Pub Street.

Image

Wybrałem restaurację Khmer Family serwującą dania z kuchni kambodżańskiej. Na początek sajgonki – nie smażone, świeże ;-) pycha.

Image

Danie główne to curry po kmerowsku z wieprzowiną.

Image

Na początku nie mogłem się przekonać, ale z każdym łykiem smakowało mi coraz bardziej. Skończyłem absolutnie zadowolony :-) Przeszkadzały mi tylko żebrzące dzieciaki podchodzące do klientów restauracji, na szczęście nie są tak nachalne jak na przykład te w Indiach.

-- 13 Sie 2014 13:40 --

Dzień 9 Siem Reap - Angkor

Dziś będzie mało gadania, dużo zdjęć :-) Od samego świtu zwiedzam kompleks Angkor – czyli teren dawnego Państwa Khmerów, istniejącego od 802 do 1432 roku. Nazwa Angkor nie oznacza nic innego jak „miasto”. W dzisiejszym języku Khmerów Angkor oznacza „stolicę” lub „święte miasto”. Kompleks Angkor tworzy duża liczba kamiennych budowli rozciągająca się na terenie 400 km2. Uważa się, że przed rewolucją przemysłową było to największe miasto Świata, a żyło w nim około miliona mieszkańców. Najbardziej znaną budowlą w kompleksie jest Angkor Wat – czyli świątynia Angkor.

Wejście do kompleksu na jeden dzień kosztuje 20 USD, na do 3 dni 40 USD, a na do tygodnia 80 USD. Bilety mają nadrukowane zdjęcie odwiedzającego i są sprawdzane prawie na każdym kroku. Ze względu na rozległość terenu Angkor warto wynająć tuktuka z kierowcą lub sam rower, by łatwiej się przemieszczać.

Znaną atrakcją turystyczną jest świt nad Angkor Wat. Turyści gromadzą się co rano, by zrobić zdjęcia wstającego Słońca, które pojawia się za świątynią.

Image

Ale dziś mamy pecha – chmury zasłaniają Słońce.

Image

Tłum zawiedzionych fotografów. Połowa to Japończycy.

Image

Nici z ładnego wschodu, więc idę zwiedzać świątynię.

Image

Image

Image

Image

Słynne miejsce za sadzawką do robienia zdjęć świątyni. Na żywo nie prezentuje się ona tak rewelacyjnie jak na zdjęciach z Internetu ;-)

Image

Image

Kolejną świątynią, którą odwiedzam jest położona w centrum starożytnego miasta Bajon z wyrzeźbionymi na wieżach uśmiechniętymi twarzami Buddy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Idziemy dalej mijając fragmenty miasta Angkor Thom, będącego ostatnią stolicą państwa Khmerów i charakterystyczne wystające z ziemi wieże.

Image

Image

Image

Mi osobiście najbardziej podobała się świątynia, którą zawsze brałem (mylnie) za Angkor Wat. Jest to sukcesywnie niszczona przez wyrastające z niej drzewa świątynia Ta Prohm nazywana przez wszystkich Tomb Raiderem, z której to gry dużo osób ją kojarzy :-) Kto grał w Uncharted też będzie wiedział o co chodzi.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Świątynia ma także swoich tajnych lokatorów ;-) Próbują się ukryć, ale tym razem się nie udało.

Image

Z moim driverem jadę do kolejnej świątyni

Image

Image

W Angkor przygotujcie się na to, że otoczą Was dzieciaki próbujące Wam sprzedać różne rzeczy. „Do you need a book?” „Cold drink here” itp. W sumie wolę tak niż żebraków, ale zauważyłem, że tym młodsze dziecko tym bardziej napstliwe. Niedobra tendencja.

Image

Ja tymczasem wracam do hotelu odespać krótką noc. Jeśli chodzi o Angkor to bardzo polecam poranne zwiedzanie, dopiero około 10.00 zaczęły się pojawiać hałaśliwe i liczne jeśli chodzi o ilość uczestników wycieczki skutecznie utrudniające fotografowanie. Popołudniu budzi mnie hałas skuterów, krzyki i nawoływania. Wyglądam więc za okno i widzę coś takiego. Chyba to nie protest, bo ludzie wydają się być bardziej szczęśliwi niż agresywni. Ciekawe o co chodzi.

Image

Tymczasem ja czekam jeszcze pół godziny i biorę tuktuka by zobaczyć zachód Słońca nad Angkor Wat. Tak, tak. Ja wybieram Angkor Wat mimo, że jest to mało popularna opcja – na ogół zachód słońca podziwia się nad Bajon, ale ja chciałem zrobić zdjęcia Angkor w złotym świetle, które powinno się pojawić gdy Słońce zachodzi dokładnie naprzeciwko świątyni. W drogę! W okolicy świątyni doganiamy konwój, który widziałem z okna. Okazało się, że to jakiś zlot Kambodżańskiej Partii Ludowej.

Image

Image

Wiedząc, że mam jeszcze trochę czasu do zachodu Słońca, wybrałem się w tłum. Atmosfera jak na rockowym koncercie – wszyscy skandują, śpiewają i się cieszą.

Image

Image

Pora wrócić nad bajorko przed świątynią – niestety Słońce zachodziło za chmurami, wiedząc że dzień wcześniej niebo było całe w chmurach nie wybierałem się na zachód Słońca już wtedy, mimo że można to zrobić bez biletu (nikt nie sprawdza). Kupując bilet na jeden dzień po godzinie 16.00 dostaje się z resztą bilet na dzień kolejny. Wracając do robienia zdjęć świątyni - zdjęcie, które uzyskałem wygląda znacznie lepiej niż to co widziałem przed oczami, ale to ciągle nie to co miało być. Słońce nie chciało oświetlić Angkor Wat swoimi złotymi promieniami. Trudno.

Image

Na wieczór wybrałem się oczywiście na kolację :-) Krokodyla musiałem chwilę poszukać, ale udało się ;-) Na początek namy, czyli coś podobnego do sajgonek.

Image

A później sam pan krokodyl w wersji BBQ :-)

Image

Wydaje mi się, że krokodyl został trochę za długo ugotowany/usmażony, bo nie był tak delikatny jak krokodyl jakiego jadłem w Australii. Ale i tak pycha :-) Umiejscowiłbym go w smaku między indykiem, a wołowiną.

To by było na tyle jeśli chodzi o ten dzień – mam nadzieję, że nie przeciążyłem Wam łącz zdjęciami :-)

Dzień 10 Siem Reap --> Phnom Penh // Cambodia Angkor Air (K6)

Dzień dobry! Kolejny dzień, a ja znowu wstaję skoro świt by ruszyć na kolejny lot. Tym razem lecę do stolicy Kambodży – Phnom Penh. Dostać się do stolicy można na trzy sposoby – lot samolotem jest dla nas fanów latania najbardziej oczywistym sposobem – koszt biletu to 99 USD i na miejscu jesteśmy po pół godzinnym locie. Można też próbować łodzią (35 USD) lub busem (około 10 USD w zależności od firmy). Obie te opcje to około 5-godzinna podróż – ja tego czasu nie miałem. A z resztą – i tak wolałem polecieć ;-)

Lot zarezerwowałem na stronie przewoźnika – oczywiście cena podana na stronie nie jest ceną finalną, przy płatności pojawiają się różne dopłaty i suma wyszła na poziomie 99 USD za przelot w jedną stronę. Wybrałem rejs w okolicach 9.00, jednak w związku z jego odwołaniem przerzucono mnie na poranny rejs o 6.00. Napisałem do nich ładnego maila z prośbą o przesunięcie mojej rezerwacji na późniejszy rejs i po 3… miesiącach (tak, nie mylicie się, miesiącach) odpisali, że nie ma problemu i tak oto lecę rejsem K6 102 o 10.15.

Terminal krajowy na lotnisku Siem Reap jest bardzo przyjemny – 7 stanowisk odprawy biletowo-bagażowej, w tym dwa jedyne używane w tym czasie przeznaczone zostały na nasz lot. Coś czuję, że nie będzie tłumu w samolocie – w hali oprócz mnie widzę 4 osoby. Wszyscy o niekambodżańskiej urodzie. Odprawa bardzo sprawna - trzy minuty i już mam kartę pokładową w ręku. Miejsce 14 D przy oknie :-) Super.

Image

Kontrola bezpieczeństwa szybka, bez żadnej kolejki. Jestem już po stronie airside i nadal tłumów nie widać.

Image

Samolot na dzisiejszy lot to ATR72-500 XU-235.

Image

Samolot lata od 2009 roku, jednak jego wnętrze wskazuje raczej, że jest dużo starszy. Zwłaszcza plastikowe elementy w kolorze kości słoniowej (jak stare komputery). Fotele też nie wyglądają na młode.

Image

Image

Image

Na początek rozdane zostają chusteczki odświeżające. Jak widać miejsca na nogi nie ma za wiele.

Image

I lecimy! Siedzę w tylnej części kadłuba i już się przyzwyczaiłem, że przeciążenie przy starcie jest tu większe niż w innych miejscach w samolocie, ale to był jakiś rekord w moich lotach. Może dlatego, że samolot leciał prawie na pusto – do samolotu wsiadło 19 pasażerów, więc Load Factor na tym odcinku wyniósł zaledwie 28%.

Błyskawicznie po starcie zostaje zaserwowane śniadanie w takim oto pudełku:

Image

nętrze zdradza niewielką zawartość, ale lot jest krótki – można zrozumieć. Na śniadanie bułka maślana ze słodkim nadzieniem (nie zidentyfikowałem smaku) oraz woda.

Image

Pora na rzut oka na gazetkę pokładową – dowiaduję się, że płaca minimalna niedługo wyniesie 80 USD miesięcznie, a PKB jest spodziewane, że urośnie o 7% do wartości 1080$/os rocznie.

Image

W gazetce znalazło się sporo artykułów informacyjnych o Siem Reap i Phnom Penh, jednak nie dość że zawierają literówki, to są przedrukowywane i niemodyfikowane od co najmniej 2011 roku. Nie ma też informacji o flocie, ale wiadomo, że K6 posiada 2 ATRy 72 oraz 4 sztuki Airbusów A321.

Tymczasem podchodząc do lądowania pierwszy raz widać Mekong.

Image

I jesteśmy na miejscu. Odbiór bagaży w ciekawej scenerii z fajnymi widokami na sadzawkę z fontanną.

Image

Pakuje się do tuktuka i jadę do miasta. Kurs tuktuka z lotniska do centrum ma stałą cenę, która wynosi 7 USD, choć kierowcy kombinują jak mogą by wyciągnąć więcej.

Image

Mój hotel znajduje się w centrum atrakcji, czyli tuż przy Pałacu Królewskim. Tuż przed hotelem znajduje się plac z pomnikiem przyjaźni kambodżańsko-wietnamskiej.

Image

A przy nim ludzie się zbierają na kolejny wiec partyjny. Wydaje mi się, że w Kambodży zbliżają się wybory w których i tak wiadomo kto wygra.

Image

Najważniejsze miejsca do obejrzenia w Phnom Penh nie są oddalone zbyt daleko od siebie, więc postanowiłem że zwiedzę wszystko na piechotę.

Nie mogłem się jednak opędzić od kierowców tuktuków, którzy są tu dużo bardziej napastliwi niż w Siem Reap. Konkurencja jest tu większa, a każdy chce znaleźć sobie dobrze płatny (w dolarach ;-) ) kurs. Co nie zmienia faktu, że kierowcy są i tak bardzo mili.

