REKLAMA

Największa zaraza turystyki? Instagramerzy! Hotele, atrakcje, miejscowi – wszyscy mają ich dość

podrozniczka
Foto: LALS STOCK / Shutterstock

Gdy jedni popadają w obsesję, inni próbują na różne sposoby zażegnać kryzysy, które w branży turystycznej wywołuje Instagram. Od plagi, jaką jest proszenie o darmowy nocleg w zamian za „reklamę na moim kanale”, przez zrujnowanie życia zwykłych mieszkańców, po nadchodzące się katastrofy ekologiczne.

Jest jeszcze przed południem, ale właśnie usiadłam na lekko wilgotnym kamieniu po kilku godzinach wędrówki. Przed chwilą zeszłam z Sarniej Skały i nieco odbijając z głównej trasy, odpoczywam w jednym z moich ulubionych tatrzańskich zakątków. Hektolitry wody spadają z góry, roztrzaskując się o skały na samym dole. Szum, choć głośny, daje wytchnienie, widok pieści zmysły, a sam wodospad zawsze robi na mnie wrażenie, choć miałam już okazję widzieć jego o wiele bardziej spektakularne wersje. To nic, bo 23-metrowa Siklawica zawsze będzie mieć osobne miejsce w moim sercu. Nie jestem tu sama. Dookoła mnie krząta się mnóstwo turystów, którzy po obfitym śniadaniu „na kwaterze” wyruszyli na krótki spacer, by nasze drogi mogły spotkać się w tym miejscu.

Obserwuję ich z zaciekawieniem. Większość musi strzelić fotkę, dwie, ewentualnie 48 w 13 pozach. Z każdą kolejną podchodzą bliżej wodospadu, zachęceni podobnymi wybrykami innych turystów. Tylko nieliczni siedzą i podziwiają to, co widzą – jednocześnie w pewien wstydliwy sposób nie mogąc oderwać wzroku od całej reszty. Wszak przed naszym nosem toczy się wojna o najlepszy kadr, o to, kto wejdzie na bardziej niedostępną skałę, a może nawet bardziej o to, kto zejdzie z niej później bez szwanku. Selfie sticki niemal latają w powietrzu, ktoś krzyczy: „w lewo się przesuń”. „W to drugie lewo” – dodaje trzy sekundy później. Choć wciąż jestem w Tatrzańskim Parku Narodowym, atmosfera przypomina raczej targ.

Poza fotografującymi, wgapionymi w ekran smartfona, każdy stoi do wodospadu tyłem. Wiadomo. Nie jestem nawet pewna, czy ludzie mieli okazję mu się przyjrzeć. Fotka, pstryk i odwrót z pola bitwy. Oglądanie wodospadu? Dajcie spokój, mamy na fotkach.

Media społecznościowe kompletnie zmieniły sposób, w jaki podróżujemy. Dziś dla wielu ludzi idealne zdjęcie, którym będzie można pochwalić się przed znajomymi, bywa dużo ważniejsze niż sam pobyt. W skrajnych przypadkach zamiast usiąść i napawać się widokiem, zastanawiamy się, gdzie by tu zrobić najlepsze ujęcie, myślimy, co zjeść by dobrze wyglądało, niemal na żywo transmitujemy każdy element podróży i coraz więcej odhaczamy niż odwiedzamy.

kobieta na plaży
Foto: Alena Ozerova / Shutterstock

Hit na Instagramie = katastrofa w rzeczywistości?

Zaledwie kilka dni temu pisaliśmy o dwóch głośnych problemach, które miały swój początek w Instagramie. Pierwszy z nich dotyczył jednej z najbardziej „instagramowych” ulic Paryża, czyli Rue Crémieux. Tłumy ludzi gotowych siadać na schodach niewielkich, kolorowych kamienic i notorycznie dotykać drzwi prywatnych mieszkań – udając przy tym, jakby wchodzili do środka, rujnują normalne życie mieszkańców. Do tego stopnia, że lokalne stowarzyszenie chciałoby po dwóch stronach ulicy postawić bramy i zamknąć ją dla turystów na weekendy i wieczory.

