Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 22 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 28 Lis 2016 18:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
Właśnie mija rok od mojej i @‌smatekk‌ podróży poślubnej. Zebrało mi się na wspomnienia i wygrzebałam notatnik, w którym na bieżąco zapisywałam wrażenia. Postanowiłam częścią z nich podzielić się na forum. Akurat zaczyna się sezon na podróże azjatyckie, więc może ktoś, kto akurat wybiera się w odwiedzone przez nas rejony, znajdzie tu coś dla siebie. Relację będę wrzucać w następujących partiach:

część I - 24 godziny w Dubaju.
część II - Okres w Indiach to nie jest dobra rzecz.
część III - Andamany - dobrze jest na tydzień utknąć w raju.
część IV - Polaki-cebulaki na basenie Marina Bay.
część V - Perhentiany w sezonie monsunowym.
część VI - Morskie żyjątka i naleśniki - Ko Tarutao i Ko Lipe.
część VII - Bangkok i długa podróż do domu.

Na początek Dubaj.

W podróż wyruszyliśmy po południu 20 listopada 2015 r. Busem dotarliśmy do Krakowa, skąd nocnym autokarem Orange Ways pojechaliśmy do Budapesztu. Oczekiwanie na przyjazd autobusu na Dworcu Głównym w Krakowie było dość stresujące. Mieliśmy w pamięci wszystkie przeczytane w necie historie o opóźnieniach, awariach i odwołanych kursach, jakie notorycznie zdarzają się temu przewoźnikowi. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Mogliśmy zaryzykować maksymalnie pięciogodzinne spóźnienie, inaczej nasza podróż poślubna skończyłaby się na Budapeszcie. Pan z obsługi dworca wcale nas nie pocieszył, gdy zapytany o stanowisko, z którego odjeżdża Orange Ways powiedział, że podjeżdżają oni "w zasadzie gdzie chcą". Na szczęście autobus niespodziewanie zjawiła się na górnej platformie, gdzie akurat staliśmy. Pasażerów nie było wielu, mogliśmy swobodnie zająć wszystkie siedzenia na samym końcu, dzięki czemu udało nam się nawet porządnie zdrzemnąć w czasie drogi. Podróż minęła bez przygód.

Załącznik:
azja (5).JPG


Zimnym i mglistym rankiem wysiedliśmy w Budapeszcie w okolicach stacji metra Nepliget. Podjechaliśmy do centrum i tam włóczyliśmy się jakiś czas, wypatrując otwartej kawiarni żeby wstąpić na kawę i trochę się ogrzać. Niestety aż do 8:00 wszystko było zamknięte, a ulice puste, zimne i szare. Z całej tej włóczęgi najbardziej podobały mi się sery i kiełbasy w roli ozdób choinkowych ;)

Załącznik:
azja (6).JPG


W końcu trafiliśmy na otwarcie “California Coffee Company” tuż przy bazylice św. Stefana i tam przy całkiem dobrej kawie spędziliśmy trochę czasu. Następnie pojechaliśmy na lotnisko i o 12:35 odlecieliśmy do Dubaju. To był nasz najdłuższy lot Wizzairem - po 4 godzinach naprawdę chce się już wysiąść... Wreszcie w dole pojawiło się rozświetlone miasto.

Załącznik:
azja (7).JPG


Z lotniska do centrum jechaliśmy autobusem. Za oknami nocny, pustynny krajobraz poprzecinany szerokimi, idealnie gładkimi drogami… Jechaliśmy dość długo, potem przesiedliśmy się na metro i późnym wieczorem dotarliśmy do hotelu. Tam powitała nas mała galeria osobliwości w postaci odźwiernego-karła w zielonej liberii, niesamowicie wysokiego, czarnoskórego ochroniarza o piskliwym głosie oraz gadatliwego Araba ubranego w jaskrawożółty uniform. Co nas zaskoczyło: obok hotelu trwała budowa i pod naszym oknem przez całą noc pracowali robotnicy montujący zbrojenie. Pogoda dopisuje, oświetlenie jest, trzeba gonić z robotą… 24/7.

Następnego ranka wyruszyliśmy zwiedzać Dubaj. Był to intensywny i męczący dzień - mając tylko jedną dobę, staraliśmy się maksymalnie wykorzystać czas i jak najwięcej zobaczyć. Zaczęliśmy od spaceru przez Dubai Marina. Bardzo przyjemnie szło się tam rano, kiedy nie było jeszcze wielkiego skwaru, promienie słoneczne odbijały się od wody i rzucały wesołe refleksy na burty luksusowych motorówek. Zahaczyliśmy o dwa wielkie centra handlowe: Mall of the Emirates, żeby zerknąć na narciarzy śmigających po sztucznym stoku oraz Dubai Mall, gdzie dość długo staliśmy pod ogromnym akwarium i podziwialiśmy pływające w nim stworzenia. Smatekk - jako miłośnik wysokich budynków - największe emocje przejawiał na Sheikh Zayed Road oraz oczywiście pod Burj Khalifa. Wjazd na najwyższy budynek na świecie zostawiliśmy sobie jednak na następną wizytę w Dubaju (i na jedzenie w Indiach przez tydzień). Spędziliśmy też dłuższą chwilę na plażowaniu w sąsiedztwie Burj Al Arab. Wieczorem wróciliśmy do Dubai Mall, żeby zobaczyć słynne “tańczące” fontanny. Pokaz jest świetnie przygotowany, dźwięk idealnie współgra ze światłem i ruchem wody. Załapaliśmy się na ostatni wieczorny pokaz i zaraz po nim gnaliśmy szaleńczo przez całe Dubai Mall, żeby zdążyć na ostatnie metro :)

Załącznik:
azja (3).JPG


Załącznik:
azja (1).JPG


Załącznik:
3 (5).JPG


Załącznik:
3 (4).JPG


Załącznik:
azja (4).JPG


Załącznik:
4 (2).JPG


Po Dubaju poruszaliśmy się głównie metrem oraz na piechotę. A raczej próbowaliśmy się poruszać na piechotę, ponieważ Dubai pod względem dostosowania do pieszych jest fatalny. Nazwaliśmy go miastem niehumanitarnym właśnie ze względu na znikomą ilość chodników i brak przejść dla pieszych na bardzo długich odcinkach ulic. To zdecydowanie miasto dla ludzi poruszających się samochodami lub komunikacją miejską, a nie na własnych nogach. Jeśli zaś mowa o komunikacji miejskiej, to nie ma się do czego przyczepić - jest punktualnie, czysto i sprawnie. Bardzo podobały nam się wydzielone, oznaczone na różowo strefy tylko dla kobiet, znajdujące się na początku pierwszego wagonu metra lub w przedniej części autobusów. Sprocha często z nich korzystała - w godzinach szczytu zapewniają większą przestrzeń i chronią od zbyt bliskiego kontaktu z pachami współpasażerów. W metrze dostrzec można też listy przewinień i kar finansowych grożących temu, kto zachowa się nieodpowiednio.

Załącznik:
azja (2).JPG


Po dniu pełnym wrażeń przyszedł czas na krótki sen. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy na lotnisko, skąd przez Maskat polecieliśmy do Delhi. W samolocie Oman Air bardzo podobała nam się animacja przedstawiająca procedury bezpieczeństwa, w której występuje kobieta w hidżabie. Przed startem w samolocie rozbrzmiała także modlitwa. Po kilku godzinach wylądowaliśmy w Delhi… i tam o różowych strefach komfortu w metrze mogliśmy pomarzyć :D Ale o Indiach będzie w kolejnej części relacji.

Najważniejsze koszty w tej części podróży:

transport:
bus OrangeWays Kraków-Budapesz 10 EUR/os
bilet jednoprzejazdowy (Vonaljegy) na metro W Budapeszcie 350 HUF/os
bilet z 1 przesiadką (Átszállójegy) na metro w Budapeszcie 530 HUf/os
samolot BUD-DWC Wizzair z WDC 269 PLN
karta czerwona NOL i przejazd autobusem i metrem do dzielnicy Deira 8,5 AED/os
doładowanie DAY Pass na kartę 22 AED/os
taxi na lotnisko około 15 AED/os
samolot Oman Air DXB-MCT-DEL 320 AED/os

noclegi:
Mayfair Hotel 3* (agoda.com) 37,5 EUR 2os
podatek miejski w hotelu 10 AED 2os
Versailles Hotel 3* (pamiętna promocja hotwire -20$) 50,57 USD 2os
podatek miejski w hotelu 1o AED 2os

jedzenie:
2x jedzenie (obiad i kolacja) dla 2 osób 56 AED
2x coca cola w puszce 355 ml 3 AED


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 13 Gru 2016 22:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
część II - Okres w Indiach to nie jest dobra rzecz. Delhi.

