Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 15 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 26 Paź 2019 22:50 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
Cześć,
To moja pierwsza relacja tutaj. Wiem, że tego typu tematów było sporo, bo zachodnie wybrzeże USA jest dość popularne, do tego moja podróż odbyła się już jakiś czas temu (kwiecień/maj 2017), mimo to spróbuję.
Może kogoś zainspiruję, a może po prostu spodobają się Wam nasze zdjęcia. To była nasza trzecia podróż do USA (wcześniej 2x NYC). A po niej były jeszcze dwie: Miami -> Chicago we wrześniu 2018 i ponownie NYC w maju br. (2019).

Sam pomysł wyjazdu chodził już za mną dawno, ale decyzja zapadła jakoś w październiku 2016 i od tego czasu zaczęły się intensywne przygotowania. Założyliśmy sobie, że jedziemy bez dzieci i chcemy maksymalnie wykorzystać ten czas, więc cała trasa została zaplanowana jeszcze w Warszawie, od razu rezerwowaliśmy też noclegi (wszystko przez Booking) i samochód (tu akurat wybrałem SIXT, bo miał dobrą cenę).
Bilety do Los Angeles kupiliśmy za pośrednictwem Gotogate, w Iberii (ale loty obsługiwane przez Biritish Airways/American Airlines), z przesiadką w Londynie. Było to jeszcze przed tym, jak LOT ogłosił bezpośrednie loty do LA Dreamlinerem.

Po wielu godzinach w necie, na forach i google maps, planowania na kartce i w Excelu, powstał plan, który wyglądał tak:

Dzień 0: WAW -> LHR -> LAX, a potem LA -> Riverside, AZ
Dzień 1: Joshua Tree NP, Pustynia Mohave
Dzień 2: Needles -> Oatman -> Flagstaff, czyli Route 66
Dzień 3: Grand Canyon (South Rim)
Dzień 4: Sedona (w tym Devil’s Bridge)
Dzień 5: Flagstaff -> Kayenta (przez Canyon de Chelly, krainę Indian Navajo)
Dzień 6: Kayenta, AZ -> Moab, UT (przez Monument Valley i oczywiście Forrest Gump Point)
Dzień 7: Arches NP
Dzień 8: Moab -> Kanab (przez malowniczą UT-12 i Bryce Canyon)
Dzień 9: Lower Antelope Canyon, Horseshoe Bend, Navajo Bridge
Dzień 10 (i to był chyba najlepszy dzień całego wyjazdu): Grand Staircase-Escalante National Monument (South Coyotes Buttes i White Pocket)
Dzień 11: Kanab, UT -> Las Vegas, NV
Dzień 12: Las Vegas -> Bishop, CA (przez Death Valley)
Dzień 13: Bishop -> San Francisco
Dzień 14: SF
Dzień 15: SF -> Ventura
Dzień 16: Ventura -> LA
Dzień 17: LA i wylot do WAW

I praktycznie cały został zrealizowany (o tym później), przejechaliśmy dokładnie 6.099km. Ale po kolei:

DZIEŃ 0
Wystartowaliśmy w Wielką Sobotę, 15 kwietnia. Lot był długi, męczący, z przesiadką w Londynie. Z Londynu lecieliśmy dwupokładowym Airbusem A380. W LA wylądowaliśmy o 19:20, jeszcze tylko krótka pogawędka z oficerem imigracyjnym (miły, ale jednak dociekliwy) i shuttle busem SIXTa z lotniska do wypożyczalni.
Dużo wcześniej (w listopadzie) zarezerwowałem i zapłaciłem za małego SUVa (na ich liście były Toyota RAV4, Hyundai Tuscon lub podobne), ale na miejscu okazało się że akurat nic z tej grupy nie ma. Zaproponowano nam dużego VANa (odmówiłem, przecież nie będę jeździł autobusem...), i chyba ze zmęczenia, daliśmy się namówić na Audi A3. Ale po podpisaniu kwitów, odebraniu kluczyków, poszliśmy do tego samochodu i mimo że był nawet fajny, wróciłem do biura i powiedziałem że skoro zapłaciłem za SUVa, to chcę jednak SUVa
I to był chyba największy fuks wyjazdu, bo po chwili miałem w ręku kluczyki do pięknego, białego Volvo XC60 T5 Fura była w pełni wyposażona (skóra, panoramiczny szyber, nawigacja, 8-biegowy automat, czujniki parkowania, kamera cofania, ksenony, 20-calowe felgi, no bajka...). Do tego w środku dosłownie pachniała nowością, bo na liczniku było tylko 7 tys.km.
Zapakowaliśmy się więc do niego (oczywiście z wielką niechęcią, bo przecież miała być Toyota ) i pojechaliśmy jakieś 100km na wschód do miejscowości Riverside, gdzie mieliśmy pierwszy motel. Wieczorem jeszcze szybka kolacja w najbliższej sieciówce serwującej pancakes (i pierwsze zetknięcie z rozmiarem ichniejszych porcji...) i do spania.
Załącznik:
00_01.JPG

Załącznik:
00_02.JPG

Załącznik:
00_03.JPG


DZIEŃ 1
Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy Park Narodowy Joshua Tree i Pustynię Mohave. I o ile ten pierwszy jest bardzo różnorodny (charakterystyczne drzewa, kaktusy, różne formacje skalne; wg Mormonów Bóg objawił się Jozue w postaci płonącego drzewa, właśnie takiego jak występuje na kalifornijskiej pustyni - stąd nazwa Joshua Tree), o tyle pustynia Mojave nas nie porwała - po 40km monotonnej jazdy zawróciliśmy i pojechaliśmy do Needles.
Załącznik:
01_01.jpg

Załącznik:
01_02.jpg

Załącznik:
01_03.jpg

Załącznik:
01_04.jpg

Załącznik:
01_05.jpg

Załącznik:
01_06.jpg

Załącznik:
01_07.jpg

Załącznik:
01_08.jpg

Załącznik:
01_09.jpg

Keys View
Załącznik:
01_10.jpg

Załącznik:
01_11.jpg

Załącznik:
01_12.jpg

Załącznik:
01_13.jpg

Załącznik:
01_14.jpg

Załącznik:
01_15.JPG


DZIEŃ 2
Kolejny dzień to Route 66 - Droga Matka - międzystanowa droga do marzeń. Otwarta w 1926 r. wiodła fale emigrantów z nędzy środkowych stanów na wschód do fabryk Chicago lub zachód do szalonego Los Angeles. Wokół niej w latach 30. i potem po wojnie w 50. kwitło życie, usługi i handel. Wszystko skończyło się, kiedy w 1985 Route 66 została skreślona z listy autostrad krajowych, gdyż nie spełniała standardów dróg miedzystanowych... Razem z nią umarło wiele miasteczek. Dziś straszą puste motele, stacje benzynowe i bary.
Po drodze stare, górnicze, obecnie nieco wymarłe, miasteczko Oatman. Powstałe ok 1906 r., za czasów świetności liczyło 10 tys. mieszkańców (dziś niewiele ponad 100), przybyłych tu wydobywać złoto. Kopalnie Oatman były jednymi z najbogatszych w zachodnich stanach. Robotnicy przywieźli ze sobą osły, które gdy przestały być potrzebne puścili wolno. Dziś osły żyją dziko na wzgórzach, ale w dzień wałęsają się po ulicy licząc na pożywienie.
Załącznik:
02_01.jpg

