Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 8 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 20 Cze 2024 19:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Gru 2013
Posty: 578
srebrny
To było moje trzecie podejście do Bałkanów i trzecie z problemami. Od samego początku wszystko mówiło mi, że to się nie uda. A zaczęło się jeszcze przed wyjazdem. Ogólnie ten rok (jak żaden inny dotychczas) jest kumulacją złych zdarzeń i wypadków w moim życiu. I za nami dopiero połowa roku, a ja z szeroko otwartymi oczami czekam, co przyniesie druga.

Tak pokrótce: zaczęło się od kłopotów ze zdrowiem – przez blisko dwa miesiące trzymało mnie zapalenie stawów niewiadomego pochodzenia (zaczęło się tuż przed opisywanym tutaj styczniowym wyjazdem do Belgii, tylko wtedy jeszcze tego nie wiedziałam), przy czym wszelkiej maści badania twierdziły jednoznacznie, że nic mi nie jest. Zmarnowany czas i pieniądze. Później stresy związane z pracą i domem (o dziwo inne wyjazdy prywatne i jeden służbowy jakoś bez większych przeszkód), aż na dwa tygodnie przed wyjazdem do Bułgarii wylądowałam na urazówce z podejrzeniem złamania dużego palca u stopy. Zaplątałam się o cieniutki kabelek od routera i potknęłam na prostej drodze, skutkiem czego palec nabrał pięknej fioletowej barwy i zmienił się w dotyku w drewniany kołek. Na rentgenie nikt mi jednoznacznie nie chciał powiedzieć, że jest złamanie, ale też nikt go jednoznacznie nie chciał wykluczyć... Idealny timing, nie ma co!

Tak wyglądała planowana trasa objazdu – loty, samochód i później komunikacja publiczna.
Załącznik:
Trasa2.jpg

Załącznik:
Trasa1.jpg


Mówią, że dobry plan, to połowa sukcesu.


Dzień 1 - wyjazd
Otwieram rano oczy, całkiem wyspana, a na telefonie już czeka email od Get Your Guide „Przykro nam, ale Twoja wycieczka na 7 Jezior Rilskich i monastyru została odwołana”… No świetnie, Siedem Jezior było jednym z trzech moich obowiązkowych punktów tego wyjazdu. W oficjalnym uzasadnieniu firma podała, że nie są w stanie zrealizować planu, bo wyciąg krzesełkowy jest wyłączony z powodu awarii prądu. GYG szybko wraca z informacją, że zwrot środków jest już procesowany, zatem postanawiam znaleźć coś zastępczego. Niech więc będzie sam monastyr, moja strata (ale za to w promocyjnej cenie).
Ogarnęłam, odetchnęłam. Wchodzę na booking, żeby przypiąć sobie adres mojego noclegu do mapy. I kolejny raz mnie zastanawia to, dlaczego za tą rezerwację chcieli pobrać płatność dopiero w maju przyszłego roku… Tym razem po zalogowaniu się do konta, spojrzałam jakoś trzeźwiejszym okiem i z dotarło do mnie, że nocleg po przylocie to ja mam, owszem, 1-4 czerwca, ale 2025 roku! O matko, jakim cudem ja to zrobiłam na przyszły rok?!?!?!… Anuluję, całe szczęście jest bez kosztowo.
Teraz znajdź coś na ostatnią chwilę, w dobrej lokalizacji i cenie… Przeczesuję jednocześnie Booking i Agodę, bo to mam pod ręką i tu mi jakoś idzie najszybciej. Znajduję jakiś sensowny apartament, cena ciut niższa od tego, który przed chwilą anulowałam, więc startuję z rezerwacją. W drugim kroku „przykro nam, ktoś Cię uprzedził”…
Ech, trudno, przeglądam dalej. Po 3 minutach zaczynam rezerwację drugiej opcji. I znów w drugim kroku „przykro nam, ktoś Cię uprzedził”…
No nie, dlaczego?!?!?! Kolejne propozycje już cenowo powyżej mojej pierwotnej miejscówki. Trudno, za głupotę/nieuwagę/nieprzygotowanie itp. trzeba zapłacić. Będzie nauczka na przyszłość. Rezerwuję, tym razem wszystko się udaje i jak wyląduję koło północy, to przynajmniej mam gdzie się położyć spać.
Wylot mam po południu, więc ogarniam trochę w domu, pakowanie, kanapki. Lufthansa wysyła mi email z propozycją darmowego nadania bagażu podręcznego, z uwagi na pełne obłożenie samolotu. Chętnie skorzystam, chociaż tyle dobrego dzisiaj. :D Przy odprawie pani ma chwilę wątpliwości, bo samolot, który ma wylecieć z Wrocławia, będzie opóźniony i nie jest pewna, czy w Monachium zdążą go przepakować, ale w końcu nadaje go do Sofii.
Przez moją głowę przebiegła momentalnie myśl, że mogłabym wylądować w Sofii i nie dostać bagażu, ale błyskawicznie ją przeganiam.
Samolot z Wrocławia wylatuje pół godziny opóźniony. W Monachium mam dość czasu na przesiadkę z jeżdżeniem kolejką włącznie i dalsze około godzinne opóźnienie. W końcu docieram na metę. Moja walizka również. Przy wyjściu z terminala wężyk do Yellow taxi – staję w kolejce i zamawiam swój transport w aplikacji. Szybko się jednak orientuję, że ta kolejka to postoi pewnie jeszcze z godzinę, a za rogiem lotniska stoją wolne taksówki. Zaproponowali mi cenę taką, jak pokazywała aplikacja, więc nie będę stała jak kołek, niech sobie inni czekają. Wiem, pewnie znowu przepłaciłam, ale w tych okolicznościach było to akceptowalne.
Do apartamentu docieram niczym Kopciuszek, chwilę przed północą.

Dzień 2 – Sofia
Na okoliczność tego urlopu pożyczyłam od koleżanki z pracy aparat, bo akurat nie mam żadnego, a telefon tak słaby, że wstyd się przyznawać. A bardzo chciałam mieć fajne zdjęcia, bo Bułgaria przecież potrafi być malownicza, no i miałam być w górach… Aparat przeszedł jakąś naprawę ostatnio, ale ponoć działa i ma być sprzedany, więc obiecuję zadbać, jak o swój.
Przyjeżdżam do Bułgarii w upały, jest po 30 stopni w dzień. W nocy było duszno, na dzisiaj zapowiadają deszcz. Oczywiście nie pospałam, mój zegar biologiczny kompletnie nie umie się dostosować do zegara w telefonie i tak od 6 w zasadzie nie śpię. Dobrze, że zabrałam z domu zapas kanapek – upchnięte do walizki nadanej do luku miały się świetnie, lecąc jak w lodówce. Trochę się spłaszczyły i to wszystko – za to są nadal świeże. Śniadanie, kawusia i w zasadzie po 8 można wyjść się rozejrzeć.

