Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 20 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Ferie w Etiopii [LIVE]
#1 PostWysłany: 14 Sty 2024 21:12 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Po naszej wspaniałej podróży z @cart do Erytrei, Sudanu Południowego i Etiopii (relacja wsrod-plemion-afryki-erytrea-sudan-pld-i-etiopia,213,168193
nagrodzona tytułem relacji roku 2022), miałem wielki niedosyt tego ostatniego kraju. Było mi tam tak przyjemnie, że obiecałem naszemu przewodnikowi, że tam wrócę z całą rodziną. Okazja trafiła się wraz z tą promocja-first-minute-na-loty-z-krk-vno,232,171103 promocją Turkish Airlines, w terminie około feryjnym. Turkish pozmieniał rozkład i z terminu około feryjnego zrobiłem idealnie feryjny, a nawet przedłużony o jeden dzień. W międzyczasie z Etiopii napłynęły niepokojące wiadomości z regionu Amhara - od 4 sierpnia trwa tam stan wyjątkowy, a sytuacja była tak zła, że przez pewien czas nawet Lalibela przestała być pod kontrolą rządową. Dziś jest ponoć spokojniej i nasz przewodnik zapewnia, że wszystko, co chcemy, możemy zobaczyć, tyle, że latając samolotem. Mam nadzieję, bo Amhara to najciekawszy region Etiopii jeśli chodzi o dziedzictwo historyczne.

Zastanawiałem się, czy w ogóle pisać tę relację. Nie ukrywam, że podróżujemy w formule niemalże all inclusive, z pełną opieką przewodnika i kierowcy, więc nie spodziewam się, aby była to bardzo wymagająca podróż. Nie lubię tak podróżować, ale w Etiopii wynajęcie samochodu jest bardzo trudne, więc tym razem poszedłem na kompromis, a przyszło mi to łatwo o tyle, że kraj jest bardzo tani. Ostatecznie zdecydowałem się pisać relację z dwóch powodów: po pierwsze – kraj jest tak wspaniały, że obiecałem sobie przybliżyć go szerszej publiczności; po drugie – trasa była w całości mojego autorstwa, w związku z czym możecie spodziewać się opisu miejsc, w które rzadko kto się zapuszcza.

Dzień 1 i 2

W odróżnieniu od większości relacji tutaj nie będę opisywał samych lotów, posiłków czy saloników. Dolecieliśmy bezpiecznie, a Turkish na laoyverze zaoferował bardzo ładny hotel z pełnym wyżywieniem. Pierwszy dzień był w zasadzie dniem drogi, zakończonym w ładnym resorcie w mieście Dila. A dziś już o 7 rano grzecznie poszliśmy na śniadanie, obserwując z restauracyjnego balkonu piękne małpy – tym razem były to biało-czarne gerezy. Niestety obsługa nie pozwoliła nam jeść na zewnątrz, właśnie z powodu tych małp złodziejek.

Załącznik:
20240114_070122.jpg


Gwoździem programu miały być miejsca wpisane na listę UNESCO cztery miesiące temu pod nazwą Krajobraz kulturowy Gedeo. Jak to często bywa przy nowych wpisach w mniej rozwiniętych krajach, nie bardzo było wiadomo czego się spodziewać. Na szczęście obecnie przy każdym wpisie państwo musi dostarczyć szczegółową mapkę z zaznaczoną strefą właściwą i buforową. Etiopia zrobiła to porządnie, zaznaczając dodatkowo szczególnie warte odwiedzenia miejsca. Ale i mimo tego miałem lekkie obawy, na szczęście nasz kierowca oznajmił, że jedno z tych miejsc zwiedził jakieś 8 lat temu. Ma skurczybyk pamięć, dobrze zapamiętał skręt z głównej drogi do pierwszego miejsca zwanego Tuto-Fela. Tuto-Fela to starożytny cmentarz z dziesiątkami dobrze zachowanych stel, z których niektóre są dodatkowo zdobione. Miejsce jest położone jakieś 5 km od głównej drogi i nie jest łatwo tam trafić, ale ma normalną kasę biletową i „przewodnika”. Piszę celowo w cudzysłowie, bo nasz nie potrafił za dużo powiedzieć. Nie znał też wieku stel, bo w I w. n.e. raczej nie wierzę. Wskazał jedynie, że groby są kobiece, a najwyższa stela należała do najodważniejszej z nich. Turystów to miejsce specjalnie nie zaznaje, to raczej my byliśmy największą atrakcją miejsca, otoczeni ciągle przez chmarę dzieciaków, a nawet trochę dorosłych.

Załącznik:
20240114_083853.jpg

Załącznik:
20240114_084245.jpg

Załącznik:
20240114_084510.jpg


Zagadka kobiecych grobów została rozwiązana w kolejnym miejscu, do którego się udaliśmy, położonemu kilka kilometrów dalej na południe cmentarzu Chelba-Tututi. Chelba-Tutiti jest położony 3 km od głównej drogi i pod niemal każdym względem wyprzedza swój odpowiednik w Tuto-Fela. Jest znacznie większy i ładniejszy, stele są dużo potężniejsze. Może to dlatego, że tutaj chowano mężczyzn. To chyba pierwsze odwiedzone przeze mnie miejsce na świecie, gdzie kobiety i mężczyzn chowano w zupełnie różnych miejscach.

W Chelba-Tutiti powitał nas również dużo bardziej kompetentny przewodnik. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się m.in., że dwie obramówki na wierzchu steli oznaczają mężczyznę dorosłego (czy też precyzyjniej – zdolnego do zamążpójścia), a jedna – dziecko. Charakterystyczny rysunek na jednej ze stel wytłumaczył jako symbol klatki piersiowej, co miało symbolizować odwagę. Wskazał nam też, jak dojechać do ostatniego z miejsc, które chcieliśmy zwiedzić. I tutaj towarzyszyły nam chyba wszystkie dzieci z wioski.

Załącznik:
20240114_092615.jpg

Załącznik:
20240114_092736.jpg

Załącznik:
20240114_092913.jpg

Załącznik:
20240114_093154.jpg

Załącznik:
20240114_094112.jpg


Z Chelba-Tutiti pojechaliśmy jeszcze do świętego lasu Birbirota, ale tam nie było kompletnie nikogo, kto byłby w stanie nam cokolwiek wytłumaczyć. Zrobiliśmy krótką wycieczkę, ale święty las nie odznaczał się dla nas niczym od normalnego lasu.

Po opuszczeniu Gedeo czekała nas bardzo długa droga do miejsca noclegu. W jej trakcie zakupiliśmy miejscową używkę – liście czatu (qatu). Czat jest żuty powszechnie w Etiopii, Dżibuti i Somalii i ma niewielkie właściwości narkotyczne. Próbowałem go już wcześniej i zupełnie na mnie nie działał, ale chciałem go pokazać żonie. Przeżuliśmy całą wielką wiązkę, ale tak, jak poprzednim razem, żadne z nas nic nie poczuło.

Naszemu kierowcy i przewodnikowi bardzo się dziś spieszyło, ale jak często w takich wypadkach bywa, prawo Murphy’ego zadziałało przeciwko nam, bo w jednej z mijanych większych wiosek złapaliśmy gumę. Podczas gdy kierowca zmieniał koło, my poszliśmy na kawę. I to był prawdziwy hit, bo staliśmy się największą atrakcją dnia. Wszyscy chcieli robić sobie z nami zdjęcia, otoczyło nas chyba z 50 osób, i dzieci, i dorosłych.

Załącznik:
20240114_163055.jpg

Załącznik:
20240114_163142.jpg


Dalsza droga to niemal ciągła wspinaczka w górę, w granice Parku Narodowego Gór Bale. Zdążyliśmy jeszcze zwiedzić rezerwat antylopy niala górskiej. Antylop widzieliśmy wiele, ale że było już bardzo późno, żadnej z nich nie udało się zrobić sensownego zdjęcia.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
30 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 14 Sty 2024 21:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 2109
Loty: 856
Kilometry: 1 934 683
platynowy
Kierowca ten sam?
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 15 Sty 2024 18:43 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Dziś miał być luźny dzień, ale jak to u nas bywa, aż taki luźny wcale nie był. W całości przeznaczyliśmy go na zwiedzanie Parku Narodowego Gór Bale, kolejnego świeżego wpisu na listę UNESCO. Park czekał na wpis prawie 45 lat, pierwszą przymiarkę zrobiła Etiopia na sesję w 1979 r. Wreszcie się doczekał i chyba zasłużenie, bo jest pod wieloma względami unikalny i ważny dla trzech krajów – rozpoczynające się tu rzeki zasilają w wodę Etiopię, Kenię i Somalię. A mają się z czego zasilać, bo pora deszczowa trwa tu 9 miesięcy. Na szczęście styczeń to pora zdecydowanie sucha, ale i tak wczoraj trochę kropiło.

