Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 4 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 18 Kwi 2017 01:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Maj 2016
Posty: 3
Loty: 124
Kilometry: 274 876
Higflyer zaproponował, żebym wrzuciła tu, to wrzucam :)
Kolumbia to kraj o największej bioróżnorodności na planecie Ziemii (na km2, w ogólnych rankingach wyprzedza ją 7 razy większa Brazylia), ponad 300 różnych ekosystemów, więcej gatunków ptaków niż w całej Europie i całej Ameryce Północnej razem wziętych, czyli okoliczności przyrody obiecujące.
Leciałam Iberią z Berlina przez Madryt do Bogoty za 1950zł (promocja znaleziona na fly4free) w listopadzie 2015.
Wylądowałam w Bogocie, El Dorado to drugie największe lotnisko w Ameryce Południowej, przyjemne i bezproblemowe. Po kontroli paszportowej odebralam bagaż i pobiegłam na lot wewnętrzny do miasta Neiva. Godzinny lot 30-osobowym samolocikiem, soczek i wafelek w cenie biletu  W Neiva sprawdzali każdemu karteczkę od bagażu, ale lotnisko jest malutkie, operacja lądowanie-wyjście z samolotu-odebranie bagażu-wyjście na zewnątrz-taksówka zajmuje jakieś 10minut. Chyba że się np nie umie i boi łapania taksówek i jest już ciemno, późno i strasznie, to trochę dłużej.
Nocleg w Neivie 30tys COP za jedynkę z łazienką z booking.com. Niektóre „eMeSZety” zdecydowanie odradzają podróż do Neivy, podobno znajduje się ona w strefie oddziaływania ruchów partyzanckich. To jedyne miejsce w Kolumbii, w którym nie widziałam wojska ani policji na ulicach. Ale też najtańsze, tinto (mala słodka kawa sprzedawana na ulicy z termosów zainstalowanych na rowerach / skuterach / wózkach / tacy na szyji / czymkolwiek) 200 COP, kubek owoców 400 COP. Dla porównania w Cartagenie najbardziej zuchwali chcieli 5tys COP za tinto i 10tys COP za owoce (tak, 25 razy więcej).
Załącznik:
1.jpg

Rano załatwiłam kartę SIM, pochodziłam trochę po mieście, pogapiłam się na ludzi, posiedziałam z kobietami, które w drodze do pracy bez pośpiechu plotkują przy świeżo wyciskanym soku.W Neivie co roku wybiera się miss bambuko. Koło 11 rano zabrałam plecak i ruszyłam na dworzec autobusowy, collectivo za 15tys COP dowozi pod hostel w samym środku pustyni Tatacoa, jakieś 2km za obserwatorium, jechałam ok 1h30.
Tatacoa to 330 km2 glinianych labiryntowych wąwozów, pięciometrowych kaktusów, podobno są tam żółwie, węże, pająki i skorpiony, ja widziałam tylko 2 niebieskie kolibry, pełno ptaków, konie , kozy i łyse owce.
Załącznik:
2.jpg
Załącznik:
3.JPG
Załącznik:
4.JPG
Załącznik:
5.JPG
Załącznik:
6.JPG
Załącznik:
7.jpg
Załącznik:
8.jpg
Załącznik:
9.JPG
Załącznik:
10.JPG

W moim niby hostelu byłam jedynym gościem, nie miałam rezerwacji, za jedynkę z łazienką płaciłam 15tys COP, mają może 5 pokoi 1-3 osobowych, hamaki na zewnątrz, małego pieska i zieloną papugę dziwkę, która mnie ugryzła w stopę. Prąd na pustyni jest tylko przez kilka godzin dziennie, internet bardzo dobrze działa (ten z karty), temperatura zwykle koło 34°C. Chyba w każdym budynku na pustyni jest mini sklepik zaopatrzony w czipsy, oranżadę, nierozpuszczalne słodycze, piwo, chusteczki i tego typu asortyment.
Załącznik:
11.JPG
Załącznik:
12.JPG
Załącznik:
13.JPG
Załącznik:
14.jpg
Załącznik:
15.JPG
Załącznik:
16.JPG

Szwędałam się po kanionach cudnej pustyni aż do zmroku, spotkałam może 5 innych turystów, zgubiłam w międzyczasie portfel, goniąc kolibra nadziałam się na kaktus, wypiłam z 15 litrów oranżady, bo trochę szkoda mi było czasu na siedzenie i jedzenie normalnego jedzenia. W nocy ludzie zbierają się w obserwatorium astronomicznym, jednak jest ich więcej niż 5, gwiazd dużo.
Wydostanie się z pustyni jest proste, większość samochodów / skuterów jadących w kierunku wsi Villavieja proponowało podwózkę (za kasę lub nie). Ruch mały, 1 pojazd co 10-15 minut. Ja się trochę zakochałam w Tatacoa, więc szłam i podziwiałam, po jakiś 2h, już dawno na asfalcie złapałam collevtivo do dworca w Neivie.
Na dworcu niby była kasa z napisem Salento, ale była zamknięta. Więc podróż trochę upierdliwa Neiva -> Ibagué (210km, 3h), Ibagué-> Armenia (80km, 4h), Armenia-> Salento (25km, 2h). Do Salento dojechałam w nocy, z kolegą z ostatniego autobusu znaleźliśmy hostel el Jardin za 17tys COP za łóżko w 4osobowym.
Załącznik:
17.JPG
Załącznik:
18.JPG
Załącznik:
19.JPG
Załącznik:
20.JPG
Załącznik:
21.JPG
Załącznik:
22.JPG
Załącznik:
23.JPG

Pobudka przed 6 rano, żeby się załapać na pierwszy transport jeepem do Valle de Cocora (z głównego placu, jeżdżą często, odjężdżają kiedy są pełne 3400 COP, 20minut). Salento o poranku piękne, kolorowe, góry dookoła, główny plac mały i uroczy, taka klimatyczna śliczna turystyczna wioska zadupie. W dolinie Cocora rosną najwyższe na świecie 60-metrowe palmy woskowe, narodowe drzewo Kolumbii. Jest tam pełno krów, jest Acaime, jakby-kawiarnia, rezerwat kolibrów i dom tapirów górskich w jednym (wstęp 5tys COP, kawa i jakaś przekąska w cenie). Tapira widziałam tylko na zdjęciu u chłopaka, który wyszedł 5 minut przede mną, poszły w las.
Załącznik:
24.JPG
Załącznik:
24b.JPG
Załącznik:
25.jpg
Załącznik:
26.JPG
Załącznik:
27.JPG
Załącznik:
28.JPG
Załącznik:
29.JPG

Typowy szlak dookoła z przerwą w Acaime zajmuje około 5-6 godzin, ja raz źle skręciłam, pobiegałam w chmurach na 3140mnpm i zajęło mi to 9 godzin. Za mniej więcej co piątym turystą idzie jeden z lokalnych psiaków, właściwie w całej Kolumbii obowiązuje ta zasada. Po drodzę są mosty, liany, mchy, rzeka, małe wodospady, dużo mgły i rośliny, które u nas rosną w doniczkach. Uwielbiam takie widoki odkąd byłam małą dziewczynką i oglądałam w kółko mój ukochany film przyrodniczy z Arnoldem pt „Predator” (wiem, że był kręcony niżej i gdzie indziej i rośliny inne i w Cocora jest las mglisty, a nie normalna dżungla, ale dla mnie trochę dżungla to dżungla). Na szlaku jest trochę błota i wody, ale nigdy nie jest głębiej niż do połowy łydek. Niektórzy ludzie wynajmują gumowce z hosteli, moim zdaniem trampki są w sam raz, na parkingu na końcu trasy jest szlauf, można się opłukać.
Załącznik:
30.jpg
Załącznik:
30b.JPG
Załącznik:
31.JPG
Załącznik:
32.JPG
Załącznik:
33.JPG
Załącznik:
34.JPG

