Ryanair znów straszy i grozi palcem Modlinowi. Ale czy na kimkolwiek robi to jeszcze wrażenie?
Tniemy, zawieszamy, usuwamy – taką narrację wokół lotniska w Modlinie narzucił od jesieni ubiegłego roku Ryanair. Nie mogąc się dogadać w sprawie nowej wieloletniej umowy i nie zgadzając się na nowy cennik opłat lotniskowych (w gruncie rzeczy porównywalny do większości innych lotnisk w Polsce) irlandzka linia zaczęła ciąć trasy i częstotliwości. Oczywiście w sezonie zimowym, czyli tym, gdy popyt i tak tradycyjnie jest mniejszy, mając nadzieję na to, że w ten sposób uda jej się zmiękczyć zarząd Modlina. Gdy to się nie udało, Ryanair ruszył do dalszej PR-owej ofensywy. Przewoźnik ogłosił, że zacznie zabierać kolejne samoloty z bazy w Modlinie i kasować kolejne trasy, przenosząc je na inne lotniska w Polsce. Efekt? Wtorkowe konferencje prasowe w Poznaniu i Katowicach, podczas których ogłoszono nowe trasy i dalsze plany rozwoju.
Alanya od 2073 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
Costa del Sol od 2787 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
Wyspa Krk od 2950 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
Jednocześnie władze Ryanaira dalej naciskają na Modlin, choć już nie na zarząd (przedstawiciele irlandzkiej linii zgodnie nazywają szefostwo Modlina „najgorszym zarządem lotnisk w Europie”), tylko na udziałowców podwarszawskiego lotniska. We wtorek usłyszeliśmy, że udziałowcy zostali zaproszeni do Dublina, aby spróbować znaleźć porozumienie. I przede wszystkim: przedstawić konkrety dotyczące rozbudowy lotniska w Modlinie, której Ryanair domaga się od lat i nie może się doczekać.
Czy można zrozumieć zniecierpliwienie Irlandczyków? Pewnie tak, bo widzą potencjał w rynku warszawskim i chcieliby się tu rozwijać. Choć drugiej strony medalu zdają się już nie widzieć: wykorzystując bardzo sprzyjające okoliczności (awaria pasa startowego i zamknięcie lotniska na 9 miesięcy w 2012 roku) podpisali z ówczesnym zarządem Modlina umowę, która pozwoliła im na loty za półdarmo przez 10 lat, a lotnisko skazała na przynoszenie permanentnych strat finansowych. Ryanair zawsze ma na takie okazje gotową wymówkę i mówi, że przecież lotniska mogą zarabiać krocie na przylatujących pasażerach, którzy robią zakupy w sklepach, jedzą w restauracjach itp. I pewnie byłoby to prawda, gdyby nie fakt, że do czerpana korzyści finansowych w pełni potrzebny byłby większy terminal, a nie modliński „kurnik”, którego rozbudowa od lat była blokowana przez spór udziałowców. Ryanair doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale dalej brnie przed siebie, nie zważając na nic. Nawet na… logikę.
Warszawa jest dla Ryanaira zbyt istotna
Jeszcze w połowie stycznia można było faktycznie sądzić, że Ryanair idzie w swojej wojnie z Modlinem „na ostro”. Pisaliśmy wtedy na naszych łamach, że letni rozkład irlandzkiej linii z Modlina będzie najmniejszy od 2017 roku, a w rozkładzie brakowało bardzo wielu połączeń, także tych potencjalnie „hitowych”. To był potencjalnie mocny cios dla Modlina.
Jednak we wtorek okazało się, że to raczej prężenie muskułów. Najpierw dostaliśmy bowiem komunikat prasowy Ryanaira o zabraniu 2 samolotów z modlińskiej bazy oraz kolejnych cięciach. Kilkanaście minut później do swojego systemu Ryanair… wrzucił 8 tras z Modlina na lato, które wcześniej nie były dostępne od kwietnia. Oczywiście, w większości są to połączenia realizowane w okrojonych częstotliwościach w stosunku do lata ubiegłego roku (tak jest choćby w przypadku połączeń do Paryża, Helsinek czy Rygi), nie ulega jednak wątpliwości, że marketingowi geniusze z Ryanaira (bez ironii, bo szczerze podziwiam) tym razem sami zakiwali się w swoich PR-owych gierkach.