Skąd taki tytuł? Prosto z dziennika podróży.
Każda podróżująca kobieta to zna: bilety kupione z dużym wyprzedzeniem, termin wyjazdu się zbliża i nagle przychodzi nam pogodzić się z brutalną prawdą: akurat będę miała okres. Pół biedy, kiedy w planach mamy europejski city break - toalety są dostępne w każdej knajpie czy muzeum. Gorzej, kiedy wybieramy się na dłużej pod namiot i przez tydzień nie zobaczymy łazienki. Najgorzej, kiedy lądujemy pierwszy raz w życiu w indyjskim pociągu. W indyjskim “hotelu” z kompletnie zardzewiałym prysznicem. W Indiach. Chociaż z drugiej strony każda toaleta wyposażona jest w tzw. prysznic higieniczny, który naprawdę okazuje się zbawieniem :)

Załącznik:
delhi2015 (6).JPG


Załącznik:
delhi2015 (11).JPG


Załącznik:
delhi2015 (5).JPG


Załącznik:
delhi2015 (4).JPG


Lepszego szoku-przeskoku nie mogliśmy sobie zorganizować: z pełnego słońca i przepychu Dubaju wpadliśmy prosto w hałaśliwe Delhi, gdzie człowiek zapomina, że niebo może być błękitne. Pierwsze wrażenie? Jest jak w mrowisku. Jeśli zwykle unikasz kontaktu z ludźmi, nie jedź do Indii. Chyba że chcesz od razu uciec na Andamany ;)
Kiedy tylko wysiedliśmy z metra jadącego z lotniska do centrum, otoczył nas niesamowity tłum, pędzący we wszystkich kierunkach. Kilka razy naprawdę bałam się, że zostaniemy rozdzieleni i Hindusi poniosą mnie w nieznanym kierunku. Kurczowo trzymałam się plecaka Smatka i jakoś udało nam się wydostać. Po wyjściu ze stacji stanęliśmy twarzą twarz z Delhi. W czasie “spaceru” ze stacji do hotelu nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia. Byliśmy chyba w zbyt wielkim szoku, żeby wyciągać aparaty. Otoczyły nas obrazy i zapachy, jakich się nie spodziewaliśmy. Przede wszystkim niesamowity smród, na który składały się mocz, spaliny i dym z palonych na ulicy śmieci. Do tego unoszący się w powietrzu kurz i nieustanny dźwięk klaksonów. Dość szybko dotarliśmy w okolice hotelu, gdzie spotkała nas sytuacja, o jakiej przed wyjazdem wielokrotnie czytaliśmy w relacjach. Podszedł do nas gość z pytaniem, dokąd idziemy, czego szukamy. Odpowiedzieliśmy, że idziemy do hotelu na ulicy takiej i takiej. Facet stwierdził, że “dzielnica jest zamknięta, ulica jest zamknięta, hotel jest zamknięty” i chciał, żebyśmy gdzieś z nim poszli. Zignorowaliśmy gościa i po jakimś czasie znaleźliśmy nasz hotel, czynny i gościnny. Podobną akcję mieliśmy zresztą tuż po wyjściu z lotniska w Delhi w czasie drogi do metra. Znikąd pojawił się facet twierdzący, że “metro is cleaning and closed” i oferujący taxówkę. Faktycznie w oddali widać było pana z mopem, ale nie miało to oczywiście najmniejszego wpływu na kursowanie metra. Nie dajcie się zwieść i naciągnąć!

Załącznik:
delhi2015 (8).JPG


Wieczorem 23 listopada zapisałam: siedzimy na łóżku w naszym pokoju w Hotelu Sunshine (metki na - podobno - wypranej pościeli mówią nam, że kiedyś był to hotel “Sunstar”). Prysznic jest zardzewiały, woda ciurka z niego leniwie, trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby się jako tako umyć. Ręczniki na wyposażeniu pokoju kiedyś na pewno były białe. O ciszy nie ma mowy. Na szczęście zamocowany na środku sufitu wiatrak działa bez zarzutu. Jak się później przekonamy - jest to najważniejszy element wyposażenia każdego hotelowego pokoju.

Załącznik:
delhi2015 (7).jpg


Następnego dnia zwiedzaliśmy Delhi. Zdecydowanie najbardziej podobał nam się Grobowiec Humajuna - miejsce ostatniego spoczynku jednego z władców Indii, pochodzącego z dynastii Wielkich Mogołów. Kompleks jest dość zadbany, panuje tam spokój i względna cisza, można odpocząć trochę od zgiełku. Koszt biletu wstępu zależy od narodowości: obywatele Indii płacą 30 INR, obcokrajowcy… 500 INR. To typowe dla największych atrakcji turystycznych Indii. My jakimś cudem weszliśmy ze zniżką studencką ;)

Załącznik:
delhi2015 (2).JPG


Załącznik:
delhi2015 (3).JPG


Podjechaliśmy też tuk-tukiem pod Bramę Indii, zbudowaną ku chwale indyjskich żołnierzy. To jeden z najważniejszych zabytków w Delhi, chociaż nie zachwyca ani jego architektura, ani otoczenie. Trawniki są zdeptane i pełne śmieci, a nieba oczywiście nie widać. Jednak właściwie przez całą dobę przebywa tam sporo ludzi - zwłaszcza w nocy, kiedy Brama jest podświetlona. Spacerują, siedzą na trawie, robią sobie selfie… A selfie to coś, co Hindusie wprost kochają. Jeszcze bardziej kochają pozowanie do zdjęć z białymi ludźmi. Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie - zwłaszcza ja - kiedy co chwilę podbiegał ktoś z prośbą o zdjęcie.

Załącznik:
delhi2015 (1).JPG


Z Delhi udaliśmy się do Jaipuru, ale o tym, jak podróżuje się indyjskim pociągiem i dlaczego na czas pobytu w Indiach warto przejść na wegetarianizm, będzie w kolejnym poście.

Najważniejsze koszty w tej części podróży (Delhi):

transport:
Delhi Airport Express Line 2 x 60 INR
metro Rajiv Chowk - Karol Bagh 2 x 10 INR
metro TravelCard 1DAY 2 x 100 INR
tuk-tuk India Gate - Humayun's Thomb 100 INR
tuk-tuk Humayun's Thomb- Jangpura Metro 60 INR

wiza:
Wiza Hinduska 61,80 USD/1 os

noclegi:
Delhi Hotel Sunshine 889 INR 2os

zwiedzanie:
Delhi Humayun's Thomb 500 INR 2os

jedzenie (wybrane produkty):
coca-cola 1 litr 40 INR
woda mineralna 1,5 litra 20 INR
czaj z mlekiem 10 INR


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 13 Gru 2016 23:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 480
Loty: 53
Kilometry: 142 596
niebieski
Czekamy na dalszą część! :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 20 Gru 2016 23:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
cd. części II. Pociągi.

Nasza pierwsza podróż indyjskim pociągiem to trasa Delhi - Jaipur. Jeśli męczy Was jazda komunikacją miejską w godzinach szczytu, nie jedźcie do Indii. Tam mają 24 godziny szczytu na dobę. Na peronach jest tłum ludzi, obojętnie czy pociąg ma być za 5 minut czy za 5 godzin. Ludzie siedzą, leżą, chodzą, rozkładają się ze swoimi gigantycznymi tobołami dosłownie wszędzie, zajmując całą dostępną przestrzeń. Jako że pociągi spóźniają się nieraz i kilkanaście (!) godzin, wielu ludzi po prostu śpi na peronie. Warto wiedzieć, że na stronie enquiry.indianrail.gov.in/ntes/ można sprawdzić status opóźnienia pociągu, który nas interesuje. Dzięki temu można stwierdzić, czy siedzenie na dworcu ma sens, czy też lepiej pójść coś zjeść.

Załącznik:
1.JPG

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG


Przy drzwiach na zewnątrz każdego wagonu przyczepiona jest lista pasażerów, zawierająca m.in. imię, nazwisko, płeć, wiek i numer miejsca. Przed wejściem do pociągu możemy sprawdzić, kto będzie z nami siedział - a nóż, a widelec, jedzie jakiś znajomy? ;) Wydruki są bardzo długie i wdzięcznie powiewają w czasie jazdy. Oczywiście po kilku godzinach nie wyglądają już tak malowniczo (o ile w ogóle są nadal na miejscu).

Załącznik:
4.JPG


Informacje dotyczące rodzajów klas wagonów indyjskich można znaleźć bez problemu w Internecie, nie będę więc się tu rozpisywać na temat różnic pomiędzy 1A, EC a SL. My podróżowaliśmy głównie sleeperem, a raz AC3. Wagony są podobne to tych, jakie znaliśmy z podróży koleją transsyberyjską. Tylko o ile tam na dolnym łóżku siedziały dwie osoby, tutaj siedzi minimum cztery (nie licząc dzieci, które wcisną się wszędzie - w drodze z Kajuraho do Varanasi dziecko leżało za moimi plecami i kopało mnie kolanami w żebra). W oknach nie ma szyb, dzięki czemu w czasie jazdy tworzy się naturalna klimatyzacja. W wagonach z klimatyzacją (AC) znajdują się wentylatory przyczepione do sufitu i nie da się otworzyć okien. Po kilku godzinach jazdy zrobiło się naprawdę zimno. Oczywiście nie brakuje też chętnych na jazdę wagonami bagażowymi, które w ogóle nie posiadają okien.

Załącznik:
5.jpg

Załącznik:
6.JPG


Wsiadanie do pociągu to kolorowy, pełen emocji spektakl. Gdy tylko lokomotywa pojawia się na horyzoncie, na peronie wybucha krzątanina. Bagaże są ustawiane w strategicznych pozycjach, a na twarzach pojawia się determinacja i gotowość do szturmu. Po chwili wszystkie wejścia są oblężone przez napierający, kolorowy tłum. Ci, którzy już dostali się do środka, przez okna wciągają podawane im z peronu tobołki. Tym manewrom towarzyszy niesamowity gwar, bo wszyscy mówią jednocześnie. Przed odjazdem do okien pociągu podchodzą jeszcze sprzedawcy gazet, przekąsek i przede wszystkim czaju z mlekiem (10-20 IRN za kubeczek). Porcja jest niewielka - dwa, trzy łyki i plastikowy kubeczek wylatuje za okno…

Załącznik:
7.JPG

Załącznik:
8.JPG


Widok, jaki towarzyszy nam przy wyjeżdżaniu z Delhi jest przygnębiający. Wzdłuż torów ciągną się slumsy, sklecone z byle czego domostwa najbiedniejszych mieszkańców. Pomiędzy torami zalegają sterty śmieci, w których grzebią psy i świnie, bose dzieci bawią się tuż przy szynach... Wraz z zachodzącym słońcem opuszczamy przedmieścia Delhi. Pociąg nabiera prędkości i wiezie nas do Jaipuru.

