Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 33 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 31 Sty 2018 02:36 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Po prawie pięciu latach zachłannego czytania forum i F4F, po zrealizowaniu kilku fantastycznych, w dużym stopniu inspirowanych znalezionymi tu informacjami podróży, postanowiłem i ja podzielić się naszymi wspólnymi rodzinnymi doświadczeniami z ostatniej z nich.
Proszę, potraktujcie tę relację jako formę podziękowania za to, czego dzięki Wam w czasie tej i wcześniejszych podróży mogliśmy doświadczyć. Chęć jej opublikowania wynika właśnie stąd, że w tej podróży, jak chyba nigdy dotąd pomogły nam informacje znalezione tu na forum i na kilku wartościowych blogach podróżniczych.
Proszę też, by wybaczono mi ewentualne wpadki i skrytykowano w razie potrzeby 8-). Jeśli będzie trzeba, to na pytania też odpowiem.

Pomysł na Jordanię powstał błyskawicznie. Podróżowanie w składzie dwa plus trzy (a te trzy to 14 i 11 latka oraz 8 latek) wymusza dostosowanie mniej więcej terminu wyjazdu do tych wolnych od szkoły. Po tym, jak z powodu zbyt długiego zastanawiania się uciekły nam różne tam dostępne w dolnośląskim terminie ferii Tajwany, Filipiny i Omany, a ciepełka wciąż się chciało, postanowiliśmy w trybie pilnym zarezerwować przeloty Wizzairem z Katowic do Ovdy i uznaliśmy, że dalej jakoś to będzie.

Tym bardziej, że myśli o Jordanii krążyły po naszych głowach jeszcze od czasów studenckich, niestety dość dawnych, ale jakoś tak nie nadarzyła się szczególna okazja. Pobieżna analiza dostępnych relacji z podróży i ultrakorzystna cena biletów do Ovdy (a być może i spożycie nadmiernej ilości wina i wywołany tym hurraoptymizm) prowadziły tym razem wprost do decyzji - Jordania.

Planując trasę i zbierając informacje skorzystaliśmy z bezcennych informacji z forum - zwłaszcza pomocne okazały się te łopatologicznie przedstawiające procedurę przekraczania granicy izraelsko - jordańskiej na przejściu Wadi Araba, transportu z lotniska Ovda, kwestii wizowych w Jordanii. Źródłem szczególnie istotnym był jednak też blog http://www.wapniakiwdrodze.pl/ , którego autorzy są zresztą na forum obecni, znacznie bardziej wartościowy od większości przewodników po Jordanii dostępnych w formie drukowanej.

Poniżej przedstawię trasę, jaką przemierzyliśmy, w kolejnych postach zaś opiszę nasze wrażenia i garść informacji praktycznych zwłaszcza tych, które niekoniecznie wcześniej dostrzegłem i dorzucę kilka z kilku tysięcy przywiezionych z wyjazdu fotek. Podsumowanie zaś - również cenowe - znajdzie się na końcu. Podróż nie okazała się ostatecznie niskobudżetowa, w końcu prawie wszystko x5 (lub co najmniej x3), pewnie też popełniliśmy parę błędów, ale bezwzględnie warto być w Jordanii. Jest tam spokojnie (póki co) i przyjaźnie. Na wyjazd z dzieciakami kierunek to doskonały.

Zaplanowana trasa obejmowała po przylocie w piątek do Ovdy nocleg w Eilacie, potem w sobotę przekroczenie granicy i dzień w Akabie, przejazd do Ammanu i cztery noce tamże - w tym zwiedzanie Ammanu i wypad do Dżerasz. Później Madaba na trzy dni i wypady stamtąd autem wynajętym już po wyjeździe z Ammanu (by uniknąć kłopotów z poruszaniem się nim po bądź co bądź dużym i nieco chaotycznym mieście) w kierunku wschodnim i północnym, przejazd wybrzeżem Morza Martwego, dwa dni w rezerwacie Dana, trzy dni w Petrze, dwa dni w Wadi Rum, przejazd i zwrot auta w Akabie. W efekcie kompromisu plan objął także dwudniowy plażing i snorkelling w Eilacie.

W zasadzie wszystko to udało się zrealizować. Fatalna pogoda spowodowała jedynie, że Wadi Rum posmakowaliśmy tylko przez kilka godzin i już wiemy, że choćby tam wrócić kiedyś będzie trzeba. Nocleg na pustyni zastąpiliśmy dodatkowym noclegiem w Akabie i zwiększyliśmy wymiar byczenia się na plaży oraz zachwycania się rafami Morza Czerwonego.

W sumie w Izraelu i Jordanii byliśmy od 12 do 29 stycznia 2018, więc informacje będą zupełnie świeże.

Pozdrawiam wszystkich i nieśmiało zapraszam do czytania kolejnych części relacji, które pojawią się w następnych dniach.
Ziemek


Ostatnio edytowany przez ziemekb, 06 Lut 2018 16:41, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
PawelGa uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 31 Sty 2018 09:25 

Rejestracja: 31 Sty 2018
Posty: 8
czekamy na dalszą część relacji. proszę o krótkie info co się zadziało w Wadi Rum, że musieliście zmienić plany? lecimy za 3 tygodnie i nie ukrywam, że Wadi Rum to chyba numer jeden naszych planów oraz zabookowane 2 noclegi :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 31 Sty 2018 10:37 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
W Wadi Rum jako takim nic specjalnego się nie zadziało. Chcieliśmy koniecznie je zobaczyć i zostawiliśmy to sobie na koniec, bojąc się, że jeśli zaczniemy od Wadi Rum, to już nic się nam więcej tak nie spodoba.
Pogoda jednak poprzedniego dnia dała nam strasznie w kość, zmokliśmy i zmarzliśmy niemiłosiernie na szlaku z Petry do Małej Petry, a na noc zapowiadano już wcześniej mróz i śnieg w wyżej położonych rejonach, w Wadi Rum zaś deszcz i wiatr i niewiele wyższe temperatury kolejnej nocy. Ponieważ nocleg w namiocie w dzikim miejscu nie jest dla nas atrakcją samą w sobie, a perspektywa oglądania gwiazd zapowiadała się mizernie, to założyliśmy, że dokonamy pobieżnego rekonesansu, a do Wadi Rum może jeszcze kiedyś wrócimy z własnym namiotem na dłuższą wędrówkę.
Okazało się to słuszną decyzją, o czym w dalszej części relacji. Przy wystarczającej determinacji można dużo zobaczyć na piechotę bez wynajmowania jeepa.
Dziś wieczorem pierwsza część konkretów i zdjęć, które się właśnie przystosowują do publikacji.
Góra
 Relacje PM off
mahalnet lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 31 Sty 2018 16:28 

Rejestracja: 31 Sty 2018
Posty: 8
czekamy na całą relację
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 01 Lut 2018 04:12 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Dni 1-3. Wrocław - Pyrzowice - Ovda - Eilat - Akaba - Amman
Wyprawa zaplanowana, rezerwacje prawie dopięte: noclegi załatwione za pośrednictwem znanego portalu z nadzieją na liczne cashbacki 40/80, 40/200 itp. JordanPassy kupione.
Egged 282 z Ovdy do Eilatu i z powrotem niby zarezerwowany (nauczony tym, co piszą mądrzejsi na forum drukuję kolejne screeny, bo na maila oczywiście nic nie przychodzi). Auto po krótkiej wymianie maili z lokalną wypożyczalnią Montecarlo (polecaną na TA) zarezerwowane.
W Pyrzowicach lekki przypał z security (losowo wybierają małych chłopców do obcierania wacikiem na ślady materiałów wybuchowych, nasz syn przyjął z olimpijskim spokojem odgonienie mamy i sióstr, ale inni już niekoniecznie, poziom uprzejmości i empatii obsługi kontroli bezpieczeństwa zero). Boarding sprawny i wylatujemy o czasie.
Załoga landryny w stu procentach polska, wśród pasażerów przegląd charakterów od zaprawionych w bojach podróżników sypiących na prawo i lewo wiedzą z forum F4F po przerażone wczasowiczki.
W Ovdzie lądujemy jakieś pół godziny przed planowanym czasem. Wbrew powszechnym opiniom wszystko bardzo sprawnie, profesjonalnie, uprzejmie i z uśmiechem. Pytania ograniczone do minimum (wiemy, że przy wylocie może być gorzej). Nikt nie zabiera nam kabanosów i czekolady i nikt o nie nie pyta. Dobrze - wszak zbliża się szabat, cóż byśmy jedli gdy sklepy zamknięte na głucho ;) .
Do karuzeli bagażowej docieramy w momencie, gdy nasze plecaki wyjeżdżają. Eilatomat działa, gada z nami po angielsku i drukuje nam bilety. Tak trochę głupio, że tylko w jedną stronę, choć z karty zeszło po 43 NIS na głowę. Pan przy kontuarku chętny do pomocy, lecz problemu nie rozumie i nie wie, jak rozwiązać. Towarzyszący mu drugi przedstawia się "Me, the driver" i mówi, że don't worry, ale z taką sytuacją też się nie spotkał. Póki co dobrze, że mamy bilet do Eilatu.
Nie wiedząc, jak wiele czasu nam zejdzie odpuściliśmy przejście jeszcze tego wieczoru przez granicę. Można było ryzykować. Autobus 282 ma planowo odjechać o 18.20. O 17.45 już raczej nie ma nikogo w terminalu. W sumie mimo pozytywnych ogólnie wrażeń z Ovdy rozmach lotniska jednak budzi nasze rozbawienie: przyloty, namiot prawy, odloty, namiot lewy. "Me, the driver" przychodzi po sprawdzeniu, czy nikt chętny w środku nie został. Wszyscy wsiadają i jadą na siedząco, ruszamy chwilę przed 18-tą; na CBS w Eilacie jesteśmy przed 19-tą.
Nasze miejsce noclegowe to Motel Tsabar. Trzy minuty z dworca. Nocleg bez wydarzeń. Wygodny, choć drogi. 140 USD/5 osób, dwupokojowy apartament, kuchenka mikrofalowa. Odnotowałem, że bezpłatnie drukować można karty pokładowe.
Trzeba tu zaznaczyć, że nasze odczucia co do tego i kolejnych noclegów nie są miarodajne dla wszystkich, bo dla nas optymalne są te miejsca, gdzie da się zakwaterować w jednym pokoju albo dwóch tuż obok siebie pięć osób - to ogranicza spektrum poszukiwań.
W motelu spotykamy parę sympatycznych Polaków, którzy szybciej wyszli z autobusu. Wykonujemy czarnorynkową transakcję walutową, to znaczy za cztery złote sprzedajemy im dolara i dorzucamy w gratisie papierosa, bo ich karta nie chce współpracować, a dolara im zabrakło, by uprzejmy pan recepcjonista przyjął od nich zapłatę w tej walucie. Jest to w naszym interesie - też chcemy zapłacić dolarami i będzie nam mógł w dolarach wydać, ale musi je mieć. Okazuje się, że zapłata w USD jest korzystna, zważywszy kwotę, jaką widzimy na rachunku podaną w NIS.
Warto wiedzieć o istnieniu automatów wymieniających pieniądze w kilkunastu walutach (ale nie złotówkach) na NIS, jeden z nich jest przy ulicy prowadzącej w dół od dworca autobusowego w stronę lotniska i plaży. Kurs nie tak znowu bandycki, po przeliczeniach wyszło rzędu 1,05 PLN za 1 NIS. Jest początek szabatu, więc nikt poza maszyną nie zechce i tak z nami gadać. W Pyrzowicach superoferta opiewała na 1,29 PLN.
Kilka takich automatów jest też na promenadzie nadmorskiej.

Pozyskujemy nieco "szakali" na taksówkę nazajutrz do granicy oraz na piwo, do źródła którego jakieś 50 metrów od automatu niezawodnie prowadzi nas widok grupy miejscowych koneserów. Testuję takie za 5 NIS/ 0,5l. Jeśli założyć, że dzielą się na dobre, bardzo dobre i wyśmienite, to było na pewno dobre.

