Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 13 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: MEXperience
#1 PostWysłany: 11 Paź 2017 23:31 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 170
Witam Was wszystkich, którzy trafiliście na moją relację. Tym razem jest to relacja z samotnego wyjazdu do Meksyku.

Nie planowałam tego wyjazdu, bilety spadły na mnie jak dach po trzęsieniu ziemi, na ogarnięcie wszystkiego miałam 2 miesiące. Zobaczcie jak wyszło.

Ponieważ podczas podróży spisywałam swoje przemyślenia, robiłam notatki więc moja relacja będzie składała się z ich fragmentów, robionych tam, na gorąco, kiedy było źle, dobrze, kiedy było parno i gorąco, kiedy trzęsło ziemią, kiedy się bałam i kiedy byłam szczęśliwa.
Pozwolę sobie też wtrącić kilka zdań od siebie, kiedy już siedzę u siebie w Szczecinie, bezpieczna, sucha, ciepło ubrana a za oknem pada.
Poza Polską przebywałam od 30 sierpnia do 17 września. Leciałam z Berlina do Bergamo, potem z Mediolanu MXP do Toronto, z Toronto do Mexico City. Powrót był identyczny. Po Meksyku poruszałam się głównie autobusami, miałam dwa loty na trasie CDMX-Tuxtla Gutierrez i Cancun-CDMX.

Miłej lektury!


Mediolan Malpensa – Toronto Pearson

Ubrałam się jak typowy Janusz. Bo jak się wygląda jak Janusz to nikt Cię nie okradnie, bo z czego można okraść Janusza? W Mediolanie to świetnie działało - na Duomo nikt do mnie nie podchodził, żadni naganiacze gołębi, pakistańscy fotografowie, sprzedawcy parasolek z Bangladeszu, dosłownie nikt. Stoję w kolejce do check-in, już się odprawiłam ale potrzebuję wydrukować bilety. Do każdego w kolejce podchodzi pani która sprawdza paszporty, czy ty ze zdjęcia to ty, pyta czy wypełniło się eTA itp. Podchodzi do mnie, sprawdza czy ja to ja i zaczyna się: skąd lecę, dokąd, jak długo, gdzie będę spać, gdzie spałam, czy na własną rękę, po co lecę i dopiero na koniec pyta o eTA i przykleja mi dziwną naklejkę na paszport... Czy gdyby usłyszała że spałam na couch i lecę po koks dla moich colowspółpracowników byłabym bardziej wiarygodna i nie przykleiłaby mi tej naklejki??? ;-) Hmmm... Ostatecznie dostałam bilety, zmierzyli mi bagaż i czekam na odprawę. Żarty się skończyły. Ewidentnie.


Toronto Pearson – Mexico City Benito Juarez

Janusz jest zawsze w dresie i ma brudną czapkę, taką po robocie, zakurzoną od całodniowego kucia tynku ;-) ląduję w Toronto, skala większa niż w przypadku Ryanair'a więc wyjście z samolotu trwa i trwa. Wychodzę ostatnia, nie spieszy mi się. Jeszcze się oglądam czy wszystko wzięłam, słyszę od stewarda po włosku czy zabrałam wszystko? Więc mu odpowiadam że tutto, potem przechodzimy na hiszpański " todos los articulos" a na koniec słyszę pytanie: Polonia? Serio?!? Aż takim Januszem jestem? ;-) przechodzę przez lotnisko. Dochodzę do punktu gdzie albo chcę wyjść na miasto albo przejść na kolejny lot. Idę na kolejny lot. Trafiam do pomieszczenia gdzie są cztery boksy za każdym siedzi urzędnik. Patrzę, oceniam który wygląda w porządku. Zaprasza mnie do siebie najbardziej niemiły z wyglądu i wyrazu twarzy. Daję mu paszport, formularz, bilety.
- Dlaczego lecisz do Meksyku?
- Dlaczego nie?
- Co chcesz tam robić?
- Chcę zobaczyć ruiny.
- Azteckie? - składa dłonie w trójkąt - Piramidy i tym podobny staff?
- Tak. - odpowiadam
- Jak chciałaś zobaczyć piramidy to trzeba było do Egiptu lecieć a nie do Meksyku! - rzuca niemile - Są starsze i największe, niż te w Meksyku!
Myślę sobie że jeszcze kilka takich konkluzji i nie wbije mi tej pieczątki i każe kupić bilet do Egiptu.
Używam argumentu z głębi blond głowy:
- W Egipcie jest bardziej niebezpiecznie niż w Meksyku! - I zaczynam się śmiać.
Gościu wytrzeszcza oczy a na jego twarzy pojawia się powściągliwy uśmiech. Mi rozsypują się papiery z rezerwacjami, zbieram je. Patrzę na niego a on odkłada te moje papiery składa obie dłonie na kształt pistoletów i strzela z nich dookoła swojego boksu "They gonna kill you" mówi i się śmieje. Mówię mu że mam od tego ubezpieczenie i wybucham śmiechem, i przy okazji strzelam do niego z moich dłoni :-) na koniec wbija mi pieczątkę w paszport, ja mu mówię że do zobaczenia za dwa tygodnie, odchodzę ale po chwili wracam do niego bo to pokój bez klamek, nie wiem gdzie iść. A on udając totalną załamkę, łapie się za głowę, kręci nią i pokazuje małe drzwiczki za boksem ;-D


Mexico City

Ląduję o 1 w nocy, w Polsce jest już dawno po śniadaniu. Zdjęcie słabe bo telefonem, bo chmury. Bezkres świateł, światełek, po horyzont, nie kończy się. Siedzę przy oknie i odechciewa mi się spać. Widok na całe życie, 20 mln ludzi zapaliło po żarówce a ja nad tym frunę. Ląduję na pustym lotnisku, idę, idę. Dochodzę do pierwszego punktu, gdzie pytają mnie tylko jak się mam, odbierają dokumenty imigracyjne. Pani przybija mi pieczątkę i wita w Meksyku. Pytam czy to todos bo obok dziewczyna musi opowiadać historię życia urzędnikowi. Todos. Idę dalej. Tu trzeba odebrać bagaż i iść na kolejną odprawę celną. Hola, Como estas. Urzędnik pyta skąd jestem, każe mi wcisnąć przycisk, wyświetla się zielone, zabiera deklarację celną i wita w Meksyku. Mogłabym przemycić nawet bobra albo i pięć ;-) wychodzę na halę, wymieniam kasę na peso. Płacę za taksówkę do centrum. Taksówkarz to niski typowy Meksykanin, gadamy po hiszpańsku, skąd jestem, ile leciałam, kojarzy mój kraj, to miłe, śmieje się z mojej hiszpańszczyzny, mówi despacito. Przejazd przez miasto to kolejne niezapomniane widoki. Jest druga w nocy, spodziewałam się pustek albo zombiaków. Jest zdecydowanie inaczej niż w Europie, uliczne stragany z jedzeniem, panie w minispódniczkach, mnóstwo samochodów. Ci ludzie nie śpią.

Załącznik:
CDMX noc.JPG


* W samolocie do Meksyku na pokładzie stewardesy rozdają formularze, które trzeba wypełnić. Są to dwa formularze, pierwszy zawiera dane osobowe, dane lotu, ile dni spędzisz w Meksyku. Drugi formularz to typowo celny papier – co wwozisz, ile itd. Najpierw jest pierwsza odprawa imigracyjna gdzie w moim przypadku polegała ona na powitaniu w Meksyku i wbiciu pieczątki w paszport, urzędniczka oddaje część wcześniej wypełnionego formularza i ten kawałek papieru jest bardzo ważny bo odbierają go w momencie gdy opuszczasz Meksyk. Druga odprawa to odprawa celna, gdy już odbierzesz bagaż z taśmy. Podchodzisz do stolika przed bramką wykrywającą metal. Tam też moja odprawa polegała na zerknięciu w paszport, powitaniu w Meksyku i wciśnięciu przycisku, w moim przypadku zapaliło się zielone więc urzędnik tylko wziął ode mnie formularz celny. To wszystko.
Na lotnisku jest sporo kantorów, pewnie czynnych całą dobę bo byłam tam o 2 w nocy. Tak samo kioski z autoryzowanymi taksówkami. Wcześniej byłam przerażona że wyląduję w nocy i wszystko będzie pozamykane a ja miałam tylko 20 dolarów w kieszeni. Ale bez obaw, oni nie śpią!


Museo Nacional de Antropologia

Nie wiem, nie wierzę jeszcze że tu jestem. Dzisiaj wyszłam na ulicę i od razu w paszczę lwa. Nie przepadam za komarami, muchami i tłumem. Chyba dlatego tu przyjechałam... Mieszkam zaraz przy głównym placu Zocalo. Olbrzymia przestrzeń jest zapełniona straganami bo jest Fiesta, taki trochę jarmark z lokalnymi produktami. Jest też sporo chińszczyzny, chyba trochę taka pajda chleba ze smalcem i ogórkiem. Dziki tłum jakiego nie widziałam. Ale to co przyjemne to muzyka, głosy ludzi, klaksony. Inny świat, zupełnie inne dźwięki. Miałam plan pojechać do muzeum antropologicznego. Czytałam że podobno najlepsze w Ameryce Łacińskiej. Trzeba dostać się do metra w takim tłumie. Metro to kolejne zjawisko. Inny świat, ludzi jak w mrowisku, wagony dłuższe niż niejedno polskie TLK. Z tym że u nas po wagonach chodzą z piwkiem jasnym, tutaj z krzyżówkami, wodoodpornymi słuchawkami, książeczkami o ptakach, wszystko za 20 peso. W metrze są strefy dla kobiet, dzieci i starszych ludzi - podobno chodzi o uniknięcie molestowania. Wbijałam się w pierwszy wagon za tymi wydzielonymi :-) jest taki tłok że nie sposób uniknąć dotyku, nie trzeba się niczego trzymać, trzyma cię tłum, nie ma mowy o zaliczeniu gleby. Metro żyje własnym życiem, przesiadką na inną linię to nie 5 minut, szłam jak przez lotnisko w Toronto, oznaczenia nie są europejskie, narzekałam na upał w metrze w Mediolanie, tutaj już się nie odzywam.
Muzeum, jedno z lepszych w jakich byłam. W jednym nowoczesnym budynku zebrali wszystkie kultury tego kraju. Mega szacunek. Toltekowie? Proszę bardzo, Aztekowie? Phi! Majowie, Olmekowie, Mexica, Zapotecowie i setki innych. Genialne. Naoglądałam się talerzy, kubków ale też totemów, fragmentów całych budowli, rzeźb, czego tam nie było! Taki przedsmak, bo jutro wypad za miasto na pierwsze ruiny :-)

Załącznik:
DSC_0026.JPG


Załącznik:
DSC_0041.JPG



* jeśli jesteście pasjonatami dawnych kultur to Museo Nacional de Antropologia jest idealnym miejscem. Spędziłam tam praktycznie cały dzień. Wejście to tylko 70 MXN i można płacić kartą. Jest tam wszystko co tylko odkopane zostało w tym kraju, praktycznie wszystkie kultury, zebrane niesamowite eksponaty. Poza tym jeśli planujecie potem zwiedzać różne ruiny po całym kraju, to też jest to miejsce które warto odwiedzić przed ruinami. I chyba jedyne miejsce gdzie można zobaczyć Chac Mool w całości z bliska, w Chichen Itza jest to niemożliwe.


