Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 44 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 13 Wrz 2016 20:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Kwi 2014
Posty: 955
niebieski
@TikTak - dwa pytania:
- o co chodzi z tym pozwoleniem na alko? Dlaczego tak?
- czy w tym bajorku w raju mozna się kapać :mrgreen:
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#22 PostWysłany: 13 Wrz 2016 20:51 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Do końca sprawy pozwoleń na alkohol nie zgłębiłem.

Na każdym "outbackowym" kempingu, chciałem czy nie - wręczano
mi taki kwit z wyjaśnieniem, że będzie mi on potrzebny w pubie, sklepie
lub restauracji przy zakupie piwa lub innego alkoholu.

Ponieważ codziennie spędzałem za kółkiem dużo czasu - okazji do sprawdzenia,
czy rzeczywiście pozwolenie jest niezbędne - nie było.

Pytałem australijskiego sąsiada z kempingu w czym rzecz.
Stwierdził, że chodzi o ograniczenie spożycia wśród autochtonów, którzy ponoć
są szczególnie podatni na uzależnienie.

Inny zaś twierdził, że sprawa dotyczy nieodpowiedzialnych kierowców - skoro
ktoś zatrzymał się na kempingu, no to trudno, niech sobie pije to piwo.
Ale w przeciwnym razie - szlaban!

==========

Tutaj kąpiel była zabroniona.
Jest jednak wiele malowniczo położonych, podobnych bajorek na terenie Parku Kakadu
i Litchfield, gdzie wolno pływać.
Żeby jednak nie było tak różowo, tam znowu trzeba uważać na krokodyle.
Wprawdzie tylko w porze mokrej ale tabliczki ostrzegawcze są.
W jakimś przewodniku turystycznym autor pisał, że nie, nie ma się czym przejmować,
słonowodne krokodyle różańcowe nie zaglądają w rejon, dajmy na to: Wangi Falls.
Co najwyżej słodkowodne.
A te, wiadomo, są małe i nie tak agresywne, więc to nie problem.

Krokodyl słodkowodny, z którym się spotkałem miał taką minę:

Image

Zgaduję więc, że autor przewodnika lubi dziwne albo ciekawe towarzystwo.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 13 Wrz 2016 22:28 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Dzień 5 i 6

Z Kings Canyon zdołaliśmy przed wieczorem dotrzeć do Erldundy - miejsca przy
skrzyżowaniu Stuart i Lasseter Hwy.
Podobnie, jak dwa dni temu, kemping był pełny i "powered sites" nie było.

Ponieważ przez kilka ostatnich nocy wymarzliśmy dostatecznie, wszelkie akumulatory
w komórkach, aparatach, laptopach zdążyły się rozładować - determinacja
w zdobywaniu energii była w nas tym razem zdecydowanie większa.

Obszedłem kemping, znalazłem miejsce, które wprawdzie nie stanowiło "powered site"
ale można było z niego do gniazdka elektrycznego przedłużaczem sięgnąć.
W recepcji nie mieli nic przeciwko takiej improwizacji - i sprawa się rozwiązała.

Dwa kolejne dni miały posłużyć przede wszystkim pochłonięciu 1200km trasy na północ,
do Nitmiluk National Park.
Rano zaskoczyła nas wyjątkowo długa kolejka do tankowania.
Po bliższych oględzinach okazało się, że to jednak tylko jeden samochód:

Image

Image

Pociągi drogowe budzą respekt.
Nie miałem potrzeby wyprzedzania takiego zestawu ale ustawione od czasu do czasu tablice
zwracają kierowcom uwagę, że manewr można rozpoczynać tylko przy widoczności do przodu
na co najmniej 1 km.
Długość takiego składu drogowego może sięgać pięćdziesięciu paru metrów.

Poranek dostarczył też innej atrakcji - w końcu zobaczyliśmy kangury.

Image

A już zaczynałem się obawiać, że skończy się tak, jak w Norwegii - wszędzie stały znaki "uważać na łosie"
a my nie widzieliśmy ani jednego.

W miarę przemieszczania się na północ przyroda wyraźnie się zmieniała.
Już za Alice Springs zrobiło się cieplej a obok drogi pojawiły się termitiery.

Image

Co ciekawe, im bardziej na północ - tym były większe i liczniejsze.

Atmosfera stacji benzynowych wzdłuż Stuart trochę kojarzyła mi się z amerykańskimi filmami "drogi".
Na jednej z nich nie tylko zatankowaliśmy ale też nadarzyła się okazja, żeby wymienić parę
zdań z kierowcami takich drogowych pociągów.

Image

Image

Image

Kolejny nocleg zaplanowaliśmy sobie w Tennant Creek.
Ze 40 km przed miasteczkiem jest ciekawy rezerwat skalny: Marble Eggs

Image

Na w miarę uporządkowanym, gładkim terenie, ni stąd ni zowąd pojawiają się takie oto kulki.
Na szczęście od dawna sprawa ich pochodzenia jest wyjaśniona.
Aborygeni ustalili, że są to jaja Tęczowego Węża.
Jedyne co wymaga sprawdzenia, to powód, dlaczego akurat tutaj chciał on je znieść.

Image

Image

Jeszcze jeden fotograficzny dowód na to, że 100 AUD zainwestowane w "bundle"
to nie pieniądze wyrzucone w błoto:

Image

Noc w Tennant Creek była ciepła i duszna.
Mieliśmy tym razem prąd ale farelka przestała być potrzebna - powędrowała już na stałe do bagażnika.
Ranek przyniósł dalsze zmiany.
Mrowisk przybywało:

Image

a bezkresne, czerwone, idealnie płaskie równiny zostały zastąpione porośniętymi podrównikowym lasem wzgórzami.
Tu i ówdzie pojawiła się trawa!

