Nocne rynki w Azji: gdzie pysznie zjeść za 5 zł, znaleźć miejsca z gwiazdką Michelin i trafić na weselną ucztę?
W trakcie trwającej ponad rok podróży po Azji Południowo-Wschodniej miałem okazję odwiedzić dziesiątki night marketów, mijając setki stoisk z jedzeniem. Poniższy tekst nie ma jednak na celu zbiorczego porównania „wszystkich” tego typu miejsc na azjatyckim kontynencie (czy w ogóle byłoby to możliwe?). Zatem zamiast podejmowania prób usystematyzowania lub pewnej klasyfikacji nocnych rynków, poniżej znajdziecie krótki opis oraz wspomnienia dotyczące tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie, a serwowane tam potrawy do dziś śnią mi się po nocach. Być może zainspirują one was do wizyty w tamtej części świata w przyszłości lub jeśli już macie w planach taką podróż – w trakcie wycieczki pomogą skierować kroki we właściwym kierunku.
Azjatycki night market
Jeżeli choć raz mieliście okazję odwiedzić Azję, zapewne doskonale zdajecie sobie sprawę, że tamtejsze nocne rynki to nieodłączna część kultury oraz rytmu dnia. Po zmierzchu zakorkowane samochodami, tuktukami i motorami ulice ustępują miejsca straganom z jedzeniem, plastikowym stolikom oraz oczywiście tłumom gości.
Night markety to coś więcej niż tylko targowiska. W Azji to po prostu styl życia, który wiele mówi o danym miejscu oraz jego mieszkańcach. Za dnia zazwyczaj na ucztowanie pod gołym niebem jest po prostu za gorąco. Jednak po zachodzie słońca (który i tak w większości miejsc w tamtej części świata następuje około godziny 18) miasta zmieniają swoje oblicze, transformując się w kulinarną arenę pełną lokalnych smaków, aromatów i kolorów.
Nadmienię w tym miejscu, że choć na wielu nocnych rynkach możecie zrobić również „normalne” zakupy, ja zamierzam skupić się wyłącznie na kulinarnej części tego fascynującego zagadnienia. I pamiętajcie: smak to jeden z najbardziej subiektywnych zmysłów: to, co jedną osobę przyprawi o kulinarną rozkosz, na innych może nie zrobić wrażenia – i w mojej ocenie jest to jak najbardziej okej. W czasie każdej podróży, gorąco zachęcam do eksploracji na własną rękę i szukania swoich ulubionych smaków. Zatem: gotowi na rozpoczęcie gastronomicznego safari?
George Town, Penang
Choć miało być bez przyznawania gwiazdek i medali, zwycięzca podobnego zestawienia może być tylko jeden. Malezyjska wyspa to miejsce pełne bogatej historii, na którą składa się cała paleta barw, znajdująca oczywiście odzwierciedlenie w lokalnej kuchni. Mieszające się przez setki lat wpływy chińskich, indyjskich, arabskich, europejskich i oczywiście malajskich kupców zaowocowały niepowtarzalną mozaiką smaków i zapachów.
George Town i jego nocny rynek to miejsce owiane legendami, które regularnie trafia do czołówek rankingów z najlepszym jedzeniem nie tylko w Azji, ale na całym świecie. Dość powiedzieć, że nawet sami Malezyjczycy licznie „pielgrzymują” na Penang – zarówno w turystycznych, jak i kulinarnych celach.
Absolutny lokalny faworyt to char koay teow – smażone danie z makaronu ryżowego w cenie, w którą ciężko uwierzyć wielu przybyszom z Europy (możecie zjeść go już za 6 MYR, czyli około 5 PLN). Na wyspie gorąco polecam spróbować również lokalnej laksy, rendang oraz oczywiście świeżego soku z mango. Podobnym miejscem, któremu było najbliżej do Penang (również kulturowo i historycznie) jest położona na Półwyspie Malajskim Malakka. Napisaną przeze mnie obszerną relację z wizyty w mieście możecie przeczytać w tym miejscu.
Chinatown w Bangkoku
Tajska stolica to miejsce, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. To właśnie tam po raz pierwszy trafia większość podróżników odwiedzających Azję. Rozsławiona w popkulturze i globalnej świadomości metropolia jest miejscem, w którym niemal każdy podróżnik odwiedzający krainę uśmiechu spędził choć przysłowiową jedną noc.
