Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 29 Lip 2019 21:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Maj 2012
Posty: 299
srebrny
Przez chwilę zastanawiałam się, czy skreślić tych kilka zdań na temat Sołowek, ponieważ tym razem to nie ja musiałam ogarniać logistykę, noclegi i cały ten jazz. Zostałam na miejsce zesłania dostarczona i zakwaterowana.

Z rzadka zatem zdarzą się informacje o cenach, godzinach wstępu i tym podobnych.
Jednak mając na uwadze skąpą ilość informacji na forum, dorzucę swoje trzy grosze.

***

Pierwszy etap podróży to kilka dni w Petersburgu, włóczenie się po mieście, Peterhof, Pawłowsk, potem dopiero wypad na Wyspy.

Image

Image


poniedziałek, 8 lipca

Początek jak w thrillerze - najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać. Trochę to przesada, ale emocje były.

Błędnie wpisany adres w nawigacji przeciągnął nas przez Petersburg, a zorientowawszy się poniewczasie na Dworzec Ładożski (skąd odchodzą składy do Kiemi) wpadamy minutę po odjeździe pociągu. Wcześniej przechodzimy kontrolę bagażu rodem z lotniska, co dodatkowo nie poprawia sytuacji, a czyni ją jeszcze bardziej nerwową.

Rozkminka co robić dalej i podskórne pogodzenie się z myślą, że Sołowek to ja jednak nie zobaczę…

Dyżurna ruchu podpowiada, że może warto jechać do następnej stacji i tam wsiąść do pociągu, przecież powinien poczekać… Jedyne 140 kilometrów, nic to, gnamy. Na przypale.

Nic bardziej mylnego… według rosyjskich pociągów można regulować zegarki, więc po przybyciu na stację Волховстрой-2 po pociągu nie ma śladu. jest późny wieczór, tory, fabryki, składy towarowe liczące po kilkadziesiąt wagonów i my.

Koczujemy więc w poczekalni oglądając rosyjską wersję paradokumentu, odpowiednika naszych „Detektywów”, względnie przed budynkiem dworca częstując żulików papierosem.

Udaje się jednak kupić bilety na kolejny odcinek pociągu relacji Mińsk – Murmańsk i w optymistycznym nastroju dojechać do pośredniego celu podróży, czyli Kiemi. Kilka godzin opóźnienia w stosunku do pierwotnego planu. Będziemy nadrabiać, cóż, nikt nie obiecywał, że Północ to łaskotki.

Emocje opadają, adrenalina odpuszcza. Głębiej wciągam zatęchłe powietrze – no to w końcu mam wakacje 😉


Image


Jakoś trzeba zabić 13 godzin w podróży. Po drodze - jak to w wagonie plackartnym – wszyscy leżą w swoich łóżkach, bose stopy wystają na korytarz, jest „i śmieszno i straszno”; na przemian: sen, herbata, krochmalone prześcieradła i wątpliwej czystości koc, znowu sen, przysłuchiwanie się rozmowom towarzyszy podróży z gatunku:


- „Córka z zięciem pojechali na wczasy na Krym, wie Pani, on dobrze zarabia”;

- „Siostra dzwoniła, ubierz się ciepło; mówiła; tutaj wieje i zimno”.



Image


Kobieta na dolnej pryczy starannie obiera ogórki na rozłożonym ręczniczku, soli z podróżnej solniczki, kroi w plastry i z namaszczeniem zjada. Obok babuszka w plastikowej torbie poprawia sztuczne róże, być może jedzie na cmentarz… tyle kilometrów…

Prowadnica w naszym wagonie wyraźnie zmęczona, pracuje w systemie dwa tygodnie w podróży - dwa tygodnie wolnego. Dolewa wody do zbiornika, w którym gotuje się "kipiatok". Sprzedaje herbatę parzoną w szklankach, podawaną w metalowych, babcinych koszyczkach, przed postojem na kolejnej stacji zamyka toaletę, bo to „sanitarny reżim”. Co to za życie…

Funkcjonariusz FSB kontroluje paszporty.

Wódki nie pije nikt…

Za oknem krajobraz zmienia się, dominują drzewa. Przypominam sobie, skąd zestaw mebli kuchennych w moim rodzinnym domu o wdzięcznej nazwie „Brzoza Karelska” zyskał swoje miano. Brzozy, brzozy, gdzieniegdzie jakaś sosenka.


Image


Image


Image


W Kiemi obraz industrialno-postsowiecki. Na bocznicy lokomotywa przyozdobiona – a jakże – czerwoną gwiazdą, osiedla bloków z zabudowanymi balkonami, szopki, garaże, błoto. Tutaj krzyżują się szlaki kolejowe, przez stację przejeżdżają pociągi z Petersburga, Moskwy i Mińska na swojej trasie do Murmańska. To swoiste okno na świat dla tych, którzy tutaj schodzą na ląd, wracając z Wysp. Nic to, że okno brudne i rozbite.

Transfer busikiem do Raboczeostrowska i wsiadamy na prom. Można też łapać taksówkę, za tych kilkanaście kilometrów do portu należy wysupłać jakieś 350-400 rubli. Regularnie kursują dwa statki dziennie. Można pewnie wynająć też prywatny transfer, a bilety ogarnąć tutaj: http://www.nasolovki.ru/ - 1800 RUB w jedną stronę.


Image


Image


Odbijamy.

Jest czas na podziwianie wysepek, kutrów, stateczków pływających niedaleko brzegu. Wielkie mewy srebrzyste przelatują obok, niekoniecznie skłonne porwać z ręki resztki wczorajszej bułki.


Image

Image

Image


Przed nami ponad dwie godziny rejsu po względnie spokojnym Morzu Białym. Piszę względnie, bo podobno dwa dni wcześniej z powodu sztormu ewakuowano turystów z Wyspy, a prom z Kiemi nie wypływał.
Jest prawie 23.00 kiedy dobijamy do brzegu. Oczom ukazuje się on – Monastyr Przemienienia Pańskiego, który od tej pory będzie jak mantra przewijał się przez cały pobyt, widoczny w drodze do sklepu, do Muzeum Morskiego, podczas spaceru na pseudo zachód słońca.


Image

Image

Image

Image


Sołowki to miejsce niedostępne, odlegle i piękne na swój sposób. Położone na Morzu Białym, jakieś 160 kilometrów od Koła Podbiegunowego. Latem słońce tutaj praktycznie nie zachodzi, bo co to za noc, która zaczyna się o 23.00, a kończy o 1.39, a tak krótkie bywają pod koniec czerwca. Za to zimą dwugodzinny dzień potrafi dać w kość, rozstroić wewnętrzny zegar biologiczny, czy nawet wzmagać stany depresyjne. Koszmarnie krótkie lato, bo morze zamarza już we wrześniu, a odmarza około maja.
Największą Wyspę Sołowiecką zamieszkuje około 1000 osób, w archipelagu znajdują się ponadto dużo mniejsze, w większości niezamieszkałe wysepki, Wielka i Mała Zajęcza, Anzer, Muksałma.


Image


Jeziora, torfowiska, tajga, wyspy, wysepki. Jest nawet jak w rosyjskiej matrioszce – jezioro, na nim wyspa, na wyspie jezioro a na nim kolejna wyspa. Ot taka przekładanka. Istna „Incepcja”.
Roślinność jest całkiem zróżnicowana jak na tak odległą północ, aczkolwiek okres wegetacji w stosunku do naszej szerokości jest mocno opóźniony, coś jak w naszym maju: tutaj pylą topole, kwitną konwalie, a ziemniaki ledwie wyrosły z ziemi.
Brzozy smagane wiatrem rosną karłowate, albo powykręcane, krzewinki typowe już dla tundry, dereń szwedzki.


Image

Image

Image


Poza monastyrem dominuje drewniana zabudowa, pogułażne baraki przerobione na przykład na sklep, szopki, garaże powykręcane i przechylone ze starości i zaniedbania.


Image

Image

Image

Image


Na Sołowkach nie na kilometra porządnej asfaltowej drogi, więc auta Gazy, Uazy, postrach północy, gniotsa_nie_łamiotsa, dojadą wszędzie. Czasami dożywają spokojnej starości porzucone przy drodze.


Image

Image

Image

Image


W porcie pojawia się Siergiej - od tej pory zarządca naszego czasu, kaowiec, miejscowy watażka, właściciel autobusu, człowiek znający wszystkich - w jednej osobie. Mimo późnej pory udaje się nam znaleźć otwartą restaurację i zjeść kolację popijając piwem pszenicznym. Jakie by nie było – teraz smakuje jak ambrozja i małmazja razem wzięte.
We wsi coraz donośniej słuchać dźwięk podobny do startującego śmigłowca, tylko co za maszyna pracuje w nocy? Przecież nie ubijaczka, nie walec, bo asfaltu brak. To generator prądu, duża maszyneria zaopatrująca wyspę w energię. Głuche dudnienie w dzień i noc wżyna się w mózg niczym nieustannie spadająca kropla wody. Chociaż do wszystkiego można się podobno przyzwyczaić.
Czas na sen, mimo braku nocy i piekielnej maszynerii nie mam większego problemu z zasypianiem.

środa, 10 lipca

Monastyr


Generator łomotem budzi posiołek. Na razie nic na to nie wskazuje, ale to dzisiaj będzie jeden z tych dwudziestu trzech słonecznych dni w roku na Sołowkach. Jakoś nie mogę uwierzyć, bo mimo lipca i temperatury w granicach dziesięciu stopni, odczuwam ją jakby wynosiła dwa stopnie.
Przenikliwy wiatr za nic sobie ma ciepłą bluzę i kurtkę. Marzę o puchówce, czapce i rękawiczkach. Nie wyobrażam sobie zimy na Wyspie.

Drogę na śniadanie w refektarzu monastyru umilają kozy, koźlęta zachowujące się jak koty, beczą, biegną ocierając się głowami o nogi.

Główna ulica (jeśli tak można nazwać szeroką gruntową drogę) jest ubita, acz wyboista, wiedzie obok sklepu przerobionego z baraku (notabene dobrze zaopatrzonego, czynnego od 8-24, gdzie można płacić kartą, choć na samych Wyspach kantoru, ni bankomatu nie uświadczysz). Sklepiki z pamiątkami jeszcze pozamykane, miejscowi w ciepłych kamizelkach nie zwracają uwagi na turystów. Niosą swoje torby. Mijamy wypożyczalnię rowerów, jeden z rozsądniejszych środków transportu tutaj.


Image

Image

Image


Gdzie nie spojrzeć – wszędzie woda – monastyr najlepiej prezentuje się od strony morza, a od drugiej - z Zatoki Pomyślności na pierwszy plan wybijają się grube mury obronne i wieże.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Na dziedzińcu pojawiają się pierwsi tego dnia pielgrzymi, większość z nich przypływa na jednodniową wyprawę. Mężczyźni ściągają czapki. W klasztornej stołówce kobiety w długich spódnicach i chustach na głowie trzykrotnie kreślą znak krzyża, żegnając się z prawej na lewą przed ikoną świętego, dopiero potem siadają do posiłku. Tego dnia jemy śniadanie jak pielgrzymi, jest postne. Dostajemy w metalowych miskach kaszę jaglaną, miód i chleb. Udaje się wyprosić konserwę rybną.


Image

Image

Image


Sam klasztor ma bardzo długa historię. Począwszy od roku 1429, kiedy na wyspę przybywają mnisi Zosima i Sawatij, a później Herman. Zaczynają od budowy pustelni, w której chcą wieść proste życie w cichej modlitwie i ekstremalnie trudnych warunkach.
Później następuje szybki rozwój tego miejsca, już nie tylko jako świątyni, ale również jako potężnej twierdzy, z grubymi murami obronnymi, basztami, których nie były w stanie zburzyć kule armatnie.