Załącznik:
9.JPG

Załącznik:
10.JPG


-- 20 Gru 2016 22:43 --

cd. części II. Jaipur

Do stolicy Radżastanu dojechaliśmy wieczorem. Zarezerwowany przez Booking hotel okazał się najlepszym w Indiach (oprócz Andamanów). Przede wszystkim było bardzo czysto. Na powitanie dostaliśmy świeży sok z mango, a potem jak prawdziwi turyści zeszliśmy na kolację do hotelowej restauracji. Zamówiliśmy jedzenie w ciemno - ostre i bardziej ostre, ale do końca nie wiadomo co. Wtrącę tu małą poradę praktyczną: przed wyjazdem do Indii warto przygotować sobie listę potraw z tłumaczeniem, żeby na miejscu wiedzieć, co się zamawia. Przygotowałam taką listę, ale oczywiście zapomnieliśmy jej zabrać. No i wzięłam sobie “paneer coś tam coś tam masala”, nie świadoma tego, że paneer to ser, który nie dość, że mi zupełnie nie smakował, to w dodatku spowodował chyba największą moją żołądkową rewolucję.

Załącznik:
jaipur (1).JPG

Załącznik:
jaipur (2).JPG


Nie sposób w Indiach beztrosko wcinać ser albo popijać lassi, gdy obok krowa przeżuwa właśnie foliowy worek. Może gdzieś na prowincji zwierzęta cieszą się trawą, ale te żyjące w mieście są skazane na śmieci. Świnie, krowy i przedstawiciele drobiu grzebią w koszach i stertach śmieci, a kilka uliczek dalej ktoś sprzedaje grillowane kurczaki. Takie widoki powodują naturalne przejście na wegetarianizm, po prostu odechciewa się mięsa. Nie zrezygnowaliśmy jednak z lassi, jest zbyt pyszne :) Zaszczepieni przeciwko WZW stwierdziliśmy, że nic gorszego oprócz biegunki nas nie spotka i jak zwykle bez oporów stołowaliśmy się tam, gdzie miejscowi. Jeśli chodzi o kłopoty żołądkowe, to zaczęły się bardzo szybko i utrzymywały do końca pobytu w Indiach. Nie była to może siejąca śmierć i zniszczenie dyzenteria, ale nieustanne uczucie bulgotania w żołądku budziło niepewność i trochę utrudniało nam zwiedzanie. Zaraz po przebudzeniu i po każdym posiłku nasłuchiwaliśmy, co się dzieje w brzuchach. A działo się różnie… Na szczęście przed wyjazdem przeczytałam sporo porad w tej kwestii i apteczkę mieliśmy naprawdę dobrze wyposażoną. Enterol i Orsalit naszymi przyjaciółmi :) Łącząc logistykę z lekami i szczęściem udało nam się nie skończyć jak pan ze zdjęcia poniżej.

Załącznik:
jaipur (3).JPG

Załącznik:
jaipur (4).JPG


Jeśli chodzi o zabytki Jaipuru, to odpuściliśmy sobie zwiedzanie Pałacu Wiatrów (Hawa Mahal), zadowalając się oglądaniem go z zewnątrz. Nie weszliśmy także na teren obserwatorium astronomicznego Jantar Mantar, gdzie znajduje się największy na świecie zegar słoneczny, bo zwyczajnie nas to nie interesuje. Poświęciliśmy za to dużo czasu na wycieczkę do odległego o kilkanaście kilometrów Fortu Amber, kompleksu obronnych i pałacowych budowli, położonego na skalistym wzgórzu. Na górę można dostać się pieszo oraz wjechać na grzbiecie słonia. Niestety bardzo wielu turystów ciągle korzysta z tej “atrakcji”.

Załącznik:
jaipur (5).JPG


W Forcie można wejść dosłownie w każdy zakamarek, nie ma zamkniętych pomieszczeń i w zasadzie nikt nie pilnuje zwiedzających. Budowla jest ogromna i naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza pod kątem motywów dekoracyjnych. Trudno oderwać wzrok od migoczących w słońcu ścian, inkrustowanych kolorowym marmurem i szklanymi płytkami. Równie piękne są kamienne, ażurowe okna, rzucające na posadzkę koronkowe cienie.

Załącznik:
jaipur (6).JPG

Załącznik:
jaipur (7).JPG

Załącznik:
jaipur (8).JPG


W czasie pobytu w Forcie kilka razy byłam proszona o wspólne zdjęcie, głównie przez młode dziewczyny i ich matki. Gdy na chwilę usiadłam w cieniu, znikąd pojawiła się spora grupa chłopaczków uzbrojonych w smartfony. Wszyscy chórem wołali o zdjęcia. Fotki bez wątpienia zostały natychmiast wrzucone na fejsbuka z niewiadomo jakimi historiami w podpisie i teraz hulają po hinduskim internecie, a ja nie mam nad nimi żadnej kontroli. Ale chłopcy byli mili i całkiem nieźle mówili po angielsku.

Załącznik:
jaipur (9).JPG


Po zejściu z Amber Fort skierowaliśmy się do położonego niedaleko zbiornika na wodę (Panna Meena ka Kund). Nie było tu już śladu po tłumach, jakie ciągną do Fortu. Mogliśmy swobodnie biegać w górę i w dół po schodach, co może wydaje się głupie, ale kiedy jest się na miejscu sprawia jakąś głupią frajdę :) Poza tym to niezły plener zdjęciowy.

Załącznik:
jaipur (10).JPG


Do Jaipuru wróciliśmy miejscowym autobusem, a następnie wsiedliśmy w pociąg do Agry.

Najważniejsze koszty z tej części podróży:

transport:
bilet Delhi - Jaipur (Ashram Express ) - sleeper (2 os) 512 INR
tuk-tuk Jaipur - Amber (2 os) 145 INR
autobus Amber - Jaipur 2 x 10 INR

noclegi:
Jaipur Hotel Raya Inn (2 os) 1401 INR

zwiedzanie:
Jaipur Amber Fort 2 x 500 INR

-- 20 Gru 2016 22:56 --

cd. części II. Agra

Późnym wieczorem dojechaliśmy do Agry i od razu udaliśmy się w miejsce naszego noclegu. Rankiem wyruszyliśmy zobaczyć słynny Taj Mahal. Od samego wejścia było ciekawie, bo pan w kasie chciał nas orżnąć na 500 INR, ale Smatekk był czujny ;) Przy kupowaniu biletów niespodzianka: dostajemy kuponik na darmową butelkę wody - trzeba tylko podejść do stoiska nieopodal i pan wydaje nam 0,5 l mineralnej. Następnie niesieni przez kolorowy tłum przekraczamy bramę i… znajdujemy się w zupełnie innych Indiach. Jest jak na zdjęciu w folderze biura podróży - soczyście zielona trawa, równo przystrzyżone krzaki, pluskające fontanny... Nawet niebo wydaje się bardziej błękitne. Taj Mahal lśni w porannym słońcu, a przez bramę wciąż ciągną tłumy.

Załącznik:
Agra (1).JPG

Załącznik:
Agra (2).JPG


Przed wejściem do środka mauzoleum trzeba zdjąć buty. Hindusi idą na bosaka, turyści przeważnie korzystają z fizelinowych ochraniaczy. Są też dwie kolejki: jedna dla tubylców, jedna dla przyjezdnych. Wewnątrz Taj Mahal robi dużo mniejsze wrażenie, przede wszystkim ze względu na fatalne oświetlenie - jest zbyt ciemno. Szkoda, bo właściwie dobrane światło podkreśliło by dekoracje ścian i ażurową balustradę wokół sarkofagów.

Załącznik:
Agra (3).JPG

Załącznik:
Agra (4).JPG


Po wyjściu z Taj Mahalu błąkaliśmy się trochę po Agrze, obserwując życie mieszkańców. Jednym ze zjawisk, jakie szczególnie mnie urzekły w Indiach są stanowiska fryzjerskie - interes, który może powstać dosłownie wszędzie. Wystarczy krzesło i miejsce na oparcie lusterka. Odwiedziliśmy także pocztę, skąd wysłaliśmy kilka pocztówek do Polski. Nad urzędem górowała tablica z ostrzeżeniem dotyczącym łapówek.

Załącznik:
Agra (5).JPG

Załącznik:
Agra (9).JPG

Załącznik:
Agra (10).JPG


Skoro mowa o pieniądzach… w poszukiwaniu miejsca na wymianę waluty wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami, który takową usługę oferował. Smatekk przystąpił do negocjacji, a ja oglądałam różności wystawione na półkach i podłodze: marmurowe szachy, figurki, misy, wazony i nie wiadomo co jeszcze. Pan sprzedawca podczas rozmowy z nami radośnie puszczał głośne bąki, co zupełnie go nie krępowało. Koniecznie chciał mi też sprzedać marmurowe podkładki pod kubki, później marmurowy talerz, a w końcu “little Taj Mahal”. Marmurowy oczywiście. Nie skusiłam się na nic głównie ze względu na ciężar tych kamiennych suwenirów. Po dokonaniu transakcji zwiedziliśmy Czerwony Fort. Budowla jest bardzo rozległa, spędziliśmy w niej dużo więcej czasu niż przewidywaliśmy. Fajnie błądzi się pomiędzy kolejnymi dziedzińcami, zagląda do sal, przemyka wąskimi przejściami. Z jednego z tarasów na murach można podziwiać odległy Taj Mahal, a wewnątrz murów grupki hinduskich młodzieńców robiących sobie zdjęcia.