Spacer do centrum prowadzi mnie przez Most Orłów, później skręcam w stronę soboru św. Aleksandra Newskiego. Zapatrzona w mapę w telefonie zupełnie zapomniałam, że przecież mam aparat i miałam robić zdjęcia. Odpalam sprzęt i przez chwilę z nim walczę – za nic w świecie nie chce mi złapać kadru, wszystko jest jakby na zoomie i nie chce się wyregulować. Ostrości też nie mogę złapać… No przecież na tyle umiem obsługiwać aparat, co jest grane?... Klikam, przestawiam, kręcę, resetuję, kombinuję, jak tylko mogę. W akcie desperacji nawet piszę do właścicielki, że mam problemy i czy coś robię źle. Zanim dostałam odpowiedź, po kolejnym uruchomieniu jakoś sam zaskoczył i udaje mi się zrobić parę zdjęć. W międzyczasie zebrały się ciemne chmury i zaczyna padać. Telefon, aparat, parasolka – brakuje mi przynajmniej jednej ręki. Leje coraz mocniej, parasol ledwo wystarcza. Próbuję się schować pod drzewami, jak inni, ale słyszę grzmoty i mam wątpliwości, czy to dobry pomysł. Ulewa nie trwa jednak długo. Sięgam znowu po aparat i niestety wracają te same problemy. Finalnie zrobiłam chyba 5 zdjęć, zanim odmówił współpracy - reszta będzie moim lipnym telefonem. Świetny początek pobytu.
Załącznik:
Bałkany 013.jpg

Załącznik:
Bałkany 016.jpg


Poszwendałam się trochę po mieście bez sensu i bez celu. Grzmiało i padało jeszcze kilka razy i byłam już na tyle zła, zmęczona (niedospaniem, pogodą) i zmoczona, że mi się odechciało zwiedzania. Wracając do apartamentu, kupiłam trochę rzeczy do jedzenia i postanowiłam sobie sama ugotować, a potem się położyć na kanapie i po prostu odpocząć. Gorąc i duchota na zewnątrz zrobiły swoje, a mój poziom zadowolenia z urlopu spadł prawie do zera. Jak na razie, to żadnego odpoczynku na tym urlopie. ;)
Załącznik:
Bałkany 001.jpg

Załącznik:
Bałkany 002.jpg

Załącznik:
Bałkany 003.jpg

Załącznik:
Bałkany 004.jpg

Załącznik:
Bałkany 005.jpg



Dzień 3 – Monastyr Rylski
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Skoro monastyr jest taki ważny i podobno piękny, to niech będzie. Mam tylko dziwne wrażenie, że już go gdzieś widziałam. Ale nic, wycieczka kupiona, miejsce zbiórki znalezione, wszystko elegancko. Wyjazd z niedużym poślizgiem i wleczenie się w korkach pierwszą godzinę. Nie lubię marnować czasu, ale nie mam wyjścia, więc próbuję się pogodzić z sytuacją. W końcu jestem na urlopie, powinnam się trochę wyluzować. Więc próbuję. W autobusie rozkręca się rozmowa z jednym Chińczykiem, który aktualnie mieszka w Niemczech. Zwiedził niezły kawałek Europy, w Bułgarii też już był, więc podpytuję o kilka interesujących mnie kwestii, żeby się lepiej zorganizować na trasie później.
Jak na poniedziałek, monastyr jest dość oblężony – przyjechało sporo wycieczek, w tym dzieci szkolne. Za dwie godziny to miejsce opustoszeje, ale na razie jest dość tłoczno. Przypominam sobie też, że podobny monastyr widziałam już w Bukareszcie, ale skleroza nie pozwala mi na więcej szczegółów.
Załącznik:
Bałkany 010.jpg

Załącznik:
Bałkany 009.jpg

Załącznik:
Bałkany 006.jpg

Załącznik:
Bałkany 008.jpg

Załącznik:
Bałkany 007.jpg


Wycieczkę wykupiłam z opcją zwiedzania jaskini, w której święty założyciel mieszkał na samym początku swojej samotniczej drogi. I zdecydowanie odradzam wszystkim tą opcję – chyba lepiej zobaczyć któreś z pięciu muzeów mieszczących się przy monastyrze, niż tłuc się dla 3 metrów sześciennych ciemnej dziury.
Załącznik:
Bałkany 012.jpg

Załącznik:
Bałkany 011.jpg


Ale za to miałam ciekawą rozmowę z przewodnikiem. Opowiedziałam mu o perturbacjach związanych z GYG i usłyszałam, że Urca Travel, u której kupiłam wycieczkę, notorycznie coś anuluje i w zasadzie do może ze 3 razy w roku ich widzą z turystami. Ponoć mają tak mało chętnych, że nie opłaca im się nic organizować, więc po prostu odwołują wyjazdy.
Monastyr kupiłam z City Tour Sofia - oni oraz Traventuria byli w pełni obłożeni i jechaliśmy w kilka busików, więc tych mogę polecić. Ale miło już w drugim dniu pobytu dowiedzieć się, że ktoś mnie prawdopodobnie oszukał. :(

W drodze powrotnej jedziemy jeszcze do Bojany – nie dopłacam za wejście, chociaż to tylko 5 EUR. Widziałam już trochę takich kościółków i nawet X-wieczne malowidła mnie nie skuszą. Tym bardziej, że opinie w internecie raczej bez zachwytów. Zamiast tego, znajduję ścieżkę na skraju lasu i mam nadzieję, że może uda mi się znaleźć mały wodospad, albo po prostu się pokręcę po okolicy w tym czasie. Niestety daleko nie zaszłam, bo się zrobiła znowu ciężka ulewa.
Po powrocie do Sofii wracam prosto do siebie, obiad i sjesta. Więcej czasu straciłam jeżdżąc i czekając na innych, niż na samo zwiedzanie. Mam poczucie, że zmarnowałam dzień. Ale przecież to urlop, nie muszę znowu biegać z językiem na wierzchu – próbuję się przekonać, że można inaczej, że można wolniej. I wcale mi się to nie podoba. Dobrze, że od jutra już w swoim tempie!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 21 Cze 2024 09:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Gru 2013
Posty: 578
srebrny
Dzień 4 – Hobbit, czyli tam i z powrotem
Plan był taki: samochód odbieram o 9:30 i jadę do Veliko Tyrnowo. Tam się pokręcę, ile będę chciała, na ile mi się spodoba i będzie sił chodzić, później przez Kazanłyk i Dolinę Róż w stronę Starej Zagory, może zahaczając o Szipkę. Nie mam noclegu, zarezerwuję coś po drodze, jak już będę wiedziała mniej więcej, gdzie tego dnia wyląduję, ale ogólnie celowałam w Starą Zagorę. Spróbuję chociaż trochę na spontanie.
Samochód zarezerwowany przez Rentalcars.com w First, informacja na voucherze o odbiorze w terminalu 1. Tylko tu nic nie ma, wszystkie wypożyczalnie mają w okienkach informacje, że są na terminalu 2. Łapię darmowy shuttle bus. Na terminalu 2 ani śladu po First, ale mnie oświeciło, że mam przecież podany jakiś numer telefonu. Dzwonię – proszę przyjechać na terminal 1, tutaj auto zaraz będzie. Znowu zmarnowałam trochę czasu, ale wracam. Gość podjeżdża jakimś niedużym Citroenem, formalności zajmują nam kwadrans. Auto ma pół baku, więc spokojnie zajadę do Tyrnowa.
Połowa trasy po autostradzie, więc jedzie się elegancji, potem niestety trzeba się ciągnąć za ciężarówkami, chyba, że ktoś ma lepszy silnik. Jestem 5 kilometrów przed centrum Tyrnova, mijam gości strzygących trawę przy jezdni… błysk, huk, patrzę w prawo… matko, taka ulewa nagle, że nic nie widać?!... Ale przednia szyba w porządku, tylko ta od pasażera… dziwna… pajęczyna!... Po 50 metrach mam opcję zjazdu, zatrzymuję samochód. Szkło zaczyna się już sypać.
Załącznik:
Balkany 201.jpg


