Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 50 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 11 Sie 2019 18:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Kenia jest jak kobieta, która nie chce, żeby każdy od razu odkrył wszystkie jej tajemnice, dlatego ukrywa twarz pod zasłonami. Na pierwszej z nich widnieje oblicze najbardziej znane – zasłona pomalowana jest w słonie i lwy z parków narodowych, otoczone widokami z plaży Diani. I wielu osobom ta twarz wystarcza. Natomiast gdy poświęcisz Kenii więcej uwagi, również ona się wtedy ośmiela i podnosi zasłonę, pod którą jednak, zamiast twarzy, dostrzegasz kolejny, bardziej szczegółowo zdobiony woal…Gdzieś, daleko pod wszystkimi zasłonami, znajduje się prawdziwa twarz Kenii. Jak wygląda? Nie wiem. Składają się na nią obrazy z wszystkich zasłon i z pewnością jest piękna, choć pewnie jej urody nikt nie mógłby określić mianem „klasyczna”.

Image

Kenia raczej nie znajdowała się w pierwszej piątce moich najbardziej wyczekiwanych kierunków podróży (wprawdzie chcę pojechać wszędzie, ale jakąś listę, mimo wszystko posiadam). To się zmieniło bardzo szybko, gdy grudniowego popołudnia, przełamując nudę zwolnienia lekarskiego, przewijaliśmy lotnicze oferty. Bez konkretnego powodu, ot, tak, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wtedy nagle uświadomiłam sobie, że przecież marzę o wyjeździe do Kenii. Rainbow miało znakomite argumenty – lot czarterowy z Warszawy do Mombasy : 1098 zł w dwie strony. Był tylko jeden szkopuł – wylot 17 grudnia. Dokładnie za osiem dni…

Image

Tydzień do wyjazdu? Trochę to nieodpowiedzialne. I to jeszcze w Boże Narodzenie? Żadnego planu, żadnych rezerwacji noclegów. Właściwie, to niewiele wiem o tym kraju…Emocje ścierały się w nas z rozsądkiem. Rozsądek zwyciężył. Bo przecież gdzie ja znajdę takie tanie bilety do Kenii? :D

Image

Tydzień minął za szybko – nerwowe nadrabianie wiedzy o kraju, korespondencja z agencjami organizującymi safari, rezerwacja pierwszego noclegu. Planowaliśmy po przylocie zostać w Mombasie, a kolejnego dnia rano wyruszyć pociągiem do Nairobi, gdzie 19 grudnia rozpoczynało się nasze czterodniowe safari. W sieci znaleźliśmy też informacje o polskim małżeństwie, które w okolicach Diani założyło fundację wspierającą miejscową wioskę. Tam też zamierzaliśmy się wybrać. I…i to by było na tyle – więcej planów nie mieliśmy, nie było czasu. Cała reszta miała wyjść „w praniu” :)

Image

Czas pobytu : 17.12.2018 – 31.12.2018
Waluta : szyling kenijski, 100 KES = ok. 3.74 PLN

W Mombasie byliśmy ok. 21.00 (sam lot trwał 7,5 godziny). Jeszcze tylko wiza – 50 USD – i już mogliśmy opuścić lotnisko. Pierwsze kroki skierowaliśmy w przeciwną stronę, niż nasi współtowarzysze podróży. Oni, wiadomo, w kierunku busów i taksówek zagwarantowanych przez Rainbow, my – w kierunku bliżej niezidentyfikowanej budki, która „przecież gdzieś tu musi być”.

Image

Jedną z pierwszych rzeczy o Kenii, którą przeczytałam (i która mną dość mocno wstrząsnęła) była informacja, że w całym kraju obowiązuje zakaz palenia, że jest dosyć restrykcyjnie egzekwowany, a próby jego ominięcia mogą skończyć się w więzieniu (ŁUP! – to odgłos walenia głupim łbem w ścianę. Takie rzeczy sprawdza się PRZED kupnem biletów :/) Na szczęście, nim doszczętnie rozwaliłam głowę, doczytałam, że na ulicach można znaleźć jakieś budki (nie wiem, jakie i właściwie mało mnie to obchodzi, grunt, że są :D ), w których palenie papierosów jest dozwolone (uffff). Faktycznie, kawałeczek przed lotniskiem można taki przybytek znaleźć. Budka, jak budka. Nic nadzwyczajnego, natomiast jej przeznaczenie było dla mnie zbawienne. Gdy weszłam do środka, pomyślałam : „Jest dobrze. Dolecieliśmy, jest gdzie palić, mamy nocleg, mamy plan. Jest nieźle”. I wtedy – i wtedy plan zaczął się sypać…

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
31 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 11 Sie 2019 18:27 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 2328
platynowy
Szczepienia jakieś mialaś wcześniej?

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 11 Sie 2019 18:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@brzemia, tak. Przed jednym z pierwszych wyjazdów zrobiłam zestaw szczepień, teraz tylko uzupełniam na bieżąco, jak trzeba wziąć dawkę przypominającą.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 11 Sie 2019 18:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1090
Loty: 213
Kilometry: 402 697
platynowy
Przekaż proszę Marcinowi, że ładne zdjęcia

Wysłane z mojego Mi MIX 2 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 13 Sie 2019 15:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Miejsca przeznaczone do palenia mają jedną dużą zaletę – zazwyczaj można w nich zawrzeć znajomości, porozmawiać, usłyszeć wiele historii, zdobyć informacje. W palarniach ludzie robią się gadatliwi i chętnie dzielą się wiedzą. Niestety, te miejsca mają też jedną wadę – czasami pozyskane w ten sposób wiadomości, mogą okazać się złe. Tak też stało się z nami. Poszło dosyć szybko – w czasie krótszym niż wypalenie papierosa, poznaliśmy aż dwie Złe Wiadomości, które mogły mieć wpływ na całą naszą dalszą podróż.

Image

Zła Wiadomość nr 1
Jej doręczycielem była, jak się okazało, Polka, która przyleciała z nami tym samym samolotem. Nerwowo, szybkimi ruchami, odpalała jednego papierosa od drugiego. Bardzo się spieszę – tłumaczyła. - Przyleciałam z siostrą i jej mężem, oni tu mają dom. Niedaleko, w okolicach Diani. Czekają na mnie z kierowcą i kazali się pospieszyć, bo już ciemno. Wiecie – dodała konfidencjonalnym tonem. – Myślałam, że zatrzymamy auto gdzieś po drodze, wysiądę i sobie zapalę na spokojnie, ale siostra mówi, że to niemożliwe. Za niebezpieczne. Nawet okien w aucie nie możemy mieć otwartych…
Trochę mnie ta wypowiedź zaskoczyła, ale po chwili uspokoiłam samą siebie – ludzie wyolbrzymiają różne rzeczy, przesadzają i ubarwiają. Pewnie to jacyś bogaci ludzie, kupili sobie domek letniskowy przy plaży, nie stykają się zupełnie z miejscowymi i ich kulturą i nie mają pojęcia o bezpieczeństwie. Nie ma się czym martwić. Zaraz…Chwila..Diani? Polskie małżeństwo? Dopytaliśmy szczegółowo. Tak, trafiliśmy na siostrę kobiety, która w Kenii spędza połowę roku i do której chcieliśmy jechać – założycielkę miejscowej fundacji charytatywnej. Ostrzeżenia od tak obeznanej w realiach osoby raczej nie da się zbagatelizować. Rozejrzałam się wokół – godzina ok. 22.00, ciemno, pusto. Pierwsza kropla potu spłynęła mi po karku…

