REKLAMA

Dziś każdy chce być „lokalnym turystą”. Czy i jak poznawać ludzi, zwyczaje i miejsca „poza szlakiem”?

turystka w wietnamie
Foto: Dmytro Gilitukha / Shutterstock

Autentyczne, lokalne, poza utartym szlakiem, nieturystyczne – to zwroty, którymi chcielibyśmy określać nasze podróżnicze doświadczenia. Poza „odhaczeniem” głównych atrakcji turystycznych, coraz częściej pragniemy podążać tropem mieszkańców.

„Cześć, lecę do Barcelony. Znacie może miejsca, których nie ma w przewodniku? Takie, w których można spotkać mieszkańców, a nie turystów?”, „Gdzie zjeść w Neapolu, żeby nakarmili nas prawdziwym jedzeniem, takim jak jedzą mieszkańcy, a nie zestawem przygotowanym dla turystów?”. Takie pytania pojawiają się w internecie każdego dnia. Nie chcemy już podróżować jak stereotypowy turysta, który idzie z całą grupą, szlakiem wydeptanym przez miliony poprzedników. Robi zdjęcia tam, gdzie wszyscy, je to, co wszyscy, zwiedza dokładnie tak, jak wszyscy.

Dziś mamy ku temu mnóstwo możliwości, a jednak wciąż znajduję pytania „jak poznać ludzi na miejscu?”, „jak wkręcić się na lokalną imprezę?”, „czy będą na mnie krzywo patrzeć, gdy w tej restauracji zacznę robić zdjęcia?”. Podpowiadamy, jak „skorzystać” z lokalnej społeczności, ale bez wpychania się z butami tam, gdzie nas nie chcą.

Gdzie i jak poznawać ludzi?

W gruncie rzeczy nie ma nic fajniejszego niż koledzy i koleżanki rozsiani po całym świecie. Zwłaszcza, jeśli oni odwiedzają nas, a my ich. I przede wszystkim, gdy zamiast wykorzystywania okazji na darmowe oprowadzanie, jest to naprawdę zażyła relacja. Mieć gdzie przenocować, dostać wskazówki, gdzie zjeść i co zobaczyć od kogoś, kto na co dzień przebywa w mieście, to zupełnie coś innego niż przeczytać przewodnik. A jak jeszcze wam się trafi, że was ktoś was zaprosi na rodzinny obiad, to jesteście w czepku urodzeni.

Ale nie zawsze tak się da. Może znajomości nie przetrwały, może dopiero zaczynamy podróżować i tak dalej. Spokojnie, są sposoby, żeby temu zaradzić.

  • serfowanie po kanapach

Najlepszą metodą na poznanie mieszkańców jest couchsurfing, czyli serwis społecznościowy, który pozwala znaleźć nocleg w czyimś domu. Jednak wbrew powszechnej opinii nie jest to darmowy nocleg, bo idea wcale nie kręci się wokół udostępnienia własnej kanapy. To o wiele bardziej wpuszczenie do własnego świata. W większości przypadków couchsurfing polega na wspólnym spędzaniu czasu – od nocowania, przez zwiedzanie miasta, wspólne gotowanie czy wypad na piwo, po szaloną imprezę albo długie dyskusje trwające do świtu. Pamiętaj o tym, gdy będziesz wysyłał prośbę o nocleg – daty i godzina przyjazdu to trochę za mało.

  • spróbuj samotnych podróży

Żadne podróże nie mają w sobie tak dużego pierwiastka lokalnego doświadczenia, jak te samotne. Wtedy zamiast gadać ze swoim towarzystwem, skupiam się na ludziach dookoła siebie. Niby siedzisz sam przy stoliku czy w autobusie, ale w wielu krajach to właśnie wtedy w mig poznasz mnóstwo ludzi. Hiszpania, Włochy, Gruzja, Portugalia – idę o zakład, że zaraz ktoś zacznie z tobą plotkować. Od słowa, do słowa i nawet nie wiesz, kiedy stałeś się kompanem do obiadu, kieliszka czy tańców i śpiewów. Takie przygody nieprzypadkowo najczęściej przytrafiają się samotnym podróżniczym wilkom.

  • unikaj rodaków

Wiem, że to brzmi okropnie, ale taka jest prawda. W rodzimym towarzystwie łatwo wpaść w pułapkę niepoznawania nikogo i nigdzie. Nie dlatego, że akurat jesteśmy Polakami i coś z nami jest nie tak. Po prostu podobnie jak w przypadku podróży w dużych grupach, nie masz takiej potrzeby. Przecież masz z kim rozmawiać, masz z kim podzielić się spostrzeżeniami i nie musisz pytać o drogę, bo z dużym prawdopodobieństwem choć jedno z was ogarnia mapę. Lubimy zamykać się w swoim gronie i rzadko z niego wychodzimy.