Feria Internacional de las Culturas Amigas


Jedzenie. Bułki z podróży się skończyły ;-) ponieważ na Zocalo jest olbrzymia Fiesta z lokalnymi produktami poszłam tam upolować coś do jedzenia. Tlayuda de Oaxaca. Miałam nadzieję że nie będę potrzebowała po tym ayuda ;-) placek wysmarowany pastą z fasoli, wypełniony sałatą, pomidorami, awokado i mięsem z królika. Do tego dwie salsy, jedna ostrzejsza od drugiej. Było pysznie! W trakcie jedzenia uświadomiłam sobie że staram się unikać picia ich wody, piję tylko wodę z butelki, zęby myję w butelkowanej wodzie, pod prysznicem mam zaciśnięte usta. A tu? Po całym dniu w muzeum, po podróżowaniu metrem jem gołymi rękami coś co kobieta przygotowała również gołymi rękami na straganie... Było naprawdę dobre :-) Metro to też super miejsce żeby coś zjeść - to zagłębie jedzenia robionego w głębokim oleju. Zjadłam chyba z cztery porcje churros, coś ala nasze faworki ;-)
Śniadania to zawsze owoce, do tego tosty, jakieś lokalne zapiekanki, płatki, jogurt, cokolwiek sobie weźmiesz. No i znowu się przyłapałam na tym że zjadłam galaretkę, a galaretka to przecież z wody jest zrobiona, raczej nie butelkowanej ;-) zagryzłam tą galaretkę super ostrą salsą w nadziei że zabije to bakterie ;-) pali gębę aż miło.

Załącznik:
Tlayuda de Oaxaca.JPG



Teotihuacan


To jest Manuel. Poznałam go w kolejce do autobusu do Teotihuacan. To ciekawy świata człowiek, który zanim założył własny biznes z szyciem kostiumów dla hoteli, pracował na statku wycieczkowym, pływał po Morzu Karaibskim aż po Nowy Jork. Po całodziennym zwiedzaniu piramid, Manuel koniecznie chciał żebym spróbowała lokalnej kuchni. Podeszliśmy do pobliskiej restauracji i zamówiliśmy Barbacoa i Mixiote. Na filmiku Manuel uczy jak jeść tacos:-) nasz ostatni autobus spod ruin odjechał więc właściciel restauracji zaproponował nam że nas podwiezie swoim olbrzymim pick-up'em na stację autobusową. W ten sposób przejechałam przez całe San Sebastian i odpowiadałam na pytania o Polskę, o to jak tu jest, jak mi się podoba, że mówię po hiszpańsku (byle jak ;-)) ale mówię. Myślę że to otwiera niektóre drzwi :-) Manuel jest z Cancun, za 4 godziny ma lot, na koniec naszej wycieczki w metrze między stacją La Raza a Guerrero daje mi talizman, jeśli powieszę go nad łóżkiem będzie strzegł moich snów...

Załącznik:
DSC_0047.JPG


Załącznik:
DSC_0113.JPG


Załącznik:
DSC_0127.JPG


Załącznik:
DSC_0138.JPG


Załącznik:
DSC_0160.JPG


Załącznik:
DSC_0213.JPG


Załącznik:
Mixiote.JPG


Załącznik:
Barbacoa.JPG



* jeśli jesteście w Mexico City to Teotihuacan jest punktem „must see”. Autobusy odjeżdżają ze stacji Norte, tam też kupiłam bilety tam i z powrotem płacąc kartą. Autobus podjeżdża pod ruiny ale trzeba kawałek jeszcze podejść. Z powrotem autobusy odjeżdżają tylko do jakiejś określonej godziny z tego samego miejsca. Z ruin wyszłam ok godziny 18 i autobus do stolicy na który miałam bilet odjeżdżał już z jakiegoś innego miejsca. Warto wziąć to pod uwagę, chociaż stało kilka taksówek więc o dotarcie do autobusu bym się nie martwiła niezależnie od pory. Same ruiny polecam, jedne z lepszych na jakich byłam, robią mega wrażenie. Ważne jest też to że Meksykanie w każdą niedzielę mają wstęp do muzeów, ruin itp. w całym kraju za darmo. Ja byłam w niedzielę, więc było tłoczno.


Tula de Allende

Tula. Kolejny punkt na mojej liście, gdzie koniecznie chciałam pojechać, zobaczyć. Pierwsze zaskoczenie to autobus, za 26 zł mam wygodne siedzenie, miejsca na nogi jest tyle że Polski Bus wcisnął by kolejne dwa siedzenia, dostęp do internetu który się nie zacina, klimatyzacja, film,muzyka, słuchawki, gniazdko elektryczne i butelka wody. Nie widziałam w Polsce takiego poziomu. Jadę 1,5 h z czego połowa czasu to autostrada ze stolicy, która się nie kończy - domki, fawele przyklejone do wulkanicznych wzgórz, jest tego mnóstwo. Dojeżdżam do Tuli, mam ze sobą wydruk z Google maps jak iść - 26 minut. Idę, idę, trochę się gubię ale docieram do rzeki i już widzę znak ->zona arqueologica. Myślę: extra. Idę pod górę ulicą, jadą samochody. Docieram do wejścia które od razu mi się nie podoba bo przypomina Czarnobyl. Szyby powybijane, walające się śmieci, brama zamknięta na kłódki. Pierwsze co pomyślałam to że dzisiaj poniedziałek i jest zamknięte... Patrzę na moją "mapę" - jest droga dojazdowa ale naokoło. Skoro już tu jestem.... Idę tą ulicą chyba z pół godziny, idę przez jakieś zagłębie samochodowe - cała masa warsztatów. Dochodzę do moich ruin i znów powybijane szyby, totalna pustka, na parkingu kilka samochodów. Czas się zatrzymał. Ale jest czynne :-) pytam dlaczego wejście dla pieszych jest zamknięte i otrzymuję odpowiedź w stylu "Bo jest zamknięte". W całej zonie może kilka osób. Cudownie. Cała piramida dla mnie!
Trzeba wrócić. Idę zgodnie z mapą ale stwierdzam że pójdę większą ulicą niż przedtem. No i morał jest taki że to co nazywa się dumnie Avenida del Norte niekoniecznie jest super obwodnicą miasta. Moja Avenida zrobiła się uliczką a potem ścieżką nad rzeką wśród faweli. Musielibyście zobaczyć miny Meksykanów na widok gringo! Zdecydowanie byli bardziej zaskoczeni niż ja! Nieogarniali! Podchodzę do kolejnej osobliwości - do wiszącego mostu nad rzeką... W drodze na dworzec autobusowy, zatrzymuję się przy dziewczynie która na chodniku sprzedaje jedzenie. Zatrzymałam się bo sprzedawała robaki, jakieś zasuszone muchy, placki jakby z robakami. Wybrałam coś co wyglądało najbardziej normalnie i nie przypominało robaków - tortitas de ejote. Poprosiłam nawet żeby mi zapisała nazwę tego smakołyku żeby w razie co w szpitalu wiedzieli na co mnie leczyć ;-) placki okazały się mega pyszne. Jeśli zrobiła je z robaków to mega szacun!

Załącznik:
DSC_0245.JPG


Załącznik:
DSC_0263.JPG


Załącznik:
DSC_0292.JPG


Załącznik:
DSC_0302.JPG


Załącznik:
DSC_0387.JPG



* to miejsce od początku było na mojej liście. Podczas gdy inni jechali do Puebli ja wybrałam kierunek na Hidalgo. Miałam wydrukowaną mapę z gogle i od razu mówię że to wejście które jest najbliżej - jest zamknięte, działa tylko to gdzie jest dojazd samochodem. Pieszo z dworca to jakieś 50 min w jedną stronę. Nie jest to miejsce zbyt popularne. Spędziłam tam pół dnia i nie spotkałam żadnych turystów, tylko kilka rodzin z dziećmi. Poza kilkoma kramami na początku ścieżki nie ma tam nikogo kto by nagabywał na kupienie mini piramidy, Chaca Mool itp.


Mexico City

Dzisiaj. Ostatni dzień w Mexico City. Wrócę tu ale to będzie oznaczało koniec meksykańskiej przygody. Na fieście na Zocalo zabawna sytuacja: zamawiam jedzenie, Pani szykuje wszystkie składniki i mówi że ma tylko ostry sos. Odpowiadam żeby nie pękała ;-) więc ładuje mi to na sałatę, mięso, awokado. Stoję i jem. Myślę sobie że mnie oszukała bo centralnie nic nie czuję. Zatrzymuje się przy mnie młoda Meksykanka, patrzy jak jem, klepie mnie po ramieniu i mówi "szacun". Oczekiwałam że spocę się od tego ostrego sosu jak mysz, że usta będą czerwone, będzie piekło i ogólnie masakra. No nic. Wyrzucam talerzyk do śmieci, idę w stronę hostelu i na odcinku kilku metrów wypijam butelkę wody. Szatan, nie sos! Pali jak kwas siarkowy! Michał (Ty wiesz ;-)) radził jeść to co lokalni, żadne tam czisburgery, tylko wtedy się nie zatruję. Miał rację! Odpukać nic mi nie jest ale nie wiem czy wrócę z całym przełykiem ;-)
Jadąc na lotnisko metrem znalazłam się na stacji gdzie krzyżowały się 4 linie - jak to możliwe że w Warszawie mamy ledwo dwie nitki? Przecinają się wogóle? ;-)
Pierwszy raz widzę to lotnisko za dnia. Z daleka wygląda jak reaktor atomowy - olbrzymia betonowa bryła! Wszystko jest tu bezgranicznie wielkie.
Przyjemnie jest przeczytać wiadomość od brata "Nara buraku :-*" jedzie w góry na kolejny ultrabieg i każe mi przystopować z jedzeniem bo nie zmieszczę się w koszulkę, którą dla mnie wypoci!
Na koniec dostaję wiadomość od Manuela. Pyta co u mnie, jak mi mija podróż, pyta kiedy będę w Cancun to może uda się spotkać. Na koniec mejla przesyła kilka zdań po polsku. Myślę sobie że Google translator poszedł w ruch, ale potem otwieram załącznik... a tam rozmówki we wszystkich słowiańskich językach! Pozostałość po pracy na cruise shipie.

Załącznik:
DSC_0011_2.JPG


Załącznik:
DSC_0010_2.JPG


Załącznik:
DSC_0938.JPG




Tuxtla Gutierrez

Tym razem będzie bez zdjęcia :-)
Byliście kiedyś w motylarni? Takim pomieszczeniu w zoo lub ogrodzie zoobotanicznym, gdzie w zamkniętym pomieszczeniu, specjalnie przystosowanym trzyma się egzotyczne motyle? Ja byłam w Poznaniu, i teraz mam deja vu. Wysiadam z samolotu, idę rękawem, wychodzę na klimatyzowany hall gdzie kobiety z firm taksówkarskich to istne harpie marketingu, rozszarpują się o każdego klienta, przy okazji rozszarpując jego samego. Kupuję bilet na taksówkę, wychodzę z budynku i czuję się jak w motylarni. Ja pitole!!! Jest tak parno i wilgotno że szok! Brakuje tylko żeby mnie obsiadły motyle. Przejmuje mnie taksówkowy boy, nadaje przez krótkofalówkę sygnał i po chwili podjeżdża nówka sztuka wóz. Jedziemy przez nicość bo lotnisko jest w szczerym polu. Ale tą ciemność rozrywa raz po raz błyskawica, jedna za drugą. Czuję się jakbym uczestniczyła w programie National Geographic "Łowcy burz". Petarda za petardą! Jak ten samolot wylądował się pytam?!? Dojeżdżamy do policyjnej blokady polegającej na zwężeniu drogi do jednego pasa, postawieniu progu zwalniającego i postawieniu policjantów. Ale nie takich, ładnie wystrojonych jak w stolicy, w lakierkach którzy gwizdając oznajmiają ci ze możesz przejść. Ci policjanci, w stanie Chiapas, są uzbrojeni po zęby, każdy trzyma olbrzymi karabin, jakby zaraz miała tędy przejechać prezydencka kolumna! Co za klimat!!
Jest północ. Idę spać. Wam mówię: Dzień dobry, miłej pracy!

* lot vivaAerobus mam o godz 20:00 z Mexico City i po dwóch godzinach jestem w Chiapas. Lot jest z tego samego gate co lot do Cancun i Villahermosa i wszystkie mniej więcej w tym samym czasie, więc jest mega tłok i trzeba pilnować się żeby nie przegapić swojej zony z wejściem do samolotu. Nikt nie zwracał uwagi czy mam jeden plecak czy dwa i jak wyglądają.


Tuxtla Gutierrez -> San Cristobal de las Casas

Pewnego razu Czuang Czou śniło się, że jest motylem, radosnym motylem, który latał swobodnie, nie wiedząc, że jest Czuang Czou. Nagle zbudził się i znów był rzeczywistym Czuang Czou. I teraz nie wiadomo, czy motyl był snem Czuang Czou, czy też Czuang Czou był snem motyla. <Podróże z Herodotem; R.Kapuściński>

Rzecz w tym, że tak na dobrą sprawę jedynym moim marzeniem było kiedyś osiągnąć nieosiągalne, to znaczy PRZEKROCZYĆ GRANICĘ. Nie chciałem niczego więcej. Tymczasem puszczona w ruch sekwencja wypadków zaniosła mnie aż tutaj, na daleki kraniec świata. <Podróże z Herodotem, R.Kapuściński>


* nie spędzam w Tuxtli zbyt wiele czasu, z samego rana wstaję i idę na dworzec ADO złapać autobus do San Cristobal. Jest to idealne miejsce wypadowe na kanion Sumidero, jadąc do San Cristobal przejeżdża się przez fragment tego kanionu. Fajne widoki!


San Cristobal de las Casas

Ląduję w jeszcze innym świecie. Mój pobyt w San Cristobal de las Casas zaczyna się od tego że na dworcu autobusowym podchodzi do mnie chłopiec, dziecko, może 6 letnie z wielką drewnianą skrzynią i pyta czy może mi wyczyścić buty za kasę. Są z nim dwaj koledzy może rok, dwa lata starsi, każdy z koszykiem z innymi pierdołami do sprzedaży. Zatyka mnie. Bo to jest coś z czym w Europie nigdy się nie spotkałam. Po pierwsze dziecko, po drugie nue chce kasy za nic, po trzecie mam różowe adidasy więc nie wiem jak chce je wyczyścić. Ratuje mnie Meksykanka która siedzi obok z rodziną i zaczyna wypytywać dzieciaki, co tu robią, gdzie są ich rodzice, czemu nie są w szkole. Odpowiedzi są mega proste, rodzice w pracy, oni też są w pracy. Daję im jakieś drobne a ci latają jak w amoku że dostali kasę. Nie wiem czy to było wychowawcze ale mnie ruszyło. W tym samym czasie piszę na messanger z Żanetą i dochodzimy do wniosku że w dzieciństwie jak byłam niegrzeczna to rodzice straszyli mnie że przyjdą Cyganie i mnie ukradną. Jeśli będę miała kiedyś dzieci i będą niegrzeczne będę je straszyć że je wyślę do Meksyku ;-) coś w stylu "jeśli nie zjesz marchewki w tej chwili to wyślę Cię do Meksyku!". Ja byłabym przerażona :-)
W ulewie docieram do hostelu, czekam do godz 16:00 aż deszcz ustał. Wychodzę na miasto, i od razu skrada ono moje serce! Jest niesamowity klimat, zupełnie inni ludzie. Nie mam planu, po prostu włóczę się bez sensu, wspinam się na punkt widokowy, docieram do targu z rękodziełem, trafiam do manufaktury z lokalną kawą - wybierasz jaką chcesz kawę, każda jest mielona jeśli chcesz, każda ma jakieś nuty zapachowe i smakowe (jak z winem), wszystkie z lokalnych plantacji. Co za zapach!
Ponieważ nie mam planu, jem po drodze wszystko co jest "z chodnika", najczęściej jest to w stylu 3 za 10. W ten sposób zjadam najlepsze mango na świecie, chipsy polane ostrym sosem i rurki z głębokiego oleju wypełnione jakąś słodka pianką.

Załącznik:
DSC_0034_2.JPG


* jadąc z Tuxtli do San Cristobal przejeżdża się przez góry, przez kanion Sumidero, malownicze widoki, chmury, dżungla. Krajobraz robi wrażenie jeśli przyjechało się z miejskiej dżungli CDMX. San Cristobal de Las Casas to urocza miejscowość w górach. Starszy pan z którym siedziałam w samolocie do Tuxtli mówił że jest ładne ale zatłoczone turystami. I jest w tym prawda bo głównymi ulicami przechodzą tłumy ludzi. Na ulicach nie ma straganów z jedzeniem, są same restauracje, różne, z różnym jedzeniem.


San Cristobal de las Casas

Z każdego miejsca wysyłam kartki do rodziny i przyjaciół. Tu wysłać kartkę nie jest tak łatwo. W Mexico City znalazłam skrzynkę na listy w luksusowym hotelu, dzięki uprzejmości boya hotelowego udało mi się z niej skorzystać. W San Cristobal jest podobnie, żadnych skrzynek. Po kilku perypetiach znajduję w końcu budynek poczty, który wyróżnia się tylko małym szyldem "correo" nad wejściem. Wchodzę, ciemno, Wielka lada a za nią urzędniczka. Przed ladą...zwariowałam! Na ziemi klęczą trzy Indianki jakimiś torbami i z tych swoich toreb pakują do paczek fanty. Jedna jest już spakowana więc owija paczkę folią i taśmą, druga jeszcze przekłada jakieś pakunki do swojej paczki. Trzecia za to, widzę że ze swojej torby wyciąga kolbę kukurydzy. Ale nie zwykłą taką, tylko ugotowaną, jeszcze gorącą, bucha z niej para! Pyta urzędniczki czy może to wysłać. Urzędniczka bierze do ręki parującą kolbę, krzywi się ale mówi że ok ale żeby owinęła to w coś. Ucieszona Indianka owija parujące kolby kukurydzy i wrzuca do swojej paczki! Urzędniczka z kukurydzą w ręku pokazuje mi gdzie mam wrzucić kartkę, a na pytanie o znaczki, odpowiada że nie ma.
Zbierają się chmury, czuję trochę głód więc wchodzę do pierwszej lepszej knajpy. Zamawiam burrito, piwo i mezcal. Piwo smakuje jak jakieś rzemieślnicze w Polsce ,ma 4,1%. Jest z kukurydzy, z karmelem. Burrito najlepsze na świecie - z jajkiem, bekonem, dymką i mega ostrą salsą. Wypijam mezcal. Czym to smakuje? Nie znam smaku do porównania. Przegryza się to pomarańczą która z zewnątrz wygląda jak duża limonka, posypać ją trzeba przyprawami-ostrą papryką z solą. Sama pomarańcza z przyprawami smakuje wybornie!


Załącznik:
DSC_0489.JPG


Załącznik:
DSC_0507.JPG


Załącznik:
DSC_0560.JPG


Załącznik:
DSC_0557.JPG


Załącznik:
Mezcal2.JPG


Załącznik:
Burrito.JPG



* jestem w regionie który słynie z włókiennictwa. W hostelu dostaję również mapkę „województwa” z zaznaczonymi „gminami” i miejscowościami w których wyrabia się tkaniny, każde słynie z innego wzoru, innego kroju, innego haftu. To ciekawe bo chodzące po mieście Indianki można poznać skąd pochodzą właśnie po stroju, po wyhaftowanym wzorze na bluzce czy spódnicy. W San Cristobal jest również targ z rękodziełem, można się zgubić między alejkami, jest mnóstwo kolorowych tkanin, ubrań, sukienek, koszul. Natomiast jeśli tam nie traficie to nic straconego, po mieście chodzi cała masa Indianek obładowanych ubraniami które można kupić.


San Cristobal de las Casas

Jest godzina 00:24. Właśnie skończyło trząść ziemią. Masakra. Zrywasz się w nocy, wszystko się trzęsie, syreny wyją, wyłączają prąd. Stoję na ulicy z innymi z hostelu i czekamy aż przestanie wyć. Przed chwilą włączyli prąd więc wróciliśmy do hostelu, ale ledwo usiadłam znów włączyły się syreny. Wyszliśmy więc znowu na ulicę. Podobno trzęsienie było w Chiapas i na Jukatanie, podobno 8.1 w skali. Nic mi nie jest poza tym że dziwne uczucie.

Załącznik:
DSC_0005_6.JPG


Załącznik:
DSC_0010_7.JPG



* Syreny wyją całą noc, przestają tylko na minutę, dwie, nie wiadomo dlaczego. Czekamy na wstrząsy wtórne, które następują dopiero po 3 godzinach, ale trwa to krótko i nie jest tak silne. Mimo to całą noc spędzam na ulicy. Budzik mam nastawiony na 6 rano a o 5 rano dopiero kładę się spać, już nie zwracając uwagi na wyjące syreny.


San Cristobal de las Casas -> Palenque

A że żyć, żyłem, jak się dało czy musiało,to widocznie inaczej się nie dało, bo nikt przecież nie żyje, jak by chciał. A zresztą gdyby nawet się dało, jak by człowiek chciał, czy byłoby mu lepiej? Nigdy nie wiadomo, czy tak, jak człowiek by chciał, nie byłoby akurat gorzej. To może każdy ma nie tylko takie życie, jakie ma, ale i najlepsze, jakie mógłby mieć. <Kamień na kamieniu; W.Myśliwski>

Po całej nieprzespanej nocy życie tu dalej się toczy. Kupiłam bilet do Palenque. Miałam jechać przez góry, wąską drogą pełną zakrętów, przez Ocosingo, to krótsza droga tylko 5 godzin zakrętów. Wymiękłam, nie wiem jak ta droga wygląda, czy jest przejezdna, nie chcę ryzykować i oglądać lawin, utknąć. Wybrałam opcję 8 godzinną, autobus OCC jedzie naokoło gór, omija serpentyny i blokady dróg. Przez to muszę zmienić plany, zrezygnować albo z ruin Palenque albo Bonampak. Szkoda, ale chyba mam już dość wrażeń.

* plan był taki że o 6 rano łapię collectivo do Ocosingo i potem do Palenque. Po całej nocy na ulicy jestem tak wykończona że odpuszczam. Poza tym droga przez góry niewiadomo czy jest przejezdna, czy czasami nie uszkodziło jej trzęsienie ziemi, lawiny kamieni czy ziemi. Autobus OCC jedzie do Palenque 8 godzin więc ten dzień jest stracony, przez to muszę zrezygnować albo z Yaxchilan i Bonampak albo z ruin Palenque.


Palenque

Hello World.
Jest ciężko. Myję zęby i czuję że każdy ruch sprawia że moje ciało oblewa pot, nawet rozmowa sprawia że się pocisz. Kładę się do łóżka, wchodzę w mój ultracienki bawełniany śpiwór (słuchajcie jestem śpiochem, mogę zasnąć na piaskach Sahary w samo południe pod warunkiem że się czymś przykryję - wiem głupie). Jedyne na czym się koncentruję to żeby się nie ruszyć bo cała się spocę, ale przykrywam się po same uszy :-) Właściciel hostelu to śmieszny gość. Ewidentnie bawi go mój hiszpański. Wiem że potrafi po angielsku ale nie poddaję się. Mówię coś do niego a on patrzy się na mnie, śmieje się ale nie pomaga, czeka aż wypruję się do końca wtedy kiwa z aprobatą głową i odpowiada. Lubię go za to.
Rano budzę się i za oknem mam niesamowity widok na góry. Wychodzę z hostelu, idę na postój busów i od razu wpadam w łapska naganiaczy. Ruinas!!! Krzyczą jeden przez drugiego, zaklepują sobie który mnie przejmie. Cena jest jedna i ta sama - 4 zł. Wsiadam do busa, jestem jedyną złapaną osobą, myślę sobie że teraz będę czekać godzinę aż uzbiera komplet. Ale nie. Rusza od razu. Ruiny są oddalone o 9 km od miasta. Opłacało mu się odpalić busa dla jednej osoby. Po drodze udaje mu się zgarnąć jeszcze dwie.
Wysiadam przy wejściu do zony z ruinami. To też nie jest proste. Bo wysiadasz i zaraz przejmuje Cię gościu który jest licencjonowanym przewodnikiem, mówi że zaraz ci wszystko opowie co tu jest, gdzie bilety itp i sama zdecydujesz co chcesz robić. Faktycznie tak robi, idę za nim i słucham ale widzę że odciąga mnie od kasy biletowej i wejścia. Lądujemy kilkanaście metrów dalej przy jego stanowisku. I wtedy pokazuje mi ceny. 100 amerykańskich dolarów kosztuje wynajęcie go bez limitu czasu. Będzie do Ciebie mówił po angielsku. Masz wtedy czas na zdjęcia, siku, picie, zaprowadzi Cię wszędzie, wejdziesz na świątynie, do środka, do dżungli, usłyszysz małpy bo z zobaczeniem ich nie ma gwarancji. Mówię że to za drogo. Schodzi z ceny. Ale to wciąż 80 dolarów. Są tańsze wersje: opcja bez siku i zdjęć, opcja bieg po ruinach w 2,5h, opcja tylko hiszpańskojęzyczna. To lekcja asertywności. Odciągnął Cię od wejścia, schodzi z ceny, jest miły, pyta ile mogę dać, mówi że brak kasy to nie problem bo pojedzie ze mną do miasta, wypłacę z bankomatu i wtedy mu zapłacę. Jestem asertywna, odmawiam, sama zdecyduję na którą piramidę wejdę.
Od razu wchodzę do kontrolowanej dżungli. Kontrolowanej bo jest ścieżka, nie potrzebuję maczety. Magia! Wszędzie pochowane ruiny, schody, piramidy. Wchodzę na każdą. Wychodzę potem z dżungli i kolejne piramidy.
Jest mega gorąco i wilgotno. Po wejściu na kolejną piramidę czuję się jak topniejący lód. Kupujesz loda w wafelku, nie jesz go tylko trzymasz na słońcu. Czuję się jak taki lód. Albo jak ślimak z Ku Słońcu w Szczecinie :-)Historia ze ślimakiem z Ku Słońcu jest taka że totalnie go nie rozumiem. Codziennie chodzę tamtędy do pracy i chodnikiem przechodzą dziesiątki ślimaków. Nie rozumiem tylko dlaczego wychodzą z krzaków cmentarza gdzie mają cień i wilgoć wchodzą na ten chodnik i tu giną z wyczerpania, bo potrąci je rower czy pieszy. Giną w słońcu, parują i znikają, nic po nich nie zostaje bo ślimak to sama woda. Więc oprócz tego że czuję się jak topniejący lód w wafelku to też wiem jak czuje się ślimak z chodnika na Ku Słońcu. Czuję jak moje ciało topnieje, paruje, kurczy się jak owoc poddany suszeniu. Kandyzowana konkwistadorczyni :-D Jeny, jeden z moich przyjaciół napisał do mnie że jestem żeńską formą konkwistadora, ale nie doszliśmy do tego jak by brzmiała odmiana ;-)
Ale jest magicznie!


Załącznik:
DSC_0003_8.JPG


Załącznik:
DSC_0611.JPG


Załącznik:
DSC_0724.JPG


Załącznik:
DSC_0732.JPG


Załącznik:
DSC_0864.JPG


Załącznik:
DSC_0905.JPG


Załącznik:
DSC_0919.JPG


* bus podwozi pod same wejście do ruin. Żeby tu się dostać trzeba dodatkowo zapłacić również za wstęp do parku narodowego – najpierw bus zatrzymuje się przy wjeździe do parku i płaci się ok 32 peso, potem już przy wejściu do ruin płacimy za bilet wstępu na ruiny.


Palenque

Cały dzień w ruinach. Wracam do centrum, jestem głodna jak wilk. Ale jak na złość nie ma wogóle jedzenia z chodnika. Wchodzę więc do pierwszej knajpy gdzie siedzi kilku lokalsów. Trafiam fajnie bo serwują tacos i quesedillas na sztuki, więc zamawiam różne. To co mnie super ucieszyło to że podali do tego 6 rodzajów salsy. Były zwykłe limonki, siekane pomidory z cebulką, siekana cebula z zieleniną, jakiś zielony i czerwony sos i to co mnie najbardziej zaskoczyło to siekany ananas z cebulką i limonką! Ze wszystkich sals tylko limonka nie była ostra, cała reszta ogień. Nawet ten ananas, myślałam że będzie słodkawy ale ostrością nie ustępował pozostałym. Dla mnie było to kulinarne niebo!
Idę na dworzec autobusowy. Mijam meksykańską dyskotekę. Meksykańska dyskoteka to plastikowy namiot. Zastanawiam się jak oni w środku wytrzymują, no ale... Muzykę z namiotu słychać już przecznicę wcześniej. Techno jakiego nie słyszałam nigdy wcześniej. A byłam kiedyś w Berlinie na Love Parade... :-) w drzwiach do namiotu Meksykanie tańczą. To nie ma nic wspólnego z Desperado, z gitarrą itp. Brakuje im tylko białych rękawiczek i gwizdków a i tak bez nich wymiatali by na Manieczkach ;-)
Przede mną cała noc w autobusie. Manuel wynalazł mi zajęcie na jutro: o 8 rano muszę złapać autobus który zabierze mnie na Ruta Puuc. Dzięki temu zobaczę nie tylko Uxmal który miałam w planach, ale również Kabah i Labna

Załącznik:
Quesadillas & tacos.JPG


Załącznik:
Salsa do quesadillas.JPG




Ruta Puuc

Dzień zaczynam od tego że mój nocny autobus do Meridy nie przyjeżdża wogóle. Robi się nerwowo bo na kolejny autobus muszę czekać dodatkowe 1,5 h i nie mam pewności czy zdążę na mój autobus na Ruta Puuc. Manuel wynalazł mi zajęcie na dzisiaj: Ruta Pucc. Autobus z Meridy startuje o 8 rano, zawozi Cię do trzech miejsc z ruinami w dżungli: Uxmal, Labna i Kabah. Chcę na to zdążyć bo przez trzęsienie ziemi straciłam jeden dzień i nie byłam w Bonampak.
Na dworcu w Meridzie ląduję o 7:45, zostawiam plecak w depozycie i jadę. Cały autobus to Meksykanie, poza mną, Hiszpanem z Barcelony, Czechem, Litwinką i Macedończykiem. Jest niedziela więc Meksykanie mają wszędzie wjazd za free dlatego tylu ich jedzie. Oprócz obiecanej Labny, Uxmal i Kabah kierowca zawozi nas też do Xlapak i Sayil. Wszystko ukryte w dżungli, bez samochodu nie do osiągnięcia. Jest to szybka randka z ruinami: zatrzymujemy się na parkingu, mamy 30-40 minut na to żeby zobaczyć i wrócić do autobusu. Mega! Dopiero teraz zobaczyłam jak w oryginale wyglądają piramidy, gdy nie są odpicowane pod turystów. Trochę to smutny obraz bo wiele ruin po prostu zarasta dżungla i nie ma za bardzo kasy żeby o to wszystko dbać i chuchać.
Mój autobus to wesoły autobus. To ludzie 50-60+. Śpiewają w autobusie, żartują, tańczą. Każdego pytają skąd jest i biją brawo! Polska robi furorę! Wogóle jak dowiadują się że spotkało mnie trzęsienie ziemi to pilnują mnie żebym się nie zgubiła, opiekują się mną.
Chodzę po tej dżungli, po ruinach jak po polskim lesie, szukam fajnych ujęć, chodzę po krzakach, spotykam wygrzewające się na słońcu iguany, jaszczurki kolorowe jak neony. Dopiero jak spotykam tarantulę dochodzi do mnie że kurna! nie chodzisz za grzybami dziewczyno!
Wieczorem robię spacer po Meridzie. Bardzo podoba mi się to miasto! Nie chodzi o zabytki, chodzi o klimat! Jest niedziela, mnóstwo ludzi na ulicach, niska fajna zabudowa, turystów za bardzo nie widzę. Ląduję na targu, siadam, zamawiam tamal, torta cochinita i panucho. Wszystko chcę spróbować, do tego litr watermelon. Dostaję dwie salsy, siekaną czerwoną cebulę do torta cochinita i mega ostrą salsę z siekanej cebuli i papryki habanero. Obsługujący mnie dzieciak śmieje się i poważnie ostrzega że to jest mega ostre. Tamal to ciasto kukurydziane przeplatane mięsem z kurczaka. W smaku mdłe jak mydło. Biorę super ostrą salsę do tego. Smak się poprawia, ale nie czuję żeby jakoś paliło to habanero. Zaczynam jeść torta cochinita - to jakby bagietka a w środku mięso wieprzowe z cebulą. Dorzucam salsę habanero. Zjadam panucho - to chupki placek a na nim znowu wieprzowina z siekanymi warzywami. Zdecydowanie wygrywa cochinita, potem panucho. Tamal ratuje tylko salsa. Wydaje mi się że jestem mega kozakiem ale naprawdę po pewnym czasie czuję że wszystko we mnie płonie. Wypijam litr watermelona w ciągu 7 minut i dalej nic nie pomaga. Dopiero po godzinie paszcza przestaje piec i nie ślinię się jak buldog.

Xlapac

Załącznik:
DSC_0005.JPG


Załącznik:
DSC_0006.JPG



Labna

Załącznik:
DSC_0055.JPG


Załącznik:
DSC_0067.JPG


Załącznik:
DSC_0081.JPG


Załącznik:
DSC_0084.JPG



Sayil

Załącznik:
DSC_0118.JPG


Załącznik:
DSC_0138.JPG


Załącznik:
DSC_0146.JPG


Załącznik:
DSC_0155.JPG


Załącznik:
DSC_0158.JPG



Kabah

Załącznik:
DSC_0201.JPG


Załącznik:
DSC_0202.JPG


Załącznik:
DSC_0206.JPG


Załącznik:
DSC_0216.JPG


Załącznik:
DSC_0241.JPG


Załącznik:
DSC_0265.JPG



Uxmal

Załącznik:
DSC_0271.JPG


Załącznik:
DSC_0299.JPG


Załącznik:
DSC_0304.JPG


Załącznik:
DSC_0310.JPG


Załącznik:
DSC_0324.JPG


Załącznik:
DSC_0394.JPG


Załącznik:
DSC_0408.JPG



Merida

Załącznik:
DSC_0410.JPG


Załącznik:
DSC_0420.JPG


Załącznik:
Tamal.JPG


Załącznik:
Torta cochinita.JPG


Załącznik:
Panucho.JPG


Załącznik:
Tamal2.JPG



* bilet na Ruta Puuc kosztuje ok 80 peso. Manuel kupił mi go z wyprzedzeniem ponieważ zwiedzanie planowałam na niedzielę a jak już wiadomo Meksykanie mają wtedy wszędzie za free. I się nie mylił - cały autobus był zajęty. Autobus odjeżdżał z dworca Oriente w Meridzie. Przejście z dworca CAME zajmuje ok 5 minut.


Merida -> Chichen Itza -> Valladolid

Zrobiło się smutno. Zrobiłam odprawę na samolot z Cancun do CDMX, a to oznacza że koniec się zbliża...
Dzisiaj z samego rana ruszyłam na "must see" czyli Chichen Itza. Być na Jukatanie i nie być w Chichen Itza? To jak pójść do Ikei i nie zabrać ołówka! ;-) Wszyscy kojarzą to miejsce tylko z jednym budynkiem, słynną piramidą. Po to się wstaje rano, jedzie 100 km żeby zrobić zdjęcie, zobaczyć, być. Moje pierwsze skojarzenie to Rzym i Zamek Świętego Anioła. Próbujesz przejść przez most z Trastevere do Zamku i przeciskasz się przez tłum okupujących most handlarzy wszelkiego rodzaju staffem. Nie możesz zrobić zdjęcia bez handlarza, w końcu się poddajesz, i po prostu chcesz przejść jak najszybciej. Tak miałam. Tu jest podobnie. Co prawda handlarze nie zasłaniają widoku na zabytki, ruiny. Ale okupują każde drzewo, każdy skrawek cienia. Jest naprawdę gorąco, nawet nie parno jak wczoraj w Meridzie, jest potworny skwar, krem z filtrem 30 to jest dobry na polskie morze, nie tutaj, próbujesz znaleźć jakiś cień i naprawdę jest to niemożliwe. Każde miejsce z cieniem to stragan. Po południu z kolei przyjeżdżają dziesiątki autokarów z zorganizowanymi wycieczkami więc chodzą całe grupy z parasolami. A ja próbuję robić zdjęcia.
Sprzedawcy. Trochę mnie irytują. To miejsce zrobione jest pod Amerykanów mam wrażenie, pierwszą walutą jaką wymieniają sprzedawcy to dolar, ceny też są w dolarach. Masakra! Działa to na mnie jak płachta na byka. Targuję się na swój sposób. Zawsze pada pytanie "Ile możesz dać chica?". Więc rzucam jakąś niedorzecznie niską cenę. Meksykanin kręci głową i co bardziej asertywny odpuszcza sobie ze mną handel, niektórzy próbują trochę podwyższyć moją cenę, więc dziękuję i odchodzę, i słyszę głos za sobą: "OK!". Albo targuję się, nie mówię swojej ceny tylko kręcę głową że za drogo, Meksykanin schodzi z ceny, gdy dochodzi do poziomu przeze mnie akceptowalnego, mówię mu że to jego ciężka praca, rozumiem go i szanuję jego czas więc niech nie marnuje go na mnie, on schodzi z ceny jeszcze trochę, ja powtarzam swoją kwestię jeszcze raz. I z 400 peso schodzimy na 70. Okej, pewnie i tak zarobił, ale fortunę niech buduje na tych z Ameryki ;-)
Dzisiaj pierwszy raz ugryzł mnie komar. Codziennie smarowałam się Muggą i żaden dziad mnie nie tknął. Dzisiaj mugga mi się skończyła ale mam pewnie takie stężenie na skórze że tylko jeden się odważył wgryźć ;-)
Dojeżdżam do Valladolid. Trafiam do cudownie uroczego miejsca jakim jest mój hostel! W centrum Starego Miasta, przy parku, starym kosciółku, z cudownym ogrodem, po którym biegają małe jaszczurki
Jest też zdjęcie z wczoraj jak jem paprykę habanero! Dzieciak który mnie obsługiwał nie wierzył że zjem, ostrzegał. Nie dałam za wygraną. W końcu zaczął się mi przyglądać i czekał aż zacznę jeść. Powiedziałam że jeśli to takie ostre to niech mi zrobi zdjęcie jak zrobię się purpurowa :-) nie zrobiłam się i zdobyłam +15 do szacunu i fejmu.

Załącznik:
DSC_0444.JPG


Załącznik:
DSC_0480.JPG


Załącznik:
DSC_0491.JPG


Załącznik:
DSC_0562.JPG


Załącznik:
DSC_0580.JPG


Załącznik:
DSC_0600.JPG


* już wiem że jeśli będę drugi raz w Meksyku nie odwiedzę ponownie Chichen Itz, w przeciwieństwie do Palenque. Olbrzymia komercja i brak klimatu. Ale miejsce "must see", chociaż żeby się przekonać.



Valladolid -> Coba -> Tulum

Mój dzień. Jest 9:00 rano a na zewnątrz już 30 st. To była chyba najbardziej upalna noc, w pokoju chodziły dwa potężne wiatraki a ja mimo to obudziłam się spocona jakbym chodziła po piramidach. Uczciwie mówiąc nie śpieszy mi się dzisiaj, poza tym że chcę zobaczyć ruiny w Coba, to moim celem jest dotarcie do Tulum. Coba to bardzo mała miejscowość, autobus zatrzymuje się przy restauracji i to tyle. Całe szczęście że wysiada ze mną para z wielkimi plecakami. Liczę na to że wiedzą gdzie są ruiny bo ja się nie przygotowałam za bardzo. Okazuje się że to para Litwinów i nie wiedzą nic i nie mówią po hiszpańsku, więc już mnie zastanawia co oni tu robią ;-) Pytam w restauracji o ruiny, o przechowalnię bagażu. Nie wiem co mi się stało ale to co usłyszałam w restauracji przetłumaczyłam Litwinom na polski :-) patrzą się na mnie jak na ufo po czym Litwinka pyta mnie po polsku "Co Ci się stało?". Śmieje się bo rozmawialiśmy po angielsku a ja z tym polskim wyskoczyłam. Jej dziadkowie są Polakami, zna język polski, chwilę tak rozmawiamy.
Ruiny w Coba to ukryte w dżungli budowle. Najważniejsza to Piramida na którą można wejść i jest to najbardziej stroma piramida na którą do tej pory weszłam - nieregularne stopnie, różnej wielkości. Widać że nie odnawiają jej. Widok na dżunglę jest niesamowity! Ponieważ wszystko jest ukryte w dżungli, jest to mało turystyczne miejsce to udaje mi się zobaczyć prawdziwego węża, który na szczęście był bardziej przerażony ode mnie więc zaczął uciekać w głąb lasu, ale mimo to było to dla mnie bardziej okropne niż spotkanie z tarantulą! Widziałam małego skorpiona, przedziwne ptaki podobne do kiwi, konika polnego wielkości dłoni który zamiast skakać-podlatywał. Wszystko utrwalone na Nikonie!
Wogóle dzisiaj na mojej karcie pamięci stuknęło 1800 zdjęć ;-)
Łapię autobus z Coba do Tulum. Melduję się w moim apartamencie i stwierdzam że pojadę na plażę. Tulum to przedziwne miasteczko bo zamiast powstać przy morzu to powstało 3 kilometry od morza. Ten pas szerokości 3 kilometrów to dżungla. Nie taki ładny sosnowy las jak nad polskim morzem że możesz sobie przejść przez niego i już jest plaża! NIE! Tutaj jest to nie do zrobienia. Z miasta nad Morze Karaibskie jest jedna droga, która za miastem przecina dżunglę i potem biegnie wzdłuż wybrzeża aż do zamkniętego rezerwatu gdzie żyją żółwie. Na mapie widzę że wybrzeże to hotele, ale ubieram klapeczki, biorę aparat i picie i ruszam na autobus. No ale nie mam kasy bo za mój apartament musiałam zapłacić gotówką (nosz akurat zepsuł się terminal!). Zahaczam o bankomat i suprajs! Nie dostaję kasy! Przechodzę wszystkie etapy i nic! Dobra, podchodzę do drugiego bankomatu i na koniec zamiast kasy dostaję komunikat że wypłata tą kartą jest niemożliwa, spróbuj później. Pracowałam prawie 10 lat w banku i wiem że ta karta już nie ożyje. To już druga i to w dolarach! Zostały mi tylko dwie karty w PLN z czego jednej nie chcę używać bo w razie skimmingu wyczyszczą mnie totalnie z hajsu! Masakra, a w portfelu tylko 80 peso. I już nie chodzi o to że nie stać mnie na busa na plażę ale za co ja się dostanę do Cancun?!!!? Karta jednak zadziałała, pewnie prowizja mnie rozwali jak wrócę ;-)
Dobra, znajduję busa na plażę który wygląda jak bus partyzantów kursujący w strefie pod obstrzałem. Ale wsiadam. Jedziemy. I w miarę jak jedziemy już niby wzdłuż plaży wiem że jestem bez szans. Wysiadam na jakimś przystanku, w klapeczkach, i szukam wejścia na plażę. Spędziłam na tym godzinę i się poddałam. Złapałam busa powrotnego, Morze Karaibskie widziałam przez 5 sekund. Wszystko jest ogrodzone przez hotele, osady domków, nigdzie nie ma wstępu jeśli nie jesteś gościem. Wszędzie przy każdym wejściu jest albo recepcja albo pracownik który cię sprawdza. Chyba nie muszę mówić że jest mega gorąco i wilgotno? Wróciłam do mojego chłodnego pokoju gdzie jest jedyne 31 st o godzinie 19:20.
Najgorzej!
Jutro jadę do Cancun, spotykam się z Manuelem, którego poznałam w Teotihuacan i który znalazł mi Ruta Puuc. Jeszcze w nim nadzieja na zobaczenie morza...


Załącznik:
DSC_0699.JPG


Załącznik:
DSC_0702.JPG


Załącznik:
DSC_0710.JPG



* Valladolid to urocze miasteczko, nie widać w nim aż tak wielu turystów. Tulum to osobna bajka, mnóstwo turystów, nie wspominając już o hotelowej zonie. Jeśli chcecie jechać na plażę to nie powtarzajcie mojego błędu, potem dowiedziałam się że wystarczyło zamiast skręcać w zone hotelową, skręcić w lewo, w niepozorną drogę, którą można dojechać do ruin w Tulum. Ale od niej można swobodnie wejść na plaże, nie ma tam hoteli. No cóż...