Nazajutrz wita nas słonko. Kolegialnie decydujemy, że olewamy system i granicę atakujemy z buta. Włączam moją ulubioną czeską nawigację, która niezawodnie proponuje drogę przez chaszcze, a nie jakiś tam proste rozwiązania szosą. Idziemy do płotu lotniska, chodnikiem do końca lotniska i odbijamy w prawo w kierunku miejscowych salin. W pewnym momencie nasza Czeszka przestaje jakoś mieć inwencję, a my znajdujemy się w krzakach, lub raczej w trzcinach.
Dorota fotografuje sól. Będzie w razie czego co pokazać, żeby nie było, że nad Morze Martwe nie dotarliśmy - kto się tam połapie.
Po krótkiej przeprawie przez błoto (niewątpliwie niekoniecznej) okazuje się, że należało 200 m wcześniej przejść przez krzaki i odnaleźć zadbaną alejkę. Jesteśmy na terenie Eilat Bird Sanctuary. Wyłazimy prosto na altankę do birdwatchingu. Choć jesteśmy w tym raczej słabi, rozpoznajemy flamingi i warzęchy. Teren jest ładnie utrzymany. Rezygnujemy jednak z powodu niewystarczającej znajomości hebrajskiego z udziału w otwartym wykładzie, który właśnie się tam odbywa.
Kierujemy się w stronę odległej o kilkaset metrów stamtąd granicy. Po izraelskiej stronie wszystko sprawnie i szybko. Opłata wyjazdowa kartą kantoru Alior - za 5 osób 510 NIS. W pasie ziemi niczyjej uwagę naszą zwraca sad drzewek granatów. Dzieciaki początkowo mylnie interpretują komunikat "patrzcie, ile granatów leży na ziemi" - kwestia atmosfery miejsca.
Po stronie jordańskiej sporo biurokracji, ale okraszonej szerokimi uśmiechami obsługującej nas pani i panów.
Nie ułatwia sytuacji to, że JordanPassy kupiliśmy dla trojga z nas - tych, co już ukończyli 12 lat niedawno albo nieco dawniej. Dla dzieci do 12 roku życia (u nas to dwie sztuki, Iga i Mikołaj) nie ma to sensu, bowiem wstępy do objętych passem atrakcji są dla nich darmowe. Wiąże się to jednak z koniecznością wizyty w jednym więcej okienku i wypełnienia "manifestu" dla nich, który koniecznie trzeba zachować do przekraczania granicy z powrotem.
Wyposażeni w karty wjazdowe (bez problemu Jordańczycy wydają je i po samodzielnym wypełnieniu przez nas stemplują nie pozostawiając śladu w paszportach) udajemy się na negocjacje z bossem mafii taksówkowej.
Wcześniej spotykamy sympatycznego jordańskiego przewodnika mówiącego po polsku. Studiował w Serbii i czeka na serbską grupę, która gdzieś zaginęła w boju po izraelskiej stronie. Nie ma niestety widoku na zabranie się z nimi, bo pozostają zaginięci, a negocjacje z managerem od taksówek przebiegają tak sobie. Trudno nam polemizować z argumentem, że kierowca może wziąć tylko 4, a nie 5 osób, a jak już tak się narazi, by nam pomóc, to kurs kosztuje 15 JOD. Mówimy bossowi, że to nie fair, ale wsiadamy. W końcu naoszczędzaliśmy sobie maszerując przez solniska w Eilacie.
Welcome to Jordan!
W Akabie zatrzymujemy się w Aqaba View Hotel. 33 JOD za pokój rodzinny z pięcioma łóżkami. Atmosfera miejsca mocno lokalna, nieco duszna, lecz czujemy się bezpiecznie. Niespecjalnie często, tak się wyczuwa, miewają tu tak egzotyczne zestawy jak my. W sumie nawet się starają.
Jest czysto, pan właściciel wpada sam z siebie po kilku godzinach na pomysł, że może przyniesie nam ręczniki i papier toaletowy. Przypominamy dzieciom, że azjatyckie hotele niezależnie od kraju zawsze mogą oznaczać nieznane dotąd problemy hydrauliczne - w istocie, woda w łazience płynie zewsząd, tylko nie ze słuchawki prysznica.
Nasz resort położony jest tuż przy plaży i ma swą wydzieloną część z plastikowymi krzesełkami.
Na plażing udajemy się tuż przed zachodem słońca, wcześniej jednak poszukujemy w oparciu o wskazówki z Lonely Planet biura/stacji autobusowej Jett. Jest przy hotelu Movenpick, nieopodal wielkiego ronda. Według LP jest jeszcze drugie biuro niedaleko Double Tree by Hilton, którego jednak próżno szukać. Kupujemy bilety na autobus do Ammanu na następny dzień. 8 JOD za dorosłych, młodsze dzieci po 6 JOD.
Dzieciaki żądają kąpieli i twardo kąpią się w ciuchach nieudolnie naśladując żeńską młodzież miejscową. Wokół pełno łódek, zapach benzyny i spalin, ale i tak jest pięknie.
Dajemy drugą szansę LP i idziemy jeść do Syrian Palace (polecany również na forum). Jedzenie dobre i obficie, nie bardzo tanio - za pięć porcji bez oszczędzania płacimy 19 JOD. Jemy kebab "aleppo style", kebab "indian style", shawarmowy zestaw, rybę z ryżem której nazwy nie pomnę oraz pyszne "meat pancakes" - według mnie, jak tureckie lahmacuny.
Zachęceni trafnością przewodnikowych sugestii udajemy się na poszukiwanie supermarketu, w którym można byłoby przeczytać, jakie są ceny najróżniejszych produktów tam, gdzie się te ceny wystawia. LP sugeruje najlepszy w mieście supermarket przy Petra Street. Jest i owszem, asortyment wszak ma zgoła specyficzny. Gorzała w wielkiej obfitości, wino, piwo, woda i... ozdoby świąteczne, bombki oraz sztuczne choinki. Najpewniej tłum turystów zaatakował to miejsce po wymienieniu w popularnym przewodniku i dotąd nie uzupełnili jeszcze zapasów. Fakt istnienia Carrefoura uświadamiamy sobie poniewczasie, już po wyjeździe z Akaby. Niemniej po przeanalizowaniu oferty nabywamy 0,7 l jeżynówki (jagodzianki?), która w założeniu ma służyć wielodniowej degustacji. Za jedyne 4 JOD.
Zaskakująco jednak się składa, że wieczorem jej ilość zmniejsza się w zastraszającym tempie. Ostatecznie znika, gdyż jest zbyt dobra.
O poranku budzi nas pukanie do drzwi. Zaspany chłopak oddelegowany do podania nam śniadania chce się upewnić o 8 rano, że na pewno o 8.30 będziemy chcieli je zjeść, choć dokładnie taką godzinę poprzedniego dnia ustaliliśmy z właścicielem. Mam ochotę go udusić albo wlać w niego ciurkiem co najmniej z pół litra jeżynówki. Dla dobra rodziny jednak potwierdzam - tak, chcemy śniadanie. I herbatę. Tak, na pewno herbatę. Dużo!
Chłopak wraca spać zaraz po podaniu nam śniadania. Twardo idziemy plażować, a gdy już mamy dość, wory na plecy, spacer po mieście, piekarnia, słodkości.
Nasze wrażenia z Akaby są specyficzne. Wydaje się, jakby ktoś na typowo arabski chaos nałożył pozornie luksusową, choć trochę tandetną maskę, taką drugą warstwę - otoczkę kurortu. Taki troszkę piaskowo - kiczowaty obrazek.
W autobusie objawia się lekki brak wyobraźni pani kasjerki - mamy pięć kolejnych miejsc, czyli super. Jedno z nich tuż przy przedniej szybie górnego pokładu. Zawsze o tym marzyłem. Szkoda, że pozostałe na dole. Jakoś udaje się opanować sytuacje, dokonuję zaboru miejsca sąsiedniego i dzieci mogą tam rotować wpatrując się w szybę. Ja na wszelki wypadek nie za dokładnie patrzę. Jeszcze bym uznał, że pomysł, by usiąść za parę dni za kierownicą w takich realiach jest kiepski...
W autobusie spotykamy rodaków, jak się później okaże, też wrocławian - Szczepana i Martę z małą Polą. Będzie nam dane się jeszcze spotkać później w Wadi Musa i dłużej pogadać. 5 godzin podróży nie należy do najbardziej fascynujących ani komfortowych, po 19.00 docieramy do Ammanu, gdzie rzeczywistość pogodowa okazuje się brutalna. Wieje jak cholera, a w ramach kary za odrzucenie oferty przejazdu taksówką z Abdali do downtown najprawdopodobniej to mafia taksówkowa zsyła na nas ulewę. Leziemy dobre 3 kilometry, ale za to prosto i ciągle w dół. Na dodatek da się iść i da się przejść przez ulicę - jak miło!
Mokrzuteńcy docieramy do hotelu Arab Tower. Miłym zaskoczeniem okazuje się istnienie i działanie centralnego ogrzewania w postaci gorących kaloryferów w naszym apartamencie. Czyściutko, wygodnie, wysoki poziom (tj. szóste piętro ;) ), dwa pokoje, dwie łazienki. Zwyczajowe problemy hydrauliczne ograniczają się do powodzi znienacka w jednym z pokoi. Śledztwo dotąd nie pozwoliło ustalić, czy przyczyną było nadmierne zaangażowanie nastolatki w kąpiel, czy też umieszczenie odpływu w najwyższym punkcie podłogi. Ten hotel mimo drobiazgów wszakże polecamy bardzo.
Z okien mamy przecudny widok. Z lewej cytadela, z prawej teatr. Wprawdzie ulicami płyną potoki głębokie do kostek, ale piekielnie głodni i zdesperowani znajdujemy dziurę w ścianie z shawarmami tuż obok meczetu Husaini. Kolejka w deszczu pozwala sądzić, że karmią nieźle i tak też jest. 65 piastrów za sporego sandwicha to więcej niż dobrze, nic nam więcej nie trzeba.
Z nadzieją na słonko w dniach kolejnych, zasypiamy, ciekawi tego najbrzydszego według niektórych miasta Bliskiego Wschodu.

Relacji ciąg dalszy będzie, lecz później, zważywszy na porę...
Z uwagi na początkowe problemy techniczne w porę dostrzeżone przez czujnych czytelników, ślady po niewyświetlających się zdjęciach stąd usunąłem, a zdjęcia do tekstu są w kolejnym moim poście.


Ostatnio edytowany przez ziemekb, 06 Lut 2018 16:47, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
TIT uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 01 Lut 2018 08:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2012
Posty: 1198
srebrny
czy tylko ja nie widzę zdjęć ?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 01 Lut 2018 11:23 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Jak widać, łatwiej podróżować, niż to opisać. :oops: Dziękuję, littleboy1989.
Wybaczcie żółtodziobowi nieudolność. Chyba już wiem (mam nadzieję), jaki błąd popełniłem.
Jeszcze raz fotki z poprzedniego postu i mam nadzieję, że widoczne nie tylko dla mnie:
Image

Ścieżka przez saliny - Eilat's Bird Sanctuary


Image

Po prostu sól

Image

Nierówna walka z językiem angielskim

Image

Prywatna plaża resortu ;) Aqaba View

Image

Miejscowa młodzież żeńska w kąpieli

Image

Zabójca w kolorze bordo za jedyne 4 JOD


Image

Breakfast, my friend!

Image

Jak cała Akaba - trochę kicz, ale sympatyczny
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 01 Lut 2018 12:07 

Rejestracja: 17 Lut 2017
Posty: 156
niebieski
Teraz zdjęcia widoczne. Czekam na dalszą część relacji.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 03 Lut 2018 03:17 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Dni 4 - 6. Amman i Dżerasz.

Poniedziałkowy poranek i słońce wpada do naszej sypialni. Śniadania na przeszklonym tarasie z panoramicznym widokiem - już za samo to można polubić nasz hotel.
Image

Prosto, obficie i smacznie: hummus, oliwki, ser, omijamy tylko z daleka dziwną mieszaninę zimnych ziemniaków z natką pietruszki.
Image

No i gwóźdź programu, czyli smażony na zamówienie omlet z cebulką, papryką i pomidorami. Alternatywnie równie dobre naleśniki z czekoladą. Niebo w gębie.

Image

Zaskakuje nas, że obsługą śniadania zajmuje się dwoje młodych Niemców. Parę dni później spotykamy chłopaka w Danie i wtedy jest okazja do rozmowy - dowiemy się, że przyjechał na miesiąc do Jordanii w ramach wolontariatu, za pośrednictwem portalu http://www.workaway.info. Jest z tego bardzo zadowolony, nie tylko z darmowego noclegu i śniadania, ale zwłaszcza ze spotkań z ludźmi. Świetnie to rozumiemy, choć sami nigdy tej możliwości nie wykorzystaliśmy. Ale spotkania, też takie jak to, są esencją podróży. Jesteśmy od ponad dziesięciu lat couchsurferami, gościliśmy setki ludzi z całego świata. Podróżując sami rzadziej z tego korzystamy, bo nie tak łatwo znaleźć hosta dla pięcioosobowej rodziny, zwłaszcza celując w konkretne miejsce, choć oczywiście się da. Plan na Jordanię couchsurfingu jednak nie zakładał.
Ruszamy na cytadelę, schodami z hotelu. Amman jest miastem schodów, niezmierzenie długich, nieraz wiodących przez wiele poziomów wśród drzwi do małych domków, nieraz kolorowych, czasem szaroburych i zaplutych.

Schody, schody, schody....
Image
..schody,

Image

jak na filmie z Hollywood...

Image

i niezupełnie jak z Hollywood

Image

są i schodki, też malownicze

I tak by można dziesiątkami, ale w końcu nie jest to relacja z podróży po schodach.
To tylko jeszcze w kwestii schodów: wszędobylskie koty ich pilnują.

Image

Na cytadeli wszędzie stoi mnóstwo wody po wczorajszej ulewie, ale wiatr rozgania chmury.

Image

W mojej świadomości Amman zawsze składał się z tysięcy pudełek zapałek, takich szarych z dawnych czasów, jakie robiono w Bystrzycy czy Czechowicach. Nie inaczej to wygląda na żywo z góry.

Image

Przeciętnie 48 zapałek

Ale są też miejsca bardziej optymistyczne i jaśniejsze, a w oddali widać coś, co aspiruje do miana drapaczy chmur.

Image

Dobór zdjęć rzecz jasna jest tendencyjny - nie zamierzam dowodzić, że Amman to miasto, które uwiedzie każdego swym pięknem.
Niespiesznie oglądamy oldschoolowe muzeum na cytadeli, obchodzimy ją wokół. Nie ma prawie nikogo - Jordania cierpi na stagnację ruchu turystycznego, a już zwłaszcza o tej porze roku. Tym bardziej, że tegoroczny styczeń okaże się jeszcze później najzimniejszym od kilkunastu lat. Spotykamy między innymi taką łapkę dużego człowieka

Image

potem kierujemy się do teatru

Image

Wejście na koronę teatru strome, nie dla tych z lękiem przestrzeni.

Image

Dzieciakom podobają się dwa małe muzea przy teatrze, jedno z tradycyjnymi strojami, drugie przedstawiające scenki rodzajowe (z udziałem średnio udanych manekinów) w rodzaju dojenia, czyszczenia kotłów, ostrzenia noży. Oglądamy jeszcze Nimfeum, ale to już naprawdę najlepiej widać z naszego okna. Tuż przy nim odkrywamy inną dziurę w ścianie - jadłodajnię, tym razem z pysznymi falafelami. Pierwszy, ale nie ostatni raz duże zdziwienie sprzedawcy budzi żądanie pięciu kanapek. Khamsa?!!! Miejscowi wprawdzie biorą nawet po kilkanaście, ale takie blade twarze?

Plątanina uliczek suku z owocami, warzywami i przyprawami. Wchodzimy!

Image

wejście na suk

To będzie jedno z naszych ulubionych miejsc. Nawet jeśli w arabskim mieście nie ma kompletnie nic ciekawego, bazar jest zawsze fascynujący. W niektórych miejscach wystawione ceny. Szybka kalkulacja prowadzi do wniosku, że niestety biorąc pod uwagę cenę bagażu rejestrowanego i ryzyko konfiskaty na granicy oraz procesów gnilnych zakup pełnego plecaka bakłażanów po złotówce za kilo może okazać się nieopłacalny. Ale bym jadł 8-).
Zapach przypraw. Szkoda, że nie wymyślono sposobu na utrwalenie i publikację zapachów, ale może to jest wystarczający powód, żeby tam być, nie tylko oglądać zdjęcia?

Image

Image

Od czasu do czasu w różnych miejscach słyszymy "Welcome to Jordan". Ani tam, ani przy sklepikach z pamiątkami na naszej ulicy, ani gdziekolwiek indziej nie spotyka nas żadna nachalność, o nieprzychylności czy agresji nie wspominając.

Na rogu jednej z uliczek pan smaży na głębokim tłuszczu paluchy, które nam kojarzą się z hiszpańskimi churros.

Image

Zastanawiamy się, czy dotarły tu z Hiszpanii, czy może tam przywieźli je Maurowie w ramach wkładu w dziedzictwo kulinarne. Pyszne są tak czy owak.
Sławna Rainbow Street, na którą się wspinamy, rozczarowuje. W zasadzie dochodzimy do końca i dziwimy się, że to już - nie dostrzegając tego, co miałoby ją czynić miejscem kultowym.
Powoli przyswajamy ten Amman. Nie robi na nas takiego wrażenia, jak choćby ulubiony Stambuł, może dlatego ulubiony, że był celem naszej pierwszej prawdziwej podróży przez duże P.
Amman jest wielki, ale nie czujemy się w nim jak w objęciach miasta - potwora, jak prawie dwadzieścia lat temu odbieraliśmy Kair.
Jest miastem młodym, w wieku Gdyni, choć zbudowanym w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się antyczna Filadelfia. Nie znajdziemy w nim mediny, będącej starym sercem nowoczesnego organizmu miejskiego, jak w miastach Maroka czy Tunezji.
Jest jednak też niespójny. Tak, jakby na dobrze, nowocześnie rozplanowane dwudziestowieczne miasto nałożono warstwę chaosu, nieuporządkowanych prowizorycznych domków ocierających się niekiedy o slumsy, umieszczonych dowolnie, bez koncepcji. Tak chyba było w istocie.
Jedną z pozycji, które czytaliśmy przed wyjazdem, by lepiej zrozumieć Jordanię, była autobiografia Lisy Najeeb Halaby - ostatniej żony zmarłego w 1999 roku Króla Hussaina - Królowej Noor. Ta Amerykanka arabskiego pochodzenia jest z wykształcenia architektką i urbanistką. Wyjaśnia w swej książce, że taka sytuacja wynika w dużej mierze z niekontrolowanego napływu uchodźców z terytoriów palestyńskich utraconych przez Jordanię po wojnie sześciodniowej 1967 roku. Hussain zdecydował wówczas zezwolić na ich osiedlenie się między innymi na tych terenach, które dotąd objęte były zakazem zabudowy - między innymi w samym centrum Ammanu, w rejonie cytadeli i teatru. W ogóle polecamy tę książkę. Czytana z odpowiednią rezerwą pozwala wiele zrozumieć nie tylko w kwestiach związanych z samą Jordanią, ale uzyskać szerszą perspektywę na niuanse bliskowschodniej polityki.

