Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 10 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 15 Sie 2018 15:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Tak sobie siedzę i myślę, że może warto wygenerować kolumbijską relację.
Wizytcja trwała dwa tygodnie, z tego względu wszelkie przemieszczenia realizowane były lotniczo.

Trasa ekskursji: Bogota - Leticia - Pereira - Salento - Medellin - Cartagena - St Marta - Bogota

Była zatem i dżungla i kawa i plaża, czyli wszytskiego po trochu.

No, to grunt naszykowany, niebawem będzie więcej:)
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach


Ostatnio edytowany przez Kasica88, 01 Lis 2018 15:05, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#2 PostWysłany: 22 Sie 2018 13:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Do Kolumbii podróżujemy na pokładzie Turkisha, z WAW przez IST. Chociaż przesiadki w Istambule są dość długie (ok. 7 h), zamiast wyjścia na miasto wybieramy wyjście do saloniku (z PP). W oczekiwaniu na lot raczymy się ginem z tonikiem i (nieco monotonnymi) przekąskami w Primę Class Lounge. Jeśli chodzi o same loty, WAW-IST raczej bez historii, natomiast ITS-BOG w dużej części przespałam, więc...też bez historii. Warto tylko zaznaczyć, że wege (asian/oriental) jedzenie w TK (w drodze do BOG) całkiem w porządku (jak na samolotowe warunki).


O poranku lądujemy w nieco mglistej stolicy Kolumbii. Dość szybko przechodzimy przez ‘paszporty’, później bagaż i już jesteśmy wolni. Ponieważ kolejnego poranka wybywamy do Leticii, decydujemy się na nocleg w położonym nieopodal lotniska hotelu Habitel (hotel sam w sobie nie urywa, ale darmowy transfer z/na lotnisko co 15 minut i konkretne dość urozmaicone śniadanie (które jeszcze nieraz będziemy wspominać przy smutnej codziennej arepie i jajecznicy) robią robotę.

Porzucamy dobytek, zamawiamy ubera i jedziemy w miasto. Jak większość dużych miast Ameryki Południowej, Bogota sprawia nieco przygnębiające wrażenie. Korki, nieciekawa pogoda i te sprawy. No ale nie narzekamy, wysiadamy w okolicy Plaża de Bolivar i rozpoczynamy eksplorację, a także konsumujemy pierwszą arepe. Nagle zaczyna padać i jak spod ziemii wyłaniają się tabuny sprzedawców parasoli. Zaglądamy do katedry, a ponieważ pogoda nie ma się ku lepszemu, maszerujemy do Museo del Oro. Wstęp do przybytku to 4000 COP, w środku sporo do zobaczenia. Można się trochę dokształcić w kwestii ludów budujących ‘kolumbijska’ cywilizację w czasach przedhiszpanskich. No i oczywiście, jak nazwa wskazuje, w muzeum roi się od artefaktów zlotopochodnych, różnych skorup, masek i innych statuetek.

Image


W końcu dopada nas głód i kierujemy się do jakiejś przypadkowo wygooglanej jadłodajni wegetariańskiej. W środku pełno lokalnej ludności (dobry znak), a za zestaw obiadowy (zupa + drugie + deserek + napitek) płacimy ok. 10 000 (jakieś 12 zł).

Image

Po obiedzie jeszcze kawa w Coffee Lab (czy jakoś tak), jedno z nielicznych miejsc, w których udaje się nam znaleźć dobrej jakości kawę (na szczęście mam że sobą też aeropress, więc na resztę wyprawy mamy zabezpieczenie od tinto i innych dziwnych substancji).
Z nowymi zasobami energii włóczymy się po Candelarii i próbujemy przestawić się na operowanie walutą w tysiącach. Po drodze zaglądamy na piwko, akurat Brazylia przegrywa mecz z Belgia. Generalnie zainteresowanie mundialem jest wielkie, na każdym kroku wiszą girlandy z flag, a każdy mecz jest transmitowany dosłownie wszędzie, tak więc spacerując ulicą i nasłuchując można dokładnie wiedzieć kiedy coś się dzieje.

Image

Image

Image


W końcu docieramy pod stację kolejki, która wjeżdżamy na Monserrate. Można się tam dostać gondolkami albo fenicularem (działa tylko w niektóre dni). Po odstaniu w kolejce pakujemy się do wagonika i już niebawem obserwujemy Bogote z góry. Faktycznie, jest kawał miasta. Na szczycie Monserrate znajduje się też kościół, kawiarnia i kilka tras spacerowych. Toalety natomiast są płatne.

Image

Image

Image

Image

Naogladawszy się Bogoty z góry, wracamy na dół, gdzie dokonujemy drobnych zakupów w sklepie sieci Ara.
Chociaż jest dopiero 19, długa podróż daje nam się już we znaki i padamy z nóg. Chwytamy Ubera z Candelarii i wracamy do hotelu. W Bogocie spędzimy jeszcze jeden dzień przed wylotem.

Jutro Amazonia!
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach


Ostatnio edytowany przez Kasica88, 06 Wrz 2018 09:48, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#3 PostWysłany: 23 Sie 2018 14:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Po śniadaniu jedziemy lotniskowym busikiem na lotnisko. Pozbywamy się bagażu i przekraczamy bramki. Lecimy LAN-em, a cześć terminala krajowego, z którego tenze operuje nie jest zbyt imponująca. Ze 2 sklepiki, 2 kiosko-kawiarnie i właściwie tyle. Akurat pora na mecz, który oczywiście jest transmitowany na wielu ekranach w terminalu. W końcu pora na boarding do Leticii. Lot trwa niecałe 2 godziny, serwis tylko płatny.