Image

Zła Wiadomość nr 2
Tym razem kurierem był bardzo sympatyczny Kenijczyk. Typowa, luźna rozmowa – skąd jesteście, co będziecie w Kenii zwiedzać, aha, aha, safari, to bardzo fajnie, a, ruszacie z Nairobi, super i tak dalej w tym stylu. Czysty luz i przyjemność. I nagle padło pytanie : a jak zamierzacie się do Nairobi dostać? Jak to jak? Pociągiem. Jutro. Rano chcemy jechać, dojedziemy na wieczór, bo pojutrze rano musimy być w Nairobi, zaczynamy safari. Nawet na dziś zarezerwowaliśmy sobie nocleg w Mombasie blisko dworca kolejowego. Pan podrapał się w głowę, odchrząknął i znacząco zapytał : A macie bilet na pociąg?.........
I skończyły się przyjemne rozmowy, zaczęły natomiast nerwowe poszukiwania rozwiązania sytuacji. Okazało się, że jest szczególny okres i chyba wszyscy mieszkańcy wybrzeża zmierzają do stolicy na święta, dlatego kupienie jakiegokolwiek biletu graniczy z cudem :/ O tej porze dworzec zamknięty, więc nie ma gdzie się dopytać. Pan próbował nam sprawdzić bilety w specjalnej aplikacji na telefon – nie było szans, ani na jutro, ani nawet na za tydzień. Są wprawdzie jutro jakieś autobusy, ale to też trochę loteria – duża szansa, że nie będzie biletów. Zresztą o to możemy się dopytać dopiero jutro, bo teraz nie ma gdzie. Tymczasem jutro jest ostatni dzień, w którym możemy przemierzyć 500 km dzielących nas od Nairobi, bo jeśli nie…Jeśli nie, to pan od safari odjedzie sobie na poszukiwanie afrykańskiej przygody z dwoma pustymi miejscami w aucie…
Sytuacja stała się, hmmm, nieco trudna. I gdy już oczyma duszy widziałam nas spędzających wakacje przy lotnisku w Mombasie, w wynajętym samochodzie, oczywiście z zamkniętymi oknami, dla bezpieczeństwa, zaparkowanym przy budce dla palaczy (bo w aucie z zamkniętymi oknami się przecież nie da) :/ :D , pan zadumał się chwilę i powiedział : Jest coś, czego możemy spróbować. Otóż Kenijczycy niezbyt chętnie jeżdżą do stolicy nocnymi autobusami. Pan jakoś szczególnie nie roztrząsał dlaczego – był miłym panem i pewnie nie chciał rozsiewać plotek. Ja tam jednak wiedziałam swoje (a miało to z pewnością związek z zamykaniem okien w pojazdach). Możemy spróbować podjechać na któryś z przystanków nocnych autobusów i spytać, czy nie ma dwóch wolnych miejsc. Na teraz. Podobno do Nairobi jeżdżą trzy różne firmy, więc mielibyśmy trzy szanse, dokładnie jak w bajce. Wprawdzie opłacony nocleg w Mombasie by przepadł, ale rano bylibyśmy w Nairobi. Nie było się nad czym zastanawiać.

Image

Pan, przez przypadek :D okazał się taksówkarzem – uwielbiam te „przypadki” :D jednak tym razem był to „przypadek” wyjątkowo korzystny. Gdyby nie pan…ech, nawet nie chcę myśleć, co byłoby „gdyby nie pan”….Zapakowaliśmy się do auta i rozpoczął się wyścig z czasem. Pierwszy autobus – porażka. Zatłoczony, biletów brak. Kolejny – na pierwszy rzut oka też wyglądał niezbyt dobrze, gdy razem z panem biegliśmy do budki z biletami, z każdego okienka autobusu przypatrywały się nam w milczeniu twarze. Pan jednak się jakby zdenerwował, coś tam pokrzyczał przy ladzie, pomachał rękami i odwrócił się do nas z uśmiechem. Bilet do Nairobi – 1300 KES, w autobusie coś poprzestawiali, kogoś przesadzili i już po chwili siedziałam koło (niestety) dosyć solidnie zbudowanego Kenijczyka, a dla Marcina znalazło się miejsce z tyłu. Autobus ruszył, uradowany pan pomachał nam na pożegnanie (możliwe, że na jego radość trochę wpłynęło 20 USD, na które wycenił swoją pomoc, ale naprawdę – zasłużył na tę zapłatę), a my odetchnęliśmy z ulgą na myśl, że nasze kłopoty się zakończyły. Jednak, jak to zazwyczaj bywa, standardowo się pomyliliśmy….

Image

Autobusy z Mombasy do Nairobi jadą około 9 godzin. Pewna część drogi prowadzi między dwoma parkami narodowymi. Nie jest to trasa zbyt bezpieczna – zwłaszcza nocą. Podobno – oprócz zagrożeń związanych ze zwierzętami – zdarzają się tam napady na pojazdy. Dlatego na trasie kierowcy niezbyt chętnie się zatrzymują. Nieważne, nie zależy mi, jakoś zasnę w tym ścisku i duchocie, byle do przodu, byle w kierunku Nairobi…I gdy już jakoś się wpasowałam w siedzenie, starając się jak najmniej przeszkadzać współpasażerowi, stało się coś strasznego. Poczułam, no dobrze, postaram się Wam to przedstawić jak najdelikatniej, poczułam, że jeśli za chwilę się nie wysikam, to umrę (ale wstyd :/ ) Przez te wszystkie zawirowania po lądowaniu, wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam skorzystać z toalety, a ciało, dopiero w momencie kiedy poczuło, że stres został zażegnany, dało znać :/ Sytuacja beznadziejna – jakieś pół godziny temu awanturowałam się, że muszę wejść do autobusu, a teraz mam się awanturować, że muszę z niego wyjść? Współpodróżni już i tak popatrywali na nas niechętnie, możliwe, że wpływ na to miał fakt, że (chyba) zabraliśmy komuś miejsce (albo, nie oszukujmy się, nasz wredny wygląd :/ :D Za oknami – idealna ciemność. A, nie – wydawało mi się, że rozróżniam małe krzaczki, charakterystyczne dla sawanny parku narodowego :/ Wpatrywałam się w okno, jak głupia, próbując siłą woli wywołać jakąś stację benzynową, bar, cokolwiek. Przecież oni muszą coś jeść! W Afryce zawsze były postoje na posiłki. Otóż nie – ci nie jedli. To znaczy jedli, tylko zabrali ze sobą wszystko na podróż. Szeleściły woreczki, chrupały chipsy, słychać było lanie wody…Lanie wody?? O nie!!! :/

Image

Po godzinie gehenny byłam gotowa się poddać. Popatrywałam spod oka na siedzącego obok pana i próbowałam oszacować, czy dużo moczu przesączy się na niego przez miękkie siedzenie (wiem, obrzydliwe, ale to naprawdę był już taki stan :/) I wtedy zaświtało światełko nadziei – siedząca dwa rzędy za mną pani również poruszała się nerwowo, w końcu nie wytrzymała i podeszła do kierowcy. Kierowca się zdenerwował i okrzyczał ją na cały autobus (przypuszczalnie wołał : to ty nie wiesz, że w naszym kraju nawet okna trzeba w nocy mieć zamknięte, a co dopiero zatrzymać się w tym niebezpiecznym miejscu? Albo jakoś tak :) Pani się jednak nie zraziła i uparcie stała mu za plecami. Jakieś pół godziny później – ja w tym czasie cały czas wbijałam oczy w plecy pani, próbując dodać jej sił : nie odpuszczaj! Nie odpuszczaj! – autobus zaczął się zatrzymywać. Pani wyskoczyła w ciemność, a ja rzuciłam się w kierunku drzwi. Niestety, współpasażerowie zasłonili wrota do raju własnymi ciałami, nie pozwalając mi wysiąść :/ W końcu jednak, po małej awanturze, zakończonej spojrzeniem kierowcy, mówiącym : OK, ale jak cokolwiek będzie nie tak, to ja odjeżdżam, a ty radź sobie sama, wyskoczyłam z autobusu i ja. Faktycznie, było ciemno. Faktycznie, był to park narodowy. I faktycznie – było to straszne doświadczenie. Pani, która zatrzymała autobus, stała koło mnie cały czas i czekała, aż skończę – tak, żeby żadna z nas nie była sama w tym miejscu. Kierowca trąbił klaksonem, gdzieś za plecami nagle zapaliły się światła stojącego do tej pory w ciemności auta, coś jak sen, koszmar…Pani złapała mnie za rękę i prawie w biegu wskoczyłyśmy do autobusu. Kenio, twarz, którą wtedy mi pokazałaś, nie należy do moich ulubionych…

Image

W Nairobi byliśmy ok. 7.00, a po drodze okazało się, że jednak rzeczywiście każdy autobus ma postój na jedzenie. W nocy zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu i był to chyba umówiony postój dla wszystkich autobusów naraz – z i do Mombasy – o umówionej godzinie. Dla bezpieczeństwa.

