Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 14 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 05 Wrz 2023 15:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 299
Loty: 1168
Kilometry: 2 321 060
platynowy
To w Australii można jeździć na nartach??? – zapytacie – otóż oczywiście, że można i o tym między innymi jest ta relacja.

Ale ta sierpniowa podróż do Australii jest dla mnie szczególna – po pierwsze to siódma, ostatnia tegoroczna wyprawa z mojego planu odwiedzenia wszystkich kontynentów w jeden rok. W sumie zajęło mi to 7 miesięcy i bach, udało się, jest siedem kontynentów w 2023 roku.

Ale to także wyprawa z cyklu „Odwiedzenie wszystkich ośrodków narciarskich na półkuli południowej” To będzie już czwarty kraj gdzie pojeżdżę na nartach po Chile, Argentynie i Nowej Zelandii.

No i w końcu spełnienie marzeń o zobaczeniu Góry Kościuszki, Uluru i Wielkiej Rafy Koralowej (tak, zamierzam w jednym tygodniu jeździć na nartach i nurkować na rafie). Także będzie to 10 dni bardzo napakowane podróżniczymi wyzwaniami w skrajnych klimatach. Harmonogram jest jak zwykle zresztą bardzo napięty.

Last but not least – mam również ważne spotkanie biznesowe na przedmieściach Sydney więc pakuję do walizki odpowiednio: sprzęt narciarski, sprzęt do snorkowania i gajer z koszulą😊

Image

Zaczynamy od Sydney wyprawą w Góry Śnieżne na narty (w sierpniu ciągle jest zima w tym regionie), następnie przelot do Uluru i na koniec Cairns czyli lasy deszczowe i rafa koralowa.
Składałem bilety kilka miesięcy próbując różnych kombinacji co by wyszło jakoś znośnie cenowo. W końcu zdecydowałem się na Scoota z Singapuru do Sydney, który wyniósł 1520zł RT od osoby a do Singapuru najtaniej zabrał nas Katarczyk z Warszawy. Na miejscu woził nas będzie głównie Jetstar i raz lecę Qantasem za Avioski. Scoot i Qantas to będą moje debiuty na pokładzie.

Na Okęciu przy bramce zapowiedź temperatury, która będzie nas atakować w Doha przy przesiadce – trwa przebudowa terminali w Doha i mnóstwo lotów obsługiwanych jest z płyty do autobusów.

Image

Image

A tymczasem na Okęciu w dolnej części strefy Non-Schengen odkrywam taką miejscówkę:

Image

Konia z rzędem temu z Was kto już był w tym miejscu, mi spadły kapcie! No jest super miło i sympatycznie, piwo przedstartowe nawet w znośnej cenie.
Do Dohy zabiera nas Airbus 330 (miał być Dreamliner ale na wakacje zrobili podmiankę). Po drodze robię fotkę Bagdadu.

Image

Do SIN lecimy na A350. W Singapurze zaplanowaliśmy prawie 10 godzin przerwy na rozprostowanie kości i zwiedzanie.

Image

Moja ekipa jest tu po raz pierwszy, dla mnie to pierwsza wizyta od pandemii. Bagaże nadajemy od razu prosto do Scoota i na pusto jedziemy nieśpiesznie na miasto. Trasa całkiem standardowa – obejście Marina Bay, zwiedzanie ogrodów (akurat zrobi się ciemno), Chinatown i Little India. Na powrocie też będzie kilka godzin przerwy i wpadniemy wtedy do ogrodów botanicznych.
Fotki z okolic Marina Bay Sands

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W Gardens By The Bay akurat trafiamy na widowisko „światło i dźwięk” Jak ktoś z was zwiedzał tylko ogrody z „normalnym” oświetlenie to ten spektakl naprawdę powala na kolana. Przyznam, że oglądam go po raz pierwszy chociaż Gardens By The Bay zwiedzałem już z 5 razy. W rytm muzyki wszystko błyska i mruga całą feerią kolorów. Niesamowite przedstawienie:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kolacja w Chinatown (w Scoot nic nie dadzą do jedzenia). Jedne z najlepszych chińskich restauracji poza Chinami imho mieszczą się właśnie w Singapurze w Chinatown.

Image

Image

Rachunek mnie ubawił 😊

Image

Jeszcze jedna zmiana po pandemii. Nie trzeba kupować biletów na metro, wystarczy karta kredytowa przy bramce, opłata schodzi automatycznie za każdy przejazd. Fajne, wygodne rozwiązanie dla jednodniowego turysty.