W końcu lądujemy w Leticii. Wysiadamy z maszyny i od razu atakuje nas wilgoć i gorąco. Wkraczamy do mini terminala i czekamy na bagaże. Przy okazji okazuje się, że przybywając do Leticii należy uiścić podatek turystyczny w wysokości 35000 COP. Żeby było weselej - nie mamy przy sobie gotówki. Przesłuchujemy osobnika, który zbiera opłaty, w sprawie ewentualnej płatności kartą (he he). Ten odsyła nas do drugiego- takiego, który sprawdza czy opuszczający lotnisko uiścili należność. Tenże osobnik posłyszawszy nasza historię mówi: bienvenidos a Leticia i każe opuszczać lotnisko. Trochę nam głupio i czekamy jeszcze chwilę przed terminalem, ale po tym gdy już wszyscy wychodzą, panowie zbieracze wsiadają na skuterek i odjeżdżają. Nie pozostaje nam więc nic innego niż również odjechać. Zgarniamy taksówkę sprzed terminala. Koszt jazdy do centrum to 10 000 COP. Można też dojść pieszo, ale akurat zaczyna się solidna tropikalna ulewa, więc jesteśmy wygodni. Po drodze zahaczamy jeszcze o bankomat i tym sposobem, w strugach deszczu, docieramy do naszego hostelu o (mało) wdzięcznej nazwie Piranita.
Porzucamy dobytek, deszcz nieco ustaje więc wyruszamy szukać żywności. Zasiadamy w pobliskiej knajpce (raczej turystycznej i jak na Leticie drogiej, ale zostajemymy,bo raz- znowu zaczyna padać, dwa- mają opcję wege i mecz). Zamawiamy danie vege i rybę. Ryba, którą przynoszą to generalnie monstrum w całości, w życiu żem się czegoś takiego nie spodziewała. Na szczscie, jest też zimne piwko na ukojenie nerwów.
Image

Image

Potem zabieramy się za oględziny Leticii połączone z poszukiwaniem opcji na wyprawę do dżungli. Jest sobota, a we wtorek po południu wylatujemy do Pereiry. Zastanawiamy się więc na dwiema jednodniowymi, albo jedną dwudniową wycieczką. 90% agencji, biur i stoisk jakie nawiedzamy oferuje całodniowe Puerto Narino + dodatki (Isla Micos, Armenia, etc.). Kojarzy nam się to trochę z wyprawą na Wyspy Uros i nie jesteśmy przekonani. W konu trafiamy w jedno miejsce, gdzie proponują nam wyjazd 3-dniowy, twierdzą, że odwiozą nas na czas lotu spowrotem. Też nie jesteśmy do końca pewni, bo właściwie to mamy zarezerwowane noclegi, ale idziemy obczaic czy da się z tym coś zrobić. I tu, nieoczekiwanie, pojawia się opcja nr 3. Jest możliwość wzięcia wycieczki z naszego hostelu, na którą są już 3 osoby chętne, więc zawsze to trochę taniej, a poza tym nie ma problemu z anulowaniem niepotrzbengo noclegu. Wycieczka oryginalnie też jest 3-dniowa, ale my decydujem się na wersję skróconą, czyli 2 dni.

Image

Póki co jednak wciąż jesteśmy w Leticii i zmierzamy w kierunku miejscowego kościoła, z którego to wieży (3000 COP) można o zmierzchu oglądać widowisko pt. ‘Ptactwo’. Otóż każdego wieczora tysiące mini-ptaszysk zlatują się na nocleg na okoliczne drzewa. Nie powiem, robi to wrażenie, momentami jest zabawnie, momentami jak w horrorze. Z obserwacji miejscowych wiemy też, że podczas bardziej tłumnych nalotów należy schować się pod najbliższe dostępne zadaszenie;) Poza tym z wieży można pooglądać gwarne życie Leticii z góry i zachód słońca ze szczątkowym elementem Amazonki w oddali. Po zachodzie słońca wracamy na ziemię, siadamy na placu i obeserwujemy miejscowych racząc się zimnym piwem marki ‘Poker’.

Image

Image

Image


Następnego dnia wstajemy o poranku i jesteśmy gotowi na atakowanie Amazonii. Wizytowaliśmy selwę już wcześniej, przy okazji pobytu w Peru, ale jest w niej coś takiego co przyciąga z powrotem. Zostajemy wyposażeni w hamak, moskitierę i kalosze. Po chwili zjawia się też nasz autochtoniczny przewodnik – Martin. Pakujemy dobytek (w tym zapasy wody i żywności) do zaprzyjaźnionej taksówki i ruszamy. W ostatniej chwili Martin dokupuje jeszcze trochę jaj (Kolumbijczycy uwielbia jeść jaja i nimi handlować – punkty sprzedaży są wszechobecne). Taksówka zatrzymuje się na środku jakiejś drogi, wysiadamy i rozpoczynamy marsz.

Image

Image

Idziemy przez niecałe 2 godziny, w głąb dziczy. W końcu docieramy do maloki, miejsca naszego dzisiejszego noclegu. Rezydentem przybytku jest niejaki Nelson (imię oryginalne zbyt trudne w wymowie). Ulubionym zajęciem Nelsona jest bujanie się w hamaku. Martin natomiast szykuje nam strawę i opowiada o tym, jak ważna dla Indian jest uprawa juki (czyli chyba po naszemu manioku). Prezentuje i omawia różne juko-pochodne wytwory. Potem Nelson powstaje ze swojego hamaka i probonuje nam malowanie twarzy substancją z jakiegoś owoca. No dobra. Co prawda byliśmy raczej nastawieni na hiking, obserwacje roślinności i zwierzyny, ale cóż. Trzeba brać co dają. Z wymalowanymi wzorami, ruszamy, tropem Martina nad pobliską rzekę. To jedyna okazja bezposrdniego kontaktu z wodą bieżącą (czyt. mycia) podczas naszej wycieczki. Spędzamy trochę czasu nad rzeką i wracamy do maloki na obiad.

Image

Image

Image

Po obiedzie natomiast komisyjnie bierzemy udział w produkcji ‘mambe’’. ‘Mambe’ to ważny element w kulturze Indian. Jest nieodłącznym składnikiem wszelkich dyskusji, posiedzeń i opowieści. A jak się ją przygotowuje? Otóż zaczynamy od świeżych liści koki, które to należy dobrze wysuszyć, uważając, aby ich przy okazji nie spalić. Potem ubijamy liście, aż zmienią się w drobny zielony proszek. W międzyczasie palimy ognisko z liści pewnej nieco palmo-podobnej rośliny wewnątrz maloki. Uzyskany popiół mieszamy z zielonym proszkiem i filtrujemy. Tak sporządzaną substancję spożywamy z łyżki, z której spożywało ją już chyba pół świata wizytującego to miejsce. Aby było jeszcze weselej, Nelson aplikuje nam świeży, sproszkowany tytoń. Nie jest to byle jaka aplikacja, podaje nam go powiem poprzez wdmuchnięcie do obu dziurek w nosie za pomocą rurki (adnotacja do rurki taka sama jak do łyżeczki...). Niemniej jednak po tymże rytuale jesteśmy gotowi do wysłuchania amazońskich legend głoszonych przez przeżuwającego spore ilości mambe Nelsona. Legendy wydają się co namniej mało wiarygodne i wymyślone na poczekaniu, ale trzeba przyznać, że całe to posiedzenie ma dość ciekawy klimat. Po wysłuchaniu opowieści, wyruszamy na nocny spacer po dżungli. Nocą jest ona niezwykle głośna, a do tego widok miliona gwiazd robi niesamowite wrażenie. Na rzechadzce napotykami kilka tarantul, żab, stado wielkich mrówek, etc. W końcu powracam do maloki i lepcy (i na pewno pięknie pachnący) zasypiamy w hamakach.