Monastyr położony w tak odległym i nieprzyjaznym miejscu musiał być samowystarczalny. I był, oprócz piekarni posiadał młyn, ogród, kurnik, garbarnię, pralnię, wreszcie warzelnię soli będącej źródłem dobrobytu klasztoru. Sól odparowywano w wielkich kadziach, a następnie suszono przed sprzedażą. Mówi się o niej, że to sołowieckie złoto, tak drogocenną przyprawą w tamtych czasach była.


Image


Klasztor, cerkwie, kaplice przechodzą różne koleje losu, padają ofiarą pożarów, przebudowy, są zdobywane i dają odpór zdobywcom. W XVII wieku mnisi odrzucają reformy patriarchy Nikona, na co wściekły car Aleksy I Romanow rzuca przeciwko pięciuset mnichom wojskową ekspedycję zbrojną.
Rozpoczyna się oblężenie. Monastyr korzystnie położony, mające grube mury obronne, spore zapasy i będący samowystarczalnym przez osiem lat nie daje się zdobyć carskim wojskom. I jak to najczęściej bywa, za sprawą zdrady jednego z mnichów zostaje zdobyty. Nie potrzeba mówić, że prawie wszystkich obrońców stracono.
W czasach wojny krymskiej sołowiecką twierdzę oblega flota angielska. Daremnie.


Image

Image

Image

Image


Monastyr niszczono i odbudowywano, obecnie jest od wielu lat w renowacji, więc wnętrza cerkiewne kapią od złota i świecą nowością.


Image

Image

Image

Image

Image


Mimo swojego odległego położenia wyspy wizytowane były przez carów i możnych.


Image


***

SŁON

Klasztor przez stulecia w czasach carskich pełnił też funkcję więzienną, przetrzymywano tu przywódców sekt religijnych, czy zbuntowanych bojarów; niewielka wystawa pozwala się tylko domyślać jak okrutne warunki panowały w tiurmie, więźniowie śpiący na gołej ziemi, potrafiącej przemarzać głęboko, odbywający wieloletni wyrok w małych, ciemnych, kamiennych celach. Niechlubny „rekord” to 63 lata odsiadki.
Jednak to początek lat dwudziestych XX wieku pisze jedną z najciemniejszych kart w historii Rosji. W 1923 roku powstaje SŁON ( Sołowieckij Łagier Osobowo Naznaczenija) – Sołowiecki Obóz Specjalnego Przeznaczenia.
Jak pisał Sołżenicyn w „Archipelagu GUŁag”, całymi rzekami, potokami wlewała się fala więźniów, wrogów narodu, anarchistów, białogwardzistów, później również duchowieństwa. A tak naprawdę bilet w jedną stronę można było dostać za dowolne, czasem wydumane przewinienie. Razem siedzieli zatem pisarze, arystokracja, naukowcy i zwykli przestępcy, złodzieje i robotnicy. Dostawali minimalne racje żywnościowe, cienką zupę i 200 gramów chleba.
Zatrudnieni początkowo do prac na rzecz obozu, jego utrzymania i funkcjonowania; później wykorzystywani jako tania, niewolnicza siła robocza, choćby do budowy Kanału Białomorskiego. Najcięższym i najbardziej wyniszczającym zajęciem był wyrąb drewna, a że lasów nie brakuje…
Ucieczka donikąd i znikąd pomocy. Nasza gospodyni opowiada, że zimą, mimo, że temperatura spada do około -20 stopni to Morze Białe nie zamarza przy brzegu na tyle, by można było stanąć na lodzie, a temperatura wody nawet latem nie przekracza kilku stopni.
Swoisty poligon doświadczalny, którego „osiągnięcia” przeniesiono potem do innych obozów w „sieci archipelagu”. Działa aż do roku 1939. Przewija się przez niego kilkaset tysięcy więźniów, z całej Europy, również Polski, chociaż wiele dokumentów albo „przypadkowo” spłonęło, albo zapisów nie prowadzono wcale.
Chichot historii i straszna ironia, w obozie wydawano gazetkę propagującą jedyną słuszną politykę, czasem odbywały się nawet przedstawienia. W 1929 obóz odwiedził Maksym Gorki, któremu w tak pięknych barwach przedstawiono „rzeczywistość”, że napisał później „więcej nam takich obozów trzeba” ☹