W weekend na głównym placu w Salento otwiera się kilkanaście małych barów, knajpek, są stragany z jedzeniem, Kolumbijczycy tańczą salsę. Ja na szlaku poznałam szarmackiego Bena, który trzymał drut kolczasty żebym mogła pooglądać z bliska cielaczka. Ben i aguardiente to złe połączenie.
Po 3 godzinach snu o 7 rano nieco wcięta wypożyczyłam rower (8tys COP za 4h), żeby zobaczyć okoliczne plantacje kawy. Przejechałam przez most i dalej cały czas prosto, cały czas z górki. Droga prześliczna, plantacje kawy, drzewa cytrusowe, hacjendy, pola uprawne, krowy, dzikie bananowce, palmy i inne krzaki, pełno motyli i ptaków. W końcu przestałam jechać i zatrzymałam się przy jakiejś plantacji, była tam tablica informująca jak przebiega wizyta, dają koszyczek, zbieramy ziarenka, potem przyglądamy się całemu procesowi robienia kawy, potem próbujemy. A w dupie to mam, wracam do Salento. Posnułam się po wiosce, wypiłam z 5 tinto, zjadłam ze 2kg papaji, pogapiłam się na ludzi, na zwierzaki, z kimś tam pogadałam (jak gdzieś w opisie mojej wycieczki brakuje kilku godzin, to pewnie dokładnie to robię, już nie będę tego pisać).
Z Salento można też zorganizować kilkudniowe treki w Los Nevados. Ja sobie zorganizowałam kilkudniowego kaca. Następnego dnia autobus do Pereiry na samolot do Cartageny wcześnie jeszcze następnego. Żeby nie marnować dnia, po znalezieniu noclegu (hostel Kolibri, 22tys COP za łóżko w 6os), pobiegłam na autobus do Santa Rosy, żeby posiedzieć pod wodospadem.
Załącznik:
35.JPG
Załącznik:
36.jpg

Rano samolot Pereira – Cartagena. Cartagena de Indias to ładne, bogate i zatłoczone portowe miasto z piękną historią. I to właściwie tyle, po kilku godzinach miałam dosyć. Moją oceną miast radziłabym się nie sugerowałać, ja prosty rolnik, w tłumie się kiepsko czuję, ale pogoda ładna, gorąco. W hostelu zarezerwowałam shuttle na następny dzień na Playa Blanca. Z kilku sposobów dojazdu ten jest najłatwiejszy i najszybszy, ale nie najtańszy (50tys COP otwarty powrotny).
Załącznik:
38.JPG
Załącznik:
39.JPG
Załącznik:
40.JPG
Załącznik:
41.JPG
Załącznik:
42.JPG
Załącznik:
43.JPG
Załącznik:
44.JPG

Na plaży spałam u Alexa, jedynka cabana typu szałas z drabiną i widokiem za 30tys COP (cena zmienna, chłopak, który wziął mój domek po mnie płacił 50tys COP, na booking.com jest za 95tys COP), można też spać w hamaku (chyba 10tys COP), są szafki z kłódkami, prąd kilka godzin dziennie, internet w miarę działa, warunki sanitarne dosć naturalne, drewniany ustęp, prysznic trochę z wiadra. U Alexa za darmo można korzystać z kajaka, SUP, masek, jakiś innych gadżetów wodnych. Nie wiem czy zawsze jest za darmo, ale było. Do tej części plaży nie dopływają motorówki z ludźmi, z tinto przychodzi jeden facecik wcześnie rano, z owocami 2 kobitki, sprzedawcy okularów / bransoletek / masaży/ pina colady itd tu raczej nie dochodzą.
Załącznik:
44b.JPG
Załącznik:
45.JPG
Załącznik:
46.JPG
Załącznik:
47.JPG
Załącznik:
48.JPG
Załącznik:
49.JPG

Między 18 a 9 rano na całej plaży jest w spokojnie. Biega się bardzo dobrze, ja właściwie nie biegam, ale tam nie mogłam przestać.
Na plaży można zorganizować nocne pływanie ze świecącym planktonem w lagunie, magia!
Załącznik:
50.JPG
Załącznik:
51.JPG
Załącznik:
52.JPG
Załącznik:
53.JPG
Załącznik:
54.JPG
Załącznik:
55.JPG
Załącznik:
56.JPG
Załącznik:
57.JPG