Image

Tak wyglądają dumni podróżnicy po przybyciu na miejsce :D A właściwie po zadaniu sobie pytania : czy my na pewno wiemy, co zrobiliśmy, kupując bilet do tego kraju? :/ :D A po powrocie otrzymałam od Marcina piękny prezent – składany jednorazowy nocnik podróżny. Bardzo poręczny, mieści się w każdej torebce, polecam :) Jeszcze nie używałam, ale świadomość, że mam go przy sobie, bardzo podnosi moją pewność siebie :D

Image

Wcześniej, na booking.com, upatrzyliśmy sobie hotel, który, jak się okazało, miał znakomitą lokalizację – znajdował się blisko przystanku autobusowego i (bonus :D) blisko budki dla palaczy. Budki wyglądały nieco gorzej, niż na lotnisku, raczej jak śmietnikowe wiaty, ale grunt, że były. Natomiast sam hotel był dosyć trudny do znalezienia. Weszliśmy do pierwszego przybytku, który choć trochę przypominał nam hotel i, okazało się, że tym razem Kenia pokazała nam swoją bardziej przyjacielską twarz :)

Image

Pierwsza próba i od razu trafienie :) Wejście do naszego hotelu - Inks Motel - przyozdobione przed świętami.

Image

Chociaż schody przypominały raczej inny przybytek (nie to, żebym bywała :D widziałam na filmach :D
Dwuosobowy pokój - 18 USD. A na piętrze był bar, w którym otrzymaliśmy przyspieszony kurs zachowywania się w Kenii. Otóż palenie na ulicy jest zabronione. Natomiast w barach, restauracjach, wszelakich wnętrzach - jak najbardziej mile widziane :D Do tego stopnia, że pan prowadzący nas do pokoju oznajmił, że możemy sobie palić w łóżku, ile chcemy :)

Image

To akurat nie był najlepszy pomysł :D Mogłabym zaczadzić Marcina :D Ale generalnie byliśmy bardzo zadowoleni - wszystkie formalności załatwiliśmy przed 9.00, mamy cały dzień, żeby pozwiedzać Nairobi. Za dnia, właśnie - bo postanowiliśmy, że od tej pory będziemy podejmować tylko bezpieczne aktywności. Tych niebezpiecznych mamy na razie przesyt. Doskonały plan - pomyślałam. Padliśmy na łóżko i zasnęliśmy :/ :D

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
33 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 15 Sie 2019 19:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Trochę rozminęliśmy się z planami zwiedzania Nairobi „za dnia”, bo obudziliśmy się o 14.00. Zostało nam jakieś 5 godzin dziennego światła, postanowiliśmy więc skupić się na drugiej części założenia – bezpieczne aktywności. Z tyłu głowy cały czas kołatała nam Zła Wiadomość nr 1, jeszcze nie do końca „czuliśmy” Kenię, poza tym, prawidłową ocenę sytuacji trochę utrudniał nam strażnik hotelu. Pan ów siedział z bronią na krzesełku w hallu hotelowym i za każdym razem gdy wracaliśmy ze sklepu, po prostu wciągał nas do środka, rozglądając się podejrzliwie po ulicy i prężąc strzelbę. Inna sprawa, że w drzwiach sklepów również stali uzbrojeni strażnicy, przeszukujący każdego klienta. Zdecydowanie nie był to klimat pozwalający na budowanie zaufania do miasta. Wybraliśmy więc aktywność najbezpieczniejszą z bezpiecznych. Żadne szwendanie się po targach, łażenie bez ładu i składu, co to, to nie! Postanowiliśmy zachowywać się rozsądnie i zwiedzić Muzeum Narodowe.

I początkowo szło nam bardzo dobrze :D Muzeum znajdowało się jakieś pół godziny drogi od naszego hotelu, korzystaliśmy z mapy i staraliśmy się nie zwracać na siebie uwagi miejscowych - nie rozglądaliśmy się ciekawsko po okolicy, nie uśmiechaliśmy się do nikogo zachęcająco, nie zawieraliśmy podejrzanych znajomości, Marcin starał się powstrzymywać od robienia zdjęć, a ja nawet nie próbowałam palić na ulicy. Po prostu – byliśmy wzorem odpowiedzialności :D Był tylko jeden problem, taka uparta myśl : O, kurczę, jak będziemy się musieli tak zachowywać przez cały wyjazd, to padniemy. Strasznie to nudne :/ :D

Image

Trochę poprawił mi się humor, gdy przeszliśmy przez bramę muzeum. Cały kompleks był otoczony murem, a za murem – zupełnie inny świat. Dużo zieleni, jakieś altanki, bar, sklepiki, rodziny spędzające czas z dziećmi, bardzo miło. Przy kasie okazało się, że można kupić bilet do samego muzeum, albo bilet łączony : muzeum + park węży (1500 KES). Wprawdzie niezbyt wiedzieliśmy, czym ten park węży jest, ale wyszło mi z analizy cen, że taki bilet się najbardziej opłaca :D

Image

W muzeum bardzo mi się podobało – znajdują się tam eksponaty związane z historią kraju, wystawa archeologiczna oraz wypchane zwierzęta i ptaki (chyba wszystkie, występujące w Kenii gatunki). Jak dla mnie – niesamowicie ciekawe.

Image

Niestety, przyszliśmy na miejsce dosyć późno (zbliżała się pora zamknięcia), zwiedzaliśmy więc bardzo szybko. Poza tym, chcieliśmy jeszcze zdążyć do parku węży. Byliśmy ciekawi, co to jest, poza tym przecież bilety nie mogły się zmarnować :D

Image

Park węży okazał się czymś w rodzaju minizoo z różnymi gatunkami węży i gadów. Było tam nawet specjalne, zaciemniane pomieszczenie z rybami. Zdecydowanie miejsce, w którym można miło i bezpiecznie spędzić czas – niestety, tak było do czasu. Do czasu, w którym poznaliśmy pewnego pana. Poznaliśmy go w dodatku bardzo szybko, bo zaraz przy wejściu do parku :/ :D Pan poruszał się po obiekcie dosyć pewnie i był ubrany w uniform. To nas trochę zmyliło. Uznaliśmy, że jest pracownikiem muzeum, więc spokojnie możemy się z nim zapoznać, bo przecież pracownicy muzeów na pewno nie mają żadnych nierozsądnych pomysłów, prawda? :D

Image

Pan towarzyszył nam podczas zwiedzania i przy trzech pierwszych terrariach zachowywał się bez zarzutu - bardzo ciekawie opowiadał o zwierzętach, o ich zachowaniu. Niestety, przy czwartym dostał jakiegoś amoku, bo naprawdę nie mogę tego inaczej nazwać :D Nim zdążyliśmy się zorientować co wyczynia, zaczął wyciągać węże po kolei i wkładać je nam w ramiona :/ :D

Image

W dodatku nagle nie mogliśmy się porozumieć - nasze szczere odmowy brał za kurtuazyjne droczenie się :/ :D

Image

Wszystko działo się szybko i chaotycznie, im bardziej odmawialiśmy, tym bardziej ochoczo pan wyciągał kolejne węże i praktycznie nimi w nas rzucał - nie było wyjścia, musieliśmy je łapać :/ :D

Image

W dodatku pan zabrał Marcinowi aparat fotograficzny - naprawdę, to był wyjątkowo zdecydowany pan :D - i cały czas krzyczał : "O, to jeszcze raz! Ale będzie miła pamiątka!" :D Nam pozostało koncentrować się na łapaniu (żeby te biedne zwierzęta nie zrobiły sobie krzywdy) i na powstrzymywaniu się od myślenia o tablicy, którą widzieliśmy przy wejściu (a która była naprawdę ogromna i zawierała spis najbardziej jadowitych węży Afryki :/ :D

Image

Gdy po raz setny powtórzyliśmy panu - Nie. Nie chcemy trzymać tego węża, w końcu dotarło. Aaaa, wy nie lubicie węży - westchnął pan ze zrozumieniem. I przerzuciliśmy się na łapanie gadów :/ :D Pan się tak rozkręcił, że rzucił we mnie żółwiem :/ :D Złapałam, ale gdy tylko odstawiłam biedne zwierzątko na wybieg, zbuntowałam się z największą stanowczością, na jaką było mnie stać. Pan jakby zrozumiał, trochę się uspokoił i dlatego zupełnie nie mogę zrozumieć, jak mogło się stać to, co stało się później :/
Przysięgam, pamiętam, że mówiliśmy : Nie. Nie jesteśmy zainteresowani. Zupełnie nie. Wcale. A potem nagle stało się to :

Image

Aligator :/ Właściwie, to powinnam być panu wdzięczna, że nim we mnie nie rzucił :/ :D To było tak głupie...tak głupie, że aż nie wiem co :/ :D W dodatku na koniec obraziliśmy pana. Sytuacja była już tak abstrakcyjna, że zażartowaliśmy : OK, teraz już się nam to trzymanie podoba. To teraz chcemy wejść do krokodyla nilowego. Pan się zasmucił i odparł : A, nie. Krokodyl nilowy, to nie. I już do końca był markotny :/ :D
A potem się okazało, że pan wcale nie jest pracownikiem muzeum, tylko samozwańczym przewodnikiem, a w kasie ma po prostu przyjaciół (i mam szczerą nadzieję, że jednak się na tych wężach trochę znał. I że nie postawi sobie teraz za życiowy cel wprowadzanie turystów do krokodyla nilowego, bo tego oczekują :/ :D Napiwek - 700 KES. I niech mi ktoś nie mówi, że ta Kenia nie jest niebezpieczna.