Tulum -> Cancun

Bez kitu, nie wracam…

Załącznik:
DSC_0732.JPG


Załącznik:
DSC_0735.JPG


Załącznik:
DSC_0754.JPG


Załącznik:
DSC_0774.JPG


Załącznik:
DSC_0778.JPG


Załącznik:
DSC_0801.JPG


Załącznik:
DSC_0839.JPG




Cancun -> CDMX

My MEXperience...
Po zwiedzaniu ruin w Tulum, ruszyłam autobusem do Cancun. Z dworca autobusowego odebrał mnie Manuel i zafundował mi niezapomniane 3 godziny w Cancun. Zabrał mnie na dwie magiczne plaże, przewiózł przez strefę luksusowych hoteli, zabrał na najlepsze owoce morza przy lagunie, dał mi ramkę z wspólnym zdjęciem z Teotihuacan wraz z wywołanymi pozostałymi zdjęciami, przepraszał że nie zdążył dać mi ręcznie malowanego tshirtu bo nie zdążył go odebrać, ale mi go wyśle.... Rozwalił mnie, jest mi potwornie smutno i przykro, chciałabym znaleźć się w swoim łóżku, w swoim domu i popłakać sobie. Naprawdę poziom bezinteresowności level hard. To moje MEXperience...emocjonalny level hard...
Ląduję znów w tym potężnym mieście, udało mi się zrobić lepsze foty niż wcześniej. Towarzyszy mi dziwne uczucie bo już tu byłam i jestem w jakimś stopniu oswojona, ale ogrom wciąż robi na mnie wrażenie. Pamiętacie taką kreskówkę "Było sobie życie"? Tam były takie krwinki, które sobie chodziły żyłami, tak samo wygląda to miasto z wysokości, ulice którymi tłoczą się takie krwinki, niezależnie od pory dnia i nocy. Ląduję, jest zimno, 22 st, ubieram polar, chustę. Zamawiam taksówkę. Co prawda kursuje metro, ale moja jedna z podstawowych zasad to po zmroku nie chodzić po mieście. Nawet jeśli jest to monitorowane metro. Jadę przez miasto. Jest po godz 21:00, stoję w korku. Te krwinki strasznie powoli się poruszają, miasto jakby przechodziło chroniczny zator krwi. Nie przeszkadza mi to, podoba mi się to miasto z taksówki, bezpiecznie mogę obserwować życie. Za dwa dni będę w świecie porządku i ładu. Będzie mi brakowało tego bałaganu.
Na Zocalo rozebrali namioty z fiesty, nie będę miała gdzie zjeść... Ale cały plac jest ogrodzony, stawiana jest olbrzymia scena, stoją już setki krzesełek, balustrad. Gdy będę wyjeżdżać, w Meksyku będzie dzień niepodległości. Przygotowują się do tego. Jak zwykle, wszystko z rozmachem.
Ale smutek.

Załącznik:
DSC_0847.JPG


Załącznik:
DSC_0863.JPG


Załącznik:
DSC_0870.JPG


Załącznik:
DSC_0879.JPG


Załącznik:
Pescadillas.JPG


Załącznik:
Ceviches.JPG


* ruiny w Tulum polecam całym sercem! Zupełnie inny klimat niż w Palenque, nie ma tu dżungli która się wdziera, są za to palmy, fajne ścieżki no i niesamowity widok na Morze Karaibskie! Byłam z samego rana, zaraz po otwarciu i było pusto, zero ludzi. Potem robi się tłoczno bo przyjeżdżają autokary z wycieczkami więc przyjemność zdecydowanie spada. Do ruin dojechałam za 15 peso collectivo, wiem że niektóre autobusy OCC albo ADO też zatrzymują się przy ruinach w drodze na Playa del Carmen i Cancun.


CDMX

Metro. Dla mnie to kwintesencja CDMX. Uwielbiam to metro! Dlatego że skupia ono całe życie tego miasta, nie musisz wychodzić na powierzchnię, w metrze możesz zjeść, załatwić wszystkie potrzeby, posłuchać muzyki, obejrzeć wystawę fotografi, malarstwa czy rysunku. Setki ludzi schodzi do metra i z niego nie wychodzi bo to jest też miejsce pracy dla tych co mają butiki, stragany, wózki z jedzeniem, sprzedawców wszelkiego rodzaju drobnych rzeczy. Najbardziej zaskakują mnie ci, którzy sprzedają długopisy, nici dentystyczne, słuchawki do telefonów, krzyżówki, ciastka z czekoladą, płyty z muzyką, ozdoby do włosów w wagonach metra. Nie wiem jak to jest zorganizowane że w jednym wagonie jest tylko jeden sprzedawca, nie że się dublują albo że jeden jest z ciastkami a drugi z długopisami. Nie! Jest tylko jeden, i gdy przesiada się do kolejnego wagonu na jego miejsce pojawia się ktoś z czymś innym. Nie ma bałaganu ani przypadku. Jak sprzedają? Hmmm przechodząc różne szkolenia że sprzedaży tą technikę wszyscy wybijają z głowy, w Polsce jest najpierw tzw "analiza potrzeb". Tylko jeśli masz jedną stację metra i w tym czasie chcesz zarobić to analiza potrzeb jest hmm....nieżyciowa. Sprzedawca wsiada do wagonu i ledwo zamykają się drzwi zaczyna: Długopisy, 20 złotych, tylko 20 złotych, różne kolory, jakie chcesz, 20 złotych, kosztują tylko 20 złotych, kolorowe, różne, 5 długopisów, 20 złotych, kosztują tylko 20 złotych, kolorowe, jakie chcesz, 20 złotych, tylko 20 złotych! Powtarza to jak mantrę przez cały czas, od momentu jak zamkną się drzwi aż do chwili kiedy się otworzą. Krzyczy, to nie jest tak że mówi ludziom dookoła, on krzyczy tak żeby wszyscy w wagonie go usłyszeli, po chwili rusza i krzycząc swoje "Kolorowe długopisy, 20 złotych..." przechodzi przez cały wagon pokazując, bardzo często trzymając je w górze żeby wszyscy widzieli że bez kitu są kolorowe. Swoją rolę powtarza, tzn nie wiem kiedy łapie oddech bo to że kosztują tylko 20 złotych krzyczy bez przerwy, cały czas. Cokolwiek by nie sprzedawali, kosztuje to max 20 peso czyli 4 złote. Nic droższego nie sprzedają. To ma być szybka transakcja, bez dumania czy lepiej zielony i czerwony długopis czy zielony i czarny? Po prostu są kolorowe i takie kupujesz za 10 peso!
W metrze są strefy dla kobiet, specjalnie wydzielone wagony, najczęściej dwa lub trzy na początku, tak samo na stacji, jest wydzielona strefa dla kobiet które oczekują na taki wagon. Podobno jest tak dlatego że metro jest tak zatłoczone więc żeby kobiety nie musiały się przeciskać to mają łatwiej, ta strefa jest też dla osób starszych i osób z dziećmi. Drugie dno jest podobno takie że strefy są żeby uniknąć molestowania.
Podobno jest to jedyne metro na świecie, które ma gumowe opony. Wszędzie są metalowe koła, jak w pociągach. No i jest ogromne. 12 linii.

Załącznik:
DSC_0002_2.JPG



CDMX -> Toronto


Załącznik:
DSC_0945.JPG


Załącznik:
DSC_0958.JPG


Załącznik:
DSC_0228.JPG




Toronto -> Niagara Falls


Wodospad pocieszenia

Załącznik:
DSC_0996.JPG


Załącznik:
DSC_0022.JPG


Załącznik:
DSC_0056.JPG


Załącznik:
DSC_0120.JPG




* z lotniska bezpośrednio do centrum dojeżdżam pociągiem UP Express. Ze stacji Downtown do terminalu autobusowego jest ok 20 min spacerem. Megabus jedzie 2-2,5h do Niagara Falls. Stamtąd jest około 30 min spacerem do samego wodospadu. Moja przesiadka w Toronto trwała 15 godzin i szczerze mówiąc był to optymalny czas na zobaczenie wodospadów Niagara, gdybym miała dwie godziny krótszą przesiadkę już bym nie zdążyła zrealizować tego planu.


Toronto Pearson -> Mediolan Malpensa

Mniej więcej dwa tygodnie temu siedziałam w tym samym miejscu. Wtedy zaczęłam czuć cykora, stres, zastanawiałam się jak sobie poradzę. Kilka godzin później byłam już przerażona. A w samolocie byłam skłonna użyć słowa "bomba" jeśli tylko odwieźli by mnie do Szczecina. Dzisiaj jest już po wszystkim, po stresie, po przerażeniu, za to z magicznymi wspomnieniami, z nową wiedzą o sobie i świecie. Dałam radę.
Dzisiaj w Meksyku Święto Niepodległości. Mega Fiesta na Zocalo. Viva Mexico!

Załącznik:
Lotnisko.JPG


Samolot. Ok 2 godziny po starcie serwują obiad. Na wszystkich forach internetowych piszą że jeśli masz do wyboru "chicken or pasta" zawsze wybieraj cziken. Jadłam w tamtą stronę i było przyzwoite, no ale chcę sprawdzić dlaczego tak jest i biorę pastę. No więc potwierdzam, wybierajcie czikena. Nawet jeśli nie jecie mięsa, zjecie chociaż ziemniaczki z sosem i surówkę ;-) Makaron jest miejscami tak rozgotowany że przypomina puree ziemniaczane. Włączam film, przy którym zasypiam. Po trzech godzinach budzi mnie potworny atak gorączki. W jednej sekundzie jestem spocona tak jakbym była w Cancun, wdrapywała się na jakąś piramidę, spływa ze mnie woda, czuję okropny ból żołądka. Na zabawach dla dzieci jest zawsze ktoś, kto z balona potrafi zrobić takiego pieska, kilkoma ruchami. Czuję że z moich wnętrzności zawiązuje się taki balonowy piesek. Masakra. Próbuję się skoncentrować ale czuję że jeśli wstanę to stracę przytomność, robi się potwornie zimno, trzęsie mną. Najchętniej położyła bym się na płaskiej zimnej podłodze... ;-) straciłam też zupełnie poczucie czasu bo pomyślałam że spoko, dowiozę się do Mediolanu, tylko muszę chwilę poczekać, tak jakby to był autobus i mogę wysiąść na następnej stacji. Patrzę na ekran przede mną gdzie jest mapa świata i mój samolot, mała kropka na środku Atlantyku. Mam taką gorączkę że skupiam się i oceniam czy dotrwam do końca bez skorzystania z toalety... Środek Oceanu... Chyba mnie to przeraziło że jeszcze tyle czasu więc postanawiam złamać swoją zasadę korzystania z takich toalet i wstać, niezależnie jak to się skończy. Siedzę przy oknie, wszyscy śpią więc jak taka sierota "przepraszam, przepraszam, przepraszam" budzę dwóch kolesi obok, muszą wstać i mnie puścić ale są tak zaspani że trwa to wieczność.
Toaleta of kors zajęta. Stoję i myślę że zaraz nastąpi katastrofa jeśli ten ktoś zaraz nie wyjdzie. To duży samolot, zdaję sobie sprawę że jest kilka toalet ale oczami wyobraźni próbuję znaleźć w głowie przekonywujące wytłumaczenie jakiego bym użyła gdybym puściła pawia na kogoś śpiącego. Nie znajduję, czekam.
Nienawidzę toalet w autokarach i samolotach. To miejsce które przeraża mnie bardziej niż najgorsza publiczna toaleta albo toaleta w pociągu po 8 godzinach jazdy do Przemyśla w wagonie pełnym poborowych do wojska. Przez całe życie udawało mi się unikać takich przybytków, ale tym razem przystanek na środku oceanu nie wchodził w grę. Stojąc i czekając, pomyślałam że to najgorsze co mogło mnie spotkać! Najgorzej! Przez cały Meksyk ani razu nie użyłam sztućców, jadłam z chodnika, nie zawsze pamiętałam o dezynfekcji rąk. A załatwił mnie makaron na trasie Kanada - Włochy. No tak idiotyczne że nie chciałam uwierzyć że to mnie spotyka! Haha!
Profilaktycznie myślę też sobie już w przód że w bagażu rejestrowanym mam apteczkę więc jak tylko go odbiorę to zapodam sobie podwójną dawkę na takie dziadostwo.
Tylko że dochodzi do mnie: Suprajs! Na lotnisku w Mexico City zanim go nadałam wszystkie klamry i zamki zabezpieczyłam plastikowymi opaskami zaciskającymi, tak żeby było pancernie. Tyle tylko że jedyny mini scyzoryk został mi w podręcznym. Zarekwirowali mi go na odprawie w Kanadzie. Ten kraj jako jedyny wyklucza wszelkie nożyki, ostre przedmioty, nawet jeśli są wielkości paznokcia. No nie pomyślałam o tym...
Mam bagaż zabezpieczony na wypadek końca świata, mam w nim leki, i umrę na dur brzuszny w samolocie od zaserwowanej w nim pasty! Wybitnie.
Podczas samotnego wyjazdu zmierzasz się ze swoimi demonami, myślisz non stop, nawet w przedziwnych miejscach o przedziwnych rzeczach.
P.S. W Mediolanie ciężko znaleźć kogoś z nożem, który by przeciął plastikowe opaski zaciskowe. Pytam w końcu kolesia obsługującego shuttle busa czy ma nóż. Ale on po angielsku nic a nic. To mową ciała wykonuję ruch jakbym odcinała sobie palec albo podcinała żyły. Zrobił takie oczy że machnęłam ręką i coś po włosku powiedział do kierowcy. Pewnie że jakaś nienormalna Słowianka chce się ciąć... A kierowca autobusu gdzieś z jakiegoś magicznego miejsca wyciąga nóż z zastawy stołowej, którym oprócz że można rozparcelować ziemniaczka to też przepiłować 6 plastikowych opasek zaciskowych.

Milano Centrale -> Bergamo -> Berlin -> Szczecin

Epilog.
Czekam na Milano Centrale na shuttle bus na lotnisko w Bergamo. Główny hall jest tak okupowany przez ludzi z walizkami że nawet nie próbuję się tam wbić. Znajduję gdzieś przy McDonaldzie krzesełka, siedzą też ludzie z walizkami. Siadam. Jest wifi więc zatapiam się w telefonie, wysyłam wiadomości, rozmawiam z rodziną, znajomymi. Tracę kontakt z otaczającą mnie rzeczywistością. Nagle czuję potworny smród, no tak okropny że aż podnoszę głowę. Przede mną stoi uśmiechnięty, siny i śmierdzący bezdomny. Wita mnie „Bondziorno” i coś tam dalej mówiąc wyciąga do mnie rękę. Jakoś tak w tej samej sekundzie widzę że wokoło mnie nie ma nikogo z walizką, są sami „czarni”, wyglądają jakby dopiero co wysiedli z pontonu, i ten smród! Czuję narastającą we mnie agresję! Sięga ona kosmosu, przez cały pobyt w Meksyku nikt nie chciał ode mnie kasy za nic, zawsze chcieli coś mi sprzedać choćby mydełko, choćby wyczyścić buty, ale nic za darmo. A tu! Ten śmierdzący bezdomny „zarabia” z żebrania więcej kasy niż niejeden Meksykanin z uczciwej pracy! Agresja level hard! Patrzę na niego i mówię po hiszpańsku że nie rozumiem, a ten dalej „bondziorno”, znowu mówię po hiszpańsku że nie rozumiem, a ten dalej swoje! W końcu mówię po polsku:
- Masz pożyczyć zeta?
- Bondziorno…
- Nie masz? To spadaj!

Spojrzał się i poszedł!
Działa!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
25 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#2 PostWysłany: 15 Paź 2017 20:51 

Rejestracja: 28 Paź 2011
Posty: 23
Super! W Meksyku podobna trasa, którą planuję na przyszły miesiąc, dzięki za wskazówki.

PS a metro (i kolejki) na gumowych kołach są bardzo popularne we Francji (sporo linii w Paryżu, Lyonie), ale też we Włoszech i Japonii - to taka ciekawostka ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#3 PostWysłany: 17 Paź 2017 19:18 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 170
PS143 napisał(a):
Super! W Meksyku podobna trasa, którą planuję na przyszły miesiąc, dzięki za wskazówki.

PS a metro (i kolejki) na gumowych kołach są bardzo popularne we Francji (sporo linii w Paryżu, Lyonie), ale też we Włoszech i Japonii - to taka ciekawostka ;)



Dziękuję :-)
Akurat Francja jest białą plamą na mojej mapie europejskich podróży, jakoś nie mój klimat i kierunek, we Włoszech wydaje mi się że się przyglądałam ;-) Dzięki za sprostowanie :-)
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#4 PostWysłany: 17 Paź 2017 19:31 

Rejestracja: 18 Sie 2015
Posty: 1428
złoty
@startaczerr, fajnie napisane, myślę, że mi też przyda się kilka uwag z tekstu, ale mam jeszcze pytania o taxi na lotnisku bo też późno przylatujemy, czy działa to na zasadzie pre paidu ?, i czy dworzec norte jest daleko od centrum ?,
pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#5 PostWysłany: 18 Paź 2017 23:00 

Rejestracja: 29 Maj 2011
Posty: 34
Loty: 178
Kilometry: 329 695
W Tulum najlepiej wypozyczyc rower do poruszania sie po okolicy. Kosztuje grosze a mozna i na plaze i do pobliskich Cenote dojechac. Milo sie czyta o miejscach w ktorych sie bylo :-)
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#6 PostWysłany: 19 Paź 2017 07:19 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 170
-- 19 Paź 2017 07:05 --

kostek966 napisał(a):
@startaczerr, fajnie napisane, myślę, że mi też przyda się kilka uwag z tekstu, ale mam jeszcze pytania o taxi na lotnisku bo też późno przylatujemy, czy działa to na zasadzie pre paidu ?, i czy dworzec norte jest daleko od centrum ?,
pozdrawiam



Hej,
Korzystałam z autoryzowanych taksówek w CDMX i Tuxtli Gutierrez. Stanowisk firm taksówkarskich nie da się nie zauważyć, bo są zaraz przy wyjściu z lotniska. Miasto jest jakby podzielone na strefy, więc podajesz adres i kasują Cię odpowiednią kwotę. Płacisz, dostajesz wydrukowany voucher, idziesz do odpowiedniego wyjścia (pani w kiosku mówi które), tam zaraz stoją osoby, które odbierają od Ciebie jeden kupon, wołają odpowiednią taxi (przez krótkofalówkęna przykład). Taksówkarz odbiera od Ciebie drugą część voucheru, trzecia zostaje dla Ciebie. Na voucherze masz napisaną nazwę taxi. W CDMX jeździłam w ten sposób Yellow Cab. Za podróź z lotniska do samego Zocalo zapłaciłam ok 252 peso, w Tuxtli z lotniska do centrum ok 290 peso.

Co do dworca Norte. Mieszkałam przy samym placu Zocalo więc tam wsiadałam, jechałam na Hidalgo, tam przesiadka, i kolejna przesiadka na La Raza, dokładnie nie pamiętam ale chyba trzeba liczyć 30 minut na dotarcie. Najdłużej trwają przesiadki, szczególnie na La Raza gdzie idzie się i idzie długim przejściem. Ale jest to dla mnie najlepsza stacja metra bo w prześciu zrobiona jest galeria, są zdjęcia kosmosu, gwiazd, planet, statków kosmicznych, w pewnym punkcie korytarza wyłączone jest normalne oświetlenie, jest tylko specjalne które ma imitować gwiaździstą noc. W metrze warto wogóle patrzeć na ściany, bo jest sporo fajnych zdjęć, obrazów, sztuki.
Na stacji Norte wysiadasz z metra i nie ma możliwości się zgubić, wychodzisz centralnie wprost na terminal.
Bilety do metra można kupić tylko w kasach Taquilla (czy jakoś tak ;)
No i tylko gotówką.
Pozdrawiam

-- 19 Paź 2017 07:19 --

agnieszka.s11 napisał(a):
W Tulum najlepiej wypozyczyc rower do poruszania sie po okolicy. Kosztuje grosze a mozna i na plaze i do pobliskich Cenote dojechac. Milo sie czyta o miejscach w ktorych sie bylo :-)


Hej,
Tak potwierdzam :) Ludzie! Nie popełniajcie mojego błędu, wypożyczcie rower!
Jeśli jeszcze raz pojadę do Tulum to z pewnością wypożyczę rower :)
Z drugiej strony, przejechałam się kosmicznym autobusem.... ;)

Pozdrawiam
Karolina
Góra
 Relacje PM off
kostek966 uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#7 PostWysłany: 21 Paź 2017 15:46 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 170
Hej,
Prywatnie pytacie czy jest bezpiecznie... Wrzucam więc swoją notatkę z podróży, o tym czy jest bezpiecznie:


Żebyście nie myśleli że jest tak różowo. Podczas tej podróży czułam największy strach w życiu. Na początku jest fajnie - lotnisko w Mediolanie, jeszcze większe lotnisko w Toronto. Wszyscy mówią po angielsku, wyglądają jak ja. Czujesz że jesteś cały czas u siebie. Przestało być zabawnie w Toronto. Siedzę przy gate skąd ma odlecieć mój samolot do Mexico City, wokół mnie siedzą ludzie którzy prawdopodobnie czekają ze mną. Wśród nich nie ma żadnego białego człowieka. Mowią w innym języku, mówią i zachowują się inaczej. Przestaję czuć się jak u siebie, czuję się obco. Ale czekam. Koncentruje się na tym żeby nie okazywać strachu. Żebym nie wyglądała na białą przerażoną lalkę.
Wywołują mój lot. Ludzie jak w rajanie ustawiają się w kolejce. Nie wiem jak, ale każdy bilet ma nadrukowany nr zony. Ja mam 2, oznacza to że wchodzę do samolotu zaraz za tymi z priority. Ci co mieli 3,4 i 5 nie byli zachwyceni jak ich mijałam stojących w tej mega kolejce. W samolocie zapadam w sen, jestem zmęczona bo z powodu zmiany strefy czasowej mój dzień trwa już prawie 20 godzin. Poza tym jest mi już wszystko jedno. Budzę się na 2 godziny przed lądowaniem. Za oknem czarna noc, żadnych świateł. Uświadamiam sobie że wyląduję w 25 milionowym mieście o 1 w nocy. Nie mam żadnej rezerwacji, metro nie jeździ, nie wiem jak z rejestrowanymi taksówkami-czy jeszcze jeżdżą. Nie wiem nic. Dociera do mnie że jestem po drugiej stronie globu i zdana jestem tylko na siebie! Pojawiają się światła stolicy, niekończące się pole migocących światełek. Ogarnia mnie panika. To jest moment w którym oddałabym wszystko żeby teleportować się do Szczecina. Nie chcę tu być! Przerasta mnie to. W głowie mam tylko "Co ja zrobiłam!" Lecą łzy.
Jadę taksówką do centrum, jest druga w nocy. Czuję się bezpiecznie, czuję ulgę ale za oknem widzę inny świat w którym muszę błyskawicznie się nauczyć funkcjonować.
Jadę metrem na stację autobusową del Norte. Wychodząc z metra na dworzec jest olbrzymia ściana ze zdjęciami osób zaginionych. Nie patrzę im w oczy bo czuję strach. Czy zaginęli tutaj? Czy ten dworzec jest ostatnim miejscem gdzie ich widziano? Dworzec jest olbrzymi, większy od niejednego lotniska w Polsce. Można się tu zgubić jeśli ktoś ci w tym pomoże. Wsiadam potem do autobusu. Pierwsze co kierowca robi przed odjazdem to włącza podręczną kamerę i przechodzi przez autobus filmując każdego pasażera. Jestem w ten sposób na kilkunastu filmach. Dowiaduję się że to forma odstraszania złych ludzi. Bo jeśli ktoś chce mi zrobić krzywdę to musiał mnie obserwować już wcześniej, w metrze, na dworcu. I z dużym prawdopodobieństwem jest teraz w tym samym autobusie. Ten film pozwoli zidentyfikować ludzi którzy podróżowali z osobą zaginioną, jest to forma prewencji. Jeśli jesteś na filmie-zidentyfikują cię jeśli komuś z tego autobusu coś się stanie. Nie wiem jak działa identyfikacja w 25 milionowym mieście...
Manuel uświadomił mi że mimo że przez metro przewija się setki tysięcy ludzi, jestem zauważana, obserwowana. Wystarczyło że powiedział "I saw you in metro". Nie jestem anonimowa, nie jestem duchem. Idę pewnym krokiem, jestem pewna siebie, nie okazuję strachu, zagubienia, niepewności, za propozycje podwózki uprzejmie dziękuję, na gwizdy nie reaguję, używam tylko hiszpańskiego żeby wszyscy mieli świadomość że ich rozumiem i wyłapię każde zagrożenie. Niczym nie prowokuję, chodzę w za dużej bluzie, luźnych koszulach po starszym bracie, czapce, wyglądam jak Janusz. Tego że jestem gringo nie da się ukryć. Nigdzie nie jest bezpiecznie. Nie trzeba lecieć do Meksyku żeby zginąć/zaginąć. Mieszkając 5 lat w Toruniu ile ludzi zginęło na Chełmińskiej...!!? A przechodziłam tamtędy setki razy w ciągu miesiąca, o różnych porach dnia i nocy.
Wszędzie są dobrzy i źli ludzie. Trzymam się tego, że tych pierwszych jest zdecydowanie więcej niż tych drugich.