Załącznik:
Agra (6).JPG

Załącznik:
Agra (7).JPG

Załącznik:
Agra (8).JPG


W Agrze spędziliśmy jeszcze jedną noc w miejscu, które było całkiem blisko drogich hoteli (odległościowo, a nie w standardzie), a rankiem wsiedliśmy do pociągu do Khajuraho. Ale rzeźby ze scenami z Kamasutry wrzucę w kolejnym poście :)

Najważniejsze koszty w tej części podróży:

transport:
bilety Jaipur - Agra (Jp Ald Express) - sleeper
922 INR

noclegi:
Agra Zoo Room Old Idgah Colony
1100 INR

zwiedzanie:
gra Taj Mahal
2 x 750 INR
Agra Fort
2 x 250 INR

jedzenie:
Agra Hotel Zoo Room - kadai paneer tikka 195 +tax 14,5%
Agra Hotel Zoo Room - paneer pakora 150 +tax 14,5%
Agra knajpka - dal makhani 260 + tax 15%
Agra knajpka - dal tadka 200 + tax 15%


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 04 Sty 2017 20:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
Khajuraho to jedno z miejsc, które najbardziej podobały mi się w Indiach. Chyba przede wszystkim ze względu na spokój, jaki tam panuje - miejscowość jest położona na uboczu, nie ma tłumów. Od początku pobytu w Indiach nieustannie towarzyszył nam hałas, a w Khajuraho wreszcie znaleźliśmy ciszę. Otoczyła nas zieleń, było słychać śpiew ptaków i szum drzew. Turystów niewielu, atmosfera dość senna, sprzedawcy pamiątek bardzo zdesperowani - wytargowałam kilka bransoletek w naprawdę śmiesznej cenie. Jeśli mowa o cenach, to wejście na teren świątyń podlega tym samym zasadom, co w większości flagowych zabytków Indii.

Załącznik:
1.JPG


Niestety wejście z dużym plecakiem (w moim przypadku 28 litrów) jest zabronione. Po krótkiej kłótni musiałam zostawić bagaż w budce pana biletera, co kosztowało mnie 50 INR… Teren, na którym znajdują się świątynie jest bardzo czysty i zadbany. Drzewka mają pobielone pnie, żywopłoty są równo przycięte, nie ma litości dla chwastów na trawnikach.

Załącznik:
2.JPG


Ściany świątyń pokryte są głębokimi reliefami, które głównie przedstawiają scenki rodzajowe z życia mieszkańców okolicznych wiosek, jakie rozgrywało się za czasów dynastii Czandela, kiedy to powstały owe świątynie (X - XII wiek). Oczywiście największą uwagą zwiedzających cieszą się przedstawienia erotyczne (niektóre wręcz erotyczno-akrobatyczne). Rytmiczne układy splątanych ze sobą postaci przykuwają wzrok. Misternie rzeźbione pełne wargi, nabrzmiałe piersi o sterczących sutkach, zmysłowo przymknięte oczy, wygięte w ekstazie postacie kobiet i mężczyzn… Nic dziwnego, że już 30 lat temu UNESCO wpisało zespół świątynny w Khajuraho na listę światowego dziedzictwa ;) Małe ostrzeżenie: uważajcie na strażników - poważnie traktują swoje obowiązki! W pewnym momencie, w czasie robienia zdjęcia pod ścianą jednej ze świątyń, wspięłam się odrobinę za wysoko… i nagle ujrzałam wygrażającego mi kijem strażnika, który był gotów sprać mnie, gdybym w porę nie zeskoczyła i nie zeszła mu z oczu.

Załącznik:
3.JPG

Załącznik:
4.JPG

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.jpg


Gdy nacieszyliśmy oczy fikuśnymi rzeźbami, wstąpiliśmy na szklaneczkę lassi do poniższego przybytku. Polecam! Mają dłuuugą listę smaków, szklanki są czyste, a obsługa sympatyczna ;)

Załącznik:
7.JPG


Z Khajuraho mieliśmy pociąg do Varanasi, który odjeżdżał w środku nocy. Darowaliśmy więc sobie opłatę za nocleg i wieczorem na piechotę udaliśmy się na dworzec, oddalony od “centrum” o jakieś 7 kilometrów. Oczywiście ciągle podjeżdżały do nas tuk-tuki i skutery, których kierowcy oferowali nam podwózkę za coraz bardziej atrakcyjną stawkę. Dzięki temu, że trasę zdecydowaliśmy się pokonać na własnych nogach, mogliśmy po drodze podziwiać - wówczas jeszcze zamknięte - lotnisko. Wielki, szklany terminal robił wrażenie. Nieopodal mijaliśmy kilka skleconych z byle czego namiotów, w których mieszkają najbiedniejsi. Ten widok to jedno z moich najsmutniejszych wspomnień z Indii.

Załącznik:
8.JPG

Załącznik:
9.JPG


Nasz pociąg odjeżdżał o 01:30. Na dworcu w Khajuraho spędziliśmy więc kilka godzin. Trochę obserwowaliśmy ludzi, trochę drzemaliśmy. Dłuższą chwilę rozmawialiśmy z miejscowymi chłopakami, którzy mówili trochę po angielsku. Pytali o Polskę, czy palimy papierosy, czy mamy w Polsce pociągi… Na pociąg czekał prawdziwy tłum z ogromnymi bagażami. Jakimś cudem wszyscy się zmieściliśmy i o 11:00 dojechaliśmy do Varanasi.

Załącznik:
10.JPG


Najważniejsze koszty w tej części podróży:

transport:
bilet Agra - Khajuraho (Udz Kurj Exp) - AC 3 Tier
1431 INR
tuk-tuk Khajuraho Railway St - Hotel Khajuraho
100 INR
bilet Khajuraho - Mahoba (Kurj Nzm Exp ) - sleeper
379 INR
bilet Mahoba - Varanasi (Bundelkhand Exp) - AC 3 Tier
1359 INR

nocleg:
Hotel NIrvana w Khajuraho - 880 INR2/os

zwiedzanie:
Khajuraho West Tempels2 x 250 INR

jedzenie:
lassi w Lassi Corner w Khajuraho - 50 INR
obiad w Hotelu Nirvana - paneer butter masala 160 INR/os


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
cyberpunk64 uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 05 Sty 2017 16:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Kwi 2014
Posty: 151
Loty: 112
Kilometry: 306 329
fajna relacja, kiedy dalsza część?
wiem na pewno, że nie chciałabym nigdy pojechać do Indii.
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 05 Sty 2017 20:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
@‌Pawo‌ mówisz-masz ;)

Gdy tylko pomyślę o Varanasi, słyszę w głowie dwa słowa: “Boat, sir?” Słyszałam je tam dosłownie co chwilę. Nie da się przejść trzydziestu metrów wzdłuż Gangesu, nie będąc chociaż raz zaczepionym przez przedsiębiorczych mężczyzn, którzy oferują wycieczkę łódką (“Sir, boat? Sir?”). Najwięcej osób korzysta z tej atrakcji o świcie. Wypłynięcie na rzekę pozwala z lepszej perspektywy spojrzeć na ludzi, którzy dokonują rytualnego oczyszczenia poprzez obmycie się w wodach Gangesu. Przypomina to nieco ludzkie safari - łódka podpływa całkiem blisko, a uzbrojeni w aparaty turyści pstrykają zdjęcia.

Załącznik:
1.JPG


Za namową gospodarza hostelu, w którym spaliśmy, wczesnym rankiem udaliśmy się nad Ganges, żeby podziwiać wschód słońca. Niestety słońce zobaczyliśmy dopiero, gdy już dość wysoko uniosło się ponad horyzont… Wcześniej nie dało rady przebić się przez smog unoszący się nad miastem.

Załącznik:
2.JPG


Mogliśmy za to zaobserwować pranie, jakie odbywa się u stóp ghatów - między śmieciami, fekaliami, psami i krowami. Kilkunastu mężczyzn tłucze mokrymi ubraniami o kamienne płyty na podpórkach, umieszczone nad powierzchnią wody. Wyprane w ten sposób koszule, wielobarwne sari i niegdyś białe prześcieradła hotelowe są rzucane na brzeg. Część rzeczy zostaje rozwieszona na sznurach. Reszta ląduje na ziemi, na kamiennych płytach ghat, po których poprzedniego dnia przechadzały się krowy, zostawiając za sobą wonne placki. Poprzedniego dnia odchody zostały skrzętnie zebrane - krowi kał ma duże znaczenie w hinduizmie: m.in. wysuszony służy do rozpalania rytualnych ognisk, a w połączeniu z wodą używany jest do czyszczenia naczyń liturgicznych. Powszechnie jest wykorzystywany także jako opał.

Załącznik:
3.JPG

Załącznik:
4.JPG

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG

Załącznik:
7.JPG


Mieliśmy okazję obserwować ceremonię palenia zwłok. O ile patrzeć można z bliska, to próba zrobienia zdjęcia nawet z dość sporej odległości wymaga trochę manewrów. Fotografowanie jest zakazane. Obecni dookoła Hindusi - nawet ci nie związani ze zmarłym - zwracają baczną uwagę na turystów. Wyciągnięty aparat budził natychmiastową reakcję, czasem dość agresywną, czasem po prostu w ostrzegawczym tonie. Najbardziej znanym z ceremonii kremacji miejscem w Varanasi jest ghat Manikarnika, gdzie piętrzą się stosy drewna przeznaczonego na sprzedaż.