Pierwszy punkt programu dzisiejszego spaceru po mieście to Monument Niepodległości.

Image

Tuż za nim znajduje się świątynia Wat Lang Ka, jednak można ją zobaczyć tylko z zewnątrz.

Image

Dostępu strzeże trochę przestraszony turystami lew.

Image

Idę opędzając się od kierowców tuktuków do Pałacu Królewskiego. Niestety Pałac także jest zamknięty na cztery spusty.

Image

Image

Image

Image

Obok pałacu świątynia… zamknięta… Na szczęście obiektyw aparatu mieści się idealnie w dziurze w bramie.

Image

Image

Tuż obok kompleksu pałacowego znajduje się najważniejsza w Phnom Penh świątynia Wat Ounalom. Prawdę mówiąc nie prezentuje się ona jakby miała być ona najważniejsza.

Image

Image

Spacerek biegnie trasą wzdłuż Mekongu. Władze Phnom Penh urządziły tutaj bardzo fajną promenadę z miejscem do ćwiczeń. Po drugiej stronie ulicy jest dużo barów i knajpek.

Image

Postanowiłem, że trzeba się ochłodzić ;-) Zwróćcie uwagę na dziwną pojemność butelki coli.

Image

Przed Państwem skyline Phnom Penh. Cały? Cały! Dwa wieżowce, jeden stary, drugi niedokończony (i nic się przy nim nie dzieje).

Image

Nawet jeśli nie mają wieżowców, to nadrabiają na pewno wysokością krawężników. W niektórych miejscach nie da się podjechać bez pomocy…

Image

Ja idę jednak dalej, aż w końcu trafiam do najdalszego punktu od mojego hotelu na mojej trasie. Jest to świątynia Wat Phnom.

Image

Jeśli jesteś zza granicy, to wejście na górę kosztuje 1 USD. Na zboczu pod świątynią znajduje się ciekawy zegar i wielka rzeźba kobry – symbolu szczęścia.

Image

Powolutku idę na górę… robiąc zdjęcia ;-)

Image

Image

Jesteśmy w środku. Wat Phnom oznacza górską pagodę. Nic dziwnego – jest to najwyższy obiekt religijny w mieście. Żeby zapewnić sobie szczęście wypada tutaj zostawić ofiarę, dlatego też każdy Budda ma swojego zaskórniaka.

Image

Ostatni punkt programu to Central Market. Z zewnątrz przypomina mi trochę Halę Stulecia we Wrocławiu. No, trochę jest mniejszy ;-)

Image

W środku to co zwykle na targowiskach – ciuchy, biżuteria, zegarki i trochę elektroniki. Jest też całe skrzydło z produktami domowymi.

Image

Wracamy do hotelu. Panowie w wolnych chwilach oddają się grze w szachy (chyba szachy).

Image

Natomiast uczniowie po ciężkim dniu siadają pod szkołą do obiadu na stołówce pod gołym niebem.

Image

Idąc do hotelu zaglądam do kilku sklepów z elektroniką otaczających Central Market. Telefony komórkowe kosztują mniej więcej tyle samo co nowe egzemplarze w Polsce na allegro. W jednym ze sklepów (co ciekawe specjalizującym się w Apple) zobaczyłem, że leży na sprzedaż jakaś lustrzanka Pentax, wszedłem do środka i okazało się, że kosztuje ona 780 USD. Jest to dużo wyższy model od mojego aparatu i był to oczywiście nowy komplet, z pudełkiem i kompletem akcesoriów oraz międzynarodową gwarancją. Wydawało mi się to małą kwotą za akurat ten aparat, ale postanowiłem że sprawdzę w hotelu czy miałem rację.

Idę więc spacerkiem do hotelu. Po drodze mijam różne ministerstwa i biura rządowe – jest też jednostka przeciwdziałania korupcji w Kambodży, takie ichnie CBA. Także wiecie ;-) Jeśli coś ktoś wie, to ten tego… no… wrzucamy tutaj ;-)

Image

Po drodze jeszcze kilka zdjęć na placu obok Pomnika Przyjaźni Kambodżańsko-Wietnamskiej.

Image

Image

W hotelu okazało się, że model aparatu, który widziałem wcześniej w sklepie najtaniej w Polsce można dostać za około 4400 zł, więc bez większego zastanawiania łapię kierowcę tuktuka i jedziemy do sklepu. Aparat oczywiście przetestowałem na moich obiektywach i wszystko było z nim w porządku. Czym prędzej go kupiłem i trzymając pudełko pod pachą wskoczyłem ucieszony jak dziecko do tuktuka mając nadzieję, że nie stwierdzą w sklepie, że się pomylili z tą ceną. Z resztą sklepikarze widząc mnie wsiadającego do tuktuka i to jak się cieszyłem też mieli niezły ubaw :-)

Dzień 11 Siem Reap --> Singapur // TigerAir

Tak, tak – połowa wyjazdu minęła. Znowu zmiana miejsca – poprzedniego dnia rutynowo sprawdzałem moją rezerwację w Tiger Air… no właśnie – ucięło „ways” (to pierwszy tydzień w którym latają z odświeżonym wizerunkiem). Okazało się, że w mojej rozpisce czasowej wyjazdu nie poprawiłem zmiany godziny tego lotu, a umówiłem kierowcę tuk tuka godzinę za późno. No trudno, będzie musiał przeżyć. Wychodzę z hotelu, a tu nieee – stoi już skubany. Jak gdyby nigdy nic przepraszam go za spóźnienie (5 minut po pełnej godzinie – co z tego, że godzinie wcześniej niż się umówiliśmy) i jedziemy na lotnisko.

Trasa biegnie wzdłuż promenady nad Mekongiem, gdzie mimo wczesnej godziny (6.00 rano) ludzie już są aktywni.

Image

Na lotnisko docieramy na dwie godziny przed planowaną godziną odlotu. Jak widać na FIDS-ie, wiele lotów jest tu odwoływanych. Na szczęście nie mój.

Image

Nasz lot odprawiany jest na 3 stanowiska. Tigerair nie pobiera opłaty za checkin na lotnisku, gdyż na mało które loty pozwala się odprawić przez Internet. Na mój na pewno nie. Moje miejsce wybrałem sobie podczas rezerwacji (kosztowało to jakieś grosze) i jest to 29A

Image

Na lotnisku za kontrolą bezpieczeństwa ceny są już iście zagraniczne – kanapka w kafejce to 5 USD. Kolejny odcinek relacji załadowany przez bezpłatne wifi, więc pora na boarding:

Image

Idziemy do samolotu – nasz tygrysi A320 9V-TRH już czeka na przyjęcie pasażerów na pokład. Podpięty do rękawa – to miłe jak na LCC. Przechodząc przez bramkę zerknąłem na komputer obsługi gate’a i widzę, że zeskanowano już 24 karty pokładowe, 50 zostało. 74 osoby na pokładzie dają load factor tylko 41%. Duzo się naczytałem by uważać na limity bagażu podręcznego w TigerAir, bo są jak azjatycki Ryanair, ale nikt nic nie sprawdzał. Jak zwykle przechodziły takie "podręczne" że robiłem wielkie oczy.

Image

Wnętrze A320 jak to A320 z nowszym wnętrzem :-) Nie mam jak pisząc te słowa sprawdzić wieku tej maszyny, ale na pewno jest świeża.

Image

Image

Fotele są raczej twarde, a miejsca na nogi tyle co kot napłakał. Stewardessy co chwilę przypominają, że jak mało miejsca to za drobną opłatą zapraszają do rzędów z wyjściem ewakuacyjnym.

Image

Image

Na pokładzie wita nas kapitan Andrew i pierwszy oficer o tym samym imieniu. Zauważyłem, że w tanich liniach Azji lata bardzo dużo pilotów nie z tego kontynentu. Ci dwaj panowie to chyba Australijczycy sądząc po akcencie, ale pewności nie mam. Startujemy! Żegnamy Kambodżę.

Image

Podsumowując – Kambodża jest bardzo wdzięcznym miejscem do zwiedzania. Przede wszystkim jest piękna, a kompleks Angkor to miejsce obowiązkowe dla każdego fana Azji. W kraju tym znajdziemy przesympatycznych i serdecznych ludzi, którzy będą próbowali wyciągnąć od turystów kilka dolarów, ale z uśmiechem na twarzy. Apropos dolarów – nie wpadnijcie na pomysł by wymieniać na lotnisku pieniądze na lokalną walutę. Tu wszędzie mile widziane są dolary amerykańskie (nawet bankomaty wypłacają USD). Dodatkowo unikniecie kosztów wymiany, bo lokalne kantory mają spread w granicach 20%. Kurs waluty jest ustalony stale względem dolara. 1 USD to 4000 KHR lub jak wolicie 10 000 KHR to 2,5 USD.

Lot trwa około 100 minut, w międzyczasie oczywiście serwis z płatnymi napojami i przekąskami. Co ciekawe po raz pierwszy spotkałem się z sytuacją w której przez głośniki padał zakaz spożywania napojów i jedzenia nie kupionego na pokładzie. Czas na podejście do lądowania – pogoda niemal idealna.

Image

Widać już Singapur… pogoda już nie taka idealna…

Image

iiii… wylądował :-) Witamy na Changi International Airport.

Image

Lotnisko wydaje się naprawdę przyjemne, ale zdjęcia porobię przy odlocie. Na lotnisku przesiadamy się w pociąg wahadłowy zielonej linii metra, który podwozi pasażerów dwie stacje do właściwej nitki metra. Tam przesiadamy się na pociąg do centrum. Koszt podróży w jedną stronę to około 2,5 SGD (1 SGD = ok. 2,70 PLN). Co ciekawe płacąc za bilet, który jest nagrywany na wielorazową kartę zbliżeniową (ale nie plastikową) doliczana jest opłata 0,10$ za wydanie karty. Przy zapłacie za trzeci bilet opłata ta jest zwracana, a przy opłacie za szósty i ostatni bilet odliczana jest zniżka 0,10$ za używanie tej samej karty. Kartę po szóstej przejażdżce można wyrzucić, bo więcej nie jest ona w stanie zapamiętać. Jadę do Chinatown, gdzie znajduje się mój hostel.
Tu spędzam kilka godzin siedząc jak na szpilkach w zasięgu WiFi, bo moja dziewczyna dziś ma obronę swojej pracy licencjackiej. Udało się! Składam gratulacje na Skypie i ruszam w miasto! Chinatown w zachodzącym Słońcu prezentuje się naprawdę zacnie.

Image

Znajdziecie tu przede wszystkim sklepy z chińskimi ciuchami, sklepy z pamiątkami, bary (w tym karaoke) i salony masażu. Nie brakuje też pracowni krawieckich, które z przyjemnością uszyją garnitur szyty na miarę w 8 godzin za 250 SGD (pewnie jak się wybierze lepszy materiał to za więcej, ale i tak tanio).

Image

Pierwszy cel to świątynia Sri Mariamman, która jest ciekawa tylko ze względu na rzeźbę nad jej wejściem. Nie warto płacić 3 SGD za możliwość fotografowania w środku.

Image

Dużo większą świątynią, znajdującą się kilka kroków dalej jest zaś świątynia relikwii zęba Buddy - Lai Chun Yuen.

