Apartament kosztował 100 PLN za noc, teraz… 34 razy więcej. Jak hotele (i nie tylko) robią nas w balona?
Tłumy, kosmiczne ceny noclegów, regularne odwoływanie rezerwacji, kłopoty logistyczne i gigantyczne kolejki – tak będzie, gdy przypadkiem na miejsce twojego urlopu skierują się kamery całego świata albo kraju. I jeszcze cała branża turystyczna z uśmiechem zrobi cię w balona. Brzmi super? Dla przedsiębiorców na pewno.
Planujesz sobie wakacje, już może nawet masz wstępny plan, kupione bilety, wypatrzony nocleg. A tu nagle Donald Trump decyduje spotkać się z Kim Dzong Unem, Harry chce się ożenić z Meghan albo Justin Bieber postanawia odwiedzić krakowską Tauron Arenę. I na nic twoje plany, marzenia, założenia. Bo nagle ceny noclegów szybują spektakularnie w górę, twoja wcześniejsza rezerwacja zostaje anulowana, kolejne opcje znikają szybciej niż ciastka na urodzinach młodszej siostry, a ty możesz się tylko… powściekać.
Podobną przygodę z noclegami na finał Ligi Mistrzów w Kijowe opisał kilka miesięcy temu Paweł Kunz. Ale jego przypadek nie jest odosobniony, bo hotele i cała branża turystyczna kochają robić z turystów idiotów.
I o ile takie wydarzenia jak Światowe Dni Młodzieży, Mundial, wyścig Formuły 1 czy cykliczne festiwale można raczej przewidzieć, o tyle wiele imprez ogłaszanych jest z niewielkim wyprzedzeniem. A przecież niejednokrotnie wywracają one życie i turystykę w danym miejscu do góry nogami. A przy okazji nasze plany.
Ceny noclegów z kosmosu
Od tego się zaczyna. Jeśli ceny w danym miejscu podrożały dziesięciokrotnie, to wiedz, że coś się dzieje. I to zazwyczaj w okolicy. Niewielkie brytyjskie miasteczko Slough, skąd w 40 minut piechotą można dotrzeć do zamku w Windsorze, przeżyło niemalże turystyczną apokalipsę, gdy odbywał się królewski ślub. Tylko na Airbnb liczba rezerwacji noclegów wzrosła o 1438 proc. – i nie, nie ma tu jednej cyfry za dużo. Jedna noc z widokiem na trasę przejazdu królewskiej pary w okolicznych domach kosztowała od 475 do 3500 GBP za noc.
W trakcie Mundialu, Rosjanie też wyczuli dobry biznes. Pokoje potrafią kosztować nawet 16 tysięcy (!) razy więcej niż w czasie poza mistrzostwami świata. Ceny podskakują z 80 PLN do prawie 15 tys. PLN, ze 100 PLN na 3400 PLN za noc, a kolejne rezerwacje są odwoływane jedna za drugą, bo wciąż okazuje się, że istnieje ktoś kto da więcej. Nie ma mowy o uczciwej zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Na nic plany, przewidywania, zapobiegliwość. Nagle serwisy rezerwacyjne przypominają bardziej aukcyjne.
Wyobrażam sobie, jak właściciel z hotelu siedzą nad systemem cen i przekomarzają się. „Dać tysiąc? Zapłacą?”, na co drugi odpowiada „Daj tysiąc razy dziesięć. Przecież i tak ktoś weźmie”. I oczywiście można się złościć, odwoływać, tupać nogami, ale nic to nie da. Pośrednicy – jak Booking czy Airbnb próbują łagodzić sytuację i proponują pozostawionym na lodzie turystom alternatywne noclegi, ale skoro wszystko jest zajęte, nie mają zbyt dużego pola do popisu. Zwykle więc ani standard ani nowa cena nie jest zadowalająca.
Nie inaczej jest w trakcie wyścigów Formuły 1 i MotoGP. Do tego dochodzą jeszcze festiwale muzyczne – zdobycie dobrego noclegu w dobrej lokalizacji na czas Openera graniczy z cudem. Na Audoriver w Płocku nawet rezerwacje z rocznym wyprzedzeniem mogą okazać się niewystarczające.
A gdy okazało się, że w zimowej stolicy Polski na Sylwestrze wystąpi Luis Fonsi – człowiek od najbardziej kochanej i jednocześnie najbardziej znienawidzonej piosenki ubiegłego roku, czyli „Despacito”, a przed nim przygrywać będzie Slawomir w rytmie: „Miłość, miłość w Zakopanem”, górale oszaleli. Nie na myśl o sylwestrowej zabawie, a o cenach, które zapłacą przyjezdni. I wcale się nie pomylili.