Jak widać, tutaj polityka też jest stałym elementem życia:

Image

Przy okazji: zauważyliśmy, że w Tennant Creek jedna z większych ulic zwie się "Kaczynski Rd.".
Mieliśmy dopytać na kempingu, o jakiego Kaczynskiego chodzi, ale w końcu, w ferworze porannego
zwijania biwaku - wyleciało nam to z głowy.
Ktoś może wie?

Dobrym miejscem do uzupełnienia prowiantu po drodze jest Daly Waters.
Sklep jest duży, bezpośrednio przy drodze a ceny przyzwoite.
Później podobna okazja jest jeszcze w Katherine a potem - długo, długo nic.
W Daly Waters zamieszkuje dość liczna grupa Aborygenów, więc jest sposobność, cóż, po prostu
przyjrzeć się im.
Środek miasteczka zdobi wielka termitiera.

Image

Północna część Stuart Hwy jest mniej wygodna.
Droga często skręca, jest węższa, brakuje też miejsc, w których można by odpocząć.
Na obiad musieliśmy wjechać do lasu, przy okazji uzupełniliśmy kolekcję mrowisk.
Jak widać - znowu urosły.

Image

Image

Kemping w Nitmiluk okazał się chyba najprzyjemniejszy z dotychczas odwiedzonych.
Wieczorem można było wziąć udział w spotkaniu z rangerem opowiadającym o okolicznych
atrakcjach przyrody.
Ale nawet na kempingu nie brakowało przedstawicieli fauny australijskiej - papugi darły się wniebogłosy,
a jeden kangur o mało nie wskoczył nam do auta.
Tutaj też przydarzyła mi się przygoda z nietoperzami, o której wspomniałem na początku.

Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
Złoty uważa post za pomocny.
 
 
#24 PostWysłany: 18 Wrz 2016 10:03 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Dzień 7

Do Nitmiluk National Park przyjeżdża się przede wszystkim ze względu na kanion rzeki
Katherine.
Można mu przypatrzyć się z lądu albo z wody.
Szlaki piesze w obrębie Katherine Gorge są jednak raczej dalekobieżne i w związku
z tym do naszego planu podróży nijak nie chciały pasować.

Zwiedzanie z wody - to albo rejs stateczkiem albo samodzielne wiosłowanie kajakiem.
Dostępne są jedno- lub dwuosobowe kanadyjki, spływ odbywa się w grupach, pewnie
dzięki temu znacznie łatwiej jest odpędzać krokodyle.
Zresztą gadami nie ma co się przejmować, bo jak już wspominałem, występujące tutaj
w wersji słodkowodnej - aż takie wielkie znowu nie są.

Mimo wszystko zdecydowaliśmy się na stateczek.
Rzeka Katherine poprzedzielana jest kataraktami, których jest w sumie kilkanaście.
Tacy mało ambitni turyści jak my - muszą ograniczyć się do oglądania jedynie dwóch.
Przekroczenie katarakty wiąże się z pieszym przejściem kilkuset metrów po bardzo łatwym
szlaku i z przesiadką na drugi stateczek.

Zarezerwowany przez nas "Dawn Cruise" kosztował 90 AUD od osoby.
Do przystani trzeba było dojść przez kawałek tropikalnego lasu jeszcze całkiem po ciemku.
Jak "dawn" to dawn, dobrze w sumie, że poprzedniego wieczora, po przyjeździe na kemping,
poszedłem zobaczyć, którędy to ta droga prowadzi.

Znowu były nietoperze, które darły się jak oszalałe i wymachiwały skrzydłami tuż nad głową.

Image

Po wschodzie słońca wyglądały już całkiem niewinnie ale wcześniejsze wrażenie - niezapomniane.

Image

"Flying foxes" - bo tak nazywa się ta odmiana nietoperza to w rzeczywistości łagodne stworzenia, które
same najczęściej są ofiarą różnych drapieżników.
Największą sympatię do nich poczuliśmy po przeczytaniu, że prowadzą one na każdym drzewie zorganizowane
przedszkola.
Dwie nietoperzyce opiekują się młodymi, które matki później, po południu (w sumie to nie wiem, co to "po południu"
w ich przypadku znaczy) zabierają z powrotem - do domu.

Rejs wzdłuż kanionu okazał się bardzo przyjemny, przed wejściem na pokład zostaliśmy poczęstowani kawą
i plackiem z owocami.
Wschodzące słoneczko ładnie mieniło się na skałach.
Trochę zazdrościliśmy grupie wystrojonej w kamizelki ratunkowe, taszczącej kajaki i wiosła - żadne krokodyle
w wodzie nie szarżowały.

Image

Image

Image

Image

Najciekawiej wyglądały okolice katarakt.
Wygląda na to, że do porządnego zapoznania się z Katherine potrzebne jednak jest wiosło i przynajmniej dwa, trzy
dni do dyspozycji.

Image

Na pożegnanie z Katherine Gorge zjawiła się kookaburra.
Pozowała nawet całkiem cierpliwie ale, niestety, śmiać się nie chciała.
Oczekaliśmy się chyba z kwadrans, żeby ten jej szczególny śpiew usłyszeć, ale milczała jak zaklęta.

Widać nie miała nastroju do śmiechu.

Image

Przed 10 byliśmy gotowi do drogi i ruszyliśmy w stronę Kakadu National Park.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
Złoty uważa post za pomocny.
 
 
#25 PostWysłany: 18 Wrz 2016 11:12 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
O pamiątki z Australii trudno nie jest.

W bumerangi we wszystkich możliwych rozmiarach, digideros,
misie koala z pluszu, kangury trzymające w łapce flagę Australii można
zaopatrzyć się nawet w naj-, naj- najbardziej zapadłym pustkowiu.

Podobnie, jak rzecz się ma z pamiątkami z Wysp Zielonego Przylądka, Barbados,
Paragwaju, Egiptu czy Francji - są one dziełem przedsiębiorczych Chińczyków..