Park jest znany ze swojej bioróżnorodności – od lasów mieszanych poprzez lasy z efektownie kwitnącym gatunkiem hagenia abyssynica do wrzosowisk i zupełnie jałowego krajobrazu w najwyższych partiach. A w południowej części - Lesie Harenna – króluje prawdziwie tropikalna roślinność. Nie mniej bogata jest fauna, której tylko małą część udało się zobaczyć, a jeszcze mniejszą – sfotografować.

hagenia abyssynica:
Załącznik:
20240115_085253.jpg

Granicę parku przekroczyliśmy już pół godziny po wyjeździe z hotelu i niemal natychmiast krajobraz się zmienił – wyjechaliśmy z lasów na pokryte wrzosowiskami i mchem łąki. Nic dziwnego, w końcu byliśmy już na wysokości 3000 metrów. Im dalej, tym wyżej – skończyliśmy na wysokości 4377 m. n.p.m., na szczycie Tulu Dimtu. Droga, która tu prowadzi, to najwyżej położona droga w Afryce!

Na szczycie krajobraz był jeszcze surowszy, a półgodzinny trekking, który zrobiliśmy nieopodal, przyprawił prawie wszystkich o ból głowy – wysokość daje się mocno we znaki, a przecież po drodze nie mieliśmy żadnej aklimatyzacji.
Załącznik:
20240115_102206.jpg

Załącznik:
DSC03703.JPG

Załącznik:
DSC03705.JPG

Załącznik:
DSC03711.JPG

Na szczęście godzinę później zjechaliśmy jakiś kilometr niżej, do Lasu Harenna. Tam zrobiliśmy dwa trekkingi – pierwszy w fantastycznym lesie, który mógłby służyć za scenografię baśni. Drugi, dłuższy, już w typowej dżungli, pokrytej głównie bambusami. Doszliśmy do wodospadów nazwanych przez przewodnika Bambusowymi, choć nie jest to chyba oficjalna nazwa, skoro nie potwierdza jej strona parku narodowego. Poza wodospadami udało nam się zobaczyć występujący tylko tu gatunek małpy – Bale Mountains vervet (Chlorocebus djamdjamensis), nazywanej też dżam dżam. Małpy te są bardzo płochliwe, stąd nie najlepszej jakości zdjęcie ze sporej odległości.
Załącznik:
20240115_112505.jpg

Załącznik:
20240115_112730.jpg

Załącznik:
20240115_124918.jpg

Załącznik:
20240115_125423.jpg

Załącznik:
DSC03728.JPG

Więcej szczęścia mieliśmy w drodze powrotnej, w której przewodnik postawił sobie za punkt honoru wytropienie wilka etiopskiego, zwanego też kaberu lub szakalem etiopskim, gatunku endemicznego dla Etiopii. I to się udało, wilki widzieliśmy ze trzy razy, a ostatnim razem niemal przebiegły nam przez drogę. Gatunek żywi się przede wszystkim szczurami, których widzieliśmy całe mrowie. Niestety, są tak ruchliwe i płochliwe, że żadnemu nie udało się zrobić zdjęcia.

Załącznik:
DSC03757.JPG

Załącznik:
DSC03762.JPG

PS @cart kierowca ten sam.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 17 Sty 2024 21:30 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Dzień ekstremalny i karmienie hien

Wczoraj nie mieliśmy internetu w pokoju, w związku z czym nadrabiam wpisem z dwóch dni dzisiaj. Wczorajszy dzień pokazał, że nawet z przewodnikiem i kierowcą nie wszystko jest przewidywalne, łatwe i proste. Ułożyłem sobie trasę, której części nigdy w życiu nie pokonał nasz kierowca z 15-letnim doświadczeniem. Byliśmy więc na własne życzenie testerami i test ten nie wypadł szczególnie pozytywnie.

Pierwotnie chciałem zobaczyć piękne jaskinie Sof Omar, ale okazały się zamknięte, więc odpuściliśmy je kompletnie, zmieniając nieco trasę. I już po 20 kilometrach straciliśmy asfalt, aby nie odzyskać go już do końca tego dnia, przejeżdżając tak koło 300 kilometrów.

Na marginesie – przejeżdżaliśmy przez żyzną okolicę, pełną pól uprawnych, przede wszystkim z jęczmieniem i pszenicą. Praktycznie wszystkie te pola są obrabiane mechanicznie. Jakiż kontrast w porównaniu z Madagaskarem, gdzie ludzie wszystko robili ręcznie. W ogóle w porównaniu z Madagaskarem Etiopia wygląda pod każdym względem bogaciej, mimo że oba te kraje kwalifikują się jako biedne.

W międzyczasie mieliśmy tylko jeden przystanek, w Dire Szejk Husejn. Miasteczko jest położone pośrodku niczego i jest kompletną dziurą. No, prawie kompletną, bo posiada mauzoleum Szejka Husejna, XIII-wiecznego uczonego z Somalii, który zaprowadził islam do wschodniej Etiopii i założył Sułtanat Bale. Mauzoleum jest uważane przez niektórych za najświętsze miejsce muzułmanów w Etiopii i jest celem pielgrzymek upamiętniających dzień urodzin i śmierci Szejka Huseina.

Za zwiedzanie mauzoleum zapłaciliśmy 3000 birr (25 USD po nieoficjalnym kursie, aż 50 USD po oficjalnym) i było to ewidentne zdzierstwo, bo miejsce nie jest tego warte. Już przed głównym wejściem musieliśmy zdjąć buty, co wszystkich przyprawiło o duży dyskomfort. Na bosaka trzeba było iść przez nierówną ścieżkę z niesamowicie nagrzanymi kamieniami i drobnymi cierniami, które co i rusz wbijały się w stopy. Nawet ja miałem tego serdecznie dość, o dzieciach nie wspomnę. Pod koniec córka była cały czas noszona na rękach, ku uciesze i śmiechom miejscowej dzieciarni. Przez te ciernie obawiałem się jakiegoś zakażenia stopy, ale na razie, odpukać, nic na to nie wskazuje.

Samo mauzoleum jest malutkie, pozbawione zdobień – ba, pozbawione nawet podłogi. Opiekun tego miejsca posmarował nam czoła popiołem czy też piaskiem z mauzoleum, sam sobie posmarował nawet usta i wydawało się, że ten popiół zjada. Cóż, przynajmniej środę popielcową mamy awansem zaliczoną.

Obok mauzoleum Szejka Huseina są jeszcze pomniejsze mauzolea jego dzieci oraz uczonego o przydomku Bagdadi, który przybył na spotkanie z Husejnem aż z samego Bagdadu. Nieopodal znajduje się sadzawka wykopana w czasach samego Szejka Husejna. Dziś jest pokryta rzęsą, ale ludzie ciągle z niej piją wodę – sami byliśmy tego świadkami. Tych kilku informacji dowiedzieliśmy się od naszego oprowadzacza, ale słowo daję, że nic więcej. Widać, że miejsce nie jest zupełnie przygotowane pod kątem turystycznym.

Załącznik:
20240116_130732.jpg

Załącznik:
20240116_130741.jpg

Załącznik:
20240116_130919.jpg

Załącznik:
20240116_131757.jpg

Załącznik:
20240116_131802.jpg

Załącznik:
20240116_132510.jpg

Załącznik:
20240116_132535.jpg

Załącznik:
20240116_132620.jpg


Do Dire Szejk Husein jechaliśmy prawie pięć godzin, a to była dopiero połowa drogi. Mieliśmy dojechać do miejscowości Mechara, 150 kilometrów dalej, co na wąskiej, górskiej drodze oznaczało jakieś 4-5 godzin jazdy przez niemal zupełne pustkowie. I słowo daję, przez pierwsze 80 kilometrów minęliśmy zaledwie trzy samochody. Dobrze, że przynajmniej widoki wynagradzały nieco trudy jazdy.