Załącznik:
8.JPG

Załącznik:
9.JPG


Wieczorem zajęliśmy strategiczną pozycję w ghacie Dashashwamedh, żeby oglądać ceremonię aarti - skomplikowany, trwający około 1,5 godziny hinduistyczny rytuał, odbywający się każdego wieczora. Towarzyszą mu specjalna muzyka i dźwięk dzwonków. Ważną rolę odgrywa w nim światło świec, ofiarowywane bóstwu Gangi. Po zakończonej ceremonii setki zapalonych świec ozdobionych wiankami unoszą się na rzece, tworząc malowniczą scenerię, którą chętnie wykorzystują posiadacze łódek (“Boat, sir?”). To drugi - po wschodzie słońca - moment w ciągu dnia, gdy wielu turystów wynajmuje łódkę, aby z jej pokładu obserwować barwną i głośną ceremonię.

Załącznik:
10.JPG


Nad brzegiem Gangesu przesiedzieliśmy większą część dnia, po prostu obserwując życie, jakie toczy się na ghatach. Podchodzili do nas najróżniejsi dziwacy, chcący czytać nam z ręki, błogosławić albo wypożyczyć łódkę (“Boat? Sir, boat?”). Znane dotąd z filmów czy relacji obrazy - rytualne kąpiele w Gangesie, święte krowy, świętych mężów (sadhu) - mogliśmy oglądać na własne oczy. Varanasi dla mnie ma niesamowity klimat, jest w tym mieście coś hipnotyzującego. Zdecydowanie najbardziej zapadło mi w pamięć, i jeżeli miałabym wrócić do któregoś z odwiedzonych w Indiach miast, z pewnością byłoby to Varanasi.

-- 05 Sty 2017 19:38 --

Chociaż najbardziej przyciągającym miejscem w Varanasi jest nabrzeże Gangesu, warto zapuścić się też w labirynt wąskich uliczek starego miasta. Można tam podpatrzeć codzienne życie mieszkańców: ich mikroskopijne sklepiki czy warsztaty, bawiące się dzieci, kobiety gotujące coś w progach domów. Nad głowami od czasu do czasu przeskakują małpy, wieszają się na kablach niczym na lianach a zza rogu nagle majestatycznym krokiem wychodzi krowa. Czasem wśród obdrapanych, pokrytych plątaniną kabli budynków można dostrzec prawdziwe perełki architektury kolonialnej. W Varanasi widzieliśmy kilka pięknych, drewnianych domów z misternie rzeźbionymi drzwiami, ażurowymi balustradami. Wszystkie niestety mocno zaniedbane, w większości sprawiały wrażenie niezamieszkałych.

Załącznik:
1.JPG

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG

Załącznik:
4.JPG

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG


Ściany budynków, zwłaszcza narożnych, pokrywają wielobarwne reklamy hosteli, szkół jogi czy knajpek. Dla niektórych sam fakt istnienia na TripAdvisorze jest czymś, czym warto się pochwalić (już mniejsza o opinie...).

Załącznik:
7.jpg


Zabłąkaliśmy się w okolice rozsławionego przez Lonely Planet “Blue Lassi” - malutkiego lokalu specjalizującego się w tym pysznym, mlecznym napoju. Wzmianka o tym miejscu w przewodniku LP zapewniła niekończącą się rzekę klientów. W środku oczywiście sami turyści :) Ceny też dla turystów… Ale warto. Lassi jest pięknie podane i naprawdę smaczne.

Załącznik:
8.jpg


Na jednej z bardzieju uczęszczanych uliczek wiodących do ghatów upatrzyliśmy sobie miejsce na posiłki. Szczególnie posmakowała nam dosa - cienki, chrupiący naleśnik z farszem i sosami.

Załącznik:
9.jpg


Po prawie dwóch dobach spędzonych w świętym mieście przyszła pora na kolejne. Jeszcze oszołomieni niesamowitym klimatem Varanasi wsiedliśmy w nocny pociąg do Kalkuty.

Załącznik:
10.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 11 Sty 2017 20:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
Kalkuta.

Moje notatki z Kalkuty zaczynają się tak: “Dojechaliśmy do Kalkuty i w 5 minut po wyjściu z pociągu mieliśmy dosyć. Kupa ludzi, duchota niesamowita, nie widać nieba ani słońca przez smog. Gorąco i obleśnie. Kleiliśmy się cali po nocy w pociągu, a powietrze kleiło się do nas. Syf jak wszędzie, chociaż w dużo ładniejszym otoczeniu. Ulice są szerokie, działają nawet światła, jest sporo całkiem ładnych domów i nawet zieleni. Zdecydowanie najbardziej uporządkowane z miast, które odwiedziliśmy, ale i tak syf.”

Załącznik:
1.JPG


Oczywiście to tylko wrażenia z centrum, do tego zapisane na gorąco. W Kalkucie byliśmy bardzo krótko, zaledwie kilka godzin. Mocno zmęczeni nocną jazdą, odwodnieni i wycieńczeni utrzymującymi się od tygodnia dolegliwościami żołądkowymi nie mieliśmy specjalnej ochoty na zwiedzanie. Po opuszczeniu dworca kolejowego Howrah Junction przeszliśmy przez most Howrah, będący jednym z najbardziej ruchliwych na świecie. Po drugiej stronie rzeki znajduje się ghat Mallick, na który można spoglądać z góry, będąc już przy końcu mostu. Mieści się tam targ kwiatów, gdzie mieszkańcy kupują wieńce wykorzystywane przy modlitwach czy różnych ceremoniach. Ilości kwiatów dorównuje ilość śmieci, po których stąpają sprzedawcy i klienci. Nieco dalej grupa ludzi pierze ubrania, myje zęby i kąpie się w rzece.

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG

Załącznik:
4.JPG

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG

Załącznik:
7.JPG


Skierowaliśmy się w stronę centralnego dworca autobusowego. Po drodze czuliśmy się coraz gorzej. Przede wszystkim dosłownie dusiło nas w gardle od smogu, spalin i unoszącego się w powietrzu kurzu. Zmęczenie dolegliwościami żołądkowymi też dawało o sobie znać. Postanowiliśmy więc nie męczyć się chodzeniem po mieście i od razu jechać na lotnisko, żeby przybliżyć się trochę do odlotu na Andamany. Na dość chaotycznie zorganizowanym dworcu odnaleźliśmy właściwy autobus i po długiej jeździe około 13:00 dotarliśmy na lotnisko. Wielki, przeszklony budynek sprawiał zachęcające wrażenie - cieszyliśmy się na myśl o klimatyzacji i rozłożeniu się gdzieś w miłym kącie. Niestety okazało się, że nie możemy wejść na lotnisko O_o Wstęp mają tylko osoby posiadające bilet na samolot odlatujący danego dnia. Na naszych biletach do Port Blair widniała godzina 05:20, kategorycznie więc odmówiono nam wstępu. Dowiedzieliśmy się, że będziemy mogli wejść dopiero po północy.

Załącznik:
8.JPG


Postanowiliśmy więc dla zabicia czasu pokręcić się trochę po okolicy, ale już po około 30 minutach minutach zrezygnowaliśmy z tego spaceru. Hałas i smród spalin nas pokonały. Wróciliśmy na lotnisko i dla zabicia czasu obserwowaliśmy niekończący się sznur charakterystycznych, żółtych taksówek, które co kilka minut podjeżdżały pod terminal. Później rozłożyliśmy się wygodnie na trawniku, gdzie było bardzo przyjemnie. Po chwili za naszym przykładem poszło jeszcze kilka osób, ale zaraz zjawił się lotniskowy strażnik i wszystkich przegonił. Zakaz leżenia na trawie.

Załącznik:
9.JPG


Przenieśliśmy się więc do jedynej restauracji, jaka znajdowała się w budynku bezpośrednio sąsiadującym z terminalem (“9 players”) z zamiarem przesiedzenia tam jak najdłużej się da. Już na wejściu przekonaliśmy się, że “9 players” pretenduje do miana prawdziwej, eleganckiej restauracji. Przywitał nas odźwierny w szarej liberii i białych nakładkach na buty, które upodobniły go do międzywojennego dżentelmena. Zamaszyście otworzył przed nami drzwi i naszym oczom ukazało się pozornie eleganckie wnętrze. Po złożeniu zamówienia zaczęliśmy przyglądać się otoczeniu. Nasza uwagę przykuł jeden z klenerów, który szarą od brudu, postrzępioną szmatą (bo już nawet nie ścierką) pieczołowicie wycierał stos mokrych talerzy. Za chwilę te talerze znalazły się na naszym stoliku. Razem z nimi pojawił się zamówiony ryż. Nic to, że zamawiałam wegetariański - moja porcja była pełna zmielonego kurczaka. Prawdziwa niespodzianka czekała jednak na mnie w toalecie: na otwartym sedesie leżała deska, a na niej wielka cegła. Przynajmniej przekaz tej instalacji był jasny: nie korzystać z toalety. Gdy po ośmiu dniach - wracając z Andamanów - wstąpiliśmy tu ponownie, deska nadal leżała na swoim miejscu ;)

W końcu musieliśmy opuścić gościnne progi restauracji i poszukać miejsca na przeczekanie do momentu, aż będziemy mogli wejść na lotnisko. Znaleźliśmy je nieopodal jednego z wejść do terminala - znajduje się tam dość spora, wydzielona strefa, gdzie swoje stanowiska mają biura podróży i linie lotnicze. Opatuleni szczelnie w polary (klimatyzacja była bezlitosna), trochę drzemiąc a trochę czytając, doczekaliśmy północy i już legalnie, z biletami na dany dzień, przenieśliśmy się do głównej hali. Odprawa poszła sprawnie i wczesnym rankiem odlecieliśmy na Andamany. Ale to już zupełnie inne Indie ;)

Załącznik:
10.JPG


Wybrane koszty z tej części podróży:

transport:
bus VS1 Kalkuta Esplanade - Airport 2 x50 INR

jedzenie:
Kalkura restauracja przy lotnisku 9 Players - vege noodles 150 INR
Kalkura restauracja przy lotnisku 9 Players - egg fried rice 150 INR


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 14 Sty 2017 18:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
część III. Andamany - dobrze jest na tydzień utknąć w raju.