Załącznik:
02_02.jpg

Załącznik:
02_03.jpg

Załącznik:
02_04.jpg

Załącznik:
02_05.jpg

Załącznik:
02_06.jpg

Załącznik:
02_07.jpg

Załącznik:
02_08.jpg

Załącznik:
02_09.jpg

Załącznik:
02_10.jpg

Załącznik:
02_11.jpg

Załącznik:
02_12.jpg

Załącznik:
02_13.jpg

Załącznik:
02_14.jpg

Załącznik:
02_15.jpg

Załącznik:
02_16.jpg

Załącznik:
02_17.jpg

Załącznik:
02_18.jpg

Załącznik:
02_19.jpg

Załącznik:
02_20.jpg

Załącznik:
02_21.jpg

Załącznik:
02_22.jpg

Załącznik:
02_23.jpg

Załącznik:
02_24.jpg

Załącznik:
02_25.jpg

Załącznik:
02_26.jpg

Załącznik:
02_27.jpg

Załącznik:
02_28.jpg

Załącznik:
02_29.jpg

Załącznik:
02_30.jpg

Załącznik:
02_31.jpg

Załącznik:
02_32.jpg

Załącznik:
02_33.jpg

Załącznik:
02_34.jpg

Załącznik:
02_35.jpg

Załącznik:
02_36.jpg

Załącznik:
02_37.jpg

Załącznik:
02_38.jpg

Załącznik:
02_39.jpg

Załącznik:
02_40.jpg


DZIEŃ 3
Dzień 3 w całości przeznaczyliśmy na Wielki Kanion od strony południowej (South Rim). Od tej strony ogląda go podobno 90% wszystkich odwiedzających.
Z Flagstaff wyjechaliśmy dość wcześnie rano, mimo to na bramkach były już spore kolejki. A przed parkingami wielkie tablice ostrzegawcze, żeby jechać dalej, szukać innego parkingu bo już nie ma miejsc.
Oczywiście je zignorowaliśmy i jak się okazało, całkiem słusznie, bo spokojnie można było znaleźć miejsce (Amerykanie są po tym względem dość ostrożni i robią wszystko żeby się nie stresować szukaniem miejsca, więc dość wcześnie stawiają tego typu ostrzeżenia – „po polsku” oznacza to tylko tyle, żeby śmiało jechać i się nie przejmować, bo na pewno jest jeszcze kupa miejsc).
Sam Kanion jest gigantyczny i żadne zdjęcia tego nie oddadzą. No ale... (zawsze jest jakieś ale) jak już się odwrócisz od tej wielkiej dziury w ziemi, to czujesz się jak na Krupówkach... Niestety. Tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. Straszny odpust.
Z Grand Canyon Visitor Center można wybrać się na dłuższy spacer wzdłuż kanionu, do bardziej oddalonych punktów widokowych kursuje bezpłatny shuttle bus.
Załącznik:
03_01.JPG

Załącznik:
03_12.JPG

Załącznik:
03_02.JPG

Załącznik:
03_03.JPG

Załącznik:
03_04.JPG

Załącznik:
03_05.JPG

Załącznik:
03_06.JPG

Załącznik:
03_07.JPG

Załącznik:
03_08.JPG

Załącznik:
03_09.JPG

Załącznik:
03_10.JPG

Załącznik:
03_11.JPG


DZIEŃ 4
Z samego rana pojechaliśmy z Flagstaff do Sedony. To przepiękne miasteczko, fantastycznie położone, otoczone górami (Red Rocks). Jak głoszą plotki, jest to też ulubione miejsce wielu amerykańskich celebrytów, którzy mają tam swoje posiadłości.
Zrobiliśmy sobie mały 'hiking' na formację skalną zwaną 'Devil’s Bridge' (ciekawy twór, ale nie polecam dla osób mających lęk wysokości).
W samej Sedonie trafiliśmy też do wspaniałej meksykańskiej knajpki, która z zewnątrz wyglądała niepozornie, ale kompletnie zaskoczyła nas swoimi potrawami.
No a na koniec dnia kiczowaty zachód słońca nad miastem, wraz z kilkoma setkami innych turystów
Załącznik:
04_01.jpg

Załącznik:
04_02.jpg

Załącznik:
04_03.jpg

Załącznik:
04_04.jpg

Załącznik:
04_05.jpg

Załącznik:
04_07.jpg

Załącznik:
04_08.jpg

Załącznik:
04_09.jpg


DZIEŃ 5
Kolejne kilometry po Arizonie - wyjątkowo biednie, ludzie mieszkają tu na środku niczego w jakichś rozwalających się barakach, albo przyczepach. Na podwórkach i drogach same pickupy. Przeczytałem, że najlepiej sprzedającym się samochodem w USA jest Ford serii F, i tutaj to widać... Jest wszędzie, również w popularnej wersji Heavy Duty i z silnikami 5.7, 6.2 i 6.7...

Wjeżdżamy na terytorium Indian Navaho i odwiedzamy Kanion de Chelly (prawidłowa wymowa to 'de szej'). Przepiękny.
Jest zupełnie inny niż Grand Canyon... Nie taki monumentalny, nie przytłaczający... Kameralny, cichy a jednak pełen życia. Do tego zielony na dole. Całym terenem władają Nawahowie (Navajo), największe plemię indiańskie Ameryki północnej. To historycznie ich kraina, ale i dziś poza turystami prawie nie ma tu białych. W dole kanionu do dziś mają domy i wypasają bydło i konie. Kanion można objechać i oglądać z góry, ale można też zejść do środka w jednym z punktów. Naprawdę robi duże wrażenie.