Image

Image

Prawdę mówiąc nie przypominam sobie innej tak bogato urządzonej świątyni buddyjskiej…

Image

Już zapada powoli zmrok, więc wsiadam do metra i jadę do serca Singapuru – Marina Bay. Gdy wyszedłem z „dziury” zabrałem się za testy nowej zabawki. Jest dobrze :-)

Image

Później spacerek wzdłuż brzegu Marina Bay. Z tej strony od której zacząłem (Raffle’s Place) brzeg jest usłany potwornie drogimi restauracjami, na które wiem że mnie nie stać :-) Zamiast jeść więc homary idę dalej robiąc kolejne nocne zdjęcia.

Image

Budynek po prawej stronie to słynne Marina Bay Sands – hotel połączony z ekskluzywnym centrum handlowym, kasynem, kinem. Słynny jest ze swojego basenu na górnym „talerzu” z którego pływając można podziwiać panoramę Singapuru. Idę w jego kierunku, liczę że jeszcze załapię się na wjazd na górę na taras widokowy. Po drodze jeszcze zdjęcie ścieżki olimpijskiej wraz z wieżowcami centrum biznesowego.

Image

Aby wjechać na górę muszę przejść przez całe centrum handlowe, gdyż wejście na taras widokowy (szumnie nazwany SkyPark) znajduje się od strony wody w wieży numer 3 (czyli ostatnia wieża od strony od której idę). W centrum handlowym Shoppes (pisownia nazwy oryginalna) raczej nie spotkamy tanich marek. Są za to inne – np. włoski producent czapek i breloczków… oprócz tego chyba jeszcze samochody produkują, ale ich tu się nie kupi.

Image

Ufff… na szczęście nie byłem za późno i udało się wjechać na górę. Wjazd na taras widokowy kosztuje 20 SGD, a sam taras czynny jest do 22.00. Wchodząc od razu jest się upominanym by nie zbliżać się do restauracji na górze, ani do basenu – te są tylko dla gości hotelowych. Nie można też używać statywów. Barierki wykonane są ze szkła i na szczęście mają dziury, które mogą służyć za podparcie dla obiektywu. Sam aparat oparłem o barierkę przerabiając trochę flexipoda ;-) A efekt jest taki:

Image

Po drugiej stronie tarasu widać największy na Świecie diabelski młyn – Singapore Flyer. Odebrał on ten tytuł londyńskiemu London Eye.

Image

Zanim wróciłem do hostelu obejrzałem jeszcze podświetlany most w kształcie helisy.

Image

Image

Dzień 12 Singapur

Deszczowy poranek nie zachęca do wygrzebania się z łóżka, ale nie po to tu przyjechałem by spać. Na szczęście zanim się przygotowałem do wyjścia z hostelu deszcz już ustał. Plan na dziś to zdjęcia na zielonym tle. Czemu na zielonym? Bo ruszam do najbardziej zewnętrznych punktów miasta jakie mam zaznaczone do obejrzenia w Singapurze, czyli do Ogrodu Chińskiego i Japońskiego oraz do Ogrodu Botanicznego.
Po czym poznać, że ogród jest chiński? Na pewno po betonowym lwie przy wejściu!

Image

7-piętrowa pagoda znajduje się w części chińskiej ogrodu, jednak moim zdaniem jest bardziej japońska niż chińska.

Image

Obok pagody stoją dumni władcy dawnych Chin. Betonowi oczywiście.

Image

Jednak nie tylko oni są i patrzą co się dzieje w ogrodach…

Image

Idziemy dalej… podwójna pagoda nad brzegiem jeziora.

Image

Image

Ktoś umie przeczytać?

Image

Cisza, spokój… w parku nie ma prawie nikogo co jest ogromnym plusem jeśli chodzi o możliwości robienia zdjęć. No… cisza to nie do końca, bo nad nami lata taki oto jegomość…

Image

Skoro ogród jest chiński to nie mogło zabraknąć Konfucjusza

Image

Idę dalej przez park...

Image

Co wspólnego mają Chiny i Myszka Miki?

Image

Tu się schowała!

Image

Image

Przeszedłem niby przez ogród japoński, ale połowa była w remoncie, zostały tylko nierobiące na mnie wrażenia drzewka bonsai. Zamiast zdjęć drzewek zrobiłem więc panoramę okolicy:

Image

Link do większej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/axe5h89gpgp83fc/Panorama2.JPG

Idę dalej do fragmentu parku, gdzie znajdują się rzeźby chińskich znaków zodiaku. Choć mojego znaku (smok) nie mogłem zlokalizować…

Image

Pora wsiąść do MRT (lokalne metro) i zmienić trochę scenerię, choć nie tak znowu bardzo. Zapraszam do Ogrodu Botanicznego Singapuru.

Image

A obok wejścia stoi takie coś… informacja o popełnieniu przestępstwa. Tu, w tej okolicy 20 marca 2013 roku o 7 rano ukradziono rower. Jeśli coś wiesz to dzwoń na policję. Do tej pory nie widziałem żadnego innego znaku tego typu – ciekawe czy to znaczy, że tak mało jest tu popełniania przestępstw. W Polsce takich potykaczy pewnie musieli by nastawiać po kilka na każdym rogu, gdyby chcieli tak walczyć z przestępczością.

Image

Jeśli chodzi o przestępczość to na pewno władzom Singapuru w trzymaniu jej w ryzach pomagają kary. Za jedzenie i picie w metrze – 500 SGD. Za awaryjne otworzenie drzwi 10 000 SGD, za bieganie po torach 5 000 SGD. Na karcie wjazdowej do Singapuru było podkreślone, że za przemyt narkotyków jest kara śmierci. Ja tu o karach, a park czeka. Na początek część nazwana Healing Park, czyli miejsce gdzie trzymane są rośliny o udokumentowanym działaniu leczniczym dla ludzi. Jest też część dotycząca roślin trujących, ale była zamknięta.

Image

Image

Moim głównym celem w ogrodzie botanicznym jest jednak Ogród Orchidei, jednak jest on dokładnie na drugim końcu parku (ogromnego swoją drogą) niż stacja kolejki MRT.

Image

Idę przez dolinę palm… ciekawe skąd taka nazwa ;-)

Image

I w końcu jesteśmy na miejscu…

Image

Wejście do tej części ogrodu botanicznego jest płatne – 5 SGD od osoby, ale moim zdaniem warto wejść do środka. Zwłaszcza jak lubicie fotografować kwiatki.

Image

Image

Image

Image

Image

Część kwiatów została specjalnie skrzyżowana, by powstał nowy gatunek. Niektóre z nich mają swoje nazwy od ważnych osobistości, dla których utworzono dany gatunek.

Image

A ja dalej testuję aparat i bawię się długim czasem naświetlania.

Image

I dalej kwiatki..

Image

W drodze powrotnej do hotelu utknąłem w centrum handlowym przy stacji metra Harbourfront. Dodam, że było duuuże. Jednak ceny elektroniki nie były dobre – podobne albo i wyższe od polskich. Obok centrum znajduje się park rozrywki oraz kolejka gondolowa, ale z tego co się zorientowałem jedzie ona nad portem i praktycznie donikąd, więc postanowiłem oszczędzić trochę dolarów na niej.

Image

No i powrót do hotelu połączony z zakupami pamiątek w Chinatown. Całkiem nieźle jak na zdjęcie wykonane w nocy "z ręki":

Image

-- 13 Sie 2014 13:46 --

Ladyage, super, cieszę się że Ci się podoba :)

olir1987, mam nadzieję, że się nie zawiedziesz ;-)

monus, fajnie że relacja już się do czegoś komuś przydała :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 13 Sie 2014 14:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2013
Posty: 1430
platynowy
tygrysm napisał(a):
W Kuala Lumpur lądujemy na tymczasowym terminalu Low Cost Carrier Terminal (LCCT) z którego korzystają właśnie AirAsia i Tiger Airways. A sam terminal jest bardzo… lowcostowy ;-) Rządzi tu prowizorka i blacha falista.

Do hali przylotów trzeba się przespacerować… długo przespacerować. Choć gdybym chciał to mógłbym skręcić do terminalu przylotów krajowych – nikt tego nie sprawdzał kto gdzie idzie i skąd, bo za dużo ludzi się kręciło ;-)

Na całe szczęście ten akapit również już nieaktualny (tak jak w przypadku Doha), bo od maja Air Asia lata już z KLIA2, a nie LCCT.

Fajna relacja - ciekawie się czyta. :)
tygrysm napisał(a):
Postanowiłem, że trzeba się ochłodzić ;-) Zwróćcie uwagę na dziwną pojemność butelki coli.

To dokładnie 10 uncji płynu (10 fl. oz.) - tylko skoro tak, to czemu zapisane w mililitrach. :)


Ostatnio edytowany przez billabong, 13 Sie 2014 15:01, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 13 Sie 2014 14:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Sty 2012
Posty: 3906
złoty
Like za zdjecia w kategorii "food" :lol:
_________________
Jesli planujesz podroz dookola swiata to poczytaj tu o moich.. >>> Relacje
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 13 Sie 2014 15:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
Dzień 13 - Singapur

Niestety szczęście pogodowe chyba się skończyło... w nocy burza budziła mnie co chwilę. Na szczęście rano choć było pochmurnie, nie padało. Plan na dziś to centrum Singapuru - na początek znajdująca się tuż przy stacji metra City Hall Katedra Św. Andrzeja.

Image

i spacerek wzdłuż Singapore River do Merilion Park... nad rzeką górują wieżowce singapurskiego city.

Image

Merilion, pół ryba pół lew jest uważany za największy symbol Singapuru. Jego nazwa wywodzi się od "Mer" czyli "morze" i "Lion" czego na pewno nie trzeba Wam tłumaczyć ;-)

Image

No to teraz będzie trochę historii. Ciało ryby reprezentuje wioskę rybacką Temasek, która po jawajsku oznacza "miasto morza". Lew z kolei reprezentuje oryginalną nazwę miasta - Singapura - "miasto lwa". Legenda głosi, że założyciel Singapura mijając nabrzeże swoim statkiem zobaczył odpoczywającego na skale lwa. I tak już zostało.

Mając sporo czasu i trochę wolnych singapurskich dolarów wsiadam do łódki na rejs po Singapore River.

Image

Rejs oczywiście z odtwarzanym z taśmy głosem przewodnika ;-) Wzdłuż nabrzeża rzeki znajdują pomniki pokazujące scenki z historii miasta - między innymi ten (turyści znaleźli się na zdjęciu przypadkowo ;-) ). Dzieciaki skaczące do wody celem ochłodzenia się.

Image

Płyniemy dalej do jeszcze pustego Clarke Quay, gdzie łódź zawraca w kierunku Marina Bay. Ta nadrzeczna promenada to miejsce spotkań i rozrywki dla mieszkańców miasta. Nawet recepcjonista w moim hostelu powiedział, że jak chce iść balować, to właśnie tu ;-)

Image

Wracając do Esplanade (nie mylić z Promenade), nasza "kaczka" wykonuje jeszcze pełne kółko po Marina Bay - jest więc okazja do zrobienia jeszcze kilku zdjęć.

Image

Image

Koniec rejsu ;-) Pora wrócić do miejskiego spaceru. Jednym z bardziej charakterystycznych budynków Singapuru jest mieniący się po ciemku jeż - w rzeczywistości są to sale Theatres on The Bay. W dzień robią trochę mniejsze wrażenie niż w nocy.