Ceny za nocleg sięgały 5000 PLN za parę. A mało który obiekt wynajmuje w tym czasie pokoje na jedną noc. Zazwyczaj minimum to 3, ale bywa, że trzeba przyjechać nawet na 5 dni. Szybkie porównanie tego samego okresu w 4* hotelu w Dubaju i mamy druzgocący wynik. Para musiałaby wydać 1273 PLN za noc, czyli nawet 3 razy mniej. Ale niewielu to odstraszyło. Nowy rok w Zakopanem tylko na oficjalnym koncercie witało 80 tys. osób. Nic dziwnego, że następnego dnia na dworcu PKP miały miejsce dantejskie sceny.
"Gdzie właściwie jest ten Singapur?"
Brzmi trochę jak stereotypowy żart, ale tym razem nie ma z dowcipami nic wspólnego. Podczas, gdy w jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata Donald Trump prowadził rozmowy nuklearne z Kim Dzong Unem, Amerykanie na potęgę szukali odpowiedzi na pytanie: „gdzie leży Singapur?”. I było to wtedy najczęściej wyszukiwane hasło w USA.
Na organizację samego szczytu Singapur musiał przeznaczyć blisko 20 mln USD, co jak można się domyślać, niekoniecznie przypadło do gustu mieszkańcom, którzy nie chcą finansować ze swoich pieniędzy spotkań przywódców obcych państw. Jednak eksperci już szacują, że wartość szczytu to ok. 200 mln USD – mniej więcej tyle kosztowałyby reklamy, które miałyby porównywalny zasięg jak informacje o szczycie. I to właśnie jest kluczowe dla państw organizujących tak duże wydarzenia. Tak zwany ekwiwalent reklamowy przynosi bardzo duże zyski w przyszłości. A długofalowe przypływy pieniędzy dla gospodarki zawsze są lepsze niż nawet duży, ale jednorazowy zastrzyk.
Expedia podała, że liczba wyszukiwań noclegów w Singapurze bezpośrednio przed szczytem wzrosła o 58 proc. w porównaniu z tymi samymi dniami w 2017 r., Z kolei liczba zapytań ze strony klientów z USA wzrosła w tych samych dniach aż o 220 proc. Nie ma wątpliwości, że koszty zrównoważą nadchodzące dochody.
Wielka Brytania też nie będzie narzekać. Chociaż ślub i wesele księcia, które przyciągnęło 100 tys. turystów do Windsoru i blisko 2 mld ludzi przed telewizory i relacje w internecie, uszczupliły budżet o 32 mln GBP – z czego 30 mln kosztowało samo „zapewnienie bezpieczeństwa”, to zwróci się brytyjskiej gospodarce z nawiązką. Szacuje się, że to może być kwota bliska 500 mln GBP, czyli ponad 15 razy wyższa niż wydatek.
Bo nie chodzi przecież tylko o turystów, którzy kupili noclegi, skorzystali z transportu czy musieli się żywić w trakcie ślubu. W grę wchodzi chociażby gigantyczna sprzedaż okolicznościowych pamiątek, która ma się w Anglii świetnie, sprzedaż towarów niebezpośrednio związanych z parą książęcą – ubrań, dodatków czy rzeczy, których używają, a także bardziej oczywiste dochody – jak wzrost popularności zamku w Windsorze. Dodatkowo amerykańskie telewizje zapłaciły w sumie około 1 mln USD za możliwość stworzenia plenerowego studia na dachach hoteli czy domów.
Pan płaci, pani płaci
Kiedy więc kraje i miasta organizują gigantyczne imprezy, wiedzą, że razem z wzmiankami w mediach pojawi się też turystyczny armagedon. Czasem – jak w przypadku królewskiego ślubu, turyści zjawią się od razu, by razem z milionami innych osób machać parze na nowej drodze życia. Kiedy indziej, wzrost pojawi się dopiero po fakcie – jak to ma mieć miejsce w przypadku Singapuru. Jeszcze innym razem udaje się ugrać coś i w trakcie i po – tak było na przykład w trakcie Światowych Dni Młodzieży. Ale zawsze zwróci się z nawiązką.
I nic w tym dziwnego, że kto tylko może, będzie chciał na tym zarobić. Hotele, agencje turystyczne, linie lotnicze – byłoby naiwnością myśleć, że przegapią okazję do podniesienia cen. Nikt nie będzie tego regulował, pilnował czy ograniczał. Bo miasta – choć nie są prywatnymi firmami – mają dokładnie ten sam cel.
Zarobić na tych, którzy są gotowi zapłacić fortunę. A takich wciąż nie brakuje.