Na nocleg dojeżdżamy do Kayenty - i tam duże zaskoczenie - Indianie nie sprzedają alkoholu, nigdzie. Stacje, sklepy, restauracje - nie ma. 'No beer in town', słyszę. I po ciężkim, gorącym dniu, marzenie o zimnym browarku niestety zostaje niespełnione :)
Załącznik:
05_01.jpg

Załącznik:
05_02.jpg

Załącznik:
05_03.jpg

Załącznik:
05_04.jpg

Załącznik:
05_05.jpg

Załącznik:
05_06.jpg

Załącznik:
05_07.jpg

Załącznik:
05_08.jpg

Załącznik:
05_09.jpg

Załącznik:
05_10.jpg

Załącznik:
05_11.jpg

Załącznik:
05_12.jpg

Załącznik:
05_13.jpg

Załącznik:
05_14.jpg

Załącznik:
05_15.jpg


DZIEŃ 6
Kolejny dzień zaczęliśmy od śniadania z maszyny do wypieku pancakes ('Just press OK') i udaliśmy się w kierunku Utah.
Po drodze znana chyba wszystkim z filmów Monument Valley. W całości na ziemi Indian Navajo. Teren zwiedza się samochodem, po uiszczeniu odpowiedniej opłaty (nie działa tu Annual Pass), jest przygotowana 17-milowa pętla widokowa. W ogóle większość parków narodowych zwiedza się samochodem podjeżdżając pod kolejne punkty. Z bardzo prostego powodu - parki są po prostu gigantyczne i nie ma innej możliwości.
Tuż za doliną obowiązkowy przystanek na Forrest Gump Point (na pewno pamiętacie ten kadr), a na koniec jeszcze śmieszna piramidka z kamieni, którą ktoś kiedyś nazwał Mexican Hat.

Kolejny przystanek - Moab
Załącznik:
06_00.jpg

Załącznik:
06_01.jpg

Załącznik:
06_02.jpg

Od lewej: West Mitten Bute, East Mitten Bute i Merrick Bute
Załącznik:
06_03.jpg

Załącznik:
06_04.jpg

Załącznik:
06_05.jpg

Załącznik:
06_06.jpg

Załącznik:
06_07.jpg

Załącznik:
06_08.jpg

Załącznik:
06_09.jpg

Załącznik:
06_10.jpg

Załącznik:
06_11.jpg

Załącznik:
06_12.jpg

Załącznik:
06_13.jpg

Załącznik:
06_14.jpg

Mexican Hat
Załącznik:
06_15.jpg

Załącznik:
06_17.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez Godlik 28 Paź 2019 21:33, edytowano w sumie 17 razy
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
Ruben$ uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 27 Paź 2019 21:46 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
DZIEŃ 7

Moab jest mekką off-roadowców i jest ich tutaj pełno. Wokół miejscowości są specjalne oznakowane trasy, na których mogą się wyszaleć. Kupujesz całodniowy bilet wstępu i jazda. Liczba samochodów terenowych jaka tu jeździ jest imponująca. Większość z nich nie ma nic wspólnego z serią, są mocno poprzerabiane. Żadne popierdółkowate SUVy. Króluje oczywiście Jeep Wrangler. A jeżeli ktoś nie ma swojego, a chciałby spróbować off-roadu, ma do wyboru do koloru wypożyczalni, z kierowcą (w formie wycieczki) lub bez. Do tego quady, motocykle i rowery za grubą kasę - Specialized, Kona, inne marki których nie znam, ale wyglądające drogo... - większość nie przypięta wcale, lub tylko jakąś cienką linką... Nie do pomyślenia u nas.
Generalnie Moab to kompletne przeciwieństwo miasteczek w biednej Arizonie. Tu się odpoczywa 'na bogato', z odpowiednio drogimi zabawkami.

W okolicy zakole Colorado i Dead Horse Point oraz jeden z symboli Utah, czyli 'uki' (łuki), które można obejrzeć w Arches National Park.

W Moab jedliśmy też jedne z najlepszych śniadań – w Jailhouse Cafe, polecam.

Załącznik:
01.JPG

Załącznik:
02.JPG

Załącznik:
03.JPG

Załącznik:
04.JPG

Załącznik:
05.JPG

Załącznik:
06.JPG

Balanced Rock
Załącznik:
07.JPG

South Window
Załącznik:
08.JPG

Załącznik:
09.JPG

Załącznik:
10.JPG

Załącznik:
11.JPG

Chyba najsłynniejszy, Delicate Arch. Niestety tylko w punktu widokowego, nie mieliśmy czasu żeby tam podejść (trasa to ok. 5km w obie strony)
Załącznik:
12.JPG

Załącznik:
13.JPG

Załącznik:
14.JPG

Skyline Arch
Załącznik:
15.JPG

Załącznik:
16.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 28 Paź 2019 21:57 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
DZIEŃ 8

Moab był najbardziej wysuniętym na wschód punktem naszej wycieczki. Już tylko kawałek do granicy z Utah z Kolorado. Co ciekawe, przypadkiem wyczytałem w warunkach wypożyczenia samochodu (SIXT), że mogę się nim poruszać tylko po Kalifornii, Arizonie, Utah i Nevadzie. Gdybym chciał przejechać dalej, za każdą milę skasowaliby mnie na 0,5$.

Z Moab udaliśmy się do Kanab. Zajęło nam to praktycznie cały dzień, ale ta trasa była wyjątkowo malownicza. Po drodze minęliśmy Capitol Reef National Park, a potem skręciliśmy w UT-12, gdzie wspięliśmy się na 3 tys. mnpm. I tu zaskoczenie, bo było jeszcze sporo śniegu (23 kwietnia).

A na koniec Bryce Canyon. Nie-sa-mo-wi-ty. Tu nie ma co pisać, to trzeba zobaczyć (choćby na zdjęciach).