Image

A jak się pożegnaliśmy, to się okazało, że zrobiło się trochę ciemno. Ale właściwie to, że wracaliśmy do hotelu podejrzanymi uliczkami, że się zgubiliśmy i jedliśmy w barze dla miejscowych (dwa ogromne kurczaki z frytkami i napoje - 760 KES), nie miało żadnego znaczenia. Nie byliśmy w stanie zrobić nic głupszego, niż trzymanie aligatora za ogon :/ :D

Image

A jak w nocy wróciliśmy do hotelu, to się okazało, że nie ma pana ochroniarza, bo on pracuje tylko na dzienną zmianę :/ :D Dodatkowo nie było prądu, więc spędziliśmy trochę czasu w hotelowym barze przy świeczce (i przy piwach - 200 KES butelka). Tak, to był naprawdę dobry dzień :D

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
32 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 15 Sie 2019 20:20 

Rejestracja: 13 Lis 2018
Posty: 1071
złoty
W Kenii widziałem jedne z najpiękniejszych krajobrazów w swoim życiu, ale pomimo poruszania się z autochtonami, też pamiętam, że zawsze musieliśmy gdzieś dotrzeć przed zachodem słońca i noc była jakoś nie do końca zdefiniowanym zagrożeniem.
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 15 Sie 2019 20:45 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 2328
platynowy
Ja chyba taki film widziałem? Z Will Smith ?

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
Chupacabra lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 15 Sie 2019 20:56 

Rejestracja: 13 Lis 2018
Posty: 1071
złoty
Był taki film, ale to remake Omega Man z 1971 https://www.imdb.com/title/tt0067525/?ref_=nm_knf_i1
Góra
 Relacje PM off
brzemia lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 16 Sie 2019 13:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@brzemia, faktycznie, chyba coś w tym jest. Skojarzyło mi się dopiero, jak napisałeś :)
@Chupacabra, dziwne wrażenie, prawda? Zastanawiałam się, na ile sami sobie stworzyliśmy taki klimat - po nocnej drodze autobusem, rozmowie w palarni i czytanych w przewodnikach ostrzeżeniach "nie poruszać się po zmroku, zwłaszcza w Nairobi" - ale skoro nawet miejscowi podróżujący z Tobą tego przestrzegali, to znaczy, że nie było to "własne wkręcenie". Inna sprawa, że dwa tygodnie po naszym pobycie w Nairobi ponownie doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło 15 osób...
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 19 Sie 2019 17:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
Jednym z pierwszych skojarzeń, które nasuwają się większości osób, gdy słyszą słowo „Kenia”, to safari. Bardzo słusznie zresztą, gdyż kraj posiada kilkanaście, o ile nie więcej, parków narodowych. Można wybierać i przebierać, w zależności od oczekiwań i, niestety, zasobności portfela. Sama cena za dzienny pobyt (bez auta, bez przewodnika itp. – czyli nie do zrealizowania) w którymś z rezerwatów, to koszt 80-100 USD, wpływ na ostateczną cenę safari organizowanego przez którąś z agencji mają różne czynniki – ilość osób w aucie, odległość od punktu wyjazdowego do parku, standard noclegu, jakość posiłków, ilość odwiedzonych parków…

Image

Początkowo ta ilość kombinacji i możliwości, spowodowała u mnie ból głowy :/ :D Zwłaszcza, że czasu na podjęcie decyzji mieliśmy naprawdę niewiele. Te parę dni, które zostały nam do wylotu z Polski, poświęciliśmy więc na nerwową korespondencję z różnymi biurami turystycznymi. I była to naprawdę nerwowa wymiana informacji („O nie! O nie! Minęło JUŻ 5 minut, a oni jeszcze nie odpisali?” :D W końcu udało się nam zarezerwować wycieczkę, która spełniała nasze oczekiwania – wprawdzie marzył się nam jeszcze hotel na palach w Tsavo i widok Kilimandżaro w Amboseli, ale te parki znajdowały się w zdecydowanie za dużej odległości od naszego głównego celu. Masai Mara, według przewodnika : klejnot Kenii. Co tam przewodnik! Według mnie mój własny klejnot i obiekt fanatycznej fascynacji! Ogromna przestrzeń (ponad 1500 km²), która dochodzi do naturalnej granicy z Tanzanią – rzeki Mara. A za rzeką, już po stronie Tanzanii, przechodzi w Serengeti. To obszar, który każdy widział przynajmniej raz, w którymś z programów przyrodniczych o wielkiej migracji zwierząt (nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze krzyczałam wtedy do telewizora : dasz radę, biedne gnu! Dasz radę!) (a tak przy okazji – ciekawe, dlaczego wszyscy zawsze identyfikują się z antylopami. Wydaje mi się, że nie znam nikogo, kto by wołał : jeszcze chwilę, krokodylu! Zaraz coś zjesz :/ )

Image

Z Masai Mara jest tylko jeden problem – nie można w nim zobaczyć nosorożca. Do wycieczki dodaliśmy więc jeszcze jedno miejsce, Park Narodowy Jeziora Nakuru, w którym jest duża szansa zobaczenia tych pięknych ssaków. Całe safari zamówiliśmy w agencji BuyMore Adventures (odpisywali najszybciej :) poza tym, cenowo też byli najlepsi). Szczegóły przedstawiały się następująco :
- wyjazd z Nairobi, spod wskazanego hotelu. Powrót tak samo;
- trzy noce (jedna w Nakuru, dwie przy Masai Mara – mieliśmy świadomość, że nie będą to hotele z najwyższej półki, ale zbytnio nie dopytywaliśmy – bardziej zależało nam na ilości przejażdżek po parkach;
- wiedzieliśmy, że sami w samochodzie nie będziemy – to też element zbijania ceny. Natomiast ilość naszych współpasażerów była jeszcze nieznana. Wszystko zależało od tego, czy ktoś się jeszcze taką wycieczką zainteresuje;
- wszystkie posiłki w cenie (z wyjątkiem napojów – za nie trzeba było osobno płacić. Za to w aucie przysługiwała nam woda);
- wejścia do wszystkich parków w cenie – na to trzeba zwrócić szczególną uwagę. Szukając agencji przez Internet, natknęliśmy się na parę tańszych ofert. Jednak po wczytaniu się w „drobnodrukowe” warunki, okazywało się, że do całkowitego kosztu wycieczki, trzeba jeszcze doliczyć bilety wstępu do zwiedzanych parków i wtedy oferta już taka konkurencyjna nie była.
Cena za całość : 385 USD od osoby.