Image

Image

Image

Image

Kolejnego dnia opuszczamy włości Nelsona. Maszerujemy tą sama droga do miejsca, gdzie porzuciła nas wczoraj taksówka i jedziemy. Znowu zostajemy wysadzeni przy drodze i zaczynamy marsz. Po ok. 20 minutach docieramy do Comunidad de San Pedro, niwielkiej indiańskiej wioski. Stamtąd czeka nas przeprawa łodzią po rzece. Gdy czekamy na transport, zewsząd wyłaniają się indiańskie dzieciaki. Większość z nich ma jakieś wytwory na sprzedaż. W końcu pojawia się nasza łódź i jej kierownik. Ruszamy po wąskiej rzece, czasem nad naszymi głowami przeskakują małpy, jest też sporo ptactwa. Na szczscie ryby się nie objawiają. Od czasu do czasu napotykamy też autochtonów, którzy piorą albo poławiają.

Image

Image

Po jakimś czasie dopływamy do czegoś w rodzaju zatoki, gdzie przesiadamy się na troch większą łódkę. Dosiada się do nas kobieta, która podobnież prowadzi coś w rodzaju przystani i tam udajemy się na lunch. Po drodze mijamy jeszcze lotosowe jezioro. Miejsce żeru znajduje się u brzegu Amazonki. Poza turystycznym przystankiem jest to też coś w rodzaju miejsca rehabilitacji, np. dla uszkodzonych papug.

Image

Image

Image

Po obiedzie wsiadamy do kolejnej łodzi i zaczynamy nasz spływ Amazonką. Cóż można powiedzieć, no jest to kawał rzeki. Ciężko nawet utrwalić to na zdjęciu. Generalnie jest fajnie. Niestety trochę pada i podobno to jest przyczyną braku objawienia się słynnych rzecznych delfinów. No cóż zrobić. Zamiast delfinów objawia się leniwiec, trochę daleko, ale i tak fajnie.

Image

Image

Image

Image

W końcu zbaczamy w mniejsza rzekę i płyniemy, aby odwieźć resztę wycieczki do miejsca ich koczowania. Tym razem śpią w dżungli, bez namiotów. My natomiast zostajemy na łodzi i wracamy, znowu przez Amazonkę do Leticii. Kierownik łodzi, trzeba dodać, jest bardzo sympatyczny i stara sienam okazywać okazy fauny. Informuje nas też, kiedy znajdujemy się w miejscu trzech granic: brazylijsko-peruwianksko-kolumbijskiej. W końcu powracamy do Leticii, dostajemy się do hostelu, a tam pod wymarzony prysznic. To nic, że zimny – czystość jest wspaniałym uczuciem.

Ostatniego dnia w Leticii udajemy się na mercado. Obserwujemy co tam ciekawego, popijamy świeże soki. Można też spożyć rybę w całości za 5000 COP. Później krążymy trochę po mieście, przeglądamy suweniry, a w końcu kierujemy się ku brazylijskiej Tabatindze. Granica oznaczona jest jakimś słupkiem i właściwie to tyle. Wkraczamy do Brazylii. W hostelu mówiono nam, że Tabatinga jest średnio przyjemna, ale jakoś nie chciało nam się wierzyć- co to za różnica te kilka przecznic? Jednak faktycznie, Tabatinga jest głośna, tłoczna i zakurzona. Idziemy trochę w głąb, zaglądamy do kilku sklepików. W końcu zasiadamy przy caipirinhi w jednym z barów, po czym maszerujemy do Kolumbii.

Image

Image

Image

Image

Image

Czas wylotu zbliża się nieuchronnie. Jemy jeszcze obiad i wypijamy pokera, po czym pakujemy się do taksówki i wracamy na lotnisko. Akurat pora meczowa, więc wszyscy oczekujący wpatrzeni w jedyny dostępny telewizor. Chcąc niechcac, opuszczamy Leticie, a ja już myślę, że chciałabym tu jeszcze wrócić...

Image
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#4 PostWysłany: 23 Sie 2018 14:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Lis 2012
Posty: 2276
Loty: 232
Kilometry: 373 102
złoty
Już się bałem, że nie będzie fotek 8-)
_________________
Azory => Egzotyka tuż za rogiem, czyli azorski "double decker" :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#5 PostWysłany: 23 Sie 2018 15:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Paź 2015
Posty: 88
Loty: 80
Kilometry: 157 731
niebieski
Zapowiada się bardzo dobra relacja! Czekam na więcej postów i zdjęć ;)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#6 PostWysłany: 24 Sie 2018 15:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Dzięki, staram się kontynuować produkcję, Zdjęcia z Bogoty będą uzupełnione też!

Z Leticii lecimy Avianca do Pereiry, z przesiadką w Bogocie. Wpadamy coś zjeść (i wypić) w saloniku Avianki na terminalu krajowym. Salonik jest olbmrzymi, jest trochę przekąsek zimnych i ciepłych (bez szału, ale ok), bar zaopatrzony dość dobrze z panem barmanem wydającym trunki. Odzyskawszy nieco mocy wsiadamy do maszyny i po ok. 40 minutach lądujemy w Pereirze. Próbujemy zamówić ubera, ale coś nie chce się udać, więc rozpytujemy o ceny taksówek i za 13 000 COP ruszamy do centrum. Koczujemy w hotelu Cataluna, położonym nieopodal Plaza de Bolivar. Jest już późnawo, ale chcemy zaopatrzyć się w jakieś towary, wychodzimy więc na poszukiwanie sklepu. Znajdujemy znaną nam już Arę, niestety Pani kasjerka odmawia przyjęcia płatności za pomocą zagranicznej karty..Próbujemy znaleźć co innego, niestety – brak. W końcu wizytujemy bankomat, ale jesteśmy już kawałek od Ary, to raz, a dwa to się na nią obraziłam (w Arze bogockiej karta działała!). Krążymy po ulicach, wciąż niedaleko Pl. de Bolivar, ale czujemy się trochę nieswojo. Generalnie dziwne nieco elementy krążą po ulicach, są też jacyś bezdomni, czego wcześniej nie obserwowaliśmy. W końcu zaczepia nas bardzo nachalnie jakiś osobnik, w dodatku z dziurą w nodze, więc decydujemy, że odpuszczamy sobie zakupy i spadamy do hotelu. Wracając, zauważamy jednak mały sklep, coś jak niektóre polskie monopolowe, w którym zakupy nabywa się przez kratę. Jest trochę drożej, ale kupujemy jakieś wino i wodę i zaszywamy się w hotelu.

Następnego dnia wstajemy na śniadanie, które jest jakości conajmniej kiepskiej – nieodzowna jajecznica + chleb tostowy + kawa, której nie da się wypić. Idziemy więc jeszcze do pobliskiej polecanej kawiarni, przy okazji zwiedzając plac Bolivara i katedrę za dnia. Niewątpliwie w jasności czujemy się bezpieczniej, ale uraz poprzedniego wieczoru pozostaje i jakoś nieufnie podchodzimy do całej tej Pereiry.

Image

Image

Wracamy do hotelu po rzeczy, pakujemy się do ubera i jedziemy na terminal autobusowy. Stamtąd łapiemy busik do Salento – odjeżdżają co godzinę, bilety kupuje się w kasie (7500 COP/os) i warto przyjść trochę wcześniej, żeby się w takowy zaopatrzyć, bo chętnych bywa sporo. Chociaż odległość pomiędzy Salento i Pereira nie jest specjalnie dużą, podróż trwa godzinę z kawałkiem. Jest gorzyscie, a rozklekotany busik nie posiada zbyt wielkich mocy przerobowych. W końcu jednak dociermy. Poprzedniego wieczora zarezerwowaliśmy wycieczkę po plantacji Finca el Ocaso, na 14. Porzucamy więc rzeczy w hostelu i kierujemy się na miejscowy rynek, skąd odjeżdżają jeepy, zwane willys. Kupujemy bilety w budce i już za chwilę podróżujemy po wertepach w stronę plantacji.

Image

El Ocaso oferuje dwa typy wycieczek, my zdecydowaliśmy się na taką full opcję – zwiedzanie plantacji + mini kurs sensoryczny z degustacją. (Muszę tu dodać, że osobiście mam p** zarówno na punkcie dobrego piwa, jak i dobrej kawy;)). Takoż przybywamy do miejsca docelowego, poza nami w grupie jest jeszcze dwóch Niemców i para Kolumbia-USA. Na początku przewodnik opowiada nam ogólnie o kawoprodukcji, dostajemy też koszyczki na zbiory ;) Potem zwiedzamy plantację-dowiadujemy się ile i jak kawa rośnie, jak zachować warunki ekologicznej uprawy i uzyskać jak najlepsze plony. Ponieważ na Finca el Ocaso ziarna kawy zbiera się ręcznie (w celu lepszej selekcji), swoich sił próbujemy i my. Wpadamy w krzaki z naszymi koszyczkami, nietstey nasze łupy nie są zbyt obfite (oczywscie jest to wina niskiego sezonu!).

Image

Image

Image

Image

Image

Potem przechodzimy do części bardziej technicznej, czyli metod obróbki kawy i oglądamy różne ustrojstwa służące do mycia, suszenia, palenia ziaren itp. Na końcu czeka nas wspomniany mini kurs sensoryczny. Zaczynamy od przywdziania fartuszków (widocznie jest to niezbędne dla wyostrzenia zmysłów), a potem pora na zagadki. Dostajemy kilka buteleczek z numerkami, w krotych znajdują się substancje różnych woni. Zadaniem naszym jest nazwać obwąchiwaną ciecz. Zapisujemy wyniki ekspertyz na otrzymanych arkuszach, po czym okazuje się, że prawie wszystko odgadliśmy źle (a po poznaniu odpowiedzi wydały się one najbardziej oczywiste na świecie). Potem przechodzimy do kawy. Przed nami dwie filiżanki z czarnym proszkiem. Najpierw dokładnie go obwąchujemy, potem zostaje on zalany wodą i czynność powtarzamy. Wszelkie obserwacje pilnie notujemy na arkuszach. Potem próbujemy zawartości pojemników (oczywiście jako wykwintni degustatorzy wypluwamy testowaną ciecz do osobnych kubeczków). W końcu porównujemy obie próbki – w jednej znajdowało się dobrej jakości ziarno, w drugiej natomiast kiepskiego gatunku przepalone, tzw. pasilla. Potem w końcu pora na ‘normalna’ kawę. Otrzymujemy napar ze świeżo palonych ziaren z plantacji, sporządzany w chemexie. Smakuje dobrze.

Image

Image

Postawieni na nogi wracamy do Salento i idziemy ‘na miasto’. Krążymy po uliczkach, które pełne są głównie sklepików z suwenirami i knajpek. Udajemy się też na punkt widokowy położony nieopodal centrum. W końcu zasiadamy w jednym że stoisk na głównym placu i konsumujemy patacones (one i pstrągi są sprzedawane we wszystkich chyba budkach tam obecnych) i dzienną porcję pokera.

Image

Image

Image

Image

Kolejnego dnia atakujemy Dolinę Cocory. Oczywiście pierwszym etapem jest przeprawa jeepem. W hostelu wypożyczamy kalosze, bo internety mówią, że w Cocorze mogą si przydać(bo błoto, bo końskie kupy..), a akurat do dyspozycji mamy tylko sandały i trampki (białe..). Okazuje się potem, że te kalosze nam zupełnie niepotrzebne, bo dolina jest wyschnięta na wiór. Koniec końców maszerujemy jak pierwszorzędne ‘janusze’ w sandałach do skarpet... Ponieważ cała trasa jest dość długa, a snadaloskarpety nie wydają się najstabilniejsyzm obuwiem (chociaż są i tacy co w japonkach maszerują), decydujemy się na trasę ‘zgodna ze wskazówkami zegara’ – czyli najpierw palmy, a potem się zobaczy (generalnie poleca się podobniez trasę odwrotną do kierunku wskazówek, w której palmy otrzymujemy na deser). Z informacji praktycznych – obcowanie z palmami kosztuje 3000 COP, z której strony byście nie szli. Uiszczamy opłatę i niebawem znajdujemy się w palmowym raju. Faktycznie, długie te woskowe palmy, że hoho. Robimy obowiązkową sesję fotograficzną i nie zważając na to, że wieje niemiłosiernie, dzielnie pozujemy do zdjęć. Potem idziemy jeszcze trochę ‘w gore’ szlaku, ale mój dyskomfort psychofizyczny związany z sandałami przemawia za rezygnacją z pełnego okrążenia i pozostaniu przy (opłaconych) palmach.

Image

Image

Image

Image

Wróciwszy do Salento znowu krążymy po mieście, to coś jemy, to pijemy. Akurat trafia się też jakąś procesja z Matką Boską i orkiestrą.

Image

Image

Następnego dnia rano wracamy do Pereiry tak jako i stamtąd przybyliśmy, a na terminalu przesiadamy się do busika w kierunku Santa Rosa. Postanawiamy bowiem atakować tamtejsze gorące źródła. Warto wiedzieć, że: 1. z S.R. można się dostawać do 2. miejscówek ze źródłami, 2. są autobusy publiczne, ale jeżdżą trochę jak chcą. Chcemy podróżować busem, znajdujemy więc miejsce, z którego powinny odjeżdżać, ale czas mija a transportu brak. W końcu zaczepia nas jakiś chłopak, który z rodziną wybiera się tam gdzie i my i proponuje zrzutę na taxi. Ponieważ busa wciąż brak, jedziemy. Wstęp jest nienajtanszy, 40 000 COP (w seoznie wysokim). Mamy ze sobą cały nasz dobytek, można go przechować w szatni (trzeba zostawić depozyt, podobnie jak za kłódkę do szafki – jest zwrotny, ale miłe widziane napiwki). Baseny są spoko, woda ciepła i generalnie można się poczuć jak kuracjusz w Krynicy, czy innym uzdrowisku. W tle wodospady, w barze zimne piwko (i promocja 3 w cenie 2). Generalnie, warto było się tłuc.

Image

Image

Wieczorem wracamy do Pereiry (bus z term udalo sie pochwycic tym razem), a tam spotyka nas nieciekawa niespodzianka. Otóż dzień wcześniej, ze zwgledu na wczesny wylot, zabukowaliśmy hotel blisko lotniska, żeby pospać odrobinę dłużej, no i żeby zapłacić trochę mniej za taksówkę. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że właścicielka wysłała nam wiadomość (która nigdy nie doszła), że nasza rezerwacja to pomyłka i u niej wolnych miejsc nie ma. Na swój koszt pakuje nas jednak do taksówki i rezerwuje dla nas miejsce w innym hoteliku, który położony jest na zupełnie drugim końcu miasta, niemal w pół drogi do Santa Rosy. Nie za fajnie, bo musimy sobie zorganizować transport na lotnisko o 5 rano, a poza tym hotel położony jest przy niezwykle głośnej drodze. No ale cóż zrobić, zostajemy. Pereira niestety pozostanie naszym najmniej ulubionym miejscem tej wyprawy.
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#7 PostWysłany: 06 Wrz 2018 11:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Po kawie i palmach pora na Medellin. O nieludzko porannej porze wsiadamy na pokład maszyny linii EasyFly i lecimy. Podczas niedługiego lotu załoga rozdaje soczek w kartoniku.

Image

Około 9 rano lądujemy na położonym w mieście lotnisku Ollaya Herrera. Jeszcze nie do końca obudzeni zamawiamy Ubera i jedziemy zostawić rzeczy hotelu. Zatrzymujemy się w położonym niezbyt daleko od historycznego centrum Medellin hotelu ‘47Street’. Okazuje się, że mimo pory wczesnej nasz pokój jest już gotowy, więc zasiedlamy. Pokój jest przyjemnie i nowocześnie urządzony, jak za swoją cenę prezentuje się naprawdę zacnie. Dodatkowo na górze znajduje się bar z tarasem, tam też podawane są śniadania.

Image

Ogarniamy się i ruszamy w miasto. Już od kilku osób słyszeliśmy, że Medellin jest świetne, że takie nowoczesne i w ogóle. Póki co na ulicach widzimy typowy ruch i zgiełk, wszędzie wszystko chcą nam sprzedać, więc jest raczej standardowo. Dochodzimy w okolice starego miasta i szukamy czegoś do jedzenia. Jest jeszcze wcześnie, ale zaczyna być upalnie. Docieramy na Plac Boliwara i w okolice Katedry. Wszędzie mnóstwo ludzi, nie wiem czy to przypadłość tylko sobotnia, czy ogólna.

Image

Image

W końcu przybywamy do najbardziej chyba charakterystycznego placu w mieście – Plaża Botero. Tamże znajdują się słynne rzeźby artysty z Medellin. Żar leje się z nieba, ale dzielnie badamy po kolei wszystkie dzieła (otyłej) sztuki. Przy placu znajduje się też Muzeum Antioqui, w którym pozyskujemy mapkę i wiadomość, gdzie mieści się informacja turystyczną. Samo muzeum sobie odpuszczamy.

Image

Image

Image

[img]https://lh3.googleusercontent.com/HfAAje98TBuUj-tYBo0QmSiUw9rAe40_12yXNKjlMfZ0uBOhVdsWwYNHQMiW6Vm2RSqG66WgpSePFH2-jfuf6pVj_PjIDkhRGRLgxgM2LTT6pcZbPLeGX4tL4MMwRBVA3MGA3ebuzPXmVJ_2Y_7ThWIU5RElgOZkeKC2fPXuzOvVSX17nsvo_8vqD40maIWtR2XKxjsh8Kn6CeogVNvgClBt5C8Yap2GAMX2JXZpwAVDdv2OhuXju_-bk-J4fvI7aM3TuGLZ-WI27d6RXic1b_pyhmUZSfH7vqsSPYJPoC_bo2dK1fUAMuNPu9W1Mb_rqo1PW5mxkBd5ZsgM1TRMm1-icPTq0r8R7sX0koQ5Zw9d7V-ZJkLwnH7_ALU7JVshOX_5mzcf9x8sdC1zvuDbNX_htt6MdNXy0mWgO0_7xc6y5cLFE4gf1HW_oDS5YNS-AndU_yzPMjkwGPo1-u-LUaAFUePdXPeDUd1Rr-B3pSjmu5zACmGtTkGgjoXsLaJSNdLR-Et3Yr7sXg366rmWM1K8n2N71wbszLylX3hUPCtw2_SIKEFzwNv2-fFIw0yQ1WGjHMlQn0oXD5LIN-ZDqFlqi00t3m6qdvTzrI909jBYklEsX4GCYHWZD3vaNE7R=w1215-h811-no][/img]

Obieramy azymut na Plaza Mayor, gdzie znajdować się ma rzeczona informacja. Po drodze pożeramy coś w napotkanej wegetariańskiej knajpce (taka gratka może się już łatwo nie powtórzyć!). Później jeszcze wkraczamy na Plaza Cisneros, na którym znajduje się 300 podświetlanych (nocą) wysokich patyków.

Image

W końcu docieramy na Plaza Mayor, informacja owszem jest, ale nieczynna. Niby wisi jakaś karteczka, że niedługo znów się otworzy, więc postanawiamy czekać (chcemy sobie pojeździć teleferico, a że od upału nie chce nam się myśleć to chcemy, żeby pan/pani z informacji nam pomógł(a)). W wielu miejscach w Medellin (i w Kolumbijskich miastach w ogóle) znajdują się strefy bezpłatnego WiFi, które działa w miarę przyzwoicie. Czas oczekiwania spędzamy więc na przeglądaniu internetów. W końcu objawia się Pan, który podpowiada nam jak to jest z tymi gondolkami. Tu w końcu ta osławiona nowoczesność Medellin daje o sobie znać. Faktycznie, telefericos są skomunikowane ze stacjami metra i wszystko działa sprawnie. Postanawiamy przejechać się dwoma liniami: żółtą, z San Javier, a potem zielona do Santo Domingo, z przesiadką na turystyczną linie bardzo polecana przez pana z informacji. Najpierw jednak żółtą. Dojeżdżamy metrem, przesiadamy się i jedziemy w górę. Widoki na Medellin jak z czołówki Narcos, robią wrażenie. Pod nami mnóstwo domów i domków,w różnym stanie i różnych warunkach.

Image

W drodze powrotnej wysiadamy na stacji San Javier z zamiarem odwiedzin w osławionej Comunie 13. Jednak okazuje się, że jeśli chcemy zdążyć jeszcze objechać tą turystyczną linię to może nam braknąć czasu i ostatecznie z 13 dzielnicy rezygnujemy. Jedziemy więc w stronę ‘zielonego’ teleferico. Po drodze wysiadamy jeszcze przy Ogrodzie Botanicznym. W okolicy znajduje się też Parque Explora (muzeum naukowe) i Planetarium. Błąkamy się trochę przy Explorze, na zewnątrz znajduje się trochę eksponatów, którymi można się pobawić co też chętnie czynimy. Do tego części restauracyjnej muzeum znajduje się kawiarnia z prawdziwego zdarzenia. W końcu porządne espresso!

Image

Image

Image

Później pora na Ogród Botaniczny. Jest spory, a my nie mamy wiele czasu, więc oględziny są raczej pobieżne. Później w końcu przemieszczamy się ku zielonej linii i przesiadamy na tą polecaną. Trzeba wiedzieć, że na ‘turystyczna’ linie obowiązują inne bilety. Ale podobno czekają nas niesamowitości, więc płacimy. Przyznać jednak muszę, że nie spodziewaliśmy się tego co nastąpiło. Otóż zapakowani do gondolki jedziemy przez jakieś pół godziny nas polami i lasami. Medellin już dawno gdzieś zniknęło a my jedziemy i jedziamy... Zastanawiamy się czy w ogóle kiedykolwiek stamtąd wrócimy. W końcu dojeżdżamy, znajdujemy się w czymś w rodzaju parku, jest kilka ścieżek do zwiedzania itp. Szkoda trochę, że pan w informacji nas nie uprzedził, że wyprawiając się ową linią, najlepiej zaplanować sobie jakiś dłuższy czas na górze. A my głupki chcieliśmy tam na zachód słońca, żeby ładne zdjęcia miasta porobić. No niedoczekanie! Gondolki turystyczne kończą kursy ok. 18, takoż na górze spędzamy z 15 minut i wracamy.

Image

Image

Image

Image

Znalazłszy się na dole pakujemy się ponownie do metra i jedziemy w kierunku dzielnicy Poblado. Cel: jedzonko i dobre piwko. Zasiadamy najpierw w jakiejś burgerowni a potem odwiedzamy jeszcze dwa bary z miejscowym kraftem i trochę żałujemy, że nie zasiedliliśmy tej właśnie okolicy. W końcu robi się późno, więc wskakujemy do Ubera i wracamy do hotelu. Już kolejnego dnia czeka nas lot do Cartageny.
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
      
#8 PostWysłany: 28 Wrz 2018 14:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Z Medellin lecimy Avianca do Cartageny. Mam mieszane uczucia, z jednej strony ponoć tam tak pięknie, kolorowo i w ogóle, a z drugiej wiem, że będzie tłoczno, turystycznie i drogo. Niemniej jednak nie ma wyjścia, lecimy.

Image

Lot bez historii, z tym że akurat trwa finał mistrzostw świata, mecz Francja-Chorwacja i personel pokładowy informuje o zmieniającym wyniku się meczu. Lądujemy w Cartagenie, bierzemy lotniskową taksówkę do centrum, w tym celu najpierw udajemy się do budki i mówimy gdzie chcemy jechać, dostajemy karteczkę z ceną (17000, do San Diego) i z tym udajemy się do pojazdu. Docieramy w miarę szybko, zostawiamy rzeczy i wyruszamy w miasto. W Medellin było gorąco, ale w Cartagenie do temperatury grubo powyżej 30 stopni dochodzi wilgotność powietrza. Skwar jest, ale jako ciepłolubny osobnik nie narzekam. Ponieważ zostajemy tylko do kolejnego poranka cały dzień spędzamy na eskploracji Cartageny. Najpierw dzielnica San Diego, w której mieszkamy, potem reszta starego miasta. Jest już po meczu i jak grzyby po deszczu objawiają się stada świętujących Francuzów.

Image

Image

Image

Image

Image

My natomiast kierujemy się do zamku św. Filipa. Bilet kosztuje 20000 COP. Upal gratis:)

Image

Image

Image

Po zamku maszerujemy do dzielnicy Getsemani, o wiele spokojniejszej niż tłoczne i narzucające się stare miasto. Przysiadamy w jakiejś knajpce na mojito.

Image

Image

Potem włóczymy się jeszcze trochę, a przez zachodem słońca docieramy do murów miasta. Wszędzie bowiem zalecają spacer murami przy zachodzie słońca właśnie. Zaopatrujemy się jeszcze w piwko dla ostudzenia emocji i przykładnie maszerujemy. Zachód faktycznie przyjemny, z wyłączeniem sytuacji kiedy wpadła mi do oka mucha i oczyma wyobraźni (bo swoimi akurat i tak nie mogłam) widziałam rychłą amputację tegoż. Na szczęście udało się wyjść bez szwanku.

Image

Image

Po zmroku ulice Cartageny stały się chyba jeszcze bardziej tłoczne, poza rzeszami turystów zwabionych na zewnątrz nieco chłodniejszą temperatura, pełno jest ulicznych tancerzy i innych zabawiaczy tłumu. Zmęczeni natokiem wszytskiego wracamy do Getsemani, gdzie konsumujemy kolację w formie Ceviche (opcje wege dostępne!) a potem zasiadamy w knajpie z kraftowym piwem i obserwujemy uliczny mecz piłki nożnej, a później, wracając lekcję tańca odbywającą się na..placu kościelnym. U nas mogłoby nie przejść ;)

Image

Image

Image

W końcu okazuje się, że przebyliśmy w tym upale ponad 20 km pieszo, postanawiamy więc wrócić do noclegowni i powylegiwac się w tarasowym basenie.


Podsumowując, zgodnie z przewidywaniami, Cartagena jest droga, tłoczna i turystyczna, ale nie można odmówić jej uroku. Kolorowe domki, klimatyczne zaułki i karaibski zachód słońca potrafią wynagrodzić to i owo.
Kolejny dzień to przeprawa do Santa Marty, jedyna w tej wyprawie dłuższa przeprawa drogą lądowa....
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 16 Paź 2018 15:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Następnego dnia, po śniadaniu, wyruszamy na dworzec. Jak to przeważnie bywa, jest położony na zupełnych rubieżach Cartageny. Docieramy do niego taksówką (w której uświadamiam sobie, że w hotelu został mój ciepły polarek:(). Zgodnie z przewidywaniami, wkroczywszy do budynku dworca zostajemy osaczeni przez naganiaczy różnych firm przewozniczych. Rozpytujemy co i jak i zakupujemy bilet na najbliższą departure do Santa Marty. Teoretycznie podróż zajmuje ok. 4 godzin, w praktyce jest to ok. 6. Podróż nie wyróżnia się niczym specjalnym, aczkolwiek przez cały czas puszczane są filmy na małym, podwieszonym telewizorku, co budzi spory entuazjazm autochtonów. Autobus, chociaż lata swietnoci ma już wyraźnie za sobą, jest rowneiz wyposażony w WI-FI! Oczywiście nie brakuje dosiadających się handlarzy i pasażerów wsiadających/wysiadających pośrodku niczego.

W końcu docieramy do Santa Marty. Tutejszy dworzec, podobnie jak w Cartagenie, położony jest na uboczu. Łapiemy jakiś transport i dostajemy się do centrum. Upał jest konkretny a po podróży jesteśmy dodatkowo głodni, co nienajlepiej wolywa na nastroje. Meldujemy się więc w hostelo-hotelu i ruszamy w miasto, do znalezionej w intrnetach knajpki dysponującej również wegetariańskim jadłem. Po przyjęciu żywności i pysznej kokosowej lemoniady, ruszamy na oględziny.

Image

Santa Marta atrakcji jako takich właściwie nie posiada, owszem jest Plaza Bolivar, katedra, nawet coś w rodzaju plaży jest. Jednak Santa Marta to głównie baza przechodnio-wypadowa, np. do Parku Tayrona. Ceny, nieco bardziej przyjazne niż w Cartagenie, jednak wyższe niż wszędzie indziej w Kolumbii. Do wieczora włóczymy się, zaliczamy obowiązkowy nadmorski zachód słońca, moijto we wszechobecnych happy hours, aż w końcu wracamy do hotelu.

Image

Image

Image

Image

Kolejnego dnia wstajemy na tyle wcześnie, na ile nam się chce (czyli nie tak znowu bardzo wcześnie), żeby po śniadaniu wyruszyć do Parku Tayrona. Przyznam szczerze, że uwielbiam wszelkiego rodzaju palmy, więc uznałam Tayrona za moje must see. Bagaże zostawiamy w hotelu i maszerujemy (upał oczywiście bez zmian) w poszukiwaniu busa do parku. Stanowisko znajduje się nieopodal mercado, ale w ogólnym tłoku i mnogości wszelkich bytów i pojazdów jego zidentyfikowanie zajęło nam chwilę. W końcu się udało, pakujemy się do pojazdu, który zapełniwszy się rusza. Do przebycia mamy ok. 30 km, podróż trwa mniej-więcej godzinę. Dotarłszy do bram parku stajemy w długiej kolejce do kasy biletowej. Trzeba Wam wiedzieć, że Park Tayrona będzie prawdopodobnie najdroższa atrakcją w kolumbijskiej eskapadzie. Najpierw opłacamy rezerwację namiotu (bodajże 25k COP/2os). Przy wejściu można rezerwować hamaki/namioty/domki na różnych campingach. Najpopularniejszy to ten na Cabo San Juan, my decydujemy się na spokojniejszy - camping San Pedro.
Później czeka nas zakup biletów do parku, te dla nie-Kolumijczykow, w obecnym wysokim sezonie kosztują nas prawie 50k COP/os (nie ma ograniczeń do czasu pobytu na terenie parku, my zostaniemy 2 dni). Dodatkowo pani kasjerka wymusza na nas opłatę ubezpieczenia (chociaż niby AXA jest akceptowalne, ale nasze akurat nie, bo..nie. Podobnie ma się sytuacja przy innych stanowiskach, więc chyba ubezpieczenie własne nie ma znaczenia-trzeba im zapłacić i tyle...). Niezbyt uradowani tym faktem wkraczamy wreszcie na teren parku. Z tego miejsca możemy maszerować kilka kilometrów do wlasciwiego początku szlaku lub zainwestować w szybką podwozke busem za 3000 COP/os.

Na hasło Park Tayrona, google zaoferuje Wam rajskie widoczki plazowo-palmowe. Wszytsko to prawda, warto jednak dodać, że zanim te widoczki ujrzycie, trzeba się trochę nagimnastykować. Szlak wiedzie głównie przez las, czasem pod górkę, czasem w dół. Upał jest srogi, więc trasa chociaż nietrudna, potrafi momentami dać w kość. Oznaczeń nie ma wiele, ale chyba też nie sposób się zgubić-wszyscy podążają utartym szlakiem.

Image

Image

Image

Image

Image

Po ok. 2 godzinach docieramy do naszego campingu, anektujamy namiot i jemy lunch (campingową kuchnia jest otwarta 3 razy dziennie, menu niezbyt bogate, ale są nawet 2 opcje wege, ceny do przeżycie, ale generalnie wszystko w parku jest b. drogę). Po obiadku idziemy do plaży. Warto wiedzieć, że że względu na wysokie fale, kąpiel jest zakazana na większości plaż w Parku Tayrona. Dotarłszy do plaży, zalegam pod palemką, w ciepleku i z książka. No w końcu prawdziwe wczasy! Jestem w stanie tak wytrzymać ok. godziny, potem już mi się nudzi. Czekamy jednak do zachodu słońca, który oczywiście jest bardzo urodziwy. Z nastaniem zmroku wracamy na ansz camping, żeby zażyć kąpieli (woda w prysznicach jest tylko w wyznaczonych godzinach rano i wieczorem). Później kolacja i piwko (no szarpnęliśmy się, a co!) i do spania.

Image

Image

Image

Image

Następnego dnia po śniadaniu ruszamy w stronę Cabo San Juan, robimy tam obchód generalny. W drodze powrotnej spędzamy jeszcze trochę czasu na tej samej plaży co wczoraj, a potem rozpoczynamy eskapadę powrotną. Jest ona średnio przyjemna, bo wydaje się, że z każda chwilą jest coraz goręcej.

Image

Image

Image

Image

Ale w końcu dumni i żywi docieramy do bram parku skąd busikiem ruszamy w powrotną drogę do Santa Marty. Tam relokujemy się do innego hostelu, a potem standardowo - szama i happy hours z widokiem na Morze Karaibskie (i oczywiście zachód słońca).

Image

Image

Image

Kolejnego poranka opuszczamy Santa Martę, lecimy do Bogoty, a tam czeka nas już ostatni dzień w Kolumbii.
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#10 PostWysłany: 01 Lis 2018 15:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 408
Loty: 258
Kilometry: 455 488
niebieski
Lotnisko w Santa Marcie jest położone nad brzegiem morza, więc do końca staramy się napatrzeć na słoneczny, ciepły krajobraz, zanim wrócimy do ponurej Bogoty. Niebawem jednak zasiadamy, po raz ostatni w tej podróży, na pokładzie Avianki. Niedługo później lądujemy w Bogocie. Jak poprzednio, ze względu na poranny wylot dnia kolejnego, nocujemy nieopodal lotniska. Tym razem trafiamy do Hotelu Golden, którego jednak nie polecam (transfery lotniskowe raz na godzinę - kiepsko, ale jeszcze do przeżycia, ale śniadanie tragicznie słabe). Zostawiamy rzeczy i jedziemy do centrum. W planie mamy Muzeum Botero, Muzeum Policji i ostatnie zakupy.

Tym razem pogoda w Bogocie jest łaskawsza, nie pada a zza chmur przebłyskuje słońce. Chcemy wysłać pocztówki, jednak znalezienie jakiegokolwiek miejsca, w którym można to uczynić graniczy z cudem (nawet policja nie jest w stanie pomóc). Tak więc kartki wrócą z nami do kraju.

Image

Idziemy do znajdującego się niealeko od Plaza Bolivar, Muzeum Policji. Zwiedzanie możliwe jest wyłącznie w grupie z przewodnikiem, wycieczki głównie po hiszpańsku, ale i kilka po angielsku. Ponieważ tylko połowa z nas włada hiszpańskim, decydujemy się na ta anglojęzyczna. Zbiera się grupa kilku osób i zaczynamy zwiedzanie. Sympatyczny pan policjant opowiada nam to i owo o historii kolumbijskiej policji. Nie trudno się domyślić, że największym zainteresowaniem cieszą się historie i eksponaty z czasów Pablo Escobara i jemu podobnych. Informacji o walce z kartelami jest wiele, samemu Pablo natomiast poświęcony jest osobny pokoik. Znajdziemy tu m. in. kolekcję broni Pablo, jego biurko z ukryta szuflada, czy... RayBany.

Image

Image

Image

Jeden pan z naszej grupy zadaje ogromną ilość pytań o wszelkie sprawy narkotykowe, zwłaszcza we współczesnej Kolumbii. Zastanawiamy się po co mu takie szczegółowe dane ;)
Poza narkotykowymi sprawami, muzeum dysponuje sporą kolekcją broni, wystawami nt. różnych pododzialow policji i sił zbrojnych. Warto jeszcze dodać, że muzeum znajduje się w bardzo ładnym budynku, a na jego dachu mieści się taras widokowy.

Image

Wizyta trwa około godzinę, jest bezpłatna i na prawdę warto się wybrać. Jeśli tam będziecie to sprawdźcie mapę Europy w jedym z pomieszczeń, podczas naszej wizyty Polska była na Ukrainie, Austria w Czechach, Czechy w Chorwacji etc.

Image

Po policji, czas na Botero. To muzuem również jest bezpłatne. Znajdziemy tam głównie obrazy kolumbijskiego twórcy, ale też dzieł ‘powszechnie znanych artystow’, np. niektórych impresjonistów.

Image


Gdy opuszczamy Muzeum Botero zapada już zmrok. Idziemy jeszcze na ostatnie zakupy, a potem na pożegnalne piwko.

Image

W końcu zamawiamy ubera spowrotem do hotelu. Niestety, akurat na drodze wiadacej ku lotnisku ma miejsce wypadek. Korki są gigantyczne (nawet jak na bogockie standardy). Po ponad godzinie w pojeździe, kasujemy kurs i ruszamy pieszo wzdłuż korka. Wyminąwszy go (a było co wymijać), łapiemy jakąś taksówkę z ulicy i kompletnie zdechli dojeżdżamy do naszego lokum.
Rano wstajemy na śniadanie. Czeka nas kilkunastogodzinny lot (ze stopem technicznym w Panamie), mamy nadzieję najeść się niemniej niż podczas poprzedniego śniadania w Bogocie. Niestety, jak wspominałam, nic takiego nie ma miejsca. Śniadanie, krótko mówiąc, jest dziadowskie.
Dotarłszy na lotnisko, stoimy w kolejce do nadania bagażu, a wtem ukazuje się nam znajoma twarz. Oto nasz współtowarzysz wczorajszej wizyty w Muezum Policji (ten, który był taki ciekawski w sprawach narkotykowych) okazuje się być naszym pilotem 
Po nadaniu bagażu pozbywamy się resztek naszych tysięcy w strefie wolnocłowej, a potem na pokładzie Turkisha podróżujemy przez wiele godzin (łapiemy opóźnienie, stoimy w Panamie o godzinę dłużej) ku Istambulowi. Jedzenie wege na tej trasie jest niestety paskudne. W Istambule kilka godzin przesiadki spędzamy znów w saloniku, a potem na pokładzie LOT-u spokojnie docieramy do Warszawy.

To już koniec opowieści, jeśli macie jakieś pytanie to oczywiście bardzo chętnie odpowiem.
Polecam Kolumbię, sympatyczny i zróżnicowany kraj!
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 10 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group