Taaak. Takie Indie to ja lubię :) Czysta woda, jasny piasek, leniwie kołyszące się na falach kolorowe łódki, błękitne niebo... Niebo! Widać niebo! Cudownie ciepło, słonecznie i leniwie. Po prostu raj.

Załącznik:
1.JPG


Z Kalkuty wystartowaliśmy punktualnie, podróż minęła szybko i przyjemnie. Wnętrze samolotu Air India kojarzyło mi się trochę ze starym PKS-em, ale może to przez te pokrowce na fotelach… Wśród pasażerów widać było kilka młodych małżeństw udających się w podróż poślubną. Świeżo upieczone żony łatwo rozpoznać po mehendi na ich dłoniach czy stopach - misterne wzory malowane henną przyciągają wzrok. W czasie lotu podano posiłek, ale niestety mój żołądek zaprotestował na sam zapach i nie mogłam nic zjeść.

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG


Na lotnisku w Port Blair po pasażerów podjechał autobusik, ale został całkowicie zignorowany i cały tłum beztrosko podreptał na skróty przez płytę do terminala. Tam przy kontroli paszportowej czekała nas krótka rozmowa na temat naszego pobytu - po co, skąd, na jak długi, gdzie już byliśmy - jak przy wjeździe do innego państwa. Aby dostać się na teren Andamanów (i Nikobarów) potrzebne jest pozwolenie, wydawane turystom niezależnie od wizy indyjskiej. Dostaliśmy niewielkie kartki, na których oprócz pieczątek wymienione były wszystkie nakazy i zakazy, jakie obowiązują podczas pobytu na wyspach. Po dopełnieniu formalności wyszliśmy z lotniska i tuk tukiem podjechaliśmy do portu Phoenix Bay, gdzie zamierzaliśmy spróbować kupić bilety na prom płynący na Havelock Island.

Załącznik:
4.JPG


Po wejściu do budynku, w którym znajdują się kasy, naszym oczom ukazały się już uformowane, ciasno zbite kolejki. W jednej z nich znajdować się mogły tylko kobiety, stanęłam więc na końcu i grzecznie czekałam na otwarcie okienka. Pod sufitem cały czas szalały wentylatory. Tuż po 9:00 rozpoczęła się sprzedaż. I walka. Walka na łokcie, kolana i barki. Kobiety były twarde, ale podjęłam wyzwanie i dopchałam się do okienka. Tam po przedstawieniu pozwolenia na wjazd kupiłam bilety, szczęśliwie na ten sam dzień były jeszcze miejsca. Nie można kupić biletu tylko w jedną stronę - od razu trzeba brać bilet powrotny. Pozostało nam oczekiwanie na prom. Trochę pospacerowaliśmy po Port Blair, aż w końcu udaliśmy się do przystani. Gdy do pomostu w Port Blair podpłynął ten oto wrak okręt, z dumnym napisem na nadbudówce: “safety first”, od razu wiedziałam, że to właśnie on zawiezie nas na naszą rajską wyspę ;)

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG


Na pokładzie nie było rajsko. Przede wszystkim mieliśmy miejsca pod pokładem, gdzie na maksa pracowała klimatyzacja. Było jak w lodówce. Jednak najgorsze przyszło po kilkunastu minutach rejsu: objawiła się u mnie choroba morska. Do tej pory płynęłam promem tylko przez kanał La Manche, jednak tam nic mi nie doskwierało. Teraz nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Było mi na przemian zimno i gorąco, niedobrze i jeszcze gorzej. Sama nie wiem, ile razy wdrapywałam się po stromych schodkach do obskurnej “toalety”, której drzwi się nie zamykały, a po ścianach łaziły tłuste karaluchy. W drodze powrotnej byłam już o tyle mądrzejsza, że nie zjadłam nic przed wejściem na prom i w ogóle nie zeszłam pod pokład - całą drogę siedziałam albo stałam na świeżym powietrzu, patrząc na wodę albo daleki brzeg. Ale teraz, gdy po ponad dwóch godzinach przybijaliśmy do Havelock, byłam ledwo żywa. Na przystani czekał na nas tuktuk wysłany przez właściciela ośrodka, w którym mieliśmy zamieszkać - Emerald Gecko. Miejsce to od razu bardzo nam się spodobało.

Załącznik:
7.JPG

Załącznik:
8.jpg


Na przylegającym bezpośrednio do plaży terenie, wśród palm, znajduje się kilkanaście bambusowych chatek o różnym standardzie. My mieliśmy dwukondygnacyjny domek z małą “werandą”: na dole prysznic i umywalka, na górze łóżko z chroniącą przed owadami moskitierą. Pod sufitem niezbędny wentylator. Do plaży trzy kroki :) Oprócz chatek w ośrodku znajdował się budynek recepcji, toalety oraz restauracja, gdzie codziennie rano jedliśmy śniadania. Wieczorem można było rozłożyć się wygodnie na kanapach i popijając piwo słuchać chilloutowej muzyki. Od razu zaczęliśmy żałować, że zostajemy tu tylko dwa dni. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że utkniemy jednak na nieco dłużej...

Załącznik:
9.JPG

Załącznik:
10.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 14 Sty 2017 18:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sty 2016
Posty: 43
Loty: 72
Kilometry: 197 398
Świetne, prawdziwe zdjęcia z Indii. Takiego syfu nie ma chyba nigdzie... a i tak mnie tam ciągnie, chciałabym to zobaczyć na własne oczy :shock:
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 14 Sty 2017 19:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
@‌2getThere‌ jedź! Po otrząśnięciu się z początkowego szoku nie jest źle ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 16 Sty 2017 16:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Kwi 2011
Posty: 454
Loty: 300
Kilometry: 544 114
niebieski
Swietnie sie czyta, czekam na ciag dalszy:)
_________________
http://www.liswplecaku.pl
O lotach, podróżach i innych dziwach
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 16 Sty 2017 17:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Mar 2014
Posty: 1486
Loty: 132
Kilometry: 249 861
niebieski
Również czekam na ciąg dalszy i podobnie jak inni czytający utwierdzam się w przekonaniu, ze Indie to niekoniecznie kierunek dla mnie:)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#14 PostWysłany: 17 Sty 2017 12:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
@‌Kasica88‌ dzięki :)
Mam ostatnio problem z dostępem do internetu, ale dziś po południu powinno mi się udać wrzucić mały ciąg dalszy.
Góra
 Relacje PM off
Kasica88 lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 17 Sty 2017 15:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
Andamany - ciąg dalszy.

Dlaczego utknęliśmy w tym rajskim miejscu?

Na wyspie Havelock mieliśmy spędzić dwie noce. Później w planach był lot powrotny na kontynentalne Indie, a dokładnie do Czennaj. Mieliśmy też kupione bilety na pociąg z Czennaj do Maduraj, skąd autobusem zamierzaliśmy dotrzeć do Koczin, a stamtąd do Kuala Lumpur. Niestety (a może stety?) nie dane nam było odwiedzić południowych Indii.

Jako że nie posiadamy tableta, a telefony mamy archaiczne, nie mieliśmy podczas podróży ciągłego dostępu do internetu. Nie śledziliśmy na bieżąco wydarzeń na świecie, do tego właśnie wylądowaliśmy na niesamowicie chilloutowej wyspie. Nie zdawaliśmy więc sobie sprawy z tego, że na południu Indii od wielu dni padają intensywne deszcze i ogromne tereny są zalane. Dopiero zaniepokojona rodzina i znajomi wszczęli smsowy alarm. Wiadomości w necie nie były optymistyczne: “Na międzynarodowym lotnisku w Madrasie panuje chaos. Woda podmyła pasy startowe. Niemożliwe są starty i lądowania. Lotnisko jest zamknięte do odwołania”. Zdjęcie samolotów stojących w wodzie na lotnisku w Chennai nie pozostawiało żadnych wątpliwości: nie polecimy tam. Musieliśmy więc trochę przeorganizować plany. Nieoceniona była pomoc kumpla w Polsce, który szybko wyszukał i kupił nam najtańsze i najlepsze w tej sytuacji bilety - z Port Blair do Kalkuty i z Kalkuty do Kuala Lumpur - oba loty w ten sam dzień. Dzięki temu idealnie zdążyliśmy na kolejny lot, a cała sytuacja nie wpłynęła na dalszą podróż. Tylko trochę na finanse ;) Ale trudno, nie mieliśmy wyjścia. Okazało się, że przez sytuację na lotnisku w Czennaj wielu turystów postanowiło “uciekać” do Kalkuty i mieliśmy naprawdę spore szczęście, że załapaliśmy się na te bilety. I tak zamiast trzech dni spędziliśmy na Andamanach cały tydzień ;)

Cóż było począć. Mając już nowe bilety, uspokojeni, oddaliśmy się błogiemu nicnierobieniu. Najbliżej naszej chatki (jakieś 300 metrów) znajdowała się plaża nr 5 - niezbyt szeroka i pokryta wyrzucanymi przez fale roślinami i skorupiakami. To dobra plaża do czytania w cieniu drzew czy spacerów o wschodzie słońca, jednak do pływania się nie nadaje - woda jest płytka nawet bardzo daleko od brzegu. Do tego dno składa się z bulwiastych, śliskich kamieni, a chodzenie po nich nie zalicza się do przyjemności. Moim ulubionym zajęciem stało się podglądanie skorupiaków - filigranowych, niemal przezroczystych krabików i potężnych krabów pustelników z grubą skorupą.