Abstrahując już od tego, że wznowienie tras nie jest w ogóle nagłaśniane przez przewoźnika (bo przecież z Modlinem są „na wojnie”), a także – że połączenia zostały wrzucone do systemu na nieco ponad trzy tygodnie przed startem letniego rozkładu lotów. Dla Ryanaira oznacza to konieczność stosowania większej gimnastyki cenowej, by wypełnić fotele w samolotach – nie wątpię, że pewnie im się uda, ale po co tak komplikować sobie życie? A, już wiem – „wojna”…
Oczywiście, Ryanair dokonał pewnych cięć w rozkładzie Modlina – kilka tras zniknęło, na wielu zmniejszył liczbę lotów, ale gdy spojrzymy na sprawę całościowo, widzimy, że w tym roku w dalszym ciągu irlandzka linia przewiezie z Modlina aż 3 mln pasażerów. Fakt, to o 14 procent mniej niż w ubiegłym roku, ale to wyraźnie pokazuje, że mimo publicznych połajanek Modlin – nawet w takiej formie, w jakiej jest obecnie – to dla Ryanaira zbyt cenny „walor”, aby ot tak z niego rezygnować. To już nie jest 2008 rok, gdy w proteście przeciw zamknięciu Etiudy można było spakować zabawki i wynieść się na 4 lata z Warszawy. To ostre negocjacje biznesowe o jak najlepsze miejsce w polskim lotniczym torcie, gdzie Mazowsze (mimo ogromnych problemów z przepustowością) wciąż pozostaje wisienką. Negocjacje, w których Ryanair stosuje te same metody, co na wielu innych lotniskach w Europie. Dzisiaj miesza z błotem Modlin i jego zarząd, wcześniej robił to samo z bazą na Azorach i innymi lotniskami w Portugalii, jeszcze wcześniej z Włochami, Skandynawią czy Budapesztem. I co? Dzisiaj lotnisko w stolicy Węgier jest już „fajne”, a Ryanair dostawia tam kolejne samoloty, podobnie zresztą z Włochami, które w obecnym rozkładzie mogą liczyć na bezprecedensowe wzrosty w siatce połączeń irlandzkiego przewoźnika. Czy tak samo będzie z Modlinem? Tu sprawa jest bardziej skomplikowana, bo dalsza monopolizacja Modlina przez Ryanaira, choć przyniesie potencjalne korzyści (duży wzrost liczby pasażerów w szybkim tempie) wcale nie wydaje się być w najlepszym interesie dla spółki i jej udziałowców.
Zacznijmy poważną rozmowę o Modlinie: dywersyfikacja czy prywatne lotnisko Ryanaira?
W ostatnich miesiącach po wyborach bardzo dużo debatujemy: o przyszłości CPK, o perspektywach LOT, o Radomiu. Ale wydaje się, że równie ważna jest pytanie o przyszłość lotniska w Modlinie. W ostatnich dniach pojawiły się informacje o kolejnym „przełomie” w sprawie rozbudowy lotniska i zwiększenia jego przepustowości. Po latach informacji o kolejnych „przełomach” pozostaję trochę sceptyczny, natomiast uważam, że jednocześnie z ruszeniem tematu rozbudowy nowy zarząd PPL oraz obecny lotniska w Modlinie powinien się bardzo poważnie zastanowić nad dalszym modelem funkcjonowania portu: czy rozbudowa ma służyć dywersyfikacji ruchu czy też rozbudowie prywatnego lotniska Ryanaira? Na poziomie deklaracji jestem pewien, że usłyszymy, że „monopol jest zły, więc trzeba dywersyfikować”, ale pytanie brzmi, jak to zrobić? Monopolistyczna pozycja Ryanaira to główny powód, dla którego absolutnie nie wierzę w mrzonki o Duoporcie (nie wspominając o Trioporcie, z pozdrowieniami dla pana posła Frysztaka), bo Irlandczycy przez lata skutecznie odstraszali i dalej będą odstraszać przewoźników od większego zaangażowania w Modlin. Ryanair, który chce trwałej gwarancji niskich kosztów, to oczywiście gwarancja uzyskania wzrostów w najbliższych latach (po zakończeniu modernizacji), ale w interesie lotniska jest to, aby po rozbudowie przynajmniej 20-30 procent ruchu pochodziło od innych przewoźników, choćby i czarterowych.
Tu oczywiście sprawę jednak dodatkowo „utrudnia” wewnętrzna mazowiecka konkurencja w postaci lotniska Warszawa-Radom. To kolejna „żaba”, którą nowy zarząd PPL będzie musiał przełknąć – jak pogodzić dywersyfikację Modlina z przyciągnięciem części ruchu z Lotniska Chopina do Radomia, gdzie siatka połączeń i statystyki są obecnie dalece niesatysfakcjonujące (pisząc bardzo delikatnie). Czy Modlin i Radom zaczną rywalizować o ten sam segment ruchu niskokosztowego i czarterowego? Jeśli tak, to wracamy do punktu wyjścia, w którym licytacja o zapewnienie jak najlepszych warunków przewoźnikom doprowadzi do trwałej nierentowności obu projektów.
PS. Jeszcze w kontekście Ryanaira i jego wojny z Modlinem bardzo ciekawą myśl podrzucił mi jeden z przedstawicieli polskich portów regionalnych. Co by było, gdyby Tomasz Szymczak, czyli p.o. prezesa lotniska w Modlinie, uważany przez Ryanaira za „najgorszego prezesa w Europie”, faktycznie został prezesem PPL, niejako w potwierdzeniu medialnych spekulacji, gdzie znajdował się na liście potencjalnych kandydatów? Wiadomo, w biznesie trzeba się opierać o chłodne kalkulacje, a nie o emocje, ale myślę sobie, że Irlandczykom na pewno nie byłoby wtedy łatwo, zważywszy na grunt, który sobie tutaj wypracował.