Fly4free.pl

Kogoś tu chyba poniosło. Te kraje się otworzyły, ale… trudno nam uwierzyć, że ktoś je odwiedzi

lotnisko koronawirus
Foto: Govind Krishnan / Unsplash

Kwarantanna plus trzy testy na koronawirusa, pobyt tylko w wybranym przez rząd hotelu, a może cały stos dokumentów, które dopiero otwierają szansę na otrzymanie wizy? Niektóre kraje potraktowały wprowadzanie obostrzeń zdecydowanie zbyt poważnie. Czy wyjdzie im to na dobre? Czas pokaże. Na razie jednak ciężko założyć, że ktoś je wybierze.

Z jednej strony w tych szalonych czasach pandemii koronawirusa mamy kraje, które niemal całkowicie zniosły obostrzenia i szeroko otworzyły swoje granice. To m.in. Meksyk, Dominikana, Tanzania, Albania, Czarnogóra czy Kostaryka. Nie wymagają testów na koronawirusa, nie oczekują, że odbędziecie kwarantannę. Ale po drugiej stronie tego „nowego porządku” znajdują się też te, które niby się otworzyły, ale jednocześnie wprowadziły tak karkołomne obostrzenia, że trudno uwierzyć, by ktoś miał spróbować przez nie przebrnąć bez naprawdę ważnego i wyraźnego powodu. Trudno nie odnieść wrażenia, że… kogoś tam wyraźnie poniosło.

Wystarczy test i urlop gotowy? Chcielibyście!

Większość krajów, które zdecydowały się otworzyć, przyjęły dość powszechny model wpuszczania turystów. Możemy więc albo poddać się kwarantannie (co jest raczej uciążliwe) lub przed przylotem zrobić test na koronawirusa i po uzyskaniu negatywnego wyniku, cieszyć się wakacjami bez żadnych obostrzeń.

Ale przynajmniej dwa kraje – i to szalenie popularne wśród turystów – chyba postanowiły urządzić sobie konkurs na to, kto wymyśli więcej uciążliwych obostrzeń. Pierwsza była Tajlandia, która postanowiła na spektakularną biurokrację. Wjazd do kraju tysiąca uśmiechów jest bowiem możliwy, gdy spełnimy szereg zasad i dostarczymy wiele dokumentów.

Wśród warunków jest m.in. kwarantanna, negatywny wynik testu na koronawirusa, obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne, dowód wynajęcia i opłacenia noclegów, uzyskanie rządowego „pozwolenia”, wskazanie numeru lotu – a to tylko kilka z elementów całej procedury. Po spełnieniu wszystkich wymogów otrzymujemy tzw. specjalną wizę turystyczną, ważną maksymalnie 90 dni i już możemy śmiało przekraczać granicę.

Nieco inną, choć równie zaskakującą drogę obrała Sri Lanka. Otwarty od niedawna kraj postawił turystom szereg dość zaskakujących warunków, które muszą spełnić, jeśli chcą spędzić tu urlop.

Turyści mogą bowiem nocować wyłącznie w jednym z wybranych i certyfikowanych przez rząd hoteli. Na miejscu możemy co prawda zwiedzać, ale tylko miejsca, które rząd uznał za bezpieczne i tylko w towarzystwie licencjonowanych na tę okazję przewodników i biur podróży. A to i tak dopiero po 14 dniach pobytu. Wcześniej jesteśmy zobowiązani do „siedzenia” w wybranym hotelu – wolno nam jednak korzystać z udogodnień takich jak basen. W tym czasie nie wolno też korzystać nam z publicznego transportu. Musimy też z góry opłacić badania na koronawirusa, które przejdziemy w trakcie pobytu.

Jeśli podróżny zostaje na 4 noce, płaci za 1 test PCR. Jeśli zostaje od 5 d do 13 nocy – musi zapłacić za 2 testy PCR. Przy dłuższych pobytach czekają nas 3 badania – informuje Organizacja Turystyczna Sri Lanki. – Każdy test kosztuje 40 USD.

Dodatkowo musimy też zapłacić za obligatoryjne ubezpieczenie zdrowotne (12 USD) i wykonać jeszcze jeden test przed przylotem (nie wcześniej niż 96 godzin przed podróżą). Zawieszono również wszelkie wizy dostępne po przylocie, więc wcześniej musimy zadbać jeszcze o ten element. Na szczęście można to zrobić przez internet.

Szczegółową listę zasad znajdziecie na stronie lankijskiej organizacji turystycznej.