Zdjęcia, filmik, telefon do wypożyczalni i szybka odpowiedź, że nie podstawią mi nowego auta, mam sama wrócić, bo auto jest sprawne. Nikogo nie interesuje, że mam jechać autostradą i bez okna przy 30 stopniach, czyli bez klimatyzacji. Nie wzywam policji, nie mam czasu – zanim przyjadą, zanim się dogadamy, zanim formalności… Wiem, że wykupiłam przy rezerwacji pełne ubezpieczenie od wszystkiego, więc postanawiam się tym zbytnio nie martwić. Zahaczam tylko o stację, tankowanie, kanapka, jakiś cukier dla mózgu, potem zakładam słuchawki od mp3, żeby mnie nie zawiało i żeby jakoś zniwelować huk zza okna, i po kwadransie ruszam w drogę powrotną.
I jednak się martwię – ubezpieczeniem i nie tylko. Jeśli się będę wlokła 90km/h, to przejazd zajmie mi za długo i utknę w Sofii; jeśli zrobię przystanek, to mogę już nie ruszyć (na razie trzyma mnie adrenalina i trzeba to wykorzystać). Dlatego decyduję się jechać tak, jakby nigdy nic i cisnę na autostradzie po 130km/h modląc się, żebym dała radę.
Powrót zajął mi mniej więcej tyle samo czasu, tylko mnie trochę mdli z gorąca. Drugie auto to Kia Rio, ćwierć baku. Gość mi radzi zostać w Sofii na noc… zabawny! :D. Chowam się do terminala na kwadrans, żeby ochłonąć. W przerwie rezerwuję nocleg w Veliko Tyrnowo, bo już wiem, że nigdzie dalej dzisiaj nie mam szans dotrzeć; kupuję jakiś napój w automacie… i w drogę! Kolejne 2,5 godziny jazdy, trzeci raz tą samą trasą. Umówmy się, że to też jest forma zwiedzania kraju. ;)

Docieram kompletnie wykończona, ponad 600 km i 8 godzin za kierownicą. Zdarzyło mi się kiedyś w delegacji zrobić 500 km jednego dnia i nie wspominam tego zbyt miło, ale teraz chyba pobiłam swój rekord.
Hotel w porządku, dostaję duży i wygodny pokój na 4 piętrze, z całkiem fajnym widokiem. Ale jakoś tak gorąco na tym piętrze, niżej chodziła klimatyzacja. U mnie w pokoju coś nie chce zaskoczyć – włożyłam kartę do czujnika, ale się nie włącza. Jedna próba, druga, trzecia i nic. Schodzę na recepcję, zgłaszam problem i czy w związku z tym mogą mnie przenieść do innego pokoju. „Oczywiście, nie ma problemu, ale klimatyzacja powinna u Pani działać, więc najpierw sprawdzimy.” Pani wchodzi do pokoju, szybki rzut oka na sytuację – bierze pilot od klimatyzacji ze stolika i włącza chłodzenie, jakby nigdy nic. Dziękuję. Kurtyna.

Nienawidzę Bułgarii! Chcę do domu! :(

Dzień 5 – Veliko Tyrnovo
Jak wspomniałam na początku, to moje trzecia wizyta na Bałkanach.
Za pierwszym razem robiliśmy ze znajomymi objazd po Rumunii (2014). Wypożyczyliśmy auto – ktoś nam wjechał w tył jeszcze zanim opuściliśmy Bukareszt. Pamiętam, że na policji zeszło nam trochę ponad godzinę, ale i tak się wkurzałam, że łapiemy nieplanowane opóźnienie. Tyle, że auto nie było na mnie.
Za drugim razem byłam w Czarnogórze z koleżanką (2019). Zamawiam zawsze manualną skrzynię biegów, bo nie umiem jeździć z automatem. Niestety podstawili takie auto. W dniu wylotu wyjeżdżam spod apartamentu, mam kwadrans do lotniska i lada moment będę w domu. I potłukłam tylną lampę – w szoku i stresie dałam się prawdopodobnie naciąć na 600zł, bo tyle sobie zaśpiewali w gotówce, inaczej będzie więcej po rozliczeniu z ubezpieczeniem. Szczerze mówiąc, nawet nie mam pojęcia, czy miałam wtedy dodatkowe ubezpieczenie, czy nie. Chciałam tylko wsiąść do samolotu.
Teraz mam przez przypadek rozbitą szybę. W zasadzie to jest chyba najgorsza rzecz, jaka mnie spotkała w trakcie tego wyjazdu, więc może wyczerpałam w końcu limit złych zdarzeń? Co jeszcze mogłoby mi się przytrafić?...

Jeszcze poprzedniego dnia zrobiłam sobie mały spacer wkoło komina, żeby rozprostować nogi i odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Położenie miasta na wzgórzach, otoczenie zieleni i dużo przestrzeni sprawiło, że naprawdę mogłam się trochę zrelaksować. Zrobiłam rekonesans za sklepem spożywczym, gdzie jutro szukać śniadania i przy okazji okazało się, że niemal za rogiem mojego hotelu zaczyna się ścieżka na Tsarevets, więc skręciłam w tamtą stronę. Nie przeszłam za mury, bo było już po godzinach otwarcia, ale i tak zrobiło się przyjemnie i spodobało mi się, zwłaszcza z uwagi na pustki i ciszę wokół.
Załącznik:
Balkany 202.jpg


Następnego ranka, zgodnie z moim przewidywaniami, zegar biologiczny obudził mnie krótko po 6:00. Chwilę jeszcze poleżałam, ale głód nie pozwolił mi na lenistwo. Ogarnęłam najpierw siebie, potem śniadanie i wychodzę. Skoro Tsarevets mam pod nosem i jest jeszcze wcześnie, to najlepiej zacząć od niego.
Załącznik:
Balkany 208.jpg

Załącznik:
Balkany 230.jpg

Załącznik:
Balkany 207.jpg

Załącznik:
Balkany 214.jpg

Załącznik:
Balkany 215.jpg


Do drzwi Katedry Patriarchy dotarłam przed 9:00 i musiałam chwilę poczekać na otwarcie. Wnętrze mnie zaskoczyło – nie tego się spodziewałam, ale ucieszyłam się, że jednak mam okazję zobaczyć coś innego.
Załącznik:
Balkany 232.jpg


Później zawróciłam w stronę centrum. Wczoraj wieczorem wypatrzyłam monument Asenowiczów, więc obrałam go sobie teraz za cel. Ale najbardziej zależało mi na klimatycznych uliczkach i domkach na wzgórzu. Veliko Tyrnowo jest bardzo malownicze i było moim drugim punktem obowiązkowym tego wyjazdu.
Załącznik:
Balkany 205.jpg

Załącznik:
Balkany 206.jpg

Załącznik:
Balkany 218.jpg

Załącznik:
Balkany 217.jpg

Załącznik:
Balkany 219.jpg

Załącznik:
Balkany 220.jpg

Załącznik:
Balkany 221.jpg

Załącznik:
Balkany 203.jpg

Załącznik:
Balkany 204.jpg


Klimat klimatem, ale jazda tymi ciasnymi uliczkami trochę mnie przerażała po ostatnim zdarzeniu. Wydostałam się jednak i ruszyłam na południe. Od Chińczyka z autobusu dowiedziałam się między innymi, w którym miejscu dokładnie szukać Doliny Róż, aczkolwiek w tym roku cała impreza właśnie się zakończyła. Festiwal trwał do 31 maja, bo w tym roku wszystko zakwitło wcześniej i teraz było już po zbiorach. Szkoda, ale Jasenowo i tak mam po drodze do Kazanłyku. Odbiłam z trasy, mając nadzieję, że może jednak gdzieś coś jeszcze zostało, że może nie wszystko zebrali… Niestety, zostały już tylko maki i lawenda. I gdzieś w oddali można było dostrzec Szipkę – odpuściłam ją i Starą Zagorę przez te perturbacje na trasie.
Załącznik:
Balkany 222.jpg

