Lotnisko płaci liniom 1660 zł za każdego pasażera odwołanego lotu! „Jesteśmy pośmiewiskiem Europy”
Od wiosny Schiphol jest symbolem problemów, z jakimi boryka się branża lotnicza w Europie. Gdy z powodu zniesienia restrykcji wrócił popyt, okazało się, że z powodu braku rąk do pracy amsterdamskie lotnisko zaczęło borykać się z chaosem, ogromnymi kolejkami i opóźnieniami oraz odwołaniam rejsów idącymi właściwie w tysiące. I choć wydawało się, że sytuacja wróci do normy po zakończeniu sezonu wakacyjnego, nic takiego się nie stało. Chaos i kolejki pozostały, lotnisko znów prosi linie, by anulowały rejsy, a przewoźnicy (a zwłaszcza KLM) stopniowo tracąc cierpliwość do lotniska, którego prezes złożył ostatnio rezygnację.
Riwiera Czarnogórska od 2902 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Gdańsk)
Marsa Alam od 2514 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Berlin)
Majorka od 2409 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Gdańsk)
Sytuacja jest jednak obecnie tak trudna, że władze portu uciekają się do najbardziej desperackich pomysłów. W piątek dzienniki „De Volkskrant” i „De Telegraaf” poinformowały że lotnisko płaci liniom, które zdecydują się na odwołanie lotów. I to wcale nie tak małe pieniądze – stawka wynosi bowiem aż 350 EUR od pasażera, czyli ponad 1660 PLN. Dla linii to czysty zarobek, bo choć każdy podróżny może dodatkowo dochodzić swoich praw od przewoźników, to nie dość, że w przypadku krótszych rejsów stawka jest niższa niż ta płacona przez Schiphol (to 250 EUR), a po drugie – odsetek podróżnych ubiegających się o odszkodowanie jest dość niski.
Rzecznik lotniska przyznał, że port faktycznie wprowadził takie opłaty.
– To tymczasowe rozwiązanie które pomoże nam rozładować tłumy – mówi rzecznik portu w Amsterdamiu.
– To plaster na krwawiącą ranę – odpowiada mu Marnix Fruitema z Barin, organizacji reprezentującej linie lotnicze w Niderlandach.
Pasażerowie biznesowi omijają Amsterdam. „Jesteśmy pośmiewiskiem Europy”.
Największe kłopoty pechowego lotniska mogą jednak dopiero nadejść i będą one miały bardziej długofalowy charakter. Jak bowiem czytamy w „De Telegraaf”, przeciągające się problemy już wpływają na to, że biznesmeni coraz częściej omijają Schiphol i decydują się na loty z innych europejskich lotnisk.
„Osoby podróżujące w interesach przenoszą się głównie na lotniskach w Dusseldorfie i Brukseli, a następnie w Rotterdamie i Eindhoven” – informuje „De Telegraaf”.
Potwierdzają to dane z Schiphol Travel International, które pokazują, że liczba osób podróżujących służbowo z tego lotniska spadła o 5 procent od momentu wybuchu chaosu, który rozpoczął się w kwietniu. Dane te są tym bardziej bolesne, że w ostatnich miesiącach większość dużych lotnisk w Europie zaliczyła duży wzrost liczby podróżujących w celach służbowych
.
– Już nie wysyłamy naszych pracowników za granicę przez Schiphol, bo trwa to zbyt długo i istnieje ryzyko, że ludzie spóźnią się na samolot – mówi gazecie właściciel jeden z wiodących holenderskich korporacji.
W język nie gryzie się za to Frand Oostdam z organizacji ANVR, zrzeszającej holenderskie biura podróży.
– Jesteśmy pośmiewiskiem Europy, a zagraniczni biznesmeni zastanawiają się, czy podróżować przez Schiphol – mówi.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?