Image

Na Changi ostatnie zakupy na lot (trójkąciki onigiri znane z Japonii) i do Sydney zabiera nas wypakowany po brzegi Dreamliner Scoota.

Image

Image

Udaje się przespać większość lotu chociaż jest dość ciasno na pokładzie i nie ma ekraników. Lądujemy w Sydney w południe, emigracja zajmuje dosłownie chwilkę. Odbieram uprzednio zarezerwowany samochód bo mamy w planie dojechać dzisiaj do Jindabyne u stóp masywu Góry Kościuszki a to prawie 450km. W dobrej cenie dostajemy dużego Forda Everesta

Image

Po drodze wypatrujemy kangurów ale jedzie się głownie szybką autostradą więc niewiele widać. Dopiero za Goulburn droga robi się bardziej lokalna. Podziwiamy panoramę Lake George.

Image

Image

Image

Na parkingu stado chruścieli australijskich.

Image

Image

Żywych kangurów brak ale przy trasie ich trup ściele się gęsto. Nikt nie zbiera trafionych sztuk i zalegają setkami na poboczach aż do pełnego rozkładu. Malują je tylko sprajem odblaskowym!

Po drodze Canberra – stolica Australii. Małe miasteczko, gdzie znajduje się siedziba rządu i parlament. Canberra została stolicą Australii na mocy kompromisu pomiędzy Sydney i Melbourne, każde z tych miast rościło sobie prawa do bycia stolicą nowego państwa i Canberra leżąca pośrodku została salomonowym rozwiązaniem. Oczywiście nie omieszkamy zwiedzać parlamentu.

Image

Image

Wejście jest darmowe, można literalnie zajrzeć na salę obrad. Na korytarzach spotykamy lokalnych polityków – panuje tu pełne otwarcie dla społeczeństwa.

Image

Image

Jeszcze obraz przedstawiający wizytę w parlamencie królowej Elżbiety.

Image

Dojeżdżamy do Jindabyne – naszej bazy narciarskiej. Wynajęliśmy tu apartament z widoczkiem na Lake Jindabyne

Image

Image

Miasteczko jest malutkie więc wieczorem spacerek na lokalne specjały. A tam swojsko brzmiące nazwy:

Image

Image

Miejscowy browar:

Image

Image

Pytamy jak to wymawiają, trzymajcie się: „kozjusko” Na nic nasze prostowania, nikt z lokalesów prawidłowo słowa „Kościuszko” nie powtórzy.

Rano wypożyczamy narty i jedzmy do wybranego ośrodka narciarskiego gdzie jest dużo śniegu – Perisher.

Image

To około 30 minut jazdy z Jindabyne. Droga nie zapowiada dziś szusowania.

Image

Wjeżdżamy do Parku Narodowego Mt. Kosciuszko. Wjazd jest płatny

Image

Pojawiają się górki i płaty śniegu

Image

Parkujemy na bardzo zapchanym parkingu. Wysiadamy, patrzymy na góry i …… jednocześnie wszyscy wybuchamy śmiechem! No … w sumie niby człowiek wiedzioł, że Alpy to to nie będą ale…. no Białka Tatrzańska to przy Perisherze mega wielki i wysoki ośrodek narciarski.

Image

Image

No ale śnieg jest, wyciągi chodzą, ludzi też dużo więc …. idziemy jeździć. Karnety niestety drogie - tutaj ceny alpejskie

Image

Image

Trochę fotek z tras i wyciągów.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jak zauważacie szału nie ma ale pojeździć się da. Trochę ręce bolą od kijków, dużo podchodzenia...

Image

Image

Są nawet „trudniejsze” ścianki

Image

Image

Image

Generalnie infrastruktura nie powala, dużo nieosłoniętych krzesełek i orczyków, ale może jesteśmy już przyzwyczajeni do lepszej jakości po polskich i alpejskich ośrodkach narciarskich.
Jest miejsce gdzie widać Górę Kościuszki – to ta ostatnie po lewej. Ma całe 2228m n.p.m.

Image

Miejscami jest śnieg na trasach a miejscami nie ma….

Image

Ludzi multum ale trudno się dziwić skoro to ich jedyne miejsce na jazdy. Oprósz Perisher jest jeszcze Thredbo i Charlotte Pass ale pozostajemy w Perisher, tu jest najwięcej śniegu i nie wieje jak w Thredbo.

Do Perisher Valley można też dostać się kolejką z Bullocks Flat omijając kręte drogi ale bilet jest niemiłosiernie drogi (60 dolarów) a nasz samochód ma napęd na cztery koła. Kolejka jest oblegana

Image

Dwa dni na miejscu w zupełności nam wystarczają w okolicy

Image

Image

Image

Wieczorami zasiadamy w knajpach w Jindabyne testując lokalne krafty i wołowinkę

Image

No może przygoda narciarska pod Górą Kościuszki nie była zbyt długa ale pojeździłem ile chciałem (przypominam, że to sierpień a w Polsce upały), poznałem nowe miejsce i jest czas zobaczyć jeszcze inny kawałek Australii. W planach powrót do Sydney przez Góry Błękitne - Blue Mountains – pasmo górskie wpisane do Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Stay tuned…
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
33 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 06 Wrz 2023 05:36 

Rejestracja: 08 Mar 2012
Posty: 634
Loty: 12
Kilometry: 62 544
niebieski
Jeśli chodzi o płatność kartą za metro w SIN to ta opcja była już przed pandemią :)
_________________
Mój blog podróżniczy: http://www.seetheworld.pl --> na nim m.in. Wietnam, Seszele, Malezja, Singapur, Hongkong, Tajlandia i inne.

Zapraszam również na profil facebookowy: https://www.facebook.com/seetheworld89/
Góra
 Relacje PM off
hiszpan lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 06 Wrz 2023 10:16 

Rejestracja: 01 Lut 2018
Posty: 86
Zamiast dać zarobić góralom to pojechali do Austaralii.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 06 Wrz 2023 10:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sty 2011
Posty: 1418
złoty
...bo było taniej niż w Zakopanem ;)
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 14 Wrz 2023 14:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 299
Loty: 1168
Kilometry: 2 321 060
platynowy
Czeka nas dziś spory kawałek po bezdrożach Australii. Z Jindabyne do Katoomby w Górach Błękitnych to prawie 500km. Krajobraz jest monotonny, pastwiska po horyzont, mnóstwo owiec i żadnych żywych kangurów. Znaki drogowe ostrzegają przed tymi sympatycznymi zwierzakami a na poboczach walają się niezliczone ich truchła.

Image

Image

Nic dziwnego, że większość samochodów, które mijamy na wielkie stalowe grille z przodu. Zatrzymujemy się na moment w Goulburn, tu widać dobitnie co dominuje na okolicznych pastwiskach:

Image

Miejscowi używają skrzynek pocztowych podobnie jak w Ameryce ale nie dorobili się niestety standaryzacji. Wygląda to mniej więcej tak:

Image

Na dużym obszarze oprócz kangurów na drogę wskakują wombaty i ich truchła również zalegają pobocza

Image

W pewnym momencie przez drogę przebiega nam żywa kolczatka, ale jak się zatrzymałem i chwyciłem aparat to już skryła się w trawie. No ale coś żywego w końcu!

Image

Park Narodowy Gór Błękitnych znajduje się na zachód od Sydney i Katoomba jest jego głównym miastem-bramą. Parkujemy blisko wielkiego klifu i podziwiamy przepiękne widoki tej części parku. Góry Błękitne stanowią część Wielkich Gór Wododziałowych, głównego pasma gór Australii, o których na pewno każdy nas uczył się w szkole na geografii. Jest tu bardzo zimno, na szczęście jesteśmy dobrze ubrani w ciepłe rzeczy ponarciarskie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Bardzo fotogeniczna formacja skalna zwana 3 siostry.

Image

Image

Bierze tu początek kilka szlaków, idziemy więc jednym z nich – nie są to specjalnie wymagające górskie dróżki, raczej coś przyklejonego do klifów:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pojawiają się kolorowe papugi na drzewach, tu rozella królewska zwana penantą.

Image

Napotykamy też na duże stado kakadu żółtoczubych

Image

Image

Naprawdę fajne ścieżki i super widoki, klify, wodospady i formacje skalne

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nagle coś nam się rusza w krzakach … no jest! Kangur z bliska, żywy! Daje sobie porobić fotki i znika szybko w zaroślach.

Image

Image

Hurra, żywy kangur na wolności zaliczony!
W samej Katoombie pomnik niewolniczej pracy skazańców i przyglądającym im się tubylcom. Pamiętajcie, że Australia była wielką kolonią karną Imperium Brytyjskiego.

Image

W mieście idziemy na polecane fish@chips i wracamy do Sydney.