Załącznik:
Balkany 223.jpg


Skoro już tu jestem i róż nie zastałam, to chociaż wejdę do Muzeum Róż w Kazanłyku – 6 BGN to nie majątek. Sam wjazd do miasta już wywołał zachwyt – wszystko obsadzone tymi pięknymi krzewami i wszystko kwitnie! No cudnie! Obok muzeum jest też nieduży park, oczywiście pełen róż.
Załącznik:
Balkany 224.jpg

Załącznik:
Balkany 225.jpg

Załącznik:
Balkany 226.jpg

Załącznik:
Balkany 227.jpg

Załącznik:
Balkany 228.jpg

Załącznik:
Balkany 229.jpg


Znowu zbiera się na burzę, może to i dobrze, bo chociaż trochę się ochłodzi. Na mnie też pomału czas, żeby się zbierać dalej. Zgodnie z pierwotnym planem, dzisiaj miałam się zameldować już w Płowdiwie, także łapię znowu nocleg last minute i ruszam. Pyszna bułgarska kolacja w Rendez-vous jest miłym zwieńczeniem tego dnia.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
Gadekk uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 21 Cze 2024 09:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 4658
Loty: 650
Kilometry: 816 083
HON fly4free
Ale żeby być w Wielkim Tyrnowie i zignorować Interhotel to trochę żal
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 22 Cze 2024 17:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Gru 2013
Posty: 578
srebrny
Dzień 6 – Płowdiw
Prognoza zapowiada tak dla odmiany 32 stopnie w cieniu, więc nawet lepiej, że wcześnie wstaję. Do centrum mam blisko, zaczynam od strony parku ze śpiewającymi fontannami, które jeszcze o tej porze są wyłączone. Ale ta turkusowa woda sprawia, że przez chwilę czuję się, jak w jakimś egzotycznym kraju i o dziwo, na moment robi się o 5 stopni chłodniej. :)
Załącznik:
Balkany 301.jpg


Po drodze mijam rzymskie ruiny i idę dalej głównym deptakiem, próbując w trakcie zwiedzania złapać trochę widoków również ze wzgórz. Nie koniecznie tylko z tego z wieżą zegarową, ale nie zupełnie było to wykonalne – na jednym z nich ścieżka była na pewnej wysokości zamknięta i zastawiona blachą.
Załącznik:
Balkany 302.jpg

Załącznik:
Balkany 303.jpg

Załącznik:
Balkany 304.jpg

Załącznik:
Balkany 305.jpg


Po przejściu przez ogólnie pojęte centrum, skierowałam się ku staremu miastu. Przyznam szczerze, że miałam początkowo trochę problem, żeby je zlokalizować. :) Tak, nie przygotowałam się do tego wyjazdu (nie miałam czasu i głowy), więc próbowałam sobie radzić na miejscu z Maps.me. Ale w końcu się udało.
Załącznik:
Balkany 307.jpg

Załącznik:
Balkany 308.jpg

Załącznik:
Balkany 309.jpg

Załącznik:
Balkany 310.jpg

Załącznik:
Balkany 311.jpg

Załącznik:
Balkany 312.jpg

Załącznik:
Balkany 313.jpg


Pozwalam sobie trochę pobłądzić – kręcąc się tymi uliczkami, można dostać kolorowych zawrotów głowy. Jest ślicznie i cicho – hałas z głównej ulicy z dołu w zasadzie tu nie dociera. W jednym z domów ktoś gra na pianinie, a na murku przy ulicy zasiadło kilkoro słuchaczy.
Załącznik:
Balkany 314.jpg

Załącznik:
Balkany 315.jpg

Załącznik:
Balkany 316.jpg

Załącznik:
Balkany 317.jpg

Załącznik:
Balkany 318.jpg

Załącznik:
Balkany 319.jpg

Załącznik:
Balkany 320.jpg

Załącznik:
Balkany 321.jpg

Załącznik:
Balkany 322.jpg


Krótko po południu jednak jestem już wykończona, do tego nie-złamany palec daje mi się dzisiaj bardziej we znaki, niż w ostatnich dniach. Nie powinnam tyle chodzić… Uciążliwa myśl o ubezpieczeniu jest jak ten gorący oddech słońca na plecach. Zaczynam szukać więcej cienia, niż wrażeń.

Płowdiw był numerem trzy na mojej obowiązkowej liście i nie zawiodłam się. Jednak w tych warunkach przestaję mieć przyjemność z przebywania w nim. Rozumiem i zgadzam się, że fajnie mieć dwa dni na spokojne zwiedzanie i chciałam tu posiedzieć dłużej. Wyszło jednak trochę inaczej i muszę być bardziej „spontaniczna”. ;) W końcu przychodzi ten moment, kiedy mam dość i wizja przeniesienia się w chłodniejszy rejon pod górami robi się zbyt pociągająca.
Mając za sobą w miarę spokojne dni, zaczynam powoli wierzyć w to, że najgorsze już za mną i więcej złych przygód mnie nie spotka. Czuję, że chyba zaczął się wkradać jakiś optymizm.

Nocleg w Borovets zarezerwowałam dużo wcześniej, tutaj moje jeżdżenie „ile gdzie będę chciała zostać” się kończy. Po dotarciu na miejsce mam problem ze znalezieniem apartamentu – tzn. wiem, który budynek, ale nie mam pojęcia, jak wejść i gdzie są klucze (dostałam tylko kod do skrzyneczki). Host z Booking nie napisał, nie odpowiadał też na moje pytania wczoraj. Dzwonię – próbujemy się dogadać, ale on ani słowa po angielsku. Proponuję, że ja po polsku, a on po rosyjsku (ponoć umie/rozumie), ale też nie bardzo. W pewnym momencie nawet przestaje ze mną w ogóle rozmawiać, zacina się i tyle. Widzę obok posterunek policji, więc idę tam zapytać. Uprzejmy pan w cywilu trochę na migi, ale ze skutkiem pomaga mi trafić pod właściwy adres. Ufff…
Zabieram swoje graty z auta i się rozlokowuję. Szkoda, że mimo wcześniejszej rezerwacji, nikt się nie pofatygował, żeby powycierać kurze… Przecież nie będę tego wdychać… Od razu trafiam ze szmatką na router i widzę, że internet nie działa. Znowu próba kontaktu przez Booking, znowu bezskuteczna. Świetnie, pakietu unijnego pewnie już też nie mam – do rachunku za szybę pewnie dojdzie mi rachunek za telefon.
Zła na sytuację i zła z głodu idę zapolować na jakąś obiadokolację. Najbliższe dwa markety nie oferują zbyt wiele. Tyle samo otwartych restauracji – przepłacam w jednej za makaron z sosem bolońskim i kieliszek czerwonego wina. W 10 minut przechodzę całą wieś. To miejsce to porażka, właściwie to dlaczego ja tu chciałam przyjechać?...
Załącznik:
Balkany 3101.jpg