Image

Na samochód mieliśmy czekać w hallu hotelowym o godz. 8.00. Byliśmy tak podekscytowani, że zeszliśmy na dół już po 7.00 (też z tego powodu, że dzień wcześniej, przez te wszystkie nerwy z gadami, zupełnie zapomnieliśmy wymienić pieniądze. Marcin więc latał od rana po ulicy i szukał kantoru/banku/w końcu czegokolwiek. Nie znalazł :/ Nie mieliśmy wyjścia, postanowiliśmy się więc tym nie przejmować (tym, że nasz hotel hallu nie posiada, w dodatku wygląda jak agencja towarzyska, również :D

Image

W końcu przyjechał nasz kierowca, Lorenzo. Już po pierwszym uściśnięciu dłoni stwierdziliśmy, że trafiliśmy w ręce prawdziwego profesjonalisty - rzeczowy, konkretny, a zarazem bardzo sympatyczny człowiek. Najpierw podjechaliśmy pod agencję, żeby dopełnić formalności. Tam też ustalił się ostateczny skład naszego auta - jadącą z nami parę Kenijczyków wymieniono na stanowiącego całkowite przeciwieństwo typowych Chińskich Turystów Chińczyka, dorzucono trzech wracających z Kilimandżaro Australijczyków i już. Tam też dowiedziałam się od Lorenzo, że w Nairobi można palić na ulicy (ale lepiej trochę przykucnąć i schować się za autem :D, a pani z agencji wymieniła nam 150 USD na 14 000 KES i wreszcie mogliśmy wyruszyć.

Image

Pierwszy przejazd przez Kenię w dzień, w dodatku pod opiekuńczymi skrzydłami Lorenzo. Jechaliśmy więc z nosami przy szybach i przyglądaliśmy się otoczeniu.

Image

Pierwszy przystanek przy Wielkim Rowie Afrykańskim. Widoki przepiękne, niestety, powietrze było na tyle zamglone, że właściwie żadne zdjęcie dokumentujące owe widoki nam nie wyszło. Ale jako dowód, że tam byliśmy, mam to :

Image

Właściwie, to bardzo miło ze strony coca-coli :D
Okolice punktu widokowego upodobały sobie góralki, ssaki blisko spokrewnione ze...słoniami, co do tej pory mnie zadziwia :)

Image

Image

Około 14.30 byliśmy w Nakuru. Lorenzo zostawił nam pół godziny na rozgoszczenie się w hotelu (bardzo ładne, duże pokoje. Natomiast ponownie zaskoczył mnie fakt, że hotel otoczony był wysokim murem, a po podwórku przechadzali się strażnicy z bronią. Nie wiem, w takim otoczeniu, a właściwie przez to otoczenie, jakoś nadal nie potrafiłam wzbudzić w sobie poczucia bezpieczeństwa), szybki obiad i wyjazd do Parku Jeziora Nakuru.
I wtedy się zaczęło...

Image

O, jezioro Nakuru, wybacz mi proszę, że wcześniej myślałam o tobie, wyłącznie jako o "zapychaczu" wycieczki i szansie na nosorożce. To ogromne nieporozumienie i niesprawiedliwość...Tam jest tak pięknie, że człowiekowi zapiera dech w piersiach...

Image

Do wejścia jedzie się zapylonymi drogami, a mówiąc to, mam na myśli prawdziwe zapylenie, nie jakieś tam okruszki piachu w powietrzu :)

Image

Tego dnia nie zrobiliśmy nic głupiego, nigdzie się nie pomyliliśmy ani nie zgubiliśmy (chociaż to akurat byłoby bardzo trudne, bo Lorenzo zamknął nas przecież w aucie :D Tego dnia wyłącznie chłonęliśmy piękno i zachwycaliśmy się.

Image

Najpierw podjechaliśmy do czegoś w rodzaju zalanego lasu. Drzewa odbijały się w wodzie, pogłębiając niesamowity klimat. Nikomu nawet nie chciało się rozmawiać. Tu można było tylko chłonąć...

Image

Image

Image

A jeśli chodzi o zwierzęta...No cóż, w tym parku nie ma poszukiwań, nerwowej jazdy po wertepach z szaleństwem w oczach i okrzykami : teraz się uda! Na pewno coś zobaczymy! Tu zwierzęta po prostu są. I są wszędzie...

Image

Image

Image

Na dodatek w ogromnej ilości.

Image

Image

Lorenzo był zarówno kierowcą, jak i przewodnikiem. O zwierzętach potrafił opowiadać z ogromnym entuzjazmem i przejęciem, przekazując mnóstwo informacji.

Image

To np. jest bawół-samiec. Ich rogi są znacznie bardziej rozbudowane w części czaszkowej, tworząc coś w rodzaju hełmu. Niezwykle przydatne podczas walk o samice.

Image

A to nasz pierwszy lew :) Lorenzo wypatrzył go w krzakach i z radością wsłuchiwał się w nasze jęki zachwytu :)

Image

Po prostu - magiczne, magiczne miejsce! Gdybym wiedziała, że tam tak wygląda, nie wahałabym się aż tak podczas zamawiania wycieczki.

Image

Image

Image

Przepraszam, bardzo dużo zdjęć, ale nic tak nie przemówi, jak obraz.

Image

Zwłaszcza, że gdy chcę napisać jakikolwiek komentarz, w głowie kołacze się jedynie : cudowne, wspaniałe, zachwycające :/ :D

Image

Lorenzo doskonale opowiadał o zwierzętach, jednak nauczycielem był chyba marnym, bo, choć dowiedziałam się, że w tym parku występują dwa gatunki żyraf (nie miałam o tym pojęcia, poważnie. Do tej pory żyrafa, to była dla mnie po prostu żyrafa i tyle. Otóż nie :), to niestety nie pamiętam, jak się je rozróżnia.

Image

Image

A jak jeszcze, na sam koniec, zobaczyłam to, to już zupełnie oszalałam.

Image

Główny powód, dla którego wybraliśmy jezioro Nakuru, choć nie do końca wierzyliśmy, że je zobaczymy. Na szczęście nosorożce są doskonałym są wabikiem, żeby przyjechać do tego miejsca i dzięki temu później człowiek może się napawać całą urodą parku.

Image

Naprawdę, czułam się jak na planie Króla Lwa - taka symbioza różnych gatunków.

Image

Na samym końcu podjechaliśmy jeszcze bezpośrednio pod jezioro, które jest znane z różowych flamingów. Ich kolor to efekt odżywiania się pewnym gatunkiem glonów, które doskonale rozmnażają się w słonych wodach jeziora Nakuru. Niestety, ostatnimi czasy, z powodu niestabilnego poziomu wód, alg jest coraz mniej. To sprawia, że flamingów nie jest tak dużo i nie są tak bardzo różowe.

Image

Okolice jeziora, to jedyne miejsce, w którym Lorenzo pozwolił nam opuścić auto. Do samego jeziora można podejść bliżej na piechotę, ale ponieważ w okolicy pasą się ogromne stada bawołów, trzeba iść z uzbrojonym strażnikiem.

Image

Sama procedura wygląda tak, że strażnik bierze grupkę turystów, prowadzi ich do jeziora, a pozostali czekają na swoją kolej. A ponieważ kolejka wcale nie była mała, a my chcieliśmy iść do jeziora teraz, już, unoszeni na fali podekscytowania, obejrzeliśmy się w lewo...obejrzeliśmy się w prawo...i pomalutku, dyskretnie zaczęliśmy zmierzać w stronę jeziora BEZ strażnika.

Image

Ale zaraz spotkała nas za to okrutna kara, bo niestety, zdecydowanym krokiem zaczął do nas podchodzić pan w uniformie. I gdy już nastawiliśmy się na, no nie wiem, na jakąś straszną karę? Batożenie np? Pan powiedział grzecznie, że ma do nas ogromną prośbę. Przyjechał tu ze swoimi turystami i oni bardzo chcieliby zrobić sobie z nami zdjęcie. I on tak bardzo prosi...Zgodziliśmy się z ulga.

Image

Szkoda tylko, że nie zauważyliśmy, że pan swoich turystów przywiózł OGROMNYM autokarem turystycznym. I, niestety, ustawiła się kolejka :/ :D Więc kolejne pół godziny, zamiast spędzić tak :

Image

Spędziliśmy tak : to jeszcze z córeczką. A teraz z mężem. A teraz cała rodzina razem...:/ :D A jak zadowoliliśmy już nawet wszystkie ciocie i babcie, to Lorenzo nas zawołał do samochodu :/ :D
A ponieważ zrobiło się ciemno, pojechaliśmy szybko do hotelu na kolację.
Wieczór spędziliśmy w naszym królewskim pokoju :

Image

zastanawiając się : Rany boskie, co my w tej Kenii zrobimy, jak już Lorenzo przestanie się nami opiekować?

CDN.

