Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 8 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 23 Sty 2023 20:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Kwi 2016
Posty: 45
Loty: 42
Kilometry: 62 668
Podróżowanie wciąga!

Po 6 latach biernego przeglądania forum i 31 odwiedzonych krajach (wspólnie z drugą połówką), przyszedł czas na pierwszą relację z podróży. 32 kraj - wyjątkowy, bo pierwszy wspólnie afrykański. W większości będę pisał w liczbie mnogiej jako, że wszystkie podróże realizujemy razem. Całość oczywiście będzie przeplatana zdjęciami. Wszelkie uwagi z Waszej strony mile widziane :)

Organizacyjnie - Całość postaram się zmieścić w kilku postach, a ten pierwszy edytuję wstawiając na bieżąco legendę dla kogoś kto miałby ochotę przeczytać całość po czasie.

A więc..

Rok 2023 rozpoczęliśmy wyprawą do Maroka.
Załącznik:
Maroko - wstęp.png

Legenda:
    1. Wstęp
    2. Marrakesz
    3. Ajt Bin Haddu, Dades Gorge, Thingir, Merzouga
    4. Fez
    5. Chefchaouen
    6. Rabat
    7. Transport
    8. Noclegi
    9. Jedzenie

Kilka podstawowych informacji:
    1. Termin: 31.12.2022 - 09.01.2023.
    2. Lot: BER - RAK --> RAK - BER (FR)
    3. Waluta: Dirham marokański (MAD)
      a. Kurs wymiany na lotnisku: 1 € = 10,19 MAD / 1 $ = 9,519 MAD
      b. Kurs wymiany w miastach: 1 € ~ 10,94 MAD / 1 $ ~ 10,25 MAD
    4. Środki transportu: taxi, bus, autobus, pociąg, jeep, wielbłąd
Załącznik:
Mapa.png


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Więcej zdjęć i relacji - Instagram —> https://www.instagram.com/way.weare/
Relacja z Maroko —> https://www.fly4free.pl/forum/maroko-przywitanie-z-afryka,213,169406


Ostatnio edytowany przez Placko, 23 Sty 2023 21:49, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 23 Sty 2023 21:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Wrz 2017
Posty: 109
niebieski
Placko napisał(a):
[list]
a. Kurs wymiany na lotnisku: 1 MAD = 10,19€ / 9,519$
b. Kurs wymiany w miastach: 1 MAD ~ 10,94€ / 10,25$


Na odwrót.
Góra
 Relacje PM off
Placko uważa post za pomocny.
 
 
#3 PostWysłany: 23 Sty 2023 21:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 385
Loty: 132
Kilometry: 237 345
niebieski
Nie na odwrót, ale pewnie chodziło o 100, a nie 1 MAD.
Nie mniej, piszcie dalej. Najtrudniej jest zacząć.
Będę zaglądał, bo taka trasę robiłem dwa razy.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 23 Sty 2023 21:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Kwi 2016
Posty: 45
Loty: 42
Kilometry: 62 668
Kursy poprawione - dzięki za czujność :)
_________________
Więcej zdjęć i relacji - Instagram —> https://www.instagram.com/way.weare/
Relacja z Maroko —> https://www.fly4free.pl/forum/maroko-przywitanie-z-afryka,213,169406
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 24 Sty 2023 18:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Kwi 2016
Posty: 45
Loty: 42
Kilometry: 62 668
Marrakesz

Załącznik:
Maroko - Marrakesz.png


Naszą przygodę z Maroko rozpoczęliśmy w Marrakeszu, w którym wylądowaliśmy w Sylwestra ok. godz. 18:00. Szybkie rozeznanie się z kursami walut, kupno karty SIM i po chwili taksówką ruszyliśmy do naszego Riadu. Auto zorganizowane z właścicielami noclegu aby uniknąć sylwestrowej wojenki na lotnisku. Sam nocleg na obrzeżach mediny. Cicha uliczka, która jednak po kilkudziesięciu krokach zmienia się w szaleństwo starego miasta. Skutery, motorki, ludzie, rowery, osiołki, ręczne wózki, mini-ciężarówki - słowem istny obłęd. A to przecież dopiero obrzeża. Sylwestra postanowiliśmy spędzić w Riadzie, w ramach spokojnej aklimatyzacji. I była to dobra decyzja. Poczęstunek w postaci tajine, marokanskiej sałatki i mnóstwa różnych dodatków. Obowiązkowa herbata z miętą - dwa razy bardziej słodka niż cokolwiek co pijamy na co dzień, ale i tak wyśmienita. Właściciel z rodziną, grający na skrzypcach, organkach, bębnach przy śpiewach młodszej części rodziny. Wszystko nienachalne i bardzo naturalne. Wszyscy goście przy jednym stole, a wiec nowy rok powitany w grupie składającej się z mieszkańców UK, RPA, Hiszpanii, Salwadoru, Maroka i Polski. Zabawa oczywiście bez alkoholu - wiadomo kraj arabski. Przez cały wieczór czuliśmy się jak cześć tej rodziny. Zapraszano nas do tańców i wspólnego śpiewania (dziewczyny poza arabskimi piosenkami zaśpiewały nawet utwór Perfect - Ed'a Sheeran'a). Impreza umilkła kilka minut po północy co nam bardzo odpowiadało z uwagi na spore zmęczenie i noworoczne plany. Jeszcze z dachu Riadu popatrzyliśmy w kierunku Jemaa el-Fnaa, gdzie odbywała się oficjalna impreza sylwestrowa. Dobiegał stamtąd stłumiony odległością tumult ludzi. Fajerwerki trwały ok. 30 sekund. Patrząc z daleka mimo wszystko cieszyliśmy się, że nas tam nie ma.

Załącznik:
Maroko - Marrakesz - Sklep.png


Kolejny dzień zaczęliśmy od pysznego śniadania w Riadzie i z samego rana wyruszyliśmy do Ogrodu Majorelle. Bilety kupione online, by uniknąć kolejki na miejscu. Była to bardzo dobra decyzja - mimo pierwszego dnia w roku sznurek ludzi do kasy ciągnął się przez kilkadziesiąt metrów. Ogród od samego wejścia robi ogromne wrażenie. Zalewa nas naturalna zieleń i ferie barw budynków oraz ścieżek. Dla nas kontrast był tym większy, że jak dotąd byliśmy tylko w medinie. Mieszanka zapachów kurzu, paliwa z motocykli, czy odchodów osiołków zamieniała się na zapachy natury i… perfum YSL w toaletach. Turystów było sporo ale nie czuliśmy się aż tak przytłoczeni tłumem jak np. w Parku Güell w Barcelonie. Po kompleksie spaceruje sporo jego pracowników, którzy chętnie udzielają odpowiedzi na różne pytania. Porozmawialiśmy nawet o niedawno zakończonych i bardzo udanych dla Maroka Mistrzostwach Świata. (Skąd jesteście? Z Polski? - Lewadnowski!, a jakże). Wewnątrz zwiedziliśmy jeszcze muzeum Berberysów - dla podróżników zainteresowanych historią odwiedzanych miejsc oraz pochodzeniem mieszkańców na pewno będzie to ciekawe miejsce.

Załącznik:
Maroko - Marrakesz - YSL.png


Obok ogrodów mieści się muzeum Yves Saint Laurent - słynnego projektanta mody. Urodził się on w Oranie będąc jednak dzieckiem francuzów i przeprowadził do Paryża w wieku 17 lat, gdzie rozwinął swoją karierę pracując u Diora. U szczytu swoje kariery został on powołany do wojska francuskiego podczas wojny z Algierią chcącą wyzwolić się z kolonialnego uścisku. Designer został odrzucony przez kompanów z armii (można przypuszczać, że z uwagi na swoją orientację seksualną). Trafił do szpitala gdzie czekała go silna terapia lekowa, psychoaktywna i elektrowstrząsowa. Mimo tych życiowych perturbacji kontynuował on swoją karierę by później osiąść na stałe właśnie w Marrakeszu. Tutaj także, w ogrodach Majorelle zostały rozsypane jego prochy. Miejsce bardzo ciekawe, nie tylko dla fanów mody.

Załącznik:
Maroko - Marrakesz - YSL (1).png


Po kulturalnych doznaniach przyszedł czas na souk czyli targowisko w medinie. Po drodze przysiedliśmy jeszcze przy drodze na kawę i lokalną słodycz. Wszystkie miejsca, w których jedliśmy i uważamy za godne polecenia wypiszę w osobnym poście. Dla osób zastanawiających się nad biegunką podróżnych - jedliśmy wszystko i wszędzie, na szczęście bez żadnych przygód. Jedyne obostrzenie jakie stosowaliśmy dodatkowo, w stosunku do podróży po Europie, to woda butelkowana. Souk to przedsionek piekła. Coraz więcej ludzi a liczba motorków i osiołków poruszających się między nimi nie maleje. Z każdej strony buchają stragany pełne wszystkiego co tylko człowiek wyprodukował. Można jednak znaleźć między nimi wartościową pamiątkę, warto więc szukać. Ciężko w tym miejscu skupić uwagę na otoczeniu, ale warto spróbować bo uliczki kryją także sprytnie wkomponowaną w nie sztukę uliczną.

Załącznik:
Maroko - Marrakesz - Souk.png

Załącznik:
Maroko - Marrakesz - Sztuka.png


Skoro targowe alejki to przedsionek to samym piekłem jest oczywiście Jamaa LaFinn. Jak dotąd jest to najbardziej szalone miejsce w jakim byliśmy. Ludzie - dużo ludzi, zaklinacze węży, stragany z jedzeniem, małpki na łańcuchach, sprzedawcy sztucznych szczęk, osiołki, naganiacze, powozy konne. Do tego krzyki, muzyka i fujarki dobiegające z każdej strony. To wszystko przyprawione wszelkimi znanymi nam zapachami. Z uwagi na moją brodę z każdego straganu dobiegały nas wołania „Alibaba!”. Zresztą przydomek ten towarzyszył mi przez całe Maroko. Takie miejsca są dla nas zbyt intensywne, ale oczywiście nie mogliśmy sobie podarować i nie wejść w sam środek tego bałaganu. Marokańczyk z naszego Riadu ostrzegał, żeby raczej nie jeść na tych straganach z uwagi na niezbyt świeże jedzenie. Ale co tam. Jak mogliśmy nie skorzystać z usług słynnego stoiska nr 14. Znalezione, zjedzone, było warto. Zaraz po tym uciekliśmy jednak w bardziej spokojne uliczki. Po takich doznaniach trącające nas motorki na obrzeżach mediny były już balsamem na nasze zmysły. Zdecydowaliśmy się jeszcze zjeść kolację przy drodze nieopodal noclegu. Zaraz po tym uciekliśmy do łóżek, gdyż nazajutrz z samego rana startowaliśmy w zamówioną wcześniej wycieczkę na południe kraju. O tym w następnym wpisie.

Załącznik:
Maroko - Marrakesz - Osiołek.png


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Więcej zdjęć i relacji - Instagram —> https://www.instagram.com/way.weare/
Relacja z Maroko —> https://www.fly4free.pl/forum/maroko-przywitanie-z-afryka,213,169406
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 25 Sty 2023 21:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Kwi 2016
Posty: 45
Loty: 42
Kilometry: 62 668
Ajt Bin Haddu, Dades Gorge, Thingir, Merzouga

Załącznik:
San Dunes Experience - Wielbłądy.png


Pierwszy raz, poza wycieczkami szkolnymi, miałem okazje uczestniczyć w zorganizowanej wycieczce. Unikam ich jak ognia. Fakt bycia samemu sobie żeglarzem, sterem i okrętem jest dla mnie jedną z największych zalet podróży na własną rękę. No ale cóż, aspekty finansowe i strach przed nieznanym na pustyni połowy naszej małej grupy wygrał. Odrazu napomknę, że strach niesłuszny, choć nie obyło się bez chwili niepewności. Ale po kolei. Wycieczkę wykupiliśmy jeszcze z Polski. Dla zainteresowanych umieszczam krótki jej opis.

San Dunes Experience
Koszt: 120€ od osoby obejmujący:
Odbiór ze wskazanego Riadu w Marrakeszu, transport do Ajt Bin Haddu (zwiedzanie za dodatkowe 30 MAD za osobę), nocleg na trasie wraz z kolacją i śniadaniem (warunki mocno średnie, jedzenie całkiem smaczne), transport do oazy Tinghir wraz ze zwiedzaniem jej oraz lokalnej wytwórni dywanów, transport na pustynię, 2 przejażdżki wielbłądem (łącznie ok. 1,5h), przejażdżka jeepem po pustyni (w naszym przypadku nawet kilkukrotnie), nocleg w campie wraz z kolacją i śniadaniem oraz krótkim pokazem gry na bębnach (warunki jak dla mnie luksusowe, jedzenie pyszne), transport do Fezu z odstawieniem pod wskazany nocleg.


Załącznik:
San Dunes Experience - Ajt Bin Haddu 2.png


Jak to wyglądało w praktyce? Odbiór zaplanowany pomiędzy 7:15 - 7:45. Finalnie kierowca pojawił się o 8:00, czyli całkiem punktualnie. Przez kolejną godzinę zbieraliśmy innych uczestników z różnych miejsc co dla mnie było dość irytujące, ale oczywiście zrozumiałe. Bus na ok. 20 osób, wiec ilość ludzi rozsądna. Towarzystwo bardzo międzynarodowe, składające się z Anglików, Francuzów, Włoszek, Tunezyjki, Marokańczyków, Amerykanina, Koreanki i nas - Polaków. Ważna informacja dla każdego uczestnika jest taka, że odległości w Maroku do małych nie należą, a drogi prowadzące na południe także nie są autostradowe. Dodatkowo wiele z nich się buduje co także spowalnia podróż. Główną aktywnością przez kolejne 3 dni jest zatem jazda busem. Dla mnie to całkiem przyjemne jako, że uwielbiam podziwiać przydrożne wioski oraz cuda natury. Jedyną niedogodnością jest brak możliwości zatrzymania się w miejscu wzbudzającym większą ciekawość.

Załącznik:
San Dunes Experience - Droga.png


W pierwszy dzień, mieliśmy kilka przystanków na zdjęcie z ładnym widokiem (m.in. na panoramę Gór Atlas) oraz na kawę i toaletę. Miejsca oczywiście ustawione, ale w moim przekonaniu rozsądne (zarówno widokowo jak i cenowo). Obiad w Ajt Bin Haddu był już dużo mniej przyjemny. Restauracja z pięcioma rodzajami Menu do wyboru, ceny w porównaniu do porcji i jakości raczej drogie (135 MAD za porcje), oczekiwanie długie i miejsce strasznie zatłoczone. Zazwyczaj unikamy tego typu atrakcji jak ognia. Oczywiście uczestnictwo nie jest obowiązkowe, ale z braku lepszej alternatywy zjedliśmy. Sam ksar to pięknie położona osada obronna, która wykorzystywana jest często jako plan filmowy. Kręcono tu zdjęcia do wielu znanych produkcji takich jak Gladiator, czy Gra o tron.

Załącznik:
San Dunes Experience - Atlas.png

Załącznik:
San Dunes Experience - Ajt Bin Haddu.png


Do hotelu dotarliśmy już po zmroku. Na sam ten przybytek spuszczam zasłonę milczenia. Spaliśmy już w gorszych miejscach, więc ta jedna, krótka noc nie stanowiła problemu.

Załącznik:
San Dunes Experience - Widok z trasy.png


O poranku, po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Cała grupa okazała się bardzo zdyscyplinowana i była gotowa już przed umówionym czasem. Tym razem zatrzymaliśmy się na zdjęcie przy „Les Pattes de Singes” (Małpie Łapy), czyli bardzo ciekawie uformowanych formacjach skalnych. Kolejny przystanek już w oazie Thingir. Ciągnie się ona przez 48 km wzdłuż rzeki Todra Gorge. Po ponad dobie przemieszczania się przez wysuszony krajobraz pełen kurzu i piasku wpadliśmy w sam środek tętniącej zielenią uprawy palmy daktylowej, oliwki, czy też lucerny. Woda po całej oazie rozprowadzana jest kanałami irygacyjnymi. Ziemię podzielono na małe parcele uprawiane przez mieszkańców, którzy to wymieniają się między sobą plonami. Po ogrodach oprowadził nas Berber płynnie zmieniając języki z angielskiego na francuski i hiszpański, wplatając w to wszystko słówka włoskie i polskie. Później trafiliśmy do lokalnej wytwórni dywanów gdzie pokazano nam ręczny proces ich produkcji oraz opisano ich rodzaje. Całość oczywiście ma na celu zachęcenie do kupna, aczkolwiek wielkiej presji nie czuliśmy.

Załącznik:
San Dunes Experience - Dywany.png


Przed samą pustynią został jeszcze jeden punkt na trasie - wąwóz przepływającej tędy rzeki. Tak naprawdę ciągnie się on również przez ok. 40 km, a jego ściany potrafią mieć nawet 400 m. wysokości. Jest to doskonałe miejsce dla fanów wspinaczki. Z racji bliskości podstawy ściany, śmiałków można nieuzbrojonym okiem obserwować w zasadzie z ulicy. Oczywiście ciężko to porównać np. z podziwianiem legendarnego El Capitan w dolinie Yosemite, ale widoki i tak robią duże wrażenie. Sama nazwa tego regionu pochodzi od imienia kobiety, która jako pierwsza przeszła przez góry, przeprowadzając przez nie leciwego już ojca. Nieopodal zjedliśmy obiad w dużo przyjemniejszym miejscu niż dnia poprzedniego i już bez postoju ruszyliśmy na piaski pustyni.

Załącznik:
San Dunes Experience - Wąwóz.png


Merzouga, bo taki był nasz cel, to niewielka oaza w Erg Chebbi, czyli stepu przedsaharyjskiego. Technicznie rzecz biorąc nie jest to jeszcze Sahara, ale dla nas, pierwszy raz będących w takim krajobrazie nie robiło to różnicy. Tutaj też przesiedliśmy się na wielbłądy. Dla mnie była to pierwsza w życiu przejażdżka na grzbiecie jakiegokolwiek zwierzęcia. Kasia nie dość, że raczej stresuje się takimi atrakcjami (aczkolwiek rzadko kiedy odpuszcza - zuch dziewczyna), to jeszcze trafiła na wielbłąda fajtłapę. Był to najniższy zwierzak z całej karawany, który na samym początku wyprawy potknął się o własne nogi prawie upadając. Nic się jednak nie stało więc pomaszerowaliśmy dalej. Fajtłapa umilał sobie czas zajadając się paskiem od plecaka współpodróżnika z Casablanki, jadącego przed Kasią. Prze 0,5h zjadł jego sporą część i już brał się za plastikową klamrę, ale na szczęście karawana dotarła do celu.

Załącznik:
San Dunes Experience - Wielbłądy 2.png


I tutaj zaczęła się najbardziej przerażająca dla nas przygoda (oczywiście na czas jej przeżywania). Po wielbłądach mieliśmy udać się jeepami do namiotów na pustyni. Podjechał po nas kierowca, z którym spędziliśmy już 2 doby. Wydmami dostaliśmy się z powrotem do naszego busa, a nim do hotelu gdzie czekał na nas… kolejny jeep. Jako, że przejażdżka wielbłądami odbywała się na zachód słońca to dookoła zrobiło się zupełnie ciemno. Kierowca… zrobił nam zdjęcie tłumacząc, że to dla innego drivera, który jutro zawiezie nas do Fezu. W tamtym momencie nie dziwiło to nas jakoś mocno. Po chwili przyjechał po nas Marokańczyk, z którym nie mogliśmy dogadać się w zasadzie w żadnym języku (nawet w "migowym" szło nam ciężko). W tej niewiedzy wiózł on nas w kompletnej ciemności przez piaski pustyni ponad godzinę, zatrzymując się co jakiś czas przy samotnych budynkach i rozmawiając z miejscowymi. My bez zasięgu sieci komórkowej i w totalnej niewiedzy kresu tej podróży wewnątrz zaczęliśmy się zastanawiać nad jej bezpieczeństwem. Na szczęście całość skończyła się tam gdzie miała, czyli na pustynnym campingu. Nie wiedzieć czemu w miejscu tym nie spał nikt inny z autobusu, którym podróżowaliśmy przez ostatnie 2 dni. Nie mieliśmy nawet szansy się pożegnać. Byli tam w zasadzie sami Niemcy, a po czasie przyjechali starsi Belgowie… z dokładnie taką samą historią jak my. Po wszystkim śmialiśmy się, że chcieli nas sprzedać, ale nie znaleźli nabywcy 8-)

Załącznik:
San Dunes Experience - Camp 2.png


Samo obozowisko okazało się bardzo przyjemnym miejscem, ze smaczną kolacją, muzyką na bębnach oraz równie dobrym śniadaniem. Styczniowej nocy na pustyni temperatura spada do 0 stC, więc warto pomyśleć o odpowiednim ubiorze do snu. Dostaje się jednak praktycznie nieograniczoną liczbę koców co bardzo pomaga komfortowo przetrwać noc. Wschód słońca kolejnego dnia zrekompensował wszystkie troski. Zaraz po nim mieliśmy okazję po raz kolejny przejechać się jeepem po wydmach do naszego miejsca przesiadkowego, oczywiście po środku niczego. Cała wycieczka zorganizowana jest więc w bardzo chaotyczny sposób. Wydaje się, jakby kompletnie nikt nią nie zarządzał. Wszystko toczy się samo, ale jakimś cudem finalnie działa.

Załącznik:
San Dunes Experience - Camp.png


Do Fezu zabrał nas taksówkarz, który miał na pokładzie parę z Włoch oraz matkę i córkę z Chin. Kierowca oczywiście był przemiły, a swój ubogi angielski rekompensował ciągłym uśmiechem. W samochodzie nie działały niestety pasy co było dość niekomfortowe podczas szalonej jazdy w marokańskim stylu, ale na miejsce dojechaliśmy bezpiecznie, zatrzymując się po drodze na kilka zdjęć kolejnych przepięknych krajobrazów oraz małp marokańskich. Wytłumaczył on też nam jak działają kontrole prędkości na drogach. Od samego wyjazdu z Marrakeszu zastanawialiśmy się nad częstymi patrolami policyjnymi blokującymi drogę. Okazuje się, że taki patrol kilka kilometrów wcześniej pozostawia "zwiadowcę" z radarem prędkości. Bez żadnego oznakowania mierzy on prędkość i daje znać swoim kolegom jakie samochody należy zatrzymać a jakie można puścić w dalszą drogę. Kierowcy mają jednak sprawnie działający system informowania się o takich kontrolach z wykorzystaniem odpowiednich gestów. W ten sposób dojechaliśmy do Fezu bez żadnego nieplanowanego postoju.

Załącznik:
San Dunes Experience - Pustynia.png


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Więcej zdjęć i relacji - Instagram —> https://www.instagram.com/way.weare/
Relacja z Maroko —> https://www.fly4free.pl/forum/maroko-przywitanie-z-afryka,213,169406
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 27 Sty 2023 21:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Kwi 2016
Posty: 45
Loty: 42
Kilometry: 62 668
Fez

Fez od pierwszych chwil okazał się bardzo ciekawym miastem. Nocleg znaleźliśmy w ciasnym (naprawdę ciasnym) zakątku mediny, ale był to kolejny strzał w dziesiątkę. Aby tam się dostać musieliśmy pokonać labirynt wąskich niemalże na szerokość ludzkiego ciała uliczek. Jako, że byliśmy wyposażeni w plecaki nie stanowiło to żadnego problemu. Nie chciałbym jednak tam wlec za sobą walizki. Kolejna herbata na przywitanie, szybkie odświeżenie się po kilkuset kilometrach trasy i ruszyliśmy w nieznane. W międzyczasie zrobił się już dość późny wieczór a miejskie, wąskie korytarze, z których słynie Fez ogarnął mrok. Co prawda są one całkiem dobrze oświetlone ale całość sprawiła, że czuliśmy się mniej pewnie. Postanowiliśmy przespacerować się tylko po najbliższym otoczeniu i znaleźć jakąś kolacyjną knajpę. Trafiliśmy do miejsca nazwanego "Ogród w ruinach" i była ona dokładnie tym na co nazwa wskazuje. Dodatkowo co kilka minut wywalało w niej korki co powodowało mrok, wyłączenie muzyki i odgłosy śmiechów pomieszanych z irytacją dobiegające z kuchni. Jedzenie było bardzo dobre a elektryczna niedogodność, choć pewno uciążliwa dla pracowników, w naszych oczach dodawała uroku temu miejscu.

Załącznik:
Maroko - Fez - Dar Kenz.png

Załącznik:
Maroko - Fez - Uliczki.png


Nowy dzień zaczęliśmy od zwiedzania targowych uliczek. Tak jak w Marrakeszu jest tutaj wszystko, jednakże całość wydaje się pomieszana w nieco spokojniejszej formie. Nie mijają nas żadne pojazdy zmotoryzowane. Co jakiś czas można spodziewać się tylko osiołka przenoszącego skóry lub towarzyszącego Panom sprzątającym ulice. Pod tym względem nowoczesność miesza się z tradycją. Towary przewożone są na różnego rodzaju taczkach czy wózkach. Ze sklepów nie słychać natarczywych nawoływań aczkolwiek sekunda okazanego zainteresowania z naszej strony nie umknie czujnym sprzedawcom.

Załącznik:
Maroko - Fez - Śmieciarka.png


Jeden ze sprzedawców tłumaczył nam, że różnica między Marrakeszem a Fezem wynika z historycznej obecności w tym mieście uniwersytetu Al-Karouine. Jego początki sięgają IX wieku i niektóre źródła podają, że jest to najstarsza tego typu placówka na świecie. Nauczano na nim nie tylko Koranu czy logiki, ale także medycyny, matematyki, geografii i astronomii. W uniwersyteckiej bibliotece mieszczą się dzieła pochodzące nawet z okresu jego powstawania. Zdaniem naszego rozmówcy lata działalności tej instytucji odcisnęły pozytywne piętno na społeczności Fezu.

Załącznik:
Maroko - Fez - Kolorowa uliczka.png


W Fezie także warto rozglądać się na otaczające nas mury. Na ścianach wielu uliczek znajdują się grafiki z różnym przekazem.

Załącznik:
Maroko - Fez - We are the same.png


W miarę przemieszczania się do granic mediny, przekraczając Błękitną Bramę wchodzimy w coraz mniej turystyczne tereny przenosząc się w świat handlu owocami, warzywami, przyprawami czy mięsem. Jako miłośnicy lokalnych targów, odwiedzający takie miejsca w każdej podróży zanurzyliśmy się w tej cudownej ferii kolorów.

Załącznik:
Maroko - Fez - Kura.png

Załącznik:
Maroko - Fez - Mięso.png


Poza wschodnim murem okalającym stare miasto znajduje się malowniczy muzułmański cmentarz. Polecamy to miejsce wszystkim fanom turystyki funeralnej. Była to dla nas chwilowa oaza spokoju wyrastająca z okalających ją ruchliwych ulic i stojąca w opozycji do leżącej naprzeciwko mediny. Na szczycie góry, pomiędzy nagrobkami poddaliśmy się chwili zadumy nad historią tych ziem.

Załącznik:
Maroko - Fez - Cmentarz.png


Sprzedawca opowiadający nam o uniwersytecie polecił nam też restaurację - Sekaya. Zależało nam na tym by usiąść gdzieś na dachu i obejrzeć całość z góry. Widok jest niesamowity, ale budzi jednocześnie pewną grozę i smutek. Z tej perspektywy widać stan techniczny budynków, ciasnotę i trudy mieszkania w takim miejscu. Kolejnym punktem na trasie były Grobowce Marinidów, czyli członków dynastii jaka władała Marokiem w okresie XIII - XV w. n.e. Same grobowce to już tylko ruiny, na które składają się pozostałości dwóch mauzoleów. Wzgórze, na którym są one postawione jest miejscem zdecydowanie wartym odwiedzenia z uwagi na widok nie tylko na Fes al-Bali, czyli stare miasto, ale także na panoramę całego Fezu. Na zboczach góry można zobaczyć suszące się skóry, które są transportowane tam na osłach. Fez oczywiście słynie z garbarni i farbiarni skór, a przemysł ten jest nierozerwalnie związany z historią miasta.

Załącznik:
Maroko - Fez - Wzgórze.png

Załącznik:
Maroko - Fez - Osiołek.png


Spacerując po starym mieście kilkukrotnie przechodziliśmy koło Pana z wielkim garem wywaru ze ślimakami. Mijaliśmy także to danie w wersji nieugotowanej, próbujące uratować się ucieczką 😊. Jako koneserzy dań wszelakich nie mogliśmy podarować sobie takie atrakcji. Ślimaki wydłubuje się z muszli za pomocą wykałaczki. Te, których kosztowaliśmy zostały przyrządzone w bardzo pieprznym wywarze i całość przypominała nam w smaku polskie flaki.

Załącznik:
Maroko - Fez - Ślimaki.png


Na koniec dnia trafiliśmy jeszcze do restauracji - najbardziej luksusowej na jaką pozwoliliśmy sobie podczas wyjazdu. Jak to w medinie, sama uliczka jak i wejście do niej nie zachęcało. Całość mieściła się jednak na dachu budynku i była naprawdę ładnie zaaranżowana. Skusiliśmy się nawet na miejscowe szare wino. Było to zresztą pierwsze miejsce do jakiego trafiliśmy serwujące alkohol. Butelka wina kosztowała nas co prawda ok 90 zł, ale cóż - trzeba czasem dogodzić sobie w podróży. Tym bardziej, że kolejnego dnia już z samego rana wyruszaliśmy w drogę autobusem CTM do Chefchaouen.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Więcej zdjęć i relacji - Instagram —> https://www.instagram.com/way.weare/
Relacja z Maroko —> https://www.fly4free.pl/forum/maroko-przywitanie-z-afryka,213,169406
Góra
 Relacje PM off
j_a lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 30 Sty 2023 21:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Kwi 2016
Posty: 45
Loty: 42
Kilometry: 62 668
Chefchaouen

Do Chefchaouen z Fezu dotarliśmy autobusem CTM. Bilety można kupić przez internet (na tej stronie: https://ctm.ma/), płacąc Revolutem. Przed wejściem do autobusu wystarczy okazać PDF biletu na telefonie. Bagaż ładowany do luku jest dodatkowo płatny (kilka MAD za sztukę - dokładna kwota zależy od trasy). Autobus naprawdę dobrej klasy, wygodny - nawet gniazda USB do ładowania były dostępne i działające. Bilety kosztują 100 MAD od osoby, a cała trasa trwa ok 4h. Z dworca do mediny nie jest daleko, ale ostro pod górkę więc idzie się jakieś 15-20 minut.