Na jednym ze zdjęć jest Jeep holowany przez autobus. To bardzo częsty widok na ichniejszych autostradach - osobówki, SUVy, małe terenówki na sztywnym holu za autobusami, kamperami i większymi pickupami (oczywiście w tym drugim samochodzie nie ma kierowcy)
Załącznik:
08_01.JPG

Załącznik:
08_02.JPG

Załącznik:
08_03.JPG

Załącznik:
08_04.JPG

Załącznik:
08_05.JPG

Załącznik:
08_06.JPG

Załącznik:
08_07.JPG

Załącznik:
08_08.JPG

Załącznik:
08_09.JPG

Załącznik:
08_10.JPG

Załącznik:
08_11.JPG

Załącznik:
08_12.JPG

Załącznik:
08_13.JPG

Załącznik:
08_14.JPG

Załącznik:
08_15.JPG

Załącznik:
08_16.JPG

Załącznik:
08_17.JPG

Załącznik:
08_18.JPG

Załącznik:
08_19.JPG

Załącznik:
08_20.JPG

Załącznik:
08_21.JPG


DZIEŃ 9

W Kanab tuż obok naszego motelu znajdował się sklep z bronią. Zwykły, niepozorny, tuż obok innych z pamiątkami, magnesami i innym chińskim badziewiem (na nie-chińskim są zawsze nalepki w stylu 'proudly made in USA'). W środku do wyboru-do koloru. Broń długa, krótka, wszystko na wyciągnięcie ręki. A naboje normalnie jak u nas czekolada na półce w markecie. Niestety nie miałem okazji dokładnie pomacać, bo raz że nam się śpieszyło, a dwa że właściciel ze znudzoną miną jak sam przyznał 'ciągle słyszy od Europejczyków, że u nich takich sklepów nie ma'. No nic, pojechaliśmy dalej. W ogóle takich sklepów jest tam sporo, często są myśliwsko-rusznikarsko-wędkarskie. Kilkukrotnie widziałem też ludzi na ulicy z bronią 'dyskretnie' schowaną za paskiem.

W okolicy miejscowości Page (kawałek od Kanab, ale znowu trzeba wjechać do Arizony co oznacza zmianę czasu - popieprzone to nieco i można się pogubić, zwłaszcza że granica na mapie biegnie poziomo...) znajdują się dwa kaniony - Lower i Upper Antelope Canyon. My zwiedzaliśmy Lower. Z zewnątrz jest to niepozorna szczelina tuż przy szosie (sam parking jest większy...), tuż za plecami jest gigantyczna elektrownia, ale jak już się wejdzie na dół po długich stalowych drabinach... Bajka. Te kolory i kształty... Całość powstała w wyniku erozji piaskowca poprzez tzw. powodzie błyskawiczne (flash flood) - woda nie wsiąka, tylko ucieka tam gdzie znajdzie ujście, czyli do kanionu i sieje spustoszenie. BTW, w 2011 w ten sposób zginęło 11 turystów. Drewniane drabiny się urwały i się utopili... Teraz są solidne, metalowe...
Niestety ogólne wrażenie psuje to, że całość leży na terenie Indian Navajo i jest po prostu maszynką do robienia kasy. 30$ od łebka, wycieczki startują co 15 minut, tylko z przewodnikiem, który przegania ekipę przez kanion jak bydło. Cała wycieczka to raptem 45 minut. Nie można mieć statywu (tylko na specjalnych wycieczkach foto za 150$ od osoby) ani kamer. Byle szybciej. Mimo trudnych warunków oświetleniowych kilka fotek udało się strzelić.

W Page:
- szybka wizyta w Walmarcie,
- kilka fotek przed salonem Forda - nikt się tam nie bawi w osobówki, są gdzieś pochowane w kącie - główny asortyment to Fordy F, fajnie to wygląda,
- amerykański szczyt lenistwa czyli fast-food bez wysiadania z samochodu z kilkunastoma stanowiskami i kolesiem który przywozi zamówienie do samochodu na rolkach,
- praktyczne amerykańskie podejście do wiary, czyli wszystkie możliwe kościoły wzdłuż jednej ulicy...

Kolejne atrakcje to Horseshoe Bend i Navajo Bridge - most, a właściwie dwa mosty, pierwszy z 1927, drugi - mocniejszy z 1995. Na samym moście nie lada gratka, bo gromadka Kondorów Kalifornijskich. Na początku lat 90. był to gatunek zagrożony wyginięciem, na wolności żyło ich tylko osiem! (łącznie tylko 30). Tu było ich z 6 czy 7 (wg wiki na wolności żyje ich 150).

Wracając do Kanab próbowaliśmy jeszcze zwiedzić północną krawędź (North Rim) Wielkiego Kanionu - miejsce o tyle fajne, że mniej skomercjalizowane niż południowa krawędź - podobno dociera tu tylko 10% zwiedzających kanion turystów. W linii prostej wierzchołki dzieli niewiele, ale samochodem trzeba dymać naokoło jakieś 300km. Krawędź północna jest wyżej niż południowa i dłużej trwa tam zima. Wiedzieliśmy, że oficjalnie otwierają 15. maja, ale myśleliśmy że zrobimy to 'po polsku' - a nóż-widelec jakoś się wślizgniemy. Niestety droga była faktycznie zamknięta… 😉
Załącznik:
09_01.jpg

Załącznik:
09_02.jpg

Załącznik:
09_03.jpg

Załącznik:
09_04.jpg

Załącznik:
09_05.jpg

Załącznik:
09_06.jpg

Załącznik:
09_07.jpg

Załącznik:
09_08.jpg

Załącznik:
09_09.jpg

Załącznik:
09_10.jpg

Załącznik:
09_11.jpg

Załącznik:
09_12.jpg

Załącznik:
09_13.jpg

Załącznik:
09_14.jpg

Załącznik:
09_15.jpg

Załącznik:
09_16.jpg

Załącznik:
09_17.jpg

Załącznik:
09_18.jpg

Załącznik:
09_19.jpg

Załącznik:
09_20.jpg

Załącznik:
09_21.jpg

Załącznik:
09_22.jpg

Załącznik:
09_23.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
przemos74 uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 29 Paź 2019 20:09 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
DZIEŃ 10 – moim zdaniem najlepsza atrakcja całego wyjazdu i chyba najładniejsze miejsce w Arizonie (z tych, które widzieliśmy 😉)

Paria-Canyon-Vermilion Cliffs. Tak nazywa się obszar, którego część (całość to ponad 450 km kw.) mieliśmy okazję zobaczyć. I szczęście, bo to wbrew pozorom nie jest takie proste. Najsłynniejszą częścią jest North Coyotes Buttes, czyli tzw. The Wave (jeśli jeszcze nie znacie, wpiszcie sobie w google to zobaczycie o co chodzi). Żeby móc tam wjechać, trzeba dostać specjalne pozwolenie. Pozwolenia przyznawane są (uwaga!) na zasadzie loterii, na którą cztery miesiące wcześniej trzeba zapisać się przez Internet. Szansę ma 10 (tak, dziesięć) osób dziennie, bo taki jest limit (dodatkowe 10 można chyba losować jakoś na miejscu, łączny limit to 20 osób dziennie). Nam się oczywiście nie udało...

Tuż obok znajduje się South Coyotes Buttes, gdzie już nie ma loterii, ale decyduje zasada kto pierwszy, ten lepszy. Limit to 20 miejsc dziennie. Zgłoszenia przyjmowane są z 4-miesięcznym wyprzedzeniem. Więc wyglądało to tak, że 1 stycznia 2017 o godz. 17 czatowałem przed komputerem, żeby upolować 2 miejsca na kwiecień. Udało się, a ok. 17:30 miejsc na ten miesiąc już nie było.

Tym razem postanowiliśmy skorzystać z usług profesjonalistów i wykupiliśmy całodniową wycieczkę z transportem i przewodnikiem. Oprócz South Coyotes Buttes mieliśmy obejrzeć też obszar zwany White Pocket (tam już nie trzeba mieć żadnych pozwoleń).

Dzień przed zaplanowaną wycieczka odebraliśmy pozwolenie, a następnego dnia rano przyjechał po nas Ron, który okazał się bardzo sympatycznym gościem i który miał niesamowitą wiedzę na temat tego obszaru, jego historii, geologii, itd.
Do tego mieliśmy fuksa, bo nikt inny tego dnia nie wykupił tej samej wycieczki, więc byliśmy sami.
Pierwszą połowę dnia spędziliśmy w South Coyote Buttes, później nasz przewodnik wyczarował lancz w bagażniku swojego Suburbana i pojechaliśmy do White Pocket. Dużo jeżdżenia, ale też sporo łażenia.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że to chyba najładniejsze i najbardziej niedostępne miejsce jakie widzieliśmy podczas całej wyprawy do USA. Warte było każdego wydanego dolara. I dobrze, że skorzystaliśmy z usług profesjonalistów, bo żeby tam dojechać trzeba mieć naprawdę porządną terenówkę i niezłe umiejętności, bo większość dróg to głęboki piach. Do tego dobrą orientację w terenie i jakieś urządzenie satelitarne do wzywania pomocy. Zasięgu sieci komórkowych (jak i wody) nie ma... A przypominam, że to jakieś 500km kw...

PS. Nasz przewodnik powiedział nam, że słynne 'The Wave' jest kompletnie przereklamowane (podobno to Niemcy zapewnili mu taką sławę) i to naprawdę tylko jeden niewielki kawałek gdzie powstają te piękne foty widoczne potem w necie. A tam gdzie my byliśmy (czyli część południowa), jest o wiele ciekawiej, ładniej, no i sam obszar jest większy.
Załącznik:
10_01.JPG

Załącznik:
10_02.JPG

Załącznik:
10_03.JPG

Załącznik:
10_04.JPG

Załącznik:
10_05.JPG

Załącznik:
10_06.JPG

Załącznik:
10_07.JPG

Załącznik:
10_08.JPG

Załącznik:
10_09.JPG

Załącznik:
10_10.JPG

Załącznik:
10_11.JPG

Załącznik:
10_12.JPG

Załącznik:
10_13.JPG

Załącznik:
10_14.JPG

Załącznik:
10_15.JPG

Załącznik:
10_16.JPG

Załącznik:
10_17.JPG

Załącznik:
10_17a.JPG

Załącznik:
10_18.JPG

Załącznik:
10_19.JPG

Załącznik:
10_20.JPG

Załącznik:
10_20.JPG

Załącznik:
10_21.JPG

Załącznik:
10_22.JPG

Załącznik:
10_23.JPG

Załącznik:
10_24.JPG

Załącznik:
10_25.JPG

Załącznik:
10_26.JPG

Załącznik:
10_27.JPG

Załącznik:
10_28.JPG

Załącznik:
10_29.JPG

Załącznik:
10_30.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 29 Paź 2019 21:48 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
DZIEŃ 11

Podróż z Kanab do Las Vegas. Czyli z 1,5 tys. mnpm, poprzez niemal 3 tys. mnpm (4 stopnie i śnieg, dużo śniegu...) do 500 mnpm i 32 stopni Celsjusza. A wszystko w zaledwie kilka godzin...
Naszym założeniem było znaleźć najbardziej kiczowaty hotel w LV i chyba się udało, wybraliśmy Excalibur. A samo miasto? A właściwie nawet nie miasto, bo to tylko jedna główna ulica - no cóż, ja bym dłużej niż jedną noc tam nie wytrzymał. Idealne miejsce na wieczory kawalerskie/panieńskie, wyjazdy integracyjne, itp. Czyli jedna wielka impreza. I morze alkoholu, sprzedawanego wszędzie, i który można pić też wszędzie i nikt nie robi z tego powodu żadnych problemów. Do tego wszechobecne, wielkie kasyna (ci ludzie, którzy tam siedzą do białego rana naprawdę mają obsesję na punkcie hazardu w każdej możliwej postaci). A przy okazji można wziąć ślub... Na lewo od Pizza Hut...

Główna ulica jest tak skonstruowana, że idąc nie da się nie ominąć kasyn i centrów handlowych. Wszystko po to, żeby turyści wydali jak najwięcej $$$. A jest ich tu naprawdę sporo. Zameldowani w gigantycznych hotelach, w których przy wejściu rozdają ich mapy, żeby się przypadkiem nie zgubić.

Ale muszę przyznać, że jest niezwykle czysto i spokojnie. Do tego wszechobecna muzyka - idąc główną ulicą w pewnym momencie złapałem się na tym, że muzyka 'podąża' za nami. Jak się okazało wszędzie w pięknie zadbanych trawnikach i klombach są poukrywane głośniki
Załącznik:
11_01.JPG

Załącznik:
11_02.JPG

Załącznik:
11_03.JPG

Załącznik:
11_04.JPG

Załącznik:
11_05.JPG

Załącznik:
11_06.JPG

Załącznik:
11_07.JPG

Załącznik:
11_08.JPG

Załącznik:
11_09.JPG

Załącznik:
11_10.JPG

Załącznik:
11_11.JPG

Załącznik:
11_12.JPG

Załącznik:
11_13.JPG

Załącznik:
11_14.JPG

Załącznik:
11_15.JPG

Załącznik:
11_16.JPG

Załącznik:
11_17.JPG

Załącznik:
11_18.JPG

Załącznik:
11_19.JPG

Załącznik:
11_20.JPG

Załącznik:
11_21.JPG

Załącznik:
11_22.JPG

Załącznik:
11_23.JPG

Załącznik:
11_24.JPG

Załącznik:
11_25.JPG

Załącznik:
11_26.JPG

Załącznik:
11_27.JPG

Załącznik:
11_28.JPG

Załącznik:
11_29.JPG

Załącznik:
11_29.JPG

Załącznik:
11_30.JPG

Załącznik:
11_31.JPG

Załącznik:
11_32.JPG

Załącznik:
11_33.JPG

Załącznik:
11_34.JPG

Załącznik:
11_35.JPG

Załącznik:
11_36.JPG

Załącznik:
11_37.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 29 Paź 2019 23:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 4859
HON fly4free
Nigdy bym się nie spodziewał, że Andy Warhol tak się dobrze zgra z Biedrą :D
Choć na gondoli wyglądałoby to jeszcze lepiej.
Świetna relacja! Mogę zapytać (bo albo nie ma o tym mowy, albo ślepy już całkiem jestem), w jakim miesiącu tam byliście?