P.S. Ostrzegam. Jeśli ktoś czyta, to w kolejnej części będą wyłącznie ochy i achy i milion zdjęć. Inaczej nie potrafię :) Można sobie spokojnie odpuścić :)
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
32 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 20 Sie 2019 07:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 971
złoty
Ja byłem w Nakuru po Masai Mara i to może był błąd. Z perspektywy czasu, park jest świetny i też widzieliśmy kilka nosorożców :)
Widzę, że ceny aż tak mocno nie skoczyły. 380$ za 4 dniową opcję to naprawdę tanio.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 23 Sie 2019 11:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@cart, też mieliśmy jechać do Nakuru po Masai Mara, ale okazało się, że ze względu na dodatkowych turystów, agencja odwróciła kolejność. Wydaje mi się, że takie odwrócenie jest dużo korzystniejsze - można bardziej docenić Nakuru :) A ile płaciłeś za safari? Tylko Ty chyba byłeś jeszcze w Amboseli i Tsavo, prawda?

Image

Ponieważ z Nakuru do Masai Mara jest prawie 300 km, a w planach mieliśmy jeszcze wieczorną przejażdżkę po parku, z hotelu musieliśmy wyjechać dosyć wcześnie. Punktualnie o 8.00 ruszyliśmy w dalszą drogę.

Image

Jednak dosyć szybko mieliśmy pierwszy przystanek. Zatrzymaliśmy się przy dosyć eleganckim hotelu, a Lorenzo zaproponował, żebyśmy poszli na kawę (?) Wprawdzie jakoś szczególnie nie mieliśmy na nią ochoty (ochotę mieliśmy przede wszystkim na zobaczenie lwów, słoni i innych. I to teraz, zaraz! :), ale na wycieczkach najlepiej idzie nam wykonywanie poleceń, więc momentalnie zmieniliśmy priorytety :D Kawa w hotelowej restauracji - 150 KES. Po kilkudziesięciu minutach kolejna kawa, ale i tak się nam podobało, bo pan kelner przyniósł popielniczkę do stolika. Zupełnie oficjalnie i bez gadania o zakazie palenia :)

Image

Okazało się, że hotel jest miejscem spotkań różnych wycieczek, a zarazem punktem przesiadkowym. Naprawdę, logistycznie mają to świetnie opracowane. Wiadomo, różni turyści mają różny program safari - różne parki, różna długość. Żeby nie jeździć bez ładu i składu, auta spotykają się przy hotelu i, w miarę potrzeb, następuje wymiana turystów. Okazało się, że czekaliśmy na małżeństwo, które zarezerwowało wycieczkę do Masai Mara akurat na ten termin. Przy okazji wyjaśnił się też powód, dla którego odwrócono nam kolejność zwiedzania - gdybyśmy, zgodnie z pierwotnym planem zaczęli od Masai Mara, to pojechalibyśmy tam z niewykorzystanymi wszystkimi miejscami w aucie. W sumie - bardzo rozsądnie.

Image

Dołączono więc do nas bardzo sympatyczne małżeństwo - mieszkających na stałe w Wielkiej Brytanii Kenijczyka i Irlandkę - i mogliśmy ruszać dalej. Na szczęście znam dwa zdania po irlandzku (a jednym z nich jest "Na zdrowie" :D - więc bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy :D (być może powód był tez inny - po prostu zataiłam przed nimi drugie zdanie, które znam :D

Image

Początkowa, nawet niezła droga, zaczęła się zmieniać. Wjechaliśmy na tereny Masajów - to jedyny sposób, żeby się dostać do Masai Mara. Przejeżdżając przez ich ziemię, trzeba zapłacić. Lorenzo co jakiś czas zatrzymywał auto przy grupach miejscowych i przekazywał im pieniądze. Ile i dlaczego akurat tym osobom - nie mam pojęcia. Ale wydaje mi się, że bardzo trudno byłoby samemu zorganizować sobie to safari, wynajmując auto np. Za mało wiemy o zwyczajach i "ustnych umowach", a nie sądzę, żeby ktoś miejscowy chętnie się podzielił akurat tą wiedzą. Choć mogę się mylić.

Image

Dodatkowo trzeba byłoby być naprawdę wyśmienitym kierowcą.

Image

Mijaliśmy masajskie wioski, przez drogę przebiegały dzieci, kobiety, z tradycyjnie ogolonymi głowami, wychodziły popatrzeć. Sam przejazd przez te tereny był wyjątkowo ciekawy.

Image

Natknęliśmy się też na naturalną przeszkodę. Po udzieleniu pomocy zagrzebanemu w tym miejscu aucie, Lorenzo długo chodził, sprawdzał, mierzył głębokość i oceniał szanse.

Image

Udało się :) My przeszliśmy błoto na piechotę. Tu można liczyć tylko na siebie. Pomocy raczej nikt ci nie udzieli, bo, po prostu, nikogo tu nie ma. Możesz mieć szczęście, jeśli akurat będzie przejeżdżał inny samochód z turystami, ale czasami na taką pomoc trzeba czekać godzinami.

Image

W końcu dojechaliśmy do naszego obozu. W pobliżu wejścia do parku znajduje się parę miejsc noclegowych - o różnym standardzie. Są tam i piękne hotele, wyglądające jak z katalogu, są i zwykłe obozowiska z namiotami. W zależności od twojej decyzji, ostateczna cena safari może znacznie się różnić, a przynależność do jednego samochodu nie zobowiązuje do wyboru tego samego miejsca noclegowego. Najpierw odwieźliśmy małżeństwo (hotel z eleganckimi domkami, do których prowadziły dróżki ozdobione romantycznymi lampkami), cała reszta spała w dużo tańszym obozowisku.

Image

Namioty zbudowane na betonowej podbudówce i przykryte dodatkowo dachem. W środku bardzo wygodnie - są łóżka, moskitiery, zmieściła się też nawet mała łazienka. Naprawdę - nic więcej do szczęścia nie potrzeba :) Dodatkowo na terenie znajdował się duży namiot - świetlica, w którym podawano posiłki. Można tam też było spędzić miłe, wieczorne godziny (piwo - 300 KES).

Image

I wreszcie...Ręce mi się trzęsły z podekscytowania :) Momentalnie przypomniałam sobie wszystkie chwile, które spędziłam jako dziecko, przewracając podniszczone kartki albumu "Serengeti nie może umrzeć" i marząc...

Image

Image

Nie zawiodłam się...Przepraszam, po prostu popatrzcie...

Image

Ogromny teren, przepiękna przestrzeń i obfitość zwierząt.

Image

Niektórzy mówią, że dwa dni w Masai Mara, to wystarczający czas. Że potem zaczyna się nudzić i że nie cieszy już tak bardzo. Że nawet człowiekowi nie chce się wstawać na widok kolejnego słonia. O, przepraszam bardzo! Dla mnie - tydzień, to byłoby za mało. Wszystko cieszyło cały czas tak samo...A wstawałam tak często, że pod koniec zaczęły mnie boleć mięśnie ud :D

Image

Niestety, pierwsza przejażdżka po parku nie była zbyt długa. Nadchodził wieczór i trzeba było wracać. Na szczęście czekał nas jeszcze cały kolejny dzień w Masai Mara, więc wieczorem można było się zrelaksować przed kolejnymi doznaniami :)

Image

Główne miejsce spotkań i integracji w naszym obozie :) Na zewnątrz paliło się ognisko, przy którym ogrzewali się strażnicy obozowiska - Masajowie. Każdy obóz zatrudnia do ochrony członków tego plemienia. Podobno lwy instynktownie boją się Masajów, teraz mają już ten strach wrodzony. Nic dziwnego - to właśnie Masajowie przyczynili się do ogromnego spadku lwiej populacji.
Nocleg w obozowisku przy Masai Mara, to wyjątkowe doznanie. Jedynym źródłem światła było ognisko Masajów, jedynymi dźwiękami - odgłosy zwierząt...
Kolejnego dnia wyruszyliśmy do parku o 6.00 rano. Wprawdzie przejażdżka o wschodzie słońca miała się odbyć trzeciego dnia, ale Lorenzo zaproponował inne rozwiązanie. Mieliśmy demokratycznie wybrać jedną z dwóch opcji : albo dziś spędzamy CAŁY dzień w parku, żadnych tam przejażdżek porannych, wieczornych itp z powrotami do obozowiska (na dźwięk słowa : "cały" wszyscy aż podskoczyli z podekscytowania :) , a trzeciego dnia rano, zamiast na przejażdżkę o wschodzie, kto będzie chciał, pójdzie sobie z Masajami na przechadzkę po buszu (tu też wszyscy podskoczyli :), albo zostajemy przy pierwotnym planie - czyli wszystkie te głupoty z powrotami do obozu (strata czasu przecież!), za to zgodnie z ustalonym programem. Demokratycznie i zgodnie byliśmy tą propozycją zachwyceni :)

Image

Gnu, podobno najbrzydsza antylopa świata.