Załącznik:
20240116_142209.jpg

Załącznik:
20240116_142216.jpg

Załącznik:
20240116_142225.jpg

Załącznik:
DSC03765.JPG


Dojechaliśmy do Mechary, aby się przekonać, że nie ma tam żadnego sensownego miejsca do spania. Kierowca zasugerował dalszą jazdę, do oddalonej o kolejne 40 km miejscowości Gelemso. W Gelemso z hotelami było tylko nieco lepiej, ale była już 19:30 i trzeba było brać to, co dają. Ostatecznie przespaliśmy się w hotelu bez ciepłej wody i z zewnętrznym prysznicem, w którym nie działało światło.

Nasz przewodnik podsumował, że już nigdy nie zrobi tej trasy z turystami, chyba, że z kucharzem i sprzętem kempingowym.

___________

Dzisiejsza noc była lepsza, niż się spodziewaliśmy, a śniadanie nadspodziewanie smaczne. Dziś też czekała nas długa droga, na szczęście w większości po asfalcie, więc wyruszyliśmy w całkiem dobrych humorach. Po drodze zwiedziliśmy znany kościół św. Gabriela w Kulebe (jak zwykle z zewnątrz, w środku trwało jakieś nabożeństwo). W tym kościele raz w roku odbywa się wielkie nabożeństwo, całe jego otoczenie jest usłane ludźmi śpiącymi na gołej ziemi, a samochody są zaparkowane nawet 20 km dalej.

Gwoździem programu dzisiejszego dnia było karmienie hien – atrakcja dostępna ponoć tylko w jednym miejscu na świecie – Hararze. Miejsce jest położone tuż poza murami starego miasta, a zwyczaj trwa już ponoć ponad 400 lat. Turystów było dziś wielu, a każdy z nich miał możliwość nakarmienia hien, których też było w okolicy kilkanaście. Mistrz ceremonii wkładał mięso na patyczek który kazał najpierw trzymać go w ręce, a potem wsadzić końcówkę do buzi - a więc otwarty pysk hieny znajdował się od naszego zaledwie kilkanaście centymetrów. Największą radochę miała oczywiście córka, a hieny są tu ponoć zupełnie nieszkodliwe - w nocy biegają nawet po mieście, oczyszczając je z odpadków i nie czyniąc krzywdy śpiącym na ulicy ludziom.

Załącznik:
DSC03782.JPG

Załącznik:
20240117_195831.jpg

Załącznik:
20240117_195931.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 18 Sty 2024 17:18 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Harar za dnia i karmienie kań czarnych

Dzisiejszy dzień był krótki, jeśli chodzi o atrakcje turystyczne. Spaliśmy w lokalnym guesthouse, ze wspaniale pomalowaną strefą wspólną i wyrobami lokalnego rzemiosła na ścianach.

Załącznik:
20240117_182940.jpg

Załącznik:
20240117_182945.jpg


Zjedliśmy lokalne śniadanie – najpierw ciasto z jajkiem smażone w głębokim tłuszczu jak pączki, potem na dobitkę coś w rodzaju naleśników z jajkiem, jedzonych z miodem. W Etiopii trudno wstać od stołu nie będąc najedzonym. Porcje są ogromne, zamawiamy zwykle trzy dania, a czasem nawet tylko dwa, a i tak cała czwórka wychodzi pełna.

Po śniadaniu zabraliśmy się za zwiedzanie Hararu. Miasto jest bardzo stare, przewodnik twierdził, że drugie najstarsze w Etiopii po Aksum, i aż do XIX w. było niezależnym państwem. Widać tu wpływy arabskie, afarskie, oromijskie, włoskie, brytyjskie, francuskie, a nawet indyjskie. Włosi podczas zaledwie 6-letniej okupacji zbudowali tu największy meczet i kilka budynków, które przetrwały po dziś dzień. W dużej mierze domy są jednak starsze, stare miasto zachowało swój charakter sprzed kilku wieków. Mury obronne – zachowane po dziś dzień – pochodzą z połowy XVI w.

Nasza wycieczka była typowym zwiedzaniem tego typu miejsca. Najpierw poszliśmy na targi mięsne – jeden dla muzułmanów, drugi dla nielicznych tu chrześcijan. Okazuje się, że po dziś dzień muzułmanie nie kupują mięsa chrześcijańskiego (co jest zrozumiałe), ale działa to również w drugą stronę – chrześcijanie nie jedzą mięsa halal. Podobno w większych miastach takie zasady nie obowiązują, ale tu najwidoczniej tak. A wszędzie dla członków etiopskiego kościoła ortodoksyjnego jedzenie wielbłądziego mięsa jest zupełnie zabronione.

Zwiedziliśmy również targ przypraw, jakiś sklep z rzemiosłem, palarnię kawy i dwa muzea – jedno z nich poświęcone znanemu francuskiemu poecie Arturowi Rimbaudowi, który przybył tu w ramach ekspedycji i być może żył. Niektóre domy i fragmenty murów są bardzo stylowo pomalowane. Osobliwością Hararu są meczety – w mieście jest ich 99 (tyle, ile imion Allacha), z czego w obrębie murów miejskich aż 87 – to chyba największe zagęszczenie meczetów na całym świecie, choć niektóre z nich są oczywiście bardzo malutkie. A do miasta prowadzi 5 bram – tyle, ile filarów wiary muzułmańskiej.

Załącznik:
20240118_074245.jpg

Załącznik:
20240118_083700.jpg

Załącznik:
20240118_083855.jpg

Załącznik:
20240118_084442.jpg

Załącznik:
20240118_084543.jpg

Załącznik:
20240118_085027.jpg


Chyba najbardziej spektakularnym elementem dzisiejszego „dziennego” zwiedzania Hararu była wizyta w części dla rzeźników. A to z powodu dziesiątek krążących wokół kań czarnych. Ptaki te są regularnie dokarmiane przez rzeźników i każdy turysta może to zrobić samodzielnie. Wystarczy, że wyciągnie w górę rękę z kawałkiem mięsa i nie wiadomo kiedy ten kawałek znika w szponach tego ptaszyska. Dzieci spróbowały i nie będę ukrywał, że podczas karmienia były nieco przestraszone. Ale już chwilę później bardzo im się podobało!
Załącznik:
20240118_094348.jpg

Załącznik:
20240118_094415.jpg

Załącznik:
DSC03800.JPG

Dalsza część dnia to droga, której największą atrakcją były siedzące przy ulicy pawiany.
Załącznik:
DSC03805.JPG

Śpimy w Awasz, dotarliśmy tu jak na nas wcześnie, bo przed 18.00. Ale inaczej się nie dało, po zmroku droga do Awasz nie jest ponoć zbyt bezpieczna. Po drodze trzeba minąć checkpoint z chyba kilometrową kolejką. Na szczęście jako turyści byliśmy uprzywilejowani i minęliśmy tę kolejkę bokiem.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 19 Sty 2024 20:27 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
W gościach u Lucyny

Nie jest łatwo trafić w gości do Lucyny. Jej domostwo znajduje się na gorącym, mocno niegościnnym terenie, jakieś 45 kilometrów od asfaltowej drogi, na terenie przynależącym do Afarów - jednej z bardziej wojowniczych grup etnicznych Etiopii, gdzie praktycznie każdy (!) dorosły mężczyzna chodzi z pistoletem maszynowym. Dlatego też w odwiedziny wybraliśmy się z policjantem i lokalnym przewodnikiem. Lucyna nie okazała się bardzo gościnna, zgodnie z przewidywaniami nie ma jej w domu, bo już dłuższy czas przebywa w Addis Abebie. A jedyne ślady życia w najbliższej okolicy jej domostwa pochodzą sprzed kilku milionów lat, być może pamiętających czasy, kiedy Lucynka była mała.

