Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 12 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 18 Kwi 2026 18:14 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
-- 18 Kwi 2026 16:46 --

Pobudka o 4:20. Samolot o 6:15 i przesiadka w MUC, tam mamy sporo czasu na odpoczynek. Przez chwilę miałem stres, bo FR24 pokazywał opóźnienie na wylocie ponad 1h, co by nam popsuło plany podczas przesiadki w Toronto, ale to był tylko chwilowy bład i żadnego opóźnienia nie było. Do Toronto lecimy 777-300 Air Canada i siedzimy mocno z tyłu, ale 9h upływa całkiem sprawnie. W Toronto jest jeszcze sporo sniegu:
Image

Po przylocie staramy się wyprzedzić jak najwięcej osób i na szczęście nie ma jeszcze dużej kolejki do imigration, większość pasażerów odbiera bagaże. Dzięki różnicy czasu mamy dluższe o 6h popołudnie którego nie można było zmarnować. Dlatego odbieramy samochód i robimy skok nad skutą lodem Niagare. Pierwotnie tego nie planowałem bojąc się zmęczenia i pogody, ale prognozy pogody były przyjazne, a Niagara w zimowej aurze podobno wygląda ciekawie, więc pomyślałem, że to może się udać. Tym bardziej, że samochód można pożyczyć za nieco ponad 100zł, do tego dojdzie paliwo za około 40zł i jakiś parking (wyszedł niecałe 30zł). Razem niewiele jak na Niagarę dla 4 osób, tym bardziej, że wszyscy sobie pośpią (poza mna). Zdążyliśmy dojechać do miasta Niagara Falls przed zachodem słońca. Miasto jest malutkie, duże budynki są tylko przy wodposadach, głównie centra handlowe i kasyna. Strona amerykańska wygląda jeszcze gorzej.
Image

Image

Dziś jest sobota i są walentynki, więc trafiamy na korki i zapchane parkingi. W efekcie gdy dochodzimy do wodospadów są już w cieniu. Ale to nic, bo i tak jest fajnie:
Image

Image

Wodospady mają kolorową iluminacje, ale szybko robi się zimno i nie chce nam się czekać aż tak długo. Spacerujemy około 1h i wracamy. Powrót jest dla mnie cieżki, bo czuję zmęczenie, na szczęście ruch jest mniejszy. Odstawiam rodzinę do hotelu, a sam tankuję i oddaję samochód, a potem hotelowym shuttle docieram do hotelu. Plan na dziś zakończony przed 21:00 czasu lokalnego, ale to 3:00 czasu w Polsce, więc jestem mocno zmęczony. Dobra robota.
Następnego dnia śniadanie od 6:00. Nie mamy problemu z tym by wstać, bo różnica czasu bardzo pomaga. Idziemy na śniadanie, a tam już spory ruch. To najtańszy przylotniskowy hotel (poniżej 400zł dla 4 osób z sniadaniem to bardzo dobra cena). Jest dużo ludzi z Polski i zachowują się bardzo głośno. Szybko uciekamy i ponieważ nie mamy w zasadzie co pakować szybko jestesmy w recpecji by sie wymeldować. Czekamy na busik do terminala, który ma być za chwilę.. czekamy, czekamy. Po 30minutach pytamy w recepcji o co chodzi i jaki mają plan, bo gołym okiem widać, że wszyscy sie do tego busa nie zmieszczą. Słyszy to kilka osób i pomimo mrozu wychodzą na zewnątrz by w razie czego być z przodu. Niektórzy mają bardzo niewiele czasu do wylotu i szczerze im współczuję. Po kolejnych 10minutach napięcie jest ogromne, a większość oczekujących zamawia Ubery. My nie musimy, bo nam się nie spieszy. Skończyło się na tym, że gdy bus przyjechał, to połowa już pojechała na lotnisko we własnym zakresie, a kolejni czekali na swoje taxi, więc miejsce dla nas było. Nauczka, by hotelowym shuttle nie ufać.
Lotnisko w Toronto jest bardzo duże, lounge z dostępem PP dla odlotów międzynarodowych jest aktualnie zamknięte z powodu remontu, dostępne jest w strefie dla odlotów lokalnych. Ponieważ w Kanadzie nie ma bramek imigration na odlocie można swobodnie przechodzić pomiędzy odlotami domestic i international (choć odległości są spore). A to jakaś lotniskowa instalacja:
Image

Wreszcie ruszamy:
Image

Lecimy Air Canada Rouge - biedniejszą wersją Air Canada do lotów międzynarodowych bez serwisu na pokładzie (jest płatny, przystępny cenowo, ale bez wcześniejszej rezerwacji dostępność posiłków jest znikoma).
Image

Lądujemy na St Lucia 2h przed zachodem słońca. Lotnisko jest niewielkie wiec wszystko idzie sprawnie i szybko. Wymieniam w kantorze 200usd na lokalne dolary wschodnio-karaibskie (które będziemy mogli wykorzystać także na Dominice, St Kitts i Antigle). Czeka na nas ktoś z wypożyczalni samochodów. Jest niedziela, biuro mają zamknięte, ale klientów obsługuje mobilne biuro w bagażniku na parkingu. St. Lucia ma 2 lotniska. Jedno w stolicy kraju Castries (kod SLU), ale pas ma długość wystarczającą tylko dla małych samolotów, więc obsługuje ono tylko połączenia karaibskie, drugie na południowym skraju wyspy w Vieux Fort, gdzie latają wszystkie inne linie, także Air Canada (kod UVF).
Image

W tej części karaibów większość wysp będących niepodległymi krajami wymaga wyrobienia lokalnego prawa jazdy. Jest to forma podatku, bo to lokalne prawo jazdy jest i tak wirtualne. Czytałem wczesniej, że akurat w St Lucia udaje się niektórym z międzynarodowym prawem jazdy, to oszczędność około 20usd. Pisałem o tym do wypożyczalni, ale nie potwierdzili. Na miejscu jednak się udało. Super. Dostaliśmy samochód taki jak był zamówiony, więc mały. Nie jest nowy, ale działa sprawnie. Wreszcie wyjeżdżamy, jest dziko i soczyście zielono.
Image

Image

Po drodze do noclegu zatrzymaliśmy się przy jednej z plaż w miejscu o nazwie Rudy John Beach Park. Trwa tu jakaś lokalna impreza. Piękny zachód słońca.
Image

Image

Robimy jeszcze jakieś podstawowe zakupy w jednym z niewielu otwartych sklepów (jest niedziela). Symbolem St Lucia są Pitony: 2 bliźniacze strome szczyty wystające z morza na około 750m. Widzimy je coraz bliżej, mamy nocleg bardzo blisko:
Image

Gdy słońce zachodzi zaczynam odczuwać wady mocno przyciemnianych szyb. Pomimo włączonych świateł widzę bardzo niewiele, szczególnie w gęstej zieleni, a takich miejsc jest coraz więcej. Na szczęście dojeżdżamy zanim zrobiło się zupełnie ciemno.

-- 18 Kwi 2026 16:58 --

To była dziwna noc, po długiej podrózy, jetlag, no i odwykliśmy od ciepłych nocy. Tu temperatury są bardzo stabilne, za dnia 25-28C, w nocy 22-23C. Różnica może być w tym czy pada lub czy wieje. Otwieramy okna ciesząc się świeżym powietrzem, ale ignorujemy moskitiery i w nocy dobierają sie do nas komary. Interwencyjnie musimy rozłożyć siatki, a przy okazji podziwiamy nieco, jest piękne, bo niezanieczyszczone światłem i smogiem. Budzimy się oczywiście bardzo wcześnie.
Image

Image

Południowa część wyspy jest bardziej dzika i zielona. Wybrałem nocleg na odludziu, ale nie doceniłem jakości dróg przez co już przy pierwszym dojeździe do cywilizacji bałem się, czy samochód wytrzyma do końca pobytu (przejechanie 3km zajęło mi prawie 30min). Już wiem, że powinienem pożyczyć większy samochód, ale różnice w kosztach były spore. Nawet główne drogi zapewniaja spore emocje, duże stromizny, ciasne zakrety, wieczne remonty i tunele w zieleni. Zaczynamy zwiedzanie od szlaku "Tet Paul" z widokami na Pitony (szlak jest krótki, płatny i drogi, bo 10usd od osoby i połowę od dziecka). Nie ma za bardzo innych miejsc by zobaczyć Pitony z tej perspektywy, jest jeszcze drugi szlak w pobliżu "Tet Paul Stairway to heaven", ale płatny dodatkowo, a widoki są podobne, więc skupiamy się na jednym.
Image

Szlak kończy się platformą widokową, gdzie na lewo jest jeden piton, na prawo drugi.
Image

Image

Pomiędzy nimi, na dole, jest najbardziej znana na St.Lucia plaża: Sugar Beach, oczywiście z drogimi resortami, ale zapewniono by była też dostępna publicznie. Później ją odwiedzimy, ale najpierw Soufriere, to największe miasto w tej częsci wyspy, dawna stolica z czasów gdy wyspa należała jeszcze do Francji. Musimy zrobić zakupy, zdobyć kartę sim (nie było na to czasu na lotnisku) i coś zjeść. Miasto wyglada biednie, wręcz rozczarowująco:
Image

Image

Image

Turystów nie ma w ogóle, zapewne siedzą w enklawach drogich kurortów, w pobliżu Pitonów lub z widokiem na Pitony. Próbowałem pojechać nieco w strone plaży Anse Chastanet, gdzie jest fajny widok na Pitony z innej, morskiej perspektywy, ale droga jest fatalnej jakości i musiałem zawrócić. Większość turystów raczej tam płynie, a nie dojeżdża ladem.
Image