Image

Image

Rankiem w Masai Mara opadały mgły, nadając parkowi jeszcze bardziej majestatyczny wygląd...

Image

I coś, co zauważyłam dopiero na zdjęciach. Nie wiem, dlaczego ta lwica ma cętki. Jakaś krzyżówka?

Image

Image

Sekretarz wężojad. Bardzo dziwny ptak. Większość czasu spędza na ziemi, kroczy majestatycznie szukając pożywienia. Czym się żywi - wiadomo :) Natomiast nazwa podobno pochodzi od sterczących na głowie piór, które przypominają gęsie pióra, noszone za uszami przez urzędników.

Image

I lwy. Lwich rodzin widzieliśmy całe mnóstwo. Ta lwica akurat skrywa w sobie dosyć smutną historię. Przemierzała sawannę dosyć powoli, co chwilę zatrzymując się i oglądając na dzieci. Dwójka z nich dotrzymywała jej kroku. Niestety, trzeci synek miał uszkodzoną przednią łapkę. Przykro było patrzeć, gdy próbował nadążyć, kuśtykając i często odpoczywając. Gdy odległość między nimi zbytnio wzrosła, lwica kładła się na trawie i czekała, aż synek do niej dotrze. Jeśli łapka się samoistnie nie wyleczy, czeka go smutna przyszłość. Teraz, póki jest młody, lwica dzieli się z nim pożywieniem. Gdy dorośnie, będzie musiał polować sam, a to nie będzie możliwe.

Image

Kulawy synek. Środowisko Masai Mara nie jest wspierane przez weterynarzy. Tu przyroda rządzi się sama swoimi prawami. Wiem, to naturalny i dobry wybór. Ale, mimo wszystko, smutno...

Image

To natomiast rodzina składająca się z dwóch samców i czterech samic. Takie rodziny zakładają bracia - wtedy nie muszą walczyć o samice, tylko się nimi dzielą. Panowie pilnowali terenu, a panie relaksowały się na skałach :)

Image

Image

To miejsce to raj...Mogłabym tam spędzić dowolną ilość czasu, obserwując zwierzęta i wsłuchując się w opowieści Lorenzo...

Image

Image

Image

A w ramach odpoczynku od kotów, zagadka (ale łatwa :D

Image

Widzicie sępy? :)

W trakcie safari nie można było wysiadać z samochodu i tu, po raz kolejny, można było zauważyć powód, dla którego trudno mi wyobrazić sobie samodzielne zorganizowanie takiej przejażdżki. Otóż człowiek, niestety, podlega pewnym potrzebom fizjologicznym (a nie miałam jeszcze nocnika od Marcina :D I gdy sytuacja stała się już dosyć, hmm..nagląca :D Lorenzo skontaktował się z pozostałymi kierowcami ze swojej agencji, samochody zjechały się w jedno miejsce, utworzyły okrąg (obejmujący nikłe krzaki :D i wszystkich turystów wypuszczono na wybieg, gdzie mogli, no, zrealizować swoje potrzeby :)

Image

Image

Takie widoki też do rzadkości nie należały. Choć wydaje mi się, że kierowcy pomagali sobie chętniej w obrębie jednej agencji - tym bardziej, że łatwiej im było wysłać prośbę o pomoc przez radio.

Image

No, a teraz już oczy Wam odpoczęły, więc myślę, że możemy wrócić do kotów :D

Image

To starszy, bardzo waleczny samiec. Przepraszam, darzę je ogromną miłością.
Natomiast widząc to :

Image

Człowiek zaczyna się trochę niepokoić, spoglądając na to :

Image

Nie mam pojęcia, czy to jest bezpieczne. Lwy wyglądały na spokojne i zrelaksowane, auta momentalnie gasiły silniki, turyści zachowywali się cicho i nie niepokoili zwierząt. Natomiast na twarzy Lorenzo widać było duże napięcie, bacznie obserwował zachowanie lwów. A ja mam w głowie obraz mojego tłuściutkiego i poczciwego kota, który w ułamku sekundy potrafi się zmienić w urodzonego zabójcę, gdy zobaczy muchę...

Image

Wcześniej chyba nie do końca wierzyłam, że zobaczę tyle zwierząt. Wydawało mi się to zupełnie nieprawdopodobne.

Image

I jeszcze z tak bliska...

Image

Rozczulające te ogonki, prawda? :)

I nasz pierwszy lampart w życiu.

Image

Po próbie zobaczenia go na Sri Lance - szaleńczej pogoni w poszukiwaniu lamparta, zakończonej niepowodzeniem - tu spotkaliśmy go niejako "mimochodem". Po prostu był. Oszalałam ze szczęścia :)

Image

Dlatego trochę przykro mi się zrobiło, gdy odwrócił pysk :) Pierwszy lampart, a jakiś taki niezbyt bystry z wyglądu :D

Image

Image

W Masai Mara po prostu nie da się nie zobaczyć zwierząt. Nie ma takiej możliwości.

Image

Człowiek uświadamia sobie, wiem, trochę banał, ale naprawdę sobie uświadamia, jak wielka jest siła natury.

Image

A pobyt tam, przynajmniej według mnie, jest wart każdych pieniędzy. Nie wiem, jak jest w innych parkach, w Amboseli czy Tsavo. Nie wiem, bo tam nie byłam. Natomiast i tak Masai Mara to dla mnie absolutny i niekwestionowany zwycięzca parków narodowych Kenii.

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
30 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 23 Sie 2019 13:18 

Rejestracja: 16 Mar 2016
Posty: 13
Loty: 61
Kilometry: 104 650
r e w e l a c y j n e zdjęcia!!! Cudowna relacja. Brawo.
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 23 Sie 2019 15:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 971
złoty
Ja byłem w 2010/11 i safari chyba nawet z sylwestrem. Za 6 dni zapłaciliśmy 660$ - Masai Mara, Nakuru i Amboseli.
Dalej jeżdżą na przełaj w Masai Mara? Bo w innych parkach można tylko na drogach, a nasz przewodnik śmigał po trawie gdzie się dało.

Mieliście farta z tym lampartem. My szukaliśmy długo, ale nie udało się zobaczyć.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 23 Sie 2019 23:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Lis 2014
Posty: 594
Loty: 145
Kilometry: 238 175
niebieski
Ale "ustrzeliliście" pana lampart'a - pewnie z imprezy wracał;) Niesamowite widoki i relację rewelacyjnie się czyta.
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 27 Sie 2019 10:07 

Rejestracja: 14 Paź 2016
Posty: 65
Loty: 58
Kilometry: 138 396
My w styczniu byliśmy w Tsavo i Amboseli - Amboseli było strzałem w 10! Kilimandżaro jest absolutnie magiczne a dojazd do Amboseli choć męczący (zwłaszcza z dwójką jeszcze dość małych dzieci gdzie jedno ma chorobę lokomocyjną) pokazuje prawdziwą Kenię. Zazdroszczę tego Nakuru i nosorożców - może innym razem ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 27 Sie 2019 11:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 302
srebrny
@Rafał Marschall, @Kalispell - bardzo dziękuję - w imieniu Marcina i moim :) A lampart faktycznie, taki poimprezowy trochę :D
@cart, po drogach, przynajmniej Lorenzo. Wydaje mi się, że inni kierowcy też. W ogóle mam wrażenie, że jakoś wszyscy dbali o przestrzeganie zasad - nie było takiego śmigania, jak na Sri Lance, w parku raczej cicho i spokojnie, nawet turyści w większości przypadków porozumiewali się szeptem przy zwierzętach :) Cenę też miałeś super. W dodatku z Amboseli...
@flower188, gratuluję podróży z małymi dziećmi, na pewno nie było to łatwe. I, pomimo, że jestem absolutnie zakochana w Masai Mara, to jednak trochę zazdroszczę Amboseli, więc jest 1:1 :) Trzymajmy się tego "innego razu" :) A jak Tsavo? Bo słyszałam różne opinie.