Image

Idąc dalej mijamy pomnik ofiar japońskiej okupacji Singapuru w latach 1942-1945.

Image

więcej do poczytania: http://en.wikipedia.org/wiki/Civilian_War_Memorial

Wracamy do metra - kierunek dzielnica arabska, a w niej Meczen Sułtana. Po drodze zahaczam o Parkview Square, ktory wg. tripadvisora był warty obejrzenia... ale nie wiem za bardzo o co im chodziło ;-)

Image

Dzielnica arabska Singapuru tętni życiem - dookoła meczetu odbywa się targ z jedzeniem, jest też sporo sklepów. Zajrzałem do kilku fotograficznych, ale miałem wrażenie że z panów obsługujących byli lepsi handlarze niż osoby wiedzące do czego służą różne rzeczy ;-)

Image

Następna w planie była dzielnica Little India, jednak aby dojechać tam metrem trzeba by było jechać mocno dookoła, dlatego też wybrałem spacerek ulicami Singapuru.

Image

Jeśli jest się fanem elektroniki i wszelkiego rodzaju gadżetów nie można pominąć centrum handlowego Sim Lin, gdzie można ponoć znaleźć niezłe okazje.

Image

W środku pełno sklepów z podzespołami do komputerów, telefonami komórkowymi (przede wszystkim kopiami Samsungów bez nazwy producenta) oraz sklepów fotograficznych. W jednym z nich udało mi się wynegocjować cenę za obiektyw o 200 zl niższa niż w Polsce, ale biorąc za i przeciw i to że nie miałem zaufania do sprzedającego zrezygnowałem.

Image

Idąc do Little India wpadłem też do sklepów z drobną elektroniką, które słyną z najniższych cen na telefony komórkowe. Jednak po sprawdzeniu wyszło, że ceny są porównywalne do polskiego Allegro, więc zrezygnowałem.

Image

Little India samo w sobie to nic ciekawego ;-) Serio...

Image

Pora wracać do hostelu, żeby to zrobić przyda się zielony człowieczek ;-)

Image

Co zrobić z tak mile rozpoczętym wieczorem? Nie można nie przyjechać do Singapuru i nie spróbować słynnego Singapore Chilli Crab. Ale gdzie można znaleźć tego stawonoga? Tubylcy nie mają najmniejszych wątpliwości - w Jumbo Seafood na Clarke Quay. Jednak dopiero po odstaniu swojego w kolejce.

Image

Krab zamówiony - pani kelnerka jest trochę zdziwiona, ze jestem sam. Na ogół na kraba zbiera się kilka osób, bo jest to dość drogie danie. Zanim jednak się zje, na spotkanie z krabem najpierw należy się stosownie ubrać.

Image

Jestem sam, więc dostaje najmniejszego możliwego kraba - waży 800 gram i wygląda tak:

Image

Jedzenie kraba to na prawdę trudna sprawa - mięso trzeba wydłubywać z różnych jego zakamarków, a przez to wszystko dookoła staje się brudne. Nie powiem, zabawa jest przy tym przednia ;-) A samo mięso pyszne - bardzo delikatne, sos lekko ostry ale bez przesady. Wspaniała kolacja. Z resztą to widać - tak było przed...

Image

...a tak po...

Image

Jedyne co nie było przednie to rachunek, bo cała kolacja z jednym napojem kosztowała 58 SGD, ale czasem można zaszaleć :-)

Najedzony ruszam obejrzeć Clarke Quay nocą - po drugiej stronie rzeki znajduje się charakterystyczny budynek z kolorowymi oknami - niegdyś uchodził za wieżowiec i był pierwszą siedzibą urzędu Singuapuru.

Image

A samo nabrzeże rzeki zdecydowanie ożyło - ludzie są wszędzie. Jak na początku myślałem że Singapur jest nocą martwym i snobistycznym miastem ze względu na otoczenie Marina Bay, tak teraz zmieniam zdanie o 180 stopni - życie toczy się tu.

Image

Image

Dzień 14 - SIN-BKK Scoot

Kolejny dzień, kolejny lot, nowe lotnisko i nowa linia :-) Mało tego, linia z której usług chciałem skorzystać gdy tylko usłyszałem o jej powstaniu. Dlaczego? Bo to jedyna niskokosztowa linia na Świecie korzystająca z Boeingów 777. Nie będę więc siedział w hostelu, czas zakładać plecak i w drogę na lotnisko! Do Changi można dojechać zieloną linią metra - potrzebna jest jedna przesiadka do pociągu wahadłowego kursującego w ramach tej samej linii metra. Stacja metra obsługuje wszystkie trzy terminale pasażerskie.

Image

Odprawa mojego lotu odbywa się w terminalu 1 w rzędzie stanowisk numer 10:

Image

Jestem bardzo wcześnie, bo prawie 3 godziny przed odlotem, dlatego też nie ma tu praktycznie nikogo. Choć Scoot ma przydzielonych 8 stanowisk, na razie odprawa odbywa się tylko przez dwa. Co nie zmienia faktu, że i tak czekałem tylko 3 minuty na swoją kolej. Pani jeszcze bardzo mocno się upewniała, czy mam rezerwację na wylot z Tajlandii, ale w końcu mój plecak zniknął tam gdzie taśma się kończy ;-)

Image

Z kartą pokładową w ręku idę zwiedzać terminal. Pora sprawdzić co takiego fajnego jest w słynnym Changi. Terminale są ułożone na planie litery U, gdzie każdy bok to osobny terminal, tak więc między dowolnymi dwoma samolotami można się poruszać nie wychodząc spod dachu. Tuż za kontrolą bezpieczeństwa czeka na pasażerów ogródek, niestety w tym momencie zamknięty:

Image

Idę więc spacerkiem dalej mając nadzieję, że najnowszy terminal 3 okaże się fajniejszy. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do T1, ale zdecydowanie wolę gdy lotnisko ma przestrzeń i sufity są wysokie. Im dalej w las tym lepiej - po drodze mijam social tree, czyli drzewo które umożliwia pozdrowić wszystkich znajomych na Facebooku lub Twitterze z lotniska Changi.

Image

W końcu docieram do Terminalu 3, z którego odlatują najistotniejsze połączenia w siatce Singapore Airlines. I tu mi się zaczyna na prawdę podobać.

Image

Za oknem nie ma małych samolotów ;-)

Image

Terminale na lotnisku w Singapurze oferują pasażerom na prawdę wiele możliwości spędzania wolnego czasu - jest kino, basen, hotel, są porozstawiane leżaki do spania i fotele z masażem. Jest też... motylarnia. Na lotnisku! WOW!

Image

Image

Czasu coraz mniej, więc pora zacząć szukać naszych trzech siekierek. Na pewno stoją w tej okolicy... Gate F37.

Image

Kontrola bezpieczeństwa odbywa się dopiero w tym momencie, a karty pokładowe skanowane są chwilę później. Później nie ma już odwrotu i trzeba siedzieć... Z mojego miejsca widać kawałek naszego żółto-białego dyliżansu... Podobno niektórzy nazywają to malowanie bananem ;-)

Image

To 9V-OTD, samolot ma prawie 16 lat i na początku swojej kariery latał oczywiście w Singapore Airlines, co nie może dziwić biorąc pod uwagę, że Scoot jest niskokosztową odnogą tego przewoźnika. Wybierając przewoźnika na ten przelot od razu odrzuciłem AirAsia, bo latają w Bangkoku nie na główne lotnisko. Prawdę mówiąc Tiger Airways był nieco tańszy, ale wolałem dopłacić do Scoota, by przelecieć się 772. Tak, to chyba się zdarza tylko na forach lotniczych :-) OTD to Boeing 777-200ER, któremu ponoć zostały zmodyfikowane silniki, więc teraz jest operowany jako zwykła "dwusetka".

Rozpoczyna się boarding. Hmmm... dziwne uczucie, bo nikt nie pilnuje, nikt nie sprawdza nic. Boarding oznacza tylko tyle, że pasażerowie wchodzą przez korytarz do rękawa i idą sami do samolotu. Najpierw przechodzimy przez klasę ScootBiz, która niby jest klasą biznes, ale prawdę mówiąc widywałem już fajniejsze fotele w economy w różnych liniach. Układ foteli to 2-4-2.

Image

Ja siedzę w zwykłym niebieskim fotelu w tylnej części kadłuba. Od żółtego różni się tylko miejscem na nogi - żółty daje go więcej ;-)

Image

Ustawienie foteli to oczywiście 3-4-3. Ja jestem niski, więc niebieski fotel powinien być w sam raz. A fotel sam w sobie jest dość prosty:

Image

I to, że jest prosty czuć od razu... jest też sztywny jak deska. Nie chciałbym lecieć w nim za daleko. Ale mimo to, że fotel niebieski miejsca mi wystarczy.

Image

Załoga pokładowa to głównie panowie. Apropos pytania zadanego tu niedawno - jedna z dziewczyn z załogi nie była w stanie zamknąć schowków w 777 bez stawania na ramę fotela ;-) Więc wzrost nie jest chyba najistotniejszy.

W drogę! Na dole mijamy A380 AirFrance.

Image

Leciało się całkiem miło, samolot był wypełniony w 60%, a środkowe miejsce zostało wolne. Zniżanie było całkiem szybkie, a widoki za oknem w okolicach Bangkoku bardzo przyjemne:

Image

iiii... przyziemienie :-)

Image

Od razu widać czyje to terytorium - prawie same Thai'e.

Image

Kontrola paszportowa szła ślamazarnie. Na dodatek kobieta w check-inie w Singapurze mnie błędnie poinformowała, że będę musiał kupić na miejscu wizę wjazdową do Tajlandii, co oczywiście okazało się nieprawdą. Nie mniej jednak musiałem się upewnić i przez to mój bagaż był ostatni do odbioru na taśmie.

Do hotelu jadę teoretycznie ekspresowym pociągiem AirportLink. Fakt, jedzie bezpośrednio do stacji w centrum miasta, jednak trzeba było na niego czekać pół godziny.

Image

Następnie przesiadka do BTS, czyli tutejszej kolejki jeżdżącej po estakadzie nad ulicami miasta. Cel - Nana, gdzie mam hotel ;-)

Dzień 15 - Bangkok

To dzień którego nie powinno być. Niestety ze względu na różne sprawy osobiste i służbowe spędziłem go za komputerem w pokoju hotelowym. Jedyne co mi się udało zrobić to wyjść na kolację - chciałem zjeść ją w jednej z licznych okolicznych knajpek, jednak i ten pomysł spalił na panewce. Na zewnątrz lało jak z cebra - niestety pakując się w te rejony Świata w lipcu trzeba brać pod uwagę, że to pora deszczowa... i tak mnie całkiem oszczędziła na tym wyjeździe, to niech teraz sobie pada. A kolację zjem w restauracji hotelowej.

Pomysł na restaurację jest całkiem ciekawy - zamawia się poszczególne "smaki", czyli małe potrawy z menu i płaci się za każdy talerzyk jaki ląduje na stole. Ja z ciekawości zamówiłem 5 dań. Jak tylko się pojawiły na stole moi sąsiedzi stwierdzili, że chyba muszę być głodny... w sumie... mieli rację ;-)

Image

Dania po kolei od lewej do prawej to:
1. Mini-sajgonki z surówką i sosem słodko-kwaśnym.
2. Sałatka z bambusem i wieprzowiną.
3. Kurczak w ostrym sosie orzechowym - pycha!
4. Krewetki w sałatce z papryk
5. Kurczak w sosie kokosowym.