Zapragnęliśmy jednak wejść w posiadanie ORYGINALNEJ pamiątki.
Okazja do zakupów trafiła się na przedmieściach miasteczka Katherine, gdzie do oglądania
i zakupów zaprasza aborygeńskie centrum kultury.

Oferta sprzedaży jest bogata - jeżeli ktoś ma dużo miejsca na ścianie w domu może sobie
sprawić malunek mniej więcej metr na dwa.
Ale gdy jesteśmy skazani na małe mieszkanie albo zdążyliśmy już wcześniej kupić i powiesić inne
arcydzieła - żaden to problem: są mniejsze obrazy, wielkości kartki A4 albo i jeszcze bardziej
poręczne.
Te pierwsze, duże były po 30.000 AUD plus minus 3 tys. a małe - różnie, choć poniżej 2 tys.
trudno było coś wypatrzyć.

No tak, sztuka bywa i bezcenna i trzeba się na niej znać, żeby docenić wartość dzieła.
Poza tym potrzebny jest odpowiednio duży limit dzienny wypłat z karty.

Nadzieję budził pomalowany kolorowo kijek, który mógłby sobie gdzieś u nas miejsce znaleźć:

Image

Kijek był w kropki.
Wychodziło jakieś 100 AUD od jednej.

Z aborygeńskiego centrum kultury wyszedłem z pustymi rękami.
Mało tego, czułem się źle, jak abnegat, który nie potrafi docenić sztuki i jej piękna.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 18 Wrz 2016 11:20 

@TikTak nie ma takiego czegoś jak "miś koala", nawet z pluszu :P
Góra
 PM off  
 
#27 PostWysłany: 18 Wrz 2016 13:53 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Image

A to się gałgan podszył ....
A tak dobrze mu z oczu patrzyło ...

Torbacz jeden.
:lol: :lol: :lol:

-- 18 Wrz 2016 14:26 --

Z Katherine do granic Kakadu daleko, jak na standardy Terytorium Północnego nie jest,
niewiele ponad sto kilometrów.

Brak stacji benzynowej bezpośrednio przy głównej drodze zmusił nas do zaglądnięcia
do mijanego miasteczka.

Image

Zachęceni drogowskazem zajechaliśmy pod stary dworzec kolejowy zamieniony na muzeum.

Image

Wyglądało, że jesteśmy chyba pierwszymi, którzy dzisiaj do tej instytucji kulturalnej zajrzeli.
Nie było też wykluczone, że i ostatnimi, bo na horyzoncie jakoś kolejki oczekujących nie było widać.
Dwie panie w kasie, wystrojone w eleganckie uniformy, oświadczyły, że bilety wstępu będą nam mogły sprzedać
dopiero za dwadzieścia minut: teraz mają przerwę na śniadanie, przerwa im się należy, nie po to ich związki
zawodowe walczyły, żeby się nie należała - i poczekać trzeba.

Możliwość oglądnięcia szyldu stacji i lokomotywy całkowicie jednak zaspokoiła nasze aspiracje
w zakresie poznawania Pine Creek, więc straciliśmy być może jakieś nieznane atrakcje muzealne
i ruszyliśmy bez czekania dalej.

Wstęp do Kakadu jest płatny.
Nie ma żadnych furtek ani szlabanów, trzeba samemu wyparzyć miejsce, gdzie kupuje się imienne bilety.
Z informacji dostępnych w Internecie wynikało, że podobnie, jak w Uluru za przyjemność trzeba zapłacić
25 AUD za osobę.
Nawet na stronie rządowej australijskich parków narodowych widniała taka właśnie kwota.
Tymczasem - nie.
Właśnie miesiąc temu została ona podniesiona do 40 AUD.

Wyobrażam sobie jak to było:
Nowy zarząd parku patrzy - a w Uluru pobierają 26 AUD a my tylko 25.
To my gorsi?
Na dodatek Park Uluru ma 13 tys. km2 a Kakadu 20 tys. i to ma być sprawiedliwie ??!!!
Bierzemy 20 tys dzielimy przez 13 mnożymy przez 26 AUD i wychodzi równo 40 AUD !
No i teraz jest jak od dawna powinno!
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#28 PostWysłany: 18 Wrz 2016 14:56 

@TikTak czy możesz napisać, gdzieście gałgana na ręce brali i ile ta przyjemność kosztowała ? :)
Góra
 PM off  
 
#29 PostWysłany: 18 Wrz 2016 16:28 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3310
Ja kupiłam oryginalne bumerangi Made in Australia w sklepie z pamiątkami w Blue Mountains.

Wysłane z mojego SM-A500FU przy użyciu Tapatalka
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#30 PostWysłany: 18 Wrz 2016 21:55 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Gałgan mieszka w Koala Sanctuary pod Brisbane.
Przytulanie zwierzaka kosztuje 18 AUD, w cenie dostaniemy pamiątkowe zdjęcie.
Na ekologicznej, a jakże, oprawce fotografii pisze, że gałgan zbiera w ten sposób pieniądze
na chatę i pomoc medyczną dla kolegów.
To jeden z nielicznych przypadków, gdy wydawanie pieniędzy sprawiło mi nawet trochę przyjemności.

============

Tak, pamiątki wyprodukowane w Australii też można znaleźć.
Z reguły załączona metka chwali się tym faktem jak tylko może.

Udało Ci się rzucić bumerangiem tak, żeby wrócił?
Ja ciągle próbuję ...

============

Park Kakadu to nie byle jaki park.
Mniej więcej sto na dwieście kilometrów, więc wszystkich miejsc w dwa, trzy dni zobaczyć się nie da.
Wokół głównych atrakcji skupiły się pola kempingowe, wyznaczono szlaki turystyczne i postawiono
punkty informacyjne.
Broszura pobrana ze strony parku zawiera wszystko co trzeba, żeby sobie coś wybrać.
Po jej kilkukrotnym przestudiowaniu uporządkowaliśmy zdobytą wiedzę i wyszło na to, że możemy oglądać:

* wodospady
* siedliska różnych, rzadkich zwierzaków
* mokradła i rozlewiska
* ciekawe miejsca widokowe
* ślady kultury Aborygenów

Z wodospadów zrezygnowaliśmy - prawie wszystkie są trudno dostępne, wymagają samochodu
z napędem na cztery koła i niemało czasu na dojazd.
Gdyby jednak ktoś koniecznie chciał dotrzeć np. do Jim-Jim Falls, to wykupienie całodziennej wycieczki
terenowym autem jest możliwe a cena nie jest zaporowa.
Trzeba liczyć się jednak z ewentualnością, że zamiast wodospadu, w porze suchej, zobaczymy miejsce
na wodospad.
Z kolei w porze mokrej nasza wycieczka może nie dojść do skutku, ze względu na zalane drogi.
Takich utrudnień nie ma w Litchfield i tam postanowiliśmy zaspokoić swoje wodospadowe żądze.

Najciekawsze aborygeńskie rysunki naskalne są w Ubirr, na północno-wschodnim skraju parku.
Chcieliśmy dotrzeć w to miejsce po opuszczeniu Katherine.

Zaraz po przekroczeniu granicy Kakadu mijamy Bukbukluk lookout.
Żeby skorzystać z widoków wystarczy zboczyć z drogi tylko kilkaset metrów, więc żal odpuścić.

Image

Image

Trafiały się też miejsca w żaden sposób niewyróżnione przez mapę czy przewodnik:

Image

Image

Wyglądało na to, że mrówki osiągnęły tu szczyt swoich zdolności inżynieryjno- budowlanych.

Dłuższy postój i przejście wytyczonego szlaku zaplanowaliśmy w Nourlangie.
Tutaj też można oglądać rysunki naskalne, nas bardziej interesowała ścieżka wokół billabong.

Dojście do rozlewiska wiedzie przez las, ścieżka nie jest zbyt szeroka i zbyt uczęszczana:

Image

Widok na wodę, zwierzęta - urzekł nas na dobre i niewiele zabrakło, żeby zmrok zastał nas w drodze.

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#31 PostWysłany: 22 Wrz 2016 23:31 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Wydawałoby się, że Australia - jeden kontynent, jeden kraj - więc nie może
znać granic.
A jednak...
Wschodni kraniec Kakadu jest wyznaczony przez nurt rzeki East Aligator.
Przejście na drugi brzeg do łatwych nie należy - do dyspozycji jest jedynie bród Cahills Crossing,
w którym poziom wody w ciągu pół godziny potrafi podskoczyć i o metr.
Przede wszystkim jednak - trzeba mieć pozwolenie:
za Cahills Crossing rozciąga się Ziemia Arnhem, oddana do wyłącznej dyspozycji Aborygenów.

Na granicy Kakadu i Arnhem leży Ubirr.
Trudno nazwać to "miejscowością", bardziej adekwatne określenie, to: "miejsce".
Najważniejszy w Ubirr budyneczek, to Border Shop - więc gdyby ktoś miał wątpliwości, czy faktycznie
przebiega tu jakaś granica, jego szyld stanowi corpus delicti.
Miejsce słynie jednak przede wszystkim ze skały, cóż, w wymyślaniu nazwy dla niej nikt nadmierną
fantazją się nie wykazał: skała nazywa się Skała Ubirr.

Trzeba zobaczyć ją koniecznie, bo, po pierwsze pełno tu rysunków naskalnych, których pochodzenie
sięga i 20000 lat wstecz.
Po drugie - ze szczytu rozciąga się widok na Ziemię Arnhem.

W Ubirr nie ma miejsca na biwak, miejsce na przenocowanie kampera można znaleźć w pobliskim Merl.
I tu właśnie chcieliśmy dotrzeć przed zmrokiem.
No i dotarliśmy.

Kilometr od kempingu płonął las.

Image

Dym dość skutecznie momentami przesłaniał drogę, trzask pękających od gorąca gałęzi przebijał się
przez głos silnika, w powietrzu krążyły coraz większe gromady padlinożerców.
Widzieliśmy już ślady po pożarach leśnych, zdążyliśmy się też napatrzeć na dymy unoszące się gdzieś, hen:
w Australii pożary lasu są traktowane jako normalny element przyrody.
Ale do tej pory nie przyszło mi zastanawiać się, czy aby nie czas pomyśleć o ucieczce ...

Doszliśmy do wniosku, że jednak nie, nie będziemy zawracać.
Kemping w Merl okazał się najbardziej odlotowym kempingiem, na jakim kiedykolwiek spałem.
Początkowo wystraszył nas jeszcze bardziej niż pożar ale spędzoną tu noc wspominamy jako
jedno z najciekawszych i najmilszych przeżyć australijskich.

Na kempingu nie ma prądu.
W zasadzie jest to gęsty, tropikalny las, w którym tu i ówdzie wycięto zatoczki do ustawienia
kampera lub przyczepy.
Las jest żywy - wszelkie boże stworzenie kłębi się w nim i wrzeszczy, kwili, terkocze, jęczy, gdacze,
kracze, piszczy na cały głos.
Im robi się ciemniej - tym hałas bardziej się wzmaga.
Jedyne światło tutaj - to księżyc i gwiazdy.
Ten pierwszy - trochę inny, niż zdążyliśmy przywyknąć:

Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#32 PostWysłany: 24 Wrz 2016 10:42 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Dzień 8

Niemilknące odgłosy zwierząt, wpychające się pod samochód bananowce
i pandany, nad wyraz towarzyskie komary - spowodowały, że zaczęliśmy się
czuć jak podróżnicy i, co za tym idzie, trochę pęcznieć z dumy.