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 29 Paź 2019 23:20 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
tropikey napisał(a):
Nigdy bym się nie spodziewał, że Andy Warhol tak się dobrze zgra z Biedrą :D
Choć na gondoli wyglądałoby to jeszcze lepiej.
Świetna relacja! Mogę zapytać (bo albo nie ma o tym mowy, albo ślepy już całkiem jestem), w jakim miesiącu tam byliście?

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Dziękuję.
Kwiecień/Maj (dokładnie: 15/04 - 2/05)

Wysłane z mojego SM-G930F przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 31 Paź 2019 00:27 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
DZIEŃ 12

Wjeżdżamy z powrotem do Kalifornii i kierujemy się do Doliny Śmierci. Pierwszy przystanek na Death Valley Junction jest tak niesamowity, że do dzisiaj nie mogę uwierzyć. Posłużę się tu cytatem mojej żony z naszej strony na FB:
"Amargosa Opera House, to chyba jedno z bardziej odjechanych miejsc, jakie widzieliśmy. Na kompletnym pustkowiu, niedaleko Doliny Śmierci w Death Valley Junction, gwiazda Broadwayu lat 60., Marta Becket, zamarzyła o własnej scenie operowej. Zostawiła Nowy Jork i w opuszczonych budynkach po dawnej społeczności pracującej w kopalniach otworzyła Teatr. Ponieważ liczba mieszkańców w tym czasie wynosiła 10 (dziś 6), nie miała za bardzo dla kogo występować... Namalowała wiec własnoręcznie na ścianach murale przedstawiające widownię i przez kolejne lata sama przygotowywała pełne spektakle z próbami, muzyką, scenografią i kostiumami dla nieistniejącej publiczności...
Pewnego dnia podczas spektaklu przy pustej scenie została odkryta przez dziennikarza National Geographic, dzięki któremu zyskała ponownie światowy rozgłos.
Zmarła w styczniu tego roku (kiedy tam byliśmy, był 2017) w wieku 92 lat. Ważne są marzenia, nie widownia."
A samo miejsce jest tu, pośrodku niczego...
https://goo.gl/maps/9MzEeoThrcE2

Kolejne przystanki to: Dante's View, Devils Golf Course no i Badwater...
Badwater to najgorętsze miejsce nie tylko w Ameryce. W 1913 r. padł tu rekord temperatury +57,7 stopni Celsjusza i obowiązuje do dziś. Średnie temperatury w lecie to 46 stopni. Termometr w naszym samochodzie zanotował +44 stopnie (dzień wcześniej w Utah było +6...). Badwater to pozostałości słonego jeziora w Dolinie Śmierci, a parująca cały czas sól krystalizuje się na powierzchni tworząc rozległe białe przestrzenie albo fantazyjne kształty, jak w obszarze zwanym Devils Golf Course. Badwater to też najniżej położone miejsce w Ameryce północnej - znajduje się 85,5 m poniżej poziomu morza.

Ale o Badwater dowiedzieliśmy się po raz pierwszy czytając biografie Scotta Jurka, ultramaratończyka. Jest to bowiem miejsce najbardziej morderczego z ultramaratonów, 'Badwater 135' (mil). 217 km biegu zaczynającego się właśnie w dolinie na poziomie -85,5 i kończącego na znajdującym się w zasadzie tuż obok, bo 135 km w linii prostej, podnóżu szczytu Mt. Whitney na wysokości ok 2500 m (sam szczyt ma 4421 mnpm i jest najwyższym szczytem kontynentalnych USA). A biegają co roku. W lipcu…

Wieczorem dojeżdżamy do Bishop. Spotykamy ludzi wybierających się na deski/narty...
Załącznik:
12_01.jpg

Załącznik:
12_02.jpg

Załącznik:
12_03.jpg

Załącznik:
12_04.jpg

Załącznik:
12_05.jpg

Załącznik:
12_06.jpg

Załącznik:
12_07.jpg

Załącznik:
12_08.jpg

Załącznik:
12_09.jpg

Załącznik:
12_10.jpg

Załącznik:
12_11.jpg

Załącznik:
12_12.jpg

Załącznik:
12_13.jpg

Załącznik:
12_14.jpg

Załącznik:
12_15.jpg


DZIEŃ 13

Ten dzień to głównie jazda samochodem, więc i fotki takie sobie (ale widoki były zacne). Żeby dojechać do San Francisco, trzeba przeprawić się przez pasmo Sierra Nevada. Nie jest to takie proste, bo góry spore (do 4,5 tys. mnpm). Dróg jest kilka, ale Amerykanie nie bawią się w odśnieżanie zimą, więc większość jest zamknięta i musieliśmy jechać naokoło. Aha, zima oznacza to, że ostatnie otwierają w okolicach czerwca-lipca (poważnie! jest tyle śniegu). Po drodze w ekspresowym tempie 'zaliczyliśmy' jezioro Tahoe, a na koniec utknęliśmy w gigantycznym korku do wjazdu do San Francisco. Wjazd jest płatny, więc na bramkach jest gęsto.
Na koniec dnia szybka wycieczka na Golden Gate Bridge i chwila na nocne poszlajanie się po mieście. Tu spędzimy dwie noce
Załącznik:
13_01.jpg

Załącznik:
13_02.jpg

Załącznik:
13_03.jpg

Załącznik:
13_04.jpg

Załącznik:
13_05.jpg

Załącznik:
13_06.jpg

Załącznik:
13_07.jpg

Załącznik:
13_08.jpg

Załącznik:
13_09.jpg

Załącznik:
13_10.jpg

Załącznik:
13_11.jpg

Załącznik:
13_12.jpg

Załącznik:
13_13.jpg

Załącznik:
13_14.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 31 Paź 2019 01:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Kwi 2013
Posty: 151
Loty: 34
Kilometry: 86 685
srebrny
Fenomenalne zdjęcia :) Super, że zeszliście w dół Canyon de Chelly, i że w ogóle tam byliście - to miejsce, tak jak i Twoja relacja, zasługuje na większy rozgłos. Fotki z White Pocket, również są bardzo wartościowe.
_________________
Moje relacje:

Zachód USA mocno rozszerzony i skondensowany jednocześnie
Transsybirem do Chin
Indie z podręcznym
Autostopem po Jordanii
Góra
 Relacje PM off
Godlik uważa post za pomocny.
 