Image

Image


Przed samym wyjściem z muzeum GUŁagu niepozorny kamień i słoiczek z ziemią. Chciałoby się zacytować "Misia", że to „Kamyk z Jeleniej Góry”, ale jakoś mi nie do śmiechu.


Image

Image


Śladów po funkcji, jaką pełnił obóz nie ma zbyt wiele, miejsce skoszarowania więźniów zajmują dzisiaj sklepy, kawiarnia, czy drewniane bloki.


Image

Image

Image


Na nabrzeżu stoi zrujnowana, murowana budowla szpecąc widok na port. W czasach pielgrzymich funkcjonował tutaj hotel, a za Gułagu swoje kwatery miało dowództwo.

Image

Szukamy kamienia upamiętniającego ofiary represji, ale mało kto kojarzy to miejsce. Dopiero przewodniczka z muzeum prowadzi nas na placyk, położony praktycznie w centrum wsi.

Image


Delikatnie dziwi mnie i może lekko bulwersuje fakt, że pielgrzymi w zaskakująco małym stopniu interesujący się Gułagiem. Nie zwiedzają oni ekspozycji muzealnej, a przybywają głównie aby pokontemplować w świętym miejscu, ewentualnie poszukać kontaktu z naturą.

Dajemy sobie czas na przewietrzenie głów i wytchnienie dla oczu. Wyspy to nie tylko zabudowana klasztorne i obozowe. To również przyroda. Na plaży jeden ochotnik zanurza się w lodowatej wodzie. Ot, morsowanie w lipcu 😉
Na brzegu znaleźć można kamienny labirynt porośnięty krzewinkami. Datuje się go na jakieś 2000 lat, kiedy pierwszymi osadnikami byli Lapończycy.


Image

Image

Image

Image

Image


Jest już godzina 20.00, zatem korzystając z białych nocy zaczynamy kolejną ekskursję.


***

Góra Siekierska

Kilkanaście kilometrów od wioski miejsce piękne i tragiczne zarazem. Góra Siekierska. Jedyne wysokie wzniesienie na wyspie. Dla skazańców usłyszeć te słowa to jak śmiertelny cyrograf. Choć widok stąd przepiękny.

Image

Na szczycie umiejscowiono cerkiew z latarnią morską, jako, że góra jest najwyższym punktem w okolicy, kto trafiał tutaj – już nie wracał, było to ostatecznie miejsce rozstrzeliwań więźniów, chowanych później w masowych, nieoznaczonych grobach.


Image

Image

Image


Straceńcy, z wisielczym humorem mówili, że przyjechali zobaczyć SŁON-ia. Nie dawano im chwili wytchnienia. Żeby nie mieli myśli o ucieczce nieustannie ich zajmowano, kazano przekładać kamienie z miejsca na miejsce gołymi rękoma, liczyć ptaki i inne bezcelowe czynności.


Image


Siekierka słynęła z okrutnych tortur, przy użyciu sił przyrody i tego, co dała natura. Taki „pieniek” na przykład – nagiego więźnia przywiązywano do pniaka i pozostawiano na pastwę komarów, zlatywały się takie chmary, że nieszczęśnik już po dwóch godzinach odchodził od zmysłów, nie mogąc odgonić owadów; ostatecznie umierał z wykrwawienia.
W izolatkach było koszmarnie zimno, więc więźniowie spali „na przekładkę”, przykrywając się wszystkimi nędznymi ubraniami, które posiadali, na pryczach zamarzłoby się. Ci na dole narażeni byli zarówno na uduszenie pod ciężarem, jak i przemarznięcie od gruntu.
Schody pielgrzymie na Górę pierwotnie zbudowano w celu pokutnym, liczą 365 stopni, wspinając się po nich pątnicy z każdym krokiem wymazywali jeden z grzechów.
Strażnicy urządzali sobie odwrotne zabawy. Więźniów przywiązywano na całą długość do kłody drewna i staczano w dół. 365 stopni …


Image

Image

Image


Wracamy do wsi, słońce zachodzi krwawo.


