Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 10 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 29 Gru 2015 22:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Miesiąc temu wróciłam z Kuby. A było to tak, że było nas dwie. Chciałyśmy zobaczyć jak najwięcej, więc ominęłyśmy resorty typu Varadero i ruszyłyśmy w drogę. To moja pierwsza relacja na tym forum, więc proszę o wyrozumiałość. :)

Dzień 1: Havana
Przebyłyśmy drogę odwrotną do tej, którą wykonywały pomarańcze w latach siedemdziesiątych/osiemdziesiątych i dotarłyśmy na Kubę. Ale nie statkiem, tylko samolotem, więc zamiast tygodni w ładowniach wystarczyły dwie doby w podróży. Aż trudno uwierzyć, że Toronto, w którym miałyśmy międzylądowanie, to tylko 3,5 godziny stąd, bo zmienia się tak wiele. Przede wszystkim klimat - z przedsionka zimy trafiamy znów w sam środek dusznego lata. A po drugie – cała reszta. Stare Cadillacki na ulicach, wyklepane jakby cementem, ale pomalowane na fantazyjne kolory; piękne postkolonialne budynki, ale czasem w całkowitej ruinie, podtrzymywane chyba jedynie wilgotnym powietrzem; ludzie zgromadzeni na małym placyku z iPadami w rękach i laptopami na kolanach, łapiący wi-fi; kawałek dalej sklep z szerokim asortymentem – od rur do foteli, a wszystkiego sztuk pięć; przeboje Buena Vista w każdej kawiarni na żywo. To tylko garść wrażeń z pierwszego spaceru, padamy na twarz.
Załącznik:
Havana_WiFi.jpg

Załącznik:
Havana_Ruins.jpg


Dzień 2: W objęciach rewolucji
Pierwszy pełny dzień w Havanie zaczęłyśmy od zwiedzania Muzeum Rewolucji. Jak wiadomo, jest tylko jedna Rewolucja – z 1959 roku. W skrócie najnowsza historia Kuby, wg twórców muzeum, przedstawia się tak: najpierw panowali okrutni dyktatorzy na czele z Batistą, wspomagani przez zachodnich imperialistów, potem dzielny Pierwszy Komendant Fidel Castro z Ernesto Guevarą i jego companero Cienfuegosem zwyciężali kolejne bitwy, zajmowali kolejne składy z amunicją, aż w końcu doprowadzili do zwycięstwa rewolucji. Od tej pory (1959) wszyscy żyli długo i szczęśliwie - analfabetyzm zmalał prawie do zera, ludzi wspomaga socjalne państwo, gospodarka kwitnie dzięki renacjonalizacji przemysłu m.in. niklowego. Zachodni imperialiści, co prawda planują jeszcze odzyskać dawną władzę, ale dzielnie sprzeciwiają się temu Siły Rewolucji. Obserwacja z muzeum: bardzo się lubili fotografować ci rewolucjoniści (zachowało się mnóstwo zdjęć, które zdołały zapełnić dwa piętra dawnego pałacu prezydenckiego, gdzie mieści się muzeum). Obserwacja 2: zachowało się dużo… hmm… spodni. Na wystawie mogłyśmy podziwiać spodnie kolejnych rewolucjonistów, znalazły się tu nawet spodnie samego Fidela. Nie ma to jak dobre eksponaty.
Pospacerowałyśmy też po najstarszej części Havany, tzw. Havana Vieja, która częściowo powoli i mozolnie się odnawia, ale w większości wygląda jak ruina. Powiedzieć, że czas się tu zatrzymał, to powiedzieć niecałą prawdę. Tu jest jakby równoległa rzeczywistość. Te niesamowite budynki, którymi centrum Havany jest zabudowane, w większości chylą się ku upadkowi. Niektóre straszą zapadniętymi dachami. Są jak zmurszały szkielet dawnego, pełnego świetności miasta. Jeden z mężczyzn spotkanych przez nas na ulicy mówił o Kubie jako o „perle Karaibów”. Cóż, teraz to niestety perła bardzo przybrudzona, w ruinie, stara, zniszczona. To przepiękne stare miasto kiedyś musiało zapierać dech w piersiach. Wracając do równoległej rzeczywistości – te stare Cadillacki i wysłużone Łady (Ha! są też taksówki maluchy!) też zdaje się nie wyglądają jak za czasów świetności. Pomalowane na fantazyjne kolory, czasem, fakt, robią niesamowite wrażenie. Jeśli są czarne, przypominają samochody Batmana – batmobile. Wrażenie robi tu ich ilość – jest ich absolutnie pełno. Robią za taksówki, jeżdżą nimi też miejscowi.
Wciąż mamy problemy z walutą. Jest Peso Convertibles (CUC), czyli wymienialne peso, oraz (dla miejscowych) Moneda Nacional (CUP). Jedno ma się do drugiego jak 1:25. Ceny w większości miejsc turystycznych to CUC. My jeszcze przeliczamy je na nasze, co powoduje niezły mętlik. Ale udało nam się zdobyć w kantorze parę CUP-ów. Przydadzą się do kupowania owoców, kawy i może jakiś kanapek z dziupli dla miejscowych, gdzie ceny są kilkukrotnie niższe.
Załącznik:
Havana_Theater.jpg

Załącznik:
Havana_Car.jpg


Dzień 3: Havana cd.
Dzisiaj postanowiłyśmy odświeżyć nieco naszą zasadę „Go local”. W związku z tym śniadanie poszłyśmy zjeść zestoiska dla miejscowych. Nie minęło 5 sekund, a wyhaczył nas już jakiś gość i zaprowadził gdzie trzeba, zamówił, chociaż tyle to jeszcze same potrafimy. Płaciłyśmy w Moneda Nacional, czyli w cenach kilkukrotnie niższych, więc postawiłyśmy mu nawet śniadanie. A co, ma się gest! To jakieś 1,6 zł było ;). Dobrze mieć trochę CUPów w zanadrzu. Chociaż cena za każdym razem jest inna. Najczęściej taka, jaki banknot uda nam się wyciągnąć z kieszeni. Go local objawiło się też w sposobie podróżowania: pojechałyśmy z miejscowymi autobusem na drugą stronę kanału do twierdzy. Atrakcja jak atrakcja, trochę kamieni, trochę armat, kilka plątających się duchów generałów Batisty, których uśmiercił tu po rewolucji Che Guevara. Ale było też coś ekstra, czyli widok na Havanę.
Załącznik:
Havana_View.jpg

A potem pojechałyśmy do widocznej w głębi nowej dzielnicy Hawany (tej z wieżowcami). Mieszczą się tam m.in. ambasady, konsulaty i co bardziej wypasione hotele. Pod nosem ambasadora amerykańskiego stoi „pomnik antyimperialistów” (ten Fidel to ma poczucie humoru). Wszystko mieści się nad bulwarem Malecon, podobno jedną z największych atrakcji Havany, na której spotykają się poeci, zakochani i artyści. Niestety około 14, kiedy my tam dotarłyśmy, przechadzają się tam tylko jakieś ptaszyska, które wyjadają coś, co morze z hukiem wyrzuca na brzeg. Całość architektonicznie przypomina sen szalonego miłośnika betonu. Cóż, to chyba wspólna cecha państw socjalistycznych.

Dzień 4: Valle de Viniales
Opuściłyśmy Havanę, kierując się do Valle de Viniales. Sposób podróżowania między miastami jest tu bardziej problematyczny niż u nas. Autobusów jeździ mało. Popyt przerasta podaż. Nie miałyśmy biletów na autobus, na dworzec było daleko, więc w biurze podróży postanowiłyśmy zarezerwować podroż busem za trochę więcej pieniędzy. I opłaciło się, bo z racji tego, że mieli dużo rezerwacji, zamiast busem jechałyśmy Buickiem! Takim wielkim niebieskim buickiem. Wielkim, bo kierowca upchał nas do niego dziewięć: Izraelki, Niemki, Brytyjki i my. Pomknęliśmy do Viniales autostradą, mimo że to droga szeroka na sześć pasów, niewiele po niej jeździ aut. Można podziwiać za to widoki, bo teren nieco się fałduje. Po kilku godzinach dotarłyśmy do Valle de Viniales. Pani z casy, którą zarezerwowałyśmy dzień wcześniej przy pomocy naszego poprzedniego gospodarza, całe szczęście czekała na nas na dworcu. Nawet udało nam się uciąć sobie z nią pogawędkę naszym hiszpańskim „my jeść, my pić, bardzo nam się podobać”. Xiomara, około pięćdziesiątki, nawet była w latach 80. w Polsce w ramach bratniej wymiany między naszymi narodami. Odwiedziła Warszawę, Zakopane, wie, gdzie jest Poznań, i nawet przyłożyła się do budowy naszego metra. Kiedyś pani inżynier, dziś prowadzi casę, i chyba żyje jej się z tego lepiej. Zbiera na wizytę w przyszłym roku we Włoszech, gdzie mieszka jej syn z żoną Włoszką.
Viniales to mała miejscowość, gdzie kilka lat temu wszyscy z uprawy tytoniu przerzucili się na turystykę. Praktycznie każdy domek oferuje pokoje do wynajęcia. Życie płynie tu powoli, turyści snują się między miejscowymi, którzy pracują w różnych państwowych przybytkach (od kawiarni, po biblioteki). Zamiast bilbordów reklamujących nikomu niepotrzebne produkty, są tu agitujące plansze w stylu: „Na zawsze Che Guevara” albo „Do szkoły przychodzę punktualnie”. Turyści zjeżdżają tu tłumnie, bo dolina jest malownicza. Zielona puszcza ustępuje miejsca m.in. plantacjom tytoniu (to tutaj wyrabia się najlepsze kubańskie cygara). Dzień upłynął nam na spacerach po mieście, odwiedzeniu tajemniczego karaibskiego ogrodu, jedzeniu i piciu.
Załącznik:
Vinales.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez mistus 22 Sty 2016 17:11, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 30 Gru 2015 18:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Dzień 5: Viniales
Po śniadaniu, wcześnie rano wyruszyłyśmy na rowerach zwiedzać okolice Viniales, czyli piękną dolinę otoczoną pagórkami nazywanymi mogotami. Krajobraz nieziemski, tropikalny, w powietrzu pełno ptaków, na łąkach pasą się konie, wszędzie biegają kury i świnie. Jako że godzina była wczesna, ruch na drodze prawie żaden. Pomknęłyśmy w stronę jednej z atrakcji okolicy, czyli Jaskini Indian. Płynąc łodzią wzdłuż podziemnej rzeki podziwiałyśmy przeróżne formacje skalne – w kształcie ryb, twarzy Indian, wężów i ptaków, nawet były takie przypominające statki Kolumba. Po jaskini i uzupełnieniu płynów w pobliskim barze pojechałyśmy jeszcze kilka kilometrów dalej, ale skwar zrobił się nieziemski, więc postanowiłyśmy zawrócić w stronę pozostałych okolicznych atrakcji, tym bardziej, że w dość dużej ilości zaczęły kursować autobusy z turystami.
Załącznik:
Vinales_Street.jpg

Załącznik:
Vinales_Tobacco.jpg

Załącznik:
Vinales_Landscape.jpg

Dzień dzisiejszy zdecydowanie należy nazwać Dniem Jedzenia. Po raczej skromnych jak do tej pory kulinarnych podbojach dziś przydarzyły nam się dwa warte uwagi posiłki. Po pierwsze pizza (no dobra – bardziej taki placek z serem) z okienka za około 1,5 zł (lubimy takie ceny). W dodatku okazała się naprawdę bardzo dobra w przeciwieństwie do posiłku w knajpie wczoraj. A do tego za równie śmieszne pieniądze zakupiłyśmy sok z bambusa. Ekstra! O drugim posiłku za chwilę. Najpierw o kolejnej atrakcji w okolicach Viniales, z której miejscowi wydają się być dumni. Na początku lat 60. artysta malarz Leovigildo González Morillo, inspirując się wielkimi obrazami Diego Rivery, przyjechał do Viniales i w okolicznych górach pierdyknął na skałach wielgachne malowidło długie na 120 metrów. Umieścił na nim… no.. zdaje się, że żółwie, ślimaki, coś na kształt dinozaurów i ludzi, a całość nazwał „prehistorycznym muralem”. Xiomara, nasza gospodyni, mówi nawet, że to jest piękne. My uznałyśmy, że jest raczej dziwne i wystarczy nam pobieżne rzucenie okiem z daleka. Dziełu można przyjrzeć się również z bliska za drobną opłatą. Zamiast tego postanowiłyśmy znów uzupełnić płyny na pobliskim campingu "Dwie siostry" i z bliska popatrzeć na miejscowych odpoczywających nad odkrytym basenem. Nie mogłyśmy oderwać wzroku od biegających wokół basenu kur...
Wróciłyśmy do Viniales padnięte, ale nie przeszkodziło nam to zajrzeć do naszego ulubionego miejsca (tak, drugiego dnia już mamy takie). To położony dalej od głównej drogi bar 24h, w którym wczesnym popołudniem dzieciaki kupują colę, a wieczorem rodzice wielkie butle rumu. Zagląda tu trochę turystów, ale to miejsce głównie miejscowych. I jak wszystkie sklepy i bary tu, ma widoczne braki w asortymencie. Co oczywiście nie przeszkadza, żeby ruch był tu jak w ulu.
Ale największa atrakcja wciąż przed nami, czyli… kolacja! Xiomara gotuje naprawdę świetnie, zjadłyśmy zupę z czarnej fasoli i smażoną rybę, która wyglądała trochę jak z oceanarium z Gdyni (kolorowa, z zębami, i płetwami w różnych dziwnych miejscach). Do tego trochę ogórków i pomidorów, zasalana kapusta i ryż. Smakowało wybornie. To pewnie był jeden z lepszych posiłków, jakie tu zjemy. W ramach zacieśniania przyjaźni polsko-kubańskiej podarowałyśmy naszej gospodyni kartkę pocztową z Warszawą, na której widać stację metra, które ponoć budowała podczas swojej wizyty 30 lat temu.
Jutro ruszamy do Cienfuegos.

Dzień 6: Cienfuegos
Sposób rezerwacji kolejnych noclegów na Kubie jest w praktyce dość prosty – trzeba gospodarza poprosić, żeby zarezerwował jakąś casę w mieście, do którego się udajemy. Mówią, że cena za pokój jest zwykle taka sama, co potwierdza też nasze skromne doświadczenie. Dostajemy do łapki adres, pokazujemy kierowcy, który nas wiezie i voila! Zaczęłyśmy od Havany, gdzie Eduardo dał nam listę polecanych casa particulares w każdym większym mieście. Z tej sieci jednak wypadłyśmy już przy następnej miejscowości, bo musiał nam załatwić coś innego, gdyż u jego znajomego nie było już miejsc. Tym samym wpadłyśmy w inną sieć, ale zdaje się równie dobrą. Zresztą każdy spotkany w jakimś środku komunikacji biały ma w ręce kartkę z napisanym odręcznie adresem casy. To taki analogowy system rezerwacji.
Z Viniales do Cienfuegos przyjechałyśmy Cubataxi. Na wyspie funkcjonuje jedna sieć autobusów – Viazul, ale zdobycie biletu na niektórych trasach jest dość trudne ze względu na duże zainteresowanie. Z Viazula korzystają tylko turyści. Dla Kubańczyków przewidziane są osobne środki transportu. Przedwczoraj nie było już biletów, w związku z czym „kupiłyśmy bilet” o kilka peso droższy na wspólne taxi. Pod naszą casę zajechała dziś stara, nieoznaczona, rozwalająca się Łada z kierowcą i dwójką białych, zdaje się Holendrów, na pokładzie. W tym towarzystwie, oraz w oparach ropy, która wydobywała się nie wiadomo skąd, mieliśmy spędzić kilka godzin, które dzieliło nas od Cienfuegos. Całe szczęście w okolicach Havany przerzucili nas do innego auta. Musiałyśmy się trochę też postawić i wytłumaczyć panom w ich języku, że połowę zapłaciłyśmy jeszcze w biurze i właściwie jakiej kasy od nas teraz chcą (udało się!).
Cienfuegos leży na południowy zachód od Havany, nazywają je „perłą południa” (tak, tak, to kolejna perła tutaj). Tę perłę od innych odróżniać ma unikalna kolonialna architektura. Roberto z naszej casy opowiadał nam długo o atrakcjach miasteczka, zaznaczając, że mają nawet jedyny na wyspie łuk (triumfalny). Zanim jednak zaczęłyśmy zwiedzać, chciałyśmy coś zjeść. Okazało się, że szukając jakiejś knajpy/restauracji/okienka z pizzą, przypadkowo obejrzałyśmy wszystkie atrakcje, które oferuje to miejsce, łącznie z różowym triumfalnym łukiem. Ale zjeść obiadu się nie udało.
Na Kubie jest jak za czasów PRL, tylko w wersji tropikalnej. O agitacyjnych obrazkach już tu było. Przy wjeździe do Cienfuegos też ich kilka było: zdjęcie Fidela i Hugo Chaveza z podpisem: „Nasz największy przyjaciel” (po upadku ZSRR, głównego sponsora Kuby, Chavez przez długi czas sypał pieniędzmi jak z rękawa, póki nie umarł), podobizn Che Guevary na ścianach różnych budynków nie da się zliczyć. Na skwerkach przy ulicach można zobaczyć radosne przejawy twórczości jak u nas kwietniki z opon. Główny plac w Cienfuegos w wersji europejskiej zastawiony byłby stolikami z pobliskich knajpek. Tu knajpek jest dwie, w dodatku ciągle coś się kończy (-Dwie cole poproszę. – Skończyły się właśnie. Mogą być cole light?) Na Kubie występuje oczywiście tylko Cola w wersji lokalnej – TuKola. W sklepach niewiele. Dzisiaj byłyśmy świadkami jak wieczorem rzucili coś do sklepu z wyposażeniem domu – była kolejka, była pani kolejkowa z listą, wpuszczali po jednym człowieku. Ale są też takie przybytki świadczące o trosce państwa o swoich obywateli – domy seniora, gdzie w starych fotelach bujają się sędziwe Kubanki, biblioteki, księgarnie (głównie literatura rewolucyjna i biografie Che Guevary), szkoły i przedszkola, kina z filmami kubańskimi (bajki i biografie Che), miejsca spotkań. Atrakcje to na przykład stoisko z churrosami (takie niby-pączki) jak u nas kiedyś np. watą cukrową, albo lodziarnia lub cukiernia, do której kolejka ciągnie się przez pół ulicy. I nic więcej. Żadnych całodobowych sklepów z półkami uginającymi się pod ciężarem różnorodnych towarów w kolorowych opakowaniach. Ciekawe, co taki Kubańczyk z Kubanką zrobiliby na widok np. 5-metrowej półki w Tesco zastawionej pięćdziesięcioma rodzajami parówek. Chyba wybuchnęliby śmiechem. Obraz tej półki, tu, na miejscu wydaje się surrealistyczny i prowadzi do oczywistej refleksji na temat niepotrzebnego zbytku, jakim zostaliśmy otoczeni. Chociaż oczywiście Kuba to nie jest kraj mlekiem i miodem płynący. Kubańczycy są po prostu biedni, a życie – z tego co mówią – staje się coraz droższe.
Co do miejsc spotkań – najliczniejsze to chyba te, gdzie jest Wi-Fi. Roberto powiedział, że jest tu takie jedno w okolicach małego placyku: kupuje się kartę i jest internet z powietrza. Kiedyś karty były jeszcze w oficjalnym obiegu do kupienia w hotelach, ale rząd już chyba przestał w nie inwestować, a karty dołączyły do rzeczy, których po prostu nie ma. Teraz można je kupić na czarnym rynku, czyli pokątnie u jakiegoś przechodzącego gościa. Widziałyśmy takich z Havanie, więc stwierdziłyśmy, że ogarniemy sprawę bez problemów. Gdy dotarłyśmy na plac, nikt niestety nam na wejściu niczego nie zaproponował, więc zdecydowałyśmy się podbić do chłopców z laptopami na stołkach w celu zakupu takiej karty. Taki hot spot to w ogóle jest widok dość osobliwy: jest sobie dajmy na to miejski park, sceneria jak na starych zdjęciach, wokół, po rondzie jeżdżą bryczki konne, stare, zdezelowane auta, przechadzają się skromnie ubrani ludzie, słychać stukot kopyt o bruk, wałęsają się bezpańskie psy, a w tymże parku na ławkach ludzie wpatrzeni w laptopy, komórki, często gadający za ich pomocą przez Skype’a.
No więc wracając do nas – u chłopców jakąś kartę kupiłyśmy, ale to nie było to, bo nie dało się w żaden sposób nigdzie zalogować. Prosiłyśmy o pomoc, ale nic z tego. Okazało się, że to była karta dla takich, co to mają już konto do internetu. My oczywiście nie mamy niczego takiego, ale jeden z chłopców zaproponował nam, że możemy zalogować się na jego konto. Wszystko odbywało się w języku hiszpańsko-kubańskim i trwało strasznie długo, bo internet się rwał, działał jak ślimak na urlopie, co chłopiec kwitował tylko z uśmiechem, że tu tak po prostu tu jest. Nie chciał od nas jednak żadnych filmów za pomoc, powiedział, że i tak nie miałby ich jak skopiować. Po jakimś czasie znikąd pojawił się wreszcie facet, który sprzedawał te właściwe dla nas karty. Internet jednak jakoś znacząco nie przyspieszył. Cała operacja zajęła nam 2 godziny. Doceńcie swoje Wi-Fi.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 30 Gru 2015 19:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Dzień 7: Cienfuegos - Laguna Guanaroca
Okazało się, że nasz gospodarz Roberto wraz ze swoim chłopakiem Carlosem mają na wynajem kilka domów w Cienfuegos (o ile dobrze zrozumiałyśmy). Właśnie robili remont kuchni, skończyli w dniu, w którym przyjechałyśmy. Mówią, że teraz przed nimi remont w kolejnym domu. Mucho, mucho trabajo! Może jednak nie żyje im aż tak źle. A przynajmniej tym, którzy pracują w turystyce.
Pojechałyśmy rano obejrzeć Lagunę Guanaroca. Dojechałyśmy tam popularnym wśród Kubańczyków środkiem transportu, czyli camiones, co oznacza nic innego tylko ciężarówkę, na pace której siedzą ludzie. Najpierw miałyśmy mały problem na dworcu autobusowym – najpierw musiałyśmy się przedrzeć przez chmarę taksiarzy, którzy chcieli nas podwieźć w różne miejsca, potem musiałyśmy znaleźć jakiś sposób, żeby tą ciężarówką pojechać. W okienku dostałyśmy coś na kształt biletu, a właściwie takiego numerka z napisem „Lato 2012” (takie przechodnie bilety to częsta praktyka – w Muzeum Rewolucji też dostałyśmy nieco wygnieciony bilet sprzed kilku dni). No więc oprócz tego numerka pan nam jeszcze powiedział, że odjedzie ze stanowiska numer 1. I nic. Nic się nie wydarzyło przez kolejne piętnaście minut, mimo że latałyśmy od człowieka do człowieka mówiąc, że chcemy jechać do „Laguna Guanaroca”. Chyba powtórzyłyśmy to wystarczającą ilość razy wystarczającej ilości ludzi, bo po pół godziny ktoś nas zawołał i zaprowadził do odpowiedniej ciężarówki. I dopiero potem wpuścili resztę pasażerów. Taki camione to nie jest najwygodniejszy środek transportu, chociaż dla Kubańczyków w zasięgu portfela. Przy wysiadaniu też nam pomogli, bo ktoś tam krzyknął, żeby się zatrzymali. Camiones zaliczone.
Załącznik:
Cienfuegos_camione.jpg

Guanaroca okazała się małym rezerwatem z jeziorem, po którym pływałyśmy łódką z wiosłującym przewodnikiem. Wokół wzgórza porośnięte lasami, nad głowami latają pelikany, obok w wodzie brodzą flamingi w poszukiwaniu jedzenia. Pióra flamingów mają podobno różowawy kolor od skorupiaków, które jedzą. Zero cywilizacji, krajobraz dziewiczy, niesamowite.
Załącznik:
Cienfuegos_flamingos.jpg

Z poznaną parą Australijczyków zabrałyśmy się do pobliskiego zamku. Trzeba było przeprawić się na drugą stronę zatoki promem. Już na drugiej stronie od razu wpadłyśmy w sieć pani z restauracji, więc obiecałyśmy, że wrócimy do niej, gdy już obejrzymy twierdzę. Co też uczyniłyśmy. Okazało się to dobrym pomysłem, bo z tarasu roztaczał się ładny widok na zatokę. Przeczytałyśmy w przewodniku, że można stamtąd popłynąć promem bezpośrednio do Cienfuegos. Tę informację niektórzy potwierdzali, a inni jej zaprzeczali, więc byłyśmy w zupełnej kropce. W końcu wróciłyśmy na drugą stronę zatoki, żeby złapać autobus. A koniec końców wróciłyśmy do Cienfuegos z jakimś facetem, który robił za nielegalnego taksiarza. Sprawdza się zasada, że trzeba mieć otwartą głowę i zbyt mocno nie przywiązywać się do planów.
Druga część dnia upłynęła nam w poszukiwaniu jedzenia. Bezskutecznie. Dotarłyśmy nawet na koniec miasteczka Cienfuegos, które półwyspem wcina się w zatokę. Na końcu jest dzielnica Punta Gorda, z domami bogatszych Kubańczyków. Ale żeby tam mieli jakąś fajną restaurację na naszą kieszeń, to nie bardzo. Skończyło się na kolejnych tego dnia kanapkach w barze nad samym brzegiem.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 30 Gru 2015 22:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Dzień 8: Trinidad
Miałyśmy mały problem z tym, jak dojechać z Cienfuegos do Trinidadu, kolejnego przystanku na naszej trasie. Dzień przed planowanym wyjazdem poszłyśmy na dworzec autobusowy w nadziei, że może uda nam się załatwić bilety na autobus Viazul. Niestety, zdobycie takich biletów graniczy z cudem. Można je rezerwować przez internet, co robią turyści przed przyjazdem na Kubę i blokują miejsca. Miałyśmy dziś z rana przed odjazdem podejść do stanowiska i sprawdzić, czy wszystkie rezerwacje zostały wykupione i czy przypadkiem nie zwolniły się jakieś miejsca. Nie zdołałyśmy nawet wejść do środka budynku, bo przechwycił nas jeden z taksiarzy i zaproponował cenę taka samą jak za autobus. Dla nas taka taksówka to lepsza opcja, bo wiozą nas pod umówiony adres i nie musimy naszego domu później szukać po całym mieście. W samochodzie tym razem czekała już para sympatycznych Niemców. My chwilę miło pogawędziliśmy, w tym czasie taksiarz z naganiaczem o coś się pokłócili i po chwili pomknęliśmy w stronę Trinidadu. Prawie cała trasa wiedzie przez porośnięte lasem wzgórza, czasem prowadzi brzegiem morza. Cywilizacji nie ma żadnej poza kilkoma domkami z cegieł lub drewna. I tak przez około 100 km. Kuba staje się coraz bardziej niesamowita. Albo inaczej: my coraz bardziej to zauważamy. Z jednej strony dobrze, że się otwiera, z drugiej żal tego jej unikalnego uroku zamkniętej na świat zachodni enklawy, który pewnie za kilka lat minie bezpowrotnie.
Dojechałyśmy do domu naszej kolejnej gospodyni – Irmy. Irma, typ cwanej bizneswoman, od razu na wstępie zaproponowała cenę wyższą, niż miałyśmy płacić. Całe szczęście liczby po hiszpańsku mamy opanowane, więc się dogadałyśmy. Casa jest nieco poza centrum, zresztą śpimy u siostry Irmy, ale przynajmniej pokój jest przestronny i ma okna. Ostatnio spałyśmy w ciasnej studni. Po mieszanych uczuciach, jakie żywimy w stosunku do Cienfuegos, spacer po Trinidadzie okazał się balsamem na nasze serca. Malowniczo położone u podnóża gór miasteczko wygląda jakby czas zatrzymał się tu ze sto lat temu (no, poza turystami, którzy tłumnie tu zjeżdżają). Drogi wyłożone są kamieniami, ludzie jeżdżą konno lub bryczkami, lub po prostu powoli się przechadzają. Stare miasto jest zamknięte dla ruchu samochodowego, więc jest cicho i spokojnie. Jest za to mnóstwo restauracyjek i barów, z których dobiegają dźwięki salsy. Trynidad został zbudowany za pieniądze lokalnych właścicieli plantacji trzciny cukrowej, którzy szybko dorabiali się fortun wykorzystując niewolniczą pracę swoich podwładnych. Wiele z ich willi wciąż stoi. Jedna z nich, gdzie mieści się obecnie muzeum historyczne, należała niegdyś do największego skurczybyka - Dr. Justo Cantero, który najpierw otruł lokalnego handlarza niewolnikami, ożenił się z wdową po nim, po czym ją również najprawdopodobniej ukatrupił i przejął cały majątek oraz plantacje.
Załącznik:
Trinidad_CentroHistorico.jpg

My zaś odbiłyśmy sobie kulinarne niepowodzenia z poprzedniego dnia i wciągnęłyśmy spaghetti z kawałkami ryby i krewetkami i talerz krewetek ze specjałami kuchni kubańskiej, czyli ryżem, czarną fasolą, ziemniakami i batatami. Z przyjemnością poszwendałyśmy się po miasteczku zaglądając w różne miejsca. A najchętniej ludziom do mieszkań.
Załącznik:
Trinidad_Houses.jpg

Załącznik:
Trinidad_Bar.jpg

Wieczorem na dużych schodach (można by je nawet nazwać Schodami Kubańskimi na wzór Schodów Hiszpańskich w Rzymie) rozstawia się scena, a kelnerzy z pobliskiej knajpy rozkładają stoliki. Grają lokalni muzycy, a koncert oglądają też miejscowi. Coś jest w stwierdzeniu, że muzyka płynie w żyłach Kubańczyków. Para obok nas poderwała się do ognistego tańca, i mimo wypitej połowy butelki rumu i krążących w ich żyłach procentów, tańczyli świetnie, bez jednego fałszywego ruchu, bez jednego złego kroku, wywijając jak na eliminacjach tańca z gwiazdami. Pozazdrościć.

Dzień 9: Trinidad – Playa Ancon
Dzień dziewiąty został dniem plażowym. Z rana zjadłyśmy obfite śniadanie w naszej casie, którego głównym składnikiem były znów jajka. Tutejszy pan domu jest jakimś especialistą od jedzenia, bo ciągle starają się nas namówić, żebyśmy zjadły też w casie obiad. Pan, w ramach działań marketingowych, poranne omlety przygotował nam w pełnym umundurowaniu szefa kuchni. Niestety, ze względu na to, że nasze układy trawienne odmawiają posługi, nie skusiłyśmy się na obiad, choć na pewno byłby przepyszny, jak zapewniała pani domu. Jutro zamierzam odmówić jedzenia jajek: „sin huevos, por favor”. W naszej casie mieszkają też dwie sympatyczne Niemki w średnim wieku, które dziś wybrały się na malowniczą choć męczącą przejażdżkę końmi do wodospadu zakończoną kąpielą w naturalnych basenach.
Po śniadaniu wyruszyłyśmy na miasto w poszukiwaniu jakiegoś środka transportu na oddaloną o 12 km od Trynidadu plażę Ancon – najładniejszą plażę południowego wybrzeża Kuby. Podobno 4 razy dziennie odjeżdża z centrum autobus dla turystów. O umówionej godzinie w umówionym miejscu, równiutko w kolejce przy krawężniku ustawiłyśmy się wraz z innymi turystami w oczekiwaniu na autobus. Punkt jedenasta autobus elegancko nas minął nie zatrzymując się nawet na sekundę, bo wyładowany był już jakimiś innymi ludźmi. Na plażę dojechałyśmy taxi colectivo, czyli taksą, w której upycha się jak najwięcej turystów.
Droga na plażę wiedzie wzdłuż bagien, na których w płytkiej wodzie brodzą egzotyczne ptaki. W oddali widać pasmo gór Sierra del Escambray. Plaża Ancon jest pełnoprawną plażą karaibską – z białym piaseczkiem, palmami, parasolami z liści palmowych, błękitną wodą. Popluskałyśmy się trochę, poleżałyśmy pod palmą. W drodze powrotnej udało nam się nawet złapać lokalny autobus, którym wróciłyśmy do miasteczka. Wieczorem znów poszłyśmy zakosztować wieczornego życia na Schodach Kubańskich, gdzie i dziś była muzyka na żywo, i dziś jakaś kubańska para w wieku już mocno podeszłym wywijała przy dźwiękach rumby. Ach, jak oni tańczyli.

Dzień 10: Camaguey
„Podróżujcie póki jesteście młode, później wszystko się zmienia. Później ciało już za wami nie będzie nadążać” – powiedziała nam dziś starsza Francuzka spotkana w Camaguey. „Kiedyś wszystko było inaczej” – wspominała z lekkim rozrzewnieniem podróże sprzed 40 lat do Boliwii czy Peru. Zdaje się, że pisała kiedyś przewodniki. „Dobrze, proszę pani. Będziemy” – odpowiedziałyśmy zgodnym chórem.
Jedziemy na wschód. To pewnie jakiś wdrukowany w głowę Polki schemat, ale im dalej na wschód tym świat wydaje się bardziej egzotyczny. W Trinidadzie udało nam się złapać bilety na mityczny wręcz autobus Viazul, i prawie jak na równie unikalnym jednorożcu, wyruszyłyśmy w podróż. Plan na resztę wycieczki już nam się skrystalizował – chcemy dotrzeć do Baracoa na wschodnim końcu wyspy.
Załącznik:
Viazul_SystemRezerwacyjny.jpg

Krajobraz z górzystego szybko przeszedł w nizinny. Plantacje trzciny cukrowej zmieniały się w pastwiska, które ustępowały miejsca plantacjom trzciny, które płynnie przechodziły w pastwiska. I tak przez pięć godzin.
Późnym popołudniem dotarłyśmy do Camaguay – trzeciego co do wielkości miasta Kuby. W czasie Rewolucji generałem był tu niejaki Huber Matos, trzecia persona po Fidelu. Generał szybko niestety popadł w niełaskę, bo już chwilę po Rewolucji ośmielił się krytykować metody Fidela w zarządzaniu państwem i sposoby pozbywania się przeciwników politycznych. W Muzeum Rewolucji nie ma po nim śladu, mimo że Matos był dość istotnym czynnikiem, który zdecydował o zwycięstwie Rewolucji - zorganizował dostawę broni dla dzielnych partyzantów w górach Sierra Maestra. Matos za otwartą krytykę Fidela wylądował na kilkanaście lat w więzieniu. Fidel bał się go zabić, żeby nie stworzyć męczennika, ale nie pozwolił mu też wyemigrować, chciał go mieć na oku.
Ale Camaguay jest też słynne z innego powodu – zdaje się być kolebką katolicyzmu na wyspie. Oficjalny odsetek katolików na Kubie to 60%. Jeśli wartość procentowa ma się do rzeczywistości tak jak w naszym kraju, to może jest ich jakieś 6%. W każdym razie w Camaguay na kilometr kwadratowy starówki przypada najwięcej kościołów z całego państwa. Nie są one jakoś szczególnie warte uwagi. Chyba nie wypada nie wspomnieć, że na cel swojej pielgrzymki miasto to obrał w 1998 roku Jan Paweł II.
Załącznik:
Camaguey_MainStreet.jpg

Trzeba oddać przebiegłej Irmie z Trinidadu, że casę zorganizowała nam świetną. Mieści się na starym mieście w zabytkowym budynku, pokój jest przestronny, czysty i ładnie umeblowany. Nasza nowa ama de casa (pani domu) – Rosa, jest bardzo miła. Zdaje się, że znalazłyśmy się w wyższych sferach (miałyśmy spać u doktor Lourdes, ale ona nie miała miejsca, a Rosa to jej przyjaciółka).Widać to po wystroju pokoju i bardziej wyszukanym słownictwie pani domu, którego za cholerę nie mogę „załapać”. Ale to zdecydowanie numer jeden pod względem mieszkaniowym.
Zdaje się, że podróżujemy równolegle z wycieczką Niemców w średnim/podeszłym wieku. Jest wśród nich jedna zabawna pani, która chyba bardzo nas polubiła, mimo że zamieniłyśmy raptem dwa zdania w Trinidadzie. Dziś w Camaguay, gdy nas zobaczyła, ucieszyła się jak na widok wnuczek i od razu popędziła z najnowszymi wieściami z trasy - w ich wypasionym hotelu nie ma wody. W naszej casie jest.
Zostajemy w Camaguay jedną noc, jutro ruszamy do Santiago de Cuba. Znów udało nam się zdobyć bilety na Viazula.

Dzień 11: Santiago de Cuba
Rosa już wie, że ma do nas mówić prosto: „Duży deszcz dziś w noc”. Poszwendałyśmy się rano po Camaguey. Okazało się to nie aż takie proste, bo labirynt uliczek tego miasta przypomina marokańską medinę. Oznacza to, że nie da się iść równoległą ulicą, bo najprawdopodobniej wyląduje się w zupełnie innym miejscu. Nie kusząc zbytnio losu poszłyśmy w prawo, w lewo i znowu udało nam się „zaliczyć” co większe atrakcje tego miasta.
Na dworzec pojechałyśmy naszym najbardziej nieulubionym środkiem transportu, czyli nieszczęsną rikszą rowerową (bici taxi), którą zamówiła nam Rosa. To niby tylko 3 km, ale na nasze i chłopca-rowerzysty nieszczęście po drodze zdarzyła się górka i lekki wiatr. Sprawiło to, że z chłopaka lalo się jak z cebra, mięśnie na jego nogach prawie przebiły skórę, a na czole pojawiły się dodatkowe żyłki, co wszystko razem wywołało u nas wielkie wyrzuty sumienia. W efekcie do rachunku dorzuciłyśmy trochę kasy, Skeetelsy i kolorowy zakreślacz, co sprawiło mu widoczną radość.
Drugą połowę dnia spędziłyśmy w autobusie Viazul, który – co tu dużo mówić – zamiast 5 godzin, jechał siedem i nie zatrzymał się po drodze na obiad. W efekcie zmęczone, mega głodne dotarłyśmy na dworzec około g. 22, mając tylko nadzieję, że ktoś tam na nas jeszcze czeka. Całe szczęście Noemi wciąż tam była.
Nasza nowa gospodyni okazała się straszną gadułą, ale też przemiłą osobą, bardzo pomocną. Ma 56 lat (wygląda na jakieś 45), dwóch synów, z czego jeden studiuje w Barcelonie, a drugi stara się do Hiszpanii wyjechać – bezskutecznie, bo z racji tego, że rodzina ojca prawie z całości wyemigrowała, jego starania o wizę zostają odrzucone. Osiem lat temu wyjechał do Barcelony ich ojciec i nie wrócił. Noemi mówi, że sama nie chce emigrować, bo w Hiszpanii wcale nie czeka na nią nic lepszego. Tu ma swój dom (dość duży, piętrowy, z ogrodem, trzema tarasami, choć przy głośnej ulicy), wynajmuje pokoje, oprócz tego zajmuje się dekoracją sal na imprezy. – Co czeka mnie w Hiszpanii? Wynajęte mieszkanie i praca sprzątaczki. Po co mi to? – pyta retorycznie.
Na tarasie spędziłyśmy ze dwie godziny gadając (Noemi mówiła, a nam udało się wtrącić parę w miarę sensowych pytań – tak, tak, po hiszpańsku), więc umordowane około 1 w nocy w końcu położyłyśmy się spać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image


Ostatnio edytowany przez mistus 08 Sty 2016 14:36, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 02 Sty 2016 13:04 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3881
WOW, ciekawie. Jak zauważyłam, na Kubie jest rozwinięta sieć "sąsiedzkiej" pomocy turystycznej w sensie "podaj kontakt dalej" :D Ale widzę, że podróżowałyście jednak głównie środkami transportu dla turystów. Słyszałam, że można także publicznym transportem podróżować. I zmartwiło mnie, że tak kiepsko z gastronomią. Czy to znaczy, że byłyście wybredne, czy po prostu pech?
I dorzuć proszę jeszcze kilka zdjęc z plaż.
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 05 Sty 2016 23:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Japonka76, odnośnie noclegów, transportu i jedzenia, to myślę, że zrobię podsumowanie na końcu relacji. Na Kubie o wszystko trzeba pytać, pytać i jeszcze raz pytać. Trochę czasu zajęło nam zorientowanie się, jak to wszystko działa (przykładowo internet - 2h, a to było w miarę proste), a i tak mam wrażenie, że jest wiele rzeczy, których nadal nie rozumiem. ;)
Poszukam zdjęć plaż, ale nie mam tego za dużo. Po pół godzinie na plaży zaczynam wariować z nudów, więc zasadniczo dzień plażowy był tylko jeden.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 06 Sty 2016 17:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Dzień 12: Santiago de Cuba
Santiago de Cuba – czarna stolica wyspy, miasto rebeliantów, podobno bliżej mu do Haiti i Dominikany niż do Havany. Na Jamajkę jest rzut przysłowiowym beretem. Miasto, gdzie turyści docierają w znacznie mniejszej ilości niż do poprzednich miejsc. Tu zaczynały się niepodległościowe zrywy, m.in. mała rewolucja Castro z 1953 roku. Tu stacjonował Diego Velazquez, który przybił do brzegów Kuby pięćset lat temu. Tu urodził się Antonio Maceo, dziewiętnastowieczny bohater narodowy, którego imienia ulica znajduje się w każdym mieście. Zdaje się, że Santiago to coś na kształt negatywu Havany – leżące po przeciwnej stronie wyspy, w odwróconymi proporcjami między białymi a czarnymi, turystami a miejscowymi. – Przyjeżdżam tu, bo tu jest prawdziwa Kuba i mało jest turystów – mówi mieszkający również u Noemi Kanadyjczyk kubańskiego pochodzenia.
Załącznik:
Santiago_Camione.jpg

Santiago jest tylko nieco mniejsze od Havany. Starczyło nam czasu, żeby pospacerować zaledwie po jego najstarszej części, gdzie mieści się m.in. najstarszy dom na Kubie, czyli dom Velazqueza. Niedaleko jest katedra z jego szczątkami i hotel Casa Grande, gdzie na początku lat 50. XX wieku Graham Greene miał przeprowadzić wywiad z Fidelem Castro. Panowie się jednak nie spotkali. W celu uczczenia rocznicy tego niedoszłego wydarzenia zjadłyśmy obiad na tarasie tegoż, bardzo dziś ekskluzywnego, miejsca.
„Mamy tu na Kubie takie przysłowie. Prawdziwych przyjaciół poznajesz w dwóch sytuacjach: gdy idziesz do szpitala i gdy idziesz do więzienia. Mnie opuścili wszyscy” – powiedział nam dziś przypadkowo spotkany na ulicy mężczyzna. Spacerowałyśmy po starej, zniszczonej przez huragan Sandy w 2010 roku dzielnicy Santiago o nazwie Tivoli (mają oni wyobraźnię!), gdy zaczepił nas jakiś facet (nic nowego, tym bardziej w tym mieście). Od pierwszych słów wydawał się nieco inny niż reszta. Po pierwsze Polska skojarzyła mu się z Wałęsą i Jaruzelskim, a nie Lewandowskim. Po drugie powiedział, że nie lubi kubańskiej muzyki, po trzecie nie potrafi tańczyć. To sprawiło, że uważniej zaczęłyśmy słuchać. Wykształcony w Kijowie, lekarz zdobywał praktykę i przyjaciół w wielu europejskich i amerykańskich szpitalach. Gdy wrócił na Kubę został szefem szpitala zajmującego się leczeniem raka. Amerykańscy i europejscy przyjaciele przesyłali mu na badania pieniądze, jednak wszystko przechwytywał rząd. Kiedyś Castro spytał go publicznie: - Dlaczego tylu Kubańczyków wciąż umiera na raka? – Dlatego, że pańska klinika zabiera wszystkie pieniądze na badania – odpowiedział mu publicznie nasz rozmówca. Najpierw stracił pracę, potem dom, przyjaciół i żonę, wpisali go na czarną listę, nie może wyemigrować. Teraz mieszka na ulicy, siedzi na ławce pod muzeum i pokazuje turystom (o ironio!) dom, gdzie mieszkał młody Castro. Żyje z tego, co mu dadzą. Czy to prawda? Nie wiemy. Wygląda jak żebrak, a autentyzmu jego historii dodaje kilka rzeczy: niespracowane dłonie, okulary (rzecz tu bardzo rzadka), płynny angielski, lekka paranoja i rozgoryczenie. Takich historii pewnie jest tu więcej.
Na horyzoncie zaś majaczą góry Sierra Maestra, bastion partyzantów z 1959 roku.
Załącznik:
Santiago_Tivoli+SierraMaestra.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 06 Sty 2016 18:12 

Rejestracja: 25 Lis 2011
Posty: 263
niebieski
Lecę na Kubę za niecałe 2 miesiące, więc byłoby pomocne, gdybyś podawała ceny przejazdów czy innych "atrakcji", jeśli jeszcze pamiętasz.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 06 Sty 2016 18:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
Dzień 13: Baracoa
Dżip mozolnie wspina się po betonowej drodze wiodącej w górę zbocza. Warkot silnika przerywa dźwięki śpiewu ptaków. Wokół jak okiem sięgnąć rozciąga się tropikalny las, który niczym dywan okrywa okoliczne góry. W zagłębieniach między wzgórzami unosi się mgła. Las paruje po porannej ulewie. W dżipie czworo Europejczyków kurczowo trzyma swoje bagaże, starając się równocześnie nie zsunąć z siedzeń przy zakrętach.
La Farola, jeden z siedmiu cudów inżynierii współczesnej Kuby, to 50-kilometrowa droga wiodąca przez góry Sierra del Puril. Betonowa trasa wije się między górami łącząc południowe wybrzeże wyspy omywane przez wody Morza Karaibskiego z Baracoa – miejscowością leżącą już na północnym wybrzeżu, nad Atlantykiem.
Dojechałyśmy na wschodni koniec Kuby, w to samo miejsce, do którego pięćset lat temu od strony Atlantyku przybił Diego Valazguez. Ciekawe, co pomyślał na widok wzgórz porośniętych palmami. Czy ocean miał turkusowy kolor, czy może wyglądał jak dziś, gdy przybrał barwę błota od spływającej z gór, rozległej od ostatnich ulew, rzeki? Czy jego statek oglądali z wybrzeża ukryci w puszczy zamieszkujący te tereny Taini, jeszcze nie wiedzący, jaka przyszłość ich czeka?
Załącznik:
Baracoa.jpg

Załącznik:
Baracoa_ElYunque.jpg

Założona w 1511 roku Baracoa to senna miejscowość wschodniego wybrzeża. Do momentu wybudowania La Faroli kilkadziesiąt lat temu, właściwie odcięta od reszty wyspy. To cel wielu turystów, których spotkałyśmy po drodze przez całą Kubę. Mityczna Baracoa przewijała się w rozmowach zwykle w towarzystwie słów: „tam jest pięknie”, chociaż nikt tam jeszcze nie dojechał.
To senne miasteczko, gdzie wszyscy snują się między małymi budyneczkami. Tych turystów nie ma znów aż tak wielu, choć jest tu kilka knajpek i restauracji świadczących o turystycznym potencjale tego miejsca. Region słynie z kokosów i kakao, którego zakosztowałyśmy w lokalnym barze. Nasze wieczorne biesiadowanie zaś przerwała awaria prądu w całej mieścinie. Jakoś dotarłyśmy do domu. Wieczór spędziłyśmy przy solarnej lampce w pokoju naszej casy. Za oknem poruszane wiatrem szumiały wielkie liście bananowców. A z nieba lał się deszcz.

Dzień 14, 15 i 16: Baracoa
Pierwszy dzień w Baracoa nie zaczął się dobrze. Od rana lalo jak z cebra, tropikalna ulewa zdawała się nie mieć końca. W czasie deszczu dzieci się nudzą, szczególnie w Baracoa, gdzie wszystkie atrakcje wiążą się raczej z wyjściem poza dom. Śniadanie zjadłyśmy właściwie w kuchni u naszego gospodarza Ramona (przygotowane dla turystów miejsca na tarasie właśnie spływały z deszczem). Ramon ponarzekał na wolne życie na Kubie. – Tu na wszystko trzeba czekać. W sklepie, w urzędzie, wszędzie – mówił łamaną angielszczyzną. Jak zdaje się wielu Kubańczyków za starych czasów odwiedził Polskę któregoś roku w Sylwestra. Pamięta tylko przeraźliwe zimno, na które polscy koledzy zalecali mu picie wódki (a jakże!). Dzieci Ramona odebrały gruntowne wykształcenie – jedno jest lekarzem laryngologiem, drugie biologiem, ale wypłatę odbierają groszową (lekarz dostaje równowartość 40$ miesięcznie). Z drugiej strony od kogoś innego usłyszałyśmy, że owszem wykształcenie jest powszechne, ale jego jakość niska, bo powodowana niską jakością nauczycieli i brakiem konkurencji między nimi. Kubańczycy mają taki żart: my udajemy, że pracujemy, oni udają, że płacą.
Wciąż nie mogłyśmy się zdecydować, ile nocy zostać w Baracoi - ze względu na pogodę. Z racji tego, że odkładałyśmy decyzję, w efekcie musiałyśmy zmieniać casę dwa razy. Trafiłyśmy m.in. do Andresa, zdaje się, że to taki miejscowy Don Corleone. Andres wygląda jak karaibska wersja szejka, spotkać go można głównie przed jego domem, gdzie wypinając brzuch bacznie obserwuje ulicę. Dzięki temu kontakty ma szerokie i potrafi właściwie wszystko zorganizować. Po każdej prośbie, jaką wypowiadałyśmy, najpierw nieco się zamyślał, gładząc się po brodzie, a następnie po dwóch minutach wydawał polecenie swojemu pomocnikowi, który wystawał na ulicy pod domem. Rowery? No problem. Jeszcze jedna noc w Baracoa? No problem. Transport na stację? No problem. Rezerwacja casy w Santa Clara, które leży jakieś 300 km stąd. No problem.
Na całe szczęście pogoda się poprawiła i znów zaczęłyśmy się smażyć na karaibskim słońcu. Trzydniowy pobyt w Baracoa upłynął nam właściwie na dwóch rzeczach – wycieczkach za miasto i jedzeniu (w końcu!). Jednego dnia zwiedziłyśmy tereny na południe od miasteczka.
Załącznik:
Baracoa_Beach.jpg

Idąc wzdłuż dość zaśmieconej plaży w mieścinie, trafiłyśmy na rzekę, która wpływała do oceanu. Jako że można było przeprawić się łodzią na drugi brzeg, skorzystałyśmy z okazji.
Załącznik:
BaracoaRiver.jpg

Przeszłyśmy plażą kolejny kilometr lub dwa (po ulewach ocean wyrzucał na brzeg niezliczone ilości kokosów i bambusowych tyczek)
Załącznik:
Baracoa_Coconut.jpg

i natknęłyśmy się na most przez kolejną rzekę, która uchodziła do oceanu. Most niestety prowadził tylko przez jej część (nie pytajcie dlaczego, taka jest Kuba).
Załącznik:
Baracoa_Bridge3.jpg

Załącznik:
Baracoa_Bridge.jpg

Żeby przeprawić się skutecznie i ostatecznie, trzeba było poprosić pana z kolejnej łódki, żeby nas zabrał. Postanowiłyśmy zrobić i to. Wylądowałyśmy w jakiejś wiosce po drugiej stronie, w której okazało się, że jest wejście do parku narodowego. Taki park jednak wygląda trochę inaczej niż nasz – nie ma szlaków, a wejść właściwie można tylko z przewodnikiem.
Załącznik:
Baracoa+Fuente3.jpg

Tak też się stało, odwiedziłyśmy piękny punkt widokowy, jaskinię z naturalnym basenem i lokalne gospodarstwo zajmujące się zdaje się nielegalną produkcją kakao, chociaż równie dobrze mogliby uprawiać marihuanę – tak byli zakamuflowani w dżungli. Krajobrazy znów nieziemskie, wszędzie pasą się zwierzęta, nad głowami latają papugi, a kolibry wokół nas jak wróble.
Załącznik:
Baracoa_Fuente3.jpg

Załącznik:
Baracoa_Fuente.jpg

Przewodnik przez cały czas podkreślał, że należy do rodziny Fuente (lub jakoś tak) – lokalnych palmowych potentatów, którzy w dodatku ścigają się z władzami na ceny wycieczek i w ogóle usług dla turystów. Następnego dnia, już na rowerach, postanowiłyśmy zwiedzić tereny na północ miasteczka. Tam czekała na nas dziewicza plaża pośród równie dziewiczej okolicy. Udało nam się również poznać tajniki produkcji kakao z kakaowca.
Załącznik:
Baracoa_ChocoladeFactory.jpg

Druga rzecz, która pochłaniała nam sporo czasu to jedzenie. Na cale szczęście nasze dolegliwości gastryczne ustąpiły i mogłyśmy porzucić naszą dietę kanapkową na rzecz bardziej wyszukanych posiłków. Kuba jest pod tym względem wyjątkowo uboga, ale akurat ten region szczyci się produkcją kakao, kawy i mleczka kokosowego. W drodze tutaj poznałyśmy parę bardzo sympatycznych Francuzów w średnim wieku, którzy w dodatku mówią po angielsku - Oliviera, emerytowanego profesora historii, i Valerie, specjalistkę od czegoś w rodzaju BHP z Lyonu. W związku z powyższym barakoańskie wieczory spędzaliśmy razem w restauracjach, jedząc lokalne dania i pijąc mojito. Ostatni wieczór spędziliśmy we czwórkę w najprzyjemniejszej chyba restauracji w Baracoa – Marco Polo. Siedząc na tarasie można było obserwować rozbijające się z hukiem o brzeg fale po drugiej stronie ulicy. No i w końcu przyszedł też czas na zjedzenie langusty!
Udało nam się też poznać dwa kroki salsy. A było to w lokalnym domu kultury (Casa de la Trova), który organizuje wieczorki taneczne z muzyka kubańską. ;)

Dzień 17 i 18: Baracoa, Santiago de Cuba, Santa Clara
Dzień zaczęłyśmy wcześnie rano jak zwykle od śniadania i… nieoczekiwanego spotkania z Andresem, który pojawił się na tarasie naszej nowej casy zupełnie niezapowiedziany. Poprosił, nie – właściwie retorycznie zapytał, czy nie podrzuciłybyśmy jakiś rzeczy dla jego córki, skoro już jedziemy na drugi koniec wyspy do Santa Clara (dosłownie – para bucików, śpioszki, krem Nivea, ręcznik). Teraz my miałyśmy okazję powiedzieć: no problem. Wiadomo - Don Corleone się nie odmawia.
Udało nam się zdobyć bilety na autobus i w towarzystwie gadatliwego Kanadyjczyka wyruszyłyśmy w podróż powrotną La Farolą. Podróż na zachód już nie jest taka ekscytująca, jak jazda w odwrotnym kierunku.
W naszym nieulubionym mieście, czyli Santiago, miałyśmy kilka godzin. Z dworca postanowiłyśmy się przejść do restauracji w porcie, którą odwiedziłyśmy parę dni wcześniej. Kubańczycy zdają się nie wykorzystywać w pełni potencjału turystycznego nadmorskich bulwarów. W dużym Santiago takich restauracji jest dwie. Żeby urozmaicić sobie czas najpierw zjadłyśmy obiad w jednej, w której do picia było wszystko oprócz piwa, a następnie poszłyśmy 200 metrów dalej do kolejnej, w której do picia nie było nic poza piwem. Obie to restauracje rządowe. Ot, Kuba.
A dlaczego Santiago jest nieulubione? Bo jest dla turystów męczące. Za każdym razem, gdy siadałyśmy na jakiejś ławce w parku, murku lub innym miejscu ktoś coś od nas chciał. Podczas spaceru ulicą, jeśli stało przy niej 10 facetów od bici taxi, mogłyśmy być pewne, że każdy zaoferuje nam podwózkę, wycieczkę do pobliskiego zamku, rajd wokół miasta, cokolwiek. Zwykłe „nie dziękuję” wypowiadane po dwadzieścia razy na godzinę średnio „działa”. Już bardziej sprawdza się mniej uprzejme „nie chcę”. Jeden facet nie spuszczał nas z oka przez dwie godziny, jak siedziałyśmy w tych nadmorskich restauracjach, mając nadzieję, że odwiezie nas na oddalony o 500 metrów dworzec. Uff, taka skumulowana natarczywość jest męcząca.
W średnich humorach potęgowanych zmęczeniem wyjechałyśmy z Santiago wieczorem. Do Santa Clara dojechałyśmy rano.

Dzień 18: Santa Clara
Po raz pierwszy w czasie całego wyjazdu śpimy w casie opisanej w naszym przewodniku Lonely Planet. Ha! A to wszystko dzięki Andresowi Don Corleone z Baracoi. Jego kontakty są imponujące. ;) Nasza nowa casa należy do Hektora. Kryje wewnątrz niewielki ogród w środku. Po sennej Baracoi, gdzie dźwięki ograniczały się właściwie do piania kogutów, których było jakoś nadspodziewanie dużo (i piały, małe cholery, w nocy co godzinę), w Santa Clara znów musimy przywyknąć do zgiełku miasta. Santa Clara to miejsce zwycięskiej bitwy między oddziałami Che Guevary a żołnierzami Batisty, więc w związku z tym mieści się tu mauzoleum słynnego rewolucjonisty. Guevara nie doczekał się mauzoleum na wzór Lenina czy Ho Chi Minha, gdzie udawałby kukłę po wsze czasy. Został rozstrzelany w Boliwii w 1967 roku, podczas prowadzenia kolejnej rewolucji. Jego ciało wylądowało w zbiorowym grobie, a szczątki dopiero kilkanaście lat temu przywieziono do Santa Clara.
Zwiedziłyśmy dziś też bardzo interesujące muzeum, które składało się z 4 oryginalnych wagonów (i fragmentów szyn, czterech karabinów, jednej koszuli, pięciu zdjęć i dwóch butelek po coca coli imitujących koktajle mołotowa), które przewoziły żołnierzy Batisty przed wspomnianą wyżej przegraną bitwą. Muzealnictwo na Kubie to doprawdy dość intrygująca gałąź kultury.
Załącznik:
Santa Clara 3.jpg

Santa Clara to niestety miasto oferujące dość mało zwiedzającym. Stanowi coś na kształt punktu przerzutowego między południem wyspy a mieszczącym się na północy kurortem Varadero, czyli kubańskim Sharm El Sheikh, które ominiemy, udając się wprost do Havany. Jest w zasadzie dość podobne do Camaguay czy Cienfuegos z obowiązkowym bulwarem z kubańskimi Pewexami i dwoma restauracjami na krzyż, które zamykają o godzinie 17. W przewodniku piszą, że to miasto nowoczesne i otwarte na nowe idee, o czym świadczyć ma obecność klubu Mejunje, goszczącego jedyne na wyspie występy transseksualistów. Niestety – tylko w soboty.
Ciężką noc i dzień odbiłyśmy sobie jedząc obiad w naszej casie. Nieco się rozhulałyśmy, bo zamówiłyśmy po languście. Dostałyśmy też czarną zupę fasolową i sałatkę z awokado. Boże, jakie to było dobre.
Załącznik:
Santa Clara.jpg
Załącznik:
Santa Clara 2.jpg


Dzień 19: Santa Clara cd
Widok fabryki cygar w Santa Clara to jak widok XIX wiecznej szwalni w Łodzi. W przestronnej sali o odrapanych ścianach z sufitu zwisają jarzeniówki. Rzędami przy pulpitach usadzeni są robotnicy, którzy w pocie czoła rolują najlepsze kubańskie cygara (nie, nie na udach – na deskach). 100% hand made. W środku cygara są trzy rodzaje liści, na zewnątrz owijane są jeszcze innym ich rodzajem. Jedyne maszyny tutaj to przestarzałe urządzenia do sprawdzania wilgotności (cygara powinny mieć od 40 do 80 jednostek). To najdroższe i najlepsze cygara, przeznaczone na eksport. Żadne z nas palaczki, więc nazw niestety nie zapamiętałyśmy. W pokoiku przy wyjściu jest miejsce dla lektora, który czytaniem reżimowej prasy lub reżimowej literatury umila czas uwijającym się jak mrówki robotnikom. Dzień pracy trwa 8 godzin, ale każdy dostaje wypłatę w zależności od zwiniętych sztuk. Zdjęć robić nie można. W oknach sali kraty i siatka, w rogach zainstalowane jedyne chyba w całym mieście kamery. Reżim nie ufa swoim obywatelom.
Załącznik:
Santa Clara_Fabryka Cygar.jpg

Załącznik:
Santa Clara_FabrykaCygar 2.jpg

Załącznik:
Santa Clara_FabrykaCygar 3.jpg

Jako że miałyśmy jeszcze cały jeden dzień w Santa Clara, uważnie i dokładnie obejrzałyśmy wszystkie atrakcje miasta. Jak można się domyślić, wszystkie są mniej lub bardziej związane z Che Guevarą. Na Placu Rewolucji swoi wielki pomnik Monumento de Che Guevara z brązu, pod który regularnie podjeżdżają wycieczki pełne turystów all inclusive. Z nudów poszłyśmy nawet obejrzeć inny pomnik Che, tym razem w oryginalnej skali, ale z dziecięciem na ręce symbolizującym nowy początek. Ta.
Giovani pracujący w naszej casie jako kucharz, sprzątacz i recepcjonista w jednym miał nam zorganizować transport wspólną taksówką do Havany – cenę obiecywał jak za autobus. Gdy wróciłyśmy do domu wieczorem, właśnie pełnił obowiązki pani domu, podając kolację do stołu, i tak prychał i stękał, jak pokręciłyśmy nosem na cenę, którą podał, że przypominał diwę operową w roli życia. Dostał od nas zegarek za 3 dolary na zgodę. Wtedy odegrał rolę pt. „diwa szczęśliwa i wdzięczna”.
Dzień zakończyłyśmy w ogrodzie naszej casy w towarzystwie… i tu niespodzianka… Niemców (nie wiem, kto na przełomie listopada i grudnia był w Niemczech, bo zdaje się, że wszyscy nasi sąsiedzi przyjechali wtedy na wakacje na Kubę).
Załącznik:
Santa Clara_Sklep.jpg