Image

Wieczorkiem przejazd ikonicznym Sydney Harbour Bridge i podziwianie wieczornej panoramy miasta i oczywiście opery.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Mieszkamy w hotelu niedaleko lotniska. Wymyśliliśmy, że zostawimy ciężkie walizy w przechowalni hotelowej a wyprawy do Uluru i Cairns będą na lekko tylko z plecaczkami. Sprawdza się to znakomicie.
Nazajutrz rano czeka mnie przelot Jetstarem do Yulary na Terytorium Północne, gdzie znajduje się Uluru i Kata Tjuta.

c.d.n.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 18 Wrz 2023 21:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 299
Loty: 1168
Kilometry: 2 321 060
platynowy
Przyznaję, że chęć zobaczenia Uluru była główną motywacją dla mnie do tego całego wyjazdu. Odkąd pamiętam, ta samotna skała działała na moją wyobraźnię jako niesamowite miejsce, owiane wianuszkiem mitów związanych z aborygenami. No i nadszedł ten czas właśnie aby to marzenie podróżnicze spełnić.
Korzystam tutaj z podpowiedzi @abelincoln (dzięki) i wykorzystam dwa dni aby zwiedzić co się da. Nasza ekipa dzieli się na pół, jedni lecą na dwa dni na Tasmanię a ja z drugim kolegą do Northern Territory aby podziwiać Uluru i Katę Tjutę.

Nie tak prosto się tam dostać. Lotów jest mało i są piekielnie drogie. Lecę tam Jetstarem, który za one-waya krzyczy aż 900zł do Ayers Rock Airport i to bez bagażu. No jest to sobota więc pewnie dlatego drożej. Na powrocie mogę już polecieć Qantasem za Avioski. Są miejsca tylko w biznesie ale co tam – 3 godzinny lot jakoś się przemęczę 😉. Aby nabyć ten lot za Avioski miałem całą przeprawę z konsultantami Britisha, w końcu się udało u trzeciego, który trochę kumał co od niego chcę i był w stanie znaleźć AYQ w systemie.

Gorzej było z noclegiem, ceny hoteli rozkładają na łopatki. Koło ratunkowe rzucił mi Outback Hotel and Lodge. Łóżko w pokoju wieloosobowym kosztuje „jedynie” 125zł za noc. No trudno, to tylko jeden nocleg, dam radę.

Zostawiam duży bagaż w przechowalni naszego hotelu w Sydney i na lekko uderzam na Terminal 2, skąd lata Jetstar.
Na Priority Pass dostępne jest Rex Lounge. Oferta mocno uboga, ciasteczka, kawa i picie ale można posiedzieć w spokoju. Chciałem pójść po piwo i nadziałem się na kłódkę!

Image

Chyba alko dostępne dopiero po południu.
Jetstar przy bramce, lecę tylko z podręcznym. Boarding przez rękaw do schodków na zewnątrz i po płycie do tylnych drzwi, ciekawe rozwiązanie.

Image

Po starcie widoczki na plaże niedaleko Sydney, chyba Cronulla Beach się załapała

Image

Image

Lot trwa 3 godziny, w pewnym momencie kapitan informuje nas, że mijamy Lake Eyre, no trudno to nazwać prawdziwym jeziorem:

Image

Image

No i w końcu widok, z którego znana jest Australia – czerwony interior:

Image

Image

Image

Lądujemy na malutkim lotnisku i od razu zmiana klimatu – atakuje nas prawie 30-stopniowy upał. Formalnie jest zima więc nie wyobrażam sobie co musi tu się dziać ichnim latem.

Image

Bierzemy samochód na dwa dni z Avisa (za 650zł) i ruszamy do Yulary (miejsce, gdzie są wszystkie hotele i sklepy) aby kupić wodę i prowiant na zaplanowaną na resztę dnia wycieczkę do Kata Tjuta.
Przy wyjeździe z lotniska wymowny znak dla nieaustralijskich turystów:

Image

Zgodnie z poradą @abelincoln dziś pojedziemy do mniej znanej skały całego parku narodowego Uluru-Kata Tjuta czyli tej drugiej znanej również jako Mount Olga.
Po drodze szybka fota samego Uluru z daleka, zostawiamy dokładne zwiedzanie na jutro.

Image

Po wjeździe do Parku mamy około 50 kilometrów asfaltowej drogi do skał zwanych przez aborygenów Kata Tjuta czyli „Wiele Głów”. Odkrywca Ernest Giles nazwał je Mount Olga na cześć królowej Wirtembergii – Olgi Romanowej.

Image

Ponieważ jest „zima” więc mamy szansę na popołudniowy trekking w znośnych temperaturach. Chcę zobaczyć Valley of The Winds – Dolinę Wiatrów. Przy dużych upałach jest ona zamknięta dla zwiedzania ale dzisiaj stoi dla nas otworem. Oto mapka doliny.

Image

Zamierzamy dojść co najmniej do Karingana Lookout. Ogólnie naczytałem się o muszkach, które są przekleństwem tej okolicy ale najbardziej dają się we znaki właśnie latem. O tej porze roku ma być ich mniej. I rzeczywiście, na drodze z parkingu trochę ich lata ale nie są bardzo natarczywe i da się spokojnie spacerować bez moskitiery na czapce. Dolina Wiatrów słynie z …. wiatru, który wieje między skałami i tam muszek nie ma wcale.

Kata Tjuta z bliska przypomina wielką łódź podwodną.

Image

Image

Image

Image

Image

Padające słońce niesamowicie maluje te skały bardzo jaskrawym kolorem, widać to wyraźnie w miejscach gdzie jest już cień.
Szlak nie jest jakoś bardzo trudny ale jest kilka bardziej stromych podejść po gołej skale, raczej nie dla małych dzieci.

Image

Image

Image

Image

Image

Kolory są niesamowite

Image

Image

Image

Image

Dochodzimy do końca zaplanowanej trasy aby podziwiać taki widoczek.

Image

Image

Image

Image

Sama skała składa się ze zlepieńców:

Image

Image

Już zachód słońca na horyzoncie więc trzeba wracać aby go podziwiać z właściwego miejsca. Jest specjalne oznaczone miejsce z własnym parkingiem, gdzie najlepiej widać Katę Tjutę podczas zachodu słońca. Dlaczego to takie ważne? Otóż jesteśmy świadkami niesamowitej przemiany koloru tych skał podczas kilkunastu minut zachodu słońca.

Image

Image

W pewnym momencie Kata Tjuta wygląda jakby sama świeciła nieziemskim pomarańczowym światłem. Wrażenie jest niesamowite, wśród zgromadzonych słychać gromkie „wooow” – zobaczcie sami, góra tak wygląda tylko kilka minut:

Image

Potem to wszystko gaśnie i znowu wygląda jak kupa czerwonych skał. No niesamowite przeżycie.

Image

Wbijamy już po ciemku do naszego lodge, tak wygląda nasz pokój:

Image

Ale okazuje się, że nie mają pełnego obłożenia i mamy go we dwóch na wyłączność :)
Na terenie fajna knajpa, gdzie można zakupić surowe mięso i samemu je zgrillować. Do wyboru wolowina, wieprzowina, camel sausage i emu. Decydujemy się na emu i wołowinkę

Image

Image

No z dobrym kraftem to nawet pycha 😊

Image

Image

Wcześnie rano pobudka, postanowiliśmy obejrzeć wschód słońca nad Uluru. Jest specjalnie oznaczone miejsce gdzie się to ogląda. Ruszamy jeszcze w ciemnościach. Przy pierwszym blasku Uluru wygląda niesamowicie

Image

Pojawia się słońce i odkrywa kolory pustyni i samej skały Uluru

Image

Image

Image

Image

Hmm jednak zachód słońca nad Kata Tjuta był bardziej widowiskowy

Jedziemy obejrzeć Ayers Rock z bliska. Na początek Mutitjulu Waterhole. No proszę, nie sądziłem, że tu tyle wody będzie.

Image

Po drodze rysunki naskalne aborygenów

Image

Image

Image

Image

Ruszamy na pieszy obchód góry. Nie mamy ambicji obejść jej całej ale jakiś fragment zrobimy na piechotę.
Z bliska widać mnóstwo wyrw w pozornie gładkiej powierzchni skały.

Image

Image

Image

Image

Image

Są miejsca specjalnie oznaczone jako święte dla aborygenów i jest tam zakaz fotografowania

Jest jeszcze wcześnie rano i nie ma muszek. Pojawiają się nagle około 9 rano ale tak jak poprzedniego dnia nie dają się mocno we znaki.

Image

Image

Image

Z bliska Uluru ma mnóstwo zakamarków, gdzie można zajrzeć i znaleźć rysunki naskalne aborygenów.

Image

Image

Image

Image

Image

Przez kawałek drogi towarzyszą nam papugi: kakadu ognistoczube

Image

Image

Zdecydowaliśmy się wczoraj na jeszcze jedną rzecz pod tak zwanym „impulsem chwili” jak kupowaliśmy wodę. Na przelot helikopterem nad obydwoma skałami. Mamy slot o konkretnej godzinie i idealne wpasowany w poranne zwiedzanie Uluru i popołudniowy lot powrotny do Sydney.
Heliport jest niedaleko wioski hotelowej. Na 25 minutowy lot czeka na nas Bell 206.

Image

Hmm posiadanie papierów szybowcowych przydaje się i siadam obok pilota, gadamy chwilę o maszynie i już jesteśmy w powietrzu.

Image

Aż dziw przyznać, że to mój pierwszy lot helikopterem w życiu. No tak jakoś się zdarzyło…

Image

Zaczynamy od Katy Tjuty

Image

Image

Image

I za chwilę zawracamy nad Uluru

Image

Image

Image

Widoczki z góry zapierają dech! Mega doświadczenie – polecam pomimo ceny (295 AUD).
To już koniec zwiedzania, oddaję samochód na lotnisku i czekam na boarding do biznesu na mój pierwszy w życiu lot Qantasem
Przylatuje po mnie Boeing 737:

Image

Piękne mam widoczki po starcie

Image

Image

Image

Na pokładzie wygodnie i całkiem dobry serwis, dolewki wina i napoi do woli.

Image

Mój kolega "przyszkocił" i wraca tanim Jetstarem, który miał wylecieć godzinę po Qantasie. Ale mamy opóźnienie i Jetstar startuje nam przed nosem. Praktycznie w tym samym czasie lądujemy razem w Sydney tylko na dwóch różnych terminalach bo Qantas przybija do T3.
Czeka nas wieczór na odpoczynek i jutro z samego rana kolejne loty do Cairns

Stay tuned…
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez hiszpan, 01 Paź 2023 14:39, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 19 Wrz 2023 09:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sty 2011
Posty: 1418
złoty
hiszpan napisał(a):
Image

A nie mówili wam na pokładzie, że pas startowy znajduje się na świętej ziemi Aborygenów i nie wolno robić zdjęć? :D
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 19 Wrz 2023 11:01 

Rejestracja: 29 Maj 2011
Posty: 385
Loty: 178
Kilometry: 329 695
niebieski
Inspirujace, juz mi chodzi po glowie zimowe wejscie na Gore Kosciuszki. Cena za lot helikopterem ktora podales jest za osobe rozumiem, nie za caly helikopter?
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 20 Wrz 2023 09:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 299
Loty: 1168
Kilometry: 2 321 060
platynowy
@agnieszka.s11 no niestety to cena od osoby :(
@abelincoln zdawałem sobie sprawę, że cały ten teren to święta ziemia Aborygenów ale nikt tam nie zabraniał robić fotek. Co innego przy Uluru, tam są tablice uprzejmie proszące o brak focenia
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 26 Wrz 2023 19:25 

Rejestracja: 06 Lut 2012
Posty: 51
Byłem tam w środku ichniejszego lata. Muszki rzeczywiście nie dawały spokoju plus temperatura ponad 40 stopni, jednak te widoki i to miejsce warte jest każdych pieniędzy i niedogodności.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 29 Wrz 2023 16:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 299
Loty: 1168
Kilometry: 2 321 060
platynowy
Czas znowu zmienić klimat. W Sydney panuje wczesna wiosna ale wieczorami jest chłodno. Planuję przenieść się do Cairns w Queensland, gdzie będą znowu wspaniałe letnie temperatury.
Po raz kolejny korzystamy z niezawodnego Jetstara. Bilet powrotny do Cairns kosztował 960zł, niestety bez bagażu rejestrowego. Zostawiamy go więc jeszcze raz w przechowalni naszego hotelu w Sydney i na pusto tylko z plecaczkiem znowu udajemy się na terminal 2 lotniska SYD. Wylot mamy bardzo wcześnie, więc na miejscu będziemy o 9 rano – idealnie na całodniowe zwiedzanie lasów deszczowych dookoła Cairns.
Boarding jeszcze w ciemnościach

Image

Bierzemy na lotnisku samochód i jedziemy na północ w stronę Mossman Gorge. Po drodze wspaniałe widoki plaż i lasów.

Image

Image

Mossman Gorge jest bardzo dobrym miejscem na zapoznanie się z australijskim lasem deszczowym. To pętla przez dżunglę do przejścia na spokojnie w półtorej godziny. Zostawiamy samochód na parkingu i ruszamy.

Image

Image

Część szlaku zbudowana jest na takich pomostach

Image

Image

Nad brzegiem Mossman River mnóstwo kąpiących się lokalesów. Ale obok są tablice ostrzegające przed wchodzeniem do wody dobitnie wyliczając statystyki utonięć w tej wartkiej rzece.

Image

Image

Image

Wszędzie łażą australijskie nogale brunatne bardzo przypominające nasze indyki

Image

Image

Za fajnym wiszącym mostem zaczyna się już bity szlak przez prawdziwą tropikalną dżunglę, zobaczcie sami jak to wygląda:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niby krótki trekking ale już porządnie zgłodnieliśmy. Guglamy kultowe miejsce w pobliskiej mieścinie Mossman zwane Raintree's Cafe. Serwują tu podobno najlepsze kurczaki w całym Queensland!

Image

No to próbujemy:

Image

Palce lizać! Łatwo potem trafić do toalety:

Image

Kolejną rzeczą na liście jest spływ rzeką Daintree i poszukiwanie krokodyli. Udaje się nam załapać na ostatni rejs tego dnia.

Image

Image

Płyniemy prawie 2 godziny dużą płaskodenną łodzią podziwiając roślinność, ptactwo i oczywiście krokodyle, które o tej porze roku („zima”) występują tu w całkiem dużych ilościach.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Rosną tu lasy namorzynowe, charakteryzujące się korzeniami wyrastającymi z wody …. z dołu do góry! Wygląda to niesamowicie, jak to natura potrafi sobie poradzić w różnych sytuacjach. Korzenie tak rosną ze względu na duże zmiany wysokości lustra rzeki.

Image

Image

Image

Image

No i jeszcze ptaki, tu ślepowron rdzawy

Image

i czaple

Image

Czeka na nas prom przez Daintree River, chcemy dziś dojechać aż do Cape Tribulation

Image

Image

Prom jest linowy, w jego oczekiwaniu obserwujemy rodzinę aborygenów, która zatrzymała się za nami starym rozklekotanym pickupem. Dzieciaki biegają dookoła nie robiąc sobie nic z zakazów włażenia na osprzęt promu. Zrobiłem fotkę dzieciaka za pozwoleniem jego mamy.

Image

Wjeżdżamy do krainy kazuarów, których spora populacja żyje na tym cyplu

Image

Ujście rzeki Daintree do Morza Koralowego

Image

Image

No i sam Cape Tribulation - miejsce znane z pierwszego zetknięcia się Europejczyków z Australią. To tu przybił po raz pierwszy kapitan James Cook odkrywając nowy kontynent.

Image

Idziemy na plażę, po drodze moczary i standardowe tutaj ostrzeżenia

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niestety już zachodzi słońce i do Cairns wracamy już po ciemku.
Po drodze wizyta w sklepie monopolowym po ciekawe drinki i napitki rumowe, plantacje trzciny cukrowej mijaliśmy po drodze:

Image

Ostatni dzień w Cairns przeznaczamy na całodzienny rejs na Wielką Rafę Koralową. Z centrum miasta, z portu wypływa rano kilkanaście statków z turystami – zarówno na nurkowanie jak i snorkowanie. My tylko to drugie mamy w planie. Wycieczka kosztuje 850zł od osoby – cały dzień na łodzi, w cenie wyżywienie i wypożyczenie sprzętu.
Płyniemy taką łódką.

Image

Do najbliższej rafy schodzi nam prawie 2,5 godziny rejsu.

Image

Image

Kotwiczymy w trzech różnych miejscach. Załoga poleca założenie nam kombinezonów chroniących przed meduzami. Wprawdzie o tej porze roku są rzadkością ale nikt nie protestuje.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Rafa jest cudowna, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że co najmniej tak piękna jak ta w Egipcie.
Spędzamy w wodzie mnóstwo czasu a potem opalamy się na pokładzie. Mega fajny rejs, polecam wszystkim nawet pomimo dość wysokiej ceny.

Ostatni wieczór spędzamy na obejście centrum Cairns, które jest tak naprawdę małą mieściną

Image

Image

Image

Image

Wszędzie po trawnikach łażą takie dziwne ptaki, to kulony

Image

Image

A także majny brunatne

Image

Rano mamy powrotny lot do Sydney. Jest piękny poranek

Image

Image

Wszystkie nasze loty po Australii rozpoczynamy i kończymy w Sydney bo tak jest najtaniej. Jednak loty do i z hubu są sporo tańsze niż point to point w Australii.