Image

Image

Image


czwartek, 11 lipca

Spacer przez posiołek do przystani, skąd odpływamy na Wyspę Zajęczą.
Przy sklepie tablica informacyjna, mydło i powidło, ogłoszenia informujące o noclegach, taxi i wycieczkach.


Image

Image

Image

Image


Po czterdziestu minutach rejsu jesteśmy na miejscu. Wielka Wyspa Zajęcza to w czasach Gułagu miejsce zsyłki dla kobiet. Ciężarnych również. Matkom pozwalano przebywać z dziećmi dopóki te nie ukończyły półtora roku życia, potem dzieci odbierano, zazwyczaj bezpowrotnie.


Image

Image

Image


Na wysepce miejsc po obozie praktycznie nie widać, wieje, pada, pokazując jak niedostępną i niegościnną jest ta kraina.


Image


Dziś to głównie miejsce, dokąd przypływa się oglądać kamienne labirynty, liczące sobie jakieś 2000 lat. Na wyspie doliczono się 13 kręgów niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Jedni mawiają, że to magiczne miejsca mocy ułożone spiralnie. Inni twierdzą, że to prozaiczne pułapki na ryby. Jako, że wyspa wypiętrza się o około 18 centymetrów rocznie, labirynty były kiedyś na poziomie morza, podczas przypływu ryby wpływały do kręgów, a odpływ uniemożliwiał im skuteczne wydostanie się. Według mnie teoria lekko naciągana.


Image

Image


Po wyspie spaceruje się po specjalnych podestach, chroniących przed zniszczeniem florę typową dla tundry. Prócz labiryntów napotkać można liczne kurhany, które archeolodzy przekopywali w poszukiwaniu ludzkich szczątków ze średnim skutkiem, znaleziono raczej przedmioty użytku codziennego.

Image

Image

Image

Image


Wracamy przemarznięci i wysmagani wiatrem. Wyspy trzeba nienawidzić, albo kochać, choć miłość to trudna i bolesna. Utrzymanie na wyspie jest drogie. Wszystkie ceny są kilkukrotnie wyższe aniżeli na stałym lądzie.
Nasza przewodniczka po Siekierce - Anastazja z tej miłości zostawiała mieszkanie w Petersburgu, wynajmując je za 250 euro, sama przenosząc się na Sołowki; żyjąc w mieszkaniu bez ciepłej wody za bagatela 600 euro.
Dobijamy do brzegu, to już ostatni raz kiedy widzimy panoramę monastyru.


Image


Pada. Prom przywozi kolejną grupę pątników szukających spokoju w tym sanktuarium prawosławia.
Za kilka godzin wsiądą na prom powrotny, pozostawiając wieś spokojną, z szumem wiatru i dudnieniem generatora.


Image

Image

Image


Na pokład statku wbijamy się jako jedni z ostatnich, stąd pozostały nam już tylko miejsca na dolnym pokładzie. Plecaki zrzucamy na górnym, razem ze stosem bagaży innych pasażerów.

W „salonie” śmierdzi stęchlizną i ropą. Obrazy i sztandary z wizerunkami świętych to nic dziwnego, na wyspy udają się głównie wierzący.
Zaczyna bujać, tutaj odczuwa się to jakby mocniej.

Kilka osób nie utrzymuje zawartości żołądka, część idzie się przewietrzyć ryzykując zalanie bryzgającą wodą po kostki.
Młoda para w podróży poślubnej pokazuje fotki z zeszłorocznej zimowej wyprawy na Kiży.
Nieruchome powietrze i kołdra śniegu pokrywająca taflę jeziora.