W pobliżu Soufriere jest też miejsce większej aktywności geotermalnej, gotujące się błoto z unoszącymi się dookoła zapachami siarki, ale to bardzo komercyjne miejsce, widzieliśmy już podobne, więc je pomijamy. To pierwszy dzień i na dziś wystarczy większych aktywności. Jedziemy do Sugar Beach. Dojazd to duże stromizny, przy plaży przestrzeń jest ograniczona, a dostępność parkingów monitorowana. Trzeba zostawić samochód daleko i wysoko, a potem schodzić w dół.
Image

Image

Plaża robi wrażenie, podwodne widoki z kolorowymi rybkami także. Jednak tutejsze hotele są wyraźnie pod turystów w grubym portfelem:
Image

Image

Image

Nie mamy siły wracać pod górę na piechotę. Jest opcja płatnego dojazdu: 5usd, dzieci gratis - korzystamy. Powrót do noclegu jest już łatwiejszy bo przewidywalny:
Image

Śpimy w airBnB, właściciele dobudowali przy domu apartament (część po lewej) który udostępniają. Mamy ogromny salon, 2 sypialnie, taras. Dostaliśmy ogromną ilość owoców do przetestowania. Jest fajnie:
Image

Zachód słońca z tarasu:
Image

Rano ponownie wstajemy wcześnie, mamy już z czego zrobić lepsze śniadanie. To ostatni nocleg tutaj, więc nie spieszymy się. Pani u której śpimy pokazuje nam ogród i rozłupuje kilka kokosów:
Image

Dziś nieco jest bardziej zachmurzone, momentami nawet kropi deszcz. Pani mówi, że to normalne, bo mamy nów i że zawsze tak jest. Żegnamy się i wyjedżamy, kolejne 2 noce będą w Castries, aktualnej stolicy St Lucia. To nie jest daleko, ale przy tutejszych drogach z postojami na zwiedzanie to wyprawa na pół dnia. Zatrzymujemy się najpierw przy punkcie widokowym na Soufriere z Pitonami w tle.
Image

To znane miejse i pewnie lepszy widok jest przy zachodzie słońca, ale to za daleko od naszego noclegu, by później wracać w nocy. Następnie zatrzymujemy się na chwilę w miasteczku Canaries. Jest tu dziwnie, bo uliczki są tak wąskie, że cieżko przejechać, a zaparkować już w ogóle się nie da. Wszyscy mieszkańcy nas obserwuja ze zdziwieniem, więc turyści tu raczej nie wpadają. Uciekamy.
Image

Kolejny przystanek to Anse La Raye. Miasteczko jest większe, ale poza rybakami nie widać tu życia:
Image

Image

Image

Image

Image

Podjeżdzamy do Marigot. Jedna z niewielu spokojnych zatoczek w któych mogą ukryć się jachty. Zrobiono z niej taką oaze dla turystów, raczej tych bogatych (patrzać na łodzie i ceny noclegów). Na szczęście restauracje są na różną kieszeń i da się coś zjeść względnie tanio. Czekając na jedzenie idziemy na spacer po pomostach:
Image

Image

Image

Przed Castries robimy spore zakupy, mamy nocleg na wzgórzach w dzielnicy Morne. Zatrzymujemy się jeszcze na znanym punkcie widokowym przygotowanym na wieksze ilości turystów (co widać po ilości sklepików). Do Castries przypływają ogromne turystyczne statki i tych turystów widać. Panorama miasta jest fajna. W oddali widać zbudowany wzdłuż plaży pas startowy, a nieco za nim cmentarz i plaża (ciekawa konfiguracja).
Image

Nasz hotel jest nieco dalej od centrum i wyżej, widok z naszego balkonu tez jest fajny. Widać zachodni koniec pasa startowego i wejście do portu Castries. W 1942 niemiecki U-161 w nocy wpłynał przez ten przesmyk do portu i niewykryty zatopił w nim 2 statki. Na pierwszym planie dzika soczysta zieleń:
Image

Odpoczywamy, a wieczorem jedziemy na pobliską plażę, tę nietypową za pasem startowym, obok cmentarza. Niestety trafiamy na ogromne korki w mieście z powodu zamkniętych ulic na uroczystości z okazji dnia niepodległości. Dojeżdżamy już prawie po ciemku, ale pomimo wszystko robimy krótki spacer.
Image

Image

Nie chcę znowu stać w korkach w centrum, więc szukamy innej drogi dookoła. Niby się da, jest tylko nieco dalej, ale szybko okazuje się, że problemem nie jest odległość, ale różnice wysokości. Przeciskamy się przez krętą sieć wąskich uliczek, często bez oświetlenia i z głębokimi betonowymi rowami po obu stronach. Jakoś udało się to przejechać, a po powrocie odpoczywamy na balkonie. Wieczorem statki odpływają:
Image

Nasz widok z tarasu jest rewelacyjny. To nigdy się nie znudzi. Nie tylko dzika zieleń, ale widzimy też cały ruch lotniczy morski. Rano przypływają nowe statki z turystami:
Image

Gdy jestesmy cicho przez okno balkonowe wlatują małe ptaki, dobrze już wiedzą gdzie jest kuchnia, podlatują tam i szukają okruszków. Widocznie zwykle coś jest, bo nie są nawet jakoś specjalnie zestresowane naszą obecnością.
Potem jedziemy na Pigeon Island. Pierwszy park narodowy na St. Lucia. Dawno temu były tu siedliska pierwotnych mieszkańców, potem baza piratów, później fort francuski, następnie brytyjski (Fort Rodney). W latach 30 XX osiedlił się tu na 4 dekady brytyjski aktor, budował tu jachty i prowadził restaurację. Dopiero w 1972 wyspę połączono z lądem zasypując przesmyk ziemią, dziś w tym miejscu znajdują się duże kurorty, przez które widoki są takie sobie. Nieco dziwi, że roślinność tutaj jest bardziej sucha:
Image

Północna część wyspy jest mocno skomercjalizowana i mniej ciekawa. Zaczyna padać deszcz, więc idziemy na zakupy, nie poprawia się, więc wracamy do Castries. Tu chyba cały czas jest więcej słońca, zostajemy więc na znanej już plaży przy lotnisku i cmentarzu:
Image

Image

W środku dnia idziemy zwiedzać miasto. Nie jest ono piękne. Stolicę przenieśli tu brytyjczycy, rozbudowali ją, ale miasto wielokrotnie było niszczone przez kataklizmy, głównie pożary. Ciekawe budynki zachowały się głównie na zboczach gór otaczających miasto.
Obecnie najbardziej znaną osobą z St.Lucia jest biegaczka Julien Alfred. Złota medalistka olimpijska i mistrzyni świata z 2024. Co ciekawe w Castries urodziło się 2 noblistów (w dziedzinie literatury i ekonomii), nieźle jak na kraj który nie ma nawet 200tys mieszkańców.
Image

Image

W katadrze jest akurat pogrzeb, otwarta trumna stoi na samym środku pomiędzy ławkami.
Image

Popołudnie spędzamy już na tarasie. Musze ogarnąć formalności wjazdowe na Dominikę i St Kitts (w zeszłym roku dodano płatny formularz ETA - 18usd za osobę, opłata obowiązuje także podczas tranzytu jeśli chce się wyjść z lotniska). Niestety większość wysp wymaga wypełniania formularzy, czasem obszernych i skomplikowanych, czasem można to robić tylko przez dedykowane aplikacje, trzeba skanować paszporty, wysyłać aktualne zdjęcia. Łącznie przy okazji tego wyjazdu poszło na to kilka godzin.

-- 18 Kwi 2026 17:14 --

Rano w Castries na St Lucia pozwiedzaliśmy jeszcze stare kolonialne domy, w tym Howelton Estate, bardziej centrum kulturalne dla turystów, z produktami batik, warsztatami robienia czekolady. Bardziej dla turystów ze statków, ale są tu fajne tarasy widokowe:
Image

Image

Image

a później przed czasem dojechaliśmy na terminal promowy. To w zasadzie terminal cargo dla kontenerów którego część przebudowano na prowizoryczny terminal dla pasażerów. Na razie jednak wszyscy musza czekać przed bramą bo zamknięte, ma też do nas przyjechać ktoś by odebrać samochód.
Image

Tylko jedna liniia obsługuje połączenia promowe i tylko 4 wyspy: St Lucia, Martynika, Dominika i Gwadelupa. Bilety od 59e i to najtańsza komunikacja pomiędzy wyspami, loty są drogie z powodu wysokich opłat i podatków. To cały gejt, w tle za oknami nasz niewielki prom:
Image

Czas na podsumowanie St. Lucia. Przyroda jest piękna, Pitony robią wrażenie, pewnie te najlepsze hotele dookoła nich także są dobre (choć nie wiem czy warte swojej ceny). Ale czegoś mi zabrakło, nie widziałem lokalnej kultury, życie było tylko na ulicach Castries. Może to przez zmęczenie, bo to dopiero pierwsza wyspa po podrózy. Prom odpłwa 15min przed czasem i płynie bardzo szybko.
Image

Nie rzuca mocno, bo pogoda jest spokojna. Dopływamy do Fort de France stolicy Martyniki. Widoki są fajne:
Image

Image

Niestety żadna wypożyczalnia samochodów nie jest obecna w mieście, wszystkie na lotnisku (lub okolicach dużych marin dla jachtów). Jedziemy wiec taxi na lotnisko (niestety aż 30e), a dokładnie do Avis obok i tu robi sie ciekawie. Atmosfera jest wesoła, pani daje mi do podpisania nie moja umowe, gubi kwitek depozytu, zapomina o tym, ze powinienem zapłacic, a potem okazuje sie, że samochod sie nie otwiera. Biegne po inny kluczyk i nic. W końcu dostajemy inny samochód (choc taki sam) ale tracimy cały zyskany na promie czas (okolo 1h). Liczyłem na jakis mały bonus od Avis i dostałem cały bak paliwa: mogę oddać pusty gratis - bardzo miło. W końcu ruszamy, jest piękny zachód słońca:
Image

Do noclegu dojechaliśmy już po ciemku, bo musieliśmy po drodze zrobić jeszcze zakupy. Staneliśmy przy ogromnym centrum handlowym, bo akurat było po drodze i trochę się zdziwiliśmy, było wręcz zapchane ludźmi, głównie turystami, a wiele pułek było po prostu pustych.
Image

Zawsze długo szukam noclegów i głównie pod kątem widoku. Dopiero rano mogliśmy zobaczyć ten nowy ... jest ok

Image
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Wakacje w Maroku z widokiem na Atlantyk 🌊🏖️ Tydzień w 4* hotelu z wyżywieniem za 2663 PLN ✨ 🥯 Wakacje w Maroku z widokiem na Atlantyk 🌊🏖️ Tydzień w 4* hotelu z wyżywieniem za 2663 PLN ✨ 🥯
Ksamil 🌊 Albańskie „Malediwy” na start wakacji za 874 PLN 🤯 Loty + hotel i samochód na cały wyjazd 🏖️😍 Ksamil 🌊 Albańskie „Malediwy” na start wakacji za 874 PLN 🤯 Loty + hotel i samochód na cały wyjazd 🏖️😍
Offline
#2 PostWysłany: 19 Kwi 2026 09:49 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Martynika ma dziko-zieloną północną część z 2 masywami wulkanów i suche bardziej płaskie południe. Południe jest plażowe i tam jest znacznie lepszy wybór noclegów. Gdzieś pośrodku jest jeszcze stolica Fort de France. Na wschodzie wieje tak jak na innych wyspach w okolicy. Plaże nawet gdy są, to często nie zachęcają do rekreacji lub spacerów. Szybka decyzja by dziś jechać na skrajną północ do Grand Riviere. Najpierw długo autostradą, a potem nieco na wschód. Okazuje się, że mają tu miasto Robert, to jego okolice:
Image

Trasa jest naprawdę bardzo malownicza:
Image

Image

Image

Nieco za Grand Riviere jest czarna plaża Sinai. Bardzo dzikie miejsce, strome obrośnięte zielenią zbocza gór dookoła, niewielu turystów.
Image

Image

Samo Grand Riviere też jest ładnym miasteczkiem:
Image

Image

Wracając objeżdżamy wulkan Pelee, który w 1902 całkowicie zniszczył ówczesną stolice wyspy Saint-Pierre. Zgineło wówczas około 30tys osób, miasto nigdy nie odzyskało swojego statusu. Przeczytać można w wielu miejscach historię jakoby katastrofę w mieście przeżyła tylko jedna osoba: więzień w lochu w piwnicy, osłonięty grubymi murami, ale to prawdopodobnie nieprawda, przeżyło więcej osób, choć ich historie są mniej spektakularne. Podobno wulkan dawał sygnały, że coś może się wydarzyć, ale politycy zwlekali z ewakuacją z powodu zbliżających się wyborów...
Image

Saint-Pierre dzisiaj to niewielkie miasteczko, nadal część budynków to ruina.
Image

Image

Image

Image

Wiele pamiątek z tych dni znajduje się w lokalnym muzeum, które oczywiście odwiedzamy. Miasto zniszczył spływ piroklastyczny, mieszanina gorących gazów, popiołów i skał pędząca z dużą prędkością. Poniżej stopione stalowe przedmioty i zniszczony dzwon:
Image

Image

Image

Wracając na południe do naszego noclegu przy La Diamand, podjeżdżamy jeszcze na chyba najbardziej znaną plaże Martyniki: Anses-d'Arlet z kościółkiem w osi pomostu. Jest nieco tłoczno, ale to fajne miejsce:
Image

Image

No i czas spać:
Image

Image

Dziś w planie wulkan Pelee. To znowu drugi koniec wyspy, ale mamy paliwo gratis ;) Na stolicę Fort de France mamy czas przewidziany ostatniego dnia, ale to niedziela, więc wiedząc już, że tutaj w niedziele nic nie funkcjonuje postanowiliśmy zrobić sobie postój po drodze, gdy miasto tętni życiem. Stare miasto wybudowano na osuszonych bagnach, proces osuszania trwał prawie 100lat, było zaprojektowane już w XVIIw jako Fort-Royal. Do dziś zachował się w zasadzie tylko układ ulic, trzęsienia ziemii, huragany, pożary sprawiały, że budynki miały tu krótkie życie. Te kolorowe budynki w tle to zupełnie nowe centrum handlowe, które ma udawać starą zabudowę:
Image

Tu jest jeszcze ciekawiej, ten niewielki zielony placyk miał upamiętniać zniesienie niewolnictwa, ale coś poszło nie tak:
Image

Na jego środku umieszczono pomnik Victora Schoelchera, który w XVIIIw był politykiem wrażliwym na prawa człowieka, przyczynił się do zniesienia niewolnictwa w 1948r, nie jest jednak postacią jednoznaczną, bo nie widział nic złego w kolonializmie wprowadzanym pokojowo, a sam pomnik przedstawiał go w formie wysokiego białego, który pochyla się i lituje nad małym biernym niewolnikiem, co w oczach lokalnych czarnych społeczności zmniejsza znaczenie wielu powstań niewolników, które realnie przyczyniły się także do zniesienia niewolnictwa. Pomnik był uważany za kontrowersyjny i 2020 podczas protestów został obalony, nie odbudowano go do dziś, a cały plac jest zamknięty:
Image

Jedna z największych pereł starego miasta to Biblioteka Schoelcher, zaprojektowana i wybudowana we Francji na Wystawę Światową w Paryżu w 1889 roku, a potem złożona na części i przewieziona statkiem na Martynikę i zmontowana w centrum miasta:
Image

Image

Image

Image

Hala targowa to stary ponad 100letni budynek, co ciekawe zaledwie 5 lat po wybudowaniu została zniszczona przez pożar i huragan (rok po roku), odbudowano ją po dopiero 10latach w identycznej formie i tak stoi do dziś:
Image

Image

Spacerując po starym mieście widać, że sporo tu niejakiego Aime Cesaire: ulice, pomniki. To najważniejszy polityk Martyniki XXw, Był burmistrzem Fort-de-France przez 55lat, równolegle będąc aktywnym poetą. Dziś miasto niec się rozpada. Widać, że kapitał trafia w inne miejsca. Ale są jeszcze fajne lokalne sklepiki:
Image

Jedziemy dalej mijając ogród botaniczny, niestety jest dla nas za drogi:
Image

Najłatwiejsze podejście do szczytu Pelee jest chyba od strony wschodniej, bo da się stosunkowo wysoko podjechać na wygodny parking. Dalej ścieżka jest dobrze oznaczona i przyjemna, oczywiście bez żadnych opłat (co na Martynice jest standardem).
Image

Image

Image

Image

Image

Doszliśmy nieco powyżej punktu widokowego Aileron, co zajęło nam około 1h. Tu już mocno wiało i szło się nieprzyjemnie. Powrót był znacznie szybszy. Wracamy szybko na południe i mając trochę czasu chcemy objechać zachodnią część południa. Stajemy przy Anse a l’Ane by coś zjeść. Można tu dopłynąc niewielkim promem z Fort-de-France, kursuje dosyć często jako transport publiczny:
Image

Jedziemy jeszcze na mniej znane ale wysoko oceniane plaże: Anse Dufour i Anse Noire. Jest bardzo tłoczno, cieżko zaparkować i jest .. tak sobie. Według opisów to fajne miejsca do nurkowania z maską, ale jest znacznie słabiej niż na Sugar Beach na St. Lucia.
Image

Ostatni poranek, to był fajny pobyt. Skała którą widzimy w osi balkonu ma pochodzenie wulkaniczne i chyba z powodu kształtu od wieków nazywana jest Diamentem. Co ciekawe gdy Martynika była pod panowaniem brytyjskim, na skale wybudowano fort z działami i formalnie nazwano ją jak okręt HMS Diamond. Podobno do dziś brytyjskie statki przepływając oddają jej hołd.
Image

Rano idziemy na naszą pobliską plażę La Diamand, dziś nieco bardziej wieje:
Image

Jest tu w pobliżu pomnik niewolników, powstał w miejscu, gdzie rozbił się statek z niewolnikami, który przypłynął nielegalnie pomimo oficjalnego zniesienia niewolnictwa. Z prawie 300 osób na statku przeżyła nieco ponad 1/4. Figury skierowane są twarzą w kierunku Ghany skąd przypłyneli.
Image

Potem szukając czegokolwiek ciekawego objeżdżamy nieznane jeszcze południowo-wschodnią części wyspy, w tym miasteczko Sainte-Anne i plażę Les Salines.
Image

Image

Ale jakoś nic nas nie zatrzymuje na dłużej. Jedziemy więc na w stronę lotniska na północ, ale nie autostradą, a bardzo malowniczą drogą po wschodniej stronie wyspy. Wystarczy nam czasu na półwysep Caravelle, z miasteczkiem Tartane i dawną plantacją i fabryką cukru Chateau Dubuc. To surfingowa stolica wyspy, bo od wschodu wiele bardziej, są też większe fale. Dziś jest jednak spokojnie. Ruiny Chateau Dubuc mają aurę tajemnicy. Lokalna legenda mówi, że rodzina Dubuc miała związki z przemytem i korsarstwem, wykorzystując ukryte zatoczki Caravelle. Historycznie był to ważny majątek cukrowy z epoki kolonialnej. Przeczytałem opinie, że półwysep ma "hawajski" klimat, jest bardziej surowy. Ta okolica jest bardzo fajna i niekomercyjna. W sumie idealne miejsce na nocleg, w mojej opinie lepsze niż plażowe południe:
Image

Image

Image

Image

Image

Potem oddajemy samochód i mamy jeszcze popołudnie z Fort de France. Żeby nie było tak idealnie to kierowca taxi z lotniska nie wydał nam reszty i uciekł. Jakoś to przebolejemy. W mieście oczywiście wszystkie sklepy i knajpy są zamknięte (bo niedziala), więc zostaje nam park i mini plaża. Park La Savane, tuż przy starym centrum, przez wieki był miejscem parad wojskowych, spacerów elit i wydarzeń publicznych. To trochę odpowiednik głównego placu miejskiego, tylko w karaibskim wydaniu z palmami i widokiem na zatokę:
Image

Image

Image

Gdy wracamy okazuje się, że otwarta jest przynajmniej katedra. Wygląda klasycznie, ale jej konstrukcja ma metalowy szkielet, dzięki czemu lepiej znosi huragany i trzęsienia ziemi. To chyba najbardziej charakterystyczna sylwetka starego miasta i widać ją z promów:
Image

Image

Podsumowanie. Południe jest plażowe, niektóre plaże zapchane (bo szczyt sezonu), na południu jest największy wybór noclegów. Północ jest zielona i dzika, ale z bardzo ograniczoną infrastrukturą. Najciekawszy jest wschód. To co rzuca się w oczy: Martynika jest czysta, miasteczka są zadbane (szczególnie te gdzie jest mniej turystów), jest wręcz czyściej niż we Francji. Jedynym wyjątkiem jest Fort de France. Znowu mogłem jeździć po prawej stronie (St Lucia to ruch lewostronny). 4 noce minęły szybko, zwiedziliśmy dużo. Martynika podobała mi się bardziej niż St. Lucia i jestem tym nieco zaskoczony, bo miało być odwrotnie.
Teraz na ostatnią noc śpimy w Fort-de-France (bo jutro rano mamy stąd prom na Dominikę) i widok z okna mamy już mniej ciekawy:
Image

Na ulicach starego miasta widać trochę bezdomnych i dziwnych typków w stylu rasta. To pierwsze miejsce, gdzie nie czuje się tak zupełnie bezpiecznie. W kulturze Martynika ma bardzo „mroczną” reputację, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Haiti ma voodoo, a karaiby mają Quimbois - to karaibski (ale pochodzący z Afryki) system wierzeń magiczno-religijnych, coś pomiędzy ludową medycyną, czarami, ochroną duchową i kontaktem ze światem zmarłych. Na Martynice praktyki te są podobno dosyć powszechne i ludzie naprawdę się tego boją.
Image

Image
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#3 PostWysłany: 19 Kwi 2026 13:18 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Gdy wstajemy rano pada jeszcze deszcz i to dość mocno. Mamy do przejścia z 1,5km, ale na szczęście gdy wychodzimy deszcz ustaje. Prom ma niewielkie opóźnienie, ale pogoda nieco się poprawia i gdy ruszamy świeci już słońce. Płynąc na północ mijamy masywy wulkaniczne, także Saint-Pierre i stroma zbocza wulkau Pelee wpadające do morza:
Image

Image

Image

Image

Image

Po drodze poznajemy parę z Polski. Cała podróż trwa nieco dłużej niż 4dni wcześniej z St. Lucia. Trochę bardziej buja, ale w końcu dopływamy na Dominikę do stolicy, miasto Roseau. Samochód na nasz czeka przy porcie, potem odwiedzamy stary ogród botaniczny zlokalizowany niemal w centrum miasta. Oczywiście brytyjscy kolonizatoczy nie stworzyli ogrodu dla poprawy jakości życia mieszkańców, to był projekt kolonialny mający na celu badanie roślin, głównie uprawnych. Dopiero z czasem jego rola zaczęła się zmieniać. Część drzew ma tu jednak ponad 100lat.
Image

Pierwsza atrakcja na Dominice do której przyjechaliśmy tp autobus zgnieciony przez afrykański baoab podczas huraganu Dawid w 1979 który zniszczył kraj zaledwie rok po uzyskaniu niepodległości. Pewnie pozostawiono wrak bo koszty usunięcia były wysokie, a z czasem stał się atrakcją ogrodu botanicznego:
Image

Potem jeszcze sklep, bo trzeba zrobić zakupy i punkt widokowy Morne Bruce, tutaj też był brytyjski fort:
Image

Image

Mamy nocleg w pobliżu stolicy Roseau, wysoko na zboczu obrośniętego dżunglą wzgórza. Spcjalnie dla tego noclegu brałem samochód 4x4 bo to według właścicielki jedyna opcja dojazdu... i było warto, choć droga nie była taka zła i wystarczyłaby ostrożna jazda i nieco wyższe zawieszenie. Jest super 😉
Image

Image

Image

Image

Nasz nocleg z widokiem na Roseau od razu trafił na szczyt najlepszych airbnb, magiczne miejsce. Stary drewniany dom wśród dzikiej zieleni, w niedostępnym miejscu, gdzie słychać tylko dźwięki przyrody (i to bardzo). Domem zajmuje się właścicielka - Valerie, mieszka nieopodal. Prawie zginęła podczas huraganu który w 2017 bardzo zniszczył wyspe - napisała o tym książkę, maluje, to bardzo otwarta i kreatywna osoba. Mamy nawet basen i to bardzo zadbany:
Image

Image

Z ciekawości wszedłem w krzaki zaraz za basenem, a tam niemal pionowe obrośnięte zielenią urwisko. Od tej strony nikt do nas nie wejdzie.
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#4 PostWysłany: 19 Kwi 2026 21:36 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
To była dziwna noc. Głośna. Ciągle się budziłem przez krzyki ptaków, albo wydawało mi się, że słyszę jak coś chodzi dookoła domu:
Image

Dodatkowo okazało się, że w sypialniach na parterze mieszkają z nami takie postacie, w rozmiarze małej dłoni:
Image

Chciałem tego pającka złapać do miseczki i wypuścić poza domem, ale był tak szybki, że nie wiem nawet w którym kierunku uciekł. W sieci wyczytałem, że to Huntsman Spider (polska nazwa Spachacz). Niby niegroźny, ale jadowity i jego ukąszenie boli jak użądlenie osy i podobnie puchnie. Dobrze, że wyczytałem to później, bo spałem tam nieświadomy.
Image

Image

Prawie całą powierzchnię wyspy zajmują porośnięte lasem deszczowym góry, plaż jest niewiele, jeśli już są to czarne. Znajduje się tu jedno z najgorętszych jezior świata, które stale jest bliskie wrzeniu. Jednak dotarcie do niego wymaga wielogodzinnej wędrówki. Nasz plan na dziś jest skromniejszy, zaczynamy od najbardziej znanych wodospadów Trafalgar, łatwo do nich dojechać. Jednak po drodze zaczyna padać deszcz (raczej tu w górach pada), czekamy z 15-20min aż będzie padało słabiej i idziemy:
Image
Image

Image

Image

Image

Kolejny wodospad w planie na dziś to Middleham, niby blisko, ale trzeba się mocno cofnąć i wjechać w góry inną dłuższą drogą, która jest raczej gorsza niż do naszego noclegu (cieszę się że mam wyższe zawieszenie). Na końcu niewielka polanka i ktoś sprawdzajacy bilety, których oczywiście nie mamy. Okazuje się, że bilet można kupic tylko online. Mamy sim z St Lucia, który powinien tu działać, ale zapomnieliśmy aktywować pakiet na Dominikę, super. Jakiś (jedyny) turysta się lituje i udostępnia nam na chwile swoją sieć. Na pocieszenie pogoda się poprawiła i wyszło słońce. Czeka nas 1,5h przedzierania się przez dżunglę i trasa jest bardzo fajna, w głębokiej zieleni, częściowo w błocie, przez strumienie. Na tyle daleko od cywilizacji, że słychać tylko wiatr i dźwięki dżungli:
Image

Image

No i jest wodospad, podchodzi się do niego z góry:
Image

W wielu lokalnych opowieściach Dominika nie jest zwykłą wyspą, tylko żywą istotą. Lokalna nazwa wyspy to Waitukubuli, co oznacza mniej więcej „wysokie jest jej ciało”. W legendach mgła nad górami to często oddech duchów przodków, a gorące źródła i para z dolin są znakiem, że wnętrze wyspy żyje. Motyw „słuchania góry” wraca w wielu przekazach lokalnych ludów Kalinago jako symbol mądrości i przetrwania. Na koniec dnia jedziemy jeszcze na Scotts Head - tu poza fajnym widokiem w zasadzie nic nie ma. Tu podobno też potrzebny jest bilet, ale nikt o nic nie pytał:
Image

Image

Niestety atrakcje w parkach narodowych wymagają albo drogich biletów na cały park, albo też nietanich na każdą atrakcje osobno. Gdzieś w dźungli w środku wyspy w górskich lasach żyje jeden z najrzadszych gatunków papug świata: Amazona imperialis - papuga Sisserou, która jest symbolem Dominiki i znajduje się na fladze państwa. Wracamy wcześniej do naszego noclegu, by się nim jeszcze nacieszyć. Kosztował mniej więcej tyle ile Ibis w którym śpimy gdy jedziemy do mojego rodzinnego Grudziądza, więc relacja fajności do ceny świetna. Naprawdę polecam.

Wstajemy jak zwykle wcześnie, planujemy wyjechać o 9:00. Właścicielki nie będzie, bo ma dziś w planie operację stopy (uraz jeszcze po huraganie w 2017). Żal nam opuszczać to miejsce, mógłbym to spędzić jeszcze kilka dni:
Image

Po drodze chcemy zobaczyć coś w Roseau, które jest małym miastem. Tak małym, że gdy przypływa ogromny wycieczkowiec to dominuje nad miastem. Na szczęście w porcie jest miejsce dla tylko jednego statku. Roseau ma katedre, kilka kolonialnych budynków, stadion do krykieta.
Image

Image

Image

Image

Image

I jedziemy dalej. Taki widok przy drodze.
Image

Wraki są częścia tutejszego krajobrazu, także samochodowe, te z czasem poddają się przyrodzie, są jak leśne rafy korallwe. Pierwszy przystanek to wodospad Emerald Pool (znowu 8usd):
Image

Image

Za darmo oglądamy tylko dziką plaże w Rosalie na wschodzie wyspy, bo docierają tu raczej nieliczni turyści. Jest tu ogromny i zadbany eco resort, ale sprawiał wrażenie pustego. Wschodnie wybrzeże, jest jak na innych wyspach, bardzo dzikie, narażone na silne wiatry od strony Atlantyku. Czarny piasek, dzika przyroda. To główne miejsce lęgowe żółwi na Dominice, ale nie teraz w lutym:
Image

Image

Jedziemy dalej na północ. W okolicy Marigot skręcamy w okolicę gdzie żyją jeszcze potomkowie pierwotnych ludów wyspy Kalinago. To ostatnia duża społeczność rdzennych mieszkańców Karaibów w skali całego regionu. Gdy Europejczycy kolonizowali wyspy, większość rdzennych ludów została wyniszczona lub zasymilowana. Na Dominice Kalinago zachowali własne terytorium, tradycyjne rzemiosło i część kultury. W Kalinago Barana Aute są rekonstrukcje chat, łodzi, informacje o kulturze, w sumie niewiele, ale widoki są przepiękne:
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z samochodem nie ma większych problemów, ale na większych zjazdach zaczynam słyszeć klocki hamulcowe na jednym z kół. Powinny byli to sprawdzić, ale jak pojawią się większe objawy to problem będziemy mieli także my. Tymczasem jadąc na północ mijamy najpierw główne i jedyne komercyjne lotnisko na wyspie, a niewiele dalej przejeżdżamy przez ogromną budowę nowego lotnika (widać, że Chiny w akcji):
Image

To stare jest za małe dla większych samolotów, przez co Dominika jest omijana przez większość turystów którzy odwiedzają Małe Antyle. Mamy nocleg w miasteczku Calibishi, przy samym morzu z dużym tarasem:
Image

Image

,a obok fajną restaurację. Widzimy tu osoby z naszego promu z Martyniki,
Image

Image

Wieczorem napisałem do firmy od samochodu, że w jednym kole padają klocki hamulcowe. Ale jadąc później na bardziej płaskiej drodze słyszałem już coś tylko sporadycznie. Uznałem, że jeszcze jeden dzień jakoś przejedziemy.

Jedziemy do Portsmouth, miasta które wcześniej było stolicą Dominiki, ale podupadło przez kataklizmy i choroby, którym sprzyjał podmokły teren. Tutejsza rzeka Indian River była planem filmu Piraci z Karaibów. Ale podobną mijamy po drodze:
Image

Image

Image

Nie jedziemy najkrótszą drogą, a dookoła bardziej na północ bardziej górską i malowniczą trasą. Tu taka niespodzianka na drodze. Podjeżdżajac myślałem, że coś się stało i droga jest zablokowana, ale oni tylko wycinają nadmiarową zieleń, a wraki po prawej są w procesie rozkładu i wykorzystania ich komponentów do innych celów.
Image

Zaczynają się większe górki i znowu odzywają się klocki hamulcowe, zaczynam je oszczędzać i trochę się obawiać, czy rzeczywiście wytrzymają, ale szuaranie pojawia się dopiero przy dłuższych mocniejszych hamowaniach i nic poza tym nie czuję.
Image

Image

Image

Zwiedziliśmy stary brytyjski Fort Shirley (także na liście unesco, lista chyba lubi brytyjske forty kolonialne). Spotkaliśmy tam poznaną na promie parę z Polski z małym dzieckiem.
Image

Image

Image

Image

Plaża w Portsmouth, próbowaliśmy popływać łódką, ale nie wyszło:
Image

Żartuje, to nie my popsuliśmy łódkę, jest tu więcej takich rozbitych starszych lub nowszych:
Image

Jazdy drogami Dominiki nie da się oddać na zdjęciach: ruch jest mały, zakrety i dziury duże, ale jest kolorowo i po prostu ładnie.
Image

Image

Image

Wracamy do noclegu odpocząć, ale po drodze jeszcze odwiedzamy jakąś fabrykę czekolady Pointe Baptiste
Image

Jest malutka, a czekolada kupiona tam dziwnie pachnie, ale okolica też jest ładna i malownicza:
Image

Potem krótki odpoczynek na tarasie:
Image

Wieczorem jedziemy jeszcze na jedną z dzikich pobliskich plaż o nazwie Number One:
Image

Image

Image

Image

Rajskość 100%
Image

Image

A potem wracamy się pakować. Dominika jest naprawdę fajna, prześliczna, kolorowa, ludzie mili. Nie ma komercji. Absolutnie nr 1 całego wyjazdu
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
correos uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#5 PostWysłany: 20 Kwi 2026 08:35 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Pierwszy raz zmieniamy wyspę samolotem. Z noclegu musieliśmy wyjechać przed 5:00 rano, czekałą nas jazda nocą przez Dominikę, co prawda tylko 30min, ale miałem obawy jak to pójdzie. Poszło ok, nawet klocki hamulcowe były po naszej stronie, bo cicho. Lokalne połączenia lotnicze tutaj to nie jest prosty temat, ale o tym napiszę później. Na lotnisku jesteśmy mocno przed wschodem słońca i chyba za wcześnie, bo terminal jest ... zamknięty. Stoimy i czekamy na chodniku, ale nie tylko my, więc to dobry prognostyk:
Image

Jest tu salonik z wstępem na Priority Pass, według oficjalnych godzin powinien być otwarty od 6:00, ale dowiadujemy się, że by go otworzyli trzeba wcześniej potwierdzić, że będzie się z niego korzystać. Tego nie wiedzieliśmy. Do samolotu idziemy pierwsi, bo tu traktują rodziny z dziećmi mocno priorytetowo:
Image

Image

Lecimy na St.Kitts może 30min. Po drodze mamy fajny widok na Montserat:
Image

Przy lądowaniu widać, że pogoda jest taka sobie, co jest dziwne, bo wraz z przesuwaniem się na północ każda kolejna wyspa powinna być bardziej słoneczna. Tu na St Kitts aktualnie ryzyko chmur i deszczu to około 10%. Dodatkowo okazało się, że samochód musimy odebrać w centrum stolicy, czyli 3km dalej, taxi kosztuje 12usd (na szczęście oddać samochód możemy już na lotnisku). Gdy załatwiamy formalności zaczyna się ulewa. Gdy pada to najlepszy moment by zrobić zakupy, no i gdy je kończymy zaczyna się przejaśniać.
St Kitts to pierwsza skolonializowana wyspa w tym regionie. Zaczeli anglicy w środkowej części wyspy, a chwilę później francuzi zajeli oba jej końce. Ten stan powodował konflikty i trwał przez około 1 wiek. Dla obu krajów St Kitts było ważną kolonią, która przynosiła duże zyski z plantacji trzciny z powodu żyznych ziem i darmowej siły roboczej. W efekcie brytyjsko-francuskich konfliktów zdziesiątkowana została ludność lokalna. St Kitts uzyskała niepodległość dopiero w 1983r jako ostatnia z wysp karaibskich (wraz z sąsiednią wyspą Nevis). Przemysł cukrowy przestał być dominującą gałęzią gospodarki dopiero 20lat temu. Tymczasem my już jesteśmy na pierwszym punkcie widokowym:
Image

St Kitts to niewielka wyspa której cały środek zajmuje wygasły wulkan Liamuiga. Objechanie go dookoła zajmuje około 1,5h i to tylko dlatego, że obowiązują tu mocne ograniczenia prędkości: 20mph w terenie zabudowanym i 40mph poza nim, co w praktyce oznacza, że prawie cały czas jedzie sie bardzo powoli. Mamy na zwiedzanie tylko 1 dzień, bo dla nas to zwykła przesiadka w ramach 1 biletu. Gdy stajemy przy starej fabryce Rumu świeci już słońce, jest ładnie szczególnie w dolinie niewielkiej rzeczki, gdzie roślinność jest bardzo bujna.
Image

Image

Image

Image

Image

Kolejny przystanek to Brimstone Hill Fortress - bytyjska twierdza zbudowana w XVII-XVIIIw na samotnym wulkanicznym wzniesieniu (lista unesco). W oddali widac pobliską należącą do Holandii wyspę Sint Eustatius.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Gdy jedziemy główną i jedyną drogą dookoła wyspy zabudowy jest coraz mniej, nie widać życia. Ruiny plantacji, kolejne:
Image

Stajemy przy kilku punktach widokowych i starym kościele:
Image

Pogoda znowu się psuje,więc jedziemy odpocząć w naszym noclegu. Oczywiście jak to na wyspach znowu wychodzi słońce więc gonie wszystkich do samochodu i najpierw robimy spacer po historycznym centrum Basseterre - stolicy. Miasto ma 400lat, a mieszka tu podobno tylko około 20tys osób, to jedna z najmniejszych stolic na świecie. Jest całkiem fajnie i karaibsko, To chyba najciekawsze z tych tutejszych miast, które odwiedziliśmy. Niektóre ulice wręcz tętnią życiem i muzyką.
Image

Image

Image

Image

Na zachód słońca jedziemy na wysunięty na wschód wąski i pagurkowaty cypel, na jego końcu za wąskim przesmykiem morskim widać wyspę Nevis, będąca majestatycznym wulkanem.
Image

Image

Image

St Kitts i Nevis tworzą razem niepodległy kraj. Widoki tu są malownicze, a zatoczki wypełnione drogini jachtami. St Kitts spokojnie wypełni cały dzień zwiedzania, mając kolejny pewnie ruszylibyśmy na Nevis, ale nie mamy. Nasz nocmeg jest tani i fajny, 15min od lotniska, bo rano lecimy na Sint Maarten.
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#6 PostWysłany: 20 Kwi 2026 18:49 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Na lotnisku jesteśmy za wcześnie, dopiero widać kolory wschodzącego słońca:
Image

Terminal jest niewielki i wszystko idzie błyskawicznie:
Image

Wiele połaczeń to tzw island hopping, samolot leci z międzylądowaniami. Część pasażerów wysiądzie, nowi się dosiądą, reszta czeka. Nasz samolot musi jeszcze dolecieć z Beef Island z Brytyjskich Wysp Dziewiczych.
Lata po tych wyspach tylko kilka linii lotniczych i każda ma bardzo skomplikowane rozkłady lotów - poszczególne połączenia odbywają się czasem tylko 1-2x w tygodniu, wiec planujac loty z przesiadkami łatwo skomplikować sobie życie, gdyż rozkłady nie są stabilne. Kupujac głowny bilet w Air Canada w maju rok wcześniej, miałem na oku bilet z Dominiki na Antigue z długimi przesiadkami na Barbadosie i St Kitts, ale drobna zmiana rozkładu i moje połączenie upadło. Długo polowałem na inną okazję i dopiero we wrześniu trafiłem na loty Winair przez St Kitts i Sint Maarten, gdzie pomiędzy lotami mamy 9h, więc zdążymy pozwiedzać. Winair to Windward Islands Airways linie z Sint Maarten, mają tylko 8 samolotów z czego tylko 4 największe to ATR, robią tym całkiem sporą siatkę połączeń. Ceny lotów lokalnych są wysokie i nie jest to wyłacznie wina linii lotniczych. Celowo kupiłem bilet z 2 przesiadkami by zobaczyć więcej, lot bezpośredni kosztowałby niewiele mniej. W naszym bilecie podstawowa taryfa na osobę to nieco ponad 300zł, a pozostałe 65% kwoty po przeróżne opłaty, na niektórych wyspach bardzo wysokie. Dodatkowo bagaż podręczny to tylko 5kg i wymiary 60x30x20cm, czyli nietypowe (i tak mieliśmy szczęście bo kilka dni po kupnie biletu liniia zlikwidowała bagaż podręczny w tanich taryfach). Celowo wzieliśmy tylko jedną walizję w rozmiarach standardowego podręcznego, by ją w razie czego wyrzucić. Ale nikt do niczego się nie przyczepił.
Z czasem doczytuję, że lotnisko na Sint Maarten ma szczyt odlotów po południu i jest wtedy zatłoczone tak, że czasem przybycie 3h przed lotem to mało by zdążyć. To samo dotyczy korków na wyspie. Około 14:00-15:00 drogi sie zapychają i można spędzić w samochodzie całe popołudnie - szczególnie w okolicach lotniska. Zobaczymy.
Image

Image

Gdy lądujemy bardzo mocno wieje, samolotem rzuca nawet gdy jest już na ziemii.

Imigration przechodzimy szybko, choć odległości do przejścia są spore. Niestety okazuje się, że shuttle do wypożyczalnie nie jeździ cały czas, a tylko gdy ktoś po niego zadzwoni. Ma być za chwilę, ale czekaliśmy prawie 20min, a prawdopodobnie w 5-10min byśmy tam doszli na piechotę. Odbieranie samochodu też idzie powoli, bo pracownik co chwilę gdzieś znika i musimy czekać.
Gdy wreszcie ruszamy prędko widzimy pierwsze oznaki tego, że to nie jest fajna wyspa. Jedziemy w stronę Philipsburga - stolicy holenderskiej części wyspy (ma autonomię i nie należy do UE). Wyspa ma także drugą, północną część należącą do Francji (ta jest częścią UE, ma Euro, a nawet europejski darmowy roaming). Po drodze zatrzymujemy się przy popularnym punkcie widokowym.
Image

Image

Pierwsze wrażenia są złe: dzika, nieskoordynowana zabudowa, błoto zamiast chodników. Quady na ulicach. Philipsburg wygląda jeszcze gorzej, tandetne butiki i kiczowate knajpy, prawie jak nad polskim morzem.
Image

Image

Image

Gdy ruszyliśmy dalej, po niespełna kilkudziesięciu metrach, wjeżdża w nas skuter, musimy wezwać policję i tracimy prawie 1h. Gość jechał dosyć szybko, planował mnie wyprzedzić na skrzyżowaniu, na styk, z zapasem poniżej 50cm i chyba przez ostatnie kilka sekund był nieobecny. Uderzył ręką w lusterko, to mu skręciło kierownicę i wywrócił się tak, że uderzył w nas na styku blachy i przedniej lampy tak, że lampa pękła. Sytuacja bardzo stresująca, bo widziałem go w lusterku, że się zbliża, specjalnie stanąłem. Żeby było śmieszniej policję nie interesował specjalnie przebieg zdarzenia, a bardziej kto ma jakie ubezpieczenie, a że gość chyba nie miał dobrego to policja zaczęła sugerować, że mam lepsze i należy je wykorzystać. Pokazałem, że bank obok ma kamery i należy z tych nagrań ustalić sprawcę, obiecali, że tak zrobią, ale później w wypożyczalni powiedzieli, że policja nic nie zrobi i oni jeszcze niegdy nie dostali raportu z policji po wypadku, więc poleci mój wkład własny. Super (mam na wkład własny dodatkowe ubezpieczenie, ale nigdy z niego nie korzystałem i wolałbym tego nie robić). Po tej "przygodzie" uciekamy do części francuskiej. Tu jest spokojniej, tylko niskie budynki z uszanowaniem przestrzeni, ale do uroku nawet najsłabszej z poprzednich wysp jest i tak daleko. Zatrzymujemy się w stolicy części francuskiej, mieście Marigot.
Image

Image

Zaczynają się robić korki i to wcześniej niż się spodziewałem. Wyspa ma opinię wiecznie zakorkowanej i w sezonie podobno mocno zależy to od ilości statków z turystami. Dziś jest ich aż 5 i ruch się zagęszcza już przed 14:00. Próbujemy zobaczyć jeszcze cokolwiek, ale atrakcje są na terenie zamkniętych resortów. Na koniec zostaje słynna plaża Maho i jest tu jest całkiem fajnie.

Image

Image

Image

Nawet średnie samoloty naprawdę spychają do wody, a lądowania to fajne emocje. Największe samoloty pojawiają się po południu, ale wtedy my musimy być już na lotnisku. Sint Maarten na przesiadkę może być, by coś zobaczyć przy okazji itp, ale nie ma sensu spędzać to więcej czasu. Wyspa jest mocno zurbanizowana, nie ma tu praktycznie dzikiej przyrody, nie ma egzotyki, miejsce jest nastawione na knajpy i imprezy. Zdecydowanie najsłabszy punkt tego wyjazdu.

Terminal jest całkiem spory, ale mocno zapchany, kolejki i bałagan. W sumie dobrze, że przez wypadek jesteśmy na lotnisku wcześniej niż planowaliśmy.
Image

Mamy tu wstęp do lounge, ale długo szukamy tam miejsca. Widać wielu "instagramowych" turystów, ubranych na swoje loty w stroje wieczorowe (jak na imprezie sylwestrowej). Wołają nas przez głośniki około 1h przed odlotem. Okazuje się, że praktykują preboardingi i to w taki sposób, że odprawiają nawet 3 loty niewielkich samolotów na raz i starają sie to robić z zapasem czasu. Niefajnie, bo przestrzeń na czekanie to schody. Po boardingu okazuje się, że nasz lot ma opóźnienie, czekają na 2 pasażerów i długo siedzimy w samolocie. Po około 30minutach odzywa się jeden z pasażerów, że on ma przesiadkę na Antigle na British Airways i zostało mu poniżej 1h zapasu. Personel pyta ile jeszcze osób ma taką przesiadkę i okazuje się, że sporo. Konseternacja, zaczynają intensywniej szukac tych 2 przesiadkowych których brakuje do odlotu i jakoś się udaje.
Image

Image

Liczyłem że dolecimy na zachód słońca, ale mamy go przy starcie. Po drodze widać jak nocują duże statki, bo odległości między wyspami są zbyt małe, by płynać całą noc:
Image

Rozkładowo większosć krókich lotów z SXM ma zapas czasu, sam lot to około 30-40% przewidzianego czasu połączenia więc docieramy do Antiguy i Barbudy z niewielkim opóźnieniem. Mamy spore turbulencje przy lądowaniu, które są tu chyba normalne, bo niektórzy turysci krzyczą, a lokalni pasażerowie siedzą spokojnie bez emocji. Na przesiadających się do Britisha czeka samochód. Szybko ogarniamy formalności i z całego samolotu chyba tylko my odbieramy samochód i dobrze, bo wszystkie rentale mają wspólny budynek i wieczorem jest tam do obsługi tylko jedna pani do wszystkich stanowisk. Na szczęście pomimo zamówionego małego samochodu dostajemy RAV4. Jeszcze tylko zakupy (bo jutro niedziela) i 40min w ciemnościach przez dziurawe drogi i docieramy zmęczeni do naszego noclegu na kolejne kilka dni.
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#7 PostWysłany: 21 Kwi 2026 10:05 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Przed wyjazdem o kraju Antigua i Barbuda wiedziałem praktycznie nic. Wiedziałem, że taki jest. W sieci czytam, że ma 365 plaż i najbardziej znana postać to .. Vivian Richards, gwiazda krykieta. Czytałem, że na wyspie krykiet jest ogromnie ważny, że dzieci grają na ulicach, plażach i szkolnych boiskach. Spodziewałem się bogatszej wyspy, bo noclegi tu są najdroższe, ale jadąc wieczorem z lotniska przez środek wyspy raczej było widać biedę, a drogi były dziurawe jak na St Lucia. W naszej okolicy jest prestiżowa marina i widać ja z daleka. Oświetlone maszty dużych jachtów wyglądają z oddali jak wieżowce. Nasz nocleg wieczorem wyglądał za to jak niedokończona budowa, ale spodziewam się, że w świetle dnia będzie lepiej. Mamy duża powierzchnię, otwarty salon i 2 sypialnie. W nocy jak zwykle kilka razy padało i mocno wiało, dzięki temu powietrze było rześkie i dobrze się wyspaliśmy. Dopiero rano widzimy, że nasz nocleg jest jednak fajny, a nasz host, pani włoszka pokazuje nam swoje psy, kury i kozę Margaritę. Jest fajna i gadatliwa (w sensie pani włoszka, nie koza):
Image

Mamy całe piętro i niezalezne wejscie:
Image

Image

Image

Dzieci są zachwycone. My bardziej jesteśmy zadowoleni z informacji praktycznych od pani włoszki: co, kiedy, gdzie i jak zwiedzać. Okazuje się, że do tutejszej atrakcji portu Nelson z listy UNESCO można wejść gratis jeśli wchodzi się z szlaku, a nie główną bramą. Szlaki są dobrze oznaczone, ale prowadzone tak, że trzeba się namęczyć, więc nic za darmo. Pierwszego dnia wychodzimy późno i zwiedzamy pobliskie plaże:
Image

Nie przepadam za plażami więc wchodzę na Shirley Heights - górę z punktem widokowym, normalnie płatną, ale ja wchodzę szlakiem gratis. Widoki są świetne.
Image

Image

Image

Image

Wracam trasą ponad klifami. Trochę mam stracha, bo widzę ciemną burzową chmurę, ale jakoś przeszła bokiem:
Image

Wieczorem robimy objazd okolicy, port Nelson jest już zamknięty, ale można wejść do znajdującej się przy nim restauracji (patrząc na wystrój wnętrz tania nie jest):
Image

Gdy wróciliśmy nagle pojawia się sporo koliberków, bardzo cieżko jest zrobić im zdjęcie:
Image

W nocy znowu mocno padało i rano pogoda jest zadziwiająco zła. Leje deszcz, całe niebo w chmurach. Na wyspach wszystko się może zmienić w ciągu kilkunastu minut, więc jedziemy w ciemno na wschód wyspy. Najpierw postój przy plantacji Betty's Hope, ale ruiny wiatraków jak inne podobne które widzieliśmy już wcześniej. Potem cypel z dużymi falami nazywany Devil's Bridge i nagle słońce. W pobliżu jest fajna plaża Long Bay, więc tam jedziemy:
Image

Image

Poźniej korzystając z pogody wracamy w stronę Nelson's Dockyard.To dawny brytyjski port (podobno jedyny taki tak długo funkcjonujący poza UK). To stolica żeglarska tej części karaibów, może nie w ilości łódek, ale widać to w ich jakości. Jest prestiżowo i elegancko (przeciwieństwo Sint Maarten). Samo muzeum Nelson's Dockyard kosztuje 25usd więc drogo, ale wchodzimy szlakiem przez pobliską górę i wtedy jest gratis, widoki znowu świetne
Image

Image

Rosną tu dziwne kaktusy, które przypominają jaja obcych:
Image

Image

Image

Image

Image

Potem odwiedzamy polecaną przez naszą włoszkę kawiarnię w naszej okolicy:
Image

W tej południowej części wyspy prawie non stop wieje przyjemna bryza, dosyć mocna. Nasz nocleg nie ma okien (okien tu na wszystkich wyspach często nie ma) i został zaprojektowany tak by przewietrzało wnętrza i jest fajnie na tyle, że klimatyzacja nie jest potrzebna. Wieczorem  jedziemy na Shirley Heights oglądać zachód słońca:
Image

Image

Image

Image

Image

Następnego dnia objeżdżamy zachodnią i północną część wyspy, gdzie jest sporo drogich resortów i komercyjnych plaż. Wschód jest bardzo komercyjny, ale w zamian drogi są znacznie lepsze.
Image

Szczególnie dużo plażowej komercji jest w okolicy stolicy St John's bo tam przypływają duże statki - ich rozmiar tu także przytłacza miasto. St John's może się podobać, ma klimat. Widać tu turystów ze statków, jest ich wręcz bardzo dużo:
Image

Image

Katedra, wstęp niestety płatny:
Image

Jedziemy pod miasto zobaczyć ruiny fortu:
Image

Image

Instagramowy spot, brytyjska budka telefoniczna na plaży. Widocznie mieli dosyć ludzi i ją zamknęli:
Image

Hodges Bay - jakieś resorty dla bogatych. Ta rzeźba w oddali to Boonji Spaceman znanego artysty Brendana Murphy'ego, który wykonał cała serię podobnych kosmonautów w różnych częściach świata
Image

Antigua wraz z mniejszą pobliską wyspą Barbuda tworzą niepodległy kraj. Jednym z haseł reklamowych Antiguy jest to, że ma 365 plaż, po jednej na każdy dzień roku. Podobno bywają tu znani aktorzy, ale pewnie w miejscach o których nikt nie wie i z pewnością takich, gdzie nie ma tłumów. My jednak polubiliśmy bardzo nasz karaibsko-włoski domek i beczącą od rana kozę Margheritę. Antigua niespodziewanie okazała się fajnym miejscem i oceniamy ją wysoko, prawie tak wysoko jak Dominikę, jest nr 2. Ale ta fajna relaksująca atmosfera jest raczej w południowej i wschodniej części wyspy, gdzie komercji jest mniej.Na koniec dajemy sobie więcej czasu na lotnisku, bo terminal jest stosunkowo nowy i dobrze zaprojektowany, jest fajny lounge, więc najedzeni i wypoczęci wylatujemy do Toronto.
Image

Image

Image
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#8 PostWysłany: 21 Kwi 2026 11:02 

Rejestracja: 08 Mar 2012
Posty: 718
Loty: 12
Kilometry: 62 544
niebieski
Super relacja i fotki, ja byłem tydzień na SXM i nawet mi się podobało, może wyspa poszła w złą stronę przez te 5 lat, a może wtedy pomagały czasy końcowo covidowe i ludzi było mniej.

PS. Ta relacja utwierdza mnie w przekonaniu, że te wielkie wycieczkowce to jeden wielki dramat. Okropieństwa psujące krajobraz i wrzucające tysiące ludzi w jednym momencie na małe wyspy. Jestem wielkim antyfanem.
_________________
Mój blog podróżniczy: http://www.seetheworld.pl --> na nim m.in. Wietnam, Seszele, Malezja, Singapur, Hongkong, Tajlandia i inne.

Zapraszam również na profil facebookowy: https://www.facebook.com/seetheworld89/
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#9 PostWysłany: 21 Kwi 2026 11:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Lut 2014
Posty: 1122
Loty: 328
Kilometry: 456 296
niebieski
rob_sad napisał(a):

Rosną tu dziwne kaktusy, które przypominają jaja obcych:
Image



To Melocactus, z tego na górze - cefalium wyrastają kwiaty i potem owoce.
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
rob_sad uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#10 PostWysłany: 21 Kwi 2026 12:12 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Mikolaj2206 napisał(a):
Super relacja i fotki, ja byłem tydzień na SXM i nawet mi się podobało, może wyspa poszła w złą stronę przez te 5 lat, a może wtedy pomagały czasy końcowo covidowe i ludzi było mniej.

Przypuszczam, że gdybym zaczał od części francuskiej to miałbym lepszy odbiór. Pewnie sąsiednie wyspy też są fajniejsze.
A tak na start wjechałem w rój quadów, kicz w Philipsburgu, a potem ten nieszczęsny wypadek. Dalej byłem już zły i zdołowany, do dziś jak widzę motor w lusterku to rośnie mi strach i ciągle myslę, że mogłem te 10-20cm spokojnie odbić i by we mnie nie wjechał. Słuchając wywodów policji o tym że mam lepsze ubezpieczenie zaczałem się bać, że koleś zacznie mnie jeszcze ścigać o uszczerbek na zdrowiu, bo bolało go ramię i całkiem możliwe, że coś sobie połamał.
Nikomu takich emocji nie życzę. Czytałem później, że wypadki skuterów to poważny problem na Sint Maarten, zamknięto część ulic dla nich.
Gość w wypożyczalni mówił, że i tak dziwne, że koleś nie uciekł, bo zwykle uciekają.

Mikolaj2206 napisał(a):
PS. Ta relacja utwierdza mnie w przekonaniu, że te wielkie wycieczkowce to jeden wielki dramat. Okropieństwa psujące krajobraz i wrzucające tysiące ludzi w jednym momencie na małe wyspy. Jestem wielkim antyfanem.

Na Maarten statki sa nieco na uboczu, w Castries i Martynice też. Ale Roseau, Baseterre i St Johns statek staje praktycznie w centrum, kilka kwartałów to sklepy i knajpy dla pasażerów, a ulice są obstawione busami i taxi dla nich.
Poza wyspami które mają połączenia promowe komunikacja międzywyspowa jest cieżka w planowaniu i droga. To wymusza na wielu te duże statki. Tak opowiadali nam ludzie z PL których spotkaliśmy na Dominice, też kupili rejs, a potem przerazili się jak zobaczyli koszty zwiedzania z tych statków. W okolicach St John's widzieliśmy starszych ludzi idących w słońcu na piechotę wzdłuż drogi kilka kilometrów od statku bo dojść do plaży, bo pewnie ceny dojazdu były zaporowe.

Ale tak poza tym, to spodziewałem się tam większej komercji, a było dosyć dziko. Nawet Martynika w najciekawszych przyrodniczo miejscach nie jest komercyjna (bo ludzie wolą plaże). Ceny (poza połaczeniami między wyspami) też są przystępne, można znaleść fajne jakościowo noclegi za 100-150usd dla całej rodziny. Wkurzają te lokalne prawa jazdy i dziurawe drogi (tu plus dla Martyniki).
Trochę mi szkoda, że pomineliśmy Gwadelupę, ale loty z Dominiki były znacznie tańsze, a na dodatkowy prom w obie strony nie mieliśmy już czasu. I tak na cały wypad poszło 3tyg bez 1 dnia, ale w zamian 6 różnych wysp, Niagara i Toronto, gdzie wcześniej nie byłem.
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
greg2014 lubi ten post.
 
      
Offline
#11 PostWysłany: 22 Kwi 2026 12:02 

Rejestracja: 21 Lut 2011
Posty: 1191
Loty: 373
Kilometry: 756 324
srebrny
Do Toronto dolatujemy wieczorem, na lotnisku są kolejki, ale rodziny z dziećmi są "wyłapywane" obsługiwane priorytetowo. Działa to bardzo sprawnie. Niestety chwilę później z większej walizki odpada kółko (urwało się już rok temu i było przyklejone klejem szkolnym, przetrwało tak 4 wyjazdy). Ucieka nam też autobus hotelowy. Tym razem mamy Holiday Inn - jakością nie grzeszy, ale przynajmniej nie był drogi. Rano wstawanie nie idzie już tak szybko, ale gonie wszystkich na śniadanie (na tym wyjeździe śniadanie w cenie mamy tylko tu na przesiadkach). Lot do Frankfurtu mamy dopiero wieczorem, więc w planie jest zwiedzanie miasta. Z lotniska do centrum można dojechać szybko i tanio specjalną linią kolejową (jest tańszy bilet dla pasażerów w tranzycie, ale limit czasu na powrót to 7h (liczone od odpikania na peronie na lotnisku do odpikania na peronie w mieście)
Rano jest jeszcze lekki mróz, ale świeci piękne słońce i szybko powinno robić się ciepło. Miasto robi dobre wrazenie, jest czysto, wszystko jest zadbane, nowoczesne wieżowce, stare klimatyczne budynki. Wszyscy są bardzo mili. To słońce cieszy też mieszkańców, bo niektórzy chodzą już bez kurtek. Toronto jest największym miastem w Kanadzie i miastem bardzo międzynarodowym, ponad połowa mieszkańców nie urodziła się w Kanadzie i to widać.
Image

Image

Image

Image

Image

Lodowisko na rynku:
Image

Image

Image

Nie da się ciągle chodzić przez 7h, więc w ramach przerwy osiedlamy się w Royal Ontario Museum - największe muzeum w Kanadzie z ekspozycjami przyrodniczymi i historycznymi. Dzieci trochę marudzą, ale tylko do momentu wejścia do część o dinozaurach, bo ta jest ogromna i ciekawsza niż w Berlinie (choć w Berlinie jest więcej prawdziwych kości, a tu reprodukcje, ale dziecku wszystko jedno):
Image

Image

Image
Zbroje wczoraj i dziś:
Image

Wracamy metrem na główną stację i idziemy w stronę jeziora
Image

Image

Jezioro  przy brzegu jest jeszcze zamarznięte.
Image

Image

Image

Image

Na lotnisku lounge na Priority Pass w części odlotów międzynarodowych jest w remoncie, ale tak jak poprzednio wchodzimy do tego w części domestic.
Image

Trafił nam się lot nowiutkim 787 który Lufthansa dostała niecałe 3 miesiące temu.
Image

Image

Przesiadka w FRA to aktualnie masakra. Deboarding do autobusów, zatory autobusowe po drodze więc po około 20min jazdy dopiero wyrzucili nas w strefie B, z której w zasadzie większość pasażerów musiała i tak przedostać się kolejnym autobusem do gejtów A, załapaliśmy się dopiero na drugi autobus bo była kolejka. Od lądowania do dotarcia do gejtu odlotowego do Poznania mineło ponad 1,5h. Świetny mają w LH pomysł, że obcinaniem połączeń do MUC na czas remontów w FRA :
Image

Wyjazd trochę niespodziewanie był bardzo udany. Czuję niedosyt po Karaibach (z wyjątkiem Sint Maarten), chętnie odwiedziłbym też Kanadę latem.
Być może to kwestia ilość kolorów, być może mili ludzie, być może niewielkie odległości i stosunkowo krótkie niemęczące przejazdy. Wrażenia są znacznie powyżej oczekiwań i chcielibyśmy wrócić by zobaczyć St. Vincent, Grenadę i Barbados - niestety 2 pierwsze wyspy są drogie do dotarcia bo ilość połączeń lotniczych jest tam znikoma, a promów nie ma. Jest jeszcze Trydnidad i Tobago, ale są zastrzeżenia do bezpieczeństwa i na razie nie bardzo nadaje się na wypad z dziećmi.
Spodziewałem się raczej problemów logistycznych, z promami, z lokalnymi lotami, spodziewałem się drogiego jedzenia i to się sprawdziło, w sklepach jest drogo i produktów jest mało, w restauracjach też jest drogo (unikaliśmy ich). Spodziewałem się też problemów z samochodami, bo wypożyczaliśmy je aż 7x. W Kanadzie ruch jest prawostronny jak u nas, ale tam głównym problemem było zmęcznie po długim locie i zmianie czasu o 6h. Kolejna St. Lucia to ruch lewostronny, później na Martynice prawostronny, by na Dominice i St. Kitts znowu przejść na lewostronny, a na Sint Maarten na prawostronny i Antigle na koniec znowu lewostronny. Taka sytuacja jest możliwa chyba tylko na Karaibach, to szalone, ale da się przyzwyczaić. Dodatkową przeszkodą jest wymóg lokalnego prawa jazdy, które kosztuje. Na St. Lucia udało mi się przepchnąc międzynarodowe prawo jazdy i nie musiałem nic płacić, na Martynice i Sint Maarten wystarczy europejskie. Na Dominice i Antugle trzeba dopłacić około 20usd, na St. Kitts przewidziano tańsze 3dniowe za 10usd. To tylko forma podatku, tylko na St. Kitts dostałem w zamian dokument online.
Najpoważniejsza przeszkodą był wypadek na Sint Maarten, ale nie zabrał nam dużo czasu, gorzej z emocjami, bo pierwszy raz spotkało mnie coś takiego i czułem napięcie jeszcze przez wiele tygodni po powrocie. Był tez problem na Martynice, ale na stracie niecałej 1h zyskaliśmy pełen bak paliwa, więc delikatnie mówiąc warto było. Pewnym wyzwaniem był lot przez Toronto, gdzie zima jest mocniejsza niż w Polsce, mogliśmy trafić na nieprzyjazną pogodę, a nie było tak źle. Przez to, że planowaliśmy okolice Toronto pozwiedzać musieliśmy zabrać nieco więcej ciepłych ubrań niż zabralibyśmy lecąć inną trasą, ale to nie był dramat i tak zmieściliśmy się w 1 zwykłą podręczną walizję, 1 walizkę mini i 2 małe plecaki (oszczędzanie było jednak mocne, nie zabrałem np. paska do spodni, a wracając dużo ubrań zostawiliśmy, bo linie Winair wymagały mniejszych bagaży podręcznych niż Air Canada, a potencjalna dopłata była bardzo wysoka).
Przez to, że lecieliśmy trochę dookoła, główny bilet z 6 odcinkami to około 21,5tys km. Żeby było śmieszniej lokalny bilet z 3 odcinkami to łącznie 510km, a jego cena to 40% ceny głównego biletu. To pokazuje jak drogie są loty lokalne.

Klasycznie relacja z mapką (na destkop): https://robertsadlowski.com/index.php?trip=carribbean26
_________________
Image
http://robertsadlowski.com <- zdjęcia i relacje z podróży
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#12 PostWysłany: 02 Cze 2026 22:03 

Rejestracja: 03 Sty 2015
Posty: 96
Loty: 61
Kilometry: 87 353
Można zapytać ile trwał cały trip?:)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 12 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Facebook [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group