 
#10 PostWysłany: 01 Lis 2019 21:28 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
DZIEŃ 14

San Francisco. Gdzie się nie obrócić to albo z góry albo pod górę. Zapach miasta portowego też nie należy do przyjemnych. Mało zieleni, dużo turystów.
Zachwycają strome uliczki pełne kolorowych kamienic. I uwaga, to nie dwie ulice, całe miasto jest takie. Po kilku godzinach człowiek się orientuje ze robienie zdjęć każdemu budynkowi jest bez sensu, bo trzeba by obfotografować całe miasto... Warto się zapuścić dalej od Centrum, niestety mieliśmy za mało czasu aby poszperać głębiej

Jedną z największych atrakcji jest system kolejki - San Francisco Cable Car. To ostatni działający na świecie system ręcznie sterowanej kolejki linowej.

Załącznik:
14_01.jpg

Tłumy fotografujące chyba najsłynniejszą ulicę w SF...
Załącznik:
14_02.jpg

Załącznik:
14_03.jpg

...Lombard Street
Załącznik:
14_04.jpg

Załącznik:
14_05.jpg

Załącznik:
14_06.jpg

Załącznik:
14_07.jpg

Załącznik:
14_08.jpg

Załącznik:
14_09.jpg

Załącznik:
14_10.jpg

Załącznik:
14_11.jpg

Załącznik:
14_12.jpg

Załącznik:
14_13.jpg

Załącznik:
14_14.jpg

Załącznik:
14_15.jpg

Załącznik:
14_16.jpg

Załącznik:
14_17.jpg

Załącznik:
14_18.jpg

Załącznik:
14_19.jpg

Załącznik:
14_20.jpg

Załącznik:
14_21.jpg

Załącznik:
14_22.jpg

Załącznik:
14_23.jpg

Załącznik:
14_24.jpg

Załącznik:
14_25.jpg


DZIEŃ 15

Jako że byliśmy w okolicy, zaczęliśmy od zwiedzenia kilku małych firemek w sąsiedztwie.
Mega nam się podobała siedziba Google. Kolorowo, przyjaźnie i jakoś tak... hmmm domowo. Wielki campus, wiele niskich, kameralnych budynków. Parki, ławki, rowery. Tak, tak... wiem... tez pewnie pracują ;)
Niestety jak nam wytłumaczyła bardzo sympatyczna pani z ochrony, rowery są do dyspozycji tylko pracowników i musieliśmy dalej zwiedzać pieszo. Ale co się najeździliśmy wcześniej, to nasze.
W Facebooku trafiliśmy na piknik rodzinny, wiec w ogóle nie dało się zbliżyć do budynków bez identyfikatorów. Tłumy rodzin z dziećmi... Najbardziej oficjalną ma siedzibę Apple (to było w 2017, teraz mają nową, dużo fajniejszą – Apple Park). Na miejscu oczywiście działający w niedziele Apple Store.

No a potem po raz pierwszy nasz misterny plan się sypnął. Miał być całodniowy przejazd wzdłuż HWY1, California State Route 1, czyli najsłynniejszej drogi w Kalifornii, biegnącej wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego. Droga wzdłuż Pacyfiku okazała się być zamknięta z powodu zawalenia się mostu. Dowiedzieliśmy się o tym, skutecznie ignorując wcześniejsze tablice z napisem Road closed (no bo jak może być closed...). Tyle tylko, że nie da się objechać, bo to jedyna droga tą stroną gór, trzeba wracać i wbijać na autostradę, z której już widoków na Pacyfik nijak nie ma... Byliśmy nie tylko w plecy krajobrazy, ale też kilka godzin jazdy. Rzutem na taśmę wbiliśmy się nad ocean tuż przed zachodem słońca, złapaliśmy porcje fish and chips i już w zupełnych ciemnościach jechaliśmy dalej nad oceanem.

Ale! Chwilę wcześniej mieliśmy kolejny przykład na to, że fajne rzeczy zdarzają się przypadkiem. Zamknięta droga, stracony czas i kilometry (albo lepiej mile...). Zmieniamy trasę, wleczemy się pośrodku niczego z oszałamiającą prędkością 90 km/h. Kątem oka widzę niepozorny drogowskaz 'Laguna Seca'. Odpowiednia klapka w mózgu otworzyła mi się dopiero po dalszych 2-3 km jazdy... WRACAMY!!!
No i trafiliśmy do raju...
Co prawda tuż przed zamknięciem, ale i tak zdążyłem się nasłuchać i napatrzeć. Tylko z wrażenia mam mało zdjęć. Wjazd na sam tor za free (chyba jest jakaś dobrowolna drobna opłata), tylko trzeba podpisać jakieś kwitki o odpowiedzialności, itp. i można śmigać. Nie zdecydowałem się jednak. Nasze XC60 ewidentnie tam nie pasowało. No i chyba ubezpieczenie z wypożyczalni nie uwzględniało szkód na torach :)

Załącznik:
15_01.JPG

Załącznik:
15_02.JPG

Załącznik:
15_03.JPG

Załącznik:
15_04.JPG

Załącznik:
15_05.JPG

Załącznik:
15_06.JPG

Załącznik:
15_07.JPG

Załącznik:
15_08.JPG

Załącznik:
15_09.JPG

Załącznik:
15_10.JPG

Załącznik:
15_11.JPG

Załącznik:
15_12.JPG

Załącznik:
15_13.JPG

Załącznik:
15_14.JPG

Załącznik:
15_15.JPG

Załącznik:
15_16.JPG

Załącznik:
15_17.JPG

Załącznik:
15_18.JPG

Załącznik:
15_19.JPG

Załącznik:
15_20.JPG

Załącznik:
15_21.JPG

Załącznik:
15_22.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 04 Lis 2019 21:55 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
Wypadałoby zakończyć relację. No to lecimy.