Dzień 7 – Borovets
Nie jestem typem górskim – wolę morze. Ale czasem trzeba wyjść poza swoją strefę komfortu, czasem dobrze się przełamać, żeby zobaczyć coś innego. A odkąd wiedziałam, że nie zobaczę Siedmiu Jezior, wejście na Musałę nabrało kolorów. Wymyśliłam sobie, że najbliżej i najwygodniej będzie mi z Borovets: najpierw wyciągiem, a później do szczytu już z buta. Może jakoś mi się uda z tą kontuzją.
Tylko jak przyjechałam i kręciłam się w poszukiwaniu apartamentu, zaczepił mnie jeden miejscowy. Zagadnęłam go o Musałę i co? Wyciąg nie działa, uruchamiają dopiero za tydzień!... A na Musale leży śnieg i jest całe 5 stopni. Aha, czyli jestem nieprzygotowana – mam ciuchy może do 15 stopni. I co teraz?
Poprzedniego dnia wieczorem grzebałam trochę po internecie, co bym mogła ze sobą zrobić, skoro już tu zostaję na 2 noce. Góry muszą być. Jakoś. Jakkolwiek… Szukam, czytam, kombinuję, aż trafiam na wpisy, że w tych górach żyją niedźwiedzie i o tej porze już dawno nie śpią. Aha…
Wstaję znowu wcześnie, śniadanko i kawa, a potem postanawiam, że nie odpuszczę wszystkiego. O 9 startuję do Tsarskiej Bystrzycy, później zamierzam iść dalej.
Budynek pałacu jest interpretacją XIX-wiecznej architektury bułgarskiej ze śladami europejskiego romantyzmu. Utrzymano spójność stylów wewnątrz, jak i na zewnątrz – wzory folklorystyczne idą w parze z drewnianymi sufitami i kolumnami rzeźbionymi według bułgarskiej tradycji. Podłogi pokrywają dywany tkane w Kotel i Chiprovtsi – małych miasteczkach, które rozsławiły kraj swoimi produktami. W pałacu można też zobaczyć kajutę ze statku, którą król otrzymał w prezencie od kapitana łodzi „Nowa Ameryka”. Tyle głosi ulotka, jednak nie będzie mi dane zobaczyć wnętrza, bo pałac jest zamknięty, można zwiedzić tylko teren wokół (6 BGN), wraz z kaplicą i elektrownią wodną.
Załącznik:
Balkany 3105.jpg

Załącznik:
Balkany 3106.jpg

Załącznik:
Balkany 3108.jpg

Załącznik:
Balkany 3107.jpg

Załącznik:
Balkany 3104.jpg

Załącznik:
Balkany 3102.jpg

Załącznik:
Balkany 3103.jpg


Podoba mi się, dużo zieleni, cisza, spokój. Mogłabym mieć taką chatkę za miastem, na weekendy. ;)
Teren nie jest duży, także nie zamarudzę. Po drugiej stronie jezdni, naprzeciwko bramy do Tsarskiej Bystrzycy, znajduję przejście, które prowadzi do szlaku czerwonego na Musałę. Idę, ile dam radę, jak to będzie, dokąd wytrzymam. Na mapach widzę kilka ścieżek, jest opcja mniejszego kółka, to mam jak zawrócić, w razie czego.
Załącznik:
Balkany1.jpg


Początkowo droga jest dość płaska, idzie się przyjemnie. No, może gdyby nie te muchy, które zaczynają mi latać nad głową. Szlak prowadzi przez las – wysoka wilgotność i rosnąca temperatura szybko dają mi się we znaki, a muchy jeszcze bardziej. Po jakimś czasie przypominają mi się niedźwiedzie – może by coś zaśpiewać? Albo poklaskać? Przecież ja tu jestem sama jak palec, a jak mi się coś stanie? Cały ten wyjazd przecież dostawałam znaki… Nieeeee, weź się w garść, kobieto! Urlop, to urlop, przestań się stresować…
Te i inne rozważania towarzyszą mi w drodze, aż decyduję, że nie mam się co szarpać. Nie muszę nic nikomu udowadniać, a tym bardziej sobie. Nie jestem w pełni w formie (nie-złamany palec pulsuje), ubrań też nie mam na wyższe partie, nie mam szans dojść nawet do Dolnego Jeziora. Obieram plan B, skręcam z głównego szlaku na Sitnyakovo Rock i górną stację wyciągu, wracając pętlą za drewnianą letnią rezydencją królewską o tej samej nazwie.
Załącznik:
Balkany 3109.jpg

Załącznik:
Balkany 3110.jpg

Załącznik:
Balkany 3111.jpg

Załącznik:
Balkany 3112.jpg


Idąc w górę, nie spotkałam żywej duszy. Dopiero od wyciągu w dół zaczynam mijać ludzi zmierzających w przeciwnym kierunku. Wilgotność spadła, ale temperatura nie koniecznie. Do apartamentu wróciłam po prawie 3,5h i podobno 16km spaceru (tyle mi naliczyła aplikacja). Nieźle, ale jest raptem 13:00, więc coś by trzeba zrobić z resztą dnia. Z górami to by było chyba na tyle, więc się ogarniam i jadę do Samokova. Jest parę stopni cieplej, słoneczniei i naprawdę przyjemnie. Jest gdzie się ruszyć i co zobaczyć. Zostaję prawie do wieczora, w Borovcu nie mam co robić, a tu nawet kaczki i łabędzie chętnie podchodzą do ludzi i wcale nie po to, żeby wysępić jakieś jedzenie.
Załącznik:
Balkany 3113.jpg

Załącznik:
Balkany 3114.jpg

Załącznik:
Balkany 3115.jpg

Załącznik:
Balkany 3116.jpg

Załącznik:
Balkany 3117.jpg

Załącznik:
Balkany 3118.jpg


Oczywiście na każdym etapie mojej podróży nie brakuje pamiątek po wspaniałych czasach socjalistycznych. Ale nie uwieczniam ich - chciałam zobaczyć Bułgarię, a nie ZSRR. To jest część historii, ale nie część tego narodu i jego kultury. Nie każdego stać na przebudowy i inwestycje, którymi można się potem pochwalić i przyciągać nimi tłumy turystów. Nie wydaje mi się też, żeby sami Bułgarzy byli dumni z tych pamiątek i chcieli je koniecznie zachować - ale przyznaję, nie miałam okazji zapytać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
Yaneck uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 22 Cze 2024 19:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Gru 2013
Posty: 578
srebrny
Dzień 8 – Stob i relokacja
Dzisiaj mam oddać auto i po południu wsiąść do autobusu do Skopje.
Jak wykorzystać jeszcze ten czas i odcinek, który mi został? O co by tu można zahaczyć? Znajduję Stob, szumnie nazywane piramidami, mnie raczej przypominają odrobinę Kapadocję. Niech będzie, zrobię tam przystanek i potem prosto do stolicy.
Na końcu wsi Stob jest spory parking, gdzie bez problemu można zostawić auto. Do włóczących się wszędzie psów powoli zaczynam przywykać. Na początku ścieżki stoi budka-kontenerek, w którym pani sprzedaje wejściówki za bodajże 4 BGN. Później już tylko trochę kamieni, piasku, aż dochodzę do pomarańczowego pyłu. Robi się stromo, wystają kamienie – nie polecam w adidasach, chociaż minęłam miejscowych w (a jakże!) gumowych klapkach.
Do miejsca, gdzie można w końcu coś zobaczyć, idzie się dobre 20 minut. I cały czas w niemiłosiernie palącym słońcu. W połowie drogi wszystko się do mnie klei. Od czasu do czasu jest jakaś ławeczka, raz nawet altanka, do której się można na chwilę schować i odpocząć. I w zasadzie chyba po tych 20 minutach jest koniec ścieżki – chyba, bo nie zdecydowałam się kontynuować tego spaceru dalej. Po sprawdzeniu czasu uznałam, że wyprawa w dół pójdzie jednak wolniej, bo trzeba uważać pod nogi, a muszę zdążyć dojechać na czas. Patrząc na mapy wydaje mi się, że jest tam kilka tras, ale tą doszłam prawie do samego końca.
Załącznik:
Balkany41.jpg