  • uwierz w przypadki i bezinteresowność

Są też kraje, gdy wystarczy jedna rozmowa, by ktoś zaprosił was do domu. Zaoferował obiad, nocleg, podwiezienie, czasem po prostu spędzenie miłego popołudnia. Krótka pogawędka ucięta na stacji benzynowej, w przydomowej restauracji prowadzonej przez całą rodzinę albo nawet pytanie o drogę – od tego się zaczyna. Bo „gość w dom, to bóg w dom” – choć nie zawsze w religijnym sensie. Oczywiście warto podchodzić do takich zaproszeń z dystansem, nie każde będzie uczciwe i bezpieczne, ale wierzę, że intuicja podpowie wam, kiedy warto zaryzykować.

  • wyjdź z inicjatywą

Miło jest czekać aż to ktoś do nas zagada i zaoferuje wspaniały czas spędzony na poznawaniu lokalnych zwyczajów i społeczności. Ale to niestety nie zawsze tak działa. Jesz tapas w niewielkiej knajpce? Zaczep kogoś koło siebie. Boisz się, że cię zbyje? No to co? Ryzykujesz 15 sekund wstydu kontra kilka godzin ciekawej dyskusji. Uśmiechnięta pani sprzedaje owoce na ulicy? Pogadaj z nią, gdy będzie przygotowywała twój koktajl. Trafiłeś na siedzenie w autobusie w otoczeniu dwóch kur, trójki dzieci i przynajmniej dwóch dodatkowych pokoleń jednej rodziny? Tematów do zainicjowania dyskusji są setki! To nie zawsze muszą być znajomości na całe życie, czasem nawet nie na dłużej niż pół godziny, ale najwięcej o krajach, do których jeżdżę dowiaduję się właśnie z przypadkowych rozmów w zupełnie przypadkowych miejscach.

  • korzystaj z aplikacji

Aplikacje objęły już chyba każdą dziedzinę życia. Poznawanie ludzi i zwiedzanie także. Wiedzieliście, że są nawet takie, które pozwolą wam znaleźć sponsora na wyjazd? Ale zacznijcie od czegoś mniej kontrowersyjnego. Wypróbujcie Meetup, Warmshowers, wspomniany couchsurfing, szukajcie na Facebooku. O dziwo sprawdza się nawet Tinder, jeśli tylko odpowiednio wcześnie zaznaczysz, czego dokładnie oczekujesz. Samo „jestem w mieście na kilka dni” może być nieco mylące.

kobiety w podróży
Foto: ProStockStudio / Shutterstock

A czy warto zapłacić?

W dzisiejszej turystyce trend podróżowania tropem lokalnych zwyczajów jest tak mocny, że są firmy, które zaczęły na tym zarabiać. Są jednak opcje, z których warto skorzystać i te, które warto… przynajmniej mocno przemyśleć.

Po jednej stronie mamy na przykład Airbnb Experience. Usługa wprowadzona w 2017 roku początkowo nosiła nazwę Airbnb Trips, ale jej idea nie zmieniła się od tamtego czasu. Za odpowiednią opłatą możemy skorzystać z wielu nietypowych doświadczeń, jakie oferują miejscowi gospodarze. Nie ma mowy o dużej grupie, utartych ścieżkach czy klasycznym zwiedzaniu.

Maria pokazuje jak lepić pierogi w Warszawie, w Wiedniu Charles & Denis zapraszają na spacer z… bezdomnymi, którzy wrócili do normalnego życia, Paola uczy salsy na jednym z tajemniczych dachów Barcelony, Kadek zaprasza na naukę robienia biżuterii na Bali, a Jing w Londynie prowadzi warsztaty robienia własnych szminek.

Możemy też szukać innych firm, które specjalizują się w pośredniczeniu pomiędzy turystami a lokalną społecznością. Na przykład JoinMyWedding pozwala załapać się na prawdziwe hinduskie wesele. Do dziś nie mogę się nadziwić, że Polacy jeszcze nie zarabiają na czymś podobnym.

Druga, najpopularniejsza wersja pośród tych, za które trzeba zapłacić to tzw. Real TU WSTAW KRAJ Experience. Naczelna wycieczka w każdej agencji turystycznej. W Kenii będzie oznaczać wizytę w sztucznej wiosce Masajów, którzy zwiną się zaraz za ostatnim autokarem, w Tajlandii wioskę plemienia Karen, gdzie dosłownie pooglądacie kobiety z obręczami na szyi, w Maroku jakiś wypad jeepami do niby-beduinów.  Generalnie zazwyczaj ktoś przyjdzie w tradycyjnym stroju, potańczy, weźmie pieniądze i tyle go widzieli.

Zdjęcia wyjdą ładne, autentyczności w tym niewiele, ale dopóki jest popyt to wcale nie dziwi mnie, że jest także podaż.