Plan na wtorek obejmuje Dżerasz. Warto wiedzieć, że część muzeów w Ammanie we wtorki jest nieczynna, dlatego wybieramy ten dzień na wypad za miasto, podobno prosty do zrealizowania transportem publicznym. Busy do Dżerasz jeżdżą z północnego dworca autobusowego Tabarbour. Łapiemy taksówkę pod hotelem. Kierowca nie mówi w zasadzie po angielsku, ale kierunek rozumie i nie pytany włącza taksometr.Nie ma wątpliwości, że jego autem w piątkę możemy jechać i nic nie dopłacamy za to. Cena za kurs z downtown do Tabarbour wychodzi więcej niż przystępna - 2,25 JOD, prosto pod właściwego busa.
Po drodze na dworzec dostrzegamy pasące się stadko wielbłądów i wiele stadek kóz. Dorota zauważa, że królowa w swej autobiografii ubolewa nad zmniejszeniem się powierzchni pastwisk w Ammanie i malejącymi szansami na spotkanie pasterza w tradycyjnym stroju. Cóż, mimo upływu kolejnych kilkunastu lat chyba jednak nie wszystko stracone.
Niestety panowie od busów do Dżerasz orzekają, że ten prawie pełny naszej piątki już nie pomieści. Manewry z odpalaniem i gaszeniem, przejeżdżaniem w przód, tył, przestawianiem busów i naganianie pasażerów trwają ponad godzinę. Szukając pozytywów tej sytuacji dostrzegamy, że sąsiadujące z nami stanowisko obsadzone jest przez autobus do Irbid, ale taki 48 - miejscowy, duży. Ci to dopiero sobie postoją.
Gdy bus już rusza, w poszukiwaniu straconego czasu kierowca usiłuje z niego wycisnąć więcej, niż wskazówka licznika jest w stanie pokazać i jazda trwa niecałe pół godziny. To w sumie dobrze, bo już wątpimy, czy uda się obejrzeć ruiny bez pośpiechu i załapać na jakiś powrót publicznym transportem.
W busie rozmawiamy z sympatycznym mieszkańcem Dżerasz siedzącym obok. Instruuje nas, że mamy zapłacić po 85 piastrów i tak też nas kasuje pan zbierający opłatę. Wskazówki LP co do rzekomej lokalizacji dworca minibusów są wątpliwe albo ich nie rozumiemy, lecz kierowca zatrzymuje się przy ruinach. Nasz nowy znajomy twierdzi, że bez kłopotu złapiemy tu bus do Ammanu, w co wątpimy, skoro ruszają pełne, a w tamtą stronę taki prawie pełny nie chciał nas zabrać. Ale miejsce oznaczone jako bus stop faktycznie istnieje. Ruiny Gerazy są malownicze i dokładnie takie, jak sobie je wyobrażaliśmy. Rozmach i przestrzeń, choć położone w środku miasteczka.

Image

Spotkaliśmy się z opinią, że stopień ich oryginalności czy raczej zakres współczesnej odbudowy budzi wątpliwości co do tego, czy powinny się znaleźć na liście UNESCO. Nam się podoba, zwłaszcza, że tego dnia pogoda nas rozpieszcza. Jest słonecznie, taki nasz maj. Jest też mnóstwo miejsca i czasu na własną kontemplację, a tłumów turystów nie ma zupełnie. Jeden autokar na parkingu, sporo miejscowych. Również stadko kóz z pasterzem. Muzykanci wykorzystujący walory akustyczne południowego teatru. Dyżurny pan za pomocą klucza demonstruje ruszającą się kolumnę - oglądamy pokaz z oddali, gdyż zaprzyjaźnia się akurat z innymi turystami.
Duże wrażenie robią na nas mozaiki pozostałe z bizantyjskich kościołów, zwłaszcza zaś fakt, że poza tą najlepiej zachowaną i najcenniejszą nijak nie są zabezpieczone.

Image

Stopień zainteresowania uczestników naszej wycieczki jest zróżnicowany: ja w takich miejscach zwykle robię się szybko senny i nie inaczej jest z tym razem, Dorota szaleje z aparatem i ogląda każdy kamyczek.
Dzieciakom się chyba też w miarę podoba, choć klasyczne "po co myśmy tu przyjechali" Mikołaja i "ruiny jak ruiny" nastolatki Olgi też się pojawia po pewnym czasie.
Generalnie, w starożytnej Gerazie postawiono na kolumny:

Image

choć niekoniecznie zawsze na linie proste

Image

Image

Jednym słowem podsumowując - warto. Podobno to najlepiej zachowane ruiny rzymskie w tej części świata po tym, jak fanatycy zniszczyli Palmyrę.

O dziwo, powrót nie nastręcza jakichkolwiek trudności. Czas operacyjny na znalezienie busa 90 sekund - machamy i zatrzymuje się taki całkiem pusty. Trochę obawiamy się, czy nie wpłynie to na cenę, ale po drodze trochę ludzi się dosiada. Gdy wpadamy w korek na przedmieściach Ammanu, kierowca zatrzymuje się, łapie innego busa i mówi że on już jedzie do domu, ale na Tabarbour zawiozą nas tamci. Daje im jednego z czterech pobranych od nas dinarów i mówi, że już nie mamy nic płacić. Załoga kolejnego busa jest zupełnie nieanglojęzyczna, ale traktuje nas z atencją.
W pewnym momencie jednak sami orientujemy się, że kierunek jazdy zupełnie nie odpowiada naszym wyobrażeniom. Na szczęście rozbieżność jest na naszą korzyść. Tuż przed zachodem słońca wysiadamy w dzielnicy Shmeisani i znów prosto ulicą Khaled ben Walid zmierzamy jakieś 3 kilometry do hotelu. Oszczędność na taksówce zaprzepaszczona zostaje niezwłocznie, gdy widzimy pana wytwarzającego nasz ulubiony "sok z kija" - czyli z trzciny cukrowej.
Ja i Dorota poznaliśmy ten napitek w Egipcie lata temu, dzieciaki w Malezji, ale wszystkich nieodmiennie fascynuje, jak z takich badyli wytwarza się takie pyszności. Delektujemy się po drodze do hotelu. Dobrze, że takie małe radości doceniają też dzieciaki. Jest nam jeszcze lepiej, gdy na samym końcu naszej ulicy natrafiamy na skupisko sklepów ze słodyczami wszelkiej maści. Pan z bazaru dzisiaj nie smaży churros, ale alternatywy są kuszące:

Image

Wybieramy apetycznie wyglądające pierożki

Image

uprzednio upewniwszy się, że miejscowi za obfite zakupy płacą prawie wyłącznie monetami; rozmiar wydanej nam reszty z dinara pozytywnie nas zaskakuje, a pan dorzuca jeszcze całkiem sporo małych pączków z syropem daktylowym w środku, takich:

Image

Ostatni dzień w Ammanie. "Truskawką na torcie", jakby to powiedział pewien ekspert piłkarski, ma być niedawno otwarte nowoczesne Jordan Museum. Trzeba za nie zapłacić ekstra 5 JOD od osoby (młodzi znów nie płacą).
Plan jest dobry, bo po wyjściu na ulicę otacza nas mżawka, która moczy wszystkich w czasie przejścia do muzeum. Łażenie po ulicach nie byłoby przyjemne.
Truskawka okazuje się mocno nadgryziona, żeby nie powiedzieć nadgniła. Szkoda, że nikt przy wejściu nie informuje nas, że znaczna część stałej ekspozycji jest nieczynna, dostępne są w zasadzie trzy sale na dole, całe piętro zajmuje zaś odrębnie płatna wystawa obrazująca dokonania nauki islamskiej, jeśli dobrze rozumiemy. Tego niestety nie doczytaliśmy w ostatnich opiniach i relacjach z muzeum.
Ok - tak naprawdę poszliśmy tam, bo Dorota bardzo chciała zobaczyć słynne zwoje z Qumran i tego akurat nie zamknęli. Są też posągi z Ain Ghazal i w zasadzie tyle z historii i archeologii.
Można za to wpisać w komputer swoje imię i przeczytać jego transkrypcję w alfabecie arabskim, nabatejskim i greckim oraz dmuchnąć w wiatraczki imitujące elektrownię wiatrową by sprawdzić, ile pomieszczeń w makiecie budynku uda się nam oświetlić.
Żałujemy wyboru kierunku wycieczki pierwszy i ostatni raz w czasie pobytu w Jordanii. Zniechęceni do muzeów odpuszczamy Royal Automobiles Museum, znacząco oddalone od centrum. Kolejne godziny poświęcamy na snucie się po nieznanych dotąd zakątkach, z dobrym skutkiem. W zamian za muzeum mobilizuję Mikołaja do wypatrywania i fotografowania ciekawych sztuk na ulicy. W ciągu kilku kolejnych godzin nasz niespełna ośmiolatek upoluje na przykład wiekowego Chryslera New Yorkera:

Image

Nowojorczyk w Filadelfii

uroczą parkę Mercedesów W 115 i W123 pod sklepem z orientalnymi giftami:

Image

Oriental gifts :D

oraz kilka japońskich wehikułów sprzed lat 40-tu i więcej; na przykład Mitsu:

Image

i jeszcze taki pojazd spod znaku gwiazdy, bez której nie ma jazdy

Image

Jeździłbym 8-)

W ogóle lubimy w takich miastach wałęsać się bez bliżej określonego celu, zatrzymywać się na skwerkach, obserwować ludzi. Bardzo ładnie jest na przykład na Jabal Al Lweibdeh, w okolicy Paris Square.
Na placu Abdali, gdzie kiedyś był dworzec autobusowy, napotykamy naraz Trzech Króli. W sumie styczeń...

Pojedynczy Król pojawia się wszędzie:

Image

Każdy szanujący się biznes wyposażony jest w portretowe zdjęcie Króla, ale że tak na ulicy trzech naraz? Voila!

Image

Kawa! Z wrażenia przypominamy sobie, że przecież mieliśmy pójść na kawę. Pijemy ją uparzoną z wykorzystaniem gorącego piasku.

Image

Jest zimno, więc kawa jako ogrzewanie dla rąk też się przydaje...

Wieczorem kolejną szansę dostają przewodnikowe rekomendacje i odwiedzamy restaurację Cairo, blisko meczetu Hussaini i suku. Miejsce swojskie i pełne ludzi miejscowych, co pozwala sądzić, że wpis w Lonely Planet go nie zniszczył. Przypuszczenie okazuje się słuszne. Karmią pysznie i tanio. Zapraszają nas do sali dla rodzin (jak to zwykle, umieszczonej na samej górze). Menu w języku angielskim nie zawiera cen, ale ustalamy, że zupa kosztuje dinara, a więc poziom cen jest racjonalny. Obsługujący nas kelner woła kolegę, który objaśnia mi zawartość każdej z kuwet zawierających gotowe dania. Jemy zupki, kebab,

Image

nadziewane bakłażany i kabaczki

Image
oraz bliżej nieokreślone danie z duszonych bakłażanów.
Wszystko pyszne, a cena bez wątpienia nie turystyczna - za obiad do syta dla naszej piątki płacimy 10 JOD. Bardzo polecam.

Nie umiem dokładnie i jednoznacznie podsumować naszych wrażeń z Ammanu.
Myślę z jednej strony, że ten ostatni dzień moglibyśmy spokojnie odpuścić na rzecz dowolnego z miejsc, gdzie później będziemy chcieli zostać dłużej. Amman jednak bezwzględnie warto zobaczyć. Może ktoś, kto widział już "zbyt wiele" nie zachwyci się nim. Dla nas jednak te trzy dni były kolejnym dobrym etapem uczenia się tego fascynującego kraju. Stanowczo odrzucam pogląd, że do Ammanu jechać nie warto.
Następnego ranka skierujemy się do Madaby, gdzie zamierzamy nocować trzy dni traktując ją jako bazę do samochodowych wycieczek, a także obejrzeć słynną mozaikową mapę i inne mniej sławne mozaiki.
Ciąg dalszy nastąpi.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 05 Lut 2018 21:01 

Rejestracja: 05 Lut 2018
Posty: 4
Witam. Czekamy na ciąg dalszy :).
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 06 Lut 2018 03:14 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Dzień 7 - 8 Madaba i pustynne zamki

Po co się jedzie do Madaby? Miasteczko teoretycznie nie odróżnia się od innych, ale są tam piękne mozaiki.
Zasadniczym celem wycieczek jest kościół Św. Jerzego, a także kilka innych zabytków z okresu bizantyjskiego. W prawosławnym kościele Św. Jerzego znajduje się mozaikowa mapa z VI w, przedstawiająca kartograficzne wyobrażenie najbliższego jej twórcom fragmentu świata i przede wszystkim to oglądają pojawiające się w Madabie wycieczki.
Atutem Madaby jest jej lokalizacja. Jeśli ktoś przylatuje na lotnisko Queen Alia, jest ono położone bliżej Madaby, niż centrum Ammanu i autem dużo łatwiej tam dojechać, nie trzeba pchać się przez wielkomiejskie korki. Taksówka z lotniska/na lotnisko 15 JOD (wiem, bo sprawdzałem ile powinno kosztować przywiezienie do Madaby auta).
O ile Ryanair uruchomi połączenie do Ammanu, to Madaba będzie fajnym miejscem na rozpoczęcie przygody z Jordanią.