Załącznik:
Balkany45.jpg

Załącznik:
Balkany43.jpg

Załącznik:
Balkany42.jpg

Załącznik:
Balkany44.jpg


Między zwrotem samochodu, który zajął może 10 minut, a dojazdem na dworzec autobusowy, miałam zarezerwowane 3 godziny. Na nieprzewidziane opóźnienia i jedzenie. Mogłam więc ze spokojem pojechać na dworzec i tam zjeść. W barze na piętrze może szału nie było, ale za to bardzo przyjaźnie dla portfela. Zdążyłam trochę odpocząć, kupić kanapki na jutrzejsze śniadanie (dojadę raczej późno) i jeszcze się pokręcić tam i z powrotem po hali, skoro później mam siedzieć ponad 4h, jak wskazuje rozkład jazdy. Zorientowałam się wcześniej, z którego peronu jedziemy, więc zostaję w klimatyzowanym budynku dworca i przez szyby spoglądałam tylko, kiedy autobus podjedzie.
Bilety kupiłam na GetByBus i wydrukowałam, zgodnie z wymogiem. Autobus przewoźnika Makedonija Soobrakaj miał już swoje lata, przedni zderzak mocno podrdzewiały, ogólnie standard, który mnie w ogóle nie zdziwił, a nawet trochę się spodziewałam. I do tego zamkniętą na klucz toaletę, w związku z czym kierowca miał się zatrzymać w połowie drogi, po przekroczeniu granicy. Nawet mu nieźle szło po angielsku, całkiem w porządku człowiek. Miał listę z nazwiskami wszystkich pasażerów, wiedział dokładnie, ilu nas będzie i czekał do ostatniej chwili na parę Japończyków, którzy stawili się tuż przed odjazdem. Wyruszyliśmy o czasie.
Opuszczałam Bułgarię, która (jak na pierwszą wizytę) przysporzyła mi tyle stresów. Ciesząc się, że z drugim samochodem nie miałam już żadnych zdarzeń i ostatnie dni mimo wszystko spędziłam miło, z zadowoleniem czekałam na to, jak wypadnie (również pierwszy) pobyt w Macedonii. Jednym z pasażerów okazał się młody chłopak, który pracuje jako przewodnik wycieczek po Bałkanach i właśnie wracał do domu. Gadaliśmy chyba do samej granicy, więc czas zleciał szybko.
Na granicy oczywiście procedury, w ramach których nawet wyciągamy i otwieramy wszystkie walizki. Przy 5 pasażerach zeszło nam ze 20 minut, przy czym obok nas w tym czasie granicę przekraczały może 3 samochody osobowe. To chyba całkiem sprawnie. Po wszystkim wsiadamy znowu i za kilka minut docieramy do większej stacji benzynowej na umówiony postój „techniczny”. Kiedy wszyscy już byliśmy już gotowi do dalszej drogi, autobus zdechł…
Tak po prostu sobie zgasł i postanowił, że się nie odpali. Nie i koniec. :D
Kierowca zaczął się krzątać, próbując go naprawić. Mój nowy znajomy przewodnik coś tam mu pomagał, to podawał narzędzia, to próbował znowu odpalić silnik. A ja? Jestem oazą spokoju, kwiatem lotosu na tafli jeziora… i zaczynam się śmiać! Dlaczego mnie to w ogóle nie dziwi, że się popsuł? Dlaczego mnie to w ogóle nie zdenerwowało? Cóż, przecież to było oczywiste, że ten wyjazd się jeszcze nie skończył… :D Witamy w Macedonii!

Po dłuższej walce kierowca się poddał i zapadła decyzja, że przyślą po nas transport zastępczy ze Skopje. W oczekiwaniu opowiedziałam im o swoich przygodach i zażartowałam, że nie mogło być inaczej, skoro to ja jadę w tym autobusie. :D Tym sposobem planowany krótki przystanek zajął ponad 2,5 godziny, za to w wesołej atmosferze. W międzyczasie wyłożyłam kasę na telefon (bo to przecież już poza UE), znowu z pytaniem o klucze i informacją, że dotrę później, niż deklarowałam – tym razem właścicielka dobrze mówi po angielsku i sama mieszka przez ścianę, więc mam się o nic nie martwić. Jak dojadę, to dojadę, ona tu jest i mi otworzy.
Do apartamentu docieram niczym Kopciuszek, chwilę przed północą… déjà vu???


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 23 Cze 2024 17:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Gru 2013
Posty: 578
srebrny
Dzień 9 – Skopje
Mieszkanie na ostatnim, czwartym piętrze było porządnie nagrzane, a mnie po przyjeździe nawet nie przyszło do głowy, że powinnam mieć klimatyzację – pootwierałam tylko okna, żeby mieć jako taki ruch powietrza i padłam nieprzytomna. Niestety, temperatura i zegar biologiczny nadal brały górę i wczesnym rankiem otworzyły mi szeroko oczy, chociaż reszta ciała nie była skora do współpracy. Ale wstałam, bo trzeba nakarmić tasiemca. Po tradycyjnych obrządkach pozamykałam okna i równie tradycyjnie opuściłam mieszkanie, udając się w kierunku centrum. Prognoza pogody nie miała litości: 35 stopni.

- Nie spodziewaj się wiele po Skopje – powiedział mój nowy znajomy przewodnik w autobusie.
- Nie spodziewam się – odpowiedziałam z uśmiechem.
O stolicy Macedonii Północnej czytałam co nieco przed wyjazdem i wiedziałam o projekcie Skopje 2014. Rozmawiając z moim nowym towarzyszem podróży, oznaczyłam sobie pinezkami na mapie najważniejsze punkty, z uwzględnieniem kilku jego propozycji. Nie oszukujmy się, to nie mogła być długa lista.
Załącznik:
Balkany 501.jpg

Załącznik:
Balkany 502.jpg

Załącznik:
Balkany 503.jpg

Załącznik:
Balkany 504.jpg

Załącznik:
Balkany 505.jpg

Załącznik:
Balkany 506.jpg

Załącznik:
Balkany 507.jpg

Załącznik:
Balkany 511.jpg

Załącznik:
Balkany 512.jpg

Załącznik:
Balkany 508.jpg

Załącznik:
Balkany 509.jpg

Załącznik:
Balkany 510.jpg


W zasadzie obeszłam wszystko chyba w 2 godziny. Na południe zdecydowałam się wrócić do mieszkania i jednak przeczekać najgorsze (jak rasowy południowiec). Po drodze upolowałam tylko jedzenie w Vero, żeby po południu móc zrealizować drugą część planu.
W mieszkaniu nadal było bardzo ciepło. Moje szare komórki były najwyraźniej solidnie przegrzane, bo nadal nie wpadłam na to, żeby odpalić klimę. W ogóle jej nie zauważałam!
Dopiero jak zjadłam i odpoczęłam, zabrałam się za przeszukanie wszystkich szafek, bo nigdzie na wierzchu nie znalazłam pilota. Klimatyzator był tak żółty ze starości, że w zasadzie nie zdziwiłoby mnie, gdyby nie działał…
Pilot się znalazł, w najdalszej i najbardziej zdezelowanej szafce, jaka była w tym mieszkaniu i zupełnie po drugiej jego stronie, względem usytuowania aparatury. I okazało się, że sprzęt nieźle hula! Przed wyjściem nastawiłam porządne chłodzenie – może dzisiaj będę normalnie spać.

Mieszkanie mam 10 minut od dworca, więc docieram w ekspresowym tempie. Na ławeczce siedzi jeden turysta, zagaduję o bilet na górę Vodno. Mówi, że kupił w aplikacji, albo mogę w tamtej budce tam… Budka nieczynna, żadnej aplikacji ne mam, a tu już idzie kierowca. Zapytałam o bilet - for free. No cóż, mój nowy znajomy przewodnik wytłumaczył mi, jak to działa i że nie jest for free, ale nikt tego nie sprawdzi i turystom się odpuszcza. No ma to sens. ;) Także z czystym sumieniem zasiadam na górnym pokładzie, w końcu to też jest forma zwiedzania kraju. ;)
Wyciąg jeszcze czynny, płacę 100 MKD i wsiadam do wagonika numer 7 – moja ulubiona cyfra. W ostatniej chwili wskakuje jeszcze para Polaków, witają się ze mną po angielsku, odpowiadam tak samo i nie zdradzam się. Prowadzą luźną rozmowę o wrażeniach ze Skopje, nie mam ochoty się wtrącać, ani zagadywać, niech tak zostanie.
A na górze to co zwykle: parę ładnych widoczków i jeden brzydszy na miasto. :) Kilka ścieżek spacerowych i mapa, dokąd mogą zaprowadzić, włącznie z tą najważniejszą i najdłuższą ścieżką do Kanionu Matka.
Załącznik:
Balkany 514.jpg

Załącznik:
Balkany 515.jpg

Załącznik:
Balkany 516.jpg

Załącznik:
Balkany 517.jpg

Załącznik:
Balkany 518.jpg

Załącznik:
Balkany 519.jpg


Później wróciłam do przyjemnie chłodnego mieszkania i przeorganizowałam się na następny dzień.

Dzień 10 – Kanion Matka i Tetovo
Wyjazd z dworca planowo 8:45, po czym mnóstwo czasu stania w korkach, bo na głównej ulicy co chwila światła. Ale zawsze się trzymam tego, że to też forma zwiedzania. Do końcowego przystanku docieramy w niecałą godzinę. Ja natomiast chwilę wcześniej dostaję takiego SMSa: „Dzień dobry, prosimy o spłatę i rozwiązanie umowy kredytu, na którego lub której spłatę udzieliliśmy Ci pożyczki. Jeśli tego nie zrobisz, zgodnie z umową podwyższymy oprocentowanie Twojej pożyczki.”
Zawał serca… Zaraz potem wylew i drugi zawał.
Ale jak to, dlaczego, ile, kiedy, dlaczego, przecież… ale jak… nie mam internetu, jestem poza UE, jak tak dalej pójdzie, to rachunek za telefon będzie wyższy, niż cena lotów. A to miał być taki piękny i spokojny dzień z dala od wszystkiego!... :( Wysyłam SMS do dyrektora banku, z którym robiłam interes i wydaje mi się, że zostawiam go z tematem, sama próbując skupić się na tu i teraz. No ale się nie da! Dlaczego ja?! Dlaczego właśnie teraz?!...

Mijam pierwszą wypożyczalnię kajaków i odrzucam ofertę wycieczki łodzią, chociaż proponują za 200 MKD. Wierzę, że dalej będzie taniej, ale z nerwów wcale nie myślę logicznie i nie docierają do mnie liczby. Dalej jest „taniej” za 500 MDK i „już zaraz wypływamy” działa na mnie jak koło ratunkowe: już zaraz zapomnisz, bo będziesz miała nowe wrażenia. „Już zaraz” się przesunęło o prawie kwadrans, a ja medytowałam przy drewnianym stole nad tym SMSem i w kółko zadawałam sobie te same pytania. W końcu wsiedliśmy do łodzi i zabrali nas w godzinną trasę: 20 minut płyniemy, 20 minut w jaskini, 20 minut na powrót.
Załącznik:
Balkany 520.jpg

Załącznik:
Balkany 521.jpg

Załącznik:
Balkany 522.jpg

Załącznik:
Balkany 523.jpg

Załącznik:
Balkany 524.jpg

Załącznik:
Balkany 525.jpg

Załącznik:
Balkany 526.jpg

Załącznik:
Balkany 527.jpg

Załącznik:
Balkany 528.jpg


Dobra, na jaskinię wystarczyło 5 minut, ale nie będę narzekać. Mam inny palący problem - brak internetu i brak odpowiedzi na mojego SMSa…
Wracamy łodzią, sprawdzam rozkład autobusów i chcę jak najszybciej dostać się z powrotem do mieszkania, złapać internet i wyjaśnić sprawę. Oczywiście nie zdążę na ten o 11:20, pozostaje mi 1,5 godziny czekania. W tym czasie idę kawałek po ścieżce wzdłuż kanionu. Przy jakimś zakręcie jest ławka, więc robię przerwę na kanapkę. Ni stąd, ni zowąd, przychodzi do mnie jakiś mokry pies, mizia mnie pyskiem po ręce, jakby się witał i chciał powiedzieć: „hej, nic Ci nie zrobię”, po czym układa mi się pod stołem. Myślałam, że za chwilę zza zakrętu zobaczę jego właścicieli, ale to był jeden z tych bezpańskich. Niech sobie leży. W końcu słońce zaczęło mi za mocno przygrzewać, więc wstałam i zawróciłam. A pies za mną. Ładny był i miał śliczne oczy, ale nie żebrał, nie zaczepiał, po prostu szedł obok, niczym anioł stróż. Kiedy się zatrzymałam, żeby zrobić zdjęcia, przystawał i czekał. Odprowadził mnie prawie do tej przystani, z której wypływaliśmy. Dalej w stronę przystanki szłam już sama, ale ponieważ ciągle miałam dużo czasu, schowałam się pod drzewami przy rzece.
Autobus nabierał opóźnienia, a niektórzy z oczekujących zaczynali krakać, że autobus nie przyjedzie, bo tak im powiedzieli miejscowy w restauracji (której nie widać z tego miejsca) i taksówkarze, i że ten akurat zawsze wypada z rozkładu. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć i dobrze – autobus przyjeżdża pół godziny po czasie, oczywiście z powodu korków w mieście. Czyli potencjalnie mogłam zdążyć na ten o 11:20, tylko nawet nie spróbowałam… Eh…

Wpadam do mieszkania, wyjaśniam zaszłą sytuację: dyrektor mnie zapewnia, że wszystko sprawdził i to było tylko przypomnienie, że mam spłacić kartę kredytową z innego banku, jako warunek udzielenia kredytu. Nic więcej i że wyłączą monity, bo złożyłam odpowiednie dokumenty. Nic więcej, tylko zwyczajne przypomnienie…
Biorę szybki prysznic, zmieniam ubranie i pędzę znowu na dworzec. Jeśli chcę wejść do malowanego meczetu w Tetovie, lepiej zadbać o to, żeby mnie wpuścili. Idąc za radą mojego nowego znajomego przewodnika, dzisiaj zjem obiadokolację w Tetovie – z jednej strony mieście studenckim, z drugiej żyją w nim ponoć najbogatsi Macedończycy. Ci, którzy mają biznesy w Europie Zachodniej, w tym wiele restauracji. Przewodnik mówił, że jedzenie w Tetovie jest lepsze i tańsze, niż w Skopje.
Autobus do Tetova kosztuje 200 MKD - i już trzeci raz dzisiaj jadę tą samą trasą... :D Jest kilku dostępnych przewoźników, ale tylko jeden z nich (Euro Turist Gostivar) zatrzymuje się i na dworcu, i w centrum (przystanek Likar), ale niestety trafiłam na innego. Ten nawet nie skręca na dworzec, ale wysadza nas przy skrzyżowaniu – co się będzie fatygował.
Zaczynam się już robić głodna, ale wszystko po kolei.
Ulica prowadząca do meczetu powinna nosić nazwę Złota – większość sklepów tutaj wygląda trochę jak witryny w Deirze:
Załącznik:
Balkany 529.jpg


Jednak jakieś 200 metrów przed meczetem słyszę muezina, czyli będzie trzeba trochę poczekać.
Zaskoczyło mnie, że w meczecie byli sami mężczyźni, ani śladu kobiet. Kiedy wyszli, mogłam bez problemu zajrzeć do środka – oczywiście przed wejściem dopilnowano, żebym zdjęła sandały we właściwym miejscu.
Załącznik:
Balkany 530.jpg

Załącznik:
Balkany 531.jpg

Załącznik:
Balkany 532.jpg

Załącznik:
Balkany 533.jpg

Załącznik:
Balkany 534.jpg


Później przyszedł czas na zasłużone jedzenie. Wybrałam restaurację Bocata i skusiłam się na bruschettę, smażonego pstrąga i herbatę miętową – obsługa chyba dla większej ochłody podała ją w cudnym kubku. :D
Załącznik:
Balkany 535.jpg


W drodze do dworca autobusowego minęłam chyba wesołe miasteczko. Z kolei na dworcu chciałam wydać ostatnie macedońskie pieniądze, ale okazało się, że brakuje mi 40 MKD. Zamierzałam zapłacić kartą, ale tu nie ma terminali – tylko gotówka. OK to co teraz? Dobrze się składa, że jeden z autobusów wskazanych na Balkan Viator nie jeździ, bo tym sposobem zyskuję pół godziny. Panie odsyłają mnie do najbliższego bankomatu w Vero, gdzie najmniejszy nominał to 500 MKD, a ja ponoszę kolejne frycowe. W związku z nadmiarem gotówki, trzeba będzie zrobić jakieś zakupy spożywcze, bo jutro rano już wracam do Sofii. Na pocieszenie funduję sobie lody jeszcze na dworcu.