Wszystko zepsuła toaleta.

Okazało się, że jeżeli przedrzeć się przez krzaki - znajdziemy niemal nowy budyneczek.
A w nim - zmywalnia, prysznice, umywalki, kibelki.
Nie ma prądu - ale wszystko działa dzięki zmyślnym, napędzanym ręcznie mechanizmom.
Źródłem wody jest zbiornik umieszczony na stalowych słupach.
Jak głosiła wywieszka - pora deszczowa nie była obfita w opady, nie napełnił się on
w tym roku jak trzeba - w związku z tym uprasza się o oszczędne korzystanie z wody.

Na dodatek wszystko pachniało, lśniło czystością i funkcjonowało niezawodnie.
I to mają być dzikie ostępy Australii ??!!:? :? :?

Image

Do Skały Ubirr jest tylko 5-10 minut drogi samochodem.
Szlak jest łatwy, jeżeli zrezygnować z wejścia na skałę - chodzi się jak po plantach w Krakowie.

Image

Wg informacji turystycznej, do przejścia wyznaczonej trasy wystarczy godzina, półtorej, jednak miejsce jest tak
urokliwe, że warto zarezerwować sobie trochę więcej czasu, żeby wystarczyło go na pokontemplowanie
widoków.

Skały utworzyły tu naturalne zadaszenie i to pewnie może tłumaczyć, dlaczego akurat tutaj Aborygeni
mieli ochotę wyżywać się artystycznie.

Image

Image

Image

Swoją drogą, to zastanawiam się, czy te malunki to każdy sobie robił sam w swojej jaskini, czy był
jakiś wioskowy artysta i świadczył usługi malarsko-dekoracyjne?
Obstawiałbym to drugie.

Image

Image

Galerie naskalne są w kilku miejscach.
Za pierwszą z nich można odbić nieco w bok i wspiąć się na Skałę Ubirr.

Image

Image

Widok Ziemi Arnhem trochę odpowiada moim wyobrażeniom na temat Góry Nebo i Ziemi Obiecanej.

Image

Image

Image

Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#33 PostWysłany: 02 Paź 2016 11:09 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Dalsza część szlaku, po zejściu ze skały, jest podobna do parku,
ogrodu botanicznego albo jakiejś innej, cywilizowanej atrakcji.
Bardzo to kontrastuje z faktem, że Ubirr znajduje się na kompletnym odludziu.

Image

Z jakiegoś powodu nazwy rzek w Kakadu są towarem deficytowym, z reguły nazywają się one:
Aligator albo Mary River, więc trzeba bardzo uważać, żeby się nie pomylić.
Niedaleko od Ubirr płynie East Aligator.
Aligatorom w Aligatorze można poprzyglądać się z wynajętej łódki - rejs połączony z pogadanką
nt. kultury aborygeńskiej i eksperymentami pirotechnicznymi, polegającymi na rozpalaniu ogniska
przy pomocy dwóch drewienek - kosztuje 75 AUD.

Image

Image

Image

Widoczna wyżej przeprawa to właśnie wspomniany Cahill Crossing.
Przejazdy przez rzekę, zwłaszcza mniejszych samochodów zahaczają o wyczyny kaskaderskie
a zważywszy, że poziom wody w chwili, gdy auto do niej wjeżdża potrafi być zupełnie inny, gdy
znajduje się ono na środku brodu - niepojęty wydaje się brak jakiegoś bezpieczniejszego sposobu
aby osiągnąć drugi brzeg.

Image

Tuż przy brodzie, w dogodnym miejscu, wybudowano platformę widokową.
Stojący na niej turyści mogą do woli przyglądać się wodnym wyczynom kierowców i tęsknie patrzącym
w ich stronę - krokodyli.

Od platformy rozpoczyna się pieszy szlak wzdłuż rzeki, który później przechodzi w sześciokilometrową
pętlę "Bardedjilidji Sandstone Walk".

Image

Image

Wycieczka jest przeciekawa, zaczyna się od gęstego lasu przy rzece, później przechodzi w bardziej
otwarty teren, urozmaicony skałami i wąwozami.
Szlak jest niemal płaski ale możemy poczuć się jak na rozpalonej patelni - koniecznie trzeba zabrać
wodę i buty do kostki: ścieżka nie jest bardzo uczęszczana i nie wiadomo, czy coś gryząco-jadowitego
się nie przytrafi.

Image

Image

Image

Jedną z głównych atrakcji przyrodniczych Kakadu są bilabongi, czyli mokradła i obowiązkowo trzeba
się po którymś bilabongu przepłynąć.
Najsłynniejsze bajoro -Yellow Water, w połowie drogi między Katherine a Ubirr, minęliśmy wczoraj.
Chyba wszystkie autokarowe wycieczki z Darwin do Kakadu oferują wodne widoki właśnie tu
i to nas trochę odstraszyło.
Zdecydowaliśmy, że będziemy pływać po Mary River, już nieco poza formalnymi granicami Parku Narodowego Kakadu.
Najlepszą porą na takie wyprawy jest poranek.

Zabraliśmy zatem pozdrowienia od krokodyli z East Aligator dla krokodyli z Mary River i ruszyli w stronę
kempingu, możliwie najbliżej przystani, z której mieliśmy nazajutrz wypłynąć.
Droga zdążyła zbliżyć się do Darwin, dlatego też chyba częściej, niż do tej pory widać było jakieś elementy
zabudowy - parkingi, znaki, kempingi.
Powszechne w okolicach Uluru tablice informujące o możliwości zalania drogi, tutaj zostały zastąpione
tablicami wskazującymi prawdopodobieństwo pożaru: na tarczy mieniącej się kolorami od niebieskiego
do krwistoczerwonego ustawiana ręcznie wskazówka pokazywała jeden z nich.
Wiadomo - jeżeli coś w okolicy czerwonego, to pożar po drodze mamy jak w banku.
Mijane przez nas pożarowskazy wcale nie miały alarmujących nastaw a i tak na horyzoncie, w którą
stronę nie spojrzeć - snuły się kłęby dymu:

Image

Prawdziwy pożar, z pełnym rozmachem, mieliśmy okazję zaliczyć osobiście nazajutrz, w drodze to Litchfield-
ale o tym później.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#34 PostWysłany: 13 Paź 2016 21:17 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Dzień 9

Caravan Park Tavern, na którym przyszło nam spędzić noc w rejonie Mary River
nazywał się tak, bo obok caravan parku była taverna.