Trzecią opcją, przy okazji moją ulubioną, jest wynajmowanie sprawdzonych, lokalnych przewodników czy kierowców. Sprawdza się przede wszystkim z dala od Europy, ale pewnie i na naszym kontynencie nie brakuje odpowiednich ludzi.

Dlatego jeśli już chcecie zapłacić, a nie chcecie szukać żadnych miejsc ani ludzi na własną rękę, poszperajcie za takimi „osobami do wynajęcia”. Jeśli jesteście w kilka osób, koszt będzie niewielki, a wystarczy określić swoje oczekiwania i poprosić o ominięcie najbardziej zatłoczonych punktów, by lokalny kierowca odkrył przed wami najbardziej zaskakujące miejsca. Zabrał do niewielkiej knajpki (swoich znajomych, ale cóż z tego?), zatrzymał się przy wodospadzie, o którym nikt nigdy nie napisał w internecie, wjechał w zupełnie nie rokującą uliczkę, na końcu której był spektakularny widok.

turyści
Foto: View Apart / Shutterstock

Druga strona medalu

Nie można jednak zapominać, że gdy my usilnie wpychamy się w lokalne społeczności, chcąc chociaż przez chwilę poczuć prawdziwy rytm i energię miasta, wchodzimy bezpardonowo w czyjeś życie i bardzo często – choć to może wydawać się niemożliwe – zmieniamy je na zawsze. Nie ma czegoś takiego jak dzielnica bez turystów, skoro już się tam zjawiłeś. Może ich być mało, ale każdy kolejny cynk na forum, na grupie facebookowej czy blogu, bezpowrotnie zwiększa tę liczbę.

Doskonale wiem, że fajnie jest pójść na niewielki, lokalny targ – zupełnie inny niż ten opisywany w przewodniku. Tylko, gdy zrobię tak ja, ty, wy i oni, to nagle i ten targ trafia do rekomendacji turystycznych. A kończy się jak w sierpniu w Barcelonie, gdzie po licznych protestach, turystom ograniczono możliwość wstępu na Santa Caterina. Wcześniej w maju, burmistrz Wenecji postawił specjalne barierki, które miały tworzyć korytarze dla turystów – jednocześnie kierując ich do najważniejszych atrakcji i oddzielając od zwykłych mieszkańców czy zbaczania z ustalonej drogi. W Amsterdamie chcą zakazać wieczorów kawalerskich i panieńskich, bo mieszkańcy nie są w stanie normalnie funkcjonować. Centra miast wyludniają się przez Airbnb, a najbardziej ortodoksyjna dzielnica żydowska w Jerozolimie musiała wywiesić znaki ostrzegawcze, że turyści nie są tu mile widziani.

Czy więc da się pogodzić nasze pragnienie najbardziej lokalnego doświadczenia z pełnym spokojem mieszkających tam ludzi? Niestety nie. Czy da się uszanować mieszkańców tak, by wszyscy byli zadowoleni? No pewnie!

Poznawaj ludzi, a być może sami zaproszą cię do swojego świata. Nie próbuj na siłę zrobić zdjęć tam, gdzie nie jest to mile widziane – zwłaszcza ludziom, którzy nie wyrazili na to zgody. A skoro już zawędrowałeś na zupełnie nieturystyczną uliczkę, to zjedz tam obiad, kup coś w małym sklepiku. Wtedy twoje pieniądze wspierają dokładnie to, co spodobało ci się najbardziej. Lokalną społeczność.

A przede wszystkim myśl rozsądnie. W czasach, gdy ludzi ciągnie do podglądania biedy, a nawet favele i slumsy stają się atrakcją turystyczną, warto mieć w sobie odrobinę rozsądku. Tego samego, który w odpowiednim momencie podpowie, że pragnienie lokalnego doświadczenia zawędrowało zbyt daleko.

Wtedy i wilk syty, i owca cała.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Zawsze z pewną dozą uśmiechu czytam jak to turyści wspomagają lokalną społeczność w wielu biedniejszych krajach. Sklepikarze i inni straganiarze lub handlujący z tzw ,,ręki" opłacają lokalną mafię która nikomu nie daruje turystycznych zysków i to zarówno chodzi o mafie rządowe(Kambodża lub inne Filipiny) lub regionalne (Włochy i prawie cała Afryka). To jest podobne jak dawanie kasy dla żebrka i to kalekiego z Rumunii
HandSome, 8 lutego 2019, 12:54 | odpowiedz

Alicante aleja w mieście
Najlepsza oferta

Izrael, Włochy i Hiszpania już od 78 PLN

Kamil Walinowicz | 2019-10-21 21:07
REKLAMA
REKLAMA
Poznaj nasz kierunek miesiąca
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel