Linie lotnicze mają nowy plan: Pasażerze, chcesz latać tanio? Musisz pocierpieć
Linie lotnicze stoją przed trudnym zadaniem: jednocześnie zwiększać przychody i w obliczu dużej konkurencji w branży, próbować przekonać pasażerów, że ich bilety są najtańsze. Jednym zdaniem: wyjść na swoje. Branża poszła więc w stronę tanich taryf, w których płacimy za sam bilet. A pozostałe komponenty podróży? Mają być tak niewygodne jak to tylko możliwe, byle tylko pasażer zdecydował się dopłacić lub wykupić droższą taryfę.
Szlak na tym rynku przecierały linie United, które wprowadziły niedawno klasę „basic economy”. Taryfę, którą pasażerowie gremialnie skrytykowali. Powód pierwszy: bo ceny biletów w „gołej” taryfie były praktycznie identyczne jak w dotychczasowej klasie ekonomicznej. Ale znacznie ważniejsza była druga grupa powodów, które można nazwać psychologicznymi. Bo w nowej taryfie United zabrał pasażerom wszystkie przywileje, a nawet nie tyle przywileje, co wydawałoby się, podstawowe prawa. O co chodzi? Pozwólcie, że zacytuję mój niedawny tekst na ten temat.
Pasażer nie może więc nie tylko wnieść na pokład większego bagażu podręcznego, ale nawet nie wolno mu skorzystać ze schowka. Bagaż musi trzymać pod nogami. Nie ma zresztą innej opcji, bo w najtańszej taryfie nie wolno mu nawet stać w kolejce do boardingu z innymi pasażerami. Pasażer w opcji „basic” wchodzi więc na pokład na samym końcu, gdy wszyscy zajmą swoje miejsca. Musi się przeciskać, przepraszać, wszyscy na niego patrzą i z dezaprobatą kiwają głowami.
I o to właśnie chodzi – by pasażer oszczędzający na bilecie poczuł się tak źle, by po prostu musiał wykupić dodatkowe usługi. Choćby i po to, by nie czuł się wykluczony. Mówicie, że to mit? Przeczytajcie nasz tekst o tym, dlaczego ludzie ustawiają się w długich kolejkach przed bramką na lotnisku, na długo przed rozpoczęciem wpuszczania do samolotu.
Spójrzmy zresztą na sam proces zakupu takiego biletu – wizualnie linia lotnicza robi naprawdę sporo, by zniechęcić pasażera do wybrania najtańszej opcji.


Fot. United / One Mile At A Time
Wizz Air mówi: Macie wybór. Czy na pewno?
Takie psychologiczne niedogodności dla pasażerów idealnie pokazuje ogłoszona w środę nowa polityka bagażowa Wizz Air. Kiedy dwa tygodnie temu napisaliśmy jako pierwsi w Polsce o zmianach, zaskoczyła nas fala hejtu i negatywnych komentarzy, jakie spadły na linię lotniczą. Bo na pierwszy rzut oka nowa oferta wydaje się w porządku: nie ma już małego bagażu podręcznego, jest za to bagaż nieco większy i na dodatek bezpłatny. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, a szczegółem jest możliwość zabrania bagażu podręcznego na pokład.
Wizz Air mówi: Drogi pasażerze, jeśli chcesz mieć pewność, że zabierzesz swoją walizkę na pokład, musisz dopłacić 5, 10 czy 15 EUR. Jeśli nie, twoja walizka będzie nadana do luku, też bezpłatnie.
Nie wszystkim się to podoba. I tu mamy do czynienia z takim samym mechanizmem jak w przypadku United. Jak to działa? Wielu pasażerów zwyczajnie nie chce nadawać bagażu, nawet jeśli jest to bezpłatna usługa. Być może boją się o swoje kosztowności, obawiają się kradzieży, uszkodzenia lub zgubienia walizki. Albo zwyczajnie są statystycznymi klientami tanich linii, którym nie uśmiecha się dłuższy pobyt na lotnisku niż jest to konieczne. Na to Wizz Air mówi: Ale przecież możecie zabrać bagaż do kabiny, wystarczy zapłacić…
W wielu przypadkach ludzie nie będą mieli jednak innego wyjścia niż po prostu płacić. Jeśli bowiem ktoś przewozi w bagażu laptopa, aparat, obiektyw czy (zabroniony w luku) powerbank, może się słusznie obawiać uszkodzenia sprzętu. Co w takiej sytuacji? Wizz Air w warunkach przewozu jasno deklaruje, że nie ma co liczyć na odszkodowanie i zaleca wyjęcie cennych przedmiotów przed nadaniem ich do luków. Wyobraź, więc sobie siebie – drogi pasażerze – jak gnasz w deszczu do samolotu trzymając w jednej ręce laptopa, w drugiej aparat, a w trzeciej… ooo, zabrakło rąk. I co? Nie będziesz płacić?
Oszukani mogą się czuć też inni pasażerowie: ci, którzy specjalnie kupili małe walizeczki odpowiadające wymiarom Wizza, a także klienci programu lojalnościowego Wizz Discount Club, którzy zostali potraktowani jak „zwykli” pasażerowie.
Ryanair wcale nie jest lepszy
Swoje na sumieniu ma też Ryanair, który niedawno praktycznie wyeliminował możliwość bezpłatnego siedzenia pasażerów obok siebie, jeśli bilety kupujemy na jednej rezerwacji.
Oczywiście, płatny wybór miejsc funkcjonował już od dłuższego czasu, a w przypadku rodziców z dziećmi był nawet obowiązkowy, jednak wcześniej (zwłaszcza jeśli odprawę robiliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem), system zazwyczaj sadzał takich pasażerów razem. Teraz praktycznie nie ma na to szans, a kto nie płaci za wybór miejsca ma gwarancję, że grupa, w której podróżuje, zostanie rozrzucona po całym samolocie. I znów – można się kłócić, że nie jest to wielka uciążliwość, że to tylko 2, czasem 3 godziny lotu i da się wytrzymać. Że w sumie krótka rozłąka nie jest taka zła. Ale znów – dla wielu pasażerów ta niedogodność będzie tak duża, że jednak zapłacą.
Takich „drobnych” zmian tanie linie wdrażają zresztą więcej. Wystarczy wspomnieć o wprowadzonym w listopadzie ubiegłego roku, skróceniu czasu na darmową odprawę przez Ryanaira z 7 do 4 dni. Dla nowoczesnego pasażera z aplikacją w telefonie to nie problem. Ale co ma poradzić pasażer „analogowy”, który z mozołem drukuje karty pokładowe i teraz, w czasie urlopu, musi na gwałt szukać miejsca, w którym ma wydrukować kartę pokładową. Zawsze można się odprawić na lotnisku, ale dobrze wiemy, że to nie jest tania przyjemność. Znowu – mała niedogodność, a przecież tak wcale być nie musi. Wystarczy, że wykupisz sobie konkretne miejsce i będziesz mógł się odprawić na lot nawet w momencie kupna biletu, przy pomocy aplikacji mobilnej.
Wniosek z tych przykładów jest prosty. Chcesz latać tanio? Zaciśnij zęby i przygotuj się na problemy.