* to że nic mi się nie stało, nie oznacza, że to bezpieczny kraj. Mówią o tym sami Meksykanie. Spotkałam mnóstwo ludzi, którzy dziwili się, że jestem sama i wszyscy zadawali pytanie "Czy się nie boję?". Byli zdziwieni. Jeśli Meksykanin mówi mi że w jego kraju jest niebezpiecznie i żebym nie robiła wielu rzeczy - to bezgranicznie ufam w jego słowa. Nie wychodziłam po zmroku, nie piłam alkoholu którego sama nie otwierałam, cenne rzeczy trzymałam przy sobie. Nikt mnie nie okradł ale: jechałam metrem w CDMX na lotnisko. Miałam trekkingowy plecak na plecach a z przodu mały plecaczek z wodą, aparatem, dokumenty, gotówkę i karty kredytowe trzymałam w małej biodrowej saszetce na brzuchu. Nic nie czułam, stałam blisko ściany. Na lotnisku zrzucam plecak z pleców i widzę, że zamek bocznej kieszeni jest odsunięty a główna klapa jest odczepiona, w kominie plecaka na wierzchu specjalnie miałam ubrania, żadnych drobnych rzeczy, więc nie było mnie z czego okraść.
Jeśli ktoś chciałby mnie porwać/uprowadzić zrobiłby to, mimo mojej czujności, za dużych luźnych ubrań, pilnowania się i trzymania "bezpiecznych" (w moim, europejskim odczuciu) miejsc. To, według Meksykanów, jest największym zagrożeniem dla kobiety podróżującej samodzielnie. Kradzież kieszonkowa jest tak powszechnym zjawiskiem, że nie traktują tego jako niebezpieczeństwo - po prostu jest to oczywiste.
No i trzeba pamiętać że to kraj wulkaniczny, że zdarzają się trzęsienia ziemi, że na Morzu Karaibskim szaleją huragany, w związku z położeniem geograficznym wiele rzeczy może się wydarzyć. Nie trzeba być przygotowanym, bo na to nie da się przygotować, ale trzeba mieć wiedzę. Dlaczego o tym piszę? Podczas trzęsienia ziemi spałam w pokoju z Francuzką, gdy zaczęło się trzęsienie ziemi była w szoku i nie wiedziała totalnie co się dzieje i co robić. Praktycznie wzięłam ją za fraki i wybiegłyśmy z hostelu. Dopiero na ulicy zrozumiała co się dzieje, ale nie wzięła ze sobą totalnie nic, nawet paszportu. Gdyby hostel się zawalił...? Kolejna rzecz, która świadczy (według mnie) o nieświadomości i braku instynktu samozachowawczego to: jest trzęsienie ziemi, wszyscy ludzie z hostelu stoją na ulicy, jest środek nocy i każdy został wyrwany ze snu. Duża część ludzi w swoim zaspaniu siada na krawężniku bądź pod ścianami. A z sąsiedniego budynku spadają dachówki, ornamenty ze ściany, tynk. W ten sposób zginęły dwie osoby (według serwisów informacyjnych), mimo że w San Cristobal nie zawaliły się domy, miasto nie zamieniło się w gruzowisko.
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#8 PostWysłany: 02 Lis 2017 01:03 

Rejestracja: 27 Lis 2013
Posty: 338
Loty: 124
Kilometry: 227 163
Cześć ! mam pytanie... mam 15 godzinny stopover w Mexico City, między godziną 8:30 a 23:30. Czy mogłabyś polecić co moglibyśmy robić? czy raczej skupić się na Zocalo, czy pokusić się o krótką podróż do Teotihuacan? Chętnie przyjmę wszelkie wskazówki by sobie fajnie zaplanować 15 godzin w Meksyku ^^ :)
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#9 PostWysłany: 02 Lis 2017 12:10 

Rejestracja: 20 Cze 2015
Posty: 147
Loty: 121
Kilometry: 197 334
niebieski
15 godzin to bardzo dużo, ja bym pokusił się o wyprawę do Teotihuacan. Co prawda nie napisałeś, czy przypadkiem stop nie wypada na godziny nocne, ale zakładam że masz czas w ciągu dnia. Wysiadając w drodze powrotnej na dworcu północnym obok masz jeszcze Basílica de Guadalupe (dojedziesz metrem z przesiadką) lub nawet możesz pokusić się o Zocalo. Ale na pewno na piramidy czasu wystarczy.
_________________
Moje relacje: Sycylia, Kijów + Czarnobyl, Islandia, Tajlandia + Kambodża, Norwegia, Meksyk, Iran, Malta, Kenia, Szkocja, Izrael, Peru, Gruzja
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#10 PostWysłany: 03 Lis 2017 00:53 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 170
warsawghoster napisał(a):
Cześć ! mam pytanie... mam 15 godzinny stopover w Mexico City, między godziną 8:30 a 23:30. Czy mogłabyś polecić co moglibyśmy robić? czy raczej skupić się na Zocalo, czy pokusić się o krótką podróż do Teotihuacan? Chętnie przyjmę wszelkie wskazówki by sobie fajnie zaplanować 15 godzin w Meksyku ^^ :)



Hej,

bez namysłu uderzałabym na Teotihuacan! Czasu jest wystarczająco dużo, żeby dojechać, zwiedzić i wrócić. Tymbardziej, że z lotniska (Terminal Aerea) jest bezpośrednia żółta linia metra na dworzec autobusowy del Norte. Trasa może zająć max 20-30 minut. Autobusy do Teotihuacan odjeżdżają bardzo często, szczególnie z rana. Wracając można pokusić się o Zocalo, Bellas Artes.
Jeśli będziecie zwiedzać Teotihuacan (lub każde inne ruiny/piramidy/zony archeologiczne) w niedzielę, to pamiętajcie, że wtedy Meksykanie mają wszędzie wjazd za free, i wtedy też są większe tłumy w takich miejscach.
W stolicy jest kilka fajnych miejsc, np. muzeum Fridy Kahlo, dom Lwa Trockiego ;) ale jeśli nie jesteś szczególnym fanem to Teotihuacan jest najlepszą opcją (myślę, że zrobi na każdym wrażenie) a do tego luźny spacer po Zocalo i okolicy, ewentualnie sanktuarium z Guadelupe (ale nie widziałam, nie jestem fanką). ;-)

Pozdrawiam!
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#11 PostWysłany: 03 Lis 2017 19:26 

Rejestracja: 27 Lis 2013
Posty: 338
Loty: 124
Kilometry: 227 163
Tak, dokładnie, ląduję po godz. 8:00, a wylatuję dalej około 23:00. Będzie to chyba wtorek :) Czyli wychodzę normalnie z samolotu z Hawany, oddaję bagaż na lot do Amsterdamu (15 godzin później), wychodzę na zewnątrz, i jadę metrem na dworzec, stamtąd do Teotihuacan, tam posiedzę ze 3 godzinki i wrócę do centrum, coś zjem, może przejadę się metrem do sanktuarium Matki Boskiej z Guadelupe, i potem około 19:00 na lotnisko. Czy taki plan jest według Was dobry? :) Jaki mniej więcej budżet sugerujecie na taki dzień, włączając metro, jakieś dwa posiłki na mieście, przejazd do Teotihuacan oraz wejściówkę tam? Byłbym bardzo wdzięczny za odpowiedź :)
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#12 PostWysłany: 03 Lis 2017 20:40 

Rejestracja: 04 Lut 2014
Posty: 170
warsawghoster napisał(a):
Tak, dokładnie, ląduję po godz. 8:00, a wylatuję dalej około 23:00. Będzie to chyba wtorek :) Czyli wychodzę normalnie z samolotu z Hawany, oddaję bagaż na lot do Amsterdamu (15 godzin później), wychodzę na zewnątrz, i jadę metrem na dworzec, stamtąd do Teotihuacan, tam posiedzę ze 3 godzinki i wrócę do centrum, coś zjem, może przejadę się metrem do sanktuarium Matki Boskiej z Guadelupe, i potem około 19:00 na lotnisko. Czy taki plan jest według Was dobry? :) Jaki mniej więcej budżet sugerujecie na taki dzień, włączając metro, jakieś dwa posiłki na mieście, przejazd do Teotihuacan oraz wejściówkę tam? Byłbym bardzo wdzięczny za odpowiedź :)



Wejście do metra to 5 peso, płacisz gotówką w okienku, dostajesz bilet, który przy bramkach jest wciągany. Dopóki nie wyjdziesz z metra możesz się przesiadać na inne linie.
Za bilet autobusowy do Teotihuacan w opcji "tam i z powrotem" zapłaciłam 100 peso. Dostajesz dwa bilety, przy wejściu do autobusu odrywają Ci kupon z biletu, kupon z powrotnego biletu jest odrywany w momencie gdy wracasz. Można płacić kartą za te bilety (na dworcu del Norte na końcu po lewej stronie jest stanowisko autobusów do Teotihuacan - o ile dobrze pamiętam).
Wejście do Teotihuacan to 70 peso, nie pamiętam czy można było płacić kartą.
Jeśli chodzi o jedzenie, to nie pokieruję Cię do sprawdzonych miejsc bo gdy byłam w CDMX na Zocalo były coś a'la targi regionalne więc tylko tam się objadałam. Jedyne co mogę powiedzieć to że po zwiedzaniu Teotihuacan, Meksykanin, którego poznałam podczas tej wycieczki zabrał mnie do restauracji Mirador Piramides. Podjechaliśmy tam taksówką, to było w miarę blisko, może 7 min drogi i tam zjedliśmy mixiote i barbacoa. Za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy ok 250 peso, do tych dwóch dań zamówiliśmy sobie tortille więc można to wszystko jeść jak Ci się podoba. Było dobre. Chociaż jestem zwolenniczką ulicznej kuchni.
Twój plan jest naprawdę spoko. Jedyne co mogę też powiedzieć to żeby powrotu autobusem do CDMX nie odkładać na ostatnią chwilę, bo przy wjeździe do miasta można stanąć w korku.
O Guadelupe nic Ci nie powiem bo nie byłam.

Pozdrawiam
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: MEXperience
#13 PostWysłany: 06 Lis 2017 20:52 

Rejestracja: 18 Sie 2015
Posty: 1428
złoty
@warsawghoster, spokojnie wszystko zdążysz zrobić ja wczoraj byłem w Teotihuancan i mimo niedzieli z centrum wyjechaliśmy o 7 rano a z powrotem byliśmy w centrum o 14, wszystko to co napisała @startaczerr się zgadza jeszcze raz dziękuję
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 13 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group