Jakimś cudem, pomimo braku wiosek w pobliżu - bar był pełen, towarzystwo wyglądało
jak wycięte z filmu, gdzie głównym bohaterem jest Road 66 a do kolacji przygrywała kapela
o jakże wdzięcznej nazwie: "Pokaleczone Psy".

Na wypadek, gdyby ktoś nie miał czasu na dłuższe wycieczki - mógł sobie pooglądać krokodyle
na miejscu.

Image

Fred i Brutus nie stronili od obiektywu.
W końcu byli jednak w pracy i za wikt jakoś musieli zapłacić...

Przystań z której wypływa się na mokradła jest odległa kilkanaście kilometrów od Kakadu Hwy.
Wiedzie do niej z początku porządna utwardzona droga, potem utwardzona ale tylko trochę, a w końcu
trzeba poruszać się po nierównym karbowanym klepisku.
W związku z tym organizator imprezy wodnej odbiera z kempingu, busikiem, wszystkich, którym szkoda
ich własnego samochodu.
Skorzystaliśmy z tego, wcale nie darmowego dobrodziejstwa.

W przystani kierowca busika stał się kapitanem łódki.
Rejs w żadne specjalne przygody nie obfitował a rzeka i bagna okazały się rzeczywiście bardzo malownicze.
Można było patrzeć i patrzeć i patrzeć i ...
I byłoby bardzo przyjemnie i sielankowo, gdyby nie ten wewnętrzny przymus, żeby wypatrywać
i fotografować krokodyle...

Image

Image

Szczęśliwie innych zwierzaków, o zdecydowanie mniej dyskusyjnej urodzie też nie brakowało:

Image

Image

Image

Pojawiające się tu i ówdzie wysepki i kępy drzew są otoczone dywanem lilii wodnych, czasem ciągnącym się
po horyzont.

Image

Image

Przed jedenastą byliśmy znów na kempingu.
Kangury, które wczoraj nie chciały wejść w żadną komitywę, tym razem jakoś tak smutno patrzyły,
kiedy składaliśmy dobytek do dalszej drogi.
Tak się nam przynajmniej wydawało...

Do Parku Narodowego Litchfield nie było daleko i te 150 km spodziewaliśmy się połknąć w nie więcej niż dwie godziny.
Mieliśmy piękny i słoneczny dzień, bez wiatru i czegokolwiek innego, co mogłoby zwiastować zmianę pogody.
Niestety, w miarę upływu drogi robiło się coraz bardziej szaro, ponuro a słońce całkiem znikło.
Dopiero po dobrej chwili zorientowaliśmy się, że to nie załamanie pogody - wjechaliśmy w strefę pożarów a
to co wzięliśmy za chmury deszczowe i mgłę - stanowiło kłęby szaro-burego dymu.

Gdy dym zgęstniał na tyle, żeby zacząć się go bać - na środku drogi wyłonili się strażacy.
Bynajmniej nie zamykali przejazdu tylko instruowali każdego przejeżdżającego, jak należy się zachować:

* włączyć światła
* zamknąć wszystkie nawiewy w aucie
* broń Boże nie otwierać okien
* trzymać się metr od krawędzi drogi
* nie przyspieszać gwałtownie, aby nie zassać za sobą ognia
* nie zatrzymywać się

Na początku nie było za wiele widać:

Image

Potem pojawił się ogień:

Image

Jeszcze później termometr zaczął pokazywać na zewnątrz 65 stopni:

Image

A potem się przyzwyczailiśmy ...

Image

Image

Image

Po opuszczeniu pożaru i Stuart Hwy droga zmienia się zupełnie.
Nie jest już prosta lecz kręta, nie płaska tylko górzysta i nie szeroka a wąska.
W związku z tym - wcale tak szybko jej nie ubywa.
W nagrodę jednak - za wjazd na teren Litchfield National Park nie trzeba płacić ani dolara.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#35 PostWysłany: 14 Paź 2016 12:52 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Litchfield został przystosowany do potrzeb osób, które nie mogą rozstać się z wysokimi obcasami.
Wszędzie jest blisko i łatwo: zatoczka przy drodze, parking, wybetonowana ścieżka i już jesteśmy
obok jakiejś atrakcji.

Pierwsze z kolei, jeżeli podporządkować się trasie wzdłuż parku, są termitiery magnetyczne:

Image

Mrówki preferują tutaj tego rodzaju architekturę, ale sięgają również do projektów, które spotykaliśmy wcześniej.
Drugi rodzaj budownictwa, jak głosiła tablica obok - to termitiera katedralna.

Image

Kawałek dalej są Wodospady Florence.
Z góry prezentują się całkiem fajnie.

Image

Kiedy jednak wstąpimy na ścieżkę w ich stronę, choć prowadzi ona przez tropikalny las, poczujemy się jak
w parku wodnym.
W jedną stronę zmierzają ludzie z kocykami, materacami, dmuchanymi zabawkami, termosami i kanapkami.
W drugą zaś - z podobnym zestawem akcesoriów, tylko bez kanapek a termos jest pusty.
Wszystko dlatego, że wodospad nadaje się do kąpieli.