Ostatni dzień przeznaczymy na zwiedzanie Sydney i czas do domu

Stay tuned…
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
Ella uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 30 Wrz 2023 11:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 299
Loty: 1168
Kilometry: 2 321 060
platynowy
Wylądowaliśmy przed południem więc na Sydney mamy cały pozostały dzień. Jedziemy pod operę zobaczyć ją w świetle dnia. No wygląda naprawdę imponująco.

Image

Obok są Królewskie Ogrody Botaniczne, piękne miejsce na spacer w dobrej pogodzie:

Image

Image

Dookoła nas ibisy czarnopióre, wyglądają niesamowicie!

Image

Image

Zaraz za wyjściem z ogrodu kolejne kultowe miejsce steet-foodowe – Harry’s Cafe de Wheels. Ich daniem popisowym jest Tiger Pie – które oczywiście zamawiam. Wygląda i smakuje świetnie. Jak dla mnie must-have w Sydney jak będziecie.

Image

Kolejną rzeczą, którą chciałem zobaczyć są Hyde Park Barracks, pozostałości po kolonialnym okresie Australii jako kolonii karnej dla przestępców. Budynki zachowane w bardzo dobrym stanie.

Image

Image

Pozostawiam moją ekipę na dalsze spacery po tym wspaniałym mieście i udaję się na moje spotkania biznesowe. Muszę pojechać kolejką podmiejską aż do St Marys, miejscowości zlokalizowanej prawie u stóp Gór Błękitnych. I znowu niespodzianka pozytywna. System kolei miejskich i podmiejskich działa w Sydney podobnie jak w Singapurze. Wchodzę na stację przykładając kartę kredytową do bramki, wsiadam w interesujący mnie pociąg i na stacji końcowej znowu przykładam kartę, opłata naliczana jest automatycznie i nie ma fizycznego biletu. Super system! A oto mój pociąg

Image

Wracam do Sydney już mocno pod wieczór, odnajduję moją ekipę i do późna pieszo przemierzamy naprawdę śliczne miasto.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Muzeum morskie po drodze

Image

Image

Opera by night i jej wnętrze (nie wpuścili nas bez biletów na sale)

Image

Image

Image

Image

Image

Na kolację próbujemy szaszłyków z kangura -no całkiem pyszne!

Image

No i na powrocie do hotelu uberem przejeżdżamy przez Newtown, ciekawą dzielnicę z miksem kulturowym

Image

Rano Scoot na Dreamlinerze zabiera nas z powrotem do Singapuru

Image

Jeszcze widoczek na operę z góry

Image

W Singapurze mamy znowu 6 godzin przerwy. Decydujemy się na wieczorne zwiedzanie Ogrodu Botaniczego, który jest wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Wejście jest darmowe a wrażenia nocne zupełnie inne niż w dzień

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na koniec znowu lądujemy w chińskiej dzielnicy na dobre jedzenie a potem przemieszczamy się do Little India.

Image

Image

Image

Jeżeli lecicie gdzieś do Azji przez Singapur i macie parę godzin na przesiadkę to zachęcam gorąco na wypad do miasta o dowolnej porze. To jedno z najpiękniejszych miast na świecie według mojej skromnej opinii...

Kończymy łażenie grubo po północy i już nie jeździ metro. Ale na naszą czwórkę Uber wychodzi mega tanio. Odlot Qatar Airways jest o 2.30 nad ranem

Image

Jeszcze nasz A330 do Warszawy w Doha, o dziwo boarding z rękawa.

Image

Czy wy też macie takiego kaca moralnego jak wracacie z każdej fajnej podróży i czeka Was już ostatni lot?

No to koniec Australijskiej przygody i dla mnie zamkniecie 7 kontynentu w jeden rok. Jak czytaliście nie jest tanio w poszczególnych miejscach i atrakcjach ale realizowanie marzeń jest tego warte dla mnie i na pewno dla wielu z Was….
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
#13 PostWysłany: 07 Paź 2023 20:39 

Rejestracja: 31 Maj 2013
Posty: 1367
Loty: 791
Kilometry: 1 184 352
srebrny
Uluru jest największą i najbardziej znaną tego typu "świętą skałą" na świecie. Na drugim miejscu jest Sibebe Rock w Eswatini.
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 07 Paź 2023 21:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1966
Loty: 844
Kilometry: 1 922 397
platynowy
Jesteś kozak i szczerze gratuluję odwiedzenia 7 kontynentów w 7 miesięcy!
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 14 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group