Druga sprawa to zaskakująca popularność „popcorn beach” na Fuerteventurze. Plaża, która składa się z tysięcy martwych koralowców wygląda, jakby była pokryta prażoną kukurydzą. Stała się absolutnym hitem Instagrama i z cichego, mało znanego zakątka Wysp Kanaryjskich zamieniła się w miejsce zagrożone kompletną dewastacją. Niedługo ma zostać objęta ochroną, a w przyszłości mogą być także wprowadzone limity odwiedzających.

A to zaledwie dwa pierwsze przykłady z brzegu. Ba, powstają rankingi miejsc „najbardziej zrujnowanych przez Instagrama”. Zrujnowanych w rzeczywistości oznacza spopularyzowanych, ale w sumie jedno drugiego nie wyklucza. Najczęściej wymienia się w nich Santorini, słynny singapurski basen na szczycie Marina Bay Sands, w którym możecie zapomnieć o pływaniu, a nawet Wielki Meczet w Abu Dabi, który o wiele częściej jest dla turystów miejscem kultu idealnej fotografii niż tego religijnego.

Plaża Hyams Beach w Australii, która słynie z najbielszego piasku świata. musiała zatrudnić ludzi do kontrolowania tłumów, gdy przyjeżdżało tu nawet 5000 samochodów dziennie. W nowozelandzkim Roys Peak ludzie ustawiają się w kolejce, by zrobić spektakularne zdjęcie z widokiem ze szczytu. Plaża Chichibuga na japońskiej wyspie Shikoku też nie była bardzo znana, dopóki ktoś nie odkrył, że daje niesamowity efekt lustrzanego odbicia. A potem Instagram zapłonął. W Irlandii rozważają ustanowienie stanowisk do selfie, a w wielu miejscach po prostu zakazuje się używania selfie sticków. 

selfie w podróży
Foto: izf / Shutterstock

Czas powiedzieć dość?

Problem masowych odwiedzin to jednak zaledwie jeden z wielu, z którymi boryka się branża turystyczna. Hotelarze zwracają bowiem uwagę na niemal nagminne prośby samozwańczych influencerów o darmowe noclegi. Podobne oferty spływają na skrzynki obiektów tak często, że niektóre z nich nie przebierają w słowach i uprzedzają, że nie oferują żadnych darmowych noclegów. A nawet idą o krok dalej i zapowiadają, że po prostu blogerzy, instagramerzy czy influencerzy nie są mile widziani. Tak się stało chociażby w Charleville Lodge Dublin.

**ALL BLOGGERS BANNED FROM OUR BUSINESS**Following the backlash received after asking an unidentified blogger to pay...

Gepostet von The White Moose Café am Mittwoch, 17. Januar 2018

Post był efektem burzy, jaka rozpętała się pomiędzy blogerką a hotelem kilka dni wcześniej.

– Jeśli zgodzę się na Twój darmowy pobyt, to kto zapłaci pracownikom, którzy będą Cię obsługiwać (sprzątaczki, kelnerzy, recepcjonistki)? Kto zapłaci za energię i wodę? Kto poniesie koszty prania? Może powinienem powiedzieć mojemu personelowi, że zamiast wypłaty, będą mogli pojawić się w Twoim filmie? – napisał jeden z właścicieli na swoim fanpage’u po tym, jak jedna z gwiazd YouTube’a domagała się darmowego pobytu.

Inne wprowadzają system motywacyjny, by przekonać gości do odłożenia smartfona. Dwa miesiące temu jedna z amerykańskich sieci hoteli zapewniała, że jeśli wyłączymy telefon, możemy liczyć na darmowe przekąski, lepsze miejsce przy basenie, a nawet darmowe noclegi w przyszłości. 

Niektórzy zamiast nagród, wolą zakazy. W sieci Miraval nie można używać telefonu w częściach wspólnych hotelu, a w Ayana Resort and SPA na Bali od 9-17 obowiązuje taki sam zakaz przy basenie. Oczywiście zdarzają się też oferty z drugiego końca skali, jak np. zapewnienie „opiekuna social mediów”, który zajmie się mediami społecznościowymi, gdy my będziemy się relaksować.