Załącznik:
1.JPG

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG


Gdy okazało się, że zostajemy dłużej na wyspie, musieliśmy udać się do portu w celu przebukowania biletów na prom. Poszliśmy wzdłuż brzegu, po drodze oglądając inne resorty położone przy plaży nr 3.

Załącznik:
4.JPG


Oczywiście Smatekk nie byłby sobą, gdyby nie zaproponował wycieczki do dżungli. Nie mogąc usiedzieć na miejscu i mając dość leniuchowania pod palmami uparł się, że na tzw. Elephant Beach w północno-wschodniej części wyspy kąpią się słonie i musimy tam iść. Na plażę można dostać się dwiema drogami - podpłynąć łódką albo dojść ścieżką, odchodząca od drogi nr 4. Oczywiście wybraliśmy drugą opcję. Złapaliśmy stopa w centrum, czyli na skrzyżowaniu dróg nr 4 i 5 i - pomimo pytań kierowcy, czy jesteśmy tego pewni - wysiedliśmy w miejscu, skąd brała początek ścieżka, którą w moich notatkach nazwałam “najobrzydliwszą drogą, jaka może istnieć”. Nie mam wątpliwości, że jakieś słonie rzeczywiście tamtędy chodzą - świadczyły o tym głębokie, okrągłe doły, w które co chwilę wpadałam prawie po kolano. Ścieżka był jednym wielkim błotnym bagnem. I nie było to zwykłe błoto. To było obrzydliwe, śliskie, lepkie błoto zasysające nogi, wydające dźwięki podobne do tych przy opróżnianiu butelki keczupu. Prześlizgiwało się między palcami stóp, sprawiając wrażenie pełzających robali. Stopa łatwo zapadała się w ścieżkę, ale wyciąganie jej i zrobienie kolejnego kroku było nie lada wysiłkiem. Nie wnikałam za bardzo w konsystencję, ale mam poważne podejrzenia co do tego, że przechodzące ścieżką słonie dołożyły też co nieco od siebie… No nie pachniało tam ładnie :P Wokół nas latały upierdliwe owady, ale odganianie się od nich rękami powodowało zaburzenie równowagi, którą i tak ciężko było utrzymać, balansując w uwalanych błotem sandałach. W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się iść bez butów, co i tak niczego nie ułatwiło. Zdjęcia nie oddają powagi sytuacji :P

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG


Tak więc krewni i znajomi marzli w Polsce, zazdroszcząc nam podróży poślubnej na rajskie plaże, podczas gdy my przez godzinę pokonywaliśmy 1,5 kilometrową ścieżkę, dla rozrywki przerabiając pierwszą sprzeczkę małżeńską (z cyklu “coś Ty, k***a, wymyślił?!”).

Wisienką na torcie był absolutny brak słoni.

Elephant Beach okazała się ładną, dość szeroką plażą z małą infrastrukturą w postaci wiat, ławeczek i stoisk z wodą i owocami. W ramach poprawy nastroju po wędrówce uroczą ścieżką zamówiliśmy sobie sałatkę owocową. Na plaży było sporo ludzi, którzy dostali się tu motorówkami - większośc miała ze sobą maski do snorkelingu. Zanim na dobre zdążyliśmy się rozłożyć na piasku, rozległy się okrzyki informujące o tym, że za pół godziny plaża zostanie zamknięta i wszyscy są proszeni o jej opuszczenie. Pasażerowie łódek szybko się zaokrętowali, sprzedawcy owoców też zaczęli się zbierać. Jako że robiło się późno, a nie chcieliśmy ugrzęznąć w błocie na noc, również ruszyliśmy w drogę powrotną.

Załącznik:
7.JPG


Po dobrnięciu do drogi asfaltowej udało nam się złapać stopa (białe BMW X5 z któregoś resortu + nasz ubłocone nogi) i podjechać na plażę nr 7 - Radhanagar Beach, uważaną za jedną z najpiękniejszych plaż w Indiach. Jest szeroka, długa, o idealnie gładkim, czystym piasku, który kontrastuje z intensywną zielenią drzew. Woda świetnie nadaje się do pływania, dno jest pozbawione większych kamieni. Przy wejściu na plażę znajdują się małe sklepiki spożywcze, stragany z pamiątkami i plażowymi gadżetami oraz kilka knajpek. Bardzo dużo osób przychodzi na plażę na zachód słońca. Zaraz po zachodzie rozlega się krzyk ratownika, że plaża jest zamknięta. Ludzie grzecznie wstają i idą do samochodów lub tuk tuków. Poza stopem czy tuk tukiem na plażę nr 7 można dostać się lokalnym autobusem.

Załącznik:
8.JPG

Załącznik:
9.JPG


Ten tydzień na Havelock był jak sanatorium - odpoczął i odżył mój żołądek. Pierwsze dwa dni były jeszcze niepewne, ale później wcinałam pyszne śniadania w Emerald Gecko i nie było mowy o żadnych problemach. Po kilku dniach plażowego lenistwa cieszyliśmy się, że jednak nie wracamy na kontynentalne Indie. Za bardzo przyzwyczailiśmy się do czystej wody, błękitnego nieba i soczystej zieleni drzew. A tak serio, to nie mogliśmy się już doczekać tajskiego jedzenia :)

Załącznik:
10.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 26 Sty 2017 20:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
Ostatni dzień na Havelock zaczął się uroczą niespodzianką w postaci siedmiu nowo narodzonych szczeniaków, które dumna mama powiła pod jedną z ławek restauracji :)

Załącznik:
1.JPG


Nadszedł koniec naszej plażowej idylli i trzeba było ruszyć dalej. Stara, dobra Bambooka zabrała nas na swoim wysłużonym pokładzie do Port Blair. Przypłynęliśmy przed południem, a lot do Kalkuty mieliśmy dopiero następnego dnia rano, trzeba więc było znaleźć nocleg. Wybraliśmy Lalaji Bayview, gdzie po zameldowaniu rozsiedliśmy się na tarasie baru, popijając świeżo wyciskane soki. Oprócz nas nocowało w tym miejscu kilku Polaków, którzy utknęli z powodu odwołanych lotów - m.in. para, którą poznaliśmy na Havelock w Emerald Gecko drugiego dnia pobytu. Po doniesieniach o powodzi na południu Indii postanowili ewakuować się z wysp jak najszybciej, i następnego dnia już ich nie było. Przypłynęli do Port Blair, ale z powodu braku biletów na loty do Kalkuty, utknęli prawie na tydzień. Nie zazdrościliśmy im tej wątpliwej przyjemności :P Miasteczko nie oferuje nic ciekawego, jest hałaśliwe i dość głośne. Do plaży daleko, widoki już nie te same...

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG

Załącznik:
4.JPG


Rano spacerem udaliśmy się na lotnisko, na które - podobnie jak w Kalkucie - można było wejść dopiero o określonej godzinie, zależnej od pory wylotu. Terminal jest niewielki i dość przyjemny, a atmosfera nieco senna. Po sprawnej odprawie polecieliśmy do Kalkuty, w międzyczasie konsumując całkiem smaczny posiłek. Po żołądkowych rewolucjach nie zostało ani śladu - tydzień na Havelock był jak sanatorium :)

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG

Załącznik:
7.JPG


W Kalkucie pokręciliśmy się trochę w okolicach lotniska, między innymi wstępując do znajomej restauracji z deską i cegłą na sedesie (tu sytuacja bez zmian), gdzie wydaliśmy nasze ostatnie rupie. Na szczęście samolot do Kuala Lumpur startował tuż po północy, pozwolono więc nam wejść do terminalu już o 21:00. Jako że na ten dodatkowy lot nasz kumpel nie kupił nam rejestrowanego bagażu, podjęłam - przyznaję się - niecną próbę przemycenia w plecaku scyzoryka, ale na security byli czujni (to im się chwali) i niestety mój piękny Wenger w drewnianej obudowie został w Kalkucie :(

Załącznik:
8.JPG

Załącznik:
9.JPG


O jakiejś absurdalnie rannej godzinie wylądowaliśmy w Kuala Lumpur, skąd po niedługim oczekiwaniu polecieliśmy do Singapuru.

Najważniejsze koszty w tej części podróży:

lot AirIndia CCU-IXZ (2 os) - 7700 INR
tuk-tuk z lotniska do Port Blair - 50 INR
prom Port Blair - Havelock - Port Blair (2 os) - 1600 INR
lot AirIndia IXZ-CCU (kupowany 4 dni przed odlotem) - 16872 INR
tuk-tuk z plaży nr 5 na plażę nr 7 (w obie strony) - 500 INR
autobus na plażę nr 7 - 10 INR/os.
nocleg Emerald Gecko na Havelock (2 pierwsze noce) - 3250 INR
nocleg w Port Blair - 700 INR
sałatka owocowa na plaży słoni - 100 INR
piwo Kingfisher 0,65l - 100-130 INR
chicken schnitzel - 250 INR
onion dosa - 150 INR
vege soup - 100 INR
kurczak z ziemniakami w Port Blair - 250 INR
sok pomarańczowy/ananasowy - 90 INR


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 26 Sty 2017 21:37 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2011
Posty: 2386
Loty: 213
Kilometry: 249 545
Fajne te Andamany, jako ciekawostkę napisze że jedna z wysp tego archipelagu jest kompletnie odcięta od cywilizacji: North Sentinel
Góra
 Relacje PM off  
 
#18 PostWysłany: 26 Sty 2017 21:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
część IV - Polaki-cebulaki na basenie Marina Bay.