Ogólnie nieźle, ale bez rewelacji. Na koniec dnia mocne postanowienie - jutro nie odpuszczę Bangkokowi ;-) Zwiedzę ile się da.

Dzień 16 - Bangkok

I jak powiedziałem tak też zrobiłem. Krótki spacerek, podróż BTS-em i dalej spacerek według mapy... ale chyba się przeliczyłem. Skala mapy nie jest porównywalna do żadnej z tych pokazujących miasta w których byłem na tym wyjeździe - odległości są dużo większe niż mogło by się wydawać. W końcu łapię tuktuka i jadę pod Pałac Królewski.

Wstęp do pałacu to 500 Bahtów, kolejne 200 idzie na kaucję za pożyczone spodnie, gdyż okazało się że moje są za krótkie. Wchodząc do pałacu ochroniarze bardzo szczegółowo sprawdzają "poprawność" stroju wchodzących - cokolwiek się nie zgadza (obowiązują długie spodnie, koszule z długimi rękawami, u Pań albo długie spodnie albo długie spódnice, żadnych prześwitów).

Image

Tajowie wchodzą za darmo - przypominają mi się Indie.

Image

Kompleks pałacowy rozpoczęto budować w 1782 roku, składa się nie tylko z pałacu lecz także z wielu bogato zdobionych świątyń. Powiem szczerze, że nie ogarniam do końca co jest tak na prawdę czym, więc pozostawię Was z mini galerią zdjęć.

Image

Image

Image

Ktoś tu lubi złoto... dużo złota...

Image

Image

Image

Image

On też ma złoto przed oczami...

Image

I na sam koniec zwiedzania terenów pałacowych gwóźdź programu, czyli sam pałac:

Image

Pałac zwiedzony, idziemy dalej. Ja tutaj spaceruję, a inni wybrali inne środki lokomocji - w końcu jak zwiedzać Tajlandię to ze stylem ;-) tajskim stylem:

Image

Dosłownie za rogiem znajduje się kolejna bardzo ważna atrakcja Bangkoku - świątynia Wat Phra, skrywająca wewnątrz ogromny posąg leżącego Buddy. I na prawdę - jest wielki.

Image

Zwyczajem jest złożenie ofiary do każdego z kilkudziesięciu garnuszków powieszonych wzdłuż długiej ściany świątyni. Na szczęście nie jest problemem rozmienienie tu pieniędzy - obsługa świątyni czuwa.

Image

W końcu przebiło się trochę Słońca przez świeżo powstałe dziury w chmurach, więc nie mogłem się powstrzymać, by nie zrobić jeszcze kilku zdjęć tych charakterystycznie zdobionych dachów.

Image

Image

Plan miasta pokazuje, że po drugiej stronie rzeki znajduje się kolejny punkt obowiązkowy spaceru po starej części Bangkoku - Świątynia Wat Arun.

Image

Oczywiście plan się nie mylił, tylko jak tam się najlepiej dostać? Most jest daleko, ale gdzie popyt jest też i podaż - między dwoma brzegami kursuje prom. Cena za przeprawę to jedynie 3 Bahty (około 30 groszy).

Image

Wat Arun oznacza Świątynię Wschodu Słońca i ma zdecydowanie inny styl niż te poznane w okolicach Pałacu Królewskiego.

Image

Image

Jeśli ktoś jest chętny, można wejść po schodach na górny taras Świątyni. Jednak schody są bardzo strome - tak na prawdę nie widziałem nigdy nigdzie bardziej stromych schodów. O ile wejście na górę nie nastręcza większych problemów, to mina osób szykujących się do zejścia jest bezcenna.

Image

I jeszcze widok z góry...

Image

Pora zmienić okolice. Jeśli cel podróży znajduje się nad rzeką lub kanałem, warto rozważyć skorzystanie z tramwaju wodnego. Jest tu kilka linii oznaczonych różnymi kolorami. Flagi na przystani oznaczają linie, które się na nim zatrzymują - w tym przypadku są to linie niebieska i pomarańczowa.

Image

A tak wygląda łódź ekspresowa z której korzystam.

Image

Koszt biletu zależy od długości pokonywanego odcinka. W przypadku trasy spod Wat Arun do okolic Khaosan Road jest to 15 Bahtów. Moją uwagę zwracają łodzie pływające po rzece - większość jest wąska i długa, w sam raz do szybkiego pokonywania rzecznych fal. Nie są też wolne... ciężko by im było być wolnymi z takimi silnikami...

Image

Spaceruję dalej :-) Tym razem okolice Khaosan Road, czyli ulicy hosteli. Jak sama nazwa wskazuje jest to mekka backpackerów. Jeśli szukacie taniego noclegu w Bangkoku, na pewno tu go znajdziecie. Ale najpierw jedzonko:

Image

Image

no... może jeszcze masaż stóp...

Image

i w końcu sama ulica hosteli:

Image

Tuktuki w Tajlandii są bardziej zbliżone do tych indyjskich niż do kambodżańskich.

Image

Mam sporo czasu, więc zostawiam tuktuka w spokoju i dalej uparcie idę piechotą do Pomnika Demokracji, który wg. mojej mapy i obrazka na niej miał być złoty...

Image

... hmmm - nie dość, że nie jest to jeszcze nie jest za bardzo spektakularny. Cały czas mijam coraz to inne stragany z jedzeniem.

Image

Moim kolejnym celem jest Złota Góra (Golden Mountain), jednak jeszcze krótki przystanek przy Wat Ratchanaddaram znanej przede wszystkim ze swojego dachu, jednak świątynia była w częściowej renowacji.

Image

Zmierzamy więc do Złotej Góry, czyli Wat Saket. Z dołu wygląda ona tak:

Image

Świątynię tę rozpoczęto budować w XVIII wieku, jednak ówczesny fundament nie wytrzymał ciężaru olbrzymiej stupy, która miała być jej najważniejszym elementem. Zawalona konstrukcja budynku była nie ruszana aż do połowy następnego wieku. Obecny swój kształt świątynia zawdzięcza jednak budowniczym z XX wieku, którzy wzmocnili wzgórze betonowymi ścianami, żeby chronić je przed erozją. Chodźmy na górę!

Image

A z góry jak na ogół - piękny widok na miasto. Niepokoją mnie tylko te chmury...

Image

Choć zaczyna kropić idę dalej na piechotę - następny punkt wycieczki to Anantasamakhom Palace, czyli reprezentacyjny budynek pełniący dziś rolę muzeum. Ja chciałem go zobaczyć tylko z zewnątrz. W tę pogodę nie robi jednak zbyt dużego wrażenia...

Image

Deszcz pada coraz intensywniej, a ja nie mam gdzie się schować. Łapię więc tuktuka i ustalam z kierowcą, że mnie najpierw zawiezie do Marmurowej Świątyni, a później do stacji BTS. Uzgodniona cena to 50 Bahtów za cały kurs... Jedziemy więc.

Image

A w zasadzie stoimy w korku... Szybciej bym tam dotarł na piechotę, ale tak lało, że nie miałem już ochoty na spacerowanie. W końcu dojeżdżamy. Wat Benchamabophit, czyli Marmurowa Świątynia. Zgadnijcie skąd się wywodzi jej nazwa :-)

Image

Tak... jest z marmuru. Mam już dość na dziś - pora wracać do BTS-a, który zabierze mnie do hotelu. Niestety nie ma tak łatwo... kierowca tuktuka wykorzystuje okazje i zawozi mnie do sklepu z garniturami - bez mojej zgody. Oczywiście tłumaczy mi, że "just look, no buy" - w zamian za mój dowolny zakup dostałby kartę na darmowe tankowanie swojego tuktuka. Sklep był oblegany przez turystów... a raczej przez kierowców tuktuków, którzy ich tam przywieźli. Wycieczka z Anglii, która była w tym sklepie została tam przywieziona w ten sam sposób co ja. Siadam i zaczyna się typowa jak na takie miejsca rozmowa ze sklepikarzem. Zostają mi wręczone katalogi Armaniego z garniturami i koszulami. Nie miałem ochoty nic kupować, ale zapytałem o ceny wyjściowe. Garnitur kaszmirowy - 5000 Bahtów, Zestaw 3 koszul z katalogu Armaniego 3000 Bahtów. Oczywiście wszystko szyte na miarę, do negocjacji, mi się nie chciało tym razem bo byłem wkurzony na mojego kierowcę tuktuka. Czas realizacji zamówienia to nie więcej niż 24 godziny.

Widząc, że nic nie kupiłem kierowca chciał mnie zabrać do jeszcze jednego sklepu, jednak zacząłem go naciskać by mnie zawiózł na stację BTS. W końcu się zatrzymał i powiedział żebym szedł prosto do stacji. Zapomniał dodać, że 1500 metrów prosto. Ja się wkurzyłem na niego, a on na mnie.

No nic, wracam do hotelu. Chwila odpoczynku, a za oknem zapadł zmrok. Zrobiłem sobie jeszcze spacerek po ulicy Sukhumvit Soi 4, przy którym mieści się mój hotel. Jest to środek Nana - znanej na całym świecie dzielnicy burdelowej - panie do towarzystwa są tu wszędzie. Centrum wszystkiego musi być tu:

Image

Bary gogo, agencje, salony masażu - co kto chce. Mnie najbardziej śmieszył widok podstarzałych panów z Europy, bądź Ameryki siedzących w barach z młodymi zagadującymi ich Tajkami. No ale w końcu wiele osób tylko po to tu przyjeżdża ;-)

Dzień 17 - Bangkok

Ostatni pełny dzień w Bangkoku, a okazuje się, że nie bardzo mam co ze sobą zrobić. Większość ważnych rzeczy zobaczyłem już dzień wcześniej... No ale komu w drogę temu czas. Tyle tutaj mówię o BTS-ach, więc warto by było zobaczyć jak to wygląda:

Image

W Bangkoku są dwie linie systemu BTS, na które można się przesiadać w ramach jednego biletu. Jest też MRT, czyli dość klasyczne podziemne metro. Należy jednak pamiętać, że bilety BTS nie są kompatybilne z biletami MRT. Pierwszy przystanek na dziś to Lumpini Park:

Image

Prawdę mówiąc nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia ;-) Oprócz jazdy na rowerze, pływania łódką w kształcie łabędzia można tu nakarmić rybki...

Image

...lub przypakować na świeżym powietrzu ;-)

Image

Dla bardziej leniwych jest też opcja poleżenia wśród parkowej zwierzyny:

Image

Image

W parku znajduje się też muszla koncertowa oraz Pawilon Przyjaźni Chińsko-Tajskiej.

Image

Czyli raczej zawód...

Jadę więc do Siam, handlowego centrum miasta. Znajduje się tu między innymi Siam Paragon i Siam Center, centra handlowe raczej z wyższej półki. Nie przypominam sobie, by w polskich centrach handlowych dało się kupić to:

Image

albo to:

Image

lub nawet to:

Image

Swoją drogą - ile w Polsce kosztuje Porsche 911 Carrera S z automatyczną skrzynią biegów? Możliwe, że aż półtora miliona złotych? Cena jaką tu widziałem w salonie to 15 000 000 Bahtów, myślę że do sporej negocjacji...

Na koniec dnia jeszcze spacerek w poszukiwaniu pamiątek po Sukhumvit Road.

Image

rafiłem do jednego ze sklepów specjalizujących się w garniturach. Wynegocjowałem dwa kaszmirowe garnitury szyte na miarę za w sumie około 1200 zł wraz z wysyłką do Polski. Pewnie dało się taniej, ale i tak nieźle :-) Garnitury przyszły do Polski niebawem - uszycie ich i przysłanie do Polski zajęło troszkę ponad 1,5 tygodnia i muszę przyznać są bardzo dobrej jakości - klient jest zadowolony ;-)

billabong, dokładnie tak :-) Wtedy jak byłem KLIA2 już miało być otwarte, niestety jak zawsze przy lotniskach była obsuwa ;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
monus lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 13 Sie 2014 15:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 Maj 2013
Posty: 719
niebieski
świetna podróż i relacja, jak zwykle ;)
ale tej Twojej jeszcze nie czytałem a coś chyba tutaj źle linkuje:

tygrysm napisał(a):
Indie: indie-samolotami-i-pociagami-duzo-zdjec,215,5178
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 13 Sie 2014 15:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
Dzień 18 - BKK-DOH-DXB Qatar Airways

Pora zbierać się na poranny lot do Doha. Czeka mnie po nim krótki, tylko godzinny skok przez zatokę do Dubaju. Ale najpierw trzeba się jakoś dostać na lotnisko. Do Doha wylatuję rano, trochę po 9.00 więc muszę też wcześnie wyjść z hotelu dodatkowo biorąc pod uwagę, że kolejka lotniskowa rzadko jeździ. Mam jednak przeczucie, że pierwsza pojedzie o 6.00. Taksówka na stację Makkasan - jest to jedna z dwóch stacji początkowych ekspresu na lotnisko. Koszt biletu w jedną stronę to 90 bahtów i tak jak przeczuwałem, pierwsza kolejka wyjeżdża ze mną na pokładzie punktualnie o szóstej. Kolejna wg. rozkładu jedzie dopiero za 40 minut.

Image

Pora na odprawę - dokonałem jej dzień wcześniej przez telefon komórkowy, teraz wystarczy tylko szybkie zdanie bagażu. Check-iny Qatar Airways znajdują się na wyspie stanowisk oznaczonej literką "Q". Stanowisk jest 8 i praktycznie żadnej kolejki. Nie wiem co tak zadziałało - może mój uśmiech numer 5, ale wraz z kartami pokładowymi dostaję kartę umożliwiającą przejście mi przez uprzywilejowaną kolejkę kontroli paszportowej.

Image

Skoro tak, to idziemy do kolejki premium ;-)

Image

Szybka i miła kontrola bezpieczeństwa i długa kontrola paszportowa. Okazało się, że podążając za strzałką trafiłem do hali kontroli paszportowej w której nie ma szybkiej kolejki... Co fajne, to fakt, że wszyscy tu się uśmiechają. Hasło reklamowe lotniska "airport of smiles" faktycznie ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Lotnisko po stronie airside wygląda tak:

Image

FIDS - ja też się załapałem ;-)

Image

Do odlotu mam jeszcze trochę czasu, więc pora na śniadanko w saloniku Louis' Tavern w pirsie C.

Image

Image

Image

Salonik całkiem przyjemny, nie brakuje też przekąsek ;-)

Zbliża się czas wchodzenia na pokład, więc w drogę, nasz Boeing 777-300ER już czeka na mnie:

Image

Piękna maszyna. Wchodzimy na pokład! W środku całkiem przyjemnie i co najważniejsze w układzie foteli 3-3-3, przez co dla każdego jest sporo miejsca:

Image

Image

Fotele całkiem zbliżone do tych znanych mi z Airbusów A320 tylko zagłówek nie ma sztywnych "rogów":

Image

Ekran przede mną bardzo fajny, duży i z wysoką rozdzielczością.

Image

Tak panie kapitanie, poproszę do Doha!

Image

Ruszamy! Chwilkę po safety demo podchodzi do mnie szef pokładu z ipadem na którym ma listę pasażerów, by mnie przywitać po imieniu i nazwisku i podziękować za wybór po raz kolejny Qatar Airways. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, poczułem się bardzo miło. Miałem wtedy w QR najniższy status - Burgundy, który to dostałem po mojej wycieczce do Indii. Nie daje mi on w sumie nic poza podwyższeniem o 10 kg limitu bagażu. Miłe, ale w moim wypadku nie do przejedzenia. Jeszcze szybka landrynka i nawilżona chusteczka:

Image

Za nami kołuje A340 latającego dla Norwegiana. Też oberwali tak jak LOT przez opóźnienia w projekcie 787.

Image

W drogę!

Image

Chwilę po starcie zostaje mi wręczone menu śniadaniowe:

Image

Zestaw obowiązkowy to:
- sałatka ze świeżych owoców,
- ciepły croisant,
- jogurt,
- masło,
- dżem truskawkowy,
- sok pomarańczowy.

Do wyboru są dwie opcje:
- Doprawiony omlet warzywny z podpieczonymi talarkami, grzybami oraz pomidorkiem cherry lub
- Duszony kurczak w trawie cytrynowej z sosem chilli.

Ja wybrałem opcję pierwszą i wyglądała tak:

Image

Jedyne do czego mogę się przyczepić to trochę niedogotowane ziemniaki ;-) Poza tym śniadanie na piątkę.

Pora na drzemkę. Na ekranie ładne animacje mapy lotu, które do tej pory widziałem tylko w A380 Emirates.

Image

Ciężko mi się napatrzeć na te ogromne silniki trzech siekierek :-)

Image

Na godzinę przed lądowaniem jeszcze szybka ciepła kanapeczka, a raczej zapiekanka - do wyboru warzywna lu z kurczakiem. Drobiowa jest pyszna ;-)

Image

Pod nami Dubaj - już niedługo tu wrócę ;-)

Image

Zniżamy i podchodzimy do lądowania w Doha

Image

Po raz pierwszy podczas mojej wizyty w Doha nasz samolot zostaje zaparkowany po tej samej stronie pasa startowego po której znajduje się terminal - jeszcze tak krótko nie jechałem tu autokarem :-) Nawet nie chciało im się robić nam kontroli bezpieczeństwa na wejściu do terminalu, co jest normalną praktyką w wieczornej fali przylotów. Widok dla mnie jest dość niecodzienny - lotnisko jest puste.

Image

Do wylotu do Dubaju mam jeszcze trochę czasu, więc idę do Oryx Lounge. Loża jest całkiem duża:

Image

Image

Image

Czas minął szybko. Niestety w bramce okazało się, że zmieniono mi miejsce z miejsca pod oknem, na miejsce na środku. Poprosiłem o zmianę na inne miejsce przy oknie, jednak dziś ten lot do Dubaju jest pełny. Przynajmniej siedzę w rzędzie z wyjściem awaryjnym.

Pora jechać busem do kolejnego samolotu - tym razem A320. Płyta o tej godzinie w DOH jest prawie pusta - stoją 3 A320 i miałem tylko nadzieję, że nie jedziemy do tego ze starym malowaniem, bo to by oznaczało niższy standard podróży. Niestety kierowca był nieubłagany i podjechał właśnie do tego...

Image

A7-ADB ma prawie 12 lat i niestety to po nim widać. Jest to obecnie druga najstarsza maszyna we flocie Qatar Airways. Nie ma systemu indywidualnej rozrywki pokładowej, dlatego pewnie jest wykorzystywany na lotach po zatoce.

Fotele są całkiem wygodne.

Image

Image

Niestety czekanie na pozostałych pasażerów było koszmarem - temperatura na zewnątrz to 43 stopnie Celsjusza. Wewnątrz samolotu nie wydawało się by było lepiej - zasłonki okienne są zasłonięte po to, by jeszcze dodatkowo nie podgrzać samolotu w którym i tak panował zaduch. Współpasażerowie też byli zmęczeni i cali mokrzy i nie obeszło się bez marudzenia. Sytuację zaogniał fakt, że do jednych państwa, typowej dużej rodziny muzułmańskiej nie docierało jak po pierwsze działa system numeracji miejsc w samolocie i że mają siadać tam gdzie mają napisane na karcie pokładowej oraz, że dziecko nie może siedzieć przy wyjściu awaryjnym. To ostatnie wywołało wśród rodziny istną burzę i aż obsługa naziemna musiała zainterweniować. A pozostali pasażerowie dusili się dalej w skwarze...

Lot trwa ledwie 50 minut, załoga szybko rozdała więc zestaw jedzenia. Z powodu ramadanu, większość osób nic nie jadła - mnie to nie dotyczy więc zainteresowałem się pudełkiem z jedzeniem ;-) Później załapałem, że jest to zestaw na wynos.

Image

A zestaw jak na tak krótki lot bardzo bogaty:

Image

Bakalie, ciasteczka, sos do nich, wrap warzywny i mleko.

Lot całkiem przyjemny, na szczęście chwilę po starcie chłodne powietrze z zewnątrz schłodziło skutecznie kabinę. Po lądowaniu wyjście przez rękaw. W tym miejscu powinienem wymienić swoją promesę wizową na pieczątkę w paszporcie, jednak panowie za biurkami obsługującymi biuro wizowe byli wyraźnie zajęci obsługą Hindusów. Jak pokazałem im, że chcę do stanowiska z wizami dla Europejczyków to zapytali czy z Polski i machnęli ręką. Poszedłem więc do kontroli paszportowej, która odbyła się bez problemów...

Na zewnątrz oczywiście skwar. Mógłbym teoretycznie jechać metrem lub taksówką, wybieram tę druga opcję co wiąże się z dopłatami za wyjazd z lotniska. Opłata za wyjazd z lotniska to 25 AED (niecałe 22 zł). Nie dajcie się wpakować do luksusowej taksówki, obsługa będzie próbowała to zrobić, ale jeśli skorzystacie z oferty zapłacicie dwa razy więcej.

Jeszcze problematyczny check-in w hotelu Mercure, gdzie nie do końca wiedzieli co zrobić z moją rezerwacją opłaconą częściowo za punkty z programu lojalnościowego Accor i nie miałem już sił na ruszanie w miasto...

lagor, dzięki! Możliwe, że link się źle skopiował. Zerknij tutaj: indie-samolotami-i-pociagami-duzo-zdjec,215,51785

-- 13 Sie 2014 15:08 --

Dzień 19 - Dubaj

Zacznijmy od tego, że ten dzień to piątek... a piątek to nie jest dobry dzień. Nie na zwiedzanie Dubaju - piątek to dzień wolny tutaj co oznacza, że pierwsze metro wyjeżdża ze stacji końcowej o 13:00, a jest to jedyny w miarę sensowny sposób poruszania się po Dubaju. Alternatywy to drogie taksówki (6 AED na start + 3,5 za kilometr) oraz autobusy, które głównie dostarczają pasażerów z bardziej oddalonych rejonów miasta do stacji metra.

Sam Dubaj dzieli się na starą część i nowoczesną, rozciągniętą wzdłuż wybrzeża. Odległości nie są małe, dlatego metro stanowi dla turystów transportowy kręgosłup miasta dla osób bez samochodu. Temperatura sięga 44 stopni Celsjusza w cieniu, więc uwierzcie, że na piechotę się nie da nigdzie iść. Nic dziwnego, że nawet przystanki autobusowe są tu klimatyzowane.

Image

Ja wsiadam w taksówkę i jadę do stacji metra - normalny koszt za ten odcinek to 21 AED (1 AED = 0,8 PLN). Pamiętajcie by nie dać się wkręcić w luksusową taksówkę, mnie gość pod hotelem wsadził do takiego czarnego Lexusa, Stawka startowa to 12 AED, ale zauważyłem że kierowca po drodze zresetował taksometr i zmienił taryfę. Stojąc nawet w miejscu cena przejazdu gwałtownie rosła. Na szczęście złapałem gościa na gorącym uczynku, zaczął się wykręcać i zamiast 60 AED jaką wskazał taksometr za w sumie krótki odcinek do stacji metra, zapłaciłem 20.

Widok spod stacji metra w stronę centrum wygląda tak:

Image

Prawdę mówiąc inaczej sobie to wyobrażałem... Wszystkie zdjęcia Dubaju pokazujące miasto pełne wieżowców i charakterystycznych budynków nie oddają jak bardzo te budynki są oddalone od siebie i jak bardzo nic pomiędzy nimi nie ma. Zerknijcie na zdjęcie powyżej - całe centrum finansowe i wieżowce je stanowiące biegną wzdłuż dwujezdniowej siedmiopasmowej Drogi Szejka Zayeda widniejącej na słynnych zdjęciach pokazującym rozwój tego miasta:

Metro także biegnie wzdłuż tej ulicy. Jeździ ono bez motorniczego i jest na prawdę nowoczesne. Widać, że tu nie mieli problemu z budżetem ;-)

Image

Pierwszy punkt na dziś to Dubai Marina - jeśli ktoś robi zdjęcia wieżowców Dubaju, to robi je tutaj, bo jest ich tu najwięcej w przeliczeniu na jednostkę powierzchni. Żeby Wam uzmysłowić jak bardzo jestem w tym momencie oddalony od Centrum Finansowego o 25 kilometrów wzdłuż wybrzeża.

Image

Image

Image

Image

Image

W normalnych warunkach jest to rozrywkowe centrum miasta - są tu kafejki i restauracje, jednak w czasie Ramadanu do zachodu Słońca nie dzieje się tu kompletnie nic. Wiedząc, że za 1,5 godziny muszę się zameldować w Burj Khalifa ruszam w drogę powrotną metrem. Na niektórych duże wrażenie robi fakt, że nie ma kierowcy ;-) Chociaż nie wiem co ciekawego jest w półgodzinnym filmie z iphone'a prezentującym trasę tej kolejki.

Image

Ze stacji metra Dubai Mall / Burj Khalifa przejście do samego wysokościowca zajmuje dobre kilkanaście minut. Nigdy na żadnym lotnisku nie szedłem tak długim korytarzem i tak długim ciągiem ruchomych chodników.

Image

Na końcu trasy znajduje się Dubai Mall, czyli ogrmone centrum handlowe w którym znajduje się wejście na taras widokowy najwyższego budynku Świata.

Image

Bilety do Burj Khalifa można kupić na miejscu w kasie biletowej na wybrany dzień i godzinę (w ramach dostępności miejsc) lub na stronie internetowej tarasu widokowego. Koszt takiego biletu to 130 AED. Jeśli nie macie biletu, a chcecie natychmiast wejść do wieży (opcja dla szejków) możecie kupić bilet bez kolejki - za około 500 AED. Taniocha ;-) Wejście znajduje się na najniższym piętrze centrum handlowego i jest dość słabo oznaczone - kierujcie się na Subwaya.

Image

Przed samym wjazdem na górę musi być oczywiście obowiązkowa prezentacja budynku i porównanie go do innych najwyższych na Świecie.

Image

Tak więc trochę ciekawych statystyk o Burj Khalifa:
- Ponad 200 pięter
- Potencjalna widoczność ze szczytu iglicy to 95 km
- W trakcie budowy wieży pracowało przy niej 12000 robotników i pracowników
- 57 wind
- Pusty budynek waży 500 000 ton
- Prędkość wiatru na szczycie budynku sięga 198 km/h
- Do pokrycia elewacji wieży zużyto 28601 szklanych paneli

No i oczywiście najważniejsze statystyki: Otwarta w 2010 roku wieża ma 829 metrów wysokości. Wysokość do dachu to 621,3 metra. Jest to najwyższa na Świecie lądowa konstrukcja zbudowana przez człowieka.

Taras widokowy znajduje się na 124-tym piętrze i jest najwyżej znajdującym się tarasem widokowym na Świecie. Widoki z części otwartej tarasu są takie:

Image

Image

Oczywiście taras pozwala na zobaczenie wszystkich stron Świata, jednak pozostałe widać przez szybę. Widoczność zmniejsza także obecność drobinek piasku w dubajskim powietrzu. Oddalony ledwie o 15 kilometrów hotel Burj Al Arab jest ledwo widoczny...

Image

Jak to ja - w planie mam nocne zdjęcia, dlatego też czekam na tarasie aż do zachodu Słońca. Ten ma miejsce nad wyspami The World.

Image

The World to wysunięty 4 kilometry w morze archipelag sztucznych wysp ułożonych w na kształt mapy Świata. Pomysł był taki, że prywatni inwestorzy będą kupować kolejne wyspy-kraje, bo to świetne miejsce na luksusowe hotele lub rezydencje. Niestety w związku ze światowym kryzysem z 2008 roku pomysł się nie przyjął za bardzo. Pełna lista inwestycji jest dostępna tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_De ... _The_World

Wróćmy jednak na taras widokowy, bo zrobiło się ciemno:

Image

Jak zwykle link do zdjęcia w pełnej rozdzielczości: https://www.dropbox.com/s/2mrzx5p2c48eql3/IMGP7409.jpg

Image

Pora zjechać na dół, by zobaczyć show dubajskiej fontanny. Z dołu Burj Khalifa wygląda tak:

[img]http://i1356.photobucket.com/albums/q724/tygrysm/az18/IMGP7428_res_zpsbb688b0f.jpg[img]

Bez szerokokątnego obiektywu nie mieści się w kadrze i choć wysokość robi wrażenie, to konstrukcja już nie bardzo - przynajmniej na mnie. Jest to taka typowa szpilka, a piętra na górze są malutkie. Ewidentnie chodziło tylko o jedno - by pobić rekord. Petronas Towers zrobiły chyba na mnie większe wrażenie. A sama fontanna?

Image

Piękna i choć podświetlana tylko na biało robi niesamowite wrażenie jak bardzo skomplikowane układy potrafi odtwarzać. Pokazy odbywają się co pół godziny po zmroku i za każdym razem pokaz odbywa się do innego utworu, a jest ich przynajmniej kilkanaście.

Jeszcze szybka kolacja w Dubai Mall i wracam z powrotem do hotelu ;-)

Dzień 20 - Dubaj

To już ostatni poranek tego wyjazdu po którym będę miał okazję coś zwiedzić ;-) Więc pora ruszać w miasto i jak zwykle zaczynam od wycieczki taksówką do metra. Do kolejki wsiadam pod World Trade Centre - bliźniacze wieże widoczne na zdjęciu to Emirates Towers. Zwróćcie uwagę na system sadzania krzaków - bez indywidualnego nawodnienia żaden nie urośnie.

Image

Nie można przyjechać do Dubaju i nie zobaczyć Wieży Arabów - Burj Al Arab, czyli jedyny 7-mio gwiazdkowy hotel Świata. W rzeczywistości jest 5-gwiazdkowy, ale "siedem" w tym wypadku brzmi lepiej niż "pięć". Co ciekawe zarządcy hotelu twierdzą, że nigdy nie nazwali swojego hotelu siedmiogwiazdkowcem, ale tak się przyjęło mówić o tym hotelu i tak już zostało...

Ze stacji metra do samego hotelu jest kawałek, więc jeśli będziecie tam to weźcie taksówkę. Na sam teren hotelu się nie dostaniecie jeśli nie jesteście gośćmi hotelowymi, więc od razu kierujcie się na publiczną plażę znajdującą się w kierunku centrum biznesowego. Dokładniej za hotelem Jumeirah Beach. Oszczędzi Wam to spaceru w upale. Dopiero stąd świetnie widać hotel.

Image

Prawdę mówiąc plaża też jest niczego sobie i w dodatku pusta... gdybym miał strój kąpielowy chyba zostałbym tu na kilka godzin ;-)

Image

Wsiadam z powrotem do taksówki i jadę do Mall of Emirates (nie mylić z Dubai Mall), w którym znajduje się pewna znana atrakcja Dubaju ;-) A pod centrum handlowym...

Image

No nareszcie! Tyle zawsze słyszałem o supersamochodach w Dubaju, a to są jedyne dwa egzemplarze jakie widziałem w tym mieście w ciągu całego mojego pobytu. Kryzys? ;-) No ale wejdźmy do środka centrum handlowego - nie wydaje się by było tu coś ciekawego...

Image

A jednak. To po to tu przyjechałem:

Image

Ski Dubai - chcesz sobie pośmigać na nartach w środku lata? I to nie na igielicie tylko na zwykłym śniegu? W ujemnej temperaturze? Pod dachem? Nie ma problemu. Jesteś w Dubaju! Tu ponad czterdzieści stopni Celsjusza na zewnątrz nie przeszkadza. A czemu to zrobili? Bo mogą :-) Kto bogatemu zabroni. Niestety dziś nie pojeździłem na nartach - nie mój budżet :-)

Image

Ostatnią rzecz, którą chciałem zobaczyć w Dubaju jest Targ Złota - Gold Souk. Dubaj uchodzi za miasto złota - transakcje przeprowadzane w tym mieście na samym złocie w 2003 roku warte były w sumie około 5,8 mld USD.

Image

Aktualnie na targu można zrobić zakupy w jednym z 300 sklepów. Jedne są większe, inne mniejsze, ale wszystkie pełne złota...

Image

Image

Skwar mnie zabija, więc wracam do hotelu - w metrze widzę taką oto tabliczkę. Ale o co chodzi?

Image

Dzień 21 DXB-DOH-WAW Qatar Airways

Wsiadam w taksówkę i ruszam spod hotelu w kierunku lotniska. Na miejscu będę o 19.00, a wylot do Doha jest kwadrans po północy, mam więc dużo czasu... za dużo. Prawdę mówiąc nie myślałem, że stary terminal w Dubaju z którego korzystają wszystkie linie poza Emirates i Qantasem jest tak beznadziejny po stronie landside.

Image

Nie ma tu kompletnie nic... Qatar Airways lata do Dubaju praktycznie raz na dwie godziny, więc stanowiska check-in są otwarte niemal na wciąż. Podszedłem do supervisora i zapytałem czy jest w stanie przyjąć moją torbę mimo, że do mojego lotu jeszcze ponad 5 godzin. Stwierdził, że jeszcze nie, ale za godzinę otworzy dla mnie odprawę na mój lot i wyślą mój plecak tam gdzie wzrok śmiertelników nie sięga ;-) Fajnie. Czekam więc godzinę podłączony do darmowego lotniskowego wifi.

Image

Stanowisk odprawy biletowo-bagażowej w Dubaju QR otwiera aż osiem, ani przez moment nie widziałem by kolejka była dłuższa niż kilka osób do wszystkich 5 stanowisk dla klasy ekonomicznej.