Image

Na obiad pojechaliśmy na brzeg rzeki Mara. Tak, TEJ rzeki. I tak, w TO miejsce :) Niby brzeg jak brzeg, woda trochę zamulona, ale dokładnie tutaj rzekę próbują przekraczać zwierzęta podczas migracji. Dla mnie to podróżniczy Graal, po prostu. To również miejsce odpoczynku wszystkich wycieczek, a turyści są wypuszczani z aut na krótki popas :)

Image

Lorenzo usadził nas na kamieniu, wydał torby z jedzeniem i zabronił się poruszać :) Miało to sens, bo byliśmy dosłownie otoczeni przez zwierzęta. Gdy skończyłam zbierać szczękę z podłogi po obserwacji hipopotamów, zauważyłam, że właściwie niezbyt mam już co jeść - większością obiadu poczęstowały się małpy, korzystając z mojego hipopotamowego zaćmienia :) I prawie popadłam w załamanie z powodu mojej beznadziejności - jak można nie zauważyć, że małpa podbiera ci jedzenie z torby, którą TRZYMASZ w ręku? :/ - ale gdy usłyszałam, że wokół wszyscy przeklinają w każdym z możliwych języków, dotarło do mnie, że nie jestem jedyna :D Pozostało nam więc wygrzebywanie resztek z torby i dalsza obserwacja rzeki. Było pięknie. Zwierzęta, cisza, czasem tylko musieliśmy uchylać się przed papierami po kanapkach, zrzucanymi z drzew przez małpy :) Możecie wierzyć, lub nie, ale jestem przekonana, że celowały w głowy :D

Image

Czerwone plamy na ciałach hipopotamów to oparzenia słoneczne.

Image

W końcu nadszedł moment, gdy trzeba było skorzystać z krzaków. Lorenzo wprawdzie nie był tym zachwycony, ale cóż, z naturą nie wygrasz, więc pozwolił nam oddalić się kawałeczek (ale niewielki :) I wtedy okazało się, że takie zasady bezpieczeństwa naprawdę są konieczne, bo dosłownie parę metrów od auta Marcin niechcący wkroczył na teren dużego samca pawiana. Pawian pokazał mu zęby, Marcin natomiast pokazał mu coś innego (ale nie złośliwie, tak wyszło - po prostu był w trakcie :D Na szczęście po prezentacji swoich najważniejszych atrybutów, panowie rozeszli się w dwie strony.

Image

Ja na szczęście pawiana nie spotkałam (i dobrze. Niezbyt mam mu co pokazać :D, ale znalazłam sobie ślad. To hiena albo gepard, te zwierzęta nie potrafią chować pazurów, więc na ich tropach widać wgłębienia. W przypadku lwa i lamparta byłyby same poduszki (nie, nie jestem taka mądra. Po prostu tak się podekscytowałam, że pobiegłam zaraz pochwalić się Lorenzo i on mnie pouczył :)

Image

Po obiedzie można było się przejść na krótki spacer wzdłuż rzeki, pod opieką pracujących w parku rangerów.

Image

Strażnicy brali ze sobą małe grupki turystów i bacznie obserwowali otoczenie. Przechadzka była za darmo, jednak większość turystów zostawiała napiwki. Kenijczyk z naszego safari (naprawdę, skarbnica wiedzy, jak chodzi o zwyczaje i kulturę Kenii) opowiadał, że rangerzy pracujący w parku, zarabiają około 5000-6000 KES miesięcznie :/ Takie spacery to właściwie ich jedyna możliwość na dodatkowy zarobek, a jak chodzi o wysokość napiwku, to odpowiednie jest 10 USD od grupy.

Image

Image

To jest największy krokodyl, jakiego widziałam w życiu. Spokojnie miał ponad 3 metry długości. Obserwowaliśmy go w milczącym podziwie, stojąc na urwisku. Wyglądał na bardzo najedzonego i pewnie taki był. Wielka migracja zwierząt, okres krokodylowych żniw, odbywa się dwa razy w roku. W czerwcu-lipcu zwierzęta migrują z Serengeti do Masai Mara, natomiast od końca listopada zaczynają wracać. My byliśmy w Kenii pod koniec grudnia, więc co chwilę mijaliśmy takie widoki :

Image

Image

Krokodyle zostawiają upolowane zwierzęta w rzece, żeby mięso trochę skruszało. Pewnie też nie są w stanie zjeść wszystkiego naraz - po rzece poruszały się leniwie, ociężałe i objedzone.

Image

I most łączący Kenię z Tanzanią. Nasz kenijski towarzysz opowiadał, że był na safari w Tanzanii podczas wielkiej migracji. Obserwował ją właśnie blisko tego miejsca. Podobno ziemia aż drżała...Tak, to zdecydowanie jest mój kolejny, podróżniczy cel :)

Image

Stojąc na moście, obserwowaliśmy stado marabutów. Brodziły po wodzie z dużą gracją. Nagle zauważyliśmy, że jeden z nich bardzo dziwnie chodzi - kiwa się na boki, potrąca innych, szczytem zgrabności na pewno nie jest. Początkowo trochę się z niego podśmiewaliśmy, potem zrobiło się nam go żal - może chory jakiś? Dopiero gdy się uważnie przyjrzeliśmy, dotarło do nas, że to po prostu sęp. Pomimo swojej niezdarności, ptak potrafił rozgonić rywali i przejął posiłek.

Image

Sępy potrafią całkowicie zanurzyć się w martwym ciele. Gdy się przyjrzycie zdjęciu, zobaczycie, że z antylopy wystają tylko jego skrzydła. Niesamowite wrażenie. Gdy pierwszy raz zobaczyłam to na filmie "Ptaki śpiewają w Kigali", długo nie mogłam wyjść z szoku.

Image

Przechadzka z rangerem kończyła się na moście, a cały spacer trwał może jakieś pół godziny. Natomiast zdecydowanie - było warto.

Image

Ostatni rzut oka na Marę i ponownie wsiadamy do auta.

Image

Jednak stanowczo wolę oglądać antylopy w takiej postaci.
Pozostała część dnia była równie magiczna. Były i słonie

Image

Image

i długie postoje, bo całe stado zapragnęło przejść właśnie tą samą drogą, co i my :)

Image

Były różne ciekawe ptaki, ale o tym, to Wam za wiele nie powiem, bo z ptaków jestem cienka :) Ostatnio nawet motyla pomyliłam z kolibrem :/ :D ale za to rozróżniam sępa (pod warunkiem, że je albo chodzi po ziemi. Poznaję go po niezgrabności :)

Image

Było mnóstwo różnych antylop.

Image

A na koniec był nawet szakal czaprakowy.

Image

O 18.00 wyjechaliśmy z parku. Szybka kolacja w obozowisku, jakieś piwo...Ostatnia noc z wsłuchiwaniem się w odgłosy zwierząt i wpatrywaniem w ciemność. Zrobiło się jakoś tak bardzo nostalgicznie i tęskno. Złożyliśmy sobie obietnicę, że co jak co, ale tutaj, to na pewno wrócimy... A potem zrobiło się trochę przerażająco, bo uświadomiliśmy sobie, że od jutra Lorenzo przestanie się nami opiekować, mówić, co mamy robić i gdzie iść. I to nas jednak trochę załamało...

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
28 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 27 Sie 2019 19:23 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 102
Loty: 61
Kilometry: 134 874
Jak zawsze super :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 27 Sie 2019 19:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 02 Mar 2014
Posty: 128
Świetna relacja!! Z resztą jak zawsze!

Szkoda, że nam Kenia pokazała jedynie to trudne i niebezpieczne oblicze. Gdy po zmroku w Nairobi, z plecakami, czekając na Ubera zostaliśmy otoczeni przez grupkę wyrostków zrobiło się nieciekawie. Do tego momentu, podchodziłem do tematu bezpieczeństwa w Nairobi z dystansem. Póki było widno wszystko było ok, byliśmy zaczepiani, proszeni o pieniądze, ale nie czuliśmy się zagrożeni, ale wtedy wszystko się zmieniło. Dopiero dotarcie na lotnisko obniżyło poziom adrenaliny :)

Dzięki Twojej relacji wiem, że jednak musimy tam wrócić!
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 50 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group