Do Madaby łatwo teoretycznie dotrzeć z Ammanu publicznym transportem. Oczywiście, najpierw trzeba wiedzieć jakim i skąd. W Ammanie to zagadnienie nie jest wcale oczywistym. Miasto ma dwie główne stacje autobusowe - północną Tabarbour i południową Wihdat. Ale różne źródła podają, że do Madaby jechać trzeba ze stacji bardziej lokalnych, a takie są co najmniej jeszcze dwie: Raghadan i Al Muhajereen. Na dodatek Raghadan są dwie różne, bo ta opisana w przewodnikach, obok teatru, de facto nie istnieje, a jedynie odjeżdża stamtąd jakiś turystyczny autobus jeżdżący po Ammanie. Minibusy przeniesiono gdzieś dwa kilometry dalej i też się to Raghadan nazywa.
Co robić, droga redakcjo? Trzeba było odrobić dokładnie lekcje i przeczytać, jak @Pabloo ładnie opisał wszystko, o tutaj. A my nie, bo tego akurat nie znaleźli, ale miejscowi przecież pomogą.
Recepcjonista w hotelu pisze nam po arabsku na karteczce nazwę dla taksówkarza i mówi, żeby jechać na Muhajereen, bo to najbliżej, a autobusy do Madaby jeżdżą z każdego z dworców. Moja wymowa nie działa, karteczka działa, pan włącza taksometr i jedziemy ze 3 kilometry za całego dinara. W pewnym momencie taksiarz staje i macha ręką w stronę dwóch stojących po drugiej stronie ulicy busów - że to niby tu? Idziemy. Welcome! Dead Sea, Dead Sea! Madaba?! No Madaba bus my friend, Dead Sea only! :?
Pokazują, że mamy iść w prosto i w prawo, ale tam zero widoków na autobus. Dwóch chłopaków próbuje nam pomóc, ale ich angielski jest tak samo dobry jak nasz arabski. Pokazują nam wysepkę, gdzie stoją dwie żółte taksówki i dwie serwisowe. Żadna z service - taxi do Madaby nie jedzie. Brak widoków na anglojęzyczne wsparcie, na żółtą taksówkę szkoda kasy. Nie wiemy, co właściwie miałoby się wydarzyć, ale gdy tak dumamy, sytuacja rozwiązuje się sama. W pewnym momencie podjeżdża minibus, a kierowca ewidentnie macha w naszą stronę. Przy czym wcześniej przejechało ich kilka/kilkanaście i żaden się nie zatrzymał, a na tego akurat nie machaliśmy. Madaba? Yes, Madaba, welcome! Skąd on w środku miasta wiedział, że jedziemy akurat tam? Skąd miejscowi ludzie wiedzą, że nie oznaczony w żaden sposób minibus jedzie/nie jedzie w ich kierunku i należy na niego machać albo nie? Jak dla nas, zagadka nierozwiązywalna, ale jakoś to działa.
W każdym razie sam przejazd do Madaby jest już sprawny i tani - 65 piastrów od osoby. Żeby nie iść zbyt daleko, warto wysiąść na skrzyżowaniu przed wjazdem do centrum, gdzie bus skręca w lewo. Stamtąd około 500 metrów do kościoła św. Jerzego.
Po drodze napotykamy wielką choinkę. Sztuczna z drutów i plastikowych gałązek, ale jest.
Image

Nasz hotel Moab Land ma idealną lokalizację - dokładnie naprzeciwko kościoła.

Image

Przychodzimy w południe, ale pokoje na nas czekają. Nie ma rodzinnych, mamy zarezerwowane dwie najtańsze dwójki. Przemiły właściciel i manager hotelu imieniem Hani poleca recepcjoniście zmienić w tej samej cenie jeden z przygotowanych dla nas pokoi na droższy, ale położony drzwi w drzwi z drugim, bo obawia się, by dzieci nie czuły się nieswojo. Zachęca nas do zwiedzenia wszystkich ciekawych miejsc w miasteczku, daje nam przygotowaną przez siebie mapkę zawierającą kompendium wiedzy o Madabie, wypytuje życzliwie o nasze plany, tłumaczy co, gdzie i za ile.
Marszczy się jednak bardzo, gdy słyszy, że nazajutrz mamy odebrać samochód i pyta, czy nam go przywiozą i z jakiej firmy. Montecarlo? To świetnie. Właściciel jest "majfrendem" Haniego i Hani zaraz do niego zadzwoni, bo jutro... Nie, jutro w ogóle będzie strasznie, nie dość że piątek, to jeszcze będzie deszcz. Nie możecie jutro, auto musi przyjechać dziś.
Protestuję, ale Hani nic sobie z tego nie robi i tłumaczy mi uparcie, że auto trzeba przywieźć dziś, bo jutro jest piątek i będzie deszcz. Mimo mojego sprzeciwu po kilku minutach Hani ustala z majfrendem, że auto przyjedzie za trzy godziny, a my nie będziemy za to nic musieli dopłacać, bo pracownik wypożyczalni woli je przywieźć dzisiaj niż w piątek. No i ten deszcz, broń Boże nie w deszcz.
W ogóle wszyscy w mieście i w jordańskim biznesie turystycznym są chyba Haniego majfrendami. Z wyjątkiem załogi hotelu w Ammanie, gdzie spaliśmy. Hani łapie się za głowę, słysząc o naszych kłopotach ze znalezieniem autobusu i mówi, że trzeba było spytać miejscowych. A my niby co zrobiliśmy? Podobno wcale nie spytaliśmy miejscowych, bo Arab Tower to kiepski hotel, który prowadzą Egipcjanie ;) Jordańczyk by wiedział. Może dlatego krytykuje, że prowadzi też konkurencyjny hotel w Ammanie... Jeśli wierzyć jego słowom, to do Madaby należy jechać z Wihdat albo Tabarbour, a autobus który nas zabrał, jedzie z Tabarbour przez całe miasto i zbiera chętnych po drodze. Miejsce, skąd nas zgarnął, było czysto przypadkowe.
Operacja auto mi się nie podoba, bo mieliśmy zwiedzać Madabę, a nie zajmować się autem. Hani twierdzi jednak, że dwie godziny w zupełności na to wystarczą. Okazuje się, że w zasadzie ma rację. Madaba jest mocno kompaktowym miasteczkiem.
Dość turystycznie, choć tylko na dwóch - trzech ulicach.

Image

Z założenia, bo turystów prawie nie ma. W kolejnych dniach spotkamy kilka pielgrzymek pod wodzą prawosławnych i nieprawosławnych księży i kilkanaścioro backpackerów, głównie w naszym hotelu.
Kościół z mapą oglądamy sami, siedzimy tam całkiem długo, sam fakt stworzenia takiej mapy w VI wieku jest fascynujący.

Image

Obok mapy leży... zwinięty dywan. Rozwijają go w czasie nabożeństw odbywających się kilka razy w tygodniu, by przykryć mapę - na nabożeństwa wstęp rzecz jasna jest wolny. Nie wiem, czy dywan zabezpiecza mapę, czy kasę, ale ta nie jest duża - 1 JOD/os.

Inne mozaikowe miejsca w mieście także bardzo ładne: kościoły Apostołów i Męczenników, spalony pałac, park archeologiczny i kolejne oldschoolowe muzeum, wszystko już w ramach JordanPass. Tak np. było w parku archeologicznym:

Image

Takich i podobnych zdjęć mozaik mamy z Madaby kilkadziesiąt. Dla koneserów na pewno godne polecenia. Bez spinania się, w ciągu dwóch i pół godziny obchodzimy wszystko i nie mamy odczucia pośpiechu. Z pewnością trzeba tam pojechać, choć przy innej koncepcji wyjazdu można też, jak się wie skąd, dotrzeć tam z Ammanu na jeden dzień i spokojnie wszystko obejrzeć, a przy okazji wybrać się na górę Nebo (jeżdżą service taxi).
O umówionej godzinie przyjeżdża Abdullah, pracownik wypożyczalni i moja wiedza motoryzacyjna poszerza się o fakt istnienia modelu Chevrolet Cobalt LTZ. Nie znając tego auta wcześniej mam pewne wątpliwości, czy to aby na pewno jest upgrade, bądź choćby odpowiednik Hyundaia Accenta, ale gabaryt mniej więcej się zgadza, automat jest, pięć miejsc jest, więc się nie wykłócam.
Zwłaszcza, że pierwszy raz w życiu (a parę razy auta wypożyczałem) widzę, by ktoś tak rzetelnie opisał wszelkie możliwe rysy, odpryski, dziary, wgniecenia i co tylko możliwe na wypożyczanym aucie. Nikt go nie prosił, w zasadzie już miał to zrobione, jak się spotkaliśmy. Auto choć prawie nowe (2017, 25 kkm przebiegu), jest dość mocno pokiereszowane, w efekcie czego standardowy rysunek pokrywa się kreskami na każdym elemencie.
Pasuje mi to - nawet jak zrobimy jakieś dodatkowe, to bez różnicy, bo w zasadzie całe auto nadaje się do lakierowania już teraz. Płacimy kartą, przy czym nie ma kłopotu z zapłatą za auto walutową debetówką, a kaucję 100 JOD blokują na kredytowej (tego wymagają). Abdullah prosi nas tylko, by autem dziś nie jeździć zbyt dużo, bo w umowie jest wynajem od jutra, a policja może się tego czepiać w kontekście ubezpieczenia. Odstawiam auto na płatny 2 JOD parking 200 m dalej i w ten sposób zaliczam debiut za kierownicą na bliskowschodnich drogach.
Wieczorem okazyjnie nabywam obywatelstwo Brazylii. Przecież mieliśmy kupić lokalnego SIM-a, żeby jakiś internet był jak się nawigacje pogubią i żeby było z czego dzwonić do wypożyczalni itp. Wchodzimy do biura jednej z sieci (tam gdzie wygląda że będą mówić po angielsku) i ustalamy co nam jest potrzebne, a raczej, co jest najtańsze. Potrzebny jest do tego paszport, operacja trwa 5 minut, chłopaki od razu pomagają mi w aktywacji numeru, internetu itd. Po wyjściu stwierdzam, że przepisanie nazwiska i imion do umowy, którą trzeba podpisać jakoś im poszło, ale już z listy państw wybrali mi Brasil. W razie czego skandale międzynarodowe wywołam na konto Brazylii, to mi też pasuje. SIM z pakietem 5000 minut do sieci (UMNIAH), 750 minut do innych jordańskich sieci i 6 GB internetu - 9,5 JOD, z czego 5 chyba za aktywację i reszta za ten pakiet. Po miesiącu trzeba doładować, bo zdechnie.
Późnym wieczorem zaczynam rozumieć, co w sprawie auta i prognozy miał na myśli Hani. Rozpętuje się bardzo konkretna burza, wichura zgina palmy rosnące przy kościele i rzuca krzesełkami po tarasie hotelu, po czym zaczyna lać i to nader intensywnie. Zasypiamy w środku pogodowej apokalipsy.
Co więcej, kolejnego dnia sytuacja się nie bardzo zmienia. Śniadanie jemy długo, bo może się pogoda poprawi. Jest równie dobre, co w Arab Tower, nie ma wprawdzie omletu i naleśników, lecz są za to pyszne domowe dżemy i zatar, który można dorzucić np. do jogurtu oraz jeszcze ciepłe falafele i równie ciepły chleb. W pobliżu jest zresztą piekarnia, gdzie jest on wyjątkowo dobry i niedrogi, 25 piastrów za kilogram.
Po śniadaniu wychodzimy na ulicę i tu jest już głęboki problem. To co wydawało się nam z okien hotelu tylko ulewą, na żywo okazuje się być małą klęską. Ulicą płynie już nie potok, jak to było w czasie deszczu w Ammanie, ale rzeka, równo z krawężnikami i niespecjalnie da się przejść do auta. Gdy w końcu się to udaje i próbujemy wyjechać, okazuje się, że wszędzie jest podobnie.
Dziękuję w duchu Haniemu, że w tych warunkach nie muszę oglądać i odbierać wypożyczanego auta...
Nie zrobili nam upgrade'u do amfibii :roll: :?:
Gdyby mi GM zapłaciło, to bym napisał, że tym autem wprost płynie się po drodze i za wiele nawet bym nie nakłamał, ale nie chcą, bo nie pytałem. Czyli przyjmijmy, że na duże kałuże i tak do głębokości krawężnika na miejskie rzeczki się nada, nic nie urwałem. Poza miastem już jest lepiej, bo woda ma gdzie odpływać.
Piątek jest dobrym dniem na taki debiut na arabskich drogach, ruch jest bardzo niewielki. Prawie nie ma ciężarówek, jedzie się nieźle, gdyby jeszcze wichura nie usiłowała nas zdmuchnąć z drogi, byłoby super. Okazuje się, że auto jest zaskakująco duże wewnątrz i ma wydajne ogrzewanie. Oznakowania dróg póki co bez zarzutu i dwualfabetowe.
Jedziemy oglądać "pustynne zamki". Pogoda ma swoje plusy - nigdy w życiu nie widziałem pustyni po ulewie.
Mniejsze i większe wadi są wypełnione brązową, rwącą wodą.
Image

Image


Pierwszy z zamków, Qasr Kharrana, mamy do własnej dyspozycji. W okienku do sprawdzania biletów jest całkiem pusto i nie ma komu pokazywać JordanPassów. Idziemy. Tato, a czy na pustyni mogą być kałuże?

Image



Eksplorujemy dość długo. Obiekt ten raczej nie miał funkcji obronnych, pełnił funkcję karawanseraju i tak też wygląda. Czytaliśmy narzekania, że on nie jest w środku pustyni, tylko przy szosie i na dodatek jeszcze tuż obok jest stacja transformatorowa. To prawda, ale chociaż da się sfotografować z dobrej perspektywy,

Image

i są też takie w środku pustyni, tylko trzeba chcieć i umieć do nich dojechać...
Kharranę zdecydowanie polecamy. Wewnątrz jest na przykład tak

Image

oraz tak

Image

Cieszymy się, bo szykując się do odjazdu spotykamy czworo Włochów, którzy wpadli na równie poroniony pomysł wyjazdu na pustynię w deszczu. Czyli to nie tylko z nami jest coś nie tak. Wichura wprawdzie urywa głowy i wydaje mi się, że w Polsce na pewno jest teraz cieplej, ale nie rezygnujemy.
Kilkanaście kilometrów dalej kolejny zamek - Quseir Amra. To dość tajemnicze miejsce. Zaskakujące dlatego, że jest jedynym w Jordanii (a ze znanych mnie jedynym w całym świecie islamskim) obiektem z okresu wczesnego rozwoju islamu, w którym są fantastyczne freski z przedstawieniami ludzi i zwierząt.

Image

W tym, o zgrozo, z nieskromnymi kobietami:

Image

Taka hedonistyczna dacza umajjadzkich kalifów. Rzucili sobie także na kopułę łaźni mapkę nieba ze znakami zodiaku:

Image

Niestety w Amra nie unikamy towarzystwa samozwańczego przewodnika w osobie dozorcy/strażnika. Trzeba przyznać, że jest sympatyczny i opowiada dość ciekawie, a jego angielski nie jest najgorszy. Tyle, że wolelibyśmy spokojnie sobie to sami wszystko obejrzeć i nie zastanawiać się, za jaki napiwek się nie obrazi. On zaś kilkanaście razy powtarza "this is my castle" i o tyle ma przewagę, że ma klucze.
Trochę taka wymuszanka, na szczęście od dłuższego zastanawiania się nad kwotą wybawia nas nadciągająca grupka znanych nam Włochów. Pan pogodzony z losem w postaci 1 JOD (naprawdę nikt go o wykład nie prosił) musi teraz im otworzyć, a my grzecznie się żegnamy.
Sam zamek wygląda tak z zewnątrz:

Image

No i tak, synu. Na pustyni są kałuże, jest strasznie zimno i okropnie wieje

Image
Image


Drogowskazy na drodze są już teraz proste. Tylko na Irak i na Arabię. Dookoła nie ma nic. Pustynia w deszczu i w słońcu na przemian. W rejonie Azraq, gdzie ma być kolejny zamek, wielka baza wojskowa.
Nie zgadzam się z opinią, że tam w ogóle nie ma nic, że pustynnych zamków nie warto oglądać, a jak już, to najwyżej jeden, bo są takie same. Nieprawda. Amra i Kharrana są w kolorze brudnego pustynnego beżu. Po drodze charakter pustyni się zmienił, są duże czarne bazaltowe bloki i ten w Azraq z nich jest w dużej części zrobiony. Można z nich zrobić na przykład takie łuczki:
Image

Azraq z kolei pełnił ewidentnie funkcje obronne, używany był w zasadzie aż do rewolucji arabskiej w 1916 roku, gdy pogoniono stamtąd Osmanów.
Image
Także i tam jest pusto; strażnik oferuje swe usługi przewodnickie i ten już mówi, że ponieważ już 20 lat jest tu przewodnikiem, to nas oprowadzi w promocji za jedyne 10 JOD, ale zastrzega, że nie musimy z tego korzystać. Mówi nam też, że dobrze, że przyjechaliśmy, bo czekają bardzo na jakichkolwiek turystów.
Zamek nam się podoba. Kolejna fala ulewy, przeczekujemy w zadaszonej części, bazalt błyszczy w przebijających promieniach słońca
ale leje zbyt mocno by wyłazić i focić tęczę. Focimy więc tylko kropelki na kamieniu i w powietrzu.