Test i kwarantanna? MAŁO!

Skrajne przypadki Tajlandii i Sri Lanki to jednak nie koniec obostrzeniowych absurdów. Jedne z najbardziej dotkliwych obostrzeń wprowadziła Wielka Brytania. Jeśli myśleliście, że jeden czy dwa testy to już przesada, to lepiej się trzymajcie. Już od 15 lutego na przyjeżdżających czekają aż trzy testy na koronawirusa. Pierwszy musimy zrobić jeszcze przed przylotem. Drugi w drugim dniu pobytu, a trzeci w ósmym. A przypomnijmy, że pierwsze 10 dni to i tak czas spędzony na kwarantannie. To oznacza, że tylko w trakcie tej izolacji czeka nas dwukrotne badanie – na własny koszt.

Trzeba też zaznaczyć, że od 15 lutego zmieniają się także inne zasady. Zgodnie z decyzją, osoby podróżujące z krajów tzw. czerwonej listy, mogą odbyć 10-dniową kwarantannę wyłącznie w wyznaczonym przez rząd hotelu. Oczywiście taki pobyt musimy opłacić sami – 1750 GBP za jedną osobę i 2400 GBP przy dwóch. Dotyczą ich także wszystkie pozostałe obostrzenia, czyli chociażby wielokrotne testy.

Całkiem podobne, choć nie aż tak problematyczne zasady zapanowały niedawno na Kubie. Obecnie przyjeżdżające tu osoby muszą przede wszystkim posiadać negatywny wynik testu na koronawirusa (zrobionego nie wcześniej niż 72 godziny przed przylotem). Po przylocie czeka nas kolejne badanie i… 5-dniowa kwarantanna w jednym z wyznaczonych hoteli. Drugi test zostanie wykonany na dzień przed opuszczeniem izolacji. Dodatkowo musimy jeszcze wypełnić formularz wjazdu i zapłacić „podatek zdrowotny” w wysokości 30 USD.

To nie zawsze wina lokalnych władz

Nie można też zapominać, że są miejsca, które już się otworzyły i były gotowe poluzować swoje zasady, ale później musiały dostosować się do zasad, które narzuciła im „góra”. Tak było między innymi z Wyspami Kanaryjskimi, które chciały odciąć się od restrykcji panujących w Hiszpanii i przynajmniej częściowo ułatwić życie turystom. W efekcie ogłoszono, że obcokrajowcy nie będą musieli wykonywać drogich testów PCR, a wystarczą im te tańsze – antygenowe. Hiszpański rząd szybko uchylił dekret i z planów wyszło mniej więcej tyle, co nic.

Wbrew własnej woli niedawno zamknęły się z kolei zamorskie terytoria Francji. Francuski rząd zdecydował bowiem, że nie będzie wpuszczał na swoje terytorium osób spoza UE i przy okazji zabronił podróży z Francji do terytoriów zamorskich – a więc m.in. na Martynikę, Gwadelupę czy do Polinezji Francuskiej –  bez wyraźnego powodu. Można jednak było wybrać trasę z pominięciem Francji i obowiązywały nas jedynie lokalne obostrzenia, czyli przedstawienie negatywnego wyniku testu na koronawirusa. Po kilku dniach rząd nakazał jednak zamknięcie także tych terenów. I no cóż, nie wszystkie wyspy były zachwycone tym pomysłem.

– Niezależnie od woli naszych lokalnych władz, aby utrzymać St. Barts otwarte, rząd francuski zdecydował się wprowadzić nowe środki zapobiegawcze przeciwko nowym mutacjom COVID-19 – napisał w oświadczeniu Nils Dufau, prezes rady turystycznej St. Barts.

Niektóre terytoria zamorskie zapowiedziały jednak, że będą próbować negocjować z rządem. Do czasu jakiegokolwiek porozumienia, muszą jednak stosować się do wymuszonych na nich restrykcjach.

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
UK jest zamknięte na turystykę, wiec chyba nie ma co porównywać z innymi krajami, które dopuszczają wizyty w celach turystycznych z pewnymi ograniczeniami.
Aga_podrozniczka, 13 lutego 2021, 23:37 | odpowiedz
f4f nie bierze pod uwagę jednej kwestii: mały problem jest wyjechać, większy wrócić. Po powrocie do Europy czeka nas z reguły kwarantanna, obowiązkowe testy a często również mandat za wyjazd dla przyjemności. Jak się to podliczy to robi się kosztowna impreza. 
sofizmat, 14 lutego 2021, 15:59 | odpowiedz

porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »