Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 19 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
Offline
#1 PostWysłany: 05 Mar 2026 14:40 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Nie wiem czy wy też tak macie, ale u nas cała nasza rodzina 2+1 szczerze nienawidzi zimy. Nie jeździmy na nartach, nie lubimy zimna i potrzebujemy energii ze słońca. Zima kojarzy mi się tylko z ciemnością, trudnymi warunkami na drodze i koniecznością odśnieżania podjazdu. Tegoroczna była wyjątkowo mroźna i śnieżna, więc jeszcze niecierpliwiej przebieraliśmy nogami w oczekiwaniu na wyjazd w ciepłe miejsce. Żeby nie było, że absolutnie nic w ziemie nie lubimy... święta są fajne. Tyle, że już na początku stycznia wszystko co fajne się skończyło, a do wiosny bardzo daleko.

W te ferie padło na Wietnam. To nasz prawdziwy debiut w Azji, bo wcześniej mieliśmy tylko stopovera w Hong-Kongu. Dlaczego Wietnam? Gdzieś zawsze za nami chodził. Nie jest tak popularny jak Tajlandia, a dodatkowo zachęciła nas kuzynka z Australii. Jako, że nie lubimy czekać na ostatnią chwilę, to klepnęliśmy bilety Turkish z Berlina już w kwietniu. W tej samej cenie była TK z WAW i QR z WAW. Ostatecznie padło na TK ze względu na M&M i okazało się to strzałem w "10" w kontekście zawieruchy na Bliskim Wschodzie podczas naszego powrotu.

Mieliśmy dużo czasu na planowanie. Od razu uznaliśmy, że dwa tygodnie to zdecydowanie za mało na cały kraj i dlatego dzielimy go na 2 razy. Szybko zaklepałem pierwszy tydzień w luksusowym Pullmanie w Vung Tau, później udało się trafić sensowną cenę na lot do DAD w połowie. W międzyczasie TK anulował nam powrót. Próbowałem pokombinować coś ze zmianą lotniska, ale niestety DAD był płatny, a jedynie SGN i HAN można było za free. Ostatecznie przesunęliśmy powrót o jeden dzień, żeby dać sobie dzień zapasu przy powrocie z Da Nang. Do jesieni nie było czasu, żeby coś intensywniej planować ale jak już ustaliliśmy względnie miejsca które chcemy odwiedzić uznaliśmy, że zatrudnimy cyfrowego asystenta w postaci czata GPT do zebrania tego w całość. Akurat chwilę wcześniej wprowadziłem mu wytyczne szczegółowe, żeby był bardziej krytyczny, czepialski i szukał dziury w całym :) No to się doigrałem, bo AI uznała, że cały plan (zresztą słusznie) jest do bani. Nie da się dojeżdżać z Vung Tau do delty Mekongu, Sajgonu, czy Pan Thiet, o Da Lat nie wspominając. Jedna baza jest bez sensu. Do tego jest Tet. Wiedzieliśmy o tym, ale nie wiedzieliśmy jaki wpływ to ma na transport w Wietnamie. Na początku czat nie wierzy w nasze możliwości i proponuje nam tempo emerytów ale znamy swoje możliwości i tutaj wciskamy w plan ile się da. Uznajemy, że pierwszy tydzień dzielimy na 3 bazy, ze względu na odległości. Drugi tydzień w Da Nang wystarczy jedno miejsce. Do tego zarezerwowaliśmy większość przejazdów. Bo ze względu na Tet baliśmy się, że część firm będzie zajęta lub ma wolne.

Dzień 0
Odlot mamy z BER wieczorem, więc bez pośpiechu wyruszamy do Berlina. Parking mamy koło A10 Center, więc nawet nie trzeba zjeżdżać z ringu. Planujemy iść do saloniku więc zależy nam na sprawnej odprawie. Okazuje się, że TK właśnie odprawiło popołudniowy lot i jest jedno czynne okienko bez kolejki. W ostatniej chwili przypomina mi się, że córka nie miała jeszcze swojego konta M&M jak robiłem rezerwację i proszę pana w okienku o dopisanie nr. Szybkie przejście przez kontrolę bezpieczeństwa i biegniemy do saloniku. Niestety, ale jesteśmy za wcześniej. Ponad 4h przed odlotem. Pan z rejestracji mówi, że możemy wrócić za niecałą, godzinę, to wpuści nas nieco wcześniej. Nie pamiętam już dokładnie gdzie poszliśmy, ale chyba na kawę i precla. Wróciliśmy i już na pełnym relaksie mogliśmy czekać na lot. W Stambule wylądowaliśmy już po północy miejscowego czasu. Salonik sobie odpuściliśmy, bo po Berlinie nie byliśmy głodni, a jeszcze TK karmił na krótkim odcinku. Wadą odlotu o 2 w nocy jest, to że my już chcemy iść spać, a serwis trwa dobre dwie godziny. Córka nie wytrzymała i zasnęła od razu. My szybko po jedzeniu. Udało się przespać kilka godzin.

Dzień 1
Po południu lądujemy w SGN. Kolejka do paszportów tak na 25-35 minut. Bagaże już stoją zdjęte z kołowrotka. Po wyjściu z lotniska od razu wita nas żar. Wklepuje adres pierwszego hotelu w District 1 w Graba i zamawiam większe auto. W hotelu wita nas boy hotelowy i od razu zgarnia naszą górą bagaży. Na recepcji dostajemy vouchery na drinka w barze przy basenowym na dachu. W pokoju znajdujemy jeszcze voucher na przekąski zostawiony z innego pokoju, więc od razu w tym miejscu chciałbym podziękować osobie która je zostawiła. Jest późne popołudnie, a właściwie już wieczór. Idziemy rozejrzeć się po mieście i coś zjeść. Lokalizacja hotelu jest super, bo większość miejsc w centrum możemy odwiedzić piechotą. Po wyjściu z hotelu i dojściu do głównej drogi dociera do nas znaczenie powiedzenia ale Sjagon. Zobaczyliśmy skuterową szarańczę i stanęliśmy przed problemem - jak przejść na drugą stronę? Szybka obserwacja, jak to robią miejscowi i szok. Oni sobie po prostu idą, a szarańcza ich mija. Ewentualnie zatrzymują się między pasami ruchu. Bierzemy córkę za ręce i próbujemy. Udało się i nikt nas nie potrącił.

Hotel mieści się koło Ben Thanh Market i tam kierujemy swoje pierwsze kroki. Wszędzie dekoracje noworoczne.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nie wiem czy to tylko domena Wietnamczyków, czy całej Azji ale oni tutaj kochają pozowane sesje fotograficzne. Zwłaszcza Tet jest okazją do przebrania się w odświętny strój i zrobienia foci na jednym z wielu udekorowanych stanowisk.
Image

Image

Image

Image

Image

W końcu dopada nas mały głód i idziemy do małej restauracji. Ceny zwaliły nas z nóg, a w pierwszy dzień jeszcze używaliśmy przelicznika, zanim zakodowało nam się to w głowach. Danie za 40k dongów wklepywałem w kalkulator walutowy 3 razy zanim uwierzyłem, że jemy za 5,5 zł.
Image

Image

Córka zjadła kurczak w popkornowej panierce, a my z żoną zupę - chociaż oni nazywali to bardziej gulaszem. Litościwie dano nam widelce i łyżki :D W pierwszy dzień w ramach pierwszego zderzenia z kuchnią wietnamską nawet nie potrafię przypomnieć sobie nazwy potrawy. Ale za to smak nas oczarował i wsiąknęliśmy na dobre. Odtąd jak się dało to szukaliśmy knajpek bardzo lokalnych, z dala od głównego nurtu i z jak najmniejszą ilością turystów.

Image

Mówiąc mała restauracja miałem na myśli naprawdę małą. Małą w sensie, mniejszą niż dziecięce krzesełka z ikei. Później już przez cały pobyt w Wietnamie śmialiśmy się, że czym mniejsze stoliki tym bardziej swojsko.

Image

Po kolacji powrót do hotelu. Po drodze przebiegł nam przez chodnik spory szczur. Zanim córka wpadnie w panikę próbujemy odwrócić uwagę, że to chyba wiewiórka lub coś w tym stylu. Na co córka: " nie, to był szczur. Jak Ratatuj. Jaki słodki" W hotelu wjeżdżamy na dach zobaczyć basen i zrealizować vouchery. Okazało się, że przekąsek się nie da, bo kuchnia już nie działa, ale bierzemy darmowego drinka. Kuponów mamy jeszcze sporo więc przyjdziemy tutaj jutro.

Image

Image

Image

Nawet bufet w hotelu jest odpowiednio przygotowany na nowy rok.

Image

Jeszcze kilka fotek z telefonu:
Image

Image

Image

Wejście i lobby hotelowe. Wszyscy gotowi na Tet.
Image

Image

Idziemy spać, na wypadek jakby pojawił się jet lag.

P.S.
Jakość nocnych zdjęć nie powala, ale później większość będzie za dnia :)
Góra
 Profil Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
      
Wakacje w Rzymie ☕🍕 Loty piątek-poniedziałek i pobyt w hotelu ze śniadaniami za 1269 PLN 💚🤍❤️ Wakacje w Rzymie ☕🍕 Loty piątek-poniedziałek i pobyt w hotelu ze śniadaniami za 1269 PLN 💚🤍❤️
Tydzień na greckiej wyspie z wyżywieniem za 1829 PLN 🏖️🌊 Tydzień na greckiej wyspie z wyżywieniem za 1829 PLN 🏖️🌊
Offline
#2 PostWysłany: 06 Mar 2026 14:54 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 2

W każdym hotelu mamy śniadanie (poza ostatnią nocą przy lotnisku). Wprawdzie w większości przypadków to jest śniadanie azjatyckie z jakimś skromnym dodatkiem europejskim, to 4 gwiazdkowy Happy Life Grand Hotel & Rooftop Skybar miał całkiem spory wybór dań obiadowych na śniadanie :D Córka była zadowolona, że oni tutaj jedzą żeberka i skrzydełka na śniadanie. My też znaleźliśmy jakieś ciekawostki wśród lokalnych przysmaków i ruszamy dalej.

Po wyjściu z hotelu od razu natykamy się na szarańczę
Image

Image

Idziemy w kierunku Ben Thanh Market, bo chcemy zobaczyć go w ciągu dnia.

Image

Image

Image

Dajemy się namówić na przejażdżkę rikszą. Chcieliśmy się dostać pod Pałac Zjednoczenia, a rikszarz zaproponował względną stawkę więc wsiadamy i jedziemy. Swoją drogą dzisiaj to już tylko rozrywka dla turystów w kilku najbardziej popularnych miejscach w kraju. Nie zauważyłem żeby riksze były wykorzystywane jako środek transportu powszechnego.

Image

Właśnie poznałem nowe znaczenie słowa skuter cargo.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Docieramy do imponującego gmachu pałacu zjednoczenia. Miejsca symbolu zwycięstwa w wojnie domowej i pokonania Amerykanów w wojnie wietnamskiej.

Od razu wpadamy na miejscowe rodziny i pary, które przyszły sobie tutaj zrobić noworoczną sesje foto
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wchodzimy do środka i od razu wpadamy do imponujących pomieszczeń. Jak mawiał Siara: "mają rozmach S..."
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Są też pomieszczenia sypialne i sala jadalna.
Image

Image

W środku jest też spory dziedziniec z ogrodem i obowiązkowa sesja foto :)
Image

Image

Image

Wyżej jest gabinet i biblioteka.
Image

Image

Następne są pomieszczenia Pierwszej Damy.
Image

Oprócz sali do obiadków dla przyjaciółek jest też kino
Image

Część rozrywkowa
Image

Pokój gier
Image

A w nim stół do majonga
Image

Amerykański helikopter. Nie wiem czy zdążyli go użyć do ewakuacji i zdobywcy podstawili inny zdobyczny, czy tak jak wpadli do prezydenta południa na chatę tak sprzęt został.
Image

Przechodzimy niżej do kuchni
Image

Image

Image

Na korytarzu stoją "dżip" i prezydencka limuzyna
Image

Image

Schodzimy jeszcze niżej - do piwnicy bunkra.
Image

Image

Ciekawe czy prezydent wykorzystywał też tę sypialnię jak za późno wrócił z karaoke i nie chciał budzić pierwszej damy
Image

Image

Image

Image

Image

To pomieszczenie nazywa się backup radio
Image

I chyba największy symbol pokonania Południowego Wietnamu - czołg nr 390. W 1975 roku to jego załoga jako pierwsza przebiła się przez bramę pałacu prezydenckiego, co było symbolicznym zwycięstwem Północy.
Image

Od razu po wyjściu z pałacu wpadamy na panią sprzedającą kokosy. Robi się gorąco więc bierzemy jednego. Jest schłodzony i nasze subiektywne wrażenie, że dużo smaczniejszy niż na Karaibach czy Fidżi. Tego dnia wypijemy jeszcze 2 :)

Tuż obok pałacu jest Ben Nghe Street Food. Tylko zaglądamy do środka, ale na sam koniec wyjazdu jeszcze tutaj wrócimy.

Image

Image

Image

Image

Dalej mijamy pałac sprawiedliwości.
Image

Image

Muzeum Wujka Ho, jak pieszczotliwie Wietnamczycy nazywają swojego przywódcę.
Image

Image

Image

Dalej mamy People's Committee of Hồ Chí Minh City
Image

Image

Image

Image

Tutaj pomnik Ho Chi Minha z poprzednim budynkiem w tle.
Image

Opera niestety w remoncie
Image

Idziemy pod katedrę i oczywiście budynek też w remoncie
Image

Image

Image

Image

Budynek poczty głównej i okoliczne pomniki.
Image

Image

Image

Nie umiem określić gdzie ale trafiamy na uliczkę artystyczną z księgarniami, straganami z książkami i ulicznymi malarzami.
Image

Image

Image

Image

Nawet w korpo świętują nowy rok
Image

Do kolejnego punktu ruszamy Grabem, bo robi się gorąco. Ho Chi Minh Campaign Museum robimy tylko z zewnątrz po drodze do Temple of Hung King
Image

Image

Świątynia jest zamknięta i mieści się przy zoo. Po drugiej stronie jest Muzeum Historii HCMC. Nie wchodzimy tam ale wrócimy tam na zamknięcie wyjazdu w zupełnie innym celu.
Image

Wsiadamy w Graba i jedziemy do Jade Emperor Pagoda
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejny Grab i lecimy do Vinh Nghiem Buddhist Temple
Image

Image

Image

Image

Image

Ten zielony szyld to nasz obiad. Dopadł nas głód, a przyklejona do świątyni była knajpka. Ceny ok, menu też - niby Vegan ale podają kaczkę i rybę, więc się śmiałem z weganizmu w azjatyckim wydaniu. Co nas najbardziej zaskoczyło to, że prawie do końca posiłku nie zorientowaliśmy się, że to nie była ryba i kaczka. Córka coś tam marudziła że ta kaczka dziwnie smakuje, ale na początku zwaliłem to na anyżowy posmak :) w końcu doszliśmy do wniosku, że to była legitnie wegańska restauracja :P
Image

Po drugiej stronie jest świątynia ale wygląda na zamkniętą.
Image

Image

Plac na którym czekamy na Graba
Image

Na zakończenie tej części dnia jedziemy jeszcze do buddyjskiej świątyni Xa Loi
Image

Image

Image

Image

Wracamy do hotelu na sjestę, basen i realizację naszych voucherów. Vouchery są od 16, więc mamy trochę czasu na regenerację. Na dachu czeka nas przyjemna niespodzianka. Myślałem że z listy 5 przekąsek i napoju mam wybrać jeden, ale okazało się że w ramach tego vouchera dostajemy pełny półmisek przekąsek :) Po 17.30 zaczyna zachodzić słońce więc zwijamy się ogarnąć przed wieczornym spacerem po mieście.

Zaczynamy wieczorny spacer od Bùi Viện - ulica z knajpami, klubami i masażami z dodatkowymi atrakcjami.
Image

Image

Image

Image

Image

Trzeci lub czwarty raz przechodzimy obok Ben Thanh Market i w końcu postanawiamy tam zajrzeć, ale przemiał jest tak duży że tylko przechodzimy na drugą stronę
Image

Image

I znów szarańcza skuterowa
Image

Przy Nguyễn Huệ zaczynają ćwiczyć przed paradami i pokazami noworocznymi.
Image

Image

Image

Image

Image

Spacerując po Nguyễn Huệ wpadamy na lody. Córka bierze któryś ze swoich sprawdzonych smaków. My jednego duriana na pół. Po czym większa część tej frajdy przypada na mnie. Nie jesteśmy przesadnie głodni po przekąskach w hotelu więc bierzemy naleśnika na wynos, a dla córki mięso na patyku. Zakręcamy koło w stronę hotelu i po drodze chcemy zobaczyć most Mống Bridge

Image

Image

Wracamy do hotelu się pakować, bo rano przyjeżdża po nas kierowca, który ma nas odstawić w kolejne miejsce.
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#3 PostWysłany: 07 Mar 2026 09:03 

Rejestracja: 23 Wrz 2019
Posty: 1596
Loty: 45
Kilometry: 128 451
niebieski
Cieszę się, że wyjazd udany.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#4 PostWysłany: 09 Mar 2026 20:39 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
@FUX
zdecydowanie jedne z przyjemniejszych wakacji na jakich byliśmy :)
Trochę dopadł mnie poniedziałek w robocie, ale jak tylko się nieco odkopię, to obiecuję wrócić do regularnego pisania
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#5 PostWysłany: 11 Mar 2026 09:36 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 3
Śniadania w hotelu podają od 6:30 i o tej godzinie meldujemy się w bufecie. O 7 mamy umówiony transport do Cần Thơ. Auto załatwiliśmy przez homestay Song Ngư Riverside. Prowadzą go Wietnamka Cindy i Holender. Mają własne biuro turystyczne i oprócz transportu (wyszło ok 10-15% taniej niż inne firmy) oferują kilka rodzajów wycieczek po delcie Mekongu. Ustaliliśmy, że chcemy być na miejscu przed 13, żeby zdążyć na wycieczkę o 14. Ustaliliśmy, że wyjedziemy wcześniej, bo Cindy obawiała się korków w związku z tet. Czat GPT też nas straszył, że dojazdy mogą być +2h ale ostatecznie nam się udało i dotarliśmy na miejsce przed 11. Okazuje się, że nasz pokój nie jest jeszcze gotowy. Z nieba leje się żar, ale siedzieliśmy kilka godzin w samochodzie, więc postanawiamy przejść się po okolicy.

Tak wygląda homestay i widok na rzekę
Image

Image

Image

Po drodze wpadamy na wystawę prezentów na nowy rok
Image

kawałek dalej jest targowisko.
Image

Zgłodnieliśmy i zaczynamy szukać czegoś do jedzenia. Sporo budek i lokali jest zamkniętych ale ostatecznie trafiamy do Ca Phe w którym serwują pho. Bierzemy po zupie z translatora. Koszt to 40k dongów za porcję. Micha dość zacnej wielkości. Do tego chłodzące napoje wybierane w ciemno. Córka bierze kokosa. Ja dostaję na dnie ciepłą herbatę ziołową, a na wierzchu lód z jakimś sokiem. Całkiem pyszne połączenie :)
Image

Wracamy do homestay i nasz pokój jest już gotowy. Wrzucamy tam graty, odświeżamy się nieco i szykujemy do wycieczki. O 14 przyjeżdża auto i ruszamy na wycieczkę na wyspę Cồn Sơn. Naszym przewodnikiem jest Kin. Zanim udamy się na wyspę przystajemy w zabytkowym domu. Wietnamczycy wszystkie starsze budynki nazywają "ancient".

Na wstępie przywitały nas wszechobecne śmieci.
Image

Wchodzimy na teren rezydencji. Nie wiem po ile był wstęp, bo bilety były zawarte w cenie wycieczki. Od Kina dowiedzieliśmy się, że w dawnym Wietnamie, bogatsi ludzie osiedlali się w delcie, ponieważ było na tyle daleko od cesarskiego miasta Hue, że można było zbudować rezydencję z przepychem, która nie kułaby w cesarskie oko :)
Image

Image

Image

W tym momencie uśmiechamy się z żoną od ucha do ucha, bo okazuje się, że w tym domu kręcili film Kochanek (fr. L'amant) z 1992r, który oglądaliśmy przed wyjazdem. Historia jest prawdziwa i z tego co zrozumiałem, to realna akcja działa się w okolicy ale w innej rodzinie.
Image

Image

Image

Image

Image

Wychodzimy obejrzeć jeszcze ogród.
Image

Image

Z rezydencji jedziemy nad rzekę, do "terminala promowego"
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Roślina ponoć jadalna i nawet ładnie kwitnie
Image

Na wyspę idzie z nami dodatkowy przewodnik. Nie jestem pewien, ale wygląda jakby to był mieszkaniec wyspy. Jeśli mijamy nieliczne grupki wycieczkowe to też z tak samo ubranym opiekunem.
Image

Od razu na wyspie uderza nas ogrom owoców.
Image

Image

Image

Image

Image

Rok konia tutaj też jest witany
Image

Image

Image

Ośrodek wczasowy, ale głównie widziałem Azjatów. Nie podejmę się oceny czy to Wietnamczycy czy inni :)
Image

Image


Image

Image

Image

W tle widać tzw monkey bridge. Oczywiście musieliśmy po nim przejść. Samodzielnie to jest spoko, ale trzymając 8 latkę za rękę i przechodzenie było lekko stresujące.
Image

Image

Widzieliśmy zdjęcia na telefonie przewodnika, że ludzie w tym pozowali.
Image

Image

Z książki o Wietnamie którą czytałem w drodze dowiedziałem się, że tradycyjnie używa się trzech rodzajów drzewek noworocznych - kumkwat, morela i brzoskwinia.
Image

Tutaj przewodnik z wyspy smaży coś jak nasze rurki waflowe. Mieliśmy okazję spróbować zrobić je samodzielnie. Do tego degustacja smakołyków z tapioki i ryżu. Zdecydowanie największym zaskoczeniem był gumiaste ciastko pieczone w liściu banana.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do w którym byliśmy był "fabryką" dmuchanego ryżu. Mieliśmy okazję wziąć udział w procesie i muszę przyznać, że otwieranie pojemnika pod ciśnieniem powodowało wystrzał ryżu jak z armaty. Ogłuszony też byłem jak po strzale z armaty. Na zakończenie dostaliśmy woreczek ryżu na wynos.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tak wygląda "fabryka" od zewnątrz
Image

Główny sposób transportu w delcie
Image

Po drodze mijamy jedną z farm ryb, ale tam wrócimy później.
Image

Image

Image

Najpierw idziemy na plantację owoców
Image

Nie ma aktualnie sezonu na duriana, ale wiszą już małe owoce. Zbiory z tego co się dowiedziałem są w maju.
Image

To są słynne milk apple ale jeszcze nie dojrzałe. Kin znalazł gdzieś kilka dojrzałych i poszliśmy do stolika je zdegustować. Sam owoc tyłka nie urwał. O wiele lepsze wrażenie zrobiło na nas pomelo jedzone z posypką z sproszkowanych krewetek i soli :D
Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy na farmę ryb
Image

Image

Image

Image

Image

Mamy okazję pokarmić rybki
Image

Image

Image

A celem tego karmienia było zobaczenie jak rybki latają :)
Image

Image

Image

Image

Duże rybki nie latają, ale ładnie jedzą z łyżki
Image

Image

Na wyspie można też nocować
Image

Czekając na prom na dużą farmę ryb kręcimy się w okolicy "terminalu promowego" i znajdujemy wodne bawoły
Image

Image

A także hodowlę żab. Zażartowałem do przewodnika, czy to dla Francuzów? Odparł mi na to, że Wietnamczycy je uwielbiają i to jest lepsze niż kurczak. Hmm...
Image

Image

Po drodze na farmę mijamy coś jakby miasto na rzece
Image

Image

Image

Image

Image

Na farmie hoduje się całkiem sporo gatunków, które mamy okazję pokarmić.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A to dość sprytna rybka, która pluje w owady, żeby je zmoczyć, utopić i zjeść :)
Image

Image

Image

Image

Te przewodnik nazwał potworami
Image

Image

Image

Na koniec atrakcja prosto z gabinetów beauty. Masaż stóp w wykonaniu rybek. Łącznie były 3 rodzaje masażu i najfajniejszy był ten z najmniejszymi rybkami.
Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy do homestay po 17. Zamawiamy kolację w restauracji od razu po przyjściu, bo czas oczekiwania to ponad godzina i idziemy odpocząć do pokoju. Ja zamówiłem sneak head fish
Image

Image

Image

Po kolacji dość sprawnie ewakuowaliśmy się do pokoju, bo jutro wycieczka na floating market - start o 5 rano.
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
piwili uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#6 PostWysłany: 11 Mar 2026 22:06 

Rejestracja: 31 Paź 2017
Posty: 1054
niebieski
Fajna relacja, podoba mi się, że wszystko dokładnie opisujesz. Gdyby był jeszcze ceny, chociaż orientacyjne było by super. Jeszcze nie byłem w Wietnamie, więc chciałbym się zorientować. Szczególnie noclegi, transport I wycieczki.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Offline
#7 PostWysłany: 13 Mar 2026 19:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lut 2015
Posty: 801
Loty: 72
Kilometry: 185 531
niebieski
Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko ze opera juz była odsłonięta z rusztowania 20.02 , to nie był remont tylko scena na noworoczny koncert,
_________________
Podróżowanie sprawi, że zaniemówisz z wrażenia, a potem zamienisz się w gawędziarza
Góra
 Profil Relacje PM off
bruce09lili lubi ten post.
 
      
Offline
#8 PostWysłany: 14 Mar 2026 11:22 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
@Dryblas
Dzięki za info. Urok święta Tet.

P.S.
Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#9 PostWysłany: 14 Mar 2026 12:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2012
Posty: 5583
platynowy
Znaczy sie HCM w robocie
_________________
navigare necesse est
Image
Góra
 Profil Relacje PM off
bruce09lili lubi ten post.
 
      
Offline
#10 PostWysłany: 16 Mar 2026 13:35 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
@piwili

zgodnie z życzeniem:
- Happy Life Grand Hotel & Rooftop Skybar 670 zł za 2 noce
- Song Ngư Riverside Homestay 450 zł za 2 noce

Resztę podam na bieżąco. Postaram się też podawać więcej cen jedzenia. Weź tylko po uwagę, że ceny za noclegi są nieco podbite przez Tet. Do tego rozrzut cenowy jest ogromny w zależności od lokalizacji i standardu.

Dzień 4
Pobudka w środku nocy do najprzyjemniejszych nie należy, ale większość wycieczek na floating market startuje o 5 rano. Śniadanie teoretycznie powinno być na rzece ale przez Tet 2/3 barek (w tym śniadaniowa) odpłynęła. Oczywiście widziałem tam barki z jedzeniem, ale domyślam się, że homestay ma jakieś umowy z konkretnymi miejscami. Przewodnik obiecał, że coś wymyśli. Z nami płynie jeszcze dwóch Holendrów. Do dyspozycji mamy mały sampan więc jest kameralnie.

Zanim wyruszymy robię dokładne oględziny, na wypadek jakby wieczorem trafiła się okazja na degustację :)
Image

Ruszamy, a droga zajmuje nam ok 45 minut. Nasz przewodnik Thin jest dość gadatliwy, więc sporo informacji można od niego wyciągnąć. Jakbyście zastanawiali się dlaczego wycieczki na market startują o tej godzinie, to odpowiedź jest w pływach. Różnica poziomów dochodzi do ponad 1m i dwa razy dziennie odwraca się kierunek rzeki. W dawnych czasach jak łódki były napędzane ręcznie, a nawet później jak silniki były słabsze, nie dało się płynąć pod prąd, więc trzeba było planować tak, żeby zawsze było z prądem. Teraz łódka dałaby radę, ale zużycie paliwa drastycznie wzrasta. Holendrzy przytomnie zauważyli, że rośliny w kanale płyną w różnych kierunkach. My w jeden dzień nie mieliśmy okazji tego zaobserwować, ale zanotowaliśmy w pamięci żeby zwrócić na to uwagę.
Image

Image

Image

Bladym świtem docieramy na rynek w wersji lądowej i wysiadamy przy nabrzeżu w mieście.
Image

Image

Image

Ruszamy za naszym przewodnikiem prosto w stragany
Image

Image

Image

Image

Jak widać, żadna część nie może się zmarnować :)
Image

Image

Image

Image

Świt już w pełni więc i ruch się zagęszcza.
Image

Image

Image

Niektóre okazy muszą być w klatkach bo potrafią podskoczyć. Czasami klatki aż się trzęsły od próbujących się wyrwać więźniów.
Image

Image

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję natury komunikacyjnej. Wietnamczykom udało się spełnić mokry sen Amerykanów, czyli wszystko drive-in. Wprawdzie w wersji skuterowej, ale tutaj wszyscy podjeżdżają skuterem prosto pod stoisko i kupują bez zsiadania z niego. To samo wiedzieliśmy wielokrotnie z budkami z jedzeniem czy napojami. Podjeżdżasz, zamawiasz, odbierasz, odjeżdżasz, a wszystko z tyłkiem na skuterze.
Image

Image

Image

Czasami w wąskich uliczkach targowiska powstawał konkretny korek, kiedy dwa skutery były zbyt obładowane, żeby minąć się na szerokość.
Image

Dział z ozdobami na Tet. Nie mam odpowiedniego zdjęcia, ale były też stoiska z papierowymi makietami różnych rzeczy (samochody/pieniądze/domy/meble) które można składać w ofierze. Przewodnik tłumaczył nam, że w okolicy Tet z wietnamskich domów wzywany jest bożek kuchenny, który głównemu bóstwu ma zdać relację jak dana rodzina radziła sobie w ciągu minionego roku.
Image

Image

Opuściliśmy teren targowiska, a wjazd robi się jeszcze bardziej zatłoczony.
Image

Image

Nasza kameralna łódka jest mniej więcej tej wielkości. Czekamy jeszcze chwilę, aż nasza zacumuje do nabrzeża.
Image

Image

Image

Thin wytłumaczył nam dlaczego wszystkie łodzie mają kolorowe oczy. To jest zwyczaj z czasów kiedy w rzece były krokodyle i sumy powyżej 2m. Łódź musiała udawać, że jest większym zwierzem, żeby zmniejszyć ryzyko ataku.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Docieramy do łódki kawowej. Po jednym napoju mamy w cenie i każdy chętnie bierze kawę z rana. Jedni ciepłą, inni zimną, a córka kokosa. Pan od kawy ma ponoć 30 lat doświadczenia.
Image

Image

Naszym następnym celem jest łódka ananasowa. Ponoć każda łódka ma wywieszone czym handluje. Tutaj rzeczywiście wiszą ananasy. Dostajemy owoce do degustacji. Nie zaskoczę nikogo, jeśli napiszę, że ananasy były pyszne. Do tego posypka z soli i krewetek. Oprócz degustacji mamy jeszcze wejście do części mieszkalnej. Holendrzy przy swoim wzroście muszą bardzo uważać na głowy. Jest przerwa noworoczna więc w hamakach leżą dzieciaki z komórkami w dłoniach. W środku jest surowo, ale zaskakująco przestronnie. Dzieciaki chodzą do szkoły w mieście, a każdy statek ma gdzieś na lądzie zaparkowany skuter.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Poruszyliśmy też z przewodnikiem temat śmieci, bo ich ilość w rzece jest delikatnie mówiąc przerażająca. Zresztą jest to wysoce uciążliwe bo często coś się wkręca w śrubę napędową. Ponoć są obecnie prowadzone akcje edukacyjne i powoli to się zmienia, ale starsze pokolenia nadal ostro śmiecą.
Image

Wpływamy do mniejszego kanału.
Image

Konstrukcja nie wygląda na najsolidniejszą, ale stoi.
Image

Znów wysiadamy na ląd i idziemy wąskimi uliczkami do fabryki makaronu ryżowego
Image

Na miejscu wita nas szczeniaczek i nagi chłopiec w kąpieli i ze sporym ADHD.
Image

To są już wystudzone płachty sprasowanego ciasta ryżowego przygotowane do cięcia na wstążki.
Image

A to jest Thin, nasz przewodnik
Image

Gospodarze manufaktury przy pracy
Image

Na takich bambusowych noszach suszą się na słońcu placki
Image

Taką maczugą ściąga się wilgotne placki z "patelni"
Image

Oczywiście mieliśmy możliwość wziąć udział w każdym etapie od nakładania ciasta, przez suszenie po cięcie.
Image

Nie mam dobrego zdjęcia maszyny do cięcia. Normalnie jest napędzana silnikiem, ale dla turystów pas klinowy jest zdejmowany i trzeba kręcić ręcznie kołem. Jak widać na poprzednich zdjęciach, placki są okrągłe. Po przejściu przez głowicę tnącą zawsze zostaną krótkie kawałki, a jak wiemy makaron azjatycki jest ładny i długi. Co więc się dzieje z tymi krótkimi? Wyrzucają? Na szczęście nie. Powstało z nich nasze sniadanie, czyli noodle pizza. Są to smażone na słodko w głębokim tłuszczu kawałki makaronu.
Image

Płyniemy dalej.
Image

Image

Image

Image

Trwa właśnie budowa nowego mostu.
Image

Wspominałem już o śmieciach? Tutaj złapałem delikwenta na gorącym uczynku.
Image

Image

Dobijamy do nabrzeża po drugiej stronie rzeki. Naszym celem jest plantacja owoców.
Image

Wspominałem już, że Wietnamczycy kochają karaoke? Pora śniadaniowa jest też dobra na karaoke :)
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

To jest niezmiernie ciekawa konstrukcja. Kojarzycie zupę z gniazda ptaka, konkretnie jerzyka? Bardzo popularna w Azji i astronomicznie droga. W tym wielkim bloku mieszkają jedynie jerzyki na grządkach. A na zewnątrz są głośniki, z których płynie wabiący głos godowy.
Image

Tradycyjne ciastka Tetowe
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jest i durian.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przy tych stolikach zazwyczaj odbywa się degustacja owoców (w rytmie karaoke) ale nasi holenderscy towarzysze mieli o 12 transfer do Kambodży i chcieli wrócić do homestay z zapasem czasu. Dlatego dostaliśmy owoce na wynos i wszamaliśmy w łodzi.
Image

Mamy jeszcze chwilę zanim odpłyniemy więc wracam z córką do sklepiku na plantacji po lody. Nie może się zdecydować, nie do końca rozumiemy wietnamskie nazwy, więc mówię "weź waniliowe, będzie bezpiecznie". Córka rozpakowuje próbuje i ma prawie łzy w oczach. "Tata, to jest DURIAN". Dobra idziemy po czekoladowego. Tata zjada drugie durianowe lody w czasie tych wakacji i wprowadza zakaz żółtych lodów. To będzie najbezpieczniejsze :D
Image

Prawie kończymy i już tylko po drodze zahaczamy o mały kanał.

Image

Image

Image

Image

Image

W międzyczasie rozmawiamy trochę z przewodnikiem i dowiadujemy się, dlaczego tak ciężko się z Wietnamczykami rozmawia po angielsku. Okazuje się, że oni w większości dialektów swojego języka wyeliminowali głoskę S. Dlatego wszystkie zbitki w języku angielski brzmią dla nas dziwnie, a czasami zupełnie niezrozumiale. Thin akurat mówił całkiem poprawnie, ale mówił że uczył się z native speaker.

Wracamy do pensjonatu tuż przed 11. Zamawiamy lunch (bo wiemy, że kuchnia pracuje powoli), a nawet okazuje się, że nie ma kucharki, bo pojechała po produkty. Zapomniałem dodać, że właściciele wyjechali do rodziny i homstay zarządzają przewodnicy. Oczekując na lunch idziemy nad basen. Jest tylko kilka miejsc na leżakach pod parasolem ale pod okupacją francuskiej rodziny, która całymi dniami siedzi jedynie nad basenem. W samo południe nie chcemy smażyć się w pełnym słońcu więc zajmujemy stolik pod drzewami. Na szczęście w porze lunchu Francuzi się w końcu zwijają więc szturmujemy leżaki. Drugi zestaw pod parasolem zajmuje rodzina mówiąca dziwnym językiem. Początku brzmiał z niemiecka, później jakby skandynawsko, więc wiedziony wrodzoną ciekawością spytałem i okazało się, że to Łotysze. Byli z trójką dzieci, a ich córka Austra była w tym samym wieku co nasza, więc szybko się zgadały. Zrobiliśmy krótką przerwę na lunch. Żona zamówiła zupę z krabów rzecznych (120k), ja chyba krewetki (130K), a córka skrzydełka (170k). Przewodnik zawołał nas z nad basenu i okazało się, że zamiast skrzydełek jest cały kurczak (z szyją i głową, co wygląda super na talerzu, a kosztuje 360k). Od razu wyjaśniłem, że zamawialiśmy skrzydełka. Obsługa była strasznie przejęta i zapytali czy przyjmiemy całego kurczaka w cenie skrzydełek? To się dobrze składało, bo zamierzaliśmy go gdzieś i kiedyś zamówić. Oczywiście mój plan na lekki lunch poszedł się walić, bo 8 latka nie poradzi całemu kurczakowi. Na szczęście lekcje gotowania są dopiero o 17 więc powinienem zgłodnieć. Zapomniałem dodać, że przy check-in zapomniano nam dać losy z noworocznego drzewka, więc zrywamy je teraz. Ja wygrywam piwo, żona miejscową nalewkę, a córka Sprite.
Image

Po lunchu wracamy nad basen, a przed 16 idziemy do pokoju częściowo się spakować i przygotować do wieczornej atrakcji.

O 17 meldujemy się w restauracji. Naszym kucharzem ma być Kin, nasz wczorajszy przewodnik. W czasie przygotowań interesuje się kurnikiem nad rzeką. Ten ptaszek jest tutaj dominującym śpiewakiem.
Image

Image

Stanowisko gotowe. Myślałem, że taka lekcja to będzie makaron z kurczakiem w sosie rybnym w woku i do widzenia. Tymczasem to było chyba najlepsze przeżycie w całej podróży. Robiliśmy wietnamskie naleśniki bahn xeo w wersji deltowej. Ponoć czym dalej na północ tym naleśniki stają się bardziej chrupiące. Nadzienie do naleśników to kurczak i warzywa. Lepsze byłby krewetki (mogliśmy je wybrać), ale liczymy że córka zje z kurczakiem. Do tego ryba na drugie danie, a na deser owoce.
Image

Image

Pierwsze porcje są już gotowe. Sama metoda smażenia nie jest taka prosta, bo trzeba trochę machać wokiem, żeby dosmażyć boki.
Image

Ryba też już dochodzi.
Image

Naleśników wyszło zdecydowanie ze dużo, ale Kin zadeklarował, że co zostanie to obsługa chętnie dokończy :) Najlepsze w wietnamskich naleśnikach jest sposób jedzenia. Naleśnik z nadzieniem tnie się na węższy pasek i zawija w dużego liścia. Takiego zawijańca macza się w sosie przygotowanym na bazie sosu rybnego i ani się nie orientujesz większość naleśników znika, a ty pękasz w szwach. Córka trochę kręciła nosem, bo w cieście na naleśniki był szczypiorek. Kto ma dzieci to, wie co i jak :) Na szczęście przełamała swoje obawy i stwierdziła, że w sumie to nie było tego szczypiorku tak dużo i spróbowała. Tak jej posmakowały, że musieliśmy z naszych wyciągać warzywa. Ogrom tej kolacji to był dopiero początek problemów, bo okazało się, że nowa koleżanka córki ma dzisiaj urodziny i dostaliśmy w prezencie talerz owoców. Oprócz tego mieliśmy nasz własny talerz owoców. I muszę przyznać, że smoczy owoc mnie podbił. Próbowaliśmy białego i czerwonego. Biały był kozacki. Łotysze mieli ze sobą farbki, więc dziewczyny poszły malować, a ja powróciłem do tematu który poddałem badaniom rano, czyli Song Ngu Distillery. Nie mam miejsca na pełen zestaw 8 smaków, ale zanim zdążę zamówić Kin sam przynosi 3 shoty (jak się później okazało od firmy). Nie mieli żmijówki ale nalewki owocowe i korzenne były również niczego sobie. Ta z loterii (chyba pomarańczowa) była zalakowana, więc wróciła z nami jako pamiątka.
Image

Dzieciaki się razem bawią, a my korzystamy, że nie musimy wcześniej wstawać więc relaksujemy się chwilę w hamakach.
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
piwili uważa post za pomocny.
 
      
Offline
#11 PostWysłany: 17 Mar 2026 13:24 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 5

Dzisiaj mamy transfer do Phan Thiet, na wybrzeżu. Kierowca jest umówiony na 9 więc spokojnie na 8 idziemy na śniadanie. Śniadanie jest skromne, ale w stylu europejskim. Kin smaży jajka i naleśniki. Sam rzadko jadam naleśniki na śniadanie ale skusił mnie domowy dżem ananasowy :)
Przed odjazdem idę nas rozliczyć i łącznie za nocleg, 2 wycieczki, lekcję gotowania, 2 dalekie transfery oraz jedzenie i napoje w restauracji wyszło 710$.

Kierowca przyjeżdża ten sam co poprzednio. Pakujemy nasze graty i okazuje się, że nawigacja pokazuje nieco ponad 4 godziny. Nie najgorzej jak na Tet, ale jak się okaże, konsekwencje tego dnia będą widoczne później. Droga idzie dość sprawnie, więc docieramy do celu około 14. W hotelu Tiffany Hotel & Restaurant (440 zł) meldujemy się wcześniej i widać, że jest pusto. Ogólnie budynek znajduje się w okolicy gdzie nowe hotele wyrastają jak grzyby po deszczu. Sam nasz hotel też jeszcze pachnie nowością.

Postanawiamy iść coś zjeść i ... zderzamy się z Tet. Jest 17 luty, czyli szczytowy dzień. W Wietnamie mówi się, że pierwszy dzień nowego roku jest dla rodziny, drugi dla znajomych, a trzeci dla nauczycieli, czy jakoś tak. Przez to, że to był dzień dla rodziny, to miasto było wymarłe, a knajpy pozamykane. Ludzie spotykali się w domach lub parkach. Zrobiliśmy rundę po mieście i po godzinnej wędrówce byliśmy na tyle zdesperowani, że wchodziliśmy nawet do hotelowych restauracji. Udało nam się w końcu trafić jakąś otwartą restaurację, w hotelu. Wprawdzie była kompletnie pusta, ale powiedzieli że są otwarci. Na jedzenie czekaliśmy dość długo, więc zakładam, że robili je na świeżo.

Po posiłku w drodze powrotnej do hotelu idziemy zobaczyć jak wygląda plaża. Pomijając fakt, że plaża to kawałek betonu, to fala nie zachęca do kąpieli.
Image

Image

Image

Ogarniamy się w hotelu i ruszamy obejrzeć miasto. Bierzemy graba i zaczynamy od Van Thuy Tu Temple. Niestety ale brama była zamknięta i nie mogliśmy zobaczyć szkieletu wieloryba.
Image

Image

To nie jest często spotykany widok Wietnamskiej ulicy
Image

Domowa kapliczka
Image

Pojedyncze kawiarnie były otwarte.
Image

Dalej udaliśmy się w stronę rzeki, żeby zobaczyć kolorowe łodzie rybackie.
Image

Image

W tle, za mostem widać Phan Thiet Water Tower
Image

Image

Ilość kolorowych łodzi jest ogromna.
Image

Pod wieżą odbywała się jakaś noworoczna impreza
Image

Image

Bliżej centrum pojawiło się nieco ruchu. Udało nam się znaleźć sklep. Nie wiem czy był czynny bo właściciele leżeli w hamakach, ale widząc zdesperowane dziecko lody sprzedali :) Przy okazji córka poleca lody kokosowe. Takie w fioletowej polewie. Są bezpieczne, niedurianowe.
Image

Image

Image

Image

Kawałek dalej jest Dục Thanh School i Muzeum Hồ Chí Minha. W tej szkole Wujek Ho był nauczycielem przez kilka lat, jako młody człowiek. Bardzo ciekawe i w ten dzień (nie wiem jak w inne) darmowe miejsce
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po drugiej stronie szkoły mieście się świątynia Chùa Thiền Quang
Image

Image

Robi się ciemno i wszędzie pojawiają się podświetlone lampiony.
Image

Zachód słońca na rzece pełnej łódek wygląda prawie jak z pocztówki.
Image

A to nieco mniejsza wersja łódki rybackiej. Mieliśmy okazję widzieć podobną w akcji ale to będzie później.
Image

To chyba jakiś budynek rządowy/lokalnie rządowy.
Image

Impreza pod wieżą się skończyła.
Image

Ale sporo ludzi jeszcze robi zdjęcia pod dekoracjami
Image

Bardzo kiepsko widać w ciemności, ale na ciężarówce siedzą dzieci w kostiumach. To jest podstawowy środek transportu trup artystycznych :)
Image

Wypadało by coś zjeść. Do hotelu mamy 25 minut pieszo i 5 grabem. Wiemy, że fragment & Restaurant w nazwie jest fikcyjny więc postanawiamy poszukać czegoś po drodze. Wiemy od recepcjonisty, że dwie ulice dalej jest czynna restauracja, także mamy wyjście awaryjne. Uznajemy, że pójdziemy 10 minut w stronę hotelu i jak nic nie znajdziemy, to zamówimy graba i jedziemy. Widzieliśmy, że była jedna knajpka czynna po drugiej stronie rzeki ale wypchana po brzegi. Idziemy kilka minut i nic. Zrezygnowani przechodzimy przez drogę sprawdzić jakąś budę obstawioną ludźmi na skuterach. Na szczęście okazuje się, że to piekarnia i robią bahn mi (35k). My bierzemy po kanapce, a córka samo mięso na patyku (oni to tłumaczą jaką skrewers). Konsumpcję uskuteczniamy w parku. Zamawiam graba i wracamy do hotelu. Godzina nie jest drastyczna, a córka nadal głodna. Idziemy do restauracji obok na frytki i drinka. Na miejscy załapaliśmy się na jakieś lokalne fajerwerki.

Image

Image

Image

Phan Tiet słynie z sosu rybnego. Spotkałem się z opinią, że w okolicy czuć zapach tego lokalnego przysmaku. Jeśli zastanawiacie się czy jest powód takiego tytuły tej relacji... to nie. Sos rybny jeszcze się pojawi w roli głównej. Tymczasem idziemy spać, bo na 7 mamy umówionego kierowcę na wycieczkę po okolicy.
I tutaj zaczyna się nocna przygoda. Za każdym razem jak już prawie zasypiamy coś piszczy. W regularnych odstępach co 15-25 minut. Brzmi jak ptak tuż nad uchem. Córka zasnęła zanim to coś zaczęło intensywnie dawać czadu. My dajemy radę psychicznie do 1 w nocy, później już wykończeni zaczynamy szukać w internecie co to może być. Pytam czata, a na moją sugestię, że to może być odstraszacz ptaków (dźwięk brzmi trochę jak z głośnika) przyznaje, że to możliwe. Zdesperowany idę w piżamie na recepcję. Tam zastaję pana, który nie umie po angielsku nie w ząb ale Wietnamczycy są bardzo komunikatywni i od razu odpalają translator. Nadal ciężko mu zrozumieć o co mi chodzi. Idziemy razem na nasze piętro i wychodzimy na zewnętrzne schody ewakuacyjne. Nasłuchujemy ale jak na złość nic nie ma. Uznaję, że rano zgłoszę to jeszcze raz kobiecie która zna angielski. Tymczasem czat uważa, że coś może siedzieć w rurach wentylacyjnych. Decydujemy się włączyć klimatyzację, żeby zrobić jakiś hałas, który może odstraszy intruza.
Nie wiem o której ostatecznie zasnęliśmy.
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#12 PostWysłany: 19 Mar 2026 08:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lut 2015
Posty: 801
Loty: 72
Kilometry: 185 531
niebieski
Fajnie się czyta, i wracają wspomnienia, bo byliśmy w praktycznie tym samym czasie i w podobnych miejscach
_________________
Podróżowanie sprawi, że zaniemówisz z wrażenia, a potem zamienisz się w gawędziarza
Góra
 Profil Relacje PM off
bruce09lili lubi ten post.
 
      
Offline
#13 PostWysłany: 19 Mar 2026 13:26 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
@Dryblas

dzięki za dobre słowo :)

Dzień 6

Przewoźnika na ten region znaleźliśmy przez naszego osobistego asystenta, czyli czata GPT i umówiliśmy kilka tygodni przed wyjazdem. Wysłaliśmy kilka ofert do wyników czata i firma Viet Nam Private Taxi +84908011788 dała najlepszą ofertę. Umawiam się z nimi dzień wcześniej na godzinę 7, bo wiemy że śniadanie jest od 6.30. Rano w recepcji jest pani mówiąca po angielsku więc tłumaczę jej nasze nocne przygody. Recepcjonistka podejrzanie sprawnie naśladuje ten dźwięk. Potwierdzam, że brzmi podobnie i słyszę "to pewnie jaszczurka w podwieszanym suficie". Znamy problem i sprawdzimy w trakcie sprzątania. Moje myśli biegną gdzieś w stronę WTF ale cieszę się, że jest jakaś reakcja. Śniadanie azjatyckie i chyba zresztą cały hotel, a nawet cała okolica jest nastawiona na turystę azjatyckiego. Udaje mi się upolować ciastko tetowe z różnokolorowym ryżem i nadzieniem mięsnym. Córka zachwycona, bo w domu nie ma na śniadanie mięsa z kolbą kukurydzy :)

O 7 ruszamy w stronę Ta Cu, żeby załapać się zanim zrobi się gorąco. Muszę przyznać, że z całego pobytu chyba ten kierowca był najlepszy - znał angielski na tyle, że umiał się dogadać i zawsze mówił nam gdzie będzie na nas czekał. Do tego po drodze jak zobaczył, że rozglądamy się, podziwiamy rośliny, to wytłumaczył nam, że to co widzimy to plantacje smoczego owocu i zaraz zjechał z drogi na jedną z takich plantacji. Owoce jeszcze mocno niedojrzałe.
Image

Image

Pod kasami Ta Cu szykuje się młodzieżowa grupa taneczna zakładam, że z miejscowego domu kultury.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nie wiem czemu ale kojarzy mi się ten widok z kreskówką w stylu Scooby Doo :D
Image

Image

Sam pokaz robi świetne wrażenie i momentalnie zapominamy o wczorajszych wadach Tet, na rzecz dzisiejszych zalet :)
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po zakończonym tańcu żona poszła do toalety a mnie i córkę dopadł miejscowy kierownik domu kultury lub ktoś podobny, kazał młodzieży ustawić się w formację smoka, nas ustawił na przedzie, zabrał mi aparat i nacykał pamiątkowych fotek. To wszystko bez ani jednego słowa po angielsku ale po naszych minach widział, że goście zagraniczni zadowoleni, więc może zasłużył na order od partii
Image

Na górę wjeżdża się kolejką gondolową.
Image

Image

Widoki po drodze robią wrażenie
Image

Image

Tutaj pojawiło się pytanie od córki, dlaczego oni muszą te świątynie budować na końcu schodów.
Image

Image

Image

Image

Image

Pewnie dlatego budują świątynie na końcu schodów, żeby był ładny widok z góry :)
Image

Image

Ten Budda chyba przesadził z bahn mi - a wg zwyczajów duży brzuch i uśmiech symbolizują radość, hojność, dobrobyt, płodność oraz zadowolenie z życia.
Image

Image

Image

Image

Image

Idąc dalej w górę docieramy do wielkiego posągu zwanego śpiący Budda.
Image

Image

Grobowce po drodze
Image

Image

Obok świątyni był sklep i restauracja (pewnie wege), więc kupujemy lody - oczywiście kokosowe w fioletowej polewie, te bezpieczne.
Image

Image

Image

A tutaj już jesteśmy na dole i jedziemy meleksem do bramy wyjściowej. Niektóre zdjęcia z parku po drodze mogą być nieco rozmyte, bo były robione przy sporej prędkości.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Następny punkt to latarnia morska Kê Gà
Image

Kierowca chciał nas władować do tej łódki, ale ciężko było się porozumieć z obsługą i ustalić jaka jest cena. Ich wymowa czasami naprawdę jest straszna. Ostatecznie uznajemy, że najlepsze zdjęcie latarni to zdjęcie z daleka i tylko chwilę kręcimy się po okolicy.
Image

Image

Image

Image

Image

Córka wpada w lekką panikę :)
Image

Image

Image

Ruszamy dalej i kolejnym punktem jest Fairy Stream w Mui Ne. Jesteśmy już lekko głodni więc przed zejściem w strumień korzystamy z okolicznej knajpy. W sumie to żona mnie namawia na spróbowanie żaby :) Stwierdzam, że czemu nie? Jednocześnie popełniam największy błąd wyjazdu... nie chodzi o żabę, ale o zawartość słoja na zdjęciu. Uznaję że shot w południe, a później spacer w słońcu to zły pomysł. Później strasznie tego żałowałem, bo jakoś żmijówka nie rzuciła mi się już w oczy i jej nie spróbowałem :(
Image

Córka zamawia kotlety, żona naleśniki, a ja wspomnianą żabę i wszyscy zadowoleni. Ceny dość zacne, bo żaba to chyba 120k a naleśniki 100k gdzie porcja nie do okiełznania.
Image

Image

Image

Dziewczyny przebierają buty na wodne, a ja mam uniwersalne. Widok na wejściu nie zachwyca, ale nadal dziwię się ludziom którzy pokonywali kamienisty strumyk na boso. Czasami nawet robił się przez to korek.
Image

Muszę przyznać, że Wietnamczycy są bardzo przedsiębiorczy. Jak są gdzieś ludzie, to rozkładają stolik i coś sprzedają.
Image

Image

Formacje skalne robią wrażenie
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Naszym kolejnym celem jest wioska rybacka w Mui Ne. Upał daje się we znaki więc kolejne lody.
Image

Image

Image

Image

Image

Następnie udajemy się do Red Sand Dunes Beach. Tam jest okazja pozjeżdżać. Pani wypożycza nam maty do zjeżdżania i pilnuje żebyśmy nie uszkodzili.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po czerwonych wydmach mieliśmy jechać jeszcze na białe, ale jesteśmy cali w piachu, a kierowca mówi że teraz jest tam absurdalny upał i możemy wpaść tam jutro rano po drodze do Da Lat. Zgadzamy się na to i wracamy do hotelu. Ogarniamy się i robimy krótką sjestę. Raz czy dwa słychać naszego kolegę w suficie więc jak wychodzimy na kolację to zgłaszamy to w recepcji.

Na kolację mieliśmy jechać do miasta ale najpierw robimy rekonesans w okolicy hotelu. W ten oto sposób trafiamy do miejsca z grillem w stole. Jesteśmy trochę przerażeni perspektywą samodzielnego smażenia na stole potraw zamawianych w ciemno, ale ostatecznie z pomocą google lens i jedynej kelnerki znającej angielski ogarniamy co i jak :) Cała kolacja okazała się nawet fajną przygodą. Poniżej wrzucam menu

Image

Image

Image

Image

Do tego jeszcze świeże piwo
Image

Po kolacji lekko niepewni idziemy do pokoju szykować się do spania. Jutro wyjazd o 6, a jak nasz jaszczurzy potwór nadal grasuje to będzie słabo. Okazało się, że hotel jednak znalazł rozwiązanie. Nie... nie udało im się go złapać/wypłoszyć ale o wieczorem włączyli jakąś hałasującą dmuchawę. Jednostajny hałas był dla nas znośny, a intruz przeniósł się gdzieś dalej, bo było go słychać ale dźwięk był stłumiony. Dodatkowo stopery w uszy i udało się przespać noc bez problemów.
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#14 PostWysłany: 20 Mar 2026 13:26 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 7

Na początek drobne sprostowanie od żony, bo napisałem głupoty - że Wietnamczycy nie używają głoski S. Chodziło o R :) coś tam zapamiętałem ale tak nie do końca

Dzisiaj mamy wycieczkę do Da Lat, czyli dawnego francuskiego uzdrowiska górskiego. Wstajemy wcześniej i po 6 podjeżdża po nas auto. Liczyliśmy, że będzie ten sam ogarnięty kierowca, ale trafia nam się wyjątkowo kobieta. Z komunikacją tak średnio i poniesiemy za chwilę tego konsekwencje. Zaczynamy od zostawionych z wczoraj białych wydm. Mieliśmy zaznaczony nieco inny punkt ale brak komunikacji powoduje, że lądujemy w dużym parku rozrywki zamiast gdzieś na samych wydmach. Z tego miejsca startują wycieczki quadami i na wielbłądach. Żadna z tych atrakcji nas nie interesuje ale ostatecznie kupujemy owoce na patykach do karmienia wielbłądów.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pokręciliśmy się po wydmach i nasz dzień zaczął się nieco sypać, głównie z powodów braku komunikacji z kierowcą. Znaleźliśmy ją jak jadła śniadanie. Ona kończyła zupę, a my przeglądaliśmy menu. Kierowca założyła, że tam usiądziemy i ma sporo czasu i sobie "gdzieś" poszła. Tymczasem tam były tylko zupy. O ile my byśmy jeszcze się najedli to córki na pho na śniadanie nie namówimy. Uznajemy że jedziemy dalej. Podchodzimy do auta i nikogo nie ma. Szukam w poczekalni dla kierowców i też jej nie ma. Biegamy po całym ośrodku i nigdzie jej nie ma. Czas ucieka, droga daleka, a my kręcimy się szukając kierowcy. W końcu zdesperowany piszę na Whats App wiadomość do jej szefa. Po kilku minutach się odnajduje.

Nadal jesteśmy głodni i zaczynamy szukać czegoś po drodze. Kierowca twierdzi, że przez dwie godziny nic nie będzie. Trochę wydaje mi się to dziwne i oczywiście po 15 minutach wjeżdżamy do miasteczka gdzie są budki przy drodze. Pokazuję jej, że tutaj będzie ok. Było nawet lepiej niż ok. Ceny na prowincji zwalają z nóg. My bierzemy bahn mi, a córka bun bao. Te udekorowane w kształcie zwierzątek są na słodko.
Image

Droga do Da Lat to jest tragedia i w mojej wyobraźnie nie spodziewałem się, że miejscami będziemy jechać górską szutrówką. Po drodze takie widoki spotykaliśmy
Image

Image

Image

Image

Droga jest na tyle długa, że robimy jeszcze szybki postój na kawę.
Image

Docieramy w końcu w okolicę Da Lat i stajemy przy wodospadzie. Miejsce nazywa się Datanla i w zasadzie okazuje się górskim parkiem rozrywki. Wszędzie dziki tłum, bo jest przerwa noworoczna. Kolejka do biletów wygląda na pół godziny. Sprawdzam czy uda się zamówić on-line. Znalazłem stronę Klook, na której sprzedają bilety na Alpine Coaster. Kupujemy bilety i zadowoleni idziemy dalej, a tam ktoś z obsługi nas zawraca, bo bilety on-line trzeba odebrać w okienku. Serio? O tyle przyspieszyłem, że mogłem przejść do kolejki dla grup i wycieczek. Decydujemy, że dziewczyny idą już do właściwej kolejki. Całość nie przesuwa się prawie wcale. Ja odbieram bilety, a żona mówi, że to jeszcze godzina stania. Kasa już wydana i utknęliśmy. Wpadam na pomysł, że może spróbujemy sprzedać gotowe bilety. Kolejka do kasy jest nadal na 30 minut więc może ktoś się skusi. Ustalamy, że jak pozbędziemy się biletów, to spadamy, a jak się nie uda to trudno - zostajemy. Chwilę negocjuje z Niemcami ale jest ich tylko dwoje i sami nie wiedzą czy chcą iść czy nie. Chyba nie nadaję się na zawód konika i wracam do kolejki. Córka zadowolona, a my uznajemy, że ostatecznie zasłużyła na odrobinę frajdy, bo zwiedza bardzo dzielnie.
Kolejka przesuwa się bardzo powoli. Swoją drogą w kolejce Wietnamczycy interesowali się urodą córki. Była dla nich na tyle egzotyczna, że robili sobie zdjęcia. Trochę nas to zdziwiło, ale czat twierdził, że jeśli to byli wietnamscy turyści z miasteczek/wiosek z dala od głównych miejsc dla zagranicznych turystów, to mogli nie widzieć białego człowieka, a zwłaszcza dziecka.
Image

Jedzie się takim bolidem. Można nim samodzielnie hamować lub przyspieszać.
Image

Image

Ruszamy. Trasa jest dość długa ale ruch jest też spory i są miejsca gdzie trzeba zwolnić lub całkiem się zatrzymać.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na dole jest wodospad. Dziewczyny ustawiają się w kolejkę powrotną, a ja idę zrobić zdjęcia. Później się wymieniamy. Kolejka idzie powoli, więc wykorzystujemy czas na konsumpcję. Oprócz kiełbaski bierzemy też truskawki z Da Lat. Jest tutaj klimat jak z południa Europy, więc są truskawki i winogrona oraz wino z Da Lat.
Image

Image

Image

Image

Jazda pod górę nie jest jakąś większą frajdą, bo większą część czasu bolid jest wciągany liną.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Biegniemy do auta i tym razem nasza pani kierowca była przy samochodzie. Ruszamy do świątyni Thiền Viện Trúc lâm Đà Lạt
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wjeżdżamy w końcu do samego miasta Da Lat. Kierujemy się do Crazy House. Dom zaprojektowała w latach 90 wietnamska architekt, córka premiera... chyba można śmiało założyć, że miała wolną rękę w kwestii stylu i postanowiła zainspirować się Gaudim.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jedziemy jeszcze pod Crémaillère Railway Station i kręcimy się po okolicy jeziora.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jest już po 15 i czas ruszać w drogę. Przed wyjazdem chcemy coś zjeść. Próbujemy wytłumaczyć kierowcy, że nie interesują nas restauracje tylko coś lokalnego. Zawozi nas w wąską uliczkę i kieruje do lokalu. Nauczeni doświadczeniem dnia wczorajszego i grilla wiemy, że google lens w tłumaczeniu jest beznadziejny i doszliśmy do wniosku, że skoro AI jest pod ręką, zna nasze nawyki i zwyczaje, bo nasze rozmowy o Wietnamie w międzyczasie stały się długą dyskusją, więc dlaczego to nie jemu zlecić tłumaczenia. To był strzał w dziesiątkę, bo oprócz tłumaczenia dostaliśmy jeszcze opisy i rekomendacje, np. że to jest przysmak z tego regionu.
Tak oto wylądowaliśmy w restauracji smażącej mini naleśniki ryżowe Banh Can. Wzięliśmy dwie wersje - z jajkiem przepiórczym i kurzym. Do picia mleko sojowe na ciepło i standardowo bulion do maczania naleśników. Pyszności. Przy okazji po kilku dniach coraz sprawniej poruszamy się w świecie pałeczek. Córka odmówiła naleśników z jajkami ale tuż obok wzięliśmy jej frytki z posypką serową. My skusiliśmy się jeszcze na panierowany ser. Panierka była kokosowa i muszę przyznać, że uwielbiam ich wariację na ten temat - ten kokos jest przyjemną nuta i nie dominuje.
Image

Image

Image

Jedziemy do Phan Thiet. Droga jest długa i męcząca. Do miasta docieramy około 19 i prosimy, żeby nas wysadziła pod Water Tower. Stamtąd chcemy poszukać czegoś do jedzenia. Mamy kilka knajp na oku, ale pytamy czata czy jest jakieś miejsce gdzie będzie dużo knajp. Okazuje się, że wszyscy miejscowi siedzą za następnym skrzyżowaniem wzdłuż rzeki, koło łodzi rybackich. Jest ogrom knajp ze świeżymi rybami i owocami morza. Wszystko pływa sobie w akwariach i na świeżo ląduje na talerzu.
Image

Image

Zasada mówi, że nie ma takiej ilości ludzi, których nie obsłużymy. Stoliki dokłada się wszędzie, nawet na chodniku po drugiej stronie drogi, a i spore kawałki asfaltu są zajęte.
Image

Image

Image

Wracamy do hotelu i pakujemy się, bo czas kończyć południe Wietnamu. Jutro wracamy do HCMC i lecimy do Da Nang. Auto mamy zamówione na 6, bo boimy się korków.
Jutro też częściowo wyjaśni się tytuł tej relacji
Góra
 Profil Relacje PM off
kameander lubi ten post.
 
      
Offline
#15 PostWysłany: 23 Mar 2026 13:27 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 8

Mamy dziś transfer do HCMC na lot Vietnam Airlines do Da Nang. Auto jest umówione na 6 rano, bo nie wiadomo jak będzie po drodze. Patrząc wstecz żałuję dwóch rzeczy niezobaczonych w Phan Thiet - wieży Chamów i fabryki sosu rybnego. Jakoś tak się nam trasy ułożyły, że oba te miejsca minęliśmy i już nie było kiedy wrócić.

Wyjeżdżamy wcześniej, więc nie ma czasu na śniadanie, zresztą w tym hotelu nie było ono rewelacyjne więc żadna strata. Jemy po drodze w czymś podobnym do naszych MOP przy autostradach i ekspresówkach. My z żoną wybieramy bahn mi, a córka chce odpocząć od wietnamskich smaków i zamawia burgera.
Godzinę później stajemy jeszcze na toaletę. W sklepie obok zauważam fajny 6-pak małych sosów rybnych. Kupujemy na pamiątki i na razie wrzucam go luzem do samochodu. Po przyjeździe na lotnisko w HCMC trzeba go gdzieś przepakować, bo nie przejdzie kontroli. Mamy dwie sztywne walizki i plecak 90L do nadania. Butelki są plastikowe więc nie boję się, że się zbiją i wrzucam do plecaka.

Dość szybko odprawiamy się na stanowisku VA i idziemy przez kontrolę bezpieczeństwa do saloniku na drugie śniadanie. Na lotnisko dotarliśmy bez korków więc mamy sporo czasu na relaks. Sam lot też sprawnie. Lądujemy w Da Nang po 15 i idziemy po bagaże. Czekamy przy kołowrotku. Widzę na ekranie jak wykładają bagaże z wózka i wrzucają na taśmę. Aż nagle widzę jak leci mój plecak i wali w ścianę przy kołowrotku. Odbieramy graty, pakujemy na wózek i jedziemy na graba. Zamawiam auto i zastanawiam się co tak śmierdzi. Jakby sosem rybnym. I dlaczego walizka jest brudna. Patrzę a tam cały plecak mokry. Otwieram a tam worek pełen tłuczonego szkła i 6x100ml sosu rybnego wylane na zawartość plecaka. Wywalam resztki i czyścimy co się da mokrymi chusteczkami. Nie wiem dlaczego byłem taki pewny, że to plastik i że nic się nie stanie. Teraz już mam nauczkę i zasadę ZERO płynów w plecaku. Podjeżdża kierowca i jedziemy do Seashore Hotel & Apartment (915 zł)

Po drodze trafia nam się bardzo aktywny kierowca, który nie mówi po angielsku ale jak dowiedział się, że jesteśmy Ba Lan to od razu przełączył translator na polski i zaczął tłumaczyć na nasze. Zaproponował wycieczkę do Hoi An. Mieliśmy już umówioną podobną wycieczkę, ale trochę inną trasę, co do której nie byliśmy przekonani. Wziąłem od niego nr Whatsapp i poszliśmy z naszymi śmierdzącymi gratami do hotelu. Już w pokoju wypakowaliśmy nieszczęsny plecak. Szczęście w nieszczęściu, w plecaku była zużyta bielizna w workach, buty wodne też w workach i to nie ucierpiało. Gorzej z kosmetyczką i suszarko lokówką żony. Do tego sam plecak. Zastanawiamy się co z nim zrobić. Do wyboru albo wyrzucić albo spróbować wyczyścić. Idę na recepcję i opisuję problem. Panie recepcjonistki obiecują przysłać "ekspertkę". Po 10 minutach przychodzi pani ekspert obejrzeć plecak. Patrzy, ogląda, podnosi i mówi, że to będzie 100k dongów. Spojrzeliśmy z żoną na siebie i szybko potwierdziliśmy, że akceptujemy. Po 5 minutach telefon z recepcji. Od razu pomyśleliśmy, że jednak nie da się go wyczyścić. Ale na szczęście dzwonili tylko powiedzieć że ze względu na Tet będzie nieco drożej, bo 21 zł a nie 14 zł :) Po chwili odnoszę jeszcze na recepcję 2 kosmetyczki. Zawartość ochroniły ale z wierzchu śmierdzą.
Większy problem stanowi lokówka. Próbujemy ją wyczyścić ale dalej śmierdzi sosem rybnym.

To teraz już wiecie skąd ten tytuł. I zapewniam, że to nie koniec przygód o tym zapachu :D

To jest widok z dachu hotelu:
Image

Image

Image

Image

Image

Jest już późne popołudnie więc idziemy się rozejrzeć po okolicy. Tuż obok hotelu są dwie fajne knajpki z akwariami ale zanim kolacja to idziemy jeszcze kawałek główną ulicą i oglądamy sklepy z pamiątkami. Jemy ostatecznie w knajpie obok hotelu ale zdecydowanie dla miejscowych. Menu tylko po wietnamsku, plastikowe stoliki i same ryby i owoce morza. Decydujemy się na hot - pot. Ciekawa potrawa ale jest przy tym na tyle dużo zabawy, że nie wchodzi to do kanonu naszych ulubionych dań.

Po kolacji prosto do hotelu i szykujemy się na jutro.

Dzień 9

Jemy śniadanie o 7 i ruszamy na The Monkey Mountain. Od czata GPT wiemy, że małpy grasują głównie z rana. Później jak robi się większy ruch to się chowają. Zamawiam graba ale aplikacja źle zlokalizowała punkt i kierowca zawiózł nas pod Lady Budda. Musimy się kawałek cofnąć. Jak dochodzimy do głównej drogi to zamawiam znów grab żeby wjechać pod górkę. Jest ich dużo a koszt to 4 zł.
Z góry schodzimy w dół polując na małpy. Długo czekać nie musimy
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Harce na przewodach
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Widok na Lady Budda z dystansu
Image

Kawałek przed rozwidleniem drogi w stronę świątyni jest kawiarnia. Kawiarnia to trochę hucznie powiedziane, bo to 3 stoliki u kogoś na podwórzu, ale podają kawę i przekąski, a małpy biegają w okolicy. Żona trochę dyskutowała z czatem na temat smaku kawy w Wietnamie, bo ma taką ciekawą czekoladową nutę. To ponoć efekt wietnamskiej robusty mocno palonej. Ale napisał, że jak nam smakuje kawa w Wietnamie to mamy poczekać do Da Nang i spróbować słonej kawy z centralnego Wietnamu. Pierwsza okazja trafia się właśnie w sobotni poranek. Zamawiamy dwie słone kawy i przepadliśmy. Jestem typem podwójne espresso, a kawy mleczne to dla mnie ostateczna ostateczność ale to jest tak dobre, że zamawiam za każdym razem. Nie pamiętam kosztu ale to było chyba coś w granicach 15k za kawę.

Tymczasem małpy dokazują.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ktoś tu dopadł resztki
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Spojrzenie w stylu "nie zadzieraj ze mną"
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Albo ktoś jest dobrze odżywiony albo nosi małe małpki w środku.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

U nas dzieci bawią się z psem lub kotem, a mały Wietnamczyk z małpkami
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dość tego dobrego. Kawa z małpami kiedyś musi się skończyć i czas ruszać do świątyni. Dla córki to chyba było najfajniejsze doświadczenie z całego wyjazdu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Znajdujemy figury z azjatyckiego kalendarza. Córce średnio się spodobało, że jest kogutem. Jakby miała na to wpływ...
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z kompleksu świątyń na wzgórzu uderzamy do miasta. Zaczynamy od katedry.
Image

Image

Image

Image

Image


Image

Idąc dalej mijamy most smoka. Mamy w planach go zobaczyć podczas pokazu wody i ognia ale zostawiliśmy to na niedzielę, bo mamy wczesną pobudkę.
Image

Image

Image

Image

Dotarliśmy do Muzeum Kultury Chamów. W sumie muzeum nie było celem samym w sobie, ale wejściówki były tanie, a na zewnątrz gorąco...
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Samo muzeum szczerze polecam, bo Chamowie są bardzo ciekawą kulturą, która zamieszkiwała terytoria Wietnamu przed Wietnamczykami. Teraz są już tylko mniejszością narodową. Poniżej stroje ludowe tej kultury.
Image

Image

Image

Image

Z muzeum podjechaliśmy do świątyni Kaodaizmu. Ta oryginalna religia powstała na terenie Wietnamu południowego i łączy wszystkie największe religie świata w jedno, a ich symbolem jest oko.
Image

Image

Image

Image

Akurat trafiliśmy na modlitwę i zostaliśmy wyproszeni. Musieliśmy stać na zewnątrz ale ciekawie było obserwować obrządek wchodzenia do świątyni ze ściśle zachowaną kolejnością.

Ruszyliśmy w stronę miasta i rozglądaliśmy się za czymś do jedzenia. Oczywiście trafialiśmy głównie kawiarnie :) a to co mieliśmy wcześniej przygotowane na google maps było nie czynne w tych godzinach. Ostatecznie Poszliśmy za jakąś naganiaczką która stała na głównej ulicy, a prowadziła w boczną. Restauracja lekko turystyczna, ale ceny jeszcze znośne - w przedziale 120-180k. Z żoną bierzemy naleśniki Bahn Xao, a córka burgera. Ja dodatkowo zamawiam sajgonki na świeżo i pękamy w szwach.

Image

Image

Wracamy do hotelu i po chwili przerwy idziemy na plażę po drugiej stronie ulicy.
Image

Image

Zabrałem maskę do snoorklingu ale przy takiej fali woda jest mocno zmącona i nic nie widać.
Image

Image

Jak już się suszyliśmy po kąpieli rybacy zabrali się za połów z tej małej łupiny kokosa :)
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wyciąganie sieci trwało dość długo
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A połów nie był jakiś szałowy.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po plaży my z żoną nadal jesteśmy najedzeni więc tylko siadamy na kawę w hotelu, a córka zamawia sobie na wczesną kolację panierowane krewetki. Wieczorem jeszcze robimy korekty planów i przesuwamy nasz umówiony transfer do Hoi An na inną trasę, a tam wciskamy kierowcę z lotniska. Jutro umówiliśmy wyjazd na 7, żeby zdążyć na śniadanie na 6.30
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#16 PostWysłany: 24 Mar 2026 08:01 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 10

Jedziemy do cesarskiego miasta Hue. Wcześniej umówiliśmy transporty w firmie Vina Travel Car +84905296869. Ruszamy tuż po śniadaniu. Po drodze mamy jeszcze punkt na Hai Van Pass. Rano w górach jest całkiem chłodno i wieje tak mocno, że musimy zdjąć czapki i kapelusze. Na wzniesieniu znajduje się dawna twierdza.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jedziemy dalej i naszą ciekawość wzbudzają paliki wystające z wody. Kierowca słabo mówi po angielsku ale zrozumiał, że chcemy się zatrzymać ale nie umie nam wytłumaczyć co to jest. Na szczęście jest czat GPT i okazało się, że to hodowla małż/ostryg
Image

Image

Image

Image

Image

Jest niedziela i przy cytadeli wita nas korek. Kierowca zostawia nr whatsapp, bo mówi że tutaj nie może parkować. Od razu wpadamy w sidła rikszarzy ale stwierdzamy, że 400k za osobę to za dużo. Rano nie mają dużo chętnych, więc biegną za nami i proponują 400k za wszystkich. Uznajemy, że w środku cytadeli będzie dużo chodzenia, więc możemy ją objechać dookoła.

Image

Image

Image

Image

Po drodze stajemy w muzeum pokoju upamiętniającym podpisanie rozejmu pomiędzy Wietnamem i Francją w Genewie.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Następnie docieramy do domu Ho Chi Minha
Image

Image

Image

Image

Kolejnym przystankiem jest muzeum rękodzieła
Image

Córce w oko wpada kapelusz wietnamski. Cena są przystępne więc kupujemy jeden malowany we wzór smoczych owoców.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niedzielne, poranne wypalanie śmieci
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Objechaliśmy cytadelę dookoła i wysiadamy. Podaję rikszarzowi banknot 500Kk i czekam na resztę, a tymczasem on zaczyna ściemę, że jak mówił 400k za wszystkich to miał na myśli po 400k za rikszę. Mówię mu żeby nie żartował, bo powiedział 400k za wszystkich i w najlepszym razie niech bierze te 500k, a my idziemy.

Kupujemy bilety i rozpoczynamy zwiedzanie wielkiego kompleksu pałaców cesarskich.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kompleks jest gigantyczny i na zwiedzanie go trzeba liczyć kilka godzin. Wycieczka rikszą zabrała nam większą część przyjemnej pogody i po świątyni poruszaliśmy się w upale. Na szczęście w środku są kawiarnie i sklepy z lodami. Przy okazji doszły kolejne bezpieczne lody - arbuzowe :)

Po zwiedzaniu pałacu jest już wczesne popołudnie więc zagęszczamy ruchy i jedziemy do Thiên Mụ Pagoda
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z braku czasu i sił wybieramy tylko jedno cesarskie mauzoleum - Mausoleum of Emperor Khai Dinh

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W drodze powrotnej chcemy stanąć na lunch. Ale jesteśmy już trochę poza miastem. Szukamy na mapach jakiś czynnych lokali ale jest tuż przed 15, a większość lokali otwiera się w okolicach 15.30-16. Co jakiś czas przystajemy przy jakimś lokalu, aż w końcu trafiamy na jakąś knajpę w małym miasteczku lub wiosce. meny po wietnamsku, obsługa nie mówi po angielsku, ale od czego ma się czata. Przetłumaczył, polecił lokalne smakołyki i za ucztę zapłaciliśmy 400k. Ceny na prowincji zwalają z nóg - w pozytywnym sensie.

Wróciliśmy przed wieczorem do hotelu, ogarnęliśmy się i wieczorem ruszamy na miasto, bo chcemy zobaczyć pokaz na moście smoka. Pokaz jest o 21. Jedziemy jeszcze na późną kolację. Mamy znalezionych kilka knajp z polecajek czata i wybieramy taką blisko rzeki. Okazuje się, że jest pełna więc odchodzimy w boczną uliczkę i znajdujemy tanie pho. Po uczcie koło Hue nie jesteśmy bardzo głodni więc zupa jest idealna.

Po 20 powoli zmierzamy w stronę mostu.
Image

15 minut przed pokazem jest już spory tłumek.
Image

Ruch został wstrzymany i smok punktualnie o 21 zaczyna buczeć i pojawia się płomień. Jak widać na zdjęciach miejscówkę mamy świetną.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Miejscówka była świetna... do oglądania ognia. Smok zmienił kolor oczu i zaraz miała polecieć woda
Image

Image

Image

Image

Więcej zdjęć nie ma, bo wiatr delikatnie wiał w naszą stronę i myśleliśmy że jesteśmy bezpieczni. Okazało się, że cała nasza strona była zalana ogromna ilością wody. Po pierwszym razie wszyscy byli mokrzy i zaczęło się paniczne uciekanie. Chwyciłem córkę mocno z rękę i zaczęliśmy uciekać. Żona poszła dalej z tłumem w stronę ogona, a my widząc że tłum utknął zawróciliśmy i pobiegliśmy w stronę głowy, żeby wyjść poza zasięg wody z drugiej strony. Przy każdym polaniu stawaliśmy i starałem się zasłonić córkę, ale wiele to nie dało. Ostatecznie uniknęliśmy ostatniego polania. Zdzwaniamy się z żoną na Whatsapp i szukamy się. Cali mokrzy, ale dziwnie zadowoleni wracamy do hotelu. Jutro kolejny ekscytujący dzień.
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
Offline
#17 PostWysłany: 25 Mar 2026 13:49 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 11

Dzisiaj mamy wycieczkę na snoorkling na wyspę Chamów. Wycieczkę ostatecznie kupiliśmy w hotelu, bo mieli cenę lepszą niż w internecie. Na samą wyspę można popłynąć speadboatem z portu w Hoi An ale nam zależało na rafie koralowej. Na śniadanie idziemy na 7, a busik przyjeżdża o 7.30. Jesteśmy pierwsi ale zbieramy sporo pasażerów po drodze, więc ostatecznie jest pełny, a drugi bus z tej samej firmy spotykamy w porcie i razem płyniemy.

Ale zanim dojedziemy do portu stajemy w fabryce jedwabiu. Większość tego pokazu, to jest pokaz handlowy, a to co najciekawsze to pierwsza minuta i jedwabniki i opis samego procesu.