Image

Ciekawostką w Azraq są duże drzwi prowadzące do zamku wykonane z kamienia. Dają się poruszać, ponoć smaruje się zawiasy, od zawsze obficie, olejem palmowym.

Image

I jeszcze okienko proste

Image

i krzywa brama.

Image

Kierujemy się w stronę ostatniego zaplanowanego zamku Qasr Al Hallabat. Po drodze mijamy ogromny stały obóz syryjskich uchodźców - Azraq Refugees Camp. Jest on drugim największym stałym obozem w Jordanii, przystosowanym do przyjęcia około 50 tysięcy ludzi.
Widok jest dość przygnębiający, obóz jest w środku pustyni, oddalony wiele kilometrów od samego Azraq i jakichkolwiek innych stałych siedzib ludzkich, ciągnące się kilometrami rzędy białych namiotów. Oczywiście nie pojechaliśmy tam specjalnie oglądać tego miejsca, pomysły "zwiedzania wojny" są dla mnie czymś obrzydliwym. Niemniej obraz zapada w pamięć. Pomijając wszelkie konteksty polityczne, właściwie od 50 lat Jordania jest domem dla tysięcy uchodźców: z Palestyny, potem z Iraku i Kuwejtu jednocześnie, z Syrii. Część z nich wtopiła się w społeczeństwo, a jeśli chodzi o tę najświeższą falę, to także próbują. Z tego co czytam w różnych źródłach, obóz Azraq zamieszkały jest mniej więcej w 3/5, pozostali zadeklarowani tam ludzie próbują gdzieś niekoniecznie legalnie pracować na terenie Jordanii z dala od obozu. Uważałem za niestosowne zatrzymywanie się w celu robienia zdjęć ludzkiemu nieszczęściu.
Al Hallabat z obejrzanych przez nas zamków oceniłbym jako najmniej ciekawy. Wprawdzie zbudowano tam ładne, niedawno ukończone visitor center, a miejsce jest nader malownicze, zamek i odbudowany mały meczet położone na wzgórzu z pięknym widokiem,

Image
lecz do samego zamku wchodzić nie można - zamknięty.

Jeszcze trochę inny obraz pustyni, już podeschniętej, wracającej do normy. Przy czym słoneczko na zdjęciu myli - jest nadal pieruńsko zimno.

Image

Wracamy już po zmroku. Auta nie rozwaliliśmy - jest dobrze. Bohatersko parkujemy nawet na ulicy obok jakiegoś zamkniętego sklepu. Rano, jak tam przyjdziemy, naszym oczom ukaże się taki oto obrazek.

Image

Nie dla wegetarian.

Image


Kolejna, już przygotowana część relacji (Nebo, Um Qais, Pella, Morze Martwe) pojawi się niebawem, ale Autorka zdjęć nie nadąża z postprodukcją ;) za moją grafomanią.
W oczekiwaniu na foty dodam jeszcze kilka porad praktycznych i obserwacji odnośnie Madaby.
Gdyby ktoś chciał zrobić zakupy prawie jak w domu i chwilowo miał dość bazarów bądź zastanawiania się ile co kosztuje, to w Madabie jest Carrefour. Od kościoła św. Jerzego w odwrotną stronę niż centrum prosto ulicą Maadaba al Gharbi (w każdym razie tą samą, przy której kościół).
Ceny niskie, a przede wszystkim znane. 1,5 l wody 0,2 JOD, taniej nie spotkaliśmy nigdzie. Dobry wybór produktów. Po drodze też po prawej stronie, znacznie bliżej kościoła wspomniana już piekarnia z dobrym wyborem słodyczy i chlebem po 0,25 JOD za kg. Obok Carrefoura kilkanaście chyba knajpek z fastfoodami, w tym shawarmą i też znacznie taniej, niż w turystycznym centrum. W jednej z nich jedliśmy i było nieźle i tanio i syto, ale wszystkie wyglądały dobrze.
Gdyby ktoś miał ochotę napić się czegoś innego niż wody, to w Madabie jest całe zagłębie Liquor Shopów. Ma to być może jakiś związek z częściowo chrześcijańskim charakterem miasteczka, około 10% miejscowej ludności to chrześcijanie. Cen nie sprawdzałem, nie korzystaliśmy. Lokalizacje rozsiane po miasteczku. Jadąc na południe, do Petry na przykład, warto się zaopatrzyć, bo potem raczej nie ma.
Moab Land Hotel stwarza natomiast niepowtarzalną w kraju islamskim szansę, by po obudzeniu przez porannego muezzina i zaśnięciu zostać ponownie obudzonym, w szczególności w niedzielę, tym razem przez dzwonnika i jego dzwony. Na dodatek facet w kefiyi włazi na wieżyczkę i obsługuje je tradycyjnie ręcznie sznurkiem, a nie na jakiś tam prąd. Dla śpiochów i zdeklarowanych antyklerykałów może być to uciążliwe, nam pasowało.

Image

Oczywiście, że konkurencja nie śpi, a w kategorii blask - wygrywa.
Image


CDN
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
Krzysztof76 uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 06 Lut 2018 11:45 

Rejestracja: 31 Sty 2018
Posty: 8
wyjazd za 3 tygodnie - trasa taka sama - czekam z niecierpliwością na dalszą część relacji :) fajnie napisana, inne podejście do tematu! gratuluję Panie Redaktorze :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 06 Lut 2018 12:22 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Do redaktora czegokolwiek, to mi i mojemu stylowi niestety daleko :oops: . Niemniej dziękuję za wsparcie. Ja po prostu staram się przedstawiać jakieś tam urywki, coś co zapadło w pamięć i rzeczy niekoniecznie oczywiste, nie pierwszoplanowe bo o oczywistych piszą przewodniki, choć nie zawsze skutecznie. Poza tym jeśli ewentualnie komuś się podoba, to zasługę proszę przypisać Autorce zdjęć. Moje są tak naprawdę komentarze do nich.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania dalszej części relacji, gdy się opublikuje.
Ziemek
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 07 Lut 2018 02:40 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Dzień 9: Nebo, Pella i Gadara

W zimowej Jordanii fajne jest, że jak cię jednego dnia zleje i wygwiżdże, to następnego dnia możesz wybrać sobie kierunek na inną strefę klimatyczną i wredna pogoda znika. Dogrzani wieczorem następnego dnia jedziemy obejrzeć miejsca w różnym stopniu związane z wydarzeniami z Biblii.
Punkt pierwszy: góra Nebo. To kilka kilometrów od Madaby, w zasadzie, to mimo że góra, to się tam nie podjeżdża, a raczej jedzie w dół. Pogoda piękna, czujemy znów, że to wakacje. Pełne słońce, ciepełko, bezwietrznie. Udaje się nam wyjechać w miarę wcześnie, więc nie ma wielu turystów. Potem pewnie pojawią się autokarówki, te same, co czasami pojawiają się w Madabie. Nebo może wizualnie nie robi gigantycznego wrażenia, ale ma pozytywną aurę. Oglądamy małe muzeum i kościół. Opinie co do kościoła odbudowanego na ruinach bazyliki są mocno podzielone - nam odpowiada nowoczesny surowy styl, połączenie drewna i kamienia. Bardziej niż próby imitowania bizantyjskiej architektury, proste, eleganckie.

Image
Oczywiście mozaiki.

Image

Zapalamy świeczkę za nas wszystkich. Niepokojący, bardzo ciekawy w formie krzyż przed bazyliką.

Image

Próbujemy analizować, co konkretnie mógł widzieć Mojżesz jako Ziemię Obiecaną. Niestety, przejrzystość powietrza niska. Widzimy po raz pierwszy Morze Martwe, staramy się identyfikować zaznaczone na tablicy mapie miejsca w Palestynie, ale idzie nam to z trudem. Najwyraźniej Mojżesz ujrzał więcej, niż realnie stamtąd widać. Widać np tak:

Image

Oraz tak

Image

Lub tak

Image

Dalszy program dnia zakłada zwiedzenie ruin Pelli oraz Gadary. W dolinie Jordanu, gdzie zjeżdżamy długą serpentyną - już bardzo ciepło, 21 stopni wobec 5 wczorajszych to naprawdę coś.
Przy szosie wzdłuż doliny niezliczone ilości pickupów, z których sprzedaje się stosy kalafiorów, bakłażany, skrzynki z pomidorami, pomarańcze, marchewkę i co tylko jordańska ziemia rodzi. Sezon warzywny w pełni, dolina jest miejscem, gdzie produkuje się żywność dla całej Jordanii. Jedzie się wolno, sobotni ruch znacznie intensywniejszy od piątkowego, a najgorsze są miasteczka, gdzie każdy naraz chce zaparkować, wyparkować, wepchnąć się, przejechać obok na dwa, trzy, cztery wirtualne pasy. Jakoś jednak dajemy radę. Lokalny kierowca widzi zresztą od razu, że my nietutejsi i nie bywa agresywny. Auta z wypożyczalni nawet jeśli nieobklejone, a nasze jest obklejone, mają tablice z zielonym paskiem, podobnie jak taksówki czy busy. W sumie szybko adaptuję się do miejscowego stylu jazdy, tylko ciężko mi idzie z trąbieniem, ale kierunkowskazów do wyprzedzania przestaję używać szybko. Po co kogoś dezorientować, jak i tak tego nikt nie robi?
Dojeżdżamy do Pelli. Jest to miejsce rewelacyjne, przepięknie położone i z pięknymi widokami. Zachowanych ruin nie ma aż tak wiele, lecz jest bizantyjska bazylika i teatr oraz ruiny świątyni. Resztę trzeba sobie wyobrazić i dopowiedzieć.
Ogólnie wypas:

Image

Teatr nawet full wypas:

Image

Wspinając się na wzgórze widzimy dzieciaki, biegnące na szczęście nie w naszą stronę, lecz do pobliskiego domu i walące w drzwi. Dobrze, że nie gonią za nami w poszukiwaniu zarobku w stylu I'm hungry, one dinnar, myślę, ale za chwilę już wiem, o co chodziło.
Zza krzaków wychodzi facet, a dzieci kryją się po krzakach. Robią za system alarmowy: w razie czego lecą po ojca, by ten mógł spróbować opchnąć turystom "old roman coin mister". Wygląda na mocno zawiedzionego, ale nie nalega.

Dalsze impresje z Pelli. Lubię takie ruiny, które nie są tak zupełnie wirtualne, "po kostki", ale nie takie monumentalne, odbudowane jak Dżerasz.

Image

Tu na górze, cmentarz muzułmański

Image

Niżej kolumienki I

Image

Kolumienki II

Image

No i teatr

Image

A te nam przypominają, że mimo zimy tu jest wiosna

Image


Spokojnie obchodzimy całe ruiny (znów mamy je na wyłączność, jeśli nie liczyć pasterzy i ich stada) w ciągu półtorej godziny i ruszamy do Um Qais. To już w samym północno zachodnim narożniku dzisiejszej Jordanii, tuż u zbiegu granic z Izraelem i Syrią. Być może mamy szczęście, ale przez całą drogę nikt nic od nas nie chce. Informacje o wielkiej liczbie checkpointów i policyjnych kontroli są przesadzone. Policjanci nawet, jeśli są, to głaszczą telefony i nie próbują nas zatrzymywać. Docieramy do Um Qais wspinając się piękną serpentyną, mijając zaporę Wadi Arab Dam.
Jak dla mnie ruiny Gadary są jednym z hitowych punktów wyjazdu. Swoje robi fantastyczne, popołudniowe światło.
Niesamowite wrażenie robią opuszczone budynki z czasów osmańskich i piękny widok na wzgórza Golan, Tyberiadę i jezioro Galilejskie, zwane też Tyberiadzkim czy Genezaret.
Image

Image

Ruiny położone są w ogromnym gaju oliwnym i są trochę jasne, a trochę, jak teatr, czarne, z bazaltowych skał. Oceńcie sami - na mnie takie opuszczone miejsca, z dużą dawką czasu zatrzymanego w nieuporządkowanych kamieniach działają bardzo.


Image

Image

Image

Image


Image

Image

Jest i teatr:

Image

No i jest wiosna...

Image

W ruinach Gadary stosunkowo wielu ludzi, lecz wyłącznie Jordańczyków (a być może też Palestyńczyków - podobno przyjeżdżają tu, by popatrzeć na utracone ziemie). Restauracja na terenie ruin uchodzi za lokal z najpiękniejszym widokiem w północnej Jordanii, ale my zadowalamy się piknikiem na ławce z równie pięknymi widokami (patrz zdjęcia powyżej). W niektórych blogach czytaliśmy, że w takich miejscach pojawienie się turysty stanowi sensację, człowiek robi za żywą atrakcję. To chyba przesada. Czasem ktoś podchodzi, zamienia parę słów, lecz nie czujemy z tego powodu żadnego dyskomfortu. Zawsze jest życzliwie i powtarza się ten sam motyw - Jordańczycy, z którymi rozmawiamy są zadowoleni, że turyści pojawiają się w ich kraju i jednocześnie mają świadomość, że w świecie zachodnim obowiązuje powszechny stereotyp, że na całym Bliskim Wschodzie jest niebezpiecznie. Deklarują też sympatię dla Polaków.

Długi powrót już po ciemku. Po drodze jeszcze tankowanie i krótka, lecz ciekawa rozmowa z pompiarzem na stacji. Wygląda i brzmi jak intelektualista, tak jak wiele innych napotkanych osób cieszy się, że jednak do Jordanii ktoś przyjeżdża mimo, że jest częścią niespokojnego Bliskiego Wschodu. Sugeruje też, bym uważał za kierownicą. Welcome to Jordan, anytime! - słyszymy na pożegnanie.
Tuż przed Madabą wreszcie jakiś policjant decyduje się nas zatrzymać. Sytuacja kuriozalna, bo ciemno, więc on macha pewnie na oślep, a gdy spostrzega że trafił turystów, nie ma koncepcji co dalej robić. Każe mi wysiąść z auta, pokazać wszystkie paszporty i opowiedzieć kto jest kim. Po szczegółowym omówieniu rodzinnego statusu pasażerów żegna się nie chcąc oglądać żadnych kwitów od auta, prawa jazdy ani nic takiego.
Kolejnego poranka Hani żegna się z nami serdecznie, a my mamy poczucie, że jego zachowanie jest szczere. Na koniec jeszcze raz nam pomaga - odprawiamy się w Wizzairze i drukuje nam karty pokładowe. Odwdzięczymy się rysunkiem przygotowanym przez Igę, który obiecuje powiesić na honorowym miejscu w recepcji. Gdyby ktoś tam nocował, dajcie znać, czy nadal tam wisi.