DZIEŃ16 i 17

Tego dnia dotarliśmy z powrotem do LA. Ale wcześniej spędziliśmy pół dnia na przedmieściach w outlecie (no w końcu trzeba było zrobić jakieś zakupy...), którego powierzchnią można by obdzielić ze trzy miasteczka. No trochę nam zeszło...
Wieczorem dotarliśmy do Beverly Hills. Tak, wymyśliliśmy sobie że znajdziemy hotel właśnie tam. Niestety to nie był dobry pomysł. Wieczorem ta okolica jest wymarła. Nie ma nikogo. Żadnych knajp, tylko puste witryny luksusowych sklepów. Na szczęście nasz hotel był przytulny i w miarę tani. A, i co mega ważne, miał dostęp do parkingu w hotelu obok. Więc zaparkowałem swoje bida-Volvo na minus 3. Przykład tego jak wyglądał parking hotelowy na minus 1 widać na jednym ze zdjęć.
A skoro nie było co robić na dzielni, wskoczyliśmy w Ubera (i tu szok - naprawdę tanio, prawie tak jak w Wawie) i pojechaliśmy do 'centrum'. I w tym momencie chciałbym podziękować wszystkim, którzy przestrzegali mnie, żeby nie spędzać w LA zbyt dużo czasu. Dzięki! O kurde, jaka to porażka. Jak ja się cieszę, że spędziliśmy tam tylko jedną noc. Jak te kino i ta telewizja kłamie... A ta cała 'Aleja gwiazd'... Generalnie wyobraźcie sobie średniej wielkości ulicę, wzdłuż której ulokowane są sklepiki z badziewiem, kebaby, podrzędne bary, itp. Taka Ustka, albo inny nadmorski syf. Ale uwaga! Na to nałóżcie sobie brud, pełno ćpunów i bezdomnych którzy już wczesnym wieczorem zaczynają się rozkładać na chodnikach. Na chodnikach ze 'słynnymi' gwiazdami. Masakra... Jedyny budynek, który się wyróżnia to kościół(?) scjentologów. A wokół niego pełno naganiaczy, którzy zapraszają na jakiś darmowy film.
Poszliśmy więc tylko po krótkim spacerze na browar i zmyliśmy się szybko do hotelu.
Rano Beverly Hills jest równie puste jak wieczorem. Jedyna różnica jest taka, że kolorowi Amerykanie sprzątają każdy zakamarek, łącznie z szorowaniem okiennych fug (poważnie!). Do tego rozwieszanie towaru i przygotowanie sklepów do otwarcia. Zjedliśmy śniadanko (super hiper zdrowe, fancy, dietetyczne, aj waj... drogie...) i zawinęliśmy się dalej. W końcu trzeba było zobaczyć ten słynny napis. Żeby do niego dotrzeć, trzeba jechać pod górę, a potem się jeszcze sporo wspinać. Nie chciało nam się, więc pojechaliśmy do Griffith Observatory i podziwialiśmy go stamtąd. Łącznie z panoramą LA, umazaną we wszechobecnym smogu (przy okazji, jeżeli ktoś narzeka na korki, powinien pojechać tam - miasto samochodów i wiecznych korków na autostradach - dojazd gdziekolwiek liczy się w minutach/godzinach a nie w milach/kilometrach).
Na koniec odwiedziliśmy jeszcze słynną Venice Beach (szału nie ma), pojechaliśmy oddać furę i zwinęliśmy się na lotnisko.

Załącznik:
15_01.jpg

Załącznik:
15_02.jpg

Załącznik:
15_03.jpg

Załącznik:
15_04.jpg

Załącznik:
15_05.jpg

Załącznik:
15_06.jpg

Załącznik:
15_07.jpg

Załącznik:
15_08.jpg

Załącznik:
15_09.jpg

Załącznik:
15_10.jpg

Załącznik:
15_11.jpg

Załącznik:
15_12.jpg

Załącznik:
15_13.jpg

Załącznik:
15_14.jpg

Załącznik:
15_15.jpg

Załącznik:
15_16.jpg


Podsumowanie? Krótkie. Uwielbiam ten kraj, bardzo lubię tam jeździć. A na pytanie co mi się tam najbardziej podoba, zawsze odpowiadam - ludzie. No są jacyś tacy... zupełnie inni od tych, których znamy i spotykamy na co dzień. Otwarci, uśmiechnięci, pomocni. Może to na pokaz, może taka mentalność, wychowanie, nie wiem. No ale mi się bardzo podoba.
A sam Zachód USA jest fenomenalny. A im dalej od większych miast, tym lepiej. Przepiękne krajobrazy, ogromne przestrzenie. Na pewno nie zapomnę tego do końca życia.
Wiem, że niektórzy podają tutaj podsumowanie kosztów. Jeżeli będziecie chcieli, mogę spróbować to jakoś podsumować.

Maciek

PS. Długo nie wytrzymaliśmy i już po kilkunastu miesiącach wróciliśmy do USA. Tym razem od Florydy, poprzez Luizjanę, Missisipi, Tennessee, Kentucky, Indianę, do Illinois. Chyba trzeba to spisać :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez Godlik, 06 Lis 2019 21:37, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 05 Lis 2019 00:02 

Rejestracja: 18 Sty 2016
Posty: 194
niebieski
Chętnie poczekamy na relację z tych miejsc. Florydy może jest sporo, ale kolejnych stanów jak na lekarstwo... :)
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 05 Lis 2019 11:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Kwi 2013
Posty: 151
Loty: 34
Kilometry: 86 685
srebrny
Godlik napisał(a):
PS. Długo nie wytrzymaliśmy i już po kilkunastu miesiącach wróciliśmy do USA. Tym razem od Florydy, poprzez Luizjanę, Missisipi, Tennessee, Kentucky, Indianę, do Illinois. Chyba trzeba to spisać :)


Dokładnie tak, pisz! Będziemy czekać :)
_________________
Moje relacje:

Zachód USA mocno rozszerzony i skondensowany jednocześnie
Transsybirem do Chin
Indie z podręcznym
Autostopem po Jordanii
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 10 Gru 2019 18:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Mar 2015
Posty: 246
Loty: 30
Kilometry: 88 684
srebrny
Bardzo fajna, przystępna relacja :), a przede wszystkim piękne zdjęcia :)!!! No i dodatkowo odwiedziliście kolejne, nowe miejsca, w których nie wszyscy byli! Czekamy na kolejną relację ze środka USA :)
Góra
 Relacje PM off
Godlik lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 10 Gru 2019 22:09 

Rejestracja: 31 Paź 2016
Posty: 65
niebieski
Dziękuję.

Kolejna relacja (jeszcze nie skończona) jest tutaj:
viewtopic.php?p=1269742#p1269742
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 15 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group