***

Wyspa Kiży

Szczęśliwie dobiwszy do brzegu docieramy do Kiemi, ogarniamy zakupy na drogę i tym razem bez przeszkód wsiadamy do pociągu do Pietrozawodska. Docieramy bladym świtem, o zaczekajcie, wcale nie takim bladym. Jest 3.30, więc tutaj już całkiem jasno 😉.

piątek, 12 lipca

Miasto ciche i puste o tej porze, wieża na dworcu kolejowym wyznacza początek głównego spacerniaka miasta – Prospektu Lenina, który ciągnie się aż do wybrzeża jeziora Onega.


Image


Nasz transport zjawia się o czasie, dowożąc do malutkiego portu.


Image

Image


Pięcioosobowe łódki pontonowe z silnikiem osiągają sporą prędkość, więc prujemy fale jakieś 60 km/h. Jezioro Oniego, jak tutaj mówią; drugie pod względem wielkości w Europie, jawi się nam jak morze – sine niebo po horyzont, wysokie fale, dookoła niczego, miast, wiosek. Tylko zimna woda, a jedyną osłoną cienka szybka z folii. Cena rejsu z transferem z Pietrozawodska to jakieś 3000 RUB plus wejściówka za 300 RUB.
A zimą woda zamarza. W 2010 czwórka Polaków z grupy Azymut Wschód podjęła nawet wyzwanie zimowego trawersu (bagatela 130 km) przez zamarznięty akwen.
Karelia to region specyficzny, niby rosyjski, a jednak mieszkańcom bliżej do Finów, zarówno pod względem języka, kultury, czy architektury.
Cała wyspa Kiży to niezwykły skansen. Można spotkać tutaj typowe zabudowania z regionu Karelii, domy, wiatraki, warsztaty, ludzi w ludowych strojach inscenizujących dawne zawody. Długa na 7 kilometrów, szeroka może na pół kilometra.


Image

Image

Image

Image

Image


Dopływamy na miejsce około 8.00 rano, jest spokojnie i pusto, bo wodoloty z chińskimi turystami uzbrojonymi w kolorowe parasolki i peleryny zjawią się dopiero za jakieś dwie godziny.
Na brzegu wrzeszczące ptaki, częściowo oswojone przez turystów domagają się uwagi.


Image


Już z przystani widać cel wszystkich wycieczek - Cerkiew Przemienienia Pańskiego – w całości zbudowana z drewna, bez użycia gwoździ. Największa drewniana cerkiew na świecie, pod patronatem UNESCO. Cały czas jest restaurowana, bo ma ponad 300 lat, jednak konserwatorzy boją się rozebrać całość i później złożyć żeby nie zostały im jakieś „zapasowe” części, więc wyciągają przegniłe belki jedna po drugiej.


Image

Image

Image

22 drewniane kopuły cerkwi w deszczu przypominają rybie łuski mokre od wody.

Image


Obok, niejako w cieniu, obok dzwonnicy przycupnęła „zimowa” cerkiew Opieki Matki Bożej, używana w chłodniejszych miesiącach ze względu na to, że jako jedyna miała ogrzewanie.


Image

Image

Image

Image

Image

Image


Wybija godzina dziewiąta, dźwięk dwunastu dzwonów i dzwonków grających swoisty koncert niesie się daleko po jeziorze.
Mam lekkie uczucie niedosytu wiedząc jak przyjemnie musi być w ciepły, bezdeszczowy dzień w tym skansenie, kwitnące zioła, warsztaty pootwierane dla zwiedzających, stogi siana, wiatraki. Sielanka.


Image

Image

Image

Image


Nic tylko wypożyczyć rower i kopnąć się w drugą stronę wyspy, dokąd nie docierają turyści.


Image

Image

Image


Kilka godzin na wyspie jednak mija i czeka nas powrotny rejs. Wieje mocno, więc fale ostro dają się we znaki naszej łódce. Siedzieć na przodzie tego „pontonu” to jak galopować konno, spięcie przed uderzeniem fali, lekkie uniesienie z fotela i opad… i apiać…

Dobrze w końcu wysiąść i na stałym lądzie, poruszając się marynarskim krokiem ruszyć na piwo.

Szybki pociąg „Łastoczka” „ласточка”- "Jaskółka" porywa nas do Petersburga. kończąc wyspiarski epizod tej wyprawy.

***
_________________
Ніночка


Ostatnio edytowany przez Ninoczka 05 Sie 2019 18:23, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
50 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 31 Lip 2019 22:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Maj 2014
Posty: 655
Loty: 13
Kilometry: 6 623
srebrny
Dzięki za relację. Niby to Rosja, ktoś tam był tu i ówdzie, ale jednak coś zjawiskowego, nowego. Dla mnie duży plus, bo to nasi tam byli. Warto podróżować, by poznawać takie perełki.
_________________
e-prezes.livejournal.com
Góra
 Relacje PM off
Ninoczka lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 02 Sie 2019 18:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lip 2016
Posty: 138
Loty: 147
Kilometry: 204 255
niebieski
Cytuj:
Wódki nie pije nikt…

Jak to nikt nie pije wódki?
Czyżby... czysty spirytus? :D
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 02 Sie 2019 19:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Maj 2012
Posty: 299
srebrny
Wódka polała się później, co prawda nie strumieniami, kulturalnie, stakanczik, dwa, trzy. Później już z racji klimatu jako środek leczniczo-zaradczy ;)
_________________
Ніночка
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 02 Sie 2019 22:38 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3116
Piękna i zarazem smutna ta relacja.
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 06 Sie 2019 12:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Mar 2017
Posty: 101
Loty: 167
Kilometry: 382 882
niebieski
Super relacja :) Skąd pomysł na Sołowki ? Czyżby lektura Mariusza Wilka ?
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 06 Sie 2019 12:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 23 Maj 2012
Posty: 299
srebrny
Kierunek jakoś sam mnie wybrał, a że jakoś lubię wschodnie klimaty - samo przyszło.

Mariusza Wilka rzeczywiście "zaliczyłam" wcześniej ;)
_________________
Ніночка
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 06 Sie 2019 14:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1111
Loty: 404
Kilometry: 638 062
złoty
@Ninoczka
wspaniała relacja, niesamowite miejsca. I zdjęcia i tekst zdają się świetnie oddawać klimat, chociaż klimatu nie doświadczyłem przecież osobiście.
Mnie od razu przypomniał się film "Wyspa" Łungina oglądany z zapartym tchem parę lat temu. Okazuje się, że byłaś bardzo blisko miejsca, gdzie film kręcono- Raboczeostrowsk leży 10 km od Kiemu. Jak nie widziałaś- obejrzyj koniecznie.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 07 Sie 2019 01:12 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 125
Loty: 67
Kilometry: 121 216
niebieski
Piękny, czasem smutny klimat wschodu, gratuluję fantastycznej relacji, już wiem, że tam muszę być... wielkie dzięki
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 13 Sie 2019 19:30 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2417
Loty: 168
Kilometry: 266 754
Relacja absolutnie wyjątkowa.
Dzięki Ci za nią.
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 01 Wrz 2019 14:53 

Rejestracja: 01 Wrz 2019
Posty: 0
Bardzo fajna relacja z wycieczki na której i Ja uczestniczyłem. Rozpoznałem się na tym zdjęciu z kozami. Ta przygoda która nas spotkała to tylko dodaje uroku i określonego pozytywnego klimatu. Wrzucam link z filmikiem. ?Takie tam zesłanie ? Wyspy Sołowieckie, Karelia, Petesburg VII 2019

,
który jest osobistym wspomnieniem z tej wycieczki. Gorąco pozdrawiam.
Góra
 Relacje PM off
Ninoczka lubi ten post.
 
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group