Foto: Mila Supinskaya Glashchenko / Shutterstock

Dziś już nie ma nic nowego

Najciekawsze jest jednak to, że w całym tym instagramowym świecie, każdy chce być unikalny, a mniej lub bardziej świadomie, po prostu powiela to, co już było.

Dotykanie ręką czubka piramidy w Gizie, podtrzymywanie Krzywej Wieży, całowanie się pod wieżą Eiffla, naśladowanie Statuy Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro, przejście przez Abbey Road, jakbyśmy byli Beatlesami, wejście do londyńskiej budki telefonicznej czy zabawa perspektywą na pustyni solnej w Boliwii. Kojarzycie każdy z tych kadrów? Bardzo prawdopodobne. Już kilka miesięcy temu udowadnialiśmy na łamach Fly4free, że niektóre zdjęcia są jak disco polo. Niby nikt nie robi, a jakoś każdy ma w swoim archiwum. A wyżej wymienione nie bez powodu znajdują się na liście najpopularniejszych, a więc i najbardziej powielanych kadrów świata.

Ogromną powtarzalność i sztampowość nawet najładniejszych zdjęć na Instagramie podkreśla projekt „Insta Repeat”. Według autora, możliwość robienia tak wielu zdjęć i przeglądania tak wielu kadrów innych osób, przewrotnie kompletnie ograniczyły naszą kreatywność. Wolimy powielać, zamiast tworzyć. Kolaże, które przygotował anonimowy twórca, to w rzeczywistości sklejka z niemal identycznych zdjęć. Z tym, że robiły je różne osoby, w różnym czasie.

Zresztą sami zobaczcie:

View this post on Instagram

48 people centered in ice caves

A post shared by Insta Repeat (@insta_repeat) on

Nie sądzę, by dało się to jeszcze zatrzymać. Po prostu ekolodzy, władze i mieszkańcy coraz częściej będą apelować o rozwagę, a coraz więcej miejsc trzeba będzie zamykać lub chronić – limitami, zakazami, być może nawet opłatami. A ludzie spragnieni wojaży i odrobiny poklasku dalej będą walczyć o najlepsze zdjęcie.

Choćby mieli je robić przez butelkę po środkach chemicznych czy deskę toaletową. I tak, choć trudno w to uwierzyć, to też dzieję się naprawdę.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Co za nieludzka tragedia!!! Ludzi podróżują, robią zdjęcia i pokazują innym. A że loty tanie to podróżują więcej. Ergo podnieśmy drastycznie ceny biletów nie będzie problemu, prawda Pani Anno?
eskie, 8 kwietnia 2019, 22:30 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Słabo udokumentowana teza, że hotelarze i miejscowe społeczności cierpią z powodu instagramowców lub blogerów. W rzeczywistości za pierwszym rozreklamowanym wpisem w sieci do danego miejsca ciągną tabuny turystów napędzając turystyczny biznes.
Kornel, 9 kwietnia 2019, 0:07 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Jak zwykle ze skrajności w skrajność. Artykuł stara się udowodnić, że jakieś 2% turystów stanowi w rzeczywistości 98%... Prawdę mówiąc, większość ludzi, zrobi sobie piękne zdjęcie nad morskim okiem i przy siklawie (i obróci się do niego w stronę aparatu-tak, tak) oraz przy wieży Eifla i statule wolności, ale oprócz tego też usiądzie na kamieniu/murku/ławce i odpocznie, obejrzy, zrelaksuje się, ale ta większość nie będzie  później na siłę w internecie udawała, że Oni i telefon z aparatem?  nie, nie, nie, Oni tylko patrzą.Oczywiście, że żyjąc w 21 wieku, mając w kieszeni telefon z całkiem przyzwoitym aparatem i korzystając jak większość społeczeństwa z mediów społecznościowych, będziemy, po pierwsze robić zdjęcia (i UWAGA większość będzie pamiątką dla nas albo relacją dla naszych bliskich) a po drugie dodawać je na instagrama czy Facebooka, bo czemu nie pokazać, że byliśmy w fajnym miejscu.
kaki11, 11 kwietnia 2019, 15:59 | odpowiedz
Lizbona tramwaj
Najlepsza oferta

City break w pięknej Lizbonie za 555 PLN

Igor Więcek | 2019-04-21 08:29
REKLAMA
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel