REKLAMA

Polacy to „pasztetowi turyści”? Tak! Co to znaczy i… czy coś w tym złego?

Foto: Ludmila Solovova / Shutterstock

Jako podróżnicy jesteśmy mistrzami racjonalnego gospodarowania ograniczonymi środkami, jakimi dysponujemy. Niestety, z tego powodu nie wszędzie jesteśmy “doceniani”, bo coraz więcej miejsc stawia na turystów typu “premium”, czyli takich, którzy są w stanie wydawać więcej pieniędzy.

Zwrot “pasztetowy turysta” nie odnosi się bezpośrednio do Polaków, tylko do naszych południowych sąsiadów, a wymyślili go i z lubością stosują Chorwaci. Trzeba bowiem wiedzieć, że podobnie jak my, Czesi ukochali wakacje nad Adriatykiem, gdzie podróżują równie chętnie jak Polacy. I w podobnym stylu – czyli głównie własnymi, wypakowanymi po brzegi autami, z własną wałówką (trudno się zresztą dziwić, bo w Chorwacji z roku na rok jest coraz drożej)

I właśnie stąd to nieco złośliwe przezwisko – od kanapek z pasztetem, które wcinają Czesi, zamiast dać się ponieść urokliwym knajpkom, owocom morza czy pleskawicy. Czesi zresztą wydają się zywnościowymi patriotami – gdy latem 2008 roku Chorwacja ogłosiła zakaz wwożenia produktów mięsnych do swojego kraju z państw Unii Europejskiej (Chorwacja nie była jeszcze wówczas członkiem UE), Czesi zagrozili bojkotem.

Dlaczego o tym piszę? Bo na początku września wątek pasztetowych turystów wrócił na łamach chorwackich tabloidów, które zaczęły wytykać Czechom ich skąpstwo. Choć wszystko zaczęło się od zupełnie innej sprawy – turysty z Czech, który został przyłapany na tym, jak wyrzuca fekalia ze swojego jachtu prosto do morza.

“No tak, nabrał tych swoich pasztetów i potem to wszystko wydalił” – komentowały co bardziej skandalizujące media, a w ślad za nimi wielu Chorwatów w mediach społecznościowych. I tak od słowa do słowa zeszło też na kwestię oszczędzania w podróży.

Lektura tego tekstu skłoniła mnie do zastanowienia się nad tym, czy też możemy być uznani za “pasztetowych” turystów? I wyszło mi, że tak, ale to przecież niekoniecznie coś złego. Spójrzmy zresztą na nasze archiwalne teksty: jakiś czas temu pisaliśmy o tym, że choć Polacy są jedną z najbardziej licznych turystycznych nacji na Islandii, to na pobyt tam wydajemy zdecydowanie najmniej. I spokojnie da się to wybronić, bo ceny na Islandii są na tak wysokim poziomie, że dysponując “polskim” budżetem, trzeba jednak trochę zacisnąć pasa i podejść do tematu kreatywnie. Podobnie zresztą jest z Norwegią, gdzie ceny większości produktów są 4 razy droższe niż w naszym kraju. I znów – gdyby nie podróżowanie w wersji “ekonomicznej”, wielu Polaków nie byłoby stać na podziwianie zjawiskowych fiordów, które – jak powszechnie wiadomo – jedzą nam z ręki.

Ale nie wszędzie tak jest – niedawno na łamach Fly4free.pl przytaczaliśmy wykres dotyczący tego, ile statystycznie turyści z poszczególnych krajów wydają dziennie podczas urlopu w Chorwacji. Przypomnijmy go, bo dane są niezwykle ciekawe.

Foto: Uniwersytet w Rijece

Wynika z nich, że na urlopie wcale nie zaciskamy pasa. Mało tego – będąc na wakacjach nad Adriatykiem wydajemy stosunkowo dużo, zwłaszcza w stosunku do naszych przeciętnych zarobków. Klucz tkwi jednak w tym przypadku nie w tym, ile wydajemy, ale w jaki sposób to robimy. Znów posłużmy się przykładem Chorwacji i danymi z 2017 roku na temat zagranicznych turystów. A konkretnie – na temat tego, gdzie śpimy podczas wakacji nad Adriatykiem.

Foto: Ministerstwo Turystyki Chorwacji

Jak widzimy, żaden inny naród tak chętnie jak Polacy nie korzysta z prywatnych noclegów i apartamentów, które jak powszechnie wiadomo, są znacznie tańsze niż hotele. Owszem, nie brakuje turystów z naszego kraju, którzy wczasy w Chorwacji spędzają w hotelu, jednak proporcje są tu diametralnie odmienne niż w innych krajach.

Nie można więc uznać nas za “cebulaków”, bardziej za ludzi rozsądnie gospodarujących środkami. Choć tutaj pojawia się druga strona medalu – czy w dobie globalnego natłoku turystów dosłownie w każdym zakątku świata tacy turyści jak my, są mile widziani. Odpowiedź nie jest niestety oczywista.

Foto: Monticello / Shutterstock

AAaaaturystę typu premium chętnie przyjmę

Narzekania Chorwatów na “pasztetowych turystów” są dość symptomatyczne, bo to kolejny taki głos płynący z tego kraju. Poprzedni miał miejsce w zeszłym roku, gdy Ryanair ogłosił uruchomienie lotów do Dubrownika i Splitu. W lokalnych mediach można było wówczas przeczytać, że nie jest to najlepsza decyzja, bo Chorwacja powinna budować swój wizerunek jako kraj przyciągający turystów typu “premium” a nie “biedaków”, którzy jeszcze mocniej zapchają już pękający w szwach Dubrownik. Trzeba postawić na “quality tourism” – można usłyszeć w Chorwacji, ale nie tylko. Quality, czyli turysta jakościowy – taki, który nie będzie się szczypał, tylko pełną piersią korzystał z oferty miasta – jadał w knajpkach, chodził do muzeów, nocował w dobrych hotelach. Jednym słowem: wydawał jak najwięcej pieniędzy per capita.

Mało kto mówi o tym otwarcie. Choć zdarzają się włodarze, którzy nie owijają w bawełnę: tak było z gubernatorem wyspy Komodo, który w 2017 roku zaproponował by pojedyncze bilety wstępu kosztowały… ok. 500 USD. Argumentował to prosto: słynne warany z komodo, czyli najsłynniejsze i największe jaszczurki świata są tak rzadkim okazem, że prawo do oglądania ich powinni mieć tylko najbogatsi ludzie. Że powinno to stanowić swego rodzaju przywilej. Pod względem potencjału finansowego wymarzonymi turystami są więc np. Amerykanie, Australijczycy, ale przede wszystkim Chińczycy, którzy pod względem kwot wydawanych na wakacje biją na głowę wszystkie inne nacje.

To nie jedyny argument za tym, że “pasztetowi turyści’ nie wszędzie są mile widziani. Innym sposobem na “walkę” z nimi są… stale rosnące opłaty turystyczne. I to nie tylko te związane z noclegami, ale coraz częściej uderzające też w turystów jednodniowych, czyli takich, którzy przyjeżdżają do miasta ledwie na kilka godzin, zwiedzają co mogą, zjadają kanapki (swoje, zrobione i kupione wcześniej), wyrzucają śmieci i… jadą dalej. Tam, gdzie na przykład hotele nie są aż tak drogie. Nic więc dziwnego, że jednodniowi turyści w wielu miastach są uznawani za coś na kształt pasożyta. W pierwszej kolejności uderza to w turystów podróżujących na statkach wycieczkowych, ale docelowo będzie tak również z bardziej ekonomiczną wersją jednodniowych turystów, wśród których są m.in. Polacy. Szlak przeciera Wenecja, która wprowadzi bilety wstępu do miasta, a w ślad za nią chcą pójść inne miasta, m.in. Edynburg czy Barcelona. I Amsterdam, gdzie problem jest już tak duży, że na nadmiar turystów narzekają już także ościenne miejscowości, które miały “odciążyć” słynące z pięknych kanałów miasto od natłoku odwiedzających.

Foto: Aron M / Shutterstock

To też efekt tzw. “overtourism”, czyli zjawiska polegającego na tym, że najpopularniejsze turystycznie miejsca zaczynają mieć już dość natłoku zwiedzających. To kombinacja wielu przyczyn, gdzie na pierwszy plan wysnuwa się argument, dzięki któremu wszyscy czytelnicy i autorzy tej strony pokochali podróże: stały się one dostępne dla wszystkich. Dzięki Ryanairowi, dzięki Airbnb i innym ułatwieniom, które najpierw wszystkie miasta przyjmowały z dobrodziejstwem inwentarza, ale teraz zaczęły na nie narzekać i coraz mocniej krytykować.

Taki konflikt “racjonalnych” turystów widać zresztą nie tylko w dużych europejskich miastach, ale też w innych częściach świata, gdzie zaczynami powoli doceniać. Nigdy nie zapomnę zdziwionego wyrazu twarzy naszego kierowcy na Sri Lance, którego raz poprosiliśmy o znalezienie noclegu. Jak wiadomo, branża turystyczna w Azji działa na zasadzie wzajemnych powiązań – kierowcy obsługujący poszczególne grupy turystyczne zawożą zwiedzających do konkretnych restauracji, hoteli czy na wybrane plantacje herbaty i potem otrzymują prowizje, w zależności od wysokości rachunku czy zrobionych zakupów. Wracając do historii: zaoferowano nam nocleg za 120 USD za dobę. Ale za wszystkich? – dopytywaliśmy, bo jechaliśmy w grupie 3 rodzin z małymi dziećmi i znaleźliśmy realia cenowe na Sri Lance. Nie, za jeden pokój – powiedział nasz kierowca i był bardzo niepocieszony, gdy usłyszał, że w takim razie wyciągamy nasz router i sami szukamy sobie noclegu. Wieczorem przyznał się nam, że dla większości turystów taka oferta byłaby w porządku, a my – pokrótce wyjaśniliśmy mu różnicę między średnimi zarobkami w Polsce, Niemczech, Francji czy Stanach Zjednoczonych.

Bycie “racjonalnym finansowo” turystą nie jest łatwe, ale dzięki temu możemy zwiedzić cały świat, więc chyba nie ma co narzekać. Wiele jednak wskazuje na to, że z roku na rok takim turystom jak my, nie będzie wcale podróżowało się łatwiej.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


Bangkok tajlandia
Najlepsza oferta

Bangkok w sezonie za 1803 PLN

Paweł Iwanczenko | 2019-10-15 18:15
REKLAMA
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel