Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 23 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 07 Sie 2015 23:21 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Prehistoria
Albania jest mi znana od bardzo dawna. Na początku lat osiemdziesiątych zaintrygowało mnie, jakim sposobem Albania niby jest w RWPG i Układzie Warszawskim, ale w nich nie uczestniczy. Przeczytałem więc wszystko, co na temat Albanii było. Niewiele, by nie rzec wcale o tym paradoksie nie było, ale dowiedziałem się o Skanderbegu, wyzwoleniu Albanii bez pomocy radzieckiej czy amerykańskiej, późniejszej autarkii. Autarkia autarkią, ale nasi marynarze pływali do portu w Durrës. I w tamtejszych barach pili, co było. A były tylko dwa likiery, brzoskwiniowy i pomarańczowy, oba niewypijalne. Ale jak się wróciło z morza, to się pije jak leci, nawet jeśli pysk wykręca na drugą stronę. Jeden z tych likierów nazywano politurą, drugi szelakiem. I żeby było śmieszniej, to jak ktoś zamawiał politurę, to kelner zawsze podawał brzoskwiniowy...

A to, czego szukałem, to było tak: albańscy partyzanci, którzy żarli się między sobą, jak w sąsiedniej Jugosławii, to jednak, pogodzili się, pożarli znów, bo komuniści skumali się z Titą i zrezygnowali z Wielkiej Albanii. Nacjonaliści poszli więc na układy z hitlerowcami, na czym bardzo źle wyszli, bo w połowie 1944 roku partyzanci kontrolowali trzy czwarte kraju, a w listopadzie w Albanii nie było żadnego hitlerowca. I nacjonalisty. Komuniści z Enverem Hodżą na czele włączyli się do bloku radzieckiego. Gdy w 1948 roku Jugosławia się odłączyła, Albania została przy ZSRR. Ale Hodży nie podobały się pierestrojki Chruszczowa. Powoli zaczął się zbliżać do maoistowskich Chin, aż się odłączył od ZSRR, kiedy ten z greckimi socjalistami zaczął wspierać autonomię Epiru. Groziło to nawet odłączeniem południowej Albanii. Pogonił radzieckich żołnierzy i oficerów, zajął cztery radzieckie okręty podwodne, otwarcie skrytykował najazd na Czechosłowację. Ale Chiny daleko, a do tego wtedy były biedne, więc gospodarka albańska siłą rzeczy musiała stać się samowystarczalna. Na domiar złego w 1976 roku Mao zmarł, jego zausznicy skończyli za kratkami,a Deng Xiaoping poszedł w stronę świata. Hodża obraził się wtedy na cały świat i odgrodził Albanię od niego. Jeszcze do tego wpadł w paranoję; ubzdurał sobie, że cały świat czyha nań. Polecił więc obsadzić Albanię setkami tysięcy bunkrów, z których Albańczycy odpieraliby najazd reszty świata. Po jego śmierci następcy powoli odkręcali wszystko. Albania miała swoich Grobelnych i Plichtów. Albańczycy są jednak bardziej krewcy i gdy ci buchnęli kasę, kraj stanął na krawędzi wojny domowej. Z czasem się uspokoiło, Albania weszła do NATO, jest na bardzo dobrej drodze do Unii Europejskiej. Stąd jadąc do Albanii paszport nie jest konieczny. Wystarczy dowód.

A skąd Szczypior? A bo mój syn Krzysiek, obecnie spory dryblas, gdy był małym bobasem, był nazywany Szczypiorem, bo był wesoły jak szczypiorek na wiosnę. A Albania po albańsku to Shqipëria, co się wymawia Szczyperia. Większość wypraw była z nim, więc de facto byłem za Szczypiorem w Szczyperii.

Historia starożytna
Albania miała być cztery lata temu, kiedy jeździli tam bardzo niektórzy, i głównie pojazdami z grubymi oponami do jazdy po górskich bezdrożach. Nawet miałem wpłaconą zaliczkę na dwa tygodnie w Velipoje. Dwa tygodnie w hotelu dla czterech osób miało mnie kosztować 1,2 tys. zł. Ale wczesną wiosną zacząłem czuć bóle w klatce piersiowej. Poszedłem do lekarza. Ten bóle zlekceważył, zbadał, zmierzył i stwierdził, że ciśnienie i cholesterol rzeczywiście ponad normę, ale to nie powód, by włączać leki.

Dwa tygodnie później te bóle stały się nie do zniesienia. I tak cały dzień. Wieczorem rodzina zorientowała się, że coś nie tak ze mną. Gdy ciśnienie wskazuje dwieście (!), proszą sąsiada, by mnie zawiózł na pogotowie. Tam odsyłają do szpitala. W szpitalu pobierają krew, mierzą ciśnienie i każą czekać. Gdy się zwijam z bólu, jako środek zaradczy dostaję... kolejny pomiar ciśnienia. Po sześciu godzinach w końcu biorą mnie na oddział intensywnej opieki i mówią, że miałem... zawał serca. Rurami połączyli mnie z aparaturą, monitorami, wykresami i pompą, która wtłoczyła mi do żył pół tablicy Mendelejewa. Po paru dniach odłączyli od rur, po paru następnych wypuścili do domu z kategorycznym zakazem spędzania wakacji w ciepłych krajach. Może za rok. Ten rok się wlókł aż do tego lata.

Osiołkowi w żłobie dano
Może i nie byłoby Albanii, ale rok wcześniej była tam nasza koleżanka z pracy. Wróciła zadowolona. Ale że za sam lot zapłaciła ponad tysiąc, teraz widzę, że my zapłacimy za lot minimum 1,6 tys. w obie strony za osobę, a nasz samochód jest już cokolwiek zjechany, więc decydujemy się na biuro. Najpierw miał być Durrës z biura krakowskiego. Pracownicy dosyć kompetentni, choć Albanię dopiero zaczynają robić. Ale znaleźliśmy inne, poznańskie, tańsze, Oskar. I jeżdżące z Lublina, gdy to krakowskie najbliżej może nas zabrać z Radomia. Do wyboru Saranda, Ksamil i Vlora. Saranda odpada od razu, raz, że najdroższa, dwa, że grajdołów nie cierpię. Ksamil dobry, ale krótki, 9 noclegów. Vlora 12 noclegów, więc decydujemy się na to. Tu wszak pracownicy wyjątkowo niekompetentni. Babka w biurze nie ma zielonego pojęcia o istnieniu Beratu ani o widocznym z vloreńskiego hotelu półwyspie Karaburun.

Kiedy chcę rezerwować Vlorę, na stronie biura widzę złowieszczy napis: brak miejsc. No cóż, zostaje Ksamil. I jak ten lafontainski (od Jeana de La Fontaine) lis, łgarz i filut, co zobaczył winogrona rosnące wysoko, szybko wmówiłem sobie, że to nawet lepiej, bo tu jest lepiej. Raz, że to już Morze Jońskie. Dwa, że w sumie to tu jest ciekawiej. Butrint o rzut beretem, Syri i Kalter prawie też. Gijokaster też niedaleko.
A tu nagle dzwoni przedstawicielka biura i proponuje nam kolejne miejsce; hotel koło Vlory, droższy teoretycznie, ale może specjalnie dla nas uda się w ksamilskiej cenie. Jakoż zadzwoniła jeszcze raz, że po rozmowie z właścicielem hotelu, dostaniemy mało że cenę ksamilską (o 400 zł niższą), to jeszcze w tej cenie będą i śniadania! No, ja rozumiem, że się dba o klienta, ale bez przesady! Tym bardziej, że na stronie biura co rusz przy terminach pojawia się informacja, że brak miejsc, więc klientów nie brakuje. Coś mi tu się nie podoba. Wtedy sobie przypomniałem świeżo zakochaną (nie we mnie) koleżankę, która prosiła, bym do niej nie dzwonił. - Bo ten twój głos... - wyjaśniała. Inna, tym razem nieznajoma, dobijała się do mnie w sprawie dogadania się w sprawie zakupu silosu, oferując negocjacje przy kawie w sprawie jak najniższej ceny. Od chęci spotkania nie odwiodło jej nawet moje tłumaczenie, że ja tak naprawdę nie chcę żadnego silosu kupić, tylko jego cena była mi potrzebna do jakiegoś materiału. Mówiąc krótko, mój głos działa piorunująco na niektóre kobiety, więc pewnie i tym razem zadziałał...

No wybaczcie, ale tego osiołkowi w żłobie dano już za dużo! Po konsultacji z żoną zostajemy przy Ksamilu, gorszym standardowo i bez darmowych śniadań. Droga interesująca, via Słowacja, Węgry, Serbia, Macedonia i... Grecja. To tak, jakby jechać z Warszawy do Rzeszowa via Kielce, Tarnów i Krosno. Ale nie ma się co dziwić; jak się wpadnie na Węgrzech na autostradę, to z macedońską przerwą się goni aż do greckiej Igoumenisty, skąd do Ksamilu jest zaledwie 54 km.
Gdy już wszystko zapłacone, przychodzi mail z biura; z powodu braku wystarczającej liczby chętnych, Ksamil zostaje anulowany. I biuro proponuje nam w tej samej cenie, dodatkowo ze śniadaniami, hotel w Sarandzie. I znów lis z winogronami rosnącymi wysoko; grajdoł to grajdoł, ale znacznie lepsza komunikacja, bo wszystko odjeżdża z Sarandy.

Dzień pierwszy, drugi i trzeci, czyli droga
Ruszamy z Lublina do Warszawy Polskim Busem. Płaci Oskar, nie my. Stamtąd autobus biura zawiezie nas do Budapesztu, a kolejny do Sarandy. Nasz autobus naprawdę był wesoły. Wiózł towarzystwo do Bułgarii, Grecji, Chorwacji, Czarnogóry i Albanii. Tył piętra (jechaliśmy piętrusem) zajęły starsze dzieci z kolonii. Nasze miejsca przypadały wśród nich. Poprosili nas, byśmy się przesiedli do przodu, bo chcą być razem. Zrobiliśmy to z ochotą; żadna przyjemność siedzieć w hałasie rozpuszczonej dzieciarni.
Obok siedzi pan z żoną. Załadował do bagażnika dwie walizy minimalnie (!) mniejsze od siebie. A teraz marudzi, że powiedziano mu, że autobusy są nowe, z listopada, i że będą miały co drugi rząd foteli, by się można było wyciągnąć. A tu fotele wszystkie. I on się na to nie zgadza. - Autobusy rzeczywiście są z listopada – potwierdza kierowca, taktownie przemilczając sprawę foteli.
Ruszamy godzinę po czasie, bo jedna kolonistka zapomniała paszportu. Pierwszy popas na stacji Lotosu w Chęcinach. Wszyscy rzucają się do toalet. A te mało, że płatne, to jeszcze wpuszczają do środka obrotowe zapory. Panie i panowie z większą potrzebą zostali, a reszta panów, w tym ja, niemalże otoczyła stację i solidarnie ją oblała. Na znak solidarności z tymi pierwszymi.
W Krakowie dosiadają się dwie rodziny i od razu wszczynają awanturę ze wspomnianym panem. Bo panie od razu rozłożyły fotele, co owemu panu bardzo się nie podobało. Potem obserwowałem pożeranie jednej z tych pań przez... śpiwór. Wsuwała się w śpiwór siedząc na podłodze. I wyglądało to normalnie jakby zżerał ją wyrośnięty pyton. Gdy już ją pożarł, położył się na podłodze, z głową pod ścianą autobusu i tak spał aż do granicy węgierskiej.

Bladym świtem jedziemy obok sztucznego jeziora. Tylko jakiego? Geografię znam jako tako i w okolicach Rabki nie kojarzę żadnego zbiornika wodnego. Orawski jest bardziej na południowy zachód i jest większy, a dobczycki minęliśmy. Zbudowali coś w międzyczasie? Po chwili jednak uświadamiam sobie, że to wcale nie woda. Chociaż jednak woda, tylko w innej postaci. To mgła zaległa w dolinie tak gęsto, że sprawia wrażenie wody! W Rabce cokolwiek mnie zdziwiło, że kierowcy, zamiast na Chyżne, pojechali na Zakopane. Zaraz wyszło, że się pomylili, bo szybko wrócili na właściwą trasę. Słowacja przeleciała szybko, bo popas dopiero w granicznych Šahach. Żonie zachciało się mleka, więc popędziłem kilometr do najbliższego sklepu. Jak się okazuje, mieszkają tam sami Węgrzy, jak na sąsiednich Węgrzech.

Z geografii Węgry kojarzy się jako jedną wielką nizinę, płaską jak stół. Tymczasem do samego Budapesztu to góry, jakich nie powstydziłaby się górska przecież Słowacja. Płasko zaczyna się dopiero za Budapesztem. I za Budapesztem mamy stację przesiadkową. Ale za szybko do niej nie dojechaliśmy, bo kierowcy skręcili w nie ten zjazd z autostrady i w efekcie byliśmy nie tylko ostatni, ale i spóźnieni. Już tylko na nas czekano. Tu się przesiadamy do innego busa, wiozącego towarzystwo do Sarandy. Tym razem siedzimy na dole, i na końcu. Z jednej strony dobrze, bo można rozłożyć siedzenia maksymalnie bez narażenia się na marudzenie kogokolwiek, z drugiej źle, bo kible autobusów Oskara są marne i szybko zaczynają śmierdzieć. Co jakiś czas zalatywał do nas mało wyjątkowo nieprzyjemny smród sławojki. Nie wiem, czy przeginają z oszczędnościami (podejrzewam właśnie to) i nie kupują dobrych preparatów, czy takowych nie ma. Ale pospolite tojtojki mają znacznie większy „przerób” i jakoś nie śmierdzą tak, jak autobusy Oskara.
Węgry przejechaliśmy, Serbię też. Udało się zasnąć (poprzedniej nocy jakoś nie byłem w stanie przespać) i obudziłem się o świcie na granicy serbsko-macedońskiej. Cztery godziny tam zmarnowaliśmy! I pracownicy biura i obsługa autobusu twierdzi, że to loteria i nie jest się w stanie przewidzieć czasu oczekiwania.

A moim zdaniem to tylko wykręt. Da się przewidzieć, trzeba tylko trochę wiedzy. Tą wiedzę posiadają amatorscy nawet przemytnicy, przejeżdżający kilka razy w tygodniu znacznie bardziej nieprzewidywalną granicę polsko-ukraińską czy polsko-białoruską, o zawodowcach nie wspominając. A jakoś nie mogą jej posiąść jadący także kilka razy w tygodniu kierowcy jadący nad Morze Śródziemne via Serbia tego konkretnego biura. Bo z tego, co wiem, to krakusy z innego biura tą wiedzę posiadają i tak cyrklują z jazdą, by przejechać w czasie najmniejszych kolejek.

W końcu udało się przejechać i jesteśmy w Macedonii, czyli dziwnym państewku, zamieszkałym przez Bułgarów, którym pewien Chorwat wmówił, że są potomkami Antygonosa Monoftalmosa i Aleksandra Wielkiego, a nie Kruma czy Georgi Dymitrowa. Ci dali się wpuścić w maliny i dzisiaj na świecie nie są Macedonią bo wała pokazuje Grecja, lecz jakimś Fyrmem, czyli Byłą Jugosłowiańską Republiką Macedońską, w skrócie FYRM. W pewnym momencie widzę drogowskaz na... Dojran. Z moich innych zainteresowań znam to miejsce. Raz, że w jeziorze Dojran wymarł jeden gatunek ślimaka. Dwa, że w tymże miejscu, w dolinie pod masywem Biełasicy, dwa razy Bułgarzy starli się zresztą ówczesnego świata. W 1014 bizantyjski cesarz Bazyli II pokonał armię bułgarską i wziął do niewoli co najmniej 14 tysięcy Bułgarów. Kazał każdemu odrąbać prawą rękę i wyłupić oczy. Co setnemu miano zostawić jedno oko, by mógł nieszczęśników poprowadzić. Gdy zobaczył ich car Bułgarii Samuel, dostał apopleksji i zmarł, a Bazyli II odtąd jest znany jako Bułgarobójca. Dojran jako taki nie istnieje, bo w 1915 roku wojska bułgarskie, które tu wkroczyły, nie chciały powtórki sprzed 1001 lat i dobrze się ufortyfikowały. Do budowy barykad użyto cegieł i kamieni z Dojranu. Do fundamentów rozebrano całe miasto. Trzy lata szturmowały je wojska greckie, brytyjskie i francuskie, bez skutku. Zdobyły je, gdy ostatni broniący ich żołnierz bułgarski już dawno został w kraju powitany jak bohater. Po wojnie miasta nie odbudowano. No i skoro mamy drogowskaz na Dojran, to znaczy, że jesteśmy pod granicą bułgarską. Czy kierowcy po raz kolejny pobłądzili? Tym razem nie. Najlepsza (choć nie najkrótsza) droga do Albanii wiedzie właśnie tędy.

W Grecji, choć plotkarskie i prorządowe media straszą, że tam upadek, bankructwo, ruja i porubstwo, życie toczy się normalnie. - Kryzys to ma rząd – odpowiadają Grecy, z którymi udaje się pogadać podczas popasów. - My żyjemy bez zmian. W nadmorskiej Igoumeniście widzimy tłumy, w porcie stoją liczne promy i czekają na samochody z egzotycznymi, np. brytyjskimi rejestracjami, które już się kręcą po mieście, co znaczy, że greckim bankructwem przejęła się jedynie polska władza i służące jej media. Z Igoumenisty do przejścia granicznego w Konispolu i Sarandy rzut beretem, więc szybko, choć i tak jesteśmy z sześciogodzinnym w stosunku do planów opóźnieniem.

Pokój przyzwoity, tylko aneks kuchenny, który miał być wyposażony, jest kompletnie pusty. Rezydentka, Julita, pilnie wszystko notuje i już następnego dnia mamy talerze, sztućce i garnki, a kolejnego dnia kuchenkę gazową bez gazu, a kolejnego elektryczną, na szczęście z prądem. Interwencje w sprawie łazienki są skazane na porażkę. Mamy tzw. łazienkę bałkańską, bez żadnych osłon, co w praktyce oznacza, że po każdej kąpieli pod prysznicem mokra jest cała posadzka. Do końca pobytu nie mogliśmy się do tego przyzwyczaić.
Nie mamy plaży. Ci z drugiego hotelu mają. Julita uznała, że skoro jesteśmy z jednego biura i mieszkamy w pobliżu, to my możemy podawać, że jesteśmy z tego drugiego hotelu i będziemy chodzić na ich plażę. Ale jakiś sk*** doniósł gdzieś i następnego dnia Julita musiała odwoływać swoje rozwiązanie. Za karę, że chcieliśmy do Ksamilu, mamy chodzić na zatłoczoną plażę publiczną. Jest jeszcze kwestia dopłaty. Dopłacaliśmy trzy stówy za trzy osoby w pokoju czteroosobowym, jaki mieliśmy mieć w Ksamilu. A tu mamy pokój dwuosobowy, a łóżko Krzyśka jest w kuchni. Tu Julita nie ma żadnej władzy, tak zdecydowało biuro. Pokłócimy się o to po powrocie. W każdym razie Oskara nikomu nie polecam, a jeśli ktoś ma kontakty w jakimś porządnym biurze, to proponuję podkupić Julitę, bo rezydentka z niej naprawdę doskonała. Szkoda, by się marnowała w tak marnym.
Do zachodu słońca blisko, więc udaje się nam tylko zjeść obiad za niewiele ponad 20 zł za osobę, przejść się po promenadzie i okolicy.

Dzień czwarty, Saranda, czyli koza na szczycie
Zaczynamy od śniadania. Ser feta, prawdziwy, nie polskie podróbki z innych surowców, zimne parówki, jajka sadzone, jajka gotowane, kilka dżemów, masło, papryka konserwowa, pomidory. I tak przez cały pobyt. Czasami jeszcze pojawiała się albańska kiełbasa, kiepska zresztą, cienki, ale smaczny omlet i raz były oliwki. Monotonnie, owszem, ale da się zjeść.

Potem wycieczka po mieście, podczas której rezydentka Julita pokaże najważniejsze miejsca, czyli gdzie co warto zjeść, gdzie są bankomaty, kantory, tanie sklepy itp. Ja się nie załapałem; spóźniłem się pół minuty, a oni już poszli. No to połaziłem po najbliższej okolicy i popstrykałem trochę zdjęć. I podpytałem po ich powrocie Julitę na temat kanionu Gjipe, na który miałem wielką ochotę. Jej zdaniem nie da rady. Do Vlory jedzie jeden autobus dziennie, nie ma żadnej gwarancji, że wróci, więc lepiej nie ryzykować. Taksówkarz owszem zawiezie i potem po telefonie przyjedzie i zabierze z powrotem, ale za takie dwa kursy żąda sto euro. Za jeden, odbierający nas stamtąd, za 50 euro. Za dużo. Damy spokój.
Reszta dnia to nudy na pudy, czyli plażing. Nie lubię tego, ale jesteśmy w trójkę; żona lubi głównie to, syn nie lubi plażingu, ale lubi pływać, a przynajmniej moczyć się w wodzie. Ja też to lubię, więc peklowaliśmy się w bardzo słonej wodzie Morza Jońskiego, zasolenie ponad 38 promili.

Ale Krzysiek nagle chce wejść na którąś z wznoszących się nad Sarandą gór. Skwapliwie korzystam z okazji i idę z nim. Asia też stwierdziła, że nie będzie leżeć sama i idzie z nami. Droga wygląda tak, że gdy w linii hoteli widzimy małą lukę, wchodzimy w nią, by wejść na ulice powyżej. I tym sposobem wyszliśmy poza zwartą zabudowę. Kiedy wchodzimy na polną drogę, w niedalekiej oddali widać skały, Asia uznaje, że to za trudne dla niej (noga niezbyt jeszcze sprawna po złamaniu) i wraca na plażę. A my idziemy dalej. Znajdujemy starą kopalnię. Musi to być kopalnia, bo ta kilkudziesięciometrowej długości jaskinia niewątpliwie jest wykuta przez ludzi. Czego oni tu szukali? Może złota? Niestety, nie znaleźliśmy niczego ciekawego. Powoli, powoli dochodzimy do szczytu. A niemal na szczycie... dom. Niedaleko – drugi dom. I trzeci!

A na samym szczycie – koza! I druga koza! I trzecia. I całe stado białych kóz. I pasterz. Też biały, bo w takowej koszuli. Pozdrawiamy go i idziemy dalej. A dalej kolejne kozy. Brązowe. I ich pasterz. Niebawem oba stada się łączą, a my gawędzimy z pasterzami jak gęś z prosięciem, bo oni tylko po albańsku, a my po albańsku ani w ząb. Gdy próbujemy schodzić niżej, coś krzyczą i pokazują, żeby nie iść tędy, tylko tędy. Dziękujemy na migi i idziemy tam. Skaczemy po ostrych dolomitowych skałach, bo ich trasa jest gorsza. W pewnym momencie stajemy nad kilkumetrowym urwiskiem. Sk***! Chcieli nas zabić!

Odwracamy się do góry i widzimy, że na najwyższej widoczne skale stoi biała koza i bacznie się nam przygląda. Czyżby jak kuce Beorna, informowały pasterzy o naszych krokach? Ale po ominięciu urwiska jeszcze dosłownie parę skoków i jesteśmy na najwyższej sarandeńskiej ulicy. No, może jednak nie chcieli nas zabić. Widzieli, że jesteśmy sprawni, więc polecili nam znacznie szybszą drogę dla zaprawionych w górskich wędrówkach.

Dzień piąty, Butrint, czyli żółw w starożytnej kałuży
Kolejnego dnia żadnego peklowania. Zaraz po śniadaniu jedziemy do Butrintu. Wiadomo, co to jest, więc darujmy sobie opis. Ponoć założony przez uciekinierów z Troi, ale raczej to nierealne; jaki normalny uciekinier osiedlałby się pod bokiem jednego z napastników? Przecież włości Odyseusza leżały tuż obok.

Jedziemy busem, z Albańczykami, grupą Cyganów i dwiema Rosjankami. Skąd wiem, że to Rosjanki? Bo w piekielny upał jechały na plażę umalowane, i ubrane jak na bal, w koktajlowe, czarne sukienki. Tyle że miały sandały zamiast szpilek. No i mówiły po rosyjsku. Żonę najbardziej jednak zainteresowało świeże, kilkomiesięczne dziecko cygańskie. Bawiła się nim całą drogę. A że jest terapeutką, to je przy okazji zdiagnozowała. Żadnego autyzmu, żadnych innych problemów, okaz zdrowia i prawidłowości rozwoju. Cyganie nie byliby sobą, gdyby na tym nie skorzystali. Ale nie nachalnie, pani, daj parę leków, tylko kulturalnie: dziecko jest w pampersie, pampersy kosztują, dajcie na pampersa. Dałem im 50 leków (ok. 1,5 zł). I odtąd mieliśmy spokój. Bo kiedykolwiek ją spotkaliśmy, a spotykaliśmy kilka razy dziennie, to już nie wyciągała do nas ręki, tylko machała z uśmiechem.

Butrint, wiadomo, kupa ruin z okresu iliryjskiego, greckiego, rzymskiego, bizantyjskiego i weneckiego, ale także park narodowy obejmujący przymorską słoną lagunę i okoliczne góry. W zasadzie nie muszę nikogo namawiać, wszak to lista dziedzictwa UNESCO, ale podpuszczenie, że są tam żółwie, kusi rodzinę jeszcze bardziej. Jakoż w małej sadzawce w rzymskiej łaźni widzimy żółwia! I drugiego. I trzeciego. I następne. Co prawda błotnego, co żyją i u nas, ale zawsze to żółw, dziki, nie hodowlany. Ale woda w sadzawce chyba pochodzi jeszcze z czasów rzymskich; niewiele jej brakuje do statusu błota.

Wchodzimy też do zamku. W muzeum zaintrygował mnie szkielet dziecka w kreteńskiej amforze. No przecież nie włożyli go tam przez otwór. I raczej nie chowaliby zmarłego w rozbitej amforze.
Włóczymy się dalej w upale wśród ruin i przyjemnego aromatu liści laurowych. Tak sobie myślę, ze to idealne miejsce dla ludożerców. Taki turysta po zwiedzeniu całych ruin jest tak nasączony wonią lauru, że jest już przyprawiony, i od razu można go piec albo dusić w potrawce.

Daliśmy się zwieść przewoźnikowi i z tego żaru sądziliśmy, że jedyne busy powrotne to te, jakie mamy na kartce. Mamy więc dwie godziny czasu. Asia kładzie się na pomoście nad laguną, a ja z Krzyśkiem idziemy jeszcze połazić. Znajdujemy archeologów, którzy dziecięcymi łopatkami i pędzelkami odkopują mozaiki w jakimś długim basenie. W lagunie widzimy kraba, który zjada innego kraba. Krzysiek kupuje sobie czerwoną koszulkę z albańskim orłem, o której jeszcze będzie.
Okazuje się wszakże, że busów jest więcej, więc wracamy pół godziny szybciej. Potem trochę peklowania w wodzie i na obiad do Cimiego. To polecana przez rezydentkę knajpa prowadzona przez mówiącego po polsku Serba. Kotlet z serem w środku, sporo zieleniny, frytki, dwa chlebki, dwa duże piwa i herbata (czarna i gorąca – to ważne informacje dla kelnera, bo może podać rumiankową albo mrożoną) kosztują nas nieco ponad 60 zł. Obiad za dwie dychy; nad polskim morzem tym zdaniem wywoła się dziki śmiech knajpiarzy i kelnerów.

Dzień szósty, safari, czyli albańskie żyrafki
Na safari napaliła się żona Asia. Wsiadamy do dżipów, jedziemy szosą do Borsh, znanego z knajpy nad wodospadem, potem drogą szutrową do wsi wśród gór, tam jesteśmy częstowani albańskimi specjałami, potem na plażę koło Himarë, stamtąd na zamek Alego Paszy w Porto Palermo, stamtąd na zamek Lekursi na górze nad Sarandą i stamtąd już do hoteli. 60 euro od łebka.

Prowadzić mają uczestnicy. Wsiadamy do niebieskiego kia sportage w wersji terenowej. Inni mają czerwone i białe suzuki jimmy, a prowadzi jeep wrangler. Po włożeniu klucza do stacyjki coś zaczyna piszczeć. Albańczycy wyrzucają mnie z miejsca kierowcy, wsadzając na to miejsce swojego. Po drodze pytam go, co się dzieje. Okazuje się, że jest jakiś problem z chłodzeniem i wolą mieć nań baczenie. Po cholerę się pchałem do tego pojazdu? Przecież wiem, że wozy koreańskie jakością ani trwałością nie grzeszą. Ale ma to też dobre strony; mogę sam pstrykać zdjęcia.

Borsh okazuje się być jeszcze większym kiczem niż na zdjęciach. Knajpa wśród licznych, niewątpliwie sztucznych kaskad i rwących potoków. Nie chce mi się wierzyć, że tak potężne źródło, dostarczające takiej ilości wody wybija ze skały tuż nad kawiarnią. Mój sceptycyzm potwierdzają potężne rury, jakich tu nie brakuje. Może pompują wodę z morza? Nie, jest słodka. No to muszą ją pompować z innego miejsca, a w ostateczności zmienili bieg potoku.

Po wypiciu frappy, herbaty, kawy, piwa, wina, czy co tam kto chciał, jedziemy dalej. Zaraz skręcamy pod górę. Gdy już serpentynami wznieśliśmy się wysoko, stajemy obok miniaturowej kapliczki. Julita wyjaśnia, że takie obiekty stawiają ci, co przeżyli wypadek drogowy. No, ten fundator miał szczęście; zaraz za drogą jest w zasadzie przepaść. Samochód nie zatrzyma się prędzej niż na dole, po przekoziołkowaniu kilkuset metrów. A ci, co nie przeżyli, są przez rodzinę upamiętniani miniaturowym grobem. Większość robi sobie fotki obok kapliczki i jedziemy dalej. Droga niebawem zmienia się w szutrówkę i pnie się pod górę. To ponoć dawna główna droga z Sarandy do Vlory.

W końcu dojeżdżamy do wioski Piluri. Reklamowana jako typowa albańska wieś, jest tak naprawdę typową wsią grecką, bo większość jej mieszkańców to Grecy. Na środku wsi, jak przystało na południową Albanię, rośnie potężne drzewo, pod którym przy stolikach siedzą panowie i sączą, co tam mają. Ci, których widzimy sączą piwo i raki, czyli albańską wersję ouzo, mastiki i jak się jeszcze to cholerstwo nazywa. Najpierw idziemy do cerkwi, gdzie przewodnik opowiada nam dane techniczne na temat Albanii o tutejszej wiosce, gdzie każdy w Grecji pracował, a połowa tam pracuje. Stamtąd na cmentarz, by zobaczyć oryginalne groby z napisami ze wszystkich stron oraz tym, co kto za życia lubił. W jednym z grobów widzimy gablotkę z trzema flaszkami. Pochowany tu lubił popić. Ale raki, choć butelki są po occie winnym. Przewodnik jednak zapewnia, że jest w nich raki. Drugi palił jak smok, to ma papierosy.

I na poczęstunek do pasterza. Dostajemy ser, figi, migdały i kieliszek raki. Fotografujemy się z ubraną na czarno gospodynią, kupujemy od niej oregano o niesamowitym aromacie (niby szczelnie zapakowane, a podczas powrotu jego aromatem przesiąkły wszystkie ubrania) i herbatkę ziołową na drogi oddechowe.

Teraz idziemy na obiad. Nagle z tyłu słyszę gwałtowne nieeeeeeee!!!!!!!!!!!!! Odwracam się gwałtownie i widzę lecącego w powietrzu żółwia. Upadł na ziemię, pokoziołkował, a biegnący za nim pasterz, który go rzucił, jeszcze go kopnął. Wszyscy rzucili się ratować zwierzę. Jesteśmy posiadaczami żółwia stepowego, więc żona Asia jest szczególną miłośniczką tych gadów. Szybko go złapała i odniosła dalej. Ten usiłował zaszyć się w kępie jakichś krzewinek, ale pasterz i tu go dopadł i znów chciał kopnąć. Asia, ze śmiercią w oczach sparaliżowała go wzrokiem i zabrała żółwia. Z Krzyśkiem odnieśliśmy go daleko. Potuptał w przeciwnym kierunku niż dom pasterza, więc mamy nadzieję, że został uratowany.

Cała grupa była zszokowana. Także rezydentka Julita, która bywa tu przynajmniej raz na tydzień. Jej zdaniem dziadkowi coś odbiło, bo nigdy tak się nie zachowywał. A ten żółw to był jego domowy! Albańczycy, jak wyjaśnia Julita, mają do zwierząt stosunek, jak polski chłop, który żywemu nie przepuści.

Obiad mamy u przewodnika, który jest równocześnie śpiewakiem polifonicznym. I da nam koncert. Śpiew polifoniczny to albański wynalazek i jest notowany na liście dziedzictwa niematerialnego UNESCO. Dostajemy grillowane mięso, takąż paprykę, cukinię, fasolkę szparagową z jakimiś dziwnymi liśćmi, fetę i różne inne frykasy. Potem koncert. Na kanapie zasiadają śpiewacy, wśród nich Julita, uważana przez Albańczyków za całkiem dobrą w te klocki. Śpiew polifoniczny w skrócie brzmi tak: jeden śpiewa, drugi mu wtóruje, trzeci komentuje to, co oni śpiewają, a reszta śpiewa beeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee.

Wracamy do dżipów. Pod drzewem wciąż siedzą ci sami panowie z takimi samymi butelkami. To te same, co widzieliśmy parę godzin temu, czy już inne?
Teraz na plażę Lamani koło Himarë. Nieduża, coś ze 200 metrów szerokości, w ujściu do morza górskiej doliny. Cała zastawiona stojącymi w równych rzędach leżakami i parasolami. Wśród nich są i te wynajęte dla nas. Na dwie godziny. No to wskakujemy do wody, pływamy. Potem Asia i Krzysiek idą poleżeć, a ja połazić. Fotografuję dzieci skaczące ze skał. Od strony północnej ze skał jak pochylone stoły skaczą Albańczycy. Od południowej, ze stromej skały – mali Polacy.

I jedziemy do Porto Palermo. Przed wejściem do samochodów ustalamy, że przy zjeździe w dół, kierowcy, wiedzący gdzie to jest, będą trąbić. Na głos klaksonu wszyscy mają patrzeć w prawo, gdzie będzie widać wlot do podziemnej bazy okrętów podwodnych. Budowana przez ZSRR, miała być główną bazą radzieckiej śródziemnomorskiej floty podwodnej. Ale zanim ją ukończono, Albania rozstała się z blokiem radzieckim, w tym Polską, i związała się z Chinami. Rosjanie dostali kilkadziesiąt godzin na wyniesienie się z Albanii. 4 okręty podwodne zostały zajęte przez załogi albańskie. Bazę ukończyli więc Albańczycy. Podwodny tunel ma 650 metrów długości. Mieszczą się w nim z powodzeniem wspomniane okręty. To jednostki radzieckiego typu 613, będące unowocześnionymi niemieckimi okrętami typu XXI z czasów wojny. Polska swego czasu miała ich 4. Albania użytkowała je najdłużej, do lat 90. Teraz okręty rdzewieją, bo nikt nie chce ich kupić, nawet na złom, a baza od lat stoi pusta. Ma być zamieniona na muzeum, ale upłyną lata, zanim ono powstanie.

A my idziemy na zamek Alego Paszy. To w zasadzie zamek wenecki, przerobiony przezeń na letnią rezydencję, gdzie przebywał z żoną i całkiem sporym haremu. Zamek mocno się różni od naszych ruin albo odpicowanych do przesady hoteli zamkowych. To coś pośredniego. Zachowane sklepienia, więc wewnątrz jest dość ciemno. Komnaty wysokie, wszędzie sporo różnych schodów, zaułków. Sam Ali Pasza, o mało twórca państwa grecko-albańskiego i faktyczny twórca współczesnej Grecji, jest w południowej Albanii ważniejszy niż Skanderbeg, narodowy bohater Albańczyków. Cichaczem na początku XIX wieku zbudował to państwo, ale sułtan był jeszcze zbyt silny i gdy się zorientował, co się święci, zebrał siły i go pokonał. Ale jeszcze podczas ostatnich walk z Alim Paszą wybuchło powstanie greckie, które doprowadziło do niepodległości.
Po wyjściu z zamku, jako że to koniec, wszyscy, którym zostały jakieś kanapki, karmią nimi sporego psa. Ten fachowo zjada wędlinę i... sałatę, ale chleba nie rusza. Pewnie zostawia dla innych.

Potem jeszcze podjechaliśmy na zamek Lekursi wznoszący się nad Sarandą. Niby mamy podziwiać zachód słońca, ale zanim doń doszło, wzywają do powrotu. Jeepami jedziemy na koniec miasta. Stamtąd autobus nas rozwiezie do hoteli. Nagle stajemy. Okazuje się, że zaparkował obok innych samochodów wielki Audi Q. Ktoś wchodzi do jakiegoś lokalu, za chwile wychodzi kierowca, audik robi autobusowi miejsce, audik wraca na swoje miejsce. Wyobrażacie sobie coś takiego w demokratycznej, europejskiej Polsce? Bo ja nie. O ile ów kierowca by w ogóle wyszedł, to by albo wyciągnął bejsbola, a przynajmniej obsobaczył nas wszystkich, albo wrzasnął, czy wy sk*** wiecie kim ja jestem i co ja wam mogę zrobić. A w dzikiej Albanii wszystko odbyło się kulturalnie i szybko.

Dzień siódmy, Çukë, czyli koza pasterska
Dziś Asia idzie plażingować, a ja z Krzyśkiem idziemy do Çukë, wsi niedaleko Sarandy zabudowanej starymi domami. 4 km piechotą, niedaleko. Idzie się w kierunku Butrintu, a na rozwidleniu dróg skręca na północ i zaraz na wschód. Przy rozwidleniu widzę, że obok mostu na Bystrzycy (Lumi i Bistrices) jest chyba całkiem spory kanion. - Wąż! - nagle krzyknął Krzysiek. Coś długiego, żółtobrązowego mignęło i ukryło się w figowcach rosnących obok mostu. Co to było? Tak sprawnie zwiał na drzewo, więc pewnie wąż Eskulapa.
I rzeczywiście, ujściowy, kilkusetmetrowy odcinek Bystrzycy to całkiem głęboki, o pionowych ścianach kanion. Gdyby nie fakt, że zewsząd widać wierzchołki hoteli, pewnie, pomimo sporej ilości śmieci, weszlibyśmy doń i przeszli do ujścia. I tu się coraz bardziej konkretyzuje moja teoria albańskiej kompensacji; nie zobaczysz czegoś konkretnego, to zawsze zobaczysz coś podobnego.
Dochodząc do Çukë, widzimy gościa pędzącego drogą stado indyków. Samochody mijają je w spokoju. My też mijamy.

Wieś sprawia wrażenie opustoszałej. Nic dziwnego, w taki żar uczciwy Albańczyk siedzi w domu, a nie włóczy się na słońcu. Tylko my się prażymy i oglądamy coraz to nowe stare domy. Zaglądamy też do szkoły, latem oczywiście zamkniętej; w Albanii wakacje trwają od połowy czerwca do połowy września. To znaczy zagląda (przez wszystkie okna) Krzysiek, miłośnik opuszczonych miejsc. Dochodzimy na obrzeże wsi, gdzie w potężnym pustym budynku mieszka spora grupa Cyganów i wracamy. Oczywiście musimy zajrzeć na pastwisko, gdzie pasą się krowy, owce, kozy, konie i osły. Ale wejście zastawione furtą. No to odwiązujemy ja i wchodzimy. Przymilamy się do najbardziej egzotycznego dla nas osiołka, fotografujemy inne gatunki. Z końca pastwiska z góry spogląda na nas wyrośnięta koza, sprawiająca wrażenie strażnika mającego baczenie na wszystko. - Koza pasterska – skomentował Krzysiek. Wracając widzieliśmy jeszcze cyganomobile, czyli motorower z przyczepką z przodu, załadowaną wszelkim możliwym ładunkiem, a w wersji osobowej tłumem cygańskiego drobiazgu.

Dzień ósmy, Delvina, czyli opuszczony
Dziś jedziemy do Delviny. Żeby zobaczyć Albanię nie skażoną turystami. Nie ma tam zabytków, nie ma okoliczności przyrody. Ot, zwykłe albańskie miasteczko. Wsiadamy do busa. Jesteśmy jedynymi obcokrajowcami. Spodziewałem się, że bilet będzie kosztował sto leków, a tu wchodzi konduktor czy ktoś w jego typie i wypisuje każdemu bilet po 305 leków. Drogo, ale taką kwotę mam, więc jak będzie trzeba, to zapłacę. Ale okazuje się, że przy wyjściu (w Albanii płaci się przy wyjściu) płacę 300 leków za całą naszą trójkę. Do dziś nie wiem, co za bilety mi wtedy dali. Możliwe, że na użytek kontroli, bo po drodze stało ich kilka, ale żadnej nie chciało się nas kontrolować.

W Delvinie powoli spacerujemy po uliczkach, ale widzę, że nic z tego. Asia jeszcze dobrze nie zaczęła spaceru, a już ma dosyć. I Krzysiek nie pała entuzjazmem. W sumie nic dziwnego, codziennie mamy upał, ale ten dzisiejszy jest jakby wyjątkowy. No to wsadzam moje towarzystwo do busa powrotnego i idę sam w miasto.
Zaczynam od miejsca, gdzie byłem, czyli przedmieścia, w którym zauważyłem tarasowe domki podobne do tych w Gjirokastrze. Za nimi – bunkier! Ale ponad zabudowaniami, wśród porośniętych lasem skał. Ale co to dla mnie? Dostanę się tam! Tylko jak tam przejść? Posesje dokładnie ogrodzone. W końcu drogę zagradza mi osioł. Jako że to zwierz egzotyczny, zostaje obfotografowany. I zauważam, że w tym miejscu nie ma płotu czy siatki, ale niewysoki, niecały metr, kamienny murek. No to go przeskakuję i idę pod górę. Niedługo, bo posesję od lasu odgradzają znacznie gorsze przeszkody. A to drut kolczasty, a to stosy kolczastych gałęzi, a to płot z najeżonych kolcami gałęzi. W pewnym momencie gałęzie są jakby cieńsze, więc pewnie uda się je zdeptać i przejść wyżej. Jakoż udało się i przekroczyłem kolejne ogrodzenie. I teraz skacząc po skałach, a równocześnie pilnie uważając, by się nie połamać, a przynajmniej zanadto nie pokłuć, zbliżam się do bunkra. Idę, skaczę, raz niżej, raz wyżej, raz jeszcze wyżej, zależnie od tego, jak układają się skały. I dochodzę prawie do początku ulicy, a bunkra nie ma. No to ch*** z nim! Wracam. I gdy się przyjrzałem, widzę, że bym i tak nie doszedł. Bo bunkier jest poniżej linii metalowej siatki, obok której szedłem. Musiałbym ją sforsować, a że ma ponad 1,5 metra, byłoby to bardzo trudne.

Pstryknąłem jeszcze parę starych kamiennych domów i wracam na rynek. Tam widzę oryginalny bar. Wokół pnia potężnego platana zbudowano dach. W środku jest bar i dolna część pnia drzewa. Zajrzę tu, ale najpierw poszukam meczetu, którego minaret miga mi między blokami. Jakoż okazuje się, że meczet jest parę kroków dalej. Muezin już wzywał na modły, więc przed nim kilku muzułmanów obmywa nogi. Pytam, czy mogę zrobić zdjęcia. Mogę, więc pstrykam jak wchodzą do wnętrza. Jeden z nich jako żywo przypomina steranego wojną weterana Czeczenii, Afganistanu czy Iraku. I na piwo. Ale najpierw do cichej knajpki w bocznej uliczce. Bo niemal wszędzie kufle są małe. Wypiłem i idę do tego pod platanem. Tam piję drugie, wcześniej pstryknąwszy oryginalne wnętrze z pniem pośrodku.

Nie chce mi się jeszcze wracać, a że cokolwiek zgłodniałem, to idę na burka. Zjadłem i przejdę się po zachodnim przedmieściu. Tam słyszę szum. To musi być wodospad! I rzeczywiście, niedaleko drogi odkrywam kanion a w jego wnętrzu szumi spory wodospad. Woda leci w jakąś czeluść. Nie ma możliwości sprawdzenia, czy jest tam jeszcze głębiej, czy woda leci pod ziemię, bo wszystko zarośnięte jak w Amazonii, a do tego obok jest dochodzący do brzegu przylega wysoki płot.
Ale jakoś, skacząc na pień drzewa przewieszonego nad kanionem, trzymając się drugiego pnia, odgarniając wszędobylskie, kolczaste jeżyny, udaje się pstryknąć parę fotek. Oczywiście z racji zarośnięcia, niewiele widać. Ech, w innych krajach z takiego wodospadu zrobionoby atrakcję, a tu jest on głęboko ukryty.

I moja teoria kompensacji jest gotowa. Nie dotrzesz do jakiegoś ciekawego miejsca, zawsze znajdziesz inne, podobne. Nie dotarłem do kanionów Osum, Lengaricy i Gjipe, znalazłem inny, Bistricy i sądzę, że jak się powłóczę po górach, to znajdę jeszcze inny. Nie dotarłem do wodospadów w masywie Tomorr i Gjipe, znalazłem w Delvinie i coś mi mówi, że to nie koniec.

Dzień dziewiąty, Gjirokaster i Syri i Kalter czyli ramadan
Dwa dni w jednym. Planowaliśmy wstępnie wybrać się do tych dwóch miejsc autobusami, ale skoro biuro oferuje nam to w jeden dzień, to bierzemy i jedziemy. Owszem, koszty trochę wyższe, ale przecież czas to też pieniądz.

Jedziemy więc do Gjirokastry. Po drodze mijamy wejście do Syri i Kalter. Potem przedzieramy się przez przełęcz Muzinës. Widoki przepiękne, znacznie gorzej z kierowaniem. Oto zjeżdżamy w dół, przed nami zakręt o 180 stopni. Tam i z powrotem kręci się na nim potężny tir, próbując wyjechać. Stajemy na mijance i czekamy, aż się wygramoli z zakrętu. Jakoż się zeń wyplątał i pojechał. Nasz autobus jest krótszy, więc co prawda z trudem, ale bez cofania udało się przejechać. I niedługo potem wjeżdżamy w dolinę Dropull, której środkiem płynie spora rzeka Drino. W dolinie wszystko zagospodarowane, na polach coś rośnie, na pastwiskach pasa się stada krów. Podobnie jest w dolinie Bystricy koło Sarandy.

W końcu z lewej spore miasto na stoku góry. Gjirokaster. Autobus pnie się aż do podnóża góry zamkowej. Ale którędy na zamek – nie wiadomo. Plączemy się po siedzibie partii socjalistycznej, wchodzimy w jakieś tunele pod górą i nic. Na końcu tunelu widać światło. Może to tam? - Nie idźcie do światła – podkpiwają inni z grupy. - Przynajmniej nie teraz! W końcu Albańczycy mówią, że to nie tędy, tylko tą ulicą a potem w lewo. No to idziemy cudowną uliczką pod górę z domami z wykuszami. W lewo, pod górę i już jesteśmy u bramy. Kupujemy bilety i w drogę. Przed nami długi hall najeżony lufami armat. To owo muzeum.

Rozpoznaję parę archaicznych dział z pierwszej wojny, są i przeciwlotnicze, od małych dwudziestek (20 mm), może szwajcarski Oerlikon, może włoska Breda, po potężne, 75 mm albo 88 mm (niemieckie) czy 90 mm (włoskie).
Dalej – czołg. - Ale co to jest – słyszę głosy panów z naszej grupy. - Nie widziałem niczego takiego.
- Włoski, Fiat L6/40 – odpowiadam.
- Ach rzeczywiście, to może być ten. A skąd ty o tym wiesz – pytają z podziwem.
- Pracowałem parę lat w wydawnictwie militarnym, to wiem – odpowiadam.
A tak naprawdę, to zauważyłem tabliczkę przy wejściu do zamku...
Oczywiście wskoczyłem doń i w pozie brygadiera Joego Vandeleura pozuję Krzyśkowi. Potem on mnie. Po nas do czołgu wskakują inni, a my idziemy do samolotu. To amerykański Lockheed T-33 Shooting Star, treningowa wersja myśliwca P-80 Shooting Star. W 1957 roku maszyna nawaliła i pilot musiał lądować awaryjnie w Tiranie, skąd potem samolot został przewieziony do Gjirokastry. Dopóki był ogrodzony, wyglądał dobrze. Teraz – tragedia. Cała awionika wybebeszona i rozkradziona. Stateczniki połamane. Dodatkowy zbiornik paliwa z końca płatu trafił na jego nasadę. I dzięki niemu udaje się wejść do środka. To znaczy stanąć na nim, bo aby wejść do tego, co zostało z kabiny, trzeba się poparzyć. Tak się rozgrzała duralowa blacha. Poparzyłem się i mam zdjęcia.

Łazimy po zamku. Zaglądamy i do grobu bektaszytów. Pstrykając zdjęcie, zadrżała mi ręka. Przypomniałem sobie, co się dzieje, gdy fotografuję nieświeżych nieboszczyków albo zadzieram z duchami. Raz w Wilnie robiłem zdjęcia relikwii świętych w cerkwi. Wszystkie slajdy z wycieczki wyszły wspaniale. Ten jeden - czarny. Oczywiście nie zdjąłem pokrywy z obiektywu. Ale gdy się fotografuje od lat, to zdejmowanie pokrywy jest przecież odruchowe. Drugim razem na górze Aj-Petri na Krymie nie zawiązałem węzełka choćby z kawałka sznurka na specjalnym drzewie duchów (zwyczaj przyniesiony z Syberii przez geologów i innych włóczykijów). Zdjęcia w końcu odzyskałem, ale z pomocą informatyków, którzy sami odprawili nad nią jakieś komputerowe czary, bo mój komputer tej płyty w ogóle nie widział... Innym razem fotografowałem mumię Jeremiego Wiśniowieckiego na Świętym Krzyżu. Pamiętałem o tym, że nieboszczyki nie lubią, gdy im robię zdjęcia, więc o zgranie fotek z karty na płytę poprosiłem fotoedytora. Po zgraniu poprosiłem o sprawdzenie, czy aby na pewno są - wszystko OK. Przychodzę do domu, wkładam płytę w komputer – pusta...

I – pewnie się domyślacie, co czułem, gdy wieczorem chcę zgrać zdjęcia, a tu ich nie ma! Nie ma ani jednego zdjęcia z tego dnia!

Na szczęście Krzysiek, jakby nie było przyszły informatyk, odnalazł je. A ja bynajmniej nie obiecuję, że koniec z fotografowaniem mumii itp.

Z zamku idziemy szukać muzeum etnograficznego w domu Envera Hodży, dowódcy partyzantów, którzy bez niczyjej pomocy wyzwolili Albanię, a potem rządził nią do śmierci w 1985 roku. W tym czasie zbliżał się i oddalał najpierw od Jugosławii, potem ZSRR, a w końcu od Chin, z którymi związał się w 1956 roku, a odszedł po śmierci Mao. I dopiero wtedy poszedł w autarkię. Po przemianach Enver Hodża został skazany na zapomnienie i tak jest do dziś. Muzeum jego imienia w domu, gdzie się urodził zostało zamienione na etnograficzne. A informację, że tu się urodził, można czasami (nie zawsze) usłyszeć w pokoju, gdzie to się zdarzyło. Tylko gdzie jest ten dom? - Hodża! Hodża! - wrzeszczy grupa do napotkanych Albańczyków. Ci nie wiedzą, o co chodzi, albo udają, że nie wiedzą.

No to próbuję ja. Spokojnie pytam o muzeum etnograficzne. Zapytani po angielsku i rosyjsku ani w ząb, ale wiedzą, o co mi chodzi. Pokazują; teraz w dół, potem ostro w lewo, potem w prawo i prosto. Tym sposobem trafiamy pod dom jako pierwsi z grupy. No, jak na komunistę był niezłym burżujem; dom jeden z większych w mieście. Ale jest zamknięty; jest ramadan.

Nawet się z tego ucieszyłem, bo zamiast muzeów wolę żywe życie. No to jeszcze trochę łazimy po mieście. Próbuję Asi, kolekcjonerce dzwonków, kupić jakiś prawdziwy, który nosiła koza, owca, krowa czy osiołek. Jakoż znajduję takowy, nawet dość mocno pordzewiały. Ale sklepikarz żąda zań 900 leków. No wybaczcie, ale za 27 zł nie kupię kawałka rdzy. Jakoż za pół tej ceny trafiliśmy nowy, jagnięcy. Potem jeszcze na piwo (za i Krzysiek) i frappę (Asia i nauczycielka z Dąbrowy Górniczej, która chodziła z nami) i jedziemy do

Syri i Kalter.
Ot, źródło. Tyle że wyrzucające z siebie 6-9 metrów sześciennych wody na sekundę. To tyle, ile przy ujściu prowadzą tak duże rzeki jak Jasiołka czy Kamienna. Woda wypływa z czeluści nieznanej głębokości. Nurkowie zeszli na 45 metrów. Sprzęt techniczny na nieco ponad 50 metrów, a dna nie widać. Źródło ma więc postać niedużego jeziorka, z którego wypływa spora rzeka, szerokości wspomnianej Jasiołki. Woda zimna, 10 stopni.

Co odważniejsi skaczą. I zaraz, jak korek, zostają wyrzuceni na powierzchnię przez masy wody. Krzysiek też chce. Ale Asia stawia kategoryczne veto. Patrzy błagalnie na mnie. - Po prostu idź – mówię mu cicho. Zrozumiał, poszedł cichaczem i skoczył. Drugi skok już był za wiedzą matki, ale bez jej aprobaty; odwróciła się, by nie patrzeć. Ale na coś koło dziesięciu następnych skoków już patrzyła.

Dwie godziny upłynęły nie wiadomo kiedy. Zdążyliśmy jeszcze popatrzeć na rosnący nad rzeką las, bardziej przypominający amazońską dżunglę niż bałkańskie lasy. I na dalszy bieg rzeki. Na brzegu dżungla, a w rozlewisku, zamiast wiktorii królewskiej niewiele mniejsze, gigantyczne łopiany.

Po powrocie jeszcze pomyślałem, że zdążę pstryknąć zachód słońca nad morzem, które spodziewałem się zobaczyć za ostatnimi budynkami Sarandy. Asia idzie ze mną. Szybkim krokiem, mijamy dzielnicę hotelową, wchodzimy w zamieszkałą przez Albańczyków. Słońce coraz bliżej, o, pewnie za tą linią, znów hoteli a nie domów. W końcu jest! Ale to nie morze! To pusty, gdzieś kilometrowej szerokości step. I może za nim morze, a może i nie. No to wracamy. Koło carreffoura widzimy knajpkę, niewątpliwie odwiedzaną przez miejscowych. Bo nigdzie nie widziałem, by obrus był z papieru i by leżały na nim głowy, kręgosłupy i ości ryb. Menu wygląda zachęcająco. Mają tu ośmiornice, kalmary, małże w cenach znacznie przystępniejszych niż w centrum. Jutro tu przyjdziemy.

Dzień dziesiąty, gaje oliwne czyli powieszony lis
Coś mnie wzięło, żeby połazić po gajach oliwnych. Ot, dla samego połażenia. Zauważyłem takie niedaleko za Sarandą, jakiś kilometr od rozwidlenia dróg, w kierunku Delviny. Może nie są to oliwki tysiącletnie, nawet stuletnie nie są, ale kilkudziesięcioletnie to i owszem. Asia z Krzyśkiem leżą na plaży, to znaczy leży Asia, a Krzysiek pływa, a ja idę. Najpierw ostro pod górę przez Sarandę. Potem w dół i wchodzę w dolinę Bistricy. Jeszcze z kilometr i jestem na miejscu. Przy drodze widzę bunkier. Całkiem spory, model na pół wsi. Bo bunkry są od miniaturowych, dwuosobowych, wyglądających jnak spory grzyb, po takie mieszczące spore miasteczko. Kopuła tego wystaje coś na 3 metry i broni drogi na Delvinę. Obfotografowałem go i wchodzę z gaje oliwne.

Niby nic, ot, rzędy drzew o ciemnoszarych pniach i szarozielonych liściach, na dnie spłowiała trawa. Ale coś w sobie mają, skoro tyle szedłem, by się po nich przejść. No to chodzę. Nagle coś widzę. Pies! Powieszony! Nie, to lis! Młody lis. Z całą pewnością powieszony żywcem, długo cierpiał, zanim się udusił. Widzę to po wysuniętym języku. Jestem zimny drań, ale momentalnie straciłem humor.
Z jednej strony rozumiem sprawcę. Zapewne był to okoliczny gospodarz, któremu lis zabijał kury. Złapał jednego i powiesił, aby inne omijały okolicę. Ale tak się nie robi!

A z drugiej strony, czyż ja nie jestem doń podobny? Znalazłem sieć jakiegoś pająka. Nie klasyczna pajęczyna, jaką robi krzyżak, ale gęsty „dywan”, zabezpieczony bezładnie rozmieszczonymi nićmi tworzącymi nad nim swoisty namiot. A w głębi lej, na którego dnie siedzi drapieżnik. Szukam jakiegoś robala, aby go rzucić w sieć, poczekać, aż pająk wyjdzie i go sfotografować. Złapałem jakiegoś czerwonego małego chrząszcza, delikatnie, aby żył i rzuciłem w sieć. Szamocący się owad pewnie już zaalarmował pająka. A ja przygotowałem aparat. Po minucie pająk jest! Duży, jasnobrązowy. Porusza się błyskawicznie i gwałtownie staje. A ja pstrykam. Napstrykałem ile się dało, aż w końcu pająk w ułamku sekundy zniknął. Idę. On nie wyjdzie, dopóki będę tu siedział.

I znów ostro pod górę, a potem mniej ostro, ale długo w dół. Tak się zmęczyłem tą z pozoru nietrudną drogą, że muszę posiedzieć i wypić piwo. Jakoż napatoczyła się knajpa „Tuneli”. Zamawiam piwo. I patrzę zdumiony na to, co dostałem. Kufel 0,3 litra w połowie wypełniony pianą. Byłem wszakże zbyt zmęczony, by się awanturować. Wypiłem, zapłaciłem i poszedłem, nie kryjąc dezaprobaty. Gdy będziecie obok tej knajpy, to ulica (rruga po albańsku) Skanderbeu niedaleko marketu Big i zachce się Wam jeść albo pić, to wytrzymajcie chwilę i idźcie dalej. Ja tam byłem i odradzam każdemu.
Nasze plany wieczorne to rejs statkiem na zachód słońca, a potem obiadokolacja w spotkanej dzień wcześniej tawernie. Na pół godziny przed rejsem (ma ruszać o 19.30) idziemy do portu. Przy stanowisku łodzi, która na takowe rejsy zabiera, zebrał się już tłumek. A łodzi nie ma, choć z całodziennego rejsu powinna wrócić. Gdy mija 10 minut od terminu odbicia od nabrzeża, pierwsi chętni zaczynają się rozchodzić. Pięć minut później schodzimy i my. Ja rozumiem, to Orient, yavaş yavaş i inne tam takie, ale słońce chodzi według systemu zachodniego, zajdzie o tej godzinie i ani minuty później. I nawet jeśli teraz się łódź pojawi, to będzie za późno.
Idziemy więc do knajpy. Zamawiam miks owoców morza. Nie ma. Zamawiam miks ryb. A raczej trzy małe miksy ryb. Do tego sałatkę, dwa piwa i frappę. Zaraz przybiega kelner i pyta, czy my aby na pewno zamawiamy frappę. To jest przecież odmiana kawy. Asia, dla której jest ta frappa, odpowiada, że bardzo dobrze o tym wie. Zaraz stół przykrywa się papierowym obrusem. Kelner przynosi sałatkę, piwo, frappę. I spory półmisek ryb z głowami. Coś w rodzaju rosyjskiej i polskiej miełoczy. Na talerzu jest 12 ryb. Czyżby trzy miksy wrzucili na jeden talerz? Nie najemy się tym, ale to nic, po drodze są sklepiki z burkiem (po albańsku mówi się byrek, ale że mamy w domu psa zwanego także Burkiem, więc używamy nazwy chorwackiej).
Ale po minucie na stół wjeżdża drugi takowy talerz, a po nim trzeci. Teraz to ja wpadam w przerażenie. Czy oni się nie pomylili? Może to duże miksy? Nie mam przy sobie tyle pieniędzy, będzie wstyd. Biegnę do kelnera i upewniam się, czy to aby na pewno jest mały miks? - Tak – odpowiada. - To jak w takim razie wygląda duży miks – pytam.Kelner robi dość szeroki ruch rękami, pokazując wielkość tego półmiska.

Na miks składa się wszelka drobnica, która napatoczyła się w sieci, a którą w żaden sposób nie da się podciągnąć pod doradę, labraksa czy sardelę. Patroszy się toto, oprósza mąką, smaży w głębokim oleju jak frytki i gotowe. Tego nie da się zjeść! Nie dlatego, że niedobre, bo dobre! Ale dlatego, że na trzech talerzach mamy coś koło czterdziestu ryb! Po kilkanaście na osobę. Owe ryby można z powodzeniem jeść z głowami, płetwami i co tam jeszcze mają. I tak jadłem. Dobre! Doszedłem do dziesięciu ryb i czuję, że jeszcze kilka i wszystkie wrócą z powrotem z żołądka. Honor Polski uratował Krzysiek, który tego dnia był dosyć wygłodzony i dał radę dwudziestu (!). No i z pomocą przyszedł nam miejscowy kotek, któremu bardzo smakowały głowy. Ufff... daliśmy radę. 2,7 tys. leków, czyli 81 zł, czyli 27 zł od osoby. W Polsce za te pieniądze nie ma mowy o obiedzie nie do przejedzenia.
A więc skoro karmią tu tanio i dobrze, to jutro donoszę uprzejmie o niej Julicie, która mówi, że poleca grupom knajpy zbadane przez innych turystów. Robię zdjęcia obsłudze, pytam o maila. Nie mają. Mają tylko profil na fb. Od dwóch tygodni.

Wieczorem, a raczej już nocą, ja z Krzyśkiem kładziemy się i zasypiamy. Asia jak zwykle, ogląda albańską stację z ichniejszym folkiem i czyta książkę. Budzę się coś koło trzeciej. Asia wciąż czyta. Budzę się po piątej. Asia wciąż czyta. Zasnęła o 5.45... No ale skąd mieliśmy wiedzieć, że frappy, które piliśmy wcześniej, były podróbkami?

Dzień jedenasty, Palavi, czyli droga jest zamknięta
Po śniadaniu mówię Julicie o wczorajszym odkryciu wspaniałej knajpy i o polecaniu jej innym. - Ja ja znam – odpowiada. - Ale polecać nie będę. Bo za daleko. Poza państwem z całej grupy nikt nie wypuszcza się tak daleko, a większość letników ze wszystkich grup zna tylko drogę plaża-hotel.
I rzeczywiście, coś w tym jest. Chwaliliśmy tą tawernę wśród innych, ale nikt nawet nie zapytał, a jak tam dojść. A droga prosta, i to dosłownie. Idzie się promenadą, wzdłuż bazaru i dalej ciągle prosto, aż do carreffoura. I naprzeciwko tegoż sklepu to jest, Taverna Kapiteni się nazywa. Polecamy każdemu, kto odwiedzi Sarandę.

Dziś układ podobny, czyli Asia na plażę, a ja w teren, tym razem z Krzyśkiem. W zasadzie to Krzysiek a ja z nim, bo dzień jest „pod niego”. Gdy się gdzieś włóczy z kolegami, zawsze starają się wyszukać jakieś opuszczone miejsce i je obejrzeć. Mają już na koncie opuszczone ośrodki wczasowe, fabryki, piekarnię, rzeźnię i mnóstwo podobnych miejsc. Urban Exploring się to nazywa. Dziś wieczorem, po powrocie, Krzysiek na ich stronie umieści zdjęcia z opuszczonej wsi albańskiej. To w zasadzie Rural Exploring, ale nic to.

Wsiadamy do busa do Delviny, wysiadamy w Bamalacie, idziemy z buta 6 km i jesteśmy na miejscu. Z powrotem taka sama droga. Pytam kierowcę, czy zatrzymuje się w Bamalacie. Tak. No to jedziemy. Mijamy gaje oliwne, wieś, kanał, więc według mapy to już tu. Podnoszę się z fotela, a tu współpasażerowie mówią, że Bamalat za parę kilometrów. A skąd oni do k*** nędzy wiedzą, że my do Bamalatu?

Wysiadamy. Albańczycy pytają, gdzie się wybieramy. Mówimy, że do Palavi. Pytają więc, Na migi oczywiście, po co tam idziemy, skoro tam nic nie ma. To odpowiadam, też na migi, że właśnie dlatego, że tam nic nie ma. Jeden na migi mówi, że ma samochód i zaraz tam nas podwiezie. Dziękujemy uprzejmie; chcemy się przejść, no i nie będziemy go fatygować. Ale gdzieś po minucie drogi zatrzymuje się przy nad pick-up, a kierowca pyta, czy my do Palavi.
- Tak.
- To wskakujcie na pakę – pokazuje na migi.
I znów zachodzę w głowę, skąd on wie, gdzie idziemy. Wszystko wyjaśnia pasażerka siedząca obok. Wysiadła z nami, więc wiedziała. A gość pewnie na nią czekał. Babka wysiada w Bajce albo Bajkale, bo na różnych mapach są różne nazwy. A my jedziemy dalej. Nagle z przeciwnej strony nadjeżdża land rover. Oba samochody stają bok w bok, kierowcy wysiadają, całują się w usta, jak to jest w albańskim zwyczaju i gawędzą parę minut. I ruszają w swoją stronę. Przed Palavi widzimy dosyć głęboki kanion. Zajrzymy tam w drodze powrotnej.

Palavi leży jakieś pół kilometra pod górę od głównej drogi. Wiedzie tam nowiutka droga. Do opuszczonej wsi? Nasze zdumienie wzrasta, gdy wysiadamy i żegnamy się z kierowcą. We wsi stoi nowy, jeszcze nie śmigany meczet. W zasadzie to nawet nie ukończony,bo na minarecie sterczą kable, bo głośniki jeszcze nie podłączone. Niedaleko wybrukowany świeżymi płytkami plac, na nim stoją nowiusieńkie ławki i śmietniki. Śmietniki! Poza promenadą w Sarandzie nie widziałem w Albanii ani jednego śmietnika! A w opuszczonej wsi jest ich kilka!

No, opuszczonej nie do końca. Julita twierdzi, że mieszka tam jeszcze parę starszych osób. Przy meczecie spotykamy żywą duszę. Siedzi tam jakiś dziadek. Pozwala fotografować, ale meczet zamknięty. No to idziemy dalej. Pustki. Nikogo. Ale przy jednym z domów stoją trzy samochody. Przy bramie krwawa i mokra plama; pewnie oprawiali tu barana, którego teraz gdzieś pieką. W sąsiednim domu uparcie szczeka na nas spory pies. Wieś wygląda na opuszczoną, ale przed chwilą, jakby wszyscy gdzieś poszli, na jakieś modły albo ubaw, i mieli tu niedługo wrócić.
Ale domy naprawdę opuszczone są. Krzysiek w każdym szuka jakiegoś wejścia i daje nura w głąb. Po parunastu minutach wraca, bogatszy o kilkadziesiąt zdjęć, które wieczorem zamierza opublikować na stronie urban exploringu.

Jakoż spotykamy drugą żywą duszę, na podwórku domu, do którego Krzysiek chciał wejść pokonując dwumetrowy mur. Ale zobaczył ową babkę i odszedł. Obok były dwa inne, naprawdę opuszczone i spore. Wchodzimy do jednego, a on jest zamieszkały! W korytarzu wita nas żółw grecki. Dziki, weteran, z poharataną kiedyś skorupą. To jego włości. Ale nie miał nic przeciwko, by Krzysiek połaził po nim, włącznie z piętrem, na które prowadza mocno przegniłe schody.
Jeszcze kilka takich domów i wracamy. Teraz do kanionu. Na mapie widzę tę rzeczkę, ale nazwy ona nie ma. W każdym razie wypływa z okolic wsi o znajomej nazwie Sopot. Zaraz po zejściu z drogi słyszymy wodospad. Jest! Ale niewątpliwie sztuczny. Woda spada z pionowej betonowej ściany. Powyżej jest szeroka dolinka, którą płynie spokojny strumyczek. Ale widać, że wyżej dolina się zwęża w ów kanion.

Na zboczach góry pasie się stado kóz. A w oddali, pod rozłożystym drzewem, przed słońcem schroniło się kolejne stado. Słyszymy psa, niebawem go widzimy, duży, biały. A niedaleko drugi, łaciaty, nieznacznie mniejszy. I jakiś szałas. I człowiek, który uspokaja psy. Wychodzi do nas, witamy się, albańskim zwyczajem całując w usta. Dziwne uczucie, dla mnie, zatwardziałego heteroseksualisty, nie należące do przyjemnych. Ale taki tu zwyczaj, to miejscowi, nie wypada kpić ani nie szanować ich zwyczajów. Parę metrów dalej dwóch następnych pasterzy. Pytają, czy idziemy w górę do Kamenicy.
- Tak.
- To szczęśliwej drogi!
Wszystko oczywiście na migi. Tylko co to jest ta Kamenica? Potem znalazłem w internecie, że przełęcz. Ale nazwy potoku nie mogłem ustalić. W grę wchodzą dwie nazwy, Palohorit lub Vellahut. Idziemy. Dolina się zwęża. W niedalekiej oddali widzimy sporą skałę z wąską szczeliną w środku. To pewnie ten kanion. Bliżej rozpoznajemy, że u podstawy była kiedyś zapora, z której został kawał betonowej ściany. I wszędzie rury. Cholera wie, dokąd prowadzą one wodę.
Dotąd udawało się przeskakiwać po kamieniach, ale tu nie da rady. Trzeba przejść po wodzie. Ooooooooo! Dlaczego wcześniej na to nie wpadliśmy? Chodzenie w zimnej wodzie potoku jest bardzo przyjemne, gdy z góry słońce pali coś z 50 stopniami Celsjusza.

Za zaporą widzimy, dlaczego puściła. Musiała puścić, skoro była może metrowej szerokości ścianą betonu. Woda miała większą siłę. Wyżej robi się i wężej. Już zdarzają się półmetrowe wodospady, głazy też sporo większe.

W pewnym momencie wszystko znika. Widzimy, że potok musi wypływać z tej skały, bo doliny nie widzimy. Ale parę kroków w górę i jest! Wąziutka, półmetrowa może szczelina skalna! Czujemy się jak Bear Grylls przemierzający amerykańskie kaniony.

Noooo, mam, co chciałem! Kanion, i to od razu tak wąski! No, za długi to on nie jest, niecały metr długości, i zaraz rozszerza się w malutką dolineczkę, by nie powiedzieć studzienkę. Spada w nią dwumetrowej wysokości wodospad.

I dalej droga jest zamknięta, jak Król Umarłych powiedział Aragornowi, Gimlemu i Legolasowi. Tamci przeszli. I my na dobrą sprawę przeszlibyśmy, mocząc się w wodospadzie, ale dałoby się pójść w górę. Gorzej byłoby z powrotem, ale pewnie też dałoby się. Ale my nie mamy tak wiele czasu. Wracamy.

Przechodzimy przez ruiny zapory i – droga jest zamknięta po raz drugi. Wąską dolinę fachowo obstawiły dwa duże pasterskie psy. Ich kły dostatecznie wyraźnie wyjaśniają, co z nami zrobią, gdy spróbujemy się przedrzeć. Krzysiek ma co prawda przy sobie ostry i we wprawnych rękach (jego są wprawne) bardzo niebezpieczny nóż balisong (bardziej znany jako motylkowy) i z jednym rozprawiłby się, ale w tym czasie drugi rozszarpałby mnie...

Na szczęście na horyzoncie widzimy człowieka, który podchodzi, coś mówi psom, te natychmiast schodzą na brzeg doliny dając nam przejście. To jeden z tych pasterzy. Mówi i gestykuluje nam, że tam jest Grecja, gdzie on pracował kilkanaście lat.
Wracając spotykamy dwóch kolejnych pasterzy. Pytam, czy sprzedadzą mi kozi dzwonek. 500 leków daję. Jednoznaczne kiwnięcie głową rozumiemy; nie. Grzecznie ich żegnamy i odchodzimy. Dochodzimy do drogi i idziemy w stronę Bamalatu, skąd bus z Delviny zabierze nas do Sarandy. Przed nami jakieś 5 km. W Bajce (wolę tę nazwę) wstępujemy do sklepu na piwo. Tiranę piliśmy Korczę też, a tu mają też Kaona. Bierzemy dwie puszki po 50 leków (ok. 1,5 zł), siadamy przed sklepem i popijamy zimne, dobre piwo. Albańskie piwo ma ok. 4 procent alkoholu, czyli tyle ile polskie popłuczyny hipermarketowe. W przeciwieństwie do naszych, albańskie piwo ma smak porządnej dwunastki.

Coś z kilometr za Bajką mija nas saab. Staje. Kierowca gestem pyta, czy my w tamtą stronę. Tak? To wsiadajcie. Wskakujemy do bardzo mocno wypasionego saaba. - Sarand – pyta szofer o wyraźnie południowym wyglądzie. Taki sam jest jego pasażer.
- Yes.
Ruszamy z kopyta. Leci na nas chłodne powietrze z włączonej klimatyzacji, głośniki z tyłu aż drżą, grając jękliwe, ale przyjemne dla ucha wschodnie rytmy. Samochód bez trudu w 3-4 sekundy przechodzi z sześćdziesiątki na zakręcie w 160 na krótkiej prostej, w dosłownie parę minut zawozi nas do miasta i wysadza w samym centrum.

Do Taverny Kapiteni idziemy teraz, bo wieczorem mamy kolację z winem i tańcami w ramach wieczoru albańskiego. Zamawiamy krewetki, miks ośmiornic, kalmarów i innego morskiego robactwa i sardele. Miksy to jak zwykle spore talerze, a sardele to okrągła blacha... pomidorów. Pod ich pierzyną piekły się ryby. I znów się objedliśmy jak bąki.

Wieczorem jedziemy na zamek Lekursi na wieczór albański. Dostajemy cztery dzbanki wina, sporą tacę mięs, sałatki. Wydaje się tego sporo, ale jakoś w piątkę szybko daliśmy wszystkiemu radę. Potem jeszcze na stół wjechała flaszka raki. Nie lubię mieszać to raz, nie przepadam za mocnymi alkoholami to dwa, więc nie piję jej.
Program artystyczny to na przemian śpiew polifoniczny, tańce tradycyjne, tańce z turystami. Ale widać, że zespół nie ma jeszcze obycia w obsłudze ruchu turystycznego. Do tańca tylko dwóch panów porywa kilka tych samych pań, a panie z zespołu nie rwą nikogo. Po 2 i pół godzinie koniec. Towarzystwo jest niedopite, niedotańczone. Autobus wysadza nas pod hotelem, ale większość idzie w miasto, szukać miejsc z ubawem albo możliwością dopicia. A tu wała! Saranda o północy śpi! Ostatnie lokale się zamykają, cisza. U nas i w innych krajach zabawa dopiero się rozkręca, a tu już koniec.

Dzień dwunasty, powrót, czyli na walizkach
Według znaków na niebie i ziemi, mamy przed sobą cały dzień. Późnym popołudniem ma przyjechać autobus, który przywiezie następną grupę, i który zawiezie nas do Polski. Ale zaraz po śniadaniu Julita mówi, że autobus przyjedzie za pół godziny i decyzją biura mamy zaraz potem wracać. Co? Wała! Nic z tego! Zabraliście nam ponad pół dnia na początku, a teraz chcecie zabrać cały? Grupa momentalnie się rozprasza na plażach i zapowiada, że wróci dopiero późnym popołudniiem. Popierają nas kierowcy, którzy chcą odpocząć w cywilizowanych warunkach. Autobusy Oskara nie mają specjalnych miejsc dla wypoczywających kierowców. Dla nich jest kilka miejsc w autobusie. Kierowcy idą spać do pokoju, ja dobrowolnie zostaję na stosie bagaży całej grupy. I robię za przewodnika. Pół tych, co przyjechali, obsiadło mnie i słucha, co im proponuję do zobaczenia i przeżycia. Oczywiście nie omieszkałem zareklamować Tavernę Kapiteni i piwa pod platanem w Delvinie.

Jeden gość, urzędnik miejski z Poznania, mocno mnie zbulwersował. Zblazowanym głosem oświadczył, że on tu przyjechał tylko po to, by pić piwo i na żadne wycieczki nie da się wyciągnąć. I bardzo żałuje, że nie mają tu tyskiego.

Potem zmiana, kto inny siedzi na bagażach, a ja idę na zakupy. Musimy przecież coś jeść w drodze, a i córce należy przywieść arbuza o smaku arbuza a nie wody, jak te sprzedawane w Polsce, dżem figowy i parę innych smakołyków. No i ostatni raz trzeba się popeklować w Morzu Jońskim. I na obiad do Taverny Kapiteni. Tym razem bierzemy trzy zupy rybne (przepyszne), krewetki, ośmiornice oraz dwa piwa i frappę. Płacimy poniżej 20 zł na osobę.

A wieczorem, po opłukaniu się z soli i potu, przebraniu i zapakowaniu bagaży, ruszamy w drogę. Na przejściu Qafë Botë jesteśmy, gdy jest już noc. W Igoumeniście widzimy masy promów przyjmujących i przewożących samochody z turystami do Patras, Zakinthos, Paxi, Bari, Brindisi i Ankony.

Dzień trzynasty i czternasty, powrót, czyli serbscy bandyci
Tym razem pilot jest inny. Dwadzieścia minut przerwy i ruszamy! Poprzednim razem przerwy trwały 40-60 minut, teraz 15-30 minut i w drogę.
Na dłuższy popas zatrzymujemy się w Belgradzie, na stacji obok Mc. Donaldsa. Zamawiamy tam trzy mc.wrapy. Ale jakoś długo ich nie dostajemy. Inni swoje dostali, a my wciąż czekamy. Może nie po dziesięciu, ale na pewno dłużej niż po pięciu minutach dostajemy je.

Wychodzimy i szybko idziemy, wszak zaraz odjazd. Nagle ktoś coś krzyczy za nami. Idzie jakaś grupa i się drze. Wybiega z niej dwóch osiłków o posturze Pudziana i pędzi w stronę Krzyśka w czerwonej koszulce z albańskim czarnym orłem. Dopadają go co wrzeszczą po serbsku, że taki strój jest tu zabroniony, jeden ruch i koszulka jest porwana na strzępy. Doskakuję do niego, choć jego pięść jest wielkości mojej głowy. - Tata, daj spokój – powstrzymuje mnie dopiero głos Krzyśka.

Bandziory, jak się nie wiadomo skąd pojawiły, tak nie wiadomo gdzie zniknęły. Ruszamy w raczej ponurym nastroju. A ja zachodzę w głowę, jakim sposobem na nich wpadliśmy. Szli z tyłu, więc nie mogli widzieć, co Krzysiek ma na koszulce. Ale zastanawia mnie długi czas oczekiwania. Może któraś z pracownic, widząc koszulkę Krzyśka, zadzwoniła po znajomych bandytów i celowo opóźniała zamówienie, wiedząc, że rzezimieszki będą za te pięć minut.
Jakoż potem sprawdziłem w McDonaldzie lubelskim, ile trwa przygotowanie mc.wrapa. Minutę. Kierowniczka potwierdziła, że taki czas przygotowania jest na całym świecie. No to puszczę mailem skargę do centrali Mc. Donaldsa w Oak Brook i w Serbii.

Potem znajomy, bałkański korespondent polskich mediów wyjaśnił mi, że mieliśmy szczęście. Bandyci wiedzieli, że mają do czynienia z obcokrajowcami, i bojąc się większej chryi, nie użyli pięści. I że gdybyśmy w Kosowie pojawili się w koszulce z serbskim orłem, od albańskiego różniącym się tylko kolorem, to noże poszłyby w ruch. A ciekawe, że w Albanii widzieliśmy mnóstwo samochodów z serbską rejestracją i takimże orłem i żaden Albańczyk nie wyżywał się na nich.

Droga minęła szybko. Już w nocy dojechaliśmy do Katowic, gdzie miał być rozdział grupy i gdzie miało się okazać, jakim sposobem wrócimy do domu. Okazało się, że za niecałą godzinę mamy pociąg do Lublina. Ale żeby za dobrze nie było, to nie jedzie on najkrótszą drogą via Kielce i Radom czy Kraków i Rozwadów, ale przez Włoszczową Północ i Warszawę, bo PKP, zamiast się rozwijać, jak cała światowa kolej, zwija się jako bodaj jedyna w świecie.
Ale i tak w Lublinie byliśmy przed godziną 10 rano, czyli po 37 godzinach.

Spostrzeżenia generalne
Albania nie jest miejscem dla plażowiczów. Plaże małe, płatne i tłoczne. A mimo to zdecydowana większość Polaków w Albanii to właśnie plażowicze. Już teraz w Sarandzie jest za dużo turystów w stosunku do możliwości plaż. A będzie znacznie gorzej, gdy zostaną ukończone budowane właśnie hotele.

Lotnisko
Mówi się, że obok Sarandy miałoby postać drugie po Tiranie lotnisko międzynarodowe. Ale aby się opłaciło, musiałoby powstać dwa razy tyle hoteli, co kompletnie zrujnowałoby sarandeńską zatokę, chyba że chorwackim sposobem, cała zatoka i okolice od Ksamilu po Manastiri zostałyby wysypane żwirem i tym samym zamienione na jedną większą plażę.

Drogi
Nie wypowiadam się o Albanii środkowej i północnej, ale w południowej stan dróg jest lepszy niż w Polsce. Nowiusieńkie drogi prowadzą do opuszczonych wiosek, ba, widziałem jedną nową drogę, zaczynającą się potężnym rondem i wiodącą donikąd. Ruch jest bezpieczny. Owszem, w niektórych momentach może sprawiać wrażenie chaosu, ale jakoś każdy dojeżdża gdzie chce i wypadków nie widać. Ba, samochodów ze śladami stłuczek też jest bardzo mało.

Mercedesy
To nieprawda, że Albańczycy jeżdżą wyłącznie tą marką. Z moich obserwacji wynika, że na 10 samochodów merce to cztery a pozostałe sześć to reszta świata.

Polacy
Albańczycy bezbłędnie nas rozpoznają. Ja nigdy nie nosze koszulki bez rękawów, spodenek a'la bermudy ani sandałów, a mimo to właściciel łodzi salutował mi po polsku, dwoma palcami, a kelnerzy z daleka wołają cień dobi. Zresztą innych też rozpoznaję. Z daleka od innych odróżnię niemieckiego emeryta i Rosjankę.
Ale miało być o Polakach. Oj, psujemy sobie opinię. Może jeszcze nie wśród Albańczyków, ale innych. Zgoda, w Albanii wciąż można w knajpach palić. Obcokrajowcy, przyzwyczajeni do swoich ograniczeń, nie palą. Polacy – wręcz przeciwnie. Kilka razy w knajpie przenosiliśmy się dalej, bo jacyś Polacy (zawsze Polacy) zatruwali powietrze dymem.

Brud
O braku śmietników już było, teraz o konsekwencjach. Śmieci lądują może nie na ulicy, bo te są w miarę czyste, za to na dzikich śmietniskach, których jest zatrzęsienie. W Gjirokastrze jest np. w pięknej dolinie u podnóża zamku.

Nędza?
Polskie media, ba, bywalcy twierdzą, że w Albanii panuje nędza. Bzdura! Albańczycy żyją może i skromnie, ale nędzy nie widać. Owszem, może zarabiają jeszcze mniej niż my, ale niewiele mniej. Płace na poziomie kasjerki w hipermarkecie to tam norma. Ale pamiętajmy, że koszty życia są tam niższe. No i Albańczycy nie uchylają się od pracy. Widzieliśmy jednorękiego, który piekł kukurydzę. Gdyby był Cyganem, siedziałby pod murem, wystawiając miejsce po ręce a drugą wyciągając po pieniądze. Ale on zarabia. W przeciwieństwie do Ukrainy, gdzie widziałem mnóstwo leżących odłogiem pól, w południowej Albanii każdy skrawek jest zagospodarowany.

Ceny
W sklepach zbliżone do naszych albo wyższe (mleko i przetwory oraz napoje niewyskokowe). Za to owoce, warzywa, napoje wyskokowe są tańsze niż u nas. Natomiast w knajpach – nawet nie ma porównania. Jest zdecydowanie taniej niż w Polsce. Saranda to główny grajdoł Albanii. A zjeść tam na promenadzie dobry obiad za 20-30 zł to rzecz normalna. A zjecie u nas za tyle w Międzyzdrojach, o Sopocie nie wspominając?

Owoce
Tyle mędziłem o nich przed wyjazdem na forum, że wypada zdać relację. W lipcu jest sporo. Właśnie skończył się sezon na figi. Ale były brzoskwinie, morele, śliwki, gruszki (dziwnie małe), jabłka, pomarańcze (np. sprzedawane z bagażnika samochodu), arbuzy, melony. W cenach niewygórowanych.

Ludzie
Mili, serdeczni, pomocni. Im dalej od morza i turystów tym bardziej. Choć po ostatnim meczu w Tiranie może się to zmienić...

Ë albo a
Nazwy miejscowości albańskich raz mają końcówkę e z kropkami, a raz a. Np. Corovodë i Corovoda, Vlorë i Vlora. Ano bo to z ë oznacza miejscowość nieokreśloną. Nie wiem, jak konkretne Corovodë, stolica dystryktu Skrapar może być nieokreślone, wszak już sama nazwa mówi za siebie, ale niech im będzie. A Corovoda oznacza Corovodę tę samą co z ë na końcu, tyle że konkretną. Nie wiem jak Wy, ale ja tego nie kumam.

Słowianie Albańscy
Kamenica, Pogradec, Çorovoda, Grabovë, Sopot brzmią wyraźnie słowiańsko. Takich swojskich nazw jest w Albanii dużo. A skąd tam Słowianie? Ano byli. Około 615 roku koalicja południowych plemion, Brsjaków, Draguwitów, Rynchynów, Sagudatów, Strumińców, Wajunitów i Welegezytów, żyjących na terenach dzisiejszej Grecji i Macedonii, uderzyła na Ilirię. Przodków Albańczyków wyrżnęli, tylko niedobitki uciekły w góry i na wybrzeże. Kilkakrotnie byli o krok od zdobycia Sołunia, jak nazywali Saloniki. Tylko dyplomacja cesarzy bizantyjskich, którzy kosztownymi łapówkami odwodzili od ataku to jedno, to drugie plemię, uratowała miasto. Ale Słowianie osiedlili się nawet na Peloponezie. Byli wszakże w mniejszości, więc się z czasem zasymilowali. I zostały po nich nazwy.

Koszty
3,7 tys. zł opłat dla biura, czyli transport i hotel, plus 800 euro czyli 3,4 tys. zł. Z tej kwoty przywieźliśmy z powrotem 170 euro, czyli ponad 700 zł. I dwa razy skorzystałem z bankomatu na 3000 leków czyli niech będzie stówa. Wychodzi 6,5 tys. zł za trzy osoby, czyli 2,16 tys. zł od osoby.
Z tej kwoty prawie 1,1 tys. zł wyniosły imprezy na miejscu, czyli safari (ponad 750 zł, ale warto) i wieczór albański (ponad 300 zł, czy warto – kwestia dyskusyjna ze wskazaniem na nie). A nie żałowaliśmy sobie. Codziennie dobry obiad, ja wysuszyłem trzylitrową flachę wina, Asia i Krzysiek flachę raki.
Czy dałoby się to zmniejszyć nie korzystając z pomocy biura? Jeśli znalazłoby się promocyjne loty na Kerkyrę, to tak. Ale latem raczej promocyjnych lotów nie bywa, czyli sam przelot tam i z powrotem kosztowałby co najmniej 1,6 tys. zł od osoby.
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 08 Sie 2015 00:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sie 2010
Posty: 379
niebieski
dawno sie tak nie ubawilam jak podczas czytania tej relacji
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 08 Sie 2015 09:51 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
i foty: tu widoczki z Sarandy

-- 08 Sie 2015 09:55 --

i trochę ludzi z Sarandy

-- 08 Sie 2015 10:01 --

i góra nad Sarandą

-- 08 Sie 2015 10:13 --

Butrint


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 08 Sie 2015 11:54 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Butrint

-- 08 Sie 2015 11:58 --

Butrint żywy

-- 08 Sie 2015 12:07 --

i jeszcze Butrint

-- 08 Sie 2015 12:14 --

safari albańskie

-- 08 Sie 2015 12:19 --

Piluri


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 08 Sie 2015 12:50 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 7073
Jak zawsze język barwny a opisy zawierające świetną porcję wiedzy lokalnej - czytało się z przyjemnością :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
mashacra lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 08 Sie 2015 13:29 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
To niech się też ogląda z przyjemnością
Porto Palermo i okolice

-- 08 Sie 2015 13:33 --

Cuke

-- 08 Sie 2015 13:39 --

i sarandeńskie obrazki


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 08 Sie 2015 16:54 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
meczety, egzotyczne dla nas, więc trochę ich pstryknąłem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 08 Sie 2015 18:09 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Delvina


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 08 Sie 2015 19:17 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Gjirokaster


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 08 Sie 2015 21:19 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
zamek w Gjirokastrze


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 09 Sie 2015 09:52 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Muzeum broni w Gjirokastrze

-- 09 Sie 2015 10:01 --

Syri i Kalter

-- 09 Sie 2015 10:20 --

Syri i Kalter cd.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 09 Sie 2015 11:26 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
gaje oliwne


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 09 Sie 2015 12:17 

Rejestracja: 09 Sie 2015
Posty: 504
Zbanowany
piękna relacja! Do dziś mnie dziwi że tak starzy ludzie jeszcze podróżują samotnie i mają na to odwagę. Wg mnie powinni sobie ulżyć i zostać w domu ;)
_________________
Nadgorliwy user (na prośbę becka)
Jeśli podczas lądowania robi się ciemno - znaczy że możesz dokończyć flightdiary, nigdzie już nie polecisz!

Moje najciekawsze posty rowniez znajdziesz w koszu. Lub u maschacry w domu. Trzyma je w piwnicy żeby nikt nie przeczytał. "Porządkuje forum"
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 09 Sie 2015 13:27 

Rejestracja: 18 Gru 2013
Posty: 25
noż k.urde przez ciebie w tą upalną niedzielę leżę w domu i zaczytuję się relacją, a inne sprawy zeszły na bok
ale relacja świetna, fajny język i dowcip
dzięki za ... zmarnowaną niedzielę (oczywiście to żart)
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 09 Sie 2015 14:42 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
steward napisał(a):
Do dziś mnie dziwi że tak starzy ludzie jeszcze podróżują samotnie i mają na to odwagę

Pozwólcie, że nie skomentuję tego odpowiednio złośliwie;), tylko zapowiem: Palavi, opuszczona wieś w Albanii!

-- 09 Sie 2015 15:27 --

i kanion koło Palavi


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 09 Sie 2015 17:36 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
Gdy zobaczycie w Albanii na bramie lub nad drzwiami albo na płocie jakąś lalkę, wiązkę czosnku czy baranią głowę (rogi też mogą być) to znaczy, że ten dom jest wolny od duchów, upiorów i złych spojrzeń


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 09 Sie 2015 17:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Gru 2011
Posty: 5600
Loty: 169
Kilometry: 241 913
niebieski
Dla mnie relacja miesiąca.
_________________
Blbec je blbec a blbcem zůstane
Ja tu tylko sprzątam
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 09 Sie 2015 21:37 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 254
i takie różne różności

-- 09 Sie 2015 22:00 --

i tańce albańskie


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 21 Wrz 2015 10:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Lip 2013
Posty: 480
Loty: 31
Kilometry: 61 615
Świetna relacja!Apropo granicy serbsko/macedońskiej-również spędziłem tam kiedyś 4-5 godzin,w nocy,w szczerym polu,w towarzystwie cykad,zero sklepów,masakra.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 22 Wrz 2015 12:15 

Rejestracja: 21 Wrz 2015
Posty: 5
Zbanowany
świetne!
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 23 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group