Nie bez przyczyny w mieście znajdziecie ponad 20 nocnych rynków, a wśród nich kultowy Chatuchak Market z charakterystycznymi kolorowymi namiotami (który jednak znacząco zmienił swoje oblicze w ostatnich latach, na skutek dynamicznej modernizacji okolicy). Moja subiektywna opinia palmę pierwszeństwa przyznaje jednak temu z chińskiej dzielnicy Bangkoku.
Ciągnący się wzdłuż ruchliwej, pełnej kolorowych neonów Maha Chak Road jest miejscem, które może odpowiadać większości wyobrażeń na temat azjatyckich metropolii. Drapacze chmur, wysokie budynki i ulice pełne kolorowych tuktuków stanowią wspaniałe tło dla dziesiątek wózków i stanowisk z jedzeniem, na których możecie dostać niemal wszystko: od świeżych owoców morza, po tradycyjne dania kuchni chińskiej przygotowywane z charakterystycznym wok hei („oddechem woka”) oraz oczywiście pad thai w najlepszym wydaniu.
Cenowo, choć z pewnością znajdziecie tańsze miejsca w Bangkoku, w dalszym ciągu jest bardzo przyjemnie. Pad Thai to wydatek rzędu 80 THB (ok. 9 PLN). Chrupiąca wieprzowina kosztować was będzie 100 THB (ok. 12 PLN), a imponujących rozmiarów, przypominające homary, charakterystyczne słodkowodne krewetki dostępne są od 550 THB/kg (ok. 65 PLN).
Co jeszcze ciekawego można znaleźć w labiryncie małych odnóg i uliczek otaczających tamtejszy night market? Nai Ek Roll Noodles to niewielki lokal serwujący tradycyjne chińskie zupy z makaronem nieprzerwanie od 1989 r. Wyróżniony przez inspektorów popularnego przewodnika Michelin lokal zdobył zawrotną sławę nawet poza granicami Tajlandii – przygotujcie się na długie oczekiwanie w kolejce, nawet w przypadku chęci wzięcia czegoś na wynos.
Jeden z najbardziej niezwykłych obrazków związanych z jedzeniem smażonego ryżu zapamiętałem właśnie z Bangkoku. Serwujący wyśmienite specjały Lim Lao Ngow Fishball Noodle był tłem dla zadziwiającej sytuacji: przy stoliku obok, jak gdyby nigdy nic, swoją porcję lokalnej zupy spożywała młoda dziewczyna w sukni ślubnej. Przerwa w weselu, ucieczka sprzed ołtarza, a może modowa inscenizacja? Nie starczyło mi odwagi i bezczelności, by zapytać w jakiej sytuacji znalazła się młoda dama ubrana w tak charakterystyczny sposób tamtej nocy. Lubię myśleć jednak, że jeśli tak właśnie wyglądał początek podróży poślubnej, to zapowiedź udanego początku nowej drogi życia.
Jalan Alor w Kuala Lumpur
Słynna ulica Jalan Alor w centrum malezyjskiej stolicy to kolejne niepozorne miejsce, które za dnia można ominąć bez zdawania sobie sprawy, jakie uczty odbywają się tam wieczorem. Otoczona drapaczami chmur i ruchliwymi ulicami Kuala Lumpur stanowi wspaniały kontrast między „dawnym”, a współczesnym obliczem Malezji.
Po zmierzchu ruch samochodów zostaje wstrzymany, a ulica wypełnia się gośćmi, którzy mimo swojej geograficznej różnorodności połączeni są jedną nadrzędną ideą: celebrować życie. Nocny rynek na Jalan Alor to w mojej ocenie jedno z najbardziej „kompleksowych” tego typu miejsc, gdzie znajdziecie smaki dla prawdopodobnie każdego podniebienia: od świeżych owoców morza, przez specjały kuchni malajskiej, smażonego kurczaka w najlepszym wydaniu (chrupiący, ale nie suchy, za to wspaniale doprawiony – to danie, które zrobiłoby wrażenie nawet na słynnym pułkowniku z jego mieszanką 11 sekretnych ziół i przypraw), aż po specjały z wieprzowiny serwowane przez kucharzy na chińskich stoiskach.