CDN


Ostatnio edytowany przez ziemekb, 07 Lut 2018 10:29, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 07 Lut 2018 10:15 

Rejestracja: 31 Sty 2018
Posty: 8
kolejna część relacji - udana jak poprzednie! w Madabie nocleg wybrany z booking oczywiście w tym samym hotelu - więc z pewnością potwierdzę obecność malunku córki :)
oczywiście z niecierpliwością czekamy na cd! :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 10 Lut 2018 16:31 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Dzień 10 – Mukawir – Morze Martwe - Dana
We wszystkich przewodnikach piszą, że z północy na południe Jordanii pojechać trzeba King’s Road. My jednak decydujemy, że drogę do rezerwatu Dana przemierzymy inną trasą. Wszystkiego zobaczyć nie można. Odpuszczamy zamek Karak i kilka innych atrakcji przy tej szosie, w tym przejazd przez Wadi Mujib (może kiedyś się tam wróci na nogach) i pojedziemy Dead Sea Highway. Z Madaby można dostać się do niej na kilka sposobów. Albo przez Nebo (ale tę trasę już znamy), albo drogą przez Hammamat Ma’in (gorące źródła), albo wreszcie można pojechać kawałek King’s Road, w Dibb skręcić w prawo i przy okazji zobaczyć Mukawir – albo Macheront. Twierdzę Heroda, w której miała tańczyć Salome za cenę głowy Jana Chrzciciela.
Im bliżej Mukawiru, tym lepiej. Robi się skaliście, pustynnieje, choć jeszcze jakiś zielony chaszcz się trafia.

Image

Inaczej niż poprzedniego dnia widoczność jest momentami jak brzytwa. Niby widzieliśmy zdjęcia Mukawiru, ale i tak nas zaskakuje. Taki wielki ścięty stożek. Ruiny na szczycie okażą się mocno umowne.

Image

Wokół wydaje się zupełnie sucho i pusto. Z większych roślin tylko pojedyncze sosny.

Image

Dostrzegamy w oddali samotny namiot - jedyny bardziej kolorowy akcent.

Image

Idziemy ładnie urządzoną ścieżką, nie bardzo męczącą, może 20 minut. W pewnym momencie paręnaście metrów w dół taki obrazek. Coś tam musi jednak do poskubania przez owce gdzieś rosnąć.

Image

Na górze spotykamy trzech Jordańczyków (a może Palestyńczyków?) – ojca i dwóch prawie dorosłych synów. Koniecznie chcą nam coś pokazać. Wprawdzie niewiele mówią po angielsku, ale doskonale rozumiemy, że szukają swego Jeruzalem. Pytają nas, czy je widzimy, szukają na mapach w telefonie zawiedzeni, że nie ma Internetu, doceniają moją mapę offline. Między sobą spierają się, gdzie ono jest, przeświadczeni, że na pewno widzą.
W pewnym momencie wpadają na pomysł i pytają, czy mamy teleskop. Są nieco zawiedzeni, że nie, ale pożyczamy im lustrzankę by popatrzyli przez zooma. Jednak dalej nie są pewni. Zostawimy ich na górze po kilkunastu minutach nadal wpatrzonych we wzgórza na kolejnych planach za Morzem Martwym i przeświadczonych, że każdy z nich tą Jerozolimę gdzieś tam widzi.
My nie widzieliśmy, ale może oni tak jak Mojżesz, mogli zobaczyć więcej. Bardzo symboliczna scena. Widok tak czy owak zachwyca.

Image

Zjeżdżamy w dół, jakieś 1000 metrów musimy zjechać na kilkunastu kilometrach. Widokowo jest nadal niesamowicie. Skalista pustynia, która w zasięgu wzroku ma mnóstwo różnych odcieni, czarne bazaltowe rumowiska, skały bure, beżowe, piaskowe, różowe.

Image

Szosa momentami lekko wyżarta, przekształca się we wstęp do offroadu, nachylenie w zestawieniu z kątem poszczególnych agrafek powoduje we mnie lekki dreszczyk emocji. Dobrze, że automat ma tryb manualny i że nic zasadniczo z przeciwka nie jedzie. Sporo jeździłem po górskich i bardzo górskich drogach i nawet ta różnica wysokości nie jest największą pokonaną w życiu na tak krótkim odcinku (na Teneryfie można sobie z poziomu morza wjechać w godzinkę pod Teide, na jakieś 2300 m), ale wrażenie i tak jest. Potem asfalt wraca do jordańskiej normy, czyli jest równy i gładki.
Jeszcze takie widoczki.

Image


Mentalnie przygotowywaliśmy dzieci, że kąpiel w Morzu Martwym raczej nie dojdzie do skutku. Oficjalne źródła mówią, że jest ona możliwa na terenie resortów, przy czym najtańszy z nich ma mniej więcej kosztować dla nas 5x20 JOD. Na dziko po pierwsze się nie da, po drugie jest niebezpiecznie.
Ale żeby się tak męczyć? Plaża, leżaki, luksusy i to jeszcze za pinset złoty? Nie o takie morze walczyliśmy. Ale po cichu liczymy na realizację projektu DEADSEA4FREE. Jest podobno takie jedno miejsce, w którym ma być wodospad, gdzie po kąpieli człowiek się umyje, cisza, natura, spokój, żadnych resortów, bezpieczne zejście do wody itd. Aha – akurat. Jest faktycznie takie miejsce, zaznaczone nawet na Open Street Map. Stoi kilkadziesiąt aut, nie ma gdzie zaparkować, zakazy zatrzymywania i na dodatek policja stoi tuż obok, roboty drogowe i ogólny syf.
Po dłuższej dyskusji, okrzykach, płaczu (Co? To niesprawiedliwe! Po co myśmy tu przyjeżdżali! To nie fair!) decyzja - tu kąpieli na pewno nie będzie.
No i co - ja nie znajdę?
Przemieszczamy się powoli, uspokojone nieco emocje, kontemplujemy piękne widoki klifów nad Morzem Martwym, zmieniające się co chwilę barwy wody i solne utwory pod klifami.

Image

Image

Image

Image

Dojeżdżamy do ujścia Wadi Mujib

Image

i próbujemy tam znaleźć jakieś miejsce zejścia do wody, bo cypelek z prawej strony jest obiecujący. Na cypelku teren wyglądający jak porzucony plac budowy, idą tam na dodatek jacyś ludzie – wyglądają jak miks turystów miejscowych i niemiejscowych, to idziemy za nimi.
Okazuje się, że porzucony plac budowy to ośrodek domków, który z pewnością ma własną plażę i z pewnością nie wygląda jakby był lub miał w najbliższym czasie być czynny. Co z tego, że nie wygląda (czy wszystkie bliskowschodnie hotele na pewno wyglądają, jakby były czynne?), jak z budy zwanej recepcją wyłazi smutny typ i pyta czy mamy rezerwację. Rezerwację niby czego? My tak tylko byśmy sobie proszę pana chcieli zajrzeć na plażę, dzieciom pokazać. Że niby nie można? Że jest panu przykro? Nam też.
(pisząc te słowa sprawdzam, że miejsce to, o nazwie Mujib Chalets, jest niewątpliwie czynne, rezerwowalne po 76 JOD za dwuosobowy domek i na dodatek z rzadka tylko dostępne oraz cieszy się świetnymi opiniami na booking i TA; cóż: z wierzchu wygląda zgoła odstręczająco, ale pozory mogą mylić, a w końcu najbardziej liczy się lokalizacja; nie wiem jak plaża - do plaży nie dotarliśmy, gdyż pan z recepcji nie chciał się dać przekonać, że może nas tam wpuścić)

Niemal upadły projekt odżywa, gdy około 5 kilometrów na południe od ujścia Wadi Mujib (i nie, nie umiem dokładnie zaznaczyć miejsca na mapie i podać namiarów, ale powiedzmy między 4,5 a 5,5 kilometra) dostrzegamy zaparkowane przy szosie dwa auta, małą drogę w dół i ludzi na brzegu.
Oczywiście auta są z wypożyczalni, a ludzie to turyści. Jednak powoduje to wybuch radości, porzucenie wszelkich myśli o niebezpieczeństwach łażenia po solnej skorupie i dziesiątkach (podobno) osób, które znikły w solnych zapadliskach. Zejście do plaży jest dość łatwe, nie ma żadnych ogrodzeń, choć trzeba iść na przełaj.
Widok ogólny miejsca w stronę Wadi Mujib:

Image

Może nawet trzeba nam niezwłocznie odebrać prawa rodzicielskie za narażanie dzieci na utratę życia lub na osierocenie. Ale humor już wszyscy do końca dnia mieli doskonały. Nawet ci, co nabrali wody w oczy i w przełyk.
Tylko gazety nie wzięliśmy, więc zdjęcia z kąpieli publikacji nie podlegają, bo bez gazety nic nie są warte i niewystarczająco dowodzą zasolenia.
Bo najważniejsza jest tam jednak sól. W naprawdę dowolnych formach. Popatrzcie, co tu komentować.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W końcu udaje nam się wszystkim wyleźć z wody, prawie nie pociąć nóg, okąpać się wodą z flaszek zabezpieczoną rano w znikomej ilości i ruszyć dalej. Aż taka agresywna ta sól znów nie jest, następne trzy godziny w aucie przeżyjemy bez większych problemów. Na drugi raz wziąłbym tak jednak przynajmniej po dwa litry wody na osobę.
Cieszymy się zachodem słońca, przy resztkach światła oglądamy cudne widoki na prowadzącej w górę od miejscowości Fifa doskonałej, wygodnej choć krętej szosie w stronę Tafilah. W czasie jazdy odbieram telefon – to właściciel hotelu z Dany chce się upewnić, czy przyjedziemy i czy ma nam przygotować kolację.
To w sumie miłe z jego strony, ale nie wiedząc jeszcze co nas tam czeka, preferujemy dziś stopa na przydrożną shawarmę (generalnie na wyjeździe dzieci przerabiają znany przebój i powstaje utwór "Shawarma in my dining room" ;) ) i zatrzymujemy się w jednym z miasteczek – wstyd, ale nawet nie wiem którym, bo jemy najpyszniejszą z dotychczasowych, z najbardziej entuzjastycznym wkładem chłopaka, który ją przyrządza, przy zaangażowaniu obsady kilku okolicznych sklepików w znalezienie krzesełek, żebyśmy usiedli (choć wcale nie musimy) i mozolną, choć spontaniczną z wykorzystaniem wszystkich języków świata konwersację.
Do Dany docieramy koło 7 wieczór. Niespecjalnie wiemy, co jest dookoła, ale widać piękne gwiady. Upał nieco zelżał ;) jest może 4 stopnie (Dana jest na wysokości około 1250 m). Rani, właściciel polecanego tu na forum przez @Washington obiektu o nazwie Dana Moon Hotel wita nas entuzjastycznie. Słowo hotel w nazwie jest może nieco na wyrost, to ewidentnie bardziej hostel, czemu zresztą Rani nie zaprzecza, ale twierdzi, że wg prawa jordańskiego każdy taki obiekt to hotel, tylko ten jego nie ma żadnej gwiazdki. Nie jest szczególnie ciepło, a piecyk naftowy w hallu grzeje, to prawda, ale zapach jaki wydziela jest upiorny. Jednak nas cieszy gorący prysznic, w którym zmywamy z siebie po kolei całą sól. Cieszy też gościnność - zaraz pojawia się gorąca herbata, tym razem w wariancie z cynamonem, którą raczy nas i pozostałych (2) gości – Francuzkę i Holenderkę Rani, opowiadając swoje historie. Umawiamy się z nim, że kolację w swej restauracji przygotuje nam jutro. Proszę tylko, by wziął pod uwagę, że porcje które przygotował dziewczynom, jak zrobi pięć takich dla nas, to będzie je sam jadł przez następne kilka dni. Mówi, że zapowiadali się jeszcze inni goście, więc zrobił dużo jedzenia... Od razu dodam, że Dana Moon Hotel także polecamy, choć trzeba wziąć poprawkę na spartańskie raczej warunki. Ale cena też jest niska - 15 JOD za dwójkę.
Dzień, w którym mimo chwilowego kryzysu wszystko nam się właściwie udało, kończy się równie dobrze jak się zaczął. Co można robić w Danie, opowiem w kolejnej części.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 12 Lut 2018 01:25 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
-- 12 Lut 2018 00:25 --

Dzień 11 - Rezerwat Dana

Co można robić w Danie?
To proste. Należy zachłysnąć się świeżym powietrzem i iść przed siebie. Po iluś tam latach zaglądania w znane i mniej znane miejsca człowiek trochę się rozbestwia i nie wszystko robi na nim aż takie wrażenie. Dana mimo wszystko robi. Pewnie to także kwestia konkretnej chwili. Wcześniej na tym wyjeździe trochę brakowało nam takich dni spędzonych od początku do końca „na łonie”, kontaktu z przyrodą. Po to się jedzie do Dany.
Po nocy przespanej w większości z posiadanych ubrań, w śpiworach i pod kocami jest nam całkiem ciepło. Ranek zaczyna się miłym akcentem ułatwiającym pobudkę i wyjście do restauracji Raniego na śniadanie – pod naszym oknem defilują osiołki i nawet dają się pokarmić nieco już zmęczonymi pitami, które znajdujemy w plecaku.

Image

Okazuje się, że świat wokół wygląda nieco inaczej niż sobie wyobrażaliśmy, a tuż spod hotelu mamy naprawdę niezły widok na dolinę Wadi Dana i samą wioskę. Wystarczy przejść jakieś 30 metrów i widać tak

Image
Podobny widok jest też z tarasu, który odkrywamy trochę później.
Tu nie ma co za dużo gadać, tam trzeba pojechać i przejść choćby samym głównym szlakiem przez Wadi Dana.
Z rzeczy praktycznych: szlaków jest kilkanaście, przy czym w teorii na większości z nich wymagany jest słono płatny przewodnik, lecz nie dotyczy to głównego szlaku doliną. Wstęp do rezerwatu jest teoretycznie płatny 8 JOD (4JOD za dzieci). Jordańczycy płacą 2,5 JOD.
Powtórzyło się u nas dokładnie to, co przeczytaliśmy wcześniej u @Washington. Nasz gospodarz mówi, że aby zapłacić za wstęp, musielibyśmy pójść do Visitor Center. Jest jednak zdecydowanie przeciwny tej opłacie i mówi, że to haracz, który nie ma nic wspólnego z utrzymaniem rezerwatu ani w żaden sposób nie jest to przeznaczane na potrzeby lokalnej społeczności. Ponadto wg jego słów po wiosce i okolicy możemy chodzić bez jej uiszczania, a jest to konieczne dopiero, gdy wchodzimy w głąb rezerwatu. Ważąc argumenty za i przeciw uznajemy, że skoro miejscowy człowiek (który na dodatek teoretycznie ma dostać prowizję z opłaty za wstęp) tak mówi, to dobrowolnie haraczu nie zapłacimy.
Główny szlak Wadi Dana ma tę zaletę, że jest dziecinnie prosty w orientacji i nie sposób naprawdę zgubić drogi. Jednak nie musi to dotyczyć szlaków bocznych. Ściany doliny i wąwozów bocznych są bardzo strome i można napotkać nieoczekiwane urwiska. Nie namawiam do wynajmowania przewodnika (bo nigdy nie namawiam, lubię chodzić swoimi ścieżkami i w swoim tempie), ale trzeba na możliwe trudności poza głównym szlakiem, gdyby ktoś chciał być tam dłużej niż jeden dzień, wziąć poprawkę. Określając długość wycieczki trzeba mieć na uwadze, że Dana jest na wysokości 1250 metrów i do poziomu około 800 metrów schodzi się mniej więcej godzinę, w dużej części jezdną szutrówką, ale cholernie stromą. My uznaliśmy, że zejdziemy mniej więcej trzy godziny w dół, chwilę popiknikujemy i wrócimy tuż przed zachodem słońca. Jak na nasze tempo marszu był to plan optymalny, ale osobom mniej zaprawionym kondycyjnie podejście powrotne może dać troszkę w kość. Punkt, gdzie teoretycznie należy zawrócić nie mając biletu, jest na wysokości mniej więcej 750 metrów, nieco ponad godzinę od wioski. Można tak wywnioskować z odrapanej tablicy „entry with valid permit only”. Zignorowaliśmy ją i poszliśmy dalej, może do 6-7 kilometra od wioski. Szlakiem można dojść po 13 kilometrach do absurdalnie drogiego i kontrowersyjnego Feynan Ecolodge. W ciągu całego dnia spotkaliśmy czworo turystów maszerujących w górę (pewnie stamtąd), a po południu idącego z przeciwka Duńczyka, prawdopodobnie trenującego lekkoatletykę, bo po krótkiej konwersacji z nami poszedł dalej w dół i mniej więcej pół godziny później minął nas z powrotem twierdząc, iż doszedł do miejsca, gdzie i my byliśmy (tylko nam zajęło to około godziny sama droga w górę…) Prócz tego kilku pasterzy i ich stada, i nikogo więcej.
Popatrzcie sami i oceńcie, czy warto:

Image
Widok z końca wioski na dolinę

Image
Tak można iść ponad 25 km, aż do Wadi Araba i granicy z Izraelem

Image
Coś tam też rośnie

Image
Już bliżej dna doliny

Image

Image

Image
Na dole

Image
Strażnik doliny

Image
i jego kumple

Image

I jeszcze takie obrazki

Image

Image

Image


Sama Dana jest wsią właściwie opuszczoną, z ciekawymi zabudowaniami z czasów ottomańskich. Zachowanymi z reguły w stopniu średnim.