Image

Image

Sam jedwab w sklepie jest stosunkowo drogi i dziewczyny kupują sobie tylko jedwabne gumki do włosów. Jedziemy do portu w Hoi An i ładujemy się na łódź. Speedboat jest rzeczywiście speed przynajmniej do momentu aż reklamówka wkręciła się w śrubę i pan z obsługi musiał nurkować żeby ją wyjąć. A jak łódka płynęła full speed to przyjemnie chlapało wodą do środka.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Lądujemy na wyspie i rozdzielamy się na 3 grupy. Pierwsza (my i dwie Rosjanki) idziemy z przewodnikiem, druga grupa jedzie z miejscowymi na skuterach, a 3 grupa kręci się sama po wiosce.
Image

Image

Image

Image

Image

Zaczynamy od muzeum morskiego
Image

Image

Image

Studnia z której korzysta cała wioska. Czci się tutaj wieloryba
Image

Image

Szkoła
Image

Świątynia tylko dla mieszkańców
Image

My idziemy do drugiej, dostępnej dla turystów. Na dziedzińcu częstują ziołową herbatą i można za 10k kupić 3 ciastka w liściu bananowca. My jemy je z apetytem, aż Rosjanka podchodzi i pyta się czy to jadalne? Zapewniamy, że tak.
Image

Image

Image

Image

Image

Mamy jeszcze 15 minut więc idziemy na kawę. Po szybkiej kawie ładujemy się na łódź i lądujemy na plaży. Tam mamy chwilę na toaletę i przebranie się. Chętni na snoorkling wracają na łódź, a reszta zostaje na wyspie. Wydaje mi się, że wszyscy wracają na łódź, nawet jeśli nie chcą pływać. Sama rafa jest przeciętna pod względem rybek, ale ma dość ciekaw koralowce. Szkoda, że obsługa łodzi i przewodnik nie wytłumaczyli ludziom, że po rafie się nie depta. My byliśmy dumni z córki, bo pierwszy raz się zdecydowała wejść z maską do wody. Pod koniec miała trochę problemów, bo poluzował jej się but ale sprawnie dopłynęła do łodzi. Drabinka była trudna nawet dla dorosłych, ale ja podsadziłem ją z wody, a Hindus na pokładzie pociągnął i się udało. Wróciliśmy z żoną na pokład i po ogarnięciu córki wróciliśmy do wody jeszcze na 10 minut.

Po powrocie na ląd mieliśmy lunch w cenie. Ryby, owoce morza, kurczak i dodatki. Dokupowaliśmy tylko napoje. Po lunchu poszliśmy na plaże. Po pływaniu z maską, średnio chciało nam się moczyć jeszcze z plaży, więc wykorzystaliśmy ten czas na relaks.
Image

Image

Image

Image

Image

To nie statek - to jest hotel w Hoi An.
Image

Image

Wczesnym popołudniem wracamy do portu w Hoi An i wszyscy zmęczeni ale zadowoleni wsiadamy do busa. Pod koniec jazdy zagaduje mnie jeden z grupy Hindusów, zainteresowany naszym dziwnym językiem i ucinamy sobie pogawędkę.

Po południu robimy krótką sjestę. Z recepcji odbieramy czysty i pachnący plecak i kosmetyczki. Ostatnim śmierdzącym problemem jest głowica od lokówki. Ma włosie które przesiąkło sosem. Sytuacja wygląda kiepsko ale uznajemy, że skoro ta część miałaby być do wyrzucenia, a nie ma bezpośredniego kontaktu z elektryką to wrzucamy do wody z mydłem na dłużej i niech się moczy.

Na kolację postanawiamy pokręcić się po okolicy i poszukać knajpek gdzieś dalej od głównej drogi. Najpierw trafiamy do jednej z akwariami ale o ile weszliśmy dość głęboko w lokalną kuchnię, to tutaj odpuściliśmy, bo okazało się, że zamawianie odbywa się w formie targowiska. Idziesz i mówisz co chcesz, wrzucają to na wagę i ustalasz jak mają zrobić. O ile przetłumaczenie menu z wietnamskiego w czacie nie stanowiło problemu to dogadywanie się już tak.

Dalej znaleźliśmy knajpkę z menu w formie papierowej. Ja zamówiłem rybę, a żona kalmary. Okazało się, że żona wzięła hot pota z sosem pomidorowym i surowy półmisek kalmarów :D córka na ich widok prawie uciekła od stołu :)

Dzień 12
Dzisiaj mamy wycieczkę do Hoi An z kierowcą który wiózł nas z lotniska. Umówiliśmy się z nim na 8, więc dzisiaj nie było pośpiechu z rana. Jakby ktoś chciał skorzystać z usług to +84935760885
Oczywiście pierwszym punktem programu jest fabryka jedwabiu, ale że ją zaliczyliśmy to chcemy coś innego i jedziemy do fabryki marmuru. Fabryka to hucznie powiedziane, bo to bardziej sklep.
Image

Image

Image

Image

Image

Kolejnym punktem są góry marmurowe. Zaczynamy od jaskini.

Image

Image

Image

Image

Image

Do wchodzenia te schody są jeszcze gorsze niż wyglądają :)
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na górze mieścił się taras widokowy
Image

Image

Jak to zwykle bywa, schodzenie jest gorsze niż wchodzenie :)
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na dole jest coś na kształt piekła, a przynajmniej azjatyckiego wyobrażenia piekła.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po wyjściu z jaskini idziemy na kawę. Żona próbuje kawy jajecznej. Jest smaczna, ale nadal nie przebija słonej. Z kawiarni idziemy do kolejki do windy. Jest duża kolejka i trzeba kupić bilety w osobnej kasie. Dziewczyny zajmują kolejkę, a ja idę po bilety. Winda ładuje się dość sprawnie więc nie czekamy bardzo długo.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wg zdjęć i opisów w przewodniku tutaj powinien być wodospad wlewający się do groty, ale to chyba dotyczy pory deszczowej :)
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po zejściu z góry piszę do kierowcy i jedziemy do Hoi An. Zaczynamy od pływania po lasku kokosowym
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dopływamy do miejsca gdzie w nieco inaczej wyprofilowanej łupinie można kręcić bączki. My się nie decydujemy, ale widziałem, że ludzie po tym byli dość "skołowani"
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dopływamy do kolejnego stanowiska. Tym razem karaoke na wodzie.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ostatnie stanowisko pokazowe to zarzucanie sieci.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po pływaniu w łupinie jedziemy na lunch. To jest w programie wycieczki, więc lądujemy w stosunkowo drogim lokalu przy plaży (od którego kierowca ma pewnie prowizję). Tyle że stosunkowo drogi, oznacza ucztę w cenie 1,2 miliona dongów, czyli w wielu przypadkach nadal taniej niż obiad na mieście dla 3 osób w Polsce. Bierzemy całą rybę, boczki wieprzowe, krewetki panierowane, okrę i szpinak wodny.

Image

Image

Image

Z lunchu jedziemy do ulicy krawieckiej. Z translatora wynika, że jedziemy do zakładu siostry kierowcy. Pojechaliśmy zaciekawieni jak to wygląda z tym szyciem w 24h... a wróciliśmy z marynarką szytą na miarę za 120$. Materiał mieszanka lnu i bawełny. Umawiamy się na odbiór za 2 dni bo mamy plany w okolicy Hoi An :) Ogólnie wiedziałem o tej przedziwnej usłudze z forum f4f ale nie zakładałem że się skuszę na marynarkę.

Z zakładu krawieckiego jedziemy na starówkę. Kierowca wysadza nas i odjeżdża bo to jeden z nielicznych deptaków w Wietnamie.
Image

Lampion sponsorowany
Image

Image

Image

Image

Na rynku jest pomnik ku czci naszego rodaka. Jak ktoś się interesował tematem, to na pewno słyszał. Rzeczywiście Kazik jest tam czczony i są dary, a kadzidełka palą się 24/365
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Hoi An jest regularnie zalewane. W kawiarni zaznaczali swój poziom zalania :)
Image

Chcemy iść na łódki dopiero jak się ściemni, ale o 17.30 naganiaczka przekonuje nas że jak wypłyniemy za chwilę to załapiemy się na zachód słońca i szybko zapadający zmrok. Okazuje się, że miała rację, bo jak zrobiło się całkiem ciemno to widać tylko przaśne ledowe lampki na łódkach.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jak już się robi ciemno, to puszczamy nasze lampiony
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na zakończenie idziemy coś zjeść. Córka wcześniej wzięła naleśnika bahn xeo na wynos, a my idziemy do słynnego bahn mi polecanego przez Anthony'ego Bourdain. Poza kolejką niczym się nie wyróżnia od każdej innej - po prostu bahn mi jest dobre samo w sobie i ciężko to spieprzyć (jedyny znany mi przypadek to statek wycieczkowy Carnival Luminosa :D )

Image

Image

Image

Image

Image

Późnym wieczorem docieramy do hotelu i córka oznajmia, że w sumie to jest jeszcze głodna. Szukamy hotelowych krewetek, a restauracja jest pusta. Bar basenowy też. W kawiarni na dole udaje się dopaść boya, który woła kogoś kto przyjmuje zamówienie.

Co do samego Hoi An, to jest strasznie komercyjne jak na warunki wietnamskie. Sama starówka trochę jak Krupówki albo nadmorski deptak i w większości miejsc ceny wyższe. Ostatecznie uznaliśmy, że cieszymy się z noclegu w Da Nang.

P.S.
szczotka od lokówki uratowana - wszyscy komisyjnie niuchali i nie wykryliśmy śladów sosu rybnego
Góra
 Profil Relacje PM off
jekyll lubi ten post.
 
      
Offline
#18 PostWysłany: 26 Mar 2026 12:13 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 13

Dzisiaj mamy luźny dzień. Nie znaczy to, że śpimy do południa, bo w wietnamskim klimacie lepiej coś robić zanim zrobi się gorąco. Śniadanie jemy po 7, a o 8 jesteśmy gotowi do działania. Zamawiamy graba i jedziemy do Chùa Nam Sơn. Dzień jest na spontanie bez planu - świątynie znalazłem na google maps dzień wcześniej i to jest strzał w 10. Świątynia jest na obrzeżach Da Nang i jest ogromna. Trafiamy aktywnego kierowcę +84905910195 i dogadujemy się z nim, że na nas czeka. Dla nas super opcja, bo następne punkty mamy za miastem. Stawki wg. graba

Od początku pobytu w Wietnamie jesteśmy przygotowani na zwiedzanie świątyń i zawsze wchodzimy do środka. Dziewczyny mają chusty, żeby się zawinąć, ale tutaj chusty okazały się zbędne, bo od razu na wejściu cofnął nas strażnik i kazał ubrać stroje świątynne. Takie szare "habity" buddyjskie.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Okazało się, że świątynia jest niedaleko lotniska i można polować na fotki samolotów.
Image

Image

Image

Image

Image

Chùa Nam Sơn okazało się wielkim zaskoczeniem, bo to nie jest miejsce gdzie docierają turyści, a jest bardzo ciekawe. Wracamy do auta i jedziemy do Field Coffee. Brzmi jak idealne miejsce na sesję na instagrama, ale nie mam instagrama. Kawa w normalnej cenie, a widok robi wrażenie.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Następny punkt to już głębokie google maps - Nhà Cổ Tích Thiện Đường. Trafiłem na to dość przypadkiem i jak to Wietnamczycy mają w zwyczaju - nazywają to Ancient House. Jak dojechaliśmy, to okazuje się że nikogo nie ma, ale jest otwarte, kręcimy się po posesji i w końcu słyszę głosy w środku. Nieśmiało wchodzę i chyba właściciel jadł śniadanie. Pomachał tylko, że mamy sobie pochodzić.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kierowca w drodze powrotnej przyznaje się, że mieszka w Da Nang całe życie i nigdy nie był w tych miejscach.
Wracamy do hotelu koło południa i po chwili odpoczynku szykujemy się na lunch i plażowanie. Zakładamy, że to już nasze ostatnie plażowanie, żeby nie wracać z mokrymi gratami. Na lunch idziemy do beach clubu gdzieś przy China Beach. Jeśli dobrze pamiętam to był Esco Beach, Bar Lounge & Restaurant. Klimat nieco australijski i pewnie do takiego klienta lokal był skierowany.
Po lunchu idziemy na plażę. Fala jak zwykle spora ale ludzi dość dużo w okolicy miejsca z ratownikiem i żółtą flagą.

Około 17 zwijamy się z plaży, bo słońce jest coraz niżej i większa część plaży pokrywa się cieniem, co przy wietrze nie jest przyjemne.

Na kolację idziemy do budek z przekąskami i robimy sobie ucztę. Naleśniki, kulki mięsne, suszone mięso. Za kilka rund przekąsek i piwo płacimy 200k

Dzień 14
Dzisiaj mamy wycieczkę do My Son. Wyjeżdżamy standardowo o 7. Jesteśmy na miejscu jako jedni z pierwszych i to daje nam przewagę, bo nie ma jeszcze wycieczek i upału. Nie ma też kolejek do meleksów, które dowożą do punktu startowego.
Image

Image

Image

Image

Image

Mrówki przy pracy.
Image

Image

Image

Image

Kompleks Chamskich świątyń zajmuje spory teren, więc do pierwszej z nich idziemy spory kawałek.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Akurat przechodziliśmy obok, kiedy odbył się pokaz tańca wywodzącego się z kultury Chamów
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ta sterta cegieł została zostawiona na pamiątkę amerykańskich bombardowań. Ponoć po zniszczeniu jednej z wież środowisko międzynarodowe zaprotestowało i amerykanie wyłączyli zabytki ze strefy działań.
Image

Strumyk wygląda niepozornie, ale koryto ma kilka metrów głębokości i podejrzewam że w deszczową pogodę szybko się napełnia.
Image

Image

Panie tancerki zbierają zioła
Image

Image

Image

Image

Image

Za odnowienie My Son odpowiada oczywiście nasz rodak.
Image

Image

Image

Wracamy do meleksa i podjeżdżając do wyjścia widzimy dużą kolejkę do przejazdu na zwiedzanie. Warto było przyjechać wcześniej. Kolejka była na tyle duża, że część osób decyduje się iść pieszo.
Kolejnym naszym punktem jest LÒ GẠCH CŨ FARM. Zbliżamy się do Hoi An, bo muszę jechać po odbiór marynarki. Generalnie wg umowy najpierw mam przymiarkę. Jeśli będą poprawki to w 2 godziny je oganiają. Ale najpierw kawa, bo to jest jeszcze przed miastem. Okazuje się, że to eko farma ryżu i namawiają nas na zestaw degustacyjny potraw z ich ryżu. Smak jest ciekawy.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Toaleta jest z tyłu, za parkingiem, więc zwiedzamy farmę. To jest ponoć agroturystyka. Jak ktoś jest zmęczony miastem...
Image

Image

Po wizycie w kawiarni jedziemy na przymiarkę marynarki. Okazuje się, że pasuje bez poprawek. Bierzemy towar i lecimy do Pottery Village. Dojeżdżamy na miejsce i okazuje się, że wejście na dzielnicę jest płatne. Kupujemy bilety i idziemy oglądać sklepy z wyrobami. Córka chce coś ulepić więc za 70k kupujemy jej lekcje w pierwszym lokalu. Gdybyśmy wiedzieli, że robią to w każdej chacie to zrobilibyśmy to gdzieś dalej, bo tutaj była kolejka. Ulepiła kubek, ale nie chcieliśmy czekać na malowanie i uznaliśmy, że w domu będzie to łatwiej zrobić. Poprosiliśmy o zapakowanie surowego

Image

Image

Image

Image

Image

Idziemy uliczkami dzielnicy garncarskiej i nagle, żona pyta się, co tak cebulą daje? Córka zauważa pachnącego duriana. Pamiętajcie - nie bierzcie żółtych lodów.
Image

Image

idziemy do muzeum rzeźby. W okolicy nie ma bankomatu, ja nie mam już gotówki, a mamy ochotę na kawę. Na szczęście w muzeum cafe akceptują płatności kartą.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tradycyjnie w tej okolicy pomnik Kazika
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do Da Nang dojeżdżamy ok 15 i prosimy kierowcę żeby wyrzucił nas na mieście. Idziemy do jednego z lokali znalezionych przez czata GPT jeszcze przed wyjazdem. W sumie chyba pierwszy raz. Raczej bez problemu znajdowaliśmy lokalne opcje na każdym kroku. Tutaj jest już nieco turystycznie, ale bardziej pod azjatyckie wycieczki niż turystę z zachodu. My bierzemy naleśniki, bo nie wiem czy w tej relacji to widać wyraźnie ale jesteśmy fanami. Córka zamawia udo z kurczaka z ryżem.

Po południu ogarniamy nieco graty, bo za dwa dni wyjeżdżamy. Idziemy jeszcze do marketów kupić pamiątki - sos rybny i rum (anansowy i kawowy) po 180k za 0,7L. Na kolację za namową córki i z powodu najedzenia po lunchu znów idziemy na przekąski.
Góra
 Profil Relacje PM off
jekyll lubi ten post.
 
      
Offline
#19 PostWysłany: 27 Mar 2026 09:54 

Rejestracja: 08 Paź 2013
Posty: 992
Loty: 106
Kilometry: 218 640
srebrny
Dzień 15

Dzisiaj dzień, którego zupełnie nie planowaliśmy czyli Ba Na Hills. Podczas planowania wyjazdu olaliśmy to miejsce, bo to czysta komercha i nie specjalnie nas ciągnęło w takie miejsce. Rozważaliśmy wyjazd do parku narodowego Bach Ma albo Dong Giang Gate of Heaven Eco-tourism Area jedna opcja była dość daleko, a dodatkowo na ten dzień była zapowiadana deszczowa pogoda, więc ładowanie się na górskie szlaki uznaliśmy za kiepski pomysł. Pomyśleliśmy też, że Ba Na Hills powinno być ciekawą atrakcją dla 8 latki.

Transport i bilety zamówiliśmy przez hotel. Wyjeżdżamy o 7 i droga zajmuje niecałą godzinę. Pierwsze wagoniki startują o 8 więc jesteśmy w pierwszym rzucie. W kolejce spotykamy grupkę rodaków którzy wpadli do Wietnamu na 3 dni w ramach objazdówki po południowo wschodniej Azji. Mówili coś o przystanku w Dubaju na powrocie... Jutro się dowiedzą, że nic z tego nie będzie, bo ktoś miał "good feeling" i postanowił rozpętać wojnę.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pierwszy stop to most. Na zdjęciach wygląda okazalej.
Image

Największą siłą tego parku są widoki
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z mostu pędzimy do Fantsy Parku, żeby ominąć kolejki na Alpine Coaster. To są takie same wagoniki jak w Da Lat. Okazuje się, że przejazd jest ekstra płatny ale do 9.30 są happy hour i płacimy 30% mniej.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Chcemy wykorzystać brak tłumów i iść na inne atrakcje, ale wszystko jest ekstra płatne i to jak na Wietnam niemało.
Image

Image

Image

Image

Tylko jaskinia dinozaurów jest w cenie.
Image

Wychodzimy na zewnątrz i idziemy zwiedzić francuskie miasteczko wg wizji azjatyckiej.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przerwa na loda. Pan robi ozdobne, w kształcie róży i nie wiemy czemu ale cały czas pyta czy chcemy durianowe. No nie chcemy.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Okazuje się, że zewnętrzne atrakcje są za free i tutaj córka nadrabia zaległości z fantsy parku.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przez cały dzień kropiło, ale teraz robi się grubszy deszcz i trzeba wyciągnąć płaszcze przeciwdeszczowe.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Uznajemy, że lepiej przeczekać deszcz na lunchu i szukamy jakiegoś lokalu. W lokalu wietnamsko chińskim ceny oscylują w przedziale 120-180k za danie
Po lunchu idziemy do browaru bo mamy vouchery na piwo. Pogoda się nie poprawia, a jest już przed 15, więc decydujemy się na ostatni przejazd w ulubionej atrakcji córki - filiżankach i zjeżdżamy na dół.

Po południu się pakujemy i idziemy na kolację do lokalnej knajpy rybnej tuż przy hotelu. Plastikowe stolik, akwarium i brak angielskiego menu = smacznie, tanio i lokalnie. Wybieramy dwa rodzaje ryby na wszystkich. Rybę w curry dostajemy w półmisku na podgrzewaczu. Młody chłopak podpala niebieski żel i sobie idzie. Ognia nie da się regulować i sos zaczyna się mocno gotować i pryskać. Nie ma też jak zdjąć półmiska, bo jest gorący. W końcu ktoś zabiera od nas ten nieszczęsny sos po czym orientujemy się, że jesteśmy w żółtych kropkach. Płacimy niecałe 600k i idziemy zaprać plamy zanim będzie za późno.

Dzień 16
Lecimy do HCMC. Lot mamy o 11 i dobrze, że przybywamy na lotnisko z zapasem, bo port lotniczy Da Nang był zawalony ludźmi po kokardkę. Zwłaszcza stanowiska tanich linii generowały takie ilości ludzi na chceck-in, że nie można było przejść.

Po 12 lądujemy w HCMC i odbieramy bagaże z kołowrotka. Tutaj wkracza do akcji tytuł relacji. Odbieram plecak i znów jest mokry. #$#%#&# WTF? Przecież nie mieliśmy nic płynnego. Badam go dokładnie i wygląda na to, że jest mokry od zewnątrz (na szczęście od strony gąbek osłaniających plecy i nie przeciekło do środka). Próbujemy ustalić co to za zapach, ale daje trochę karmelem, trochę rybą, czyli na bank sos rybny. Tym razem wiem, że to nie moja wina. Biorę plecak i idę 10 metrów dalej na stanowisko problemów z bagażami VA. Dosłownie rzucam plecak koło lady i wściekły tłumaczę, że nie mam absolutnie żadnych płynów w bagażu, a plecak jest cały mokry. Pani podchodzi, ogląda, wącha, robi zdjęcia i proponuje dwie opcje - rekompensata 300k lub ktoś przyjedzie do hotelu, zabierze plecak i go wyczyszczą. Pytam o której dokładnie godzinie, bo jesteśmy tylko jedną noc. Pani mówi, że o 14.
Jedziemy do hotelu Ibis Saigon Airport, ale są straszne korki na lotnisku je bardzo długo czekamy na graba. Do hotelu docieramy dosłownie chwilę przed 14 i po zameldowaniu szybko biegniemy do pokoju rozpakować plecak. Od razu dzwoni telefon, że przyjechał ktoś po plecak. Oddaję śmierdzący plecak i pytam o której będzie zwrot? Ponoć dzisiaj wieczorem.
Pytam jeszcze czata czy ma podejrzenia co się stało? Ponoć w Wietnamie i zresztą w całej Azji wszelkie sosy są nadawane jako bagaż rejestrowany w kartonach lub plastikowych bańkach. Najwięcej reklamacji azjatyckie linie mają z powodu zalania bagaży.

Na obiad idziemy do miejscowego centrum handlowego, bo nie chce nam się szukać. Bierzemy steki i łososie do grillowania na nagrzanych płytkach żeliwnych.

Pierwotnie chodziło nam po głowie, żeby jechać zobaczyć tunele, ale uznajemy, że to za daleko. Mamy jeszcze jeden niedokończony wątek - teatr water puppery. Jeszcze dopytujemy szczegóły u AI i okazuje się, że są dwa. Idziemy do tego większego obok pałacu zjednoczenia - The Golden Dragon Water Puppet Theater. Pokaz jest o 18.30 ale nie mamy marginesu błędu i nie możemy sobie pozwolić na brak biletów, dlatego udajemy się na miejsce już o 16. Koszt to 450k za dorosłego. Później kręcimy się po okolicy w poszukiwaniu pamiątek a córka idzie na miejscowy plac zabaw.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy do teatru około 18 i zajmujemy miejsca.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Szczerze polecam. Bardzo ciekawe doświadczenie.

Na kolację idziemy do Ben Nghe Street Food. Miejscówka jest dość turystyczna, ale jak się odpowiednio poszuka to jest sporo lokalnych perełek.

Dzień 17

Wylot mamy o 22.30. Już wiemy, że świat podróży się zawalił, ale my mamy loty Turkiem, więc czujemy się tylko lekko niepewnie i mamy nadzieję, że konflikt nie rozleje się bardziej. W tym momencie cieszę się, że nie wybraliśmy lotów QR w tej samej cenie - skusiłem się na M&M
W hotelu mamy status silver i korzystamy z późnego wymeldowania. Tylko 13 ale zawsze coś.

Rano jemy śniadanie w sieciowej kawiarni Higlander Cafe. Córce tak się spodobało w teatrze, że chcemy zobaczyć ten drugi. Znajduje się koło ZOO, a dokładnie w budynku Muzeum Historii HCMC. Jak się powie na bramce "theatre" to ochroniarz wpuszcza bez biletów.

Pokazy są tylko w weekendy. Bilety są znacznie tańsze (150k) ale teatr jest mniejszy i nie ma muzyki na żywo. Sam pokaz jest bardzo podobny do wczorajszego.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po pokazie jedziemy jeszcze na pocztę główną po pamiątkowe perfumy Miss Saigon. Wracamy do hotelu po 12 i odświeżamy się w hotelu. Cieplejsze ubrania do samolotu pakujemy w podręczny plecak, oddajemy bagaże do przechowalni, wymeldowujemy się, i jedziemy do Ben Nghe Street Food zabijać czas i szukać perełek, których jeszcze nie jedliśmy. Przy dwóch wizytach w tym miejscu próbujemy różności od szaszłyka strusia, przez naleśniczki z Hue po lody kokosowe. Największe zaskoczenie - naleśniki z Hue. Największe rozczarowanie - broken rice. To było tak do bólu zwyczajne na tle całej kuchni wietnamskiej, że aż żałowałem że zmarnowałem miejsca w żołądku - mogłem wykorzystać je lepiej. Żona się śmiała, że już się nie dziwi dlaczego nie zamówiliśmy tego przez 2 tygodnie. Późnym popołudniem wracamy do hotelu i idziemy na kawę. Na 18.30 mam zamówionego shuttle busa na lotnisko. Okazuje się, że cały samolot Turkish przybył na lotnisko 3 godziny przed lotem i kolejka do check-in jest na ponad godzinę. Nie jesteśmy głodni i czasu jest mało, dlatego odpuszczamy salonik. Córka tylko bierze burgera na lotnisku, bo mówi że zgłodniała.

Tak oto zakończyła się nasza wietnamska przygoda. Na pewno wrócimy do tego wspaniałego kraju zwiedzić północ. Wracamy do domu zakochani w kuchni wietnamskiej i zauroczeni miejscowym kontrolowanym chaosem :)

W Polsce zastaje nas słoneczne przedwiośnie - misja wykonana, przetrwaliśmy zimę, teraz będzie już z górki. Byle do następnego wyjazdu.

P.S.
jeśli ktoś będzie miał pytania o szczegóły i konkrety, można śmiało pisać tutaj lub na priv.
Góra
 Profil Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 19 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group