Dzień 20: Santa Clara - Havana
Autor naszego przewodnika jest zdania, że Kuba w jednej minucie potrafi doprowadzić do frustracji, by chwilę potem zachwycić. Sentencja ta towarzyszyła nam właściwie przez cały wyjazd. Gdy w jednej chwili zaciskałyśmy zęby, bo coś się nie udało, ktoś nas okantował, czegoś nie było, albo było marne (np. pokój), w następnej minucie przydarzało nam się coś zaskakująco pozytywnego – spotykałyśmy kogoś sympatycznego, dostawałyśmy dobre jedzenie, trafiałyśmy w przepiękne miejsce.
Ale ostatnie popołudnie w Havanie to był raczej worek z frustracjami. – Nie znoszę Havany – powiedział nasz kubański kierowca, gdy tylko wjechaliśmy do miasta. My też już zdążyłyśmy się odzwyczaić od zgiełku dużego miasta. Havana przywitała nas w strugach ulewnego deszczu. Podobno idzie zimny front znad Dominikany, co w praktyce oznacza, że temperatura spadnie do 25 stopni. Kubańczycy już zakładają kurtki i długie spodnie.
Na ostatnią noc zarezerwowałyśmy sobie casę, w której spałyśmy przed trzema tygodniami. Ten czas chyba niczego nas nie nauczył, bo prawdopodobieństwo trafienia do tego samego miejsca jest takie jak taka sama cena dla miejscowego i turysty, czyli żadne. No więc wylądowałyśmy u nauczycielki tańca na tej samej ulicy – właścicielki akademii tańca karaibskiego, dyrektor artystycznej, choreografki i kompozytorki, lic. Milagros de la Caridad Contreras Perez (jak zapisała na wizytówce). Nasza nowa gospodyni zdaje się, że przenocowała nas „na lewo”, bo nie wzięła od nas paszportów i nie wpisała do książki ewidencyjnej (wszyscy do tej pory tak robili). Taka ewidencja ląduje potem w specjalnym urzędzie, a wynajmujący pokoje Kubańczycy muszą odprowadzić odpowiedniej wysokości podatek, rocznie i miesięcznie. Nie udało nam się niestety ustalić jakiej wysokości, choć przebąkiwali, że to spory procent, w dodatku płatny niezależnie od tego czy mają, czy nie mają gości.
Popołudnie spędziłyśmy szwendając się po starej części miasta, posiedziałyśmy i popatrzyłyśmy na ludzi, ciesząc się tym, że nikt nam nie chce niczego sprzedać. Naganiaczom restauracyjnym i taksiarzom uprzejmie odmawiałyśmy, bo cóż to było za nagabywanie. W porównaniu do Santiago żadne.
Wypiłyśmy pożegnalne mojito, a ostatnie pieniądze wydałyśmy na wodę po zawyżonej cenie. A co tam! Miałyśmy mocne postanowienie wyszorowania się porządnie przed czekającą nas dwudziestokilkugodzinną podróżą. Oj, jaka byłyśmy złe, gdy okazało się, że wody nie ma. Nasi gospodarze oznajmiając nam to, gdy dotarłyśmy wieczorem do domu, wydawali się bardzo z siebie zadowoleni. Wody co prawda nie było – jak tłumaczyli – ale jednak była. Zupełnie nie wiedząc, o co chodzi podreptałyśmy zrezygnowane po schodach na górę do pokoju. Wtedy wszystko stało się jasne. Woda była, ale w wiadrach, które dla nas przynieśli. A więc te emocje na ich twarzach to było poczucie dobrze wypełnionego gospodarskiego obowiązku!

Dzień 21: Havana – Toronto
Poprosiłyśmy naszą gospodynię, żeby zamówiła nam taksówkę na godzinę 5 rano, bo miałyśmy wczesny lot. - No problem. Nie martwcie się, no problem – zapewniała. Naiwnie jej uwierzyłyśmy, a przed domem o godz. 5 następnego dnia, jak się zapewne można domyślić, nie było absolutnie żadnego samochodu, ani nawet człowieka.
Nie zastanawiając się długo i nie licząc, że przyjedzie, truchtem popędziłyśmy pod Hotel Inglaterra, pod którym w czasie dnia stoi tych taksówek całe mnóstwo. Jak się okazało, wszystkich pod hotelem Inglaterra wcięło - pusto, prawie cicho, nic nie jeździ, przechadzają się tylko jakieś grupki, które nie zdążyły jeszcze zmienić daty we własnych kalendarzach. Frustracja.
Postanowiłyśmy więc szybko pobiec w inne miejsca, które kojarzyły nam się z dużą ilością taksówek. Nieco dalej przy dwóch zdezelowanych Ładach stało dwóch chłopaków. Okazało się, że to nie końcówka imprezy tylko najprawdziwsze taxi w dodatku za dokładnie tyle pieniędzy, ile miałyśmy na ten cel odłożone. – Spokojnie – powiedział nasz kierowca i popędziliśmy w stronę lotniska. Zachwyt.
Na pokładzie Air Canada można płacić kartą kredytową, więc miałyśmy chytry plan, że śniadanie zjemy na wysokości 8 km. W standardowym komunikacie stewardessa oznajmiła pasażerom: - W naszej pokładowej restauracji znajdziecie państwo szeroki wybór posiłków i przekąsek, ale jako że odlatujemy z Kuby, w tej chwili do dyspozycji mamy jedynie bułkę z serem. Uff, dobre i to.
Znów trudno uwierzyć, że Toronto jest tylko 3 godziny lotu od Havany. To zupełnie inny świat. Wszystko stało się nagle takie proste i czytelne. Jako że miałyśmy kilka godzin oczekiwania na samolot do Warszawy, pojechałyśmy do centrum obejrzeć te wszystkie drapacze chmur. Robi to wrażenie, a wszystko przypomina Nowy Jork z filmów. Zszamałyśmy hot-doga, wypiłyśmy herbatę, pooglądałyśmy tutejsze atrakcje – m.in. palmiarnię, w której pieczołowicie hodowano bananowce, które na Kubie rosły w każdym ogródku, i targ, na którym jakaś ukraińska rodzina sprzedawała kulinarne rarytasy z naszego regionu (pierogies, gołąbki i barszcz pisany „boershtz”). Perspektywa barszczu była już dla nas nieodległa. Jeszcze tylko kilkanaście godzin podróży...


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 08 Sty 2016 17:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sie 2010
Posty: 130
Loty: 42
Kilometry: 79 377
PODSUMOWANIE:
Z płaceniem w CUPach na Kubie bywa różnice. Czasami się udawało (jak szłyśmy na pewniaka), ale częściej inaczej niż w CUCach się nie dało. Biorąc pod uwagę to, że 1/4 Kubańczyków żyje poniżej granicy ubóstwa, to na te kilka złotych można przymknąć oko. Wychodziłyśmy z założenia, że im przydadzą się one bardziej niż nam.
1. Transport pomiędzy miastami
Podróżowałyśmy albo taxi colectivo, albo Viazulami. Jeśli chodzi o ceny biletów na autobus, to można je znaleźć na stronie Viazula. Ceny Viazulowe są odniesieniem dla taxi colectivo (przy czterech pasażerach). Taxi colectivo czasami może być droższe, ale zwykle jest to opcja door-to-door czyli nie płaci się już za dojazd na dworzec. Jest też zdecydowanie szybciej i wygodniej.Raz jechałyśmy camione (czyli ciężarówką przerobioną na coś czymś można przewozić ludzi). Kubańczycy płacili 1 CUP, a my 1 CUC.
2. Noclegi
Nocowałyśmy w casa particulares czyli w prywatnych domach Kubańczyków. Zawsze płaciłyśmy 25 CUC za pokój 2-osobowy. W pokoju prawie zawsze były jedno podwójne i jedno pojedyncze łóżko, więc można spokojnie podróżować trójkami. O ceny się nie targowałyśmy, ale myślę, że jak ktoś bardzo by chciał, to pewnie w niektórych miejscach dałoby radę trochę zejść.
3. Jedzenie
W casach brałyśmy śniadanie (4-5 CUC od osoby). Nie chciałyśmy rano szukać miejsca, gdzie można by zjeść. Śniadania są raczej skromne (jajka, świeże soki, owoce, chleb, trochę masła, trochę sera, miód, dżem, kawa). Kolacje w casie jadłyśmy tylko dwa razy. W Vinales zapłaciłyśmy 8 CUC od osoby za rybę, a w Santa Clara aż 15 CUC za langustę. W obu przypadkach było warto. Zdecydowanie taniej jest w mieście. Do dyspozycji mamy okienka z pizzą, restauracje rządowe i paladary czyli restauracje domowe. Niby-pizza z okienka kosztuje od 10 CUP (mnie smakowała). W restauracjach ceny posiłków zaczynają się od 3 CUC (za te mniej wyszukane czyli pizza, spaghetti neapolitańskie czyli makaron z keczupem i serem, ryż z warzywami). Od 5 CUC można zjeść już coś bardziej porządnego czyli mięso z ryżem z czarną fasolą, surówką z kapusty i smażonymi bananami. Raz się trafi lepiej, a raz gorzej. Tak jak już pisałam, w Baracoa jadałyśmy w paladarach i były to najlepsze posiłki (nie licząc tych dwóch w casach).
Jeśli macie jakieś pytania, to piszcie.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Trav Diver lubi ten post.
gzkulik uważa post za pomocny.
 
 
 [ 10 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group