Image

Środki transportu obowiązują tradycyjne. Chociaż osioł z rurą wydechową?

Image

Jest tam kilka miejsc noclegowych, poza Dana Moon jeszcze dwa inne nieco droższe hotele prywatne, a także guesthouse prowadzony przez zawiadujące rezerwatem RSCN (Królewskie Towarzystwo Ochrony Przyrody) o cenach mocno absurdalnych (w rodzaju 100 JOD za czteroosobowy pokój lub 70 JOD za dwójkę ze wspólną łazienką). Na terenie samej doliny można skorzystać z noclegu na prowadzonym przez RSCN kempie (ceny równie, a nawet bardziej absurdalne, tzn tyle samo mniej więcej za nocleg w namiocie) lub we wspomnianym Ecolodge. Napisałem, że kontrowersyjny, bo sama idea rzekomej „ekoturystyki” wydaje mi się mocno naciągana. Ale być może nie rozumiem zasad zrównoważonej turystyki z utrzymaniem integralności kulturowej środowisk lokalnych i ich wspieraniem i minimalizacji „śladu węglowego”. Kto chętny, może zapłacić ca. 120JOD za dwuosobowy pokój (nawet z pełnym żarciem) w miejscu na pewno pięknym.
Nam wydawało się, że nocując w miejscu prowadzonym przez Raniego, który w Danie się urodził, potem kilka lat pracował poza wioską, by zgromadzić pieniądze na otwarcie biznesu, a teraz dalej zbiera je, by kiedyś odremontować znajdujący się naprzeciwko hotelu stary rodzinny, chwilowo walący się dom, też wspieramy lokalne środowisko i nie naruszamy jego integralności kulturowej.
Rani stosuje się do naszych wskazówek, by nie marnować jedzenia i podaje nam kolację w nieco mniejszej ilości niż poprzedniego dnia dziewczynom. Chociaż, czy na pewno?

Image

Danie o nazwie maghlouba jest proste i dosyć nam smakuje, chociaż mogłoby zawierać nieco więcej warzyw. Ponoć powinno, jak mówią wpisy na blogach kulinarnych. Żeby mieć pewność, że nie wyjdziemy głodni, Rani zrobił jeszcze zupę soczewicową. No i oczywiście mnóstwo beduińskiej whisky, która fajnie grzeje.
Przy kolacji i później długo z nim gadamy. Dużo i chętnie opowiada o swoim życiu tutaj. Pyta nasze dziewczyny, czy nie zechciałyby za parę lat wyjść za niego, bo może być mu trudno znaleźć miejscową kandydatkę na żonę, która chciałaby zamieszkać w takim miejscu. Niezwłocznie też oferuje w zamian rękę swej ewentualnej przyszłej córki dla Mikołaja.
Cóż, Iga zawsze marzyła o prowadzeniu restauracji… Na razie odkładamy negocjacje tego kontraktu na później.
Rani prowadzi swój hotel/hostel/guesthouse i restaurację od około 3 lat. Obiekt dzierżawi od państwa. Trochę narzeka, że koszty są duże, ale z drugiej strony jest optymistą i docenia fakt, że tej zimy jest znacznie lepiej, niż w poprzednich latach, co kilka dni ma gości, a zdarzały się wcześniej okresy, że nie miał ich nawet miesiąc. Bardzo też docenia Polaków i twierdzi, że są dominującą grupą turystów odwiedzających jego miejsce. Co roku jesienią ma, jak mówi, gości długoterminowych z Polski - grupę archeologów i studentów archeologii z Krakowa. Napomyka też coś o naszych doskonałych alkoholach. Niestety, nie mamy nic, co w naturalny sposób należałoby w tym momencie wyciągnąć z plecaka.
Rozmowa przeciąga się do późnej nocy. Analizujemy przy herbacie i papierosach różne aspekty polityki bliskowschodniej, mechanizm wystawiania opinii na Tripadvisorze i bookingu oraz cechy turystów różnych narodowości ze szczególnym uwzględnieniem kilku znajdujących się na czarnej liście gospodarza. Dużo ciekawych rzeczy też mówi o życiu taksówkarza w Akabie – zna je dobrze, pracował w tej roli cztery lata, lecz Akaba była dla niego za szybka, za głośna, za wielka, dlatego wrócił do wioski, z której pochodzi. Między innymi dowiadujemy się, że z 10 JOD które są nienegocjowalną stawką za kurs z granicy do miasta ten wredny koleś, „menedżer” kasuje 3, a przy dłuższych kursach ta stawka rośnie. Zatem 7 JOD wydaje się maksymalną kwotą za kurs powrotny, skoro brak haraczu, który kierowca musi zapłacić w drugą stronę. W Akabie jest 25 firm taksówkowych i każda z nich stoi na granicy jednego dnia, a każdy z kierowców liczy na złoty strzał w postaci kursu do Ammanu lub przynajmniej Petry, co z reguły nie następuje.
Gdy w pewnym momencie przedstawiam Raniemu niemożliwą do przecenienia dla polskich turystów opiniotwórczą rolę forum F4F oraz wspominam o pozytywnym wpisie na temat jego miejsca, jest tak rozanielony że proponuje nam gazowy grzejnik do pokoju (z czego jednak nie korzystamy nie chcąc się udusić w nocy).
Lubię takie wieczorne gadki. Jasne, że zawsze trzeba brać poprawkę na te wszystkie opowieści dziwnej treści i solidną dawkę autokreacji, ale tu widać, że facet rzeczywiście ma jakiś pomysł na życie i że zależy mu na pozytywnych doznaniach turystów, a na maksymalnej kasie niekoniecznie. Ma świadomość, że jego „hotel” nie ma pięciu gwiazdek i mieć nie będzie, ale stara się robić co może. Polecam to miejsce – jest czysto, spokojnie, bezpiecznie i tanio – tak jak ma być. Żeby jeszcze było choć trochę cieplej….
Gdyby jeszcze kiedyś dane było nam wrócić do Jordanii, to Dana byłaby na pewno miejscem do bardziej dogłębnej eksploracji. Myślę, że może kiedyś udałoby się przejść choć częścią Szlaku Jordańskiego, który szczegółowo opisują wspomniani tu w pierwszym poście "Wapniaki w drodze", odcinkiem z Dany do Małej Petry. Nie mam tylko wyrobionego poglądu, jaka pora roku jest optymalna. W styczniu w dzień jest bardzo przyjemnie, lecz noce nie należą do najcieplejszych. Może marzec?
W kolejnej części będzie o tym, dlaczego warto kupić trzydniowy bilet do Petry, gdzie tam warto zajrzeć poza utartym szlakiem oraz o tym, że wrocławianie są wszędzie, a już w ogóle wszędzie są couchsurferzy. Zapraszam, gdy się napisze i zdjęcia się przygotują.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#18 PostWysłany: 20 Lut 2018 03:22 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
12, 13 i 14 dzień - Petra

A tak w ogóle, co to ta Petra? Tak zapytał mnie w ostatni piątek kolega z pracy, gdy z zapałem namawiałem go do wyjazdu do Jordanii omawiając liczne miejsca, które zobaczyć można. Myślałem, że o Petrze słyszał każdy. Sam o Petrze marzyłem od jakichś dwudziestu lat, gdy nie udało nam się zrealizować projektu Syria/Jordania/Liban, z lenistwa czy poczucia, że przecież jeszcze kiedyś.... W ten sposób np. Palmyry do oglądania już nie ma, a i tak Palmyra jest średnio istotna biorąc pod uwagę liczbę ofiar wojny...
Pytanie kolegi spowodowało, że chwilę się zastanowiłem nad sposobem opowiedzenia o naszej wizycie tam. Ale jednak mimo wszystko zakładam, że na pytanie "Co to ta Petra" czytelnicy relacji na tym akurat forum umieszczonej odpowiedź już znają, a gdyby nie, to powtarzanie rzeczy napisanych już na sto różnych sposobów w przewodnikach, relacjach, blogach, w tej akurat kwestii mija się z celem. Jeden z nowych cudów świata. Trudno być oryginalnym pisząc o Petrze. Że jest zachwycająca, że zaskakuje in plus nawet, jeśli się nastawiasz że będzie fantastyczna. Tak, to wszystko prawda.
Nasze spotkanie z Petrą trwało trzy dni. Uznaliśmy, że skoro kosztuje to tyle kasy, to prawdopodobnie warto dołożyć po 5 JOD za dodatkowe dni, żeby nie żałować czegoś, co pominiemy. Ilu ludzi, tyle koncepcji. Gdy jednego dnia wchodziliśmy tam, jak na nas w porze wczesnej, czyli o 9.30, pierwsze wycieczki z dalszych części Azji już opuszczały teren. Można? Pewnie tak. Ale dla nas Petra to także, a może przede wszystkim, paradoksalnie spotkanie z pięknymi, a na dodatek prawie pustymi górami.
W tej części relacji zapraszam przede wszystkim do obejrzenia zdjęć, z miejsc oczywistych i mniej oczywistych.
Pierwszy dzień, w którym łbów mało wiatr nam nie pourywał, ale raczej nie padało, poświęciliśmy na te najbardziej znane. A zatem Siq, ulica fasad, Skarbiec, teatr. Na nas duże wrażenie zrobiły grobowce królewskie. Ludzi wielu, lecz jak na atrakcję klasy światowej - pustawo. Dodatkowo szlak nad Skarbiec - Al Khubtha Trail, niemal zupełnie pusty, a z pewnością godny przejścia (około 45 minut w jedną stronę).
Tak to wyglądało na ulicy fasad i w okolicach teatru
Image

Image

Image

Grobowce królewskie

Image

Image

Image

Image

Widoki znad grobowców z kawałkiem teatru

Image

Osiołek zaparkowany pod jednym z grobowców

Image

Dalej w górę, nad Skarbiec i piękny widok na teatr

Image

W Petrze co chwilę spotykamy kolejne "most beautiful view" - zawsze w miejscu, gdzie Beduini sprzedają herbatę i pamiątki. Tę trafną obserwację przeczytaliśmy na blogu Wapniaków w drodze. Faktycznie. Tam nad Skarbcem też tak jest.

Image

Skarbca nie wrzucam, bo przecież obfotografowany przez wszystkich i na milion sposobów. Ale różne inne widoki też niczego sobie.

Image

Cały praktycznie ten pierwszy dzień jest szary, siny, mroczny. Petra jest wielokolorowa, złota, brunatna, fioletowa i różowa, ale na naszych zdjęciach niekoniecznie to widać. Nie podrasowaliśmy ich w kierunku intensywnego różu, bo takich maksymalnie kolorowych i kontrastowych jest w sieci zatrzęsienie. Tak jak widać, było w tym styczniu. Ale gdy się poczeka, nadchodzi "złota godzina" i jest wtedy tak:

Image

Kończymy szybkim marszem w stronę wyjścia. Reguła jest taka, że teren trzeba opuścić do zachodu słońca. Troszkę niepotrzebnie się tym przejmujemy, ale przynajmniej marsz nas rozgrzewa. Pod wieczór można nawet zrobić zdjęcie pustego Siqu. Tylko my zakłócamy widok:

Image

Nie trzeba było aż tak szybko - za nami jeszcze sporo ludzi, a jedna z chińskich wycieczek, tak akurat im wypadło, dopiero zmierza w stronę Skarbca. Wolimy jednak wyjść około 17, by nikt się nie czepiał.

Docieramy do hotelu. Po drodze historia z cyklu "nie ufaj GPS". Nie wiem jak nam się to udało, lecz za sprawą nawigacji i pilota na siedzeniu pasażera wjeżdżam pod prąd w stromą ulicę prowadzącą do (a raczej od) naszego hotelu. Nic na to nie wskazywało, lecz wyraźnie wskazują kierowcy jadący z przeciwka. Jakiś facet macha rękoma, niemal wykonuje "Rejtana" na środku ulicy, byśmy mogli spokojnie (no, powiedzmy) zawrócić... Bez strat w ludziach i pojazdach się nam to w końcu udaje.
W hotelu akcent humorystyczny dla nas, ale dla Mikołaja już nie koniecznie. Dostajemy zgodnie z prośbą dwa pokoje obok siebie (w Peace Way rodzinnych nie ma), a w naszym pokoju dowód zaangażowania hotelu w sprawę. W postaci łóżeczka niemowlęcego. Niezupełnie poprawne wnioski wyciągnęli z mojej informacji, że będzie nas pięcioro, ale dostawki być nie musi i postanowili jednak dostawkę nam zapewnić. Dziewczyny podśmiewają się z "dzidziusia", ale on się obraża i chowa gdzieś za dużym łóżkiem, byśmy przypadkiem go nie zmusili do spania w kompromitujących okolicznościach. W końcu "krakowskim targiem" ustalamy, że ponieważ jest wykładzina i to miękka, a nawet czysta, będzie spał w legowisku na glebie. Z akcentów krakowskich - w hotelu spotykamy parę krakowian podróżujących z córeczką. Wymieniamy się doświadczeniami z podróży i zdobywamy bezcenną rekomendację gastronomiczną. Nieco dowiadujemy się też o mechanizmach działania biznesu turystycznego w Wadi Rum - nie jest to optymistyczne. Coś jakby mafia podobno...
Z gastronomią w Wadi Musa jest o tyle słabo, że może niekoniecznie nawet jest bardzo drogo, choć pewnie drożej niż w nieturystycznych miejscach, ale jakoś tak - mało autentycznie. Opieramy się na ocenach innych osób. My uderzamy do miejsca, które rekomendują nam nasi nowi znajomi. Wiemy, że ma wyglądać wyjątkowo mało zachęcająco i że się tym mamy nie zniechęcać. No i faktycznie, znajdujemy na samym rondzie takie miejsce, wchodzimy i słyszymy - "no dobrze, że jesteście, czyli jednak was dogoniliśmy, właśnie się zastanawialiśmy czy was spotkamy". Ki czort? W sumie miłe. Dorota szybciej ogarnia rzeczywistość. To nasi znajomi z podróży do Ammanu, Szczepan i Marta z Wrocławia. No i mała Pola, która już jest maskotką knajpki. Szybka wymiana doświadczeń, potwierdzenie że warto tu zostać na jedzonko. Miejsce, dawniej "Spicy Way" nazywa się teraz "Why not restaurant", choć połowa starego szyldu jeszcze została. Hisham, który ją prowadzi, rządzi tu od kilku tygodni, ma mnóstwo planów, choć na razie nic jeszcze nie zdążył zmienić poza jedzeniem. Robi je w zasadzie sam, jest dobre, proste i niedrogie, przynajmniej jak na Wadi Musa. Codziennie zupa, jedno - dwa dania główne, oprócz tego sandwiche kebabowe i falafelowe. Wszystko na granicy fastfoodu, jednak niesamowicie dobre, okraszone ciekawą rozmową. Siedzimy tam strasznie długo, rozmawiamy z wrocławianami i jest nam bardzo fajnie, tak naturalnie to przebiega, jak byśmy się znali od dawna. Rozmawiamy też z Hishamem i czujemy, że facet ma pomysł na to, co chciałby robić, mnóstwo pozytywnej energii. Cieszy go, że przychodzą ludzie podróżujący w zwykły sposób, nie szukający na siłę wytwarzanej etnicznej otoczki, preferujący miejsca mniej wypasione, bardziej lokalne. Na stole pojawia się herbata. Drobiazg, ale w takim akurat miejscu nie spodziewalibyśmy się bezinteresownej gościnności. Jeszcze tu wrócimy...

Kolejnego dnia pogoda jest bardziej łaskawa. Słońce, przyjemne ciepełko już od rana. Decydujemy się zobaczyć te fragmenty Petry, po których naprawdę mało kto chodzi. Tuż przed wejściem do Siqu można odbić w prawo - przy budce policji turystycznej i bardziej rozbudowanym sklepiku z pamiątkami trzeba skierować się w stronę kilkudziesięciometrowego naturalnego tunelu.

Image

Tu zaczyna się przejście Wadi al Muthlim. To nie jest oficjalnie udostępniony szlak, więc nie wiem, czy teoretycznie wolno nim chodzić. W praktyce można i oceniamy to jako jedną z lepszych atrakcji w Petrze. Przejście spokojnym krokiem zajmuje mniej niż godzinę, ale krajobrazowo jest niesamowicie. No to po kolei, tak jak się to idzie od fragmentów szerszych do naprawdę wąskich i spektakularnych:

Image

Image

Image

Image

Image

Zgubić się nie sposób, trzeba iść w dół wadi. Trudności technicznych brak, jedynie po niedawnym deszczu kilka większych kałuż do przeskoczenia albo przejścia "na zapieraczkę" górą. W czasie ulewy zdecydowanie odradzamy, można sobie tam łatwo wyobrazić efekt "flash flood". Po przejściu wąwozu wychodzimy prosto na nieco mniej znane jakieś fasady i grobowce.

Image

Image

Image

Jeśli po wyjściu z Wadi Muthlim pójdziemy w lewo, po marszu niezbyt długim znacznie szerszą już Wadi al Mataha dojdziemy do Grobowców Królewskich. Bardzo polecamy przejście tą drogą alternatywnie do obleganego Siqu - zwłaszcza na kolejny dzień zwiedzania.

My na ten dzień zaplanowaliśmy jeszcze dalsze przejścia. Opędziwszy się od oferujących przejazdy na osłach po schodach do Klasztoru idziemy w stronę Al Habs - zamku krzyżowców. Po drodze takie miejsca:

Image

nieco eksponowane przejście półką skalną

Image

i naprawdę niezły widok w nagrodę

Image

I oczywiście znów jakaś fasada

Image

Dalej kierujemy się na Umm al Biyara. Jest to dość wybitna góra, trochę w kształcie Szczelińca w Górach Stołowych. Wejście momentami jest dość eksponowane i oczywiście bez jakichkolwiek form ubezpieczeń, choć w dużej mierze idzie się po schodach. Podejście naprawdę strome. Zaczyna się w okolicy, gdzie dawno wykute groty wciąż służą celom mieszkalnym.

Image

Są solary i antena satelitarna. Co gorsza, są też "dzikie dzieci" przekonujące nas, że są głodne i jeden dinar rozwiąże ten problem. Na szczęście, nie próbują za nami iść na górę.
Dla równowagi, napotykamy fajny akcent. Czy to białe krokusy?

Image

Wielokolorowe skały to cecha charakterystyczna Petry. Tu festiwal barw:

Image

Tutaj także:

Image

Ze szlaku widać Petrę, ale także nowe Wadi Musa

Image

Schodząc z góry dostrzegamy takie np cuda:

Image

Dochodzimy do drogi, orientujemy się, że jest późno. Wielbłądy już chyba mają fajrant,

Image

osiołki także:

Image

No i znów zrobiła się piękna, "złota godzina"...

Image

Image

Image

Bardzo udany dzień. W Wadi Muthlim nie spotykamy nikogo, a na szlaku na Umm Biyara dwoje turystów. Widać, że zdecydowana większość ludzi ogranicza się do zaliczenia głównych atrakcji, nie zastanawiając się nawet nad odbiciem w bok. Nie wartościuję tego - nam brakuje trochę łażenia po kamieniach, kontaktu z przyrodą. Może dziwnie, ale Petra to właśnie zapewnia. Oddech historii i to nie do końca poznanej, to jedno. A przyroda - jest po prostu piękna.
Wieczorem kolacja, powtórnie we wrocławskim składzie. Dyskutujemy z Hishamem nad metodami ulepszenia jego restauracji. W pewnym momencie, gdy opowiada nam o swoich różnych doświadczeniach z podróży, pracy w różnych miejscach świata oraz o naszych dalszych planach na podróż po Jordanii, dochodzimy do spraw naprawdę ważnych.
Znacie couchsurfing? - pyta nas Hisham... To fantastyczna sprawa. Mam taką grotę koło Małej Petry i czasami, jak mam czas i ochotę i nie mam za dużo pracy, mogę tam hostować ludzi. Nie chcecie przespać się w grocie? Albo pod gwiazdami?
No i cóż - nie uważam, że couchsurferzy są jakkolwiek lepszą częścią ludzkości.
Ale jest duża szansa, że gdy spotka się kogoś naprawdę otwartego, pełnego różnych idei, z pomysłem na życie - że to będzie CS... Wymieniamy się z Hishamem kontaktami (nie bacząc na ewentualne badanie telefonów przez izraelskie służby bezpieczeństwa na lotnisku; gdy później zapytają mnie, czy kogoś poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się z nim w Jordanii, powiem, nie kłamiąc, że głównie właścicieli hoteli i restauracji ;) i umawiamy się na nocne gadki przy ogniu pod gwiazdami, kiedyś za parę lat, gdy jego knajpa będzie już najbardziej znanym lokalem w całym Wadi Musa i wciąż przyjaznym, a my wrócimy sprawdzić, jak mu poszło...

Trzeci dzień w Petrze. Przebiegamy przez Siq, ignorujemy Skarbiec, ponieważ dziś ma padać od południa, a my chcemy jeszcze przejść na Ołtarz Ofiarowania, zejść Wadi Farasha i dotrzeć pod Klasztor, a jak się będzie dało, to dojść do Małej Petry.
Początkowo jest dobrze, ciepło, wiosennie i znów widzimy kwitnące krokusy. A może to nie krokusy, bo niby skąd by mieli w Jordanii mieć krokusy?

Image

Kilka widoków ze szlaku w stronę Ołtarza Ofiarowania i dalej Wadi Farasha, piękne skały, fasady...

Image

Image

Image

Image

Tu w tle dobrze widać Umm al Biyara, na który właziliśmy poprzedniego dnia - to duże i płaskie.

Image

Kolory skał - uczta nie tylko dla geologa

Image

Image

Image

Tak zwany Grób Żołnierza - w Wadi Farasha

Image

Jeszcze na tym zdjęciu wyżej nic nie zapowiadało pogodowej katastrofy, zapowiadanej przez synoptyków na kilka najbliżych dni.

Ale już poniżej widać, że ciemno jest znów i szaro. Nie tylko osiołki parkuje się w grotach, ale pickupy także:

Image

A gdzie to towarzystwo parkuje, pojęcia nie mam. Dużo ich na schodach w stronę Klasztoru.

Image

A gdy już się Klasztor zobaczy i stwierdzi, czy lepszy on od Skarbca, czy wprost przeciwnie, to należy iść w stronę podpowiadaną przez GPS, bo widoki czekają przednie. Czyli trzeba trawersem po skałach obejść od północy górę, pod którą powstał klasztor. Żeby dużo nie gadać - zdjęcia. Jest ich ograniczona ilość, bowiem niemal co do joty sprawdziła się prognoza i od godziny 13.00 mamy z przerwami deszcz, wichurę oraz pierwszy w tym roku i pierwszy w naszej Jordanii grad. Mogę zatem stwierdzić, że szlak do Małej Petry (jest to także fragment wspomnianego w poście o Danie Szlaku Jordańskiego) jest niewątpliwie piękny, z tym że z drugiej jego części stosunkowo niewiele widziałem spod kaptura... Zobaczcie (szlak, nie kaptur)

Image

Image

Image

Image

Pierwsza część szlaku jest po momentami dość wąskich (ca. 2 metry) półkach i nad sporym luftem. Kto nie lubi takich okoliczności, lepiej niech nie idzie. Choć w większości miejsc są schody, to jest gdzie polecieć. Szlaku druga część jest płaska i widokowa. Zaraz tak lunie z chmury widocznej na załączonym obrazku, że nam się wszystkiego odechce. Fotografowania także. Orientacja prosta, GPS przydatny, choć niekonieczny.

Image

Image

Dla tych, co by chcieli Petrę 4free, zaznaczam nie namawiając do złego, że w połowie szlaku jest budka policji turystycznej. Myślę, że przy lepszej pogodzie pewnie ktoś tam siedzi. Gdy my szliśmy, żywej duszy tam nie było. Zresztą nikogo nie widzieliśmy na całym szlaku aż do obozowisk beduińskich tuż przed Małą Petrą.
Tym akcentem kończą się zdjęcia z Petry i Małej Petry. Do Małej Petry docieramy w stanie zmiętolonym i wymoczonym. Na dodatek wejść się tam w tym akurat momencie nie da, bowiem w wąwozie płynie regularna rzeczka, wzbierająca z minuty na minutę. Jesteśmy więc wściekli. Brak perspektyw na jakiekolwiek rozpogodzenie i dotarcie dokądkolwiek powoduje podjęcie negocjacji z jednym ze sprzedawców pamiątek i herbaty. Już jest ich całkiem sporo przy wejściu do Małej Petry. Negocjujemy jednak nie pamiątki, lecz transport do Wadi Musa. Finalnie facet okazuje się mało asertywny (albo ja zbyt wściekły) i zadowala się kwotą 5 JOD. To chyba niezła cena. Nie jest jednak wliczone standardowe wycieranie szyb i to budzi nieco emocji w czasie jazdy, albowiem pan oburącz wyciera je chusteczkami higienicznymi a droga nie jest prosta. Angażuję się w to zadanie, by uspokoić Żonę i by przekonać kierowcę do złapania jedną ręką kierownicy.
Docieramy do hotelu zmordowani, przemoczeni i wymarznięci. Temperatura wynosi 4 stopnie, a znając prognozy na kolejny dzień realnie oceniamy, że nasz zapał do mistycznego przeżycia w postaci noclegu w zaaranżowanym dla turystów beduińskim campie na pustyni w Wadi Rum jest zupełnie żaden. Już wcześniej zdecydowaliśmy, że spędzimy tam tylko jedną noc, teraz zmiana planów i bookujemy hotel w Akabie. Zajrzymy jutro do Wadi Rum i spróbujemy zobaczyć je na szybko, ale bez nocowania. Szkoda, ale nie mamy ochoty wymarznąć kolejnego już dnia bez perspektyw na doschnięcie i jakiekolwiek ciepło.
Wieczorem idziemy na kolację. Tym razem na stół wjeżdża z miejsca mnóstwo gorącej herbaty, bo Hisham widzi w jakim stanie jesteśmy. Później jeszcze zrobi nam ad hoc słodkości (niebo w gębie!) - tahini z syropem daktylowym... Dowiadujemy się, że w nocy lub rano ma padać śnieg, więc wyjazd z Wadi Musa wcale nie jest pewny. Hisham potwierdza, że w takich sytuacjach zdarza się zamknięcie drogi. Nas to nie załamuje, mamy drobną rezerwę czasową lecz pewne Włoszki, które następnego dnia jadą do Tel Awiwu na samolot wydają się zaniepokojone...
Podsumować Petrę jest równie trudno, jak zacząć o niej mówić mądrze. Zatem = jechać! Na jak najdłużej i intensywnie. I chodzić po "psich ścieżkach", bo na głównym szlaku ludzi sporo, choć w styczniu nie tłum. Jednak na tych bocznych prawie nikogo nie ma. Jest mnóstwo miejsc zaskakujących nagłym widokiem, jakimś detalem, kolorem skały. Uważam osobiście, że trzy pełne dni w Petrze, zwłaszcza zimą, gdy do zachodu słońca teoretycznie trzeba wrócić, nie są nadmiernym wydłużeniem pobytu tam.

Mozolnie klecona relacja dobiegnie końca niebawem. O tym czy w Wadi Rum jest mafia jeepowa i co może tam pieszy, no i może jeszcze o dalszych formach plażingu nad Morzem Czerwonym napiszę w ciągu paru dni.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 21 Lut 2018 14:49 

Rejestracja: 05 Lut 2018
Posty: 4
Bardzo interesująco piszesz. Dziękujemy. Poproszę o dokładny namiar na polecaną przez Ciebie knajpkę w Wadu Musa. Będziemy tam za 2 tygodnie:)
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 21 Lut 2018 15:17 

Rejestracja: 15 Lis 2012
Posty: 25
Loty: 4
Kilometry: 26 486
niebieski
Knajpka, o której piszę, nazywa się "Why not restaurant" i jest w istocie dziurą w ścianie z pięcioma - sześcioma stolikami. Znajduje się przy głównym rondzie w Wadi Musa - innego ronda nie zaobserwowałem. Przy tym samym, przy którym jest mająca najlepsze oceny na tripadvisorze restauracja Al Wadi, tylko tak jakby z przeciwnej strony. Jak dla nas ta ostatnia była lekko przytłaczająca rozmiarem i trochę taka "Cepeliada", a poza tym już od wspomnianej w poście rodzinki z Krakowa dostaliśmy pozytywną opinię o miejscu Hishama, więc tam poszliśmy. Nie sposób nie znaleźć. Fajerwerków u Hishama nie będzie, wielkiego wyboru też, ale za to dobre, świeże żarcie robione na bieżąco, dwa - trzy dania do wyboru, zupka - owszem. No i okazja do fajnej rozmowy pewnie też.
Dziękuję za dobre słowa o relacji - wreszcie muszę skończyć, bo czuję, że zaczynam przynudzać i za długie toto, ale finał jakiś musi powstać ;)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 33 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group