Załącznik:
Maroko - Chefchaouen - Niebo.png


Po dotarciu na miejsce w drodze do naszego hotelu umiejscowionego tym razem tuż za murami mediny zatrzymaliśmy się w jadłodajni. Miejsce wyglądem nie budziło jakiegoś wielkiego zaufania. Obsługa przytakiwała na każde nasze zdanie ale szybko zorientowaliśmy się, że nie mają pojęcia o czym mówimy. Wszędzie było pełno kotów pożywiających się zrzucanym ze stołów jedzeniem. W środku siedzieli jednak lokalsi co przekonało nas do zajęcia stolika. Dostaliśmy więcej jedzenia niż chcieliśmy (właśnie przez problemy komunikacyjne), ale finalnie nie żałowaliśmy żadnego kęsa. Było smacznie i bez żołądkowych rewelacji.

Załącznik:
Maroko - Chefchaouen - Uliczka.png


Miasto Chefchaouen jest malowniczo położone w górskim rejonie, ale to nie okolica jest największą turystyczną wizytówką tego miejsca. Nie bez powodu jest ono nazywane "Błękitną Perłą" bo właśnie taki kolor mają fasady większości budynków w mieście. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Doszukaliśmy się teorii o odstraszaniu komarów, czy symbolizowaniu nieba i duchowości. Wydaje się jednak, że przede wszystkim jest i było to spowodowane chęcią przyciągnięcia turystów.

Załącznik:
Maroko - Chefchaouen - Miasto.png


Stare miasto jest tutaj już zdecydowanie bardziej spokojne, aczkolwiek turystów nie brakowało. Przechadzając się po medinie trafimy na wiele zaaranżowanych uliczek okupowanych przez fotografujące się w nich osoby. Przy każdej wisi informacja o konieczności uiszczenia opłaty wysokości kilku MAD za zdjęcie. Nie skusiliśmy się na taką atrakcję za to przespacerowaliśmy wszelkie możliwe i nie mniej urokliwe zakamarki. Sporą atrakcja okazały się także malownicze drzwi budynków, aczkolwiek niedoścignionym ideałem pod tym względem nadal pozostaje dla nas estońskie drzwi z Tallina.

Załącznik:
Maroko - Chefchaouen - Płatna uliczka.png


Podczas spaceru znaleźliśmy świetnie urządzony sklep z mydłami i olejem arganowym - czyli płynnym marokańskim złotem. Chwilę później wdrapaliśmy się na dach jednej z kawiarni, do której po raz kolejny zachęcili nas lokalsi w niej przesiadujący.

Załącznik:
Maroko - Chefchaouen - Mydła.png


Jako, że właśnie w tym mieście zmęczenie poprzednimi dniami zaczęło dawać nam się we znaki, to postanowiliśmy dzień spędzić leniwie. Miejscowość nie jest duża więc nadaje się na taki wypoczynek idealnie. Wieczorem postanowiliśmy zjeść jeszcze kolację w restauracji. Usiedliśmy na chybił trafił, zamówiliśmy i dopiero po tym fakcie zweryfikowaliśmy nasz wybór w Google Maps. Ocena 3,1 skutecznie nas odstraszyła więc szybko zrezygnowaliśmy przepraszając za zamieszanie i pognaliśmy w inne miejsce, które finalnie także nie okazało się rewelacyjne.

Załącznik:
Maroko - Chefchaouen - Ulica.png


Na domiar złego całą noc budziliśmy się nieustannie z powodu hałasu na ulicy. Nie były to jakieś imprezowe odgłosy, a raczej komunalne - wywożenie śmieci, sprzątanie, itp., więc ciężko mieć o nie pretensje. No ale… Chefchaouen zostawiło w nas mieszane uczucia. Z rana wsiadaliśmy z powrotem w CTM tym razem mając na celu stolicę.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Więcej zdjęć i relacji - Instagram —> https://www.instagram.com/way.weare/
Relacja z Maroko —> https://www.fly4free.pl/forum/maroko-przywitanie-z-afryka,213,169406
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 8 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot], sko1czek oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group