Dwa dni w Singapurze upłynęły szybko i przyjemnie. Miasto bardzo nam się spodobało, głównie ze względu na dużą ilość zieleni oraz bardzo fajny system krytych kładek nad ulicami i przejścia podcieniami budynków. Dzięki temu można pieszo pokonywać duże odległości, nie zatrzymując się na światłach oraz chroniąc przed deszczem. Jest to bardzo przydatne rozwiązanie, bo deszcz przychodził regularnie, niemal jak w zegarku - około południa zaczynało się chmurzyć, a o 14:00 lało.

Załącznik:
1.JPG

Załącznik:
2.JPG

Załącznik:
3.JPG


Taki deszcz - a konkretnie wielka ulewa - zagonił nas do The Shoppes, ogromnego centrum handlowego, mieszczącego się u podnóża najbardziej znanego z singapurskich budynków - Marina Bay Sands. Gdy spacerowaliśmy promenadą robiąc zdjęcia słynnemu hotelowi oraz innym budynkom, niebo coraz bardziej ciemniało. Wreszcie zerwał się gwałtowny wiatr i spadły pierwsze ciężkie krople. Pognaliśmy przez kładkę prowadzącą do wejścia do sklepów, cali mokrzy wpadając do środka. Wbrew naszym przypuszczeniom ulewa nie trwała krótko, chcąc nie chcąc spędziliśmy więc wewnątrz prawie dwie godziny. Normalnie nie siedzielibyśmy tyle czasu w centrum handlowym, ale nie było wyjścia :/ Obeszliśmy wszystkie piętra, obserwując z góry “miasteczko świąteczne” zainstalowane na parterze - sztuczna choinka, podświetlone domki, plastikowy zaprzęg św. Mikołaja, biała podłoga udająca lodowisko… Wtedy nagle zatęskniłam za prawdziwą zimą :(

Załącznik:
4.JPG

Załącznik:
5.JPG


Czymś zupełnie dla mnie nowym był muzułmański cmentarz, na który natknęliśmy się idąc jedną z ulic. W Singapurze pierwszy raz spotkałam się z tego typu nekropolią.

Załącznik:
6.JPG


Dzień zakończliśmy kulinarną włóczęgą po dzielnicy Geylang, nazywanej “singapurską dzielnicą czerwonych latarni”. Dobrze jest się przejść tamtędy zarówno w dzień jak i w nocy. W świetle dnia warto przyjrzeć się architekturze: starym domom ze sklepikami na parterze, oknami dekorowanymi sztukaterią i drewnianymi okiennicami. Wieczorem Geylang mieni się światłami i rozbrzmiewa gwarem rozmów, wszystkie knajpki są pełne ludzi, dużo osób spaceruje, robi zakupy. Jest kolorowo, tłoczno, dookoła unoszą się smakowite zapachy… Co chwilę chce się przystanąć i spróbować czegoś jeszcze. Może oprócz duriana ;)

Załącznik:
7.JPG

Załącznik:
8.JPG

Załącznik:
9.JPG

Załącznik:
10.JPG


Ale oczywiście gwoździem singapurskiego programu było popływanie w basenie hotelu Marina Bay Sands 8-)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 27 Sty 2017 15:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Mar 2013
Posty: 89
Loty: 140
Kilometry: 261 091
Kilka miesięcy przed podróżą @‌Prze-m-ek‌ swoim postem wywołał małą dyskusję o wbijaniu na basen Marina Bay Sands na tzw. krzywy ryj ;) Czytając ten wątek wiedzieliśmy już, że będziemy w Singapurze, ale pomysł wejścia na basen wydawał nam się dość abstrakcyjny. Jednak im bliżej wyjazdu tym bardziej nabieraliśmy ochoty, żeby spróbować. Nie mieliśmy jakiegoś strasznego ciśnienia, żeby się tam wykąpać. Smatekk - miłośnik dużych domów - był wystarczająco podjarany samym ujrzeniem MBS na żywo :D

Załącznik:
1.JPG


Jednak basen kusił, gdy tak spoglądaliśmy na niego z dołu… Mieliśmy dokładną instrukcję zaczerpniętą z forum, postanowiliśmy więc najpierw dostać się na górę, a “potem zobaczymy”. Bez problemu trafiliśmy przed właściwą windę w wieży nr 3, po chwili nadeszła elegancko ubrana kobieta z kartą hotelową w ręce. Weszliśmy z nią do środka i winda gładko ruszyła ku górze, a ja z każdym kolejnym piętrem czułam większą żenadę :? :lol: Nasz współpasażerka wysiadła na 33 piętrze, więc my zrobiliśmy sobie przystanek na podziwianie widoków z okien korytarza.

Załącznik:
2.jpg

Załącznik:
3.JPG

Załącznik:
4.JPG


Znowu wezwaliśmy windę i tym razem mieliśmy szczęście - w środku znajdowali się goście w szlafrokach, jadący na basen. No to hop. Winda zatrzymała się na mitycznym 57 piętrze… Pierwszy krok za nami. Znaleźliśmy się na samej górze - po wyjściu z windy wchodzi się na niewielki taras, z którego rozpościera się widok na Gardens by the Bay. Po lewej stronie jest wejście do baru (tylko za okazaniem karty hotelowej) a po prawej na basen. Chwilę oglądaliśmy widoki, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy przyglądać się wychodzącym z basenu ludziom, żeby wyłapać jakąś sympatyczną twarz (a najlepiej dwie). Wykluczyliśmy rodziny z dziećmi, wypatrywaliśmy raczej młodych par/znajomych. Jak na złość goście wychodzili pojedynczo albo mieli wybitnie nieprzyjemne miny. Czas mijał, ja już chciałam zjeżdżać na dół i darować sobie całą akcję. No żenada i cebula, tak koczować pod bramkami i pytać o pożyczenie karty :oops: Smatekk stwierdził, że może chociaż jedną kartę uda nam się pożyczyć i gdy dostrzegliśmy wychodzącego z basenu młodego Azjatę, podszedł do niego i przedstawił sprawę. Gość zrobił dziwną minę (myślę - o nieee, co za żenada, co on sobie myśli o nas) i powiedział, że taaa, rozumie sytuację i w ogóle, chętnie by nam pożyczył… gdyby to była jego karta! Wybałuszyliśmy na niego oczy, a on wyjaśnił (zupełnie bez zażenowania), że po prostu wjechał na losowo wybrane piętro hotelu i pukał po kolei do drzwi pokojów pytając, czy ktoś pożyczy mu kartę :shock: Myślę sobie - no nieźle, taki motyw nawet na forum fly4free się nie pojawił :lol: Wróciliśmy na nasze stanowisko przy barierce i po chwili z basenu wyszło dwóch Japończyków w szlafrokach (wyglądali młodo, ale z nimi nigdy nie wiadomo). Poprosili, żeby zrobić im zdjęcie, więc korzystając z nawiązanego kontaktu zapytaliśmy, czy na 5 minut mogliby pożyczyć nam karty. Wyglądali na nieco zaskoczonych, ale zgodzili się. Zostawiliśmy im nasze paszporty i z udawaną nonszalancją przekroczyliśmy magiczne bramki. Nikt nie zwrócił na nas specjalnej uwagi. Szybko zrzuciliśmy ubrania (tak, mieliśmy na sobie w gotowości gatki kąpielowe) i wskoczyliśmy do wody na ekspresowe podziwianie widoków i oczywiście sesję zdjęciową :D

Załącznik:
5.JPG

Załącznik:
6.JPG


Nie chcąc nadwyrężać cierpliwości naszych miłych znajomych po kilku minutach opuściliśmy basen i oddaliśmy im karty. Zjechanie windą na parter nie było już żadną filozofią, a na dole od razu udaliśmy się do łazienki, żeby przebrać się w suche ubrania. Długo takie nie pozostały, bo w czasie drogi z hotelu do autobusu, którym mieliśmy jechać do Johor Bahru, złapała nas kolejna ulewa. Szliśmy akurat ulicami pozbawionymi kładek i krytych przejść, nie została więc na nas nawet jedna sucha nitka. Później w tym deszczu staliśmy w długiej kolejce do stoiska z biletami Causeway Link. Po wejściu do autobusu uderzył nas ziąb - klimatyzacja pracowała pełną parą, ale dzięki temu nasze ubrania wyschły, zanim przekroczyliśmy granicę singapursko-malezyjską.

Załącznik:
7.JPG

Załącznik:
8.JPG


Kontrola graniczna przebiegła sprawnie, chociaż zadawano nam sporo pytań dotyczących celu przyjazdu do Malezji i tego, gdzie byliśmy wcześniej. W samym Johor Bahru nie mieliśmy za dużo czasu - po pobieżnym obejrzeniu okolic dworca autobusowego udaliśmy się na lotnisko, skąd odlecieliśmy do stolicy. Dzień pełen wrażeń ;) A wieczorem jedliśmy już kolację z widokiem na Petronas Towers w Kuala Lumpur.

Załącznik:
9.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 12 Paź 2017 14:46 

Rejestracja: 03 Sie 2017
Posty: 2
Czy można spodziewać się dalszej części relacji? :)
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 22 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot], zoli oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group