To miejsce licznie odwiedzane również przez miejscowych i tym razem niekoniecznie mam na myśli wewnętrzną turystykę. W czasie jednej z wizyt na Jalan Alor miałem okazję natknąć się nawet na ucztę weselną odbywającą się w jednym z tamtejszych lokali – wraz ze wspaniale ubraną młodą parą zasiadającą przy centralnej części stołu. Ślub w podobnym miejscu byłby kulinarnym spełnieniem marzeń dotyczącym weselnego cateringu.
Kota Kinabalu, Borneo
Czarny koń zestawienia, który być może kiedyś będzie miał okazję dorównać wspomnianym wyżej, bardziej popularnym zakątkom Azji. Położone na końcu świata: w przenośni (na Borneo, które już dawno przestało być „na końcu mapy”), ale też dosłownie (w północnej jego części, blisko granicy z Filipinami) miasto nie zachwyca architekturą lub zabytkami. Podróżnych przyciąga tam park narodowy wokół góry Kinabalu – największego wzniesienia wyspy, wznoszącego się na ponad 4000 m n.p.m.
Przed udaniem się na wspomniane Filipiny miałem okazję spędzić kilka dni w Kota Kinabalu, a oferta tamtejszego nocnego rynku była jedną z najlepszych, jakie wspominam z Azji. Niemal brak turystów z zachodniego świata, dużo niższe ceny niż na kontynencie oraz ciężkie do przebicia bogactwo świeżych ryb, muszelek i owoców morza. Przypominający langustę homar z tamtejszych ciepłych mórz dostępny był za 70 MYR (ok. 65 PLN), nie wspominając o możliwości spróbowania motylich homarów, krewetek-modliszek oraz krabów z miękką skorupą.
Choć Kota Kinabalu daleko do wielkomiejskiej atmosfery Bangkoku i Kuala Lumpur lub otoczenia zabytkami UNESCO z George Town, tamtejszy bazarowy, bezpretensjonalny styl bardzo przypadł mi do gustu. Miejscowi odwiedzający night market reagowali z mieszanką ciekawości, sympatii i zainteresowania – tamta część Borneo to jedno z ostatnich miejsc w kraju, gdzie nie dotarła jeszcze masowa turystyka, a podróżni z dalekich zakątków świata witani są z zainteresowaniem. Idealne zdjęcie z wakacji nie istnieje? Być może, ale jeśli kiedyś wywołam lub wydrukuję własny album z azjatyckiej podróży, to zrobione z obsługą z nocnego rynku w Kota Kinabalu trafi na pierwszą stronę.
Gdzie jeszcze warto wybrać się w poszukiwaniu kulinarnych rozkoszy?
Tak naprawdę jeśli uwielbiacie łączyć podróżowanie z odkrywaniem nowych smaków lub sekretów wykorzystywania lokalnych przypraw, niemal każde miejsce w Azji Południowo-Wschodniej zaskoczy was czymś niezwykłym. Powyżej wskazałem tylko kilka z nich, które w mojej opinii znacząco wyróżniają się na tle pozostałych. Gdy jednak sięgam pamięcią wstecz, w trakcie każdej z podróży miałem okazję zjeść coś pysznego. Gdzie zatem jeszcze warto zatrzymać się, by spróbować lokalnych smakołyków?
Na filipińskim Boholu, w drodze z Czekoladowych Wzgórz w Carmen na Panglao, miałem okazję wziąć udział w spontanicznym festynie w okolicach Loan. Filipiny, choć pełne pięknych plaż, zielonej przyrody oraz rajskich wysp, dla mnie najmniej przypominają „azjatycki” kraj, spośród wszystkich państw Azji Południowo-Wschodniej. Używając przenośni, wycieczka na archipelag stanowiła szansę najbardziej „namacalnego” zbliżenia się do Ameryki Południowej, bez odwiedzania Ameryki Południowej. Z ich hiszpańskojęzyczną kolonialną spuścizną, kościołami zbudowanymi przez dawnych odkrywców „nowego świata” i pełnym ekspresji, barwnym katolicyzmem mieszającym się z lokalnymi przesądami. Wszystko to ma odbicie w lokalnej kuchni: tamtejszy lechon (długo pieczony prosiaczek karmiony wyłącznie mlekiem) to delikates zajmujący wyjątkowe miejsce w lokalnym jadłospisie.
Wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO Luang Prabang to miejsce, gdzie trafiłem na najspokojniejszy i najbardziej „kulturalny” nocny rynek w całej Azji. Brak nachalnych sprzedawców (dotyczyło to również pamiątek), kameralna atmosfera i życzliwi mieszkańcy pozwalały z przyjemnością rozkoszować się nawet dodawanym tam niemal do każdej potrawy i odmienianym przez wszystkie przypadki „lepkim” ryżem (sticky rice).
Czy wszędzie w Azji znajdziecie wspaniały nocny rynek?
Czytając wyłącznie powyższą część tekstu można mieć wrażenie stworzenia pięknej laurki dla Azji Południowo-Wschodniej. Zatem: czy każdy zakątek tamtej części świata to ziemia obiecana dla smakoszy? Krótka odpowiedź brzmi: nie każdy.
Z ukłuciem w sercu muszę przyznać, że moje ukochane Phnom Penh, jak i khmerska kuchnia jako taka, nie plasują się w czołówce zestawienia. Owszem, znajdziecie tam mnóstwo charakterystycznych smaków i potraw, jednak w mojej opinii amok, lok lak i sos rybny obecny niemal w każdym daniu to za mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę bogactwo smaków i aromatów w sąsiednich krajach. Sam nocny rynek w stolicy Kambodży niestety bardziej przypomina doskonale znany nam bazar, w którym czas zatrzymał się w latach 90.
Yogyakarta, w której miałem okazję spędzić kilka tygodni, choć jawi mi się jako najbardziej „przyjazne do życia” miasto Indonezji, nie będzie miejscem, które polecałbym innym w kontekście kulinarnych wojaży. Odbywający się po zmroku festyn w okolicach Alun-alun przypomina głośne i przaśne wesołe miasteczko, gdzie jedzenie zdaje się schodzić na dalszy plan.
Ostatnie rozczarowanie? Choć uważam wietnamską kuchnię za jedną z najciekawszych i najpyszniejszych w regionie, nocny rynek w turystycznym Hoi An zdecydowanie nie należał do miejsc plasujących się w czołówce. Być może to wina Hoi An jako takiego, którego czar i urok po zmroku stawiają wyjątkowo wysoko poprzeczkę dla wszystkich ewentualnych porównań. Być może również nadmiar turystów i wybitnie komercyjny charakter okolic rzeki Thu Bon sprawiły, że moim zdaniem miejscu brakuje najważniejszego elementu – poza turystami nie spotkacie tam mieszkańców, którzy wybieraliby się jeść na nocnym rynku.
Najlepsze uliczne jedzenie na świecie?
Czy można powiedzieć, że to właśnie gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej należy szukać kulinarnego serca wszechświata? Czy to ziemia obiecana, dająca szansę na spełnienie marzeń wielbicieli ulicznego jedzenia? Moim zdaniem tak, ale wynika to z sumy własnych doświadczeń oraz preferencji (może dlatego właśnie jako podstawowy odczuwany przeze mnie smak wskazałbym umami).
Główna zaleta stołowania się na nocnych rynkach w Azji łatwo może przekształcić się w główną wadę. To egalitarne miejsca dostępne dla budżetowych turystów: ze wspólnymi, plastikowymi stolikami, gdzie dania spożywa się dosłownie na ulicy, często z bardzo wątpliwą estetyką służącą jako tło. To, co dla jednych będzie dodatkowym folklorem, dla nieprzyzwyczajonych do specyficznych standardów sanitarno-obyczajowych z tamtej części świata może nie przypaść do gustu.
W mojej opinii nie ma jednak lepszego sposobu, by znaleźć odpowiedź na to pytanie, aniżeli próbując przekonać się o tym na własnej skórze. Jedno jest pewne: jeśli tak samo jak ja kochacie jedzenie, przyprawy i odkrywanie nowych smaków – wizyta na lokalnym night markecie może okazać się rozrywką dla smakoszy na zupełnie innym poziomie, a mnogość dostępnych opcji i doznań smakowych porównać można do wspomnianego już kulinarnego safari.
Zatem: gdzie zjedliście wasz najlepszy posiłek w Azji?
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?