Image

Inny jest charakter odległych o jakieś dwadzieścia kilometrów Wodospadów Tolmer.
Owszem, można dotrzeć do nich ścieżką przygotowaną dla miłośniczek szpilek, ale jest też druga, kilkukilometrowa
ścieżka, gdzie z kolei miłośnicy natury znajdą coś dla siebie.

Image

Tak czy inaczej, jedni i drudzy, zobaczą w końcu to samo:

Image

Image

Ostatnim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć w Litchfield były znowu wodospady: Wangi Falls.
Obok nich jest kemping, na którym zamierzaliśmy przenocować.
Zwiedzanie miało poczekać do rana, następnego dnia.
Jak zwykle do tej pory, miejsc do zaparkowania raczej nie zbywało.
Wbrew zakazowi, rozłożyliśmy się w zatoczce przeznaczonej do chwilowego parkowania.
Chwilę później przyjechał swoim kamperem Australijczyk i spytał, czy może rozłożyć się obok, bo nie znalazł
miejsca.
A potem, tym razem bez zbędnych pytań, dołączył do nas jeszcze jeden obywatel byłych kolonii brytyjskich.
W sumie takie zespołowe łamanie zakazów jest mniej stresujące niż indywidualne.

Image

============

Dzień 10

Wangi Falls od wcześniej widzianych falls na pierwszy rzut oka aż tak bardzo się nie różnią.
Też nadają się do kąpieli i to chyba nawet bardziej, ale z rana jeszcze za bardzo nikt nie kwapił się
do wskakiwania do wody.

Image

Image

Wokół wodospadów, górą, biegną dwie ścieżki.
Pierwsza jest dla zaawansowanych turystów - przejście jej zajmuje trzy dni, trzeba nocować w buszu no i zadbać
oczywiście o wodę i prowiant.
Sądząc po kierunku, w którym zmierzali, właśnie ci zawodnicy poszukiwali tej przygody:

Image

Druga ścieżka nadawała się dla nas.
Powoli, przez las, wspina się ku górze.

Image

Ułożone z desek pomosty początkowo spoczywają na niewysokich palach, później docierają do koron drzew.
Dzięki temu można spojrzeć na las z perspektywy wiewiórki albo nietoperza, których tutaj znowu było pełno.

Image

"Canopy Walking" kończy się na szczycie skal, z której spada wodospad, a widoki z tego miejsca bardzo przypominają
krajobrazy Kakadu.

Image

Do Darwin stąd nie było już daleko.
Meta, do której szczęśliwie udało się dojechać wygląda tak:

Image

W soboty placówka Mighty, Britz, Maui przyjmuje interesantów oddających auto tylko do 15.00.
O, przepraszam.
W sezonie, a taka pora tu właśnie była - czas pracy został wydłużony do 15.30.
Za nic w świecie nie można się spóźnić.
W przeciwnym razie, nie dość, że należy zapłacić za korzystanie z samochodu do poniedziałku,
to trzeba ślęczeć na miejscu dwa dodatkowe dni - przekazanie kluczyków musi odbyć się osobiście.

Obsługa stacji jest uprzejma, jednak stan samochodu przy zwrocie jest drobiazgowo sprawdzany,
trwa to co najmniej godzinę.
W rzeczywistości możemy czekać znacznie dłużej, gdy trafimy na moment, gdy zdających pożyczony
samochód jest więcej albo ktoś stojący przed nami ma inne niż personel Mighty zdanie na temat stanu auta.
Samochód należy zwrócić z pełnym bakiem i butlą gazową.

Wymienionych niedogodności można uniknąć.

Jeżeli w chwili wypożyczenia auta zapłaciliśmy dodatkowo 100 AUD nie musimy przejmować się stanem baku
a pracownicy biura na słowo wierzą nam, że nie potłukliśmy talerzy, nie ukradli widelców ani łyżek albo
nie zrobili czegoś jeszcze gorszego.
Wystarczy oddać kluczyki - i już.

Wcale nie żałowałem tego wydatku, gdy przyglądałem się grupce Holendrów - ich "check-out" trwał już na dobre
gdy zajeżdżaliśmy na plac.
Zdążyliśmy wypakować się, zdać auto, zamówić taksówkę - a gdy opuszczaliśmy wypożyczalnię oni ciągle
liczyli garnki i poszewki na pościel.

Pierwotnie zakładaliśmy, że po półtora tygodnia w kamperze zatęsknimy za wygodami.
I tak rzeczywiście było.
Kilka godzin w Darwin zagospodarowaliśmy wyłącznie w hotelu przy lotnisku.

Po północy samolot zabrał nas do Brisbane, do całkiem innej Australii.

Koniec:)
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#36 PostWysłany: 01 Lis 2016 13:00 

Ale, że jak to już? Taki koniec koniec?
A jakieś podsumowanie czy coś? :P
Góra
 PM off  
 
#37 PostWysłany: 06 Lis 2016 22:43 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Ha, no tak ...
Bez podsumowania to nawet nieładnie jakoś.
Zatem:
* Przyroda ładna, nawet bardzo.
* Miasta też bardzo ładne.
* Ludzie bardzo mili i pomocni.
Zatem co najmniej trzy powody do wycieczki.

Co do kosztów - między wierszami pewnie uda się znaleźć przydatne informacje.

A przede wszystkim bardzo nas tam serdecznie zapraszają:

Image

:P :P :P Pozdrawiam
Tomek
Góra
 Relacje PM off
Japonka76 lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 11 Lis 2016 12:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2012
Posty: 244
Loty: 97
Kilometry: 238 432
niebieski
No Terytorium Północne rzadziej odwiedzane, ale mi też przypadło bardzo do gustu!
Fajnie, że mogę zobaczyć relacje właśnie z tego kawałka Australii.
_________________
zapraszam na mój blog podróżniczy:
http://www.czterykranceswiata.com

moje relacje:
Najpiękniejszy trek na świecie (Himalaje) - Annapurna Base Camp
Nepal na bogato - tak pół żartem, pół żartem
Jamajka -Fałszywy Raj
Nikaragua - Okryłem nowy RAJ?!
Kostaryka -Pura Vida
Angkor Wat -Perła Kambodży
Góra
 Relacje PM off  
 
#39 PostWysłany: 19 Lis 2016 12:58 

Rejestracja: 04 Cze 2015
Posty: 237
Loty: 19
Kilometry: 100 280
niebieski
Też miałeś okazję odwiedzić T.P.? Jakie miejsca wybrałeś?

===================================

W innym wątku forum zadeklarowałem, że napiszę parę słów nt. jak niedrogo wydostać się
z portu lotniczego w Sydney, no to piszę:

W zasadzie wielkiego wyboru nie mamy - taksówka albo komunikacja miejska.
Są też różnego rodzaju firmy, mniejsze i większe, które po przedpłacie zapewniają "shuttle from the airport".

Chodniki w mieście są równe i wygodne, wielkich górek nie ma - więc jeżeli od stacji metra daleko do hotelu
nie mamy - komunikacja miejska to jest to.
A jeżeli metro, autobus czy prom - rolę biletu pełni Karta Opal.
Kupuje się ją bynajmniej nie na dworcu, przystanku lub przystani - ale w sklepach spożywczych, drogeriach,
kioskach z gazetami.
Miejsca, gdzie jest to możliwe, są oznaczone chorągiewką - wywieszką i łatwo je znaleźć.

Opłata jaką wnosimy nabywając kartę, to kwota z której jest później odejmowany każdy koszt przejazdu.
Jeżeli wyczerpiemy ją do zera - kartę musimy doładować, najłatwiej w automacie.
Zatem nic niezwykłego.

Trochę nie fair postąpili Australijczycy ze swoimi gośćmi:
Jeżeli na Karcie Opal pozostaną niewykorzystane środki - można je odebrać wyłącznie poprzez przelew
na rachunek bankowy.
Musi to być rachunek otwarty w Australii, więc przeciętny przybysz, np. z Europy o pieniądzach raczej musi zapomnieć.

W związku z powyższym wcale nie miałem wyrzutów sumienia oszczędzając na transporcie z lotniska:

Przejazd ze stacji International Airport albo Domestic Airport do np. Circular Quay (centrum, okolice opery - tutaj warto
znaleźć nocleg) kosztuje ok. 17 AUD.
Tymczasem, gdy do wagonu wsiądziemy tylko półtora kilometra od lotniska, na stacji Mascot - zapłacimy 3.40 AUD a
poza godzinami szczytu 2.40 AUD
Podobno tak duża różnica wynika z apetytów finansowych właścicieli aeroportu.

Bezpośrednio obok terminali jest tymczasem przystanek autobusu linii 400 i 410.
Jest do niego wcale nie dalej, niż na peron metra.
Autobusy te kursują często i za ok. 1 AUD dowiozą nas w pięć minut do stacji Mascot, skąd możemy dostać się już
gdziekolwiek za normalną opłatą.

Image

Rozkład jazdy linii "400" dostępny tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Sydney_bus_route_400

Pozdrawiam
Tomek
Góra
 Relacje PM off
dj3500 lubi ten post.
 
 
#40 PostWysłany: 19 Lis 2016 17:48 

Rejestracja: 22 Cze 2012
Posty: 304
niebieski
TikTak napisał(a):
W związku z powyższym wcale nie miałem wyrzutów sumienia oszczędzając na transporcie z lotniska:

Przejazd ze stacji International Airport albo Domestic Airport do np. Circular Quay (centrum, okolice opery - tutaj warto
znaleźć nocleg) kosztuje ok. 17 AUD.
Tymczasem, gdy do wagonu wsiądziemy tylko półtora kilometra od lotniska, na stacji Mascot - zapłacimy 3.40 AUD a
poza godzinami szczytu 2.40 AUD
Podobno tak duża różnica wynika z apetytów finansowych właścicieli aeroportu.

Bezpośrednio obok terminali jest tymczasem przystanek autobusu linii 400 i 410.
Jest do niego wcale nie dalej, niż na peron metra.
Autobusy te kursują często i za ok. 1 AUD dowiozą nas w pięć minut do stacji Mascot, skąd możemy dostać się już
gdziekolwiek za normalną opłatą.

Image

Rozkład jazdy linii "400" dostępny tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Sydney_bus_route_400

Pozdrawiam
Tomek


My wlasnie tak nieco "oszukalismy" system w drodze na lotnisko. Poza godzinami szczytu mozna z centrum dojechac za 2.46 AUD (2.36 za pociag i 0.1AUD za autobus). Pojechalismy z Circular Quay do Mascot. Tutaj trzeba przejsc doslownie 200m na przystanek (stand B - w strone lotniska). Autobus jedzie jakies 15-20min stad. Mielismy szczescie ze doslownie od razu jak wyszlismy z metra podjechal autobus 400 (musielismy nawet troche nawet podbiegnac by go zlapac), dzieki czemu nasza podroz na lotnisko nie byla duzo dluzsza niz podroz pociagiem. Autobusy jezdza jednak co rzadziej niz pociag, wiec trzeba sobie odpowiedni bufor czasowy zapewnic.

Z tym Opalem to faktycznie srednio uczciwe. My mielismy na karcie okolo 4.7 AUD. By dojechac na lotnisko musialbym miec okolo 17. Doladowac mozna tylko wielokrotnoscia 10 AUD. Musialbym wiec doladowac za 20 AUD i zmarnowalibysmy wiec prawie 8 dolarow na kazdej karcie chcac dojechac na lotnisko pociagiem cala trase. Dlatego tez kombinowalismy jak dojechac taniej.
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 44 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group