Dzień 11 – powrót do Sofii
Autobus znanego mi już przewoźnika Makedonia Soobrakaj startuje o 7:00. Poszłam zapytać na dworzec, z którego peronu i… kazali mi zapłacić 50 MKD jakiejś opłaty dworcowej tylko za to, że mam bilet internetowy! Wiem, że to nie majątek, ale może trzeba było nie pytać…
Za chwilę przy autobusie pojawia się znajomy kierowca i kiedy mnie zauważa, witamy się prawie jak starzy znajomi, a jego pierwsze słowa to: „Ten autobus jest nowszy! :D A wiesz, że tamten ciągle stoi na warsztacie? Coś poważnego się jednak stało, jest problem z naprawą”.
Droga przebiega nadzwyczaj spokojnie, jest nas chyba ośmioro pasażerów. Po przejechaniu granicy robimy znowu przystanek na toaletę i kawę. Jednak nie na stacji benzynowej, a przy jakimś przydrożnym motelu. Właścicielka kasuje 20 MKD w gotówce za skorzystanie z „dziury w ziemi”. No cóż, wyzerowałam się wczoraj, więc wchodzę bezpardonowo jako pierwsza, pokazując jej, że mam tylko karty w portfelu. Kawy też nie dostanę, więc muszę jakoś przecierpieć.
A jednak za chwilę okazuje się, że dzisiaj chyba cały pech się skończył, bo kierowca przynosi mi mocną czarną kawę – nie wiem, jak się dowiedział, ale uratował mi życie! :) Ruszyliśmy dalej. Za jakiś czas, kiedy pogadał z pasażerami siedzącymi najbliżej, woła mnie do przodu na fotel pilota wycieczek i reszta czasu upływa na rozmowie.
W autobusie jechała też starsza para Holendrów, którzy właśnie zaczynali swojego bałkańskiego tripa. Na dworcu w Sofii nie do końca przypadkiem rzuciłam okiem przez ramię tej pani, kiedy rozmawiali z taksówkarzem o transporcie do hotelu. I wyszło na to, że jedziemy w to samo miejsce. Zapytałam więc grzecznie, czy mogłabym się z nimi zabrać – oczywiście nie było problemów. Nie wzięli ode mnie pieniędzy, a ja mogłam szybko wrócić do cywilizacji. Zameldowanie było możliwe dopiero za godzinę, więc przesiedziałam w recepcji korzystając z dobrodziejstwa wi-fi.
Najgorętszy czas próbowałam przekimać, ale nadal siedziało we mnie za dużo stresu, a w głowie miałam wyścigi Formuły 1, w których brały udział setki scenariuszy, co się stanie dalej w związku z ubezpieczeniem, SMSem z banku, itd. Nie było mi dane pospać, czas leciał, a temperatura nie spadała. Mimo wszystko chciałam coś jeszcze w Sofii zobaczyć, bo na dobrą sprawę miałam jakiś niedosyt. Wygrzebałam się w końcu na mały spacer – i okazało się, że Sofia jednak potrafi pozytywnie zaskoczyć, że nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać. Początek mojego wyjazdu może nie był najlepszy, ale przynajmniej na koniec mam coś fajnego. Pomyślałam, że spróbuję się trzymać cienia i chłodniejszych miejsc i wyszło mi na to, że: nie zajrzałam do św. Aleksandra Newskiego i muszę to nadrobić (w środku za robienie zdjęć trzeba zapłacić, oczywiście tylko gotówka), później do rotundy św. Jerzego, cerkiew św. Niedzieli, a na koniec ruiny przy stacji metra Serdica. Obiadokolacja wypadła mi w Happy po drugiej stronie skrzyżowania i przyznam, że było smacznie.
Załącznik:
Balkany 537.jpg

Załącznik:
Balkany 538.jpg

Załącznik:
Balkany 539.jpg

Załącznik:
Balkany 540.jpg

Załącznik:
Balkany 541.jpg

Załącznik:
Balkany 542.jpg


Bilans zysków i strat
Jutro po śniadaniu spakuję swoje rzeczy, pojadę metrem na lotnisko i wrócę bez przeszkód już do domu. Z jednej strony mogłabym powiedzieć, że to nie był udany wyjazd – na pewno nie odpoczęłam psychicznie, wręcz przeciwnie. Fizycznie też był to o wiele większy wysiłek, niż się spodziewałam i zaczynam odnosić wrażenie, że jednak z wiekiem coraz gorzej znoszę wysokie temperatury (albo to kwestia tego, że jestem w mieście, a nie nad morzem?). Z drugiej strony sporo zobaczyłam, udało mi się dotrzeć do dwóch z trzech najważniejszych miejsc z mojej listy... i nie odniosłam żadnych obrażeń, więc raczej jest się z czego cieszyć. ;) Mimo wszystko mam niedosyt, Siedem Jezior za bardzo mi chyba weszło do głowy i będę chciała powtórzyć wizytę w Sofii. No i nie dotarłam jeszcze nad morze! :) Morze... Może... Może Bałkany mnie nie lubią, ale jeszcze tu wrócę!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
Yaneck uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 24 Cze 2024 10:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Sie 2012
Posty: 4658
Loty: 650
Kilometry: 816 083
HON fly4free
Wielkie Tarnowo mogę darować, to w sumie bardziej urbex, ale pisanie że Skopje jest nieciekawe i niezobaczenie niczego z tego co jest w tym mieście wyjątkowe to już nie żal tylko zbrodnia.

Otóż projekt Skopje 2014 to jest taki styropianowy żart historii, bowiem miasto przeżyło transformację znacznie wcześniej po trzęsieniu ziemi. Co więcej w odbudowie uczestniczyli znaczący architekci włączając to polskie tygrysy - tu projekt został zrealizowany oraz koncepcję zabudowy centrum tylko w nieiwlkim stopniu, autorstwa pracowni Kenzo Tange.

Mimo to efekt jest unikalny i spektakularny, a centralnie zlokalizowane budynki poczty - cęściowo spalony czy kampus uniwersytetu Cyryla i Metodego robią wrażenie nawet na kompletnych laikach nie czujących architektury

Nie będę wrzucał swoich zdjęć, ale oferuję link do artykułu

https://architizer.com/blog/inspiration ... arthquake/
Góra
 Relacje PM off
karuzelaa lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 24 Cze 2024 10:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Wiadomo ze to nie dyskusja komu się co podoba, ale ja się zgadzam z tym, ze pisanie o Skopje ze jest nudne to nadużycie.
Byłem dwa tygodnie temu. Jak dla mnie na serio fajne. Co więcej, chętnie tam wrócę na jakiś weekend ze znajomymi.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 8 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group