Zgodnie z tym co supervisor powiedział, mój bagaż odjeżdża w siną dal kilka minut po ósmej. Mam więc cztery godziny na zwiedzanie dubajskiego lotniska. Kontrola paszportowa była ciekawym zjawiskiem - trafiłem na bardzo znudzoną panią, która pod swoim nakryciem głowy chowała zestaw słuchawkowy i cały czas nawijała przez telefon. Podałem jej paszport, który w ciągu ośmiu lat używania nie raz zetknął się z deszczem i wodą, więc jest trochę wygnieciony. Spojrzała na mnie od niechcenia z obrzydzeniem i zapytała czy myłem swój własny paszport. Z przyjemnością odpowiedziałem jej, że tak. Wbiła pieczątkę i poszedłem dalej...

Za to kontrola bezpieczeństwa poszła szybciutko i sprawnie. Witamy w części C dubajskiego lotniska! Stąd odlatują wszystkie linie poza EK/QF i kilka lotów Emirates. Wygląda to całkiem nieźle:

Image

Image

Jeśli ktoś się zgubi można podejść do jednej z elektronicznych mapek pirsu:

Image

Skanujemy kartę pokładową i... tadaaa!

Image

Fajne i proste rozwiązanie. No to idziemy zwiedzać! Ciekawi mnie hub Emirates - część B i A.

Image

Po drodze jeszcze mijam makietę ukazującą jak wyglądało pierwsze lotnisko w Dubaju.

Image

Części A i B są bardzo zbliżone do siebie z wyglądu. Największe wrażenie robią windy w centralnej części terminala - ludzie po kontroli bezpieczeństwa wjeżdżając na górę wyraźnie rozglądali się po suficie. Ich mina mówiła "wow".

Image

Image

Po spacerku udaję się do saloniku biznesowego w pirsie C. Bardzo fajny salonik z bardzo dużym wyborem przekąsek i napojów.

Image

Image

Zbliża się czas boardingu, więc zmierzam do samolotu. Dziś lecimy Boeingiem 777-300ER A7-BAQ, czyli 2,5-letnią maszyną.

Image

Nie różni się ona zbytnio od BAY, którym leciałem z Bangkoku do Dohy, więc nie będę opisywał jej szczegółowo. Co wiem, to że w Dubaju nie sprzątają tak dobrze jak to ma w zwyczaju liczna ekipa z Tajlandii.

Image

Jeszcze chwila i wypychanie. Po wyświetlonym na ekranie safety demo kabina zaczyna przybierać różne kolory:

Image

Image

Chwilę po starcie startuje serwis pokładowy. Do jedzenia taka sama zapiekanka jak na śniadanie w locie z Bangkoku do Doha. Tym razem do wyboru wołowina lub ostre warzywne curry. Padło na curry, ale nie obyło się bez ubawu z Panią obsługującą moją sekcję kabiny, bo nie była pewna która kanapka jest która i stwierdziliśmy, że mogę jej w sumie powiedzieć ;-)

Image

Wychodząc zrobiłem jeszcze zdjęcie kabiny biznes:

Image

I tyle z tego lotu - krótki skok do Doha i krótka przesiadka na lot do Warszawy. Okazuje się, że leci tak mało osób że zabiorą nas do samolotu tylko jednym busem.

Image

W dwuletnim A320 A7-AHO było całkiem wesoło ze względu na mgłę szczelnie wypełniającą całą kabinę. Nie raz już widziałem skraplającą się parę wodną w kabinach A320, ale jeszcze nigdy nie widziałem, by zjawisko to było tak intensywne.

Image

Na pokładzie według załogi mniej niż 45 osób. Największy plus to to, że mam swoje 3 miejsca tylko dla siebie. Zacząłem od oglądania filmów, jednak mój ekran zawiesił się w połowie seansu - nawet IFE każe mi widocznie iść spać. Najpierw jednak śniadanie:

Image

W skład zestawu na dziś wchodzi fritata z warzywami i pieprzem podawana z pomidorem i sosem ziołowym, ziemniakami, smażoną cebulą i grzybami. Oprócz tego: sok pomarańczowy, sałatka owocowa, ciepły croisant, bułka, masło, serek kozi, dżem i jogurt.

Całość bardzo dobra!

Pozostałe opcje, które miałem do wyboru to naleśniki z cynamonem i syropem klonowym lub omlet z pomidorem i serem wraz z parówką drobiową z ziemniakami.

Pora spać! Gdy wstałem byliśmy już bardzo blisko celu. Obudziła mnie zwyczajowa zbiórka koców ;-) Chyba już przywykłem do tego.

Image

Za oknem mijamy Dęblin ;-)

Image

Lądowanie miękkie w idealnej pogodzie. W Warszawie jesteśmy pół godziny przed czasem.

Image

Kołując przejeżdżamy obok Dreamlinera LRB, by zadokować przy rękawie na rogu terminalu.

Image

Podsumiowanie

Kolejny wyjazd i kolejna relacja dobiega końca. Wyjazd bardzo zdywersyfikowany ze względu na różnorodność miejsc w których byłem. Najbardziej podobał mi się Hong Kong i Kambodża. Hong Kong ze względu na nowoczesność, łatwość zwiedzania i "to coś" co niektóre miasta w sobie mają, a niektórym brakuje. Kambodża z kolei zauroczyła mnie swoimi kolorami i ludźmi, którzy tam mieszkają.

Największe zawody? Chyba Dubaj i Kuala Lumpur. Dubaj to taka mocno przereklamowana wydmuszka w której tak na prawdę nie wiele jest poza upałem i kilkoma wysokimi budynkami, które nie robią takiego wrażenia jakiego się spodziewałem, że zrobią. Kuala Lumpur zasłużyło na bycie na liście "nie" za swoich taksówkarzy. Może to głupie, bo wszędzie zdarzają się czarne owce, ale Kuala zwiedzało mi się na prawdę ciężko.

Czy wróciłbym w któreś z miejsc w których byłem? Wiecie co... chyba nie. Żadne z miejsc w którym byłem nie ma w sobie tego czym mnie zauroczyła np. Japonia - tej odmienności kultury i to takiej do której chce mi się tam wracać. Oczywiście nie żałuję żadnego z miejsc w którym byłem - zdjęcia i wspomnienia zostaną, ale nie muszę tam jechać ponownie, bo nie czuję że coś zostało do zobaczenia ;-)

Podziękowania

Jak zwykle dziękuję wszystkim którzy dobrnęli do tego momentu - czytali i oglądali zdjęcia :-) Dziękuję za wszystkie polubienia i komentarze. Jeśli Wam się podobało to czekam na więcej ;-) Jak zawsze motywuje mnie to do dalszej pracy nad relacjami.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 13 Sie 2014 22:08 

Rejestracja: 15 Cze 2014
Posty: 1618
niebieski
Mega relacja! Chyba najlepsza, jaką tutaj widziałem.

Jak oceniasz - gdybyś miał lecieć 2. raz tą trasą, zmieniłbyś długość pobytu w poszczególnych miejscach? Coś byś całkowicie wyrzucił, a może coś dodał, czego nie planowałeś?
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez Arekkk, 13 Sie 2014 22:46, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 13 Sie 2014 22:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
Arekkk, cieszę się, że Ci się podobało :)

Hmm... to po kolei (biorąc poprawkę na to, że jestem szybkim zwiedzaczem ;) ):
- Hong Kong - absolutnie nie, ewentualnie bym dorzucił z ciekawości jeden dzień w Macau. Koleżanka, która tam była na wymianie mi powiedziała o jeszcze jednym miejscu na południu wyspy, więc ewentualnie +2 dni wliczając Macau.
- Kuala Lumpur - jeden pełny dzień i jeden wieczór moim zdaniem na samo miasto wystarczy + ewentualnie 1 na Batu Caves
- Singapur - nie zmieniłbym nic :)
- Kambodża - nie zmieniłbym nic jeśli chodzi o czas w miejscach w których byłem, ale chętnie bym dorzucił coś więcej do planu na kolejne dni :)
- Bangkok - z perspektywy czasu nie wiem czy w ogóle bym go nie wyrzucił z trasy i nie poleciał do Wietnamu lub Laosu. W zasadzie niczego ciekawego tam nie ma moim zdaniem. No, chyba, że ktoś szuka życia nocnego, to wtedy owszem ;-) Tajlandia jest chyba fajniejsza na wakacje w takich miejscach jak np. w Phuket lub Koh Samui.
- Dubaj - warto zobaczyć, ale 2 dni to absolutny maks. Myślę, że nawet i jeden pełny dzień (nie piątek) by wystarczył ;-)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 14 Sie 2014 11:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Lip 2012
Posty: 737
niebieski
Fantastyczna relacja, czytałam z ogromną przyjemnością! Świetnie spędzona godzina, a zdjęcia bardzo profesjonalne - czekam na kolejne relacje :) Jestem ciekawa, ile kosztowały wszystkie bilety lotnicze, ale to chyba nie ma sensu, skoro rezerwacje były zmieniane.
_________________
Żyję dla takich chwil, kiedy bierzesz haust powietrza i krzyczysz: chwilo, proszę, bądź wieczna!
Eldo
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 14 Sie 2014 13:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 Lis 2012
Posty: 1292
Loty: 236
Kilometry: 393 312
srebrny
Jak zawsze ciekawa relacja i świetne zdjęcia. Tym bardziej, że wybieram się wkrótce w podobne rejony oraz także jestem miłośnikiem szybkiego zwiedzania :D
Myślisz, że jeśli chodzi o Angkor to wiele tam zobaczyłeś? Mam w planie przeznaczyć na zwiedzanie tylko 1 dzień, a na przykład w przewodniku Lonely Planet wyczytałem, żeby nawet nie myśleć o tym, żeby zwiedzać Angkor tylko w 1 dzień. Co oni tam wiedzą ;)
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 14 Sie 2014 15:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
invasion, bardzo się cieszę :)

loty kosztowały następująco:
WAW-DOH-HKG;BKK-DOH-DXB;DXB-DOH-WAW 2797 zł (ale nie ja płaciłem - mój poprzedni lot kosztował 1200 zł i dostałem zwrot różnicy)
AirAsia Macau - KUL 124 PLN wliczając bagaż
AirAsia KUL - REP 260 PLN z bagażem
Cambodia Angkor Air REP-PNH 97,5 USD (można alternatywnie skorzystać z tanich autobusów)
Tigerair PNH-SIN 95 USD z bagażem
Scoot SIN-BKK 295 PLN a bagażem

kevin, dzięki! :) Spokojnie 1 dzień Ci wystarczy ;-) a nawet 2/3 dnia na Angkor i reszta na samo Siem Reap. Zwłaszcza jeśli sobie ogarniesz drivera-przewodnika.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 14 Sie 2014 15:29 

Rejestracja: 02 Lis 2012
Posty: 413
Loty: 145
Kilometry: 309 536
niebieski
Wielki szacun za tradycyjnie już wysoka jakość relacji :)
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 14 Sie 2014 16:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Wrz 2012
Posty: 175
Loty: 107
Kilometry: 270 851
Fantastyczna relacja, jeszcze raz dzięki!
Góra
 Relacje PM off
tygrysm lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 15 Sie 2014 23:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Gru 2011
Posty: 265
Loty: 140
Kilometry: 285 616
niebieski
silazak, dzięki! :)

Ladyage, to ja jeszcze raz dziękuję :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 15 Sie 2014 23:41 

Rejestracja: 10 Lip 2014
Posty: 89
Loty: 57
Kilometry: 138 056
Kolejna świetna relacja. Pogratulować zapału !
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group