Po 2 nocach na plaży wróciłam popołudniowym shuttle’m do Cartageny, załatwiłam wulkan na następny dzień, na kolację pyszne kolumbijskie hinduskie, prawie tak dobre jak londyńskie. Spałam w okropnym hostelu pełnym ćpunów, prostytutek, broni i tego typu atrakcji. Tzn właściwie nie spałam, tylko płakałam pół nocy przerażona. Jak wpadłam do hostelu koło 18 wszystko wydawało się ok, w miarę czysto, w moim 10-osobowym kilka plecaków, jakiś Chińczyk uśmiechnięty, na booking.com ocena 7.6. Wróciłam po kilku godzinach, nikogo nie było, poszłam spać. Koło 2 w nocy zbudziłam się do toalety, drzwi od pokoju otwarte, wszystko rozświetlone, na łóżkach obok po 3 trzęsące się zwłoki z zakrwawionymi popalonymi ustami, ze 20 sztuk tam było, patio między pokojem a kiblem zapchane, tu coś sobie wstrzykują, tu giwerami się chwalą, tu jakieś małoromantyczne seksy w rogu, w kiblu jakaś igła, szkło, krew itd. Trochę nie moja bajka. Nikt mnie nie zabił / nie okradł / na WZW byłam zaszczepiona, HIVa żadnego nie złapałam, ale polecam się chwilę wczuć w wybór noclegu w dużych miastach. Chyba, że ktoś lubi narkotyki i takie klimaty, to polecam zmądrzeć.
Załącznik:
58.JPG
Załącznik:
59.JPG
Załącznik:
60.JPG


Po czarującej nocy pojechałam do jednej z bardziej uroczo-absurdalnych atrakcji turystycznych Kolumbii – błotnego wulkanu Totumo. Jest prześmiesznie, błoto wulkaniczne wypiera, nie ma dna, tzn jest gdzieś, ale się nie da, próby przejścia do pionu kończą się niczym,ewentualnie przekręceniem na brzuch albo nogi gdzieś sobie płyną. Potem kobitki w jeziorku rozbierają do zera i czyszczą każdy zakamarek ludzki bez skrępowania. Obok wulkanu są najprzyjaźniejsze krowy świata.
Załącznik:
61.JPG
Załącznik:
62.JPG
Załącznik:
63.jpg


No i natchnienie na pisanie mi się skończyło, to była prawie połowa mojej 3tygodniowej wycieczki. Byłam jeszcze w Santa Marcie, Ciudad Perdida, Palomino, Costeno, Bogocie i Villa de Leyva. W ramach podsumowania, Kolumbia to raj na Ziemii.
Po angielsku mówili tylko w hostelu w Pereirze i w hostelu, w którym rezerwowałam shuttle na plażę. Na dużych lotniskach mówią, na małych nie. Mój hiszpański jest żenujący, bazuje na podstawowych konstrukcjach typu „ja chcę <bezokolicznik>, poproszę”, znam pewnie koło 100 słów (wliczając numery), do tego sporo rozumiem (kiedyś znałam włoski na przyzwoitym poziomie). Kolumbijczycy to cudowni ludzi, są wyluzowani, bardzo pomocni i wyrozumiali językowo.
W miejscach, gdzie nie ma prądu przez większość dnia, oczywiście nie ma też bankomatów, wi-fi, ciepłej wody, lodówki i tego typu luksusów.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 18 Kwi 2017 01:32 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 137
Loty: 88
Kilometry: 152 018
niebieski
Fajna relacja, szacunek że byłaś sama i nie pękłaś
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 26 Kwi 2017 20:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2012
Posty: 244
Loty: 99
Kilometry: 240 780
niebieski
Sporo ciekawych zdjęć - zachęcająca relacja do odwiedzenia tego kraju :)
_________________
zapraszam na mój blog podróżniczy:
http://www.czterykranceswiata.com

moje relacje:
Najpiękniejszy trek na świecie (Himalaje) - Annapurna Base Camp
Nepal na bogato - tak pół żartem, pół żartem
Jamajka -Fałszywy Raj
Nikaragua - Okryłem nowy RAJ?!
Kostaryka -Pura Vida
Angkor Wat -Perła Kambodży
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 26 Kwi 2017 21:00 

Rejestracja: 25 Paź 2012
Posty: 799
niebieski
Ale fajnie to napisałaś! I na luzie, i wesoło, ale i treściwie :) .No i zdjęcia! Wspaniałe! I też podziwiam taką samotną podróż (szczególnie, że co raz można przeczytać różne rankingi miejsc niebezpiecznych ;) )
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 4 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group