Nasza Lucynka to oczywiście Lucy, najsłynniejsze chyba wykopalisko świata, dobrze zachowany szkielet hominida australopitecus afarensis. Wykopała ją grupa archeologów w 1974 r. w dolinie rzeki Auasz. Miejsce, w którym tego dokonali, było celem naszej dzisiejszej wycieczki. Nie było to łatwe, bo nasz przewodnik jeszcze się z taką prośbą nie spotkał. Wiedziałem, że wykopaliska były w okolicach wioski Hadar i że jest potrzebny permit z Semery. Ale to wystarczyło, permit został uzyskany, na checkpoincie w okolicy wsi Eli Wiha wzięliśmy policjanta i lokalnego przewodnika i odbiliśmy w kierunku rzeki Auasz. 45 kilometrów dalej, jadąc w upale przez półpustynny krajobraz, dotarliśmy wreszcie na miejsce. Lokalny przewodnik był niezbędny, bez niego nie mielibyśmy szans na znalezienie tego miejsca. Bo i niewiele jest tam do znalezienia, znalezisko upamiętnia wmurowana marmurowa tablica oraz dodatkowa blaszana potwierdzająca wpis na listę UNESCO p.t. „Dolina rzeki Auasz”. W okolicy przewracają się dziesiątki świetnie zakonserwowanych kości zwierząt – nie znam dokładnie ich wieku, ale sądząc po wielkości, nie należą do żadnych współcześnie występujących tu zwierząt.

Załącznik:
20240119_135238.jpg

Załącznik:
20240119_135242.jpg

Załącznik:
20240119_135307.jpg

Załącznik:
20240119_135353.jpg

Załącznik:
20240119_140616.jpg

Załącznik:
20240119_141124.jpg

Załącznik:
20240119_141256.jpg

Załącznik:
20240119_141641.jpg

Załącznik:
20240119_141649.jpg

Załącznik:
20240119_142031.jpg

Załącznik:
20240119_142322.jpg

Załącznik:
20240119_142412.jpg


Można by pomyśleć – i nie bez racji - że zwiedzanie tego typu miejsc to podróżniczy masochizm. Ja jednak byłem bardzo usatysfakcjonowany. Zobaczyłem miejsce o historycznym znaczeniu, przekonując się, w jak trudnych warunkach pracowali archeolodzy 50 lat temu. Nawet nasz przewodnik mi dziękował za możliwość zobaczenia tego miejsca. A jest ekstremalnie rzadko odwiedzane, lokalny przewodnik przyznał, że nie był tutaj od ponad roku.

Jutro i pojutrze najprawdopodobniej nie będzie notki. Wyruszamy do Kotliny Danakilskiej, śpimy w namiotach i do cywilizacji wrócimy dopiero w poniedziałek.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 19 Sty 2024 21:48 

Rejestracja: 09 Mar 2014
Posty: 3603
srebrny
Masz super rodzinę, że tak chętnie znosi te wszystkie fanaberie! ;)
Góra
 Relacje PM off
kumkwat_kwiat lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 22 Sty 2024 20:53 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
@Misiatek kwestia przyzwyczajenia ;)

W Kotlinie Danakilskiej

Wracam z relacją po dwudniowej przerwie, podczas której zwiedzaliśmy miejsce pozbawione nie tylko łączności, ale i w ogóle prawie jakiejkolwiek infrastruktury. Mowa o Kotlinie Danakilskiej, najbardziej popularnym pod kątem przyrodniczym miejscu w Etiopii. Kotlina jest miejscem pełnym przyrodniczych fenomenów, takich jak najbardziej słone jezioro na świecie poza Antarktydą (to opisywałem podczas podróży do Dżibuti w-rogu-afryki-dzibuti-i-somaliland,213,129284. Jest też najgorętszym miejscem na ziemi, jeśli chodzi o średnią temperaturę roczną. W weekend miało być tylko 36 stopni, ale przewodnik opowiadał, że kiedyś w samochodzie termometr pokazał mu nawet 60 stopni!

Z tego też powodu zwiedzanie Kotliny Danakilskiej odbywa się tylko po południu, wieczorem i z samego rana. Godziny między 10.00 a 16.00 spędza się na przemieszczaniu i jedzeniu obiadu. Rozpoczęliśmy w sobotę po południu od kąpieli w bardzo słonym jeziorze Afrera, po której mogliśmy się umyć w wpływającym tu strumyku. Woda w tym strumyku miała tak na oko 45 stopni! A pod wieczór wraz z chyba 30 innymi osobami obozowaliśmy pod wulkanem Erta Ale, podchodząc do niego wieczorem i nad ranem. Wulkan wybuchł dwa i pół miesiąca temu, i w jego kalderze znajduje się masa ledwo zastygniętej lawy. Lawa jest bardzo krucha i chodzenie po niej jest bardzo niebezpieczne – można łatwo skaleczyć sobie rękę czy nogę praktycznie do kości. Dlatego też wolno po niej chodzić tylko po śladach przewodnika. Erta Ale jest bardzo malowniczy, tym bardziej, że widzieliśmy dwa duże i kilka mniejszych kraterów z żywą magmą w środku.
Załącznik:
DSC03827.JPG

Załącznik:
20240120_182408.jpg

Załącznik:
20240121_063354.jpg

Załącznik:
20240121_061058.jpg

Załącznik:
DSC03842.JPG

Załącznik:
DSC03840.JPG

Załącznik:
DSC03832.JPG

Załącznik:
20240120_175657.jpg


Wróciliśmy do obozu, aby po raz pierwszy nocować zupełnie pod gołym niebem. Nie mieliśmy śpiworów, a tylko prześcieradła do przykrycia, i podczas wietrznej nocy było nam dość chłodno. Rano powtórzyliśmy wycieczkę na Erta Ale, tym razem po to, aby zobaczyć wschód słońca.
Załącznik:
20240120_170723.jpg

Przed południem zmieniliśmy klimat, przemieszczając się w kierunku jeziora Karun. Tutaj zamiast krajobrazu wulkanicznego obejrzeliśmy niemal zupełnie płaskie solnisko. Temperatura była jeszcze wyższa, niż na Erta Ale, ale nic dziwnego – z 600 metrów zjechaliśmy na -120. Tym razem byliśmy zupełnie sami, nie licząc uzbrojonych w kałachy strażników. Żadnych naruszeń bezpieczeństwa w Danakilu już dawno nie zanotowano, ale Etiopczycy wolą dmuchać na zimne, i chyba dobrze. Obecność strażników daje też Afarom większą możliwość zarobku.

Załącznik:
20240121_161356.jpg

Załącznik:
20240121_161638.jpg

Załącznik:
20240121_163020.jpg

Załącznik:
20240121_171034.jpg

Załącznik:
20240121_172725.jpg

Załącznik:
20240121_173853.jpg

Załącznik:
20240121_180004.jpg

Załącznik:
20240122_091501.jpg


To był ulubiony dzień dzieci, które miały niesamowitą frajdę, gdy wszyscy przejechaliśmy się parę kilometrów na dachu terenówki. Dzień zakończyliśmy znów śpiąc pod gołym niebem, tym razem na drewnianych pryczach, i tutaj nawet bez ubrania pod samym prześcieradłem nie było mi zimno.
Załącznik:
20240121_172552.jpg

Wisienką na torcie zwiedzania Danakilu była wizyta w Dallolu. Bez wątpienia jedno z najbardziej malowniczych miejsc na ziemi. Zdjęcia mówią same za siebie, tym razem pozwoliłem sobie na wyjątkowo dużą ich ilość.

Załącznik:
20240122_064210.jpg

Załącznik:
20240122_064217.jpg

Załącznik:
20240122_064622.jpg

Załącznik:
20240122_064648.jpg

Załącznik:
20240122_065023.jpg

Załącznik:
20240122_065110.jpg

Załącznik:
20240122_065152.jpg

Załącznik:
20240122_065200.jpg

Załącznik:
20240122_065236.jpg

Załącznik:
20240122_065401.jpg

Załącznik:
20240122_065451.jpg

Załącznik:
20240122_065551.jpg

Załącznik:
20240122_065555.jpg

Załącznik:
20240122_065929.jpg

Załącznik:
20240122_065947.jpg

Załącznik:
20240122_070058.jpg

Załącznik:
20240122_071604.jpg

Załącznik:
20240122_071625.jpg

Załącznik:
20240122_073536.jpg

Załącznik:
20240122_073540.jpg

Załącznik:
20240122_080810.jpg

Załącznik:
DSC03878.JPG

Załącznik:
DSC03879.JPG


Kończę tę notkę z Mekele, stolicy regionu Tigray, w którym jeszcze nieco ponad rok temu trwała wyjątkowo krwawa wojna domowa. Wjeżdżając do miasta ciężko było w to uwierzyć, ale ostatni tydzień spędziliśmy w dużo mniej rozwiniętych muzułmańskich regionach Etiopii, po których Mekele wydaje się metropolią. Na uwagę zwraca wyjątkowo duża liczba niedokończonych budów, ale przez dwa lata wojny domowej warunków ani materiałów do budowy czegokolwiek nie było. Mekele wydaje się tak normalnym miastem, że naprawdę trudno uwierzyć, że jeszcze kilkanaście miesięcy temu trwały tu walki.

Ale wojna dała o sobie znać. Zażyczyłem sobie zwiedzenia Muzeum Męczenników – memoriału poświęconego ofiarom tzw. Czerwonego Terroru. Wpuszczono nas do środka, ale zastaliśmy miejsce kompletnie zdewastowane. Muzeum w okresie okupacji przez wojska rządowe służyło za koszary, żołnierze palili tu ogniska, gotowali i spali. Przesłuchiwali również w okrutny sposób więźniów, o czym świadczą poniższe zdjęcia.
Załącznik:
20240122_151344.jpg

Załącznik:
20240122_153408.jpg

Załącznik:
20240122_153356.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#9 PostWysłany: 22 Sty 2024 22:21 

Rejestracja: 20 Sty 2014
Posty: 418
niebieski
Jeździcie z Solomonem, jak w zeszłym roku? Zainspirowała mnie Wasza zeszłoroczna relacja i z kumplem ruszamy Waszą trasą po Dolinie Omo oraz dokładamy do tego właśnie Danakil. Spotykamy się z Solomonem 29 stycznia rano :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 23 Sty 2024 11:51 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
@adamuto tak, znów z Solomonem. Wspominał o kolejnym tripie z Polakami i zastanawiałem się, czy to ktoś z forum :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 23 Sty 2024 22:19 

Rejestracja: 20 Sty 2014
Posty: 418
niebieski
Kumpel akurat z Pakistanu. Ale druga połowa grupy z PL :) Bawcie się dobrze. Też rozważam ET z rodziną za jakiś czas, ale muszę najpierw moje dziewczyny przekonać...
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 24 Sty 2024 12:50 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 8970
Loty: 1005
Kilometry: 967 124
platynowy
No ta ostatnia seria zdjęć z Dalolu jest po prostu obłędna.
Dobrze, że nikt mnie w tej chwili nie widzi, bo ciągle szukam szczęki, która mi wypadła po ich obejrzeniu.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 24 Sty 2024 17:43 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Niedostępne kościoły i klasztory

Wczoraj miałem tak słaby internet, że mimo starań nie mogłem zrobić wpisu. Za to dziś być może będą dwa, jeśli zdążę.

Wtorek o był długi dzień, chyba najdłuższy i najbardziej męczący podczas tej podróży. Wstaliśmy o 6.30, a w hotelu zameldowaliśmy się dopiero o 20.30. I podczas tak długiego dnia zwiedziliśmy tylko dwa miejsca. Ale za to jakie! Pierwszym z nich był Abuna Yemata Guh. Kościoły Wschodu lubowały się w tworzeniu świątyń w trudnych miejscach, ale Abuna Yemata Guh był chyba najbardziej niedostępnym z tych, które było mi dane do dziś widzieć. Aby się tam dostać, trzeba wspiąć się po niemal pionowej skalnej ścianie. Na szczęście lokalni mieszkańcy dorabiają sobie pomagając zwiedzającym i w tym przypadku oferowali uprząż, asekurację na linie i osobistą pomoc w najtrudniejszych fragmentach. Bez tej pomocy z naszej rodziny tylko ja byłbym w stanie się wspiąć, ale też nie czułbym się dobrze nie mając żadnej asekuracji. Zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób z lękiem wysokości, idzie się wąską półką, gdzie nie postawisz nawet obok siebie dwóch stóp, a fałszywy ruch kończy się upadkiem kilka metrów niżej. A przy kościele stoi się na skalnej półce bez barierki, gdzie spaść już można nie kilka, ale co najmniej kilkadziesiąt metrów w dół.


Załącznik:
20240123_105230.jpg

Załącznik:
20240123_111329.jpg

Załącznik:
20240123_111636.jpg

Załącznik:
20240123_113817.jpg

Załącznik:
20240123_113824.jpg

Załącznik:
20240123_114927.jpg

Załącznik:
20240123_121534.jpg

Nieco wyczerpani dotarliśmy w końcu na szczyt. Na szczęście to, co tam zastaliśmy, z nawiązką wynagrodziło wszelkie trudy. Abuna Yemata Guh zgodnie z tradycją został założony przez Abunę (Abbę) Yemata, jednego z tzw. Dziewięciu Świętych Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego już w V w. n.e. I właśnie z tego okresu pochodzą wspaniałe malowidła znajdujące się w malutkim kościele na skale. Przetrwały praktycznie nienaruszone przez piętnaście stuleci, a fenomen ich wspaniałego wyglądu interesuje naukowców z całego świata. W przybliżeniu tak samo stara jest trzymana tu Biblia z kartkami z koziej skóry. Tak unikalny egzemplarz obecny tu zakonnik ciągle wyjmuje i pokazuje zwiedzającym – rzecz nie do pomyślenia nigdzie w Europie.

Załącznik:
20240123_115053.jpg

Załącznik:
20240123_115109.jpg

Załącznik:
20240123_115143.jpg

Załącznik:
20240123_120107.jpg

Załącznik:
20240123_120303.jpg

Załącznik:
20240123_120335.jpg

Załącznik:
20240123_120509.jpg

Załącznik:
20240123_120535.jpg

Załącznik:
20240123_120630.jpg

Przy okazji – to już mój w sumie dwudziesty dzień w Etiopii, a dopiero pierwszy raz byłem we wnętrzu kościoła należącego do Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Tym samym odwiedziłem co najmniej po jednym egzemplarzu świątyni należącej do tzw. Kościołów orientalnych, tj. koptyjskiego, etiopskiego (wraz z erytrejskim), syriackiego, malankarskiego i ormiańskiego.

Po zejściu na dół było nam ciągle mało ekstremalnych wrażeń. To znaczy mnie i synowi, bo kolejny klasztor, do którego się udaliśmy, jest dostępny tylko dla mężczyzn. Mowa oczywiście o <b>Debre Damo</b>, który moim zdaniem może walczyć o tytuł najbardziej niedostępnego klasztoru świata. Debre Damo zbudowany został w VI w., a więc nieco później, niż Abuna Yemata Guh, i też jest przypisywany jednemu z Dziewięciu Świętych – tym razem Abunie Aregawi. Ów święty zgodnie z tradycją oglądał niedostępny szczyt górski i nie znalazł sposobu, aby się tam dostać. Z pomocą przyszedł mu zesłany przez Boga wąż, po którym jak po linie Abuna Aregawi wspiął się na górę i założył tam klasztor.

Dziś, aby się dostać do Debre Damo, nie trzeba korzystać z pomocy boskiej, choć niektórzy na pewno o nią wołają. Kluczowym fragmentem jest kilkunastometrowa, praktycznie pionowa ściana, po której należy wejść na górę (i oczywiście potem zejść w dół). Adepci wspinaczki pokonają ją bez problemu, dla pozostałych 99% populacji byłoby to niemożliwe. Stąd też chętni są przepasywani mocną liną do asekuracji ze skóry koziej lub bydlęcej, a w rękach trzymają grubą linę konopną, po której mają się wspinać. Trzymający linę asekuracyjną trochę pomagają ciągnąc delikwenta w górę, ale większość pracy musi wykonać on sam. Z dumą oświadczam, że udało mi się wejść, a z jeszcze większą dumą – że udało się to mojemu 11-letniemu synowi. Ale dziś nas obu solidnie bolą ręce i nogi.
Załącznik:
20240123_163239.jpg

Załącznik:
20240123_165735.jpg

Załącznik:
20240123_170343.jpg

Na szczycie góry jest rozległy kompleks, w którym mieszka około 300 osób. Wszystkie materiały po dziś dzień są dostarczane w ten sam sposób, czyli właśnie przez wciągnięcie na linie. Sam zresztą pomagałem wciągnąć na górę długi drewniany drąg – pracowało przy tym sześciu chłopa solidnie się pocąc, a drąg wcale nie był jakiś bardzo ciężki.

W centrum znajduje się oryginalny kościół z VI wieku, choć nie tak piękny jak ten z Abuna Yemata Guh, posiadający oryginalną drewniano-murowaną architekturę, starożytną Biblię czy malowidła z epoki.

Załącznik:
20240123_172753.jpg

Załącznik:
20240123_172829.jpg

Załącznik:
20240123_173200.jpg

Załącznik:
20240123_174532.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 24 Sty 2024 22:30 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Yeha, Aksum i trochę polityki

Pierwszy tydzień podróży stał głównie pod znakiem osobliwości przyrodniczych, z kolei w drugim mamy oglądać głównie monumenty historyczne. Etiopia to niezwykły kraj, w którym nie brakuje jednych i drugich, a dzisiaj sięgnęliśmy do samych początków jego państwowości.

Rozpoczęliśmy od Yehy, ośrodka najstarszej znanej cywilizacji etiopskiej, której początki sięgają VIII w. p.n.e. W Yeha znajduje się najstarsza stojąca do dziś budowla Afryki Subsaharyskiej – Wielka Świątynia poświęcona niegdyś Almaqahowi, bogowi księżyca. Świątynia została zniszczona w VI w. n. e., kiedy to na tych terenach niepodzielnie królowało już chrześcijaństwo, które, jak wiadomo, do niedawna bardzo nie lubiło konkurencji i aktywnie ją tępiło. Chrześcijanie nie przemienili całej świątyni w kościół, ale częściowo ją rozebrali aby zbudować własne miejsce kultu nieopodal. Obok znajdują się niedawno odkryte ruiny pałacu królewskiego.

Wielka Świątynia:
Załącznik:
20240124_085239.jpg

Załącznik:
20240124_085521.jpg

Załącznik:
20240124_090810.jpg

Kościół chrześcijański:
Załącznik:
20240124_090941.jpg

Ruiny pałacu królewskiego:
Załącznik:
20240124_092243.jpg


Jakieś 50 kilometrów od Yehy znajduje się Aksum, traktowane jako prawdziwa kolebka Etiopii, zarówno jeśli chodzi o władzę państwową, jak i religijną. Państwową, bo było to pierwsze wielkie królestwo na tych terenach, rozciągające się od dzisiejszego wschodniego Sudanu po przyczółki na Półwyspie Arabskim. Religijną, bo Aksum w IV w. przyjęło chrześcijaństwo, które do dziś jest dominującą religią w Etiopii. W Aksum znajduje się najważniejszy kościół Etiopii – Kościół Matki Bożej z Syjonu. W zasadzie są tam dwa kościoły pod tym wezwaniem – stary, z XVII w., oraz nowy, zbudowany z polecenia cesarza Hajle Sylasje w 1965 r. Ten stary znajduje się w obrębie klasztoru, a więc mogą tu wchodzić tylko mężczyźni. Nowy jest dostępny dla kobiet i mężczyzn. W zbudowanej pomiędzy nimi Kaplicy Tablic według tradycji etiopskiej znajduje się Arka Przymierza, przywieziona tu jakoby przez króla Menelika I, syna Salomona i królowej Saby. Do niej nie może wchodzić nikt poza mnichami. A tuż obok Kaplicy Tablic znajdują się ruiny najstarszej świątyni, pochodzącej jeszcze z IV w.

Ruiny najstarszego kościoła:
Załącznik:
20240124_110415.jpg

Nowszy z XVII w.:
Załącznik:
20240124_114240.jpg


I najnowszy z XX w.:
Załącznik:
20240124_114800.jpg

Załącznik:
20240124_115207.jpg


Niemal naprzeciwko kościoła znajdują się monumentalne ruiny z kilkoma niewiarygodnej wprost wielkości stelami. Największa, ważąca ok. 520 ton, zawaliła się (być może już w momencie wznoszenia, choć nasz przewodnik zdawał się wierzyć, że została celowo zniszczona), ale druga co do wielkości, 23 metrowa i ponad stutonowa, stoi do dziś, choć przez prawie 70 lat rezydowała gdzie indziej. Zajumali ją wojacy włoscy na polecenie Mussoliniego, w czasie krótkiej okupacji Etiopii. Zwrócona została dopiero w 2005 r.

Tuż obok znajduje się trzecia stela, nieco mniejsza od poprzedniczki, jak również ruiny grobowca królewskiego, przykrytego niegdyś ogromną jednolitą bryłą kamienną, ważącą ponad 300 ton. Podobnie jak w przypadku piramid egipskich, i w tym przypadku uczeni nie mają jednoznacznej odpowiedzi na pytanie jak udało się tak ogromne ciężary przetransportować i podnieść do góry.

Załącznik:
20240124_115755.jpg

Załącznik:
20240124_120010.jpg

Załącznik:
20240124_120448.jpg

Załącznik:
20240124_122508.jpg

Załącznik:
20240124_122704.jpg


Dopełniając listę zabytków Aksum warto wspomnieć jeszcze o niedawno odkrytym grobowcu królewskim, w którym znajduje się nieotwarty do dziś sarkofag, jak również o pałacu Dungur, nazywanym też pałacem królowej Saby – monumentalnej konstrukcji z III w. p.n.e.

Załącznik:
20240124_121333.jpg

Załącznik:
20240124_121633.jpg

Załącznik:
20240124_130022.jpg

Załącznik:
20240124_130247.jpg

Załącznik:
20240124_130437.jpg


Opuściliśmy Aksum i region Tigraj samolotem do Addis Abeby, gdzie śpimy. Lotnisko w Aksum zostało zniszczone w czasie wojny, stąd musieliśmy skorzystać z portu w Szirie. Lotnisko jest bardzo prowincjonalne, ale niezawodny Ethiopian dowiózł nas na miejsce bez problemu.
Załącznik:
20240124_164041.jpg

Załącznik:
20240124_164116.jpg

Załącznik:
20240124_164200.jpg

_____

Spędziliśmy w Tigraju nieco ponad dwa dni, przejeżdżając niemal cały region ze wschodu na zachód. Powtórzę się – to prawie nie do uwierzenia, że jeszcze kilkanaście miesięcy temu trwała tu krwawa wojna, która w ciągu zaledwie dwóch lat, według niektórych międzynarodowych szacunków, pochłonęła nawet 600 tys. ofiar śmiertelnych – dużo więcej niż wojna za naszą wschodnią granicą. A dziś Tigraj jest regionem, gdzie podróżuje się znacznie łatwiej niż w Afarze czy we wschodniej Oromii. W odróżnieniu od tych ostatnich w Tigraju prawie nie ma checkpointów. Konflikt ciągle się tli – Erytrea nie wycofała się z zajętych podczas wojny terenów, a dużo poważniej wygląda zatarg z Amharą o tzw. Strefę Zachodnią lub Mi’irabawi. Mimo wszystko Tigraj wydaje się obecnie bardzo bezpieczny, jedyne widoczne na pierwszy rzut oka ślady wojny to wybite szyby w oknach w niektórych miastach.

Kiedy się czyta o przyczynach konfliktu w Tigraju, trudno się połapać, o co chodziło. Wydaje się, że jedną z ważniejszych przyczyn jest słabnący wpływ Tigrajczyków na politykę federalnej Etiopii. Przez ostatnie trzydzieści kilka lat to oni nadawali ton etiopskiej polityce, od 2018 r., za czasów premiera Abiya Mahmeda Aliego, coraz więcej do powiedzenia mają mieszkańcy innych regionów, głównie muzułmanie. Abiy Mahmed ma na polskiej Wikipedii niemal laurkę, ale już angielska wersja językowa ocenia go dużo bardziej surowo. Nie jest też w kraju lubiany – niemal każdy z napotkanych przez nas Etiopczyków widziałby go poza urzędem (choć trzeba przyznać, że większość pytanych to chrześcijanie). Ale polityka równoważenia wpływów jednego regionu na rzecz innych jest w długim terminie chyba właściwa, choć póki co doprowadziła do niepotrzebnego rozlewu krwi.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 25 Sty 2024 19:11 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Lalibela

Rano skorzystaliśmy z faktu, że do samolot mieliśmy koło południa i zwiedziliśmy Etiopskie Muzeum Narodowe. Mogliśmy więc tym razem naprawdę odwiedzić Lucy, a przy okazji zaznajomić się z innymi wykopanymi na terenie Etiopii szczątkami praprzodków ludzi. Muzeum Narodowe nie jest duże, ale posiada chyba najlepszą na świecie kolekcję artefaktów dokumentujących ewolucję człowieka. Przypominam sobie ogromne, nowoczesne Museo de la Evolucion Humana w hiszpańskim Burgos, które ma interesującą wystawę, ale prawie żadnych oryginalnych szczątków. Nic dziwnego, że najlepsza kolekcja znajduje się w Etiopii, w końcu w tym kraju wykopano 70% szkieletów australopiteka i innych praludzi i chyba zasłużenie nosi tytuł „Kolebki Ludzkości”.
Załącznik:
20240125_090810.jpg

Załącznik:
20240125_090946.jpg

Po południu przemieściliśmy się do Amhary, regionu, w którym trwa stan wyjątkowy, godzina policyjna, a polskie (i nie tylko) MSZ radzi, żeby go natychmiast opuszczać. Ja jednak zawierzyłem przewodnikowi, który twierdził, że wszystko, co chcemy zobaczyć, jest w pełni wykonalne. Takim oto sposobem znaleźliśmy się w Lalibeli, najsłynniejszej chyba grupie zabytków Etiopii. Lalibeli specjalnie przedstawiać nie trzeba – to jedyne w swoim rodzaju wykute w skale XII/XIII-wieczne kościoły. Słowo „wykute” niewiele tu jednak mówi, bo kojarzymy je zwykle z czynnościami wykonanymi na pionowej skale. Tutaj zrobiono wszystko rozpoczynając od płaskiej przestrzeni, kościoły w Lalibeli tworzono więc z góry do dołu, literalnie wgryzając się w skałę, tworząc zrąb budynku, a dopiero potem wykuwając przestrzeń w środku. Jak twierdzi polska Wikipedia: „Istnieje szereg kościołów monolitycznych na całym świecie. Żadne z nich nie są jak kościoły etiopskie strukturami całkowicie wyodrębnionymi z bloków skalnych.” Nie wiem, czy tak jest rzeczywiście, ale niewątpliwie miejsce jest w skali świata unikalne. Nic dziwnego, że Lalibela została – wraz z 11 innymi miejscami – wpisana jako pierwsza na listę UNESCO w 1978 r.

Dziś odwiedziliśmy główną grupę kościołów, z najsłynniejszymi św. Jerzego oraz Bete Medhane Alem. Jutro rano druga grupa.

Załącznik:
20240125_163712.jpg

Załącznik:
20240125_163853.jpg

Załącznik:
20240125_164640.jpg

Załącznik:
20240125_165723.jpg

Załącznik:
20240125_150804.jpg

Załącznik:
20240125_151748.jpg

Załącznik:
20240125_152348.jpg

Załącznik:
20240125_152408.jpg

Załącznik:
20240125_152854.jpg

Załącznik:
20240125_153640.jpg

Załącznik:
20240125_154316.jpg

Załącznik:
20240125_154741.jpg

Załącznik:
20240125_155646.jpg

Załącznik:
20240125_160801.jpg

Załącznik:
20240125_161501.jpg


Na koniec dwie ciekawostki. Kierowca, który nas wozi po okolicy, pokazał nam zdjęcie z Grzegorzem Krychowiakiem, który odwiedził to miejsce rok temu.

A obecnie siedzimy grzecznie w hotelu, bo od 19.30 jest tu godzina policyjna. Poza tym żadnych innych oznak napięć czy niepokojów nie zauważyliśmy. A najlepszym potwierdzeniem tego faktu jest zorganizowana wycieczka francuskich emerytów, którą dziś spotkaliśmy w Lalibeli.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 25 Sty 2024 20:13 

Rejestracja: 07 Lut 2014
Posty: 799
niebieski
Wstęp, który ponoć wzrósł tam od niedawna z 50 do 100 USD od łba obowiązuje tam obecnie, czy tak?
Góra
 Relacje PM off  
 
#17 PostWysłany: 26 Sty 2024 05:04 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
@ciachu25 jest 100USD za dorosłego, 50 USD za dziecko >9 lat, córka ma 8 więc weszła za free. Akceptują jednak birr po oficjalnym kursie, więc po czarnorynkowym wychodzi tak koło 50 USD za dorosłego.
Góra
 Relacje PM off
marcino123 uważa post za pomocny.
 
 
#18 PostWysłany: 26 Sty 2024 09:33 

Rejestracja: 07 Lut 2014
Posty: 799
niebieski
A to całkiem jeszcze do przełknięcia, dzięki za wyjaśnienie.
Góra
 Relacje PM off  
 
#19 PostWysłany: 26 Sty 2024 20:06 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Lalibela cz. II i Gonder

Rano kontynuowaliśmy oglądanie kościołów w Lalibeli, tym razem z tzw. grupy południowej. Znajdują się tu cztery kościoły i rzeczywiście każdy z nich jest inny od siebie nawzajem i od tych z północnej części rzeczki Jordan. Największą atrakcją – przynajmniej z punktu widzenia córki – było przejście w całkowitej ciemności 25-metrowym tunelem z jednego kościoła do drugiego. Miało to symbolizować przejście z piekła do nieba.

Załącznik:
20240126_075857.jpg

Załącznik:
20240126_080919.jpg

Załącznik:
20240126_082707.jpg

Załącznik:
20240126_083628.jpg

Załącznik:
20240126_084709.jpg


Dziś zwiedzaliśmy kościoły z rana, w związku z tym trafiliśmy na poranne nabożeństwa, co dodatkowo podniosło autentyczność wizyty. Szkoda, że nie byliśmy tam tydzień wcześniej, podczas uroczystości Epifanii (Trzech Króli), która jest w Lalibeli obchodzona szczególnie uroczyście.
Załącznik:
20240126_080119.jpg

Załącznik:
20240126_080242.jpg

Załącznik:
20240126_083135.jpg

Załącznik:
20240126_083658.jpg

Z Lalibeli 30-minutowym lotem dostaliśmy się do Gonderu, aby obejrzeć trzecią stałą stolicę Cesarstwa Etiopii (pierwszą było Aksum, drugą Lalibela, po czym nastąpił okres, w którym stolice zmieniały się bardzo często). W końcu cesarz Fasilides, panujacy w latach 1632-1667, przeniósł stolicę do wysoko położonego Gonderu i wybudował tam pierwszy z pałaców, nazywany do dziś jego imieniem. Kolejni władcy mieli ambicje nie mniejsze, każdy z nich dobudowywał obok własny pałac, których w kompleksie stoją cztery. A oprócz tego jest tu biblioteka, sauna parowa czy klatki lwów etiopskich, zwierząt, które były symbolem cesarzy.

Kompleks wyraźnie przypomina stylem średniowieczne zamki europejskie, choć nasz przewodnik zarzekał się, że budowali go wyłącznie Etiopczycy. Z zewnątrz wygląda wspaniale, w środku jest dużo gorzej – nie pozostało nic oprócz gołych murów, ściany są pokryte ptasimi odchodami. Dodatkowo część dachów została zniszczona przez bombardowania Brytyjczyków podczas II wojny światowej (w kompleksie stacjonowali włoscy żołnierze). Mimo wszystko kompleks wygląda wspaniale, nie mając odpowiednika w Afryce Subsaharyjskiej. Wraz z innymi budynkami z okresu Fasil Ghebbi zostało wpisane na listę UNESCO już w 1979 r.

Załącznik:
20240126_142117.jpg

Załącznik:
20240126_143716.jpg

Załącznik:
20240126_143856.jpg

Załącznik:
20240126_144648.jpg

Załącznik:
20240126_145555.jpg

Załącznik:
20240126_145751.jpg

Załącznik:
20240126_150228.jpg

Załącznik:
20240126_150523.jpg


I te inne budynki koniecznie trzeba zobaczyć. Część z nich znajduje się poza Gonderem i na nie nie mieliśmy już czasu. Ale odwiedziliśmy wspaniały kościół Debre Berhan Selassje, z unikalnymi malowidłami na ścianach i na suficie. Szczególnie sufitowe malowidła aniołów nie mają swojego odpowiednika nigdzie indziej w Etiopii. Kościół niemal cudem nie ucierpiał podczas Powstania Mahdiego, kiedy to Sudańczycy zniszczyli niemal wszystkie kościoły chrześcijańskie w północno-zachodniej Etiopii. Podobno uchroniły go dzikie pszczoły, zesłane – jakżeby inaczej – przez samego Boga.
Załącznik:
20240126_154741.jpg

Załącznik:
20240126_155921.jpg

Załącznik:
20240126_155933.jpg

Załącznik:
20240126_155938.jpg

Załącznik:
20240126_155947.jpg

Załącznik:
20240126_160001.jpg

Na marginesie – im więcej zwiedzamy kościołów, tym większy niesmak u żony. Część z kościołów pozostaje w ogóle niedostępna dla kobiet, część – tak jak właśnie Debre Berhan Selassje – ma osobne wejścia gdzieś z boku, podczas gdy mężczyźni wchodzą wejściem głównym. Chciała nawet, abym w geście solidarności bojkotował te wyłącznie męskie miejsca. Przykładów dyskryminacji kobiet w kościele ortodoksyjnym jest więcej, m.in. kobieta podczas menstruacji nie powinna wchodzić do kościoła, chłopiec jest chrzczony po 40 dniach od urodzenia, dziewczynka po 80. Zaskoczeni? To sprawdźcie sobie poglądy św. Tomasza z Akwinu na temat wstępowania duszy w zarodek męski i żeński.

Zakończyliśmy zwiedzanie Gonderu na położonej nieco na uboczu Łaźni Fasilidesa. Kompleks jest niezwykle uroczy, a w okresie Epifanii (znów spóźniliśmy się o tydzień) w basenie zanurzają się tysiące wiernych. Dodatkowo pozytywne wrażenie potęguje okalający basen mur, którego współistnienie z okolicznymi drzewami jako żywo przypomina Angkor.
Załącznik:
20240126_162647.jpg

Załącznik:
20240126_162819.jpg

Załącznik:
20240126_162831.jpg

Załącznik:
20240126_163125.jpg

Załącznik:
20240126_163256.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 28 Sty 2024 12:43 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 495
złoty
Na początek krótki update - wulkan Erta Ale, widziany przez nas tydzień temu, 4 dni później widowiskowo wybuchł, wylewając strumienie lawy. Turyści, którzy tam przebywali, mieli niebywałą frajdę.

Góry Simien, podsumowanie, porady praktyczne

Rano tradycyjnie czekała nas pobudka chwilę po 6:00, bo już o 7:00 wyjeżdżaliśmy. W Debark, siedzibie Parku Narodowego Gór Simien, byliśmy już o 9.00, w samym parku – godzinę później. Zgodnie z planem trekking miał być krótki, a wyszedł jeszcze krótszy niż przewidywaliśmy, ale o tym za chwilę. W każdym razie nawet podczas dwugodzinnego trekkingu powinniśmy mieć możliwość zobaczenia endemicznego dla tego regionu gatunku – dżelady brunatnej, bardzo ładnej małpy z rodziny koczkodanowatych. Tymczasem nic z tego – dżelady nigdzie nie było, co podobno zdarza się rzadko. Podziwialiśmy za to naprawdę wspaniałe widoki, z których słynie ten park.

Załącznik:
20240127_074317.jpg

Załącznik:
20240127_074322.jpg

Załącznik:
20240127_102909.jpg

Załącznik:
20240127_103227.jpg


Na szczęście parę minut po tym, gdy odtrąbiliśmy już powrót do Debark, pojawiło się stado dżelad – dokładnie w tym miejscu, w którym zaczynaliśmy trekking. Gonił nas czas, więc ruszyliśmy żwawo ku dżeladom – zbyt żwawo, na wysokości 3200 metrów takie rzeczy nie kończą się dobrze u osób, które mieszkają na nizinach. Potem przez większość dnia źle się czuliśmy. Ale widok był tego warty – małpy są wspaniałe, pozwalają podchodzić do siebie bardzo blisko. Przewodnik zapewniał, że nic nam nie grozi, ale raz jedna z samic podeszła zbyt blisko do żony, po czym samiec z dziką furią ruszył do ataku. Raczej żeby przestraszyć niż ugryźć, ale widok na oko 30-kilowego samca z 10-centymetrowymi kłami sprawił, że żona nieźle się przestraszyła. Samca odgoniliśmy i już po chwili wszystko wróciło do najlepszego porządku.

Załącznik:
20240127_112653.jpg

Załącznik:
DSC03884.JPG

Załącznik:
DSC03885.JPG

Załącznik:
DSC03893.JPG

Załącznik:
DSC03899.JPG

Załącznik:
DSC03900.JPG


Jeszcze przed wjazdem do Simien usłyszeliśmy złe wiadomości, które zaważyły na naszym planie i spowodowały tak wielki pośpiech. W piątek wieczorem nad północno-zachodnią Etiopię przywiało pył znad Sahary, w związku z czym powietrze stało się mocno nieprzezroczyste. Poranny lot z Addis do Gonderu został odwołany. Nasz lot miał być tuż przed 17.00, a w nocy mieliśmy wsiadać w samolot powrotny do Polski. Liczyliśmy na poprawę pogody, ale nic z tego – pył jak wisiał, tak wisiał. Zaczęło się nam robić gorąco – ominąć lot powrotny oznaczało zapłacić za naszą czwórkę jakieś 10 tys. zł za nowy bilet. Lądem się nie dało – granica między Amharą a Oromią jest zamknięta z uwagi na stan wyjątkowy w Amharze. Sprawdzaliśmy na najbliższym lotnisku w Bahir Dar, ale tam też wszystkie poranne loty zostały odwołane. Koło 14.00 dojechaliśmy do lotniska w Gonderze, ale było zupełnie zamknięte – nie było szans na jakiekolwiek loty w tym dniu, a być może też w następnym.

Co tu robić? Bez większych nadziei na cokolwiek postanowiliśmy pojechać do Bahir Dar i tam spróbować szczęścia. Tylko że do Bahir Dar były 3 godziny drogi, a odwołane loty poranne nic dobrego nie wróżyły. Dodatkowo nie działał Internet – z uwagi na stan wyjątkowy można go używać tylko przez stałe łącza.

Była już 17.00, kiedy nasz przewodnik przypadkowo trafił na informację, że lot popołudniowy z Addis do Bahir Dar został zrealizowany. Lot powrotny był zaplanowany na 18.15, ale miał być w pełni zajęty. Poza tym mieliśmy jeszcze prawie godzinę do lotniska. Trzeba było jednak spróbować. Kierowca nacisnął na gaz i o 17.45 byliśmy na miejscu. Tam trochę niepewności, ale ostatecznie się udało! Jako niemal ostatni wsiedliśmy do samolotu i odetchnęliśmy z ulgą. Na szczęście lot nie był w pełni zabukowany, nawet było jeszcze kilka wolnych miejsc, co nas uratowało. Ale był to najbardziej męczący i stresujący dzień całego wyjazdu.

__________

Pora na krótkie podsumowanie Etiopii. Ktoś, kto uważnie czytał moje wcześniejsze wpisy może się domyślić, że kraj bardzo nam się spodobał. Jako jeden z nielicznych w Afryce ma do zaoferowania zarówno piękną przyrodę, pomniki historii, jak i zróżnicowanie kulturowe. Ludzie są w zdecydowanej większości przyjaźni i nienachalni.

Po raz drugi skorzystałem z usług Solomona Bekele - solbekele16@gmail.com, +251916873322. Sol to rewelacyjny przewodnik, podejście w 100% nastawione na zadowolenie klienta, nawet w najbardziej nietypowych życzeniach. Dałem mu trochę czelendżu, życząc sobie odwiedzić miejsca, w których jeszcze nigdy nie był, i wywiązał się z zadania znakomicie.

Garść praktycznych informacji:

Z perspektywy turysty kraj wyłącznie gotówkowy. Można płacić kartą, ale jest to skrajnie nieopłacalne, bo oficjalny kurs birr to 56 za dolara, a czarnorynkowy – podobno nawet 120. Ja wymieniłem większą sumę przez przewodnika po przeliczniku 100 birr za dolara. Króluje dolar, choć podobno można wymienić też euro. Im większy nominał, tym lepiej. Największy nominał birra (przynajmniej taki, jaki widziałem) to 200, a więc jakieś 8 zł – przygotujcie się więc na wypchany portfel.

Drogi są w większości w dobrym lub niezłym stanie, przez co poruszać się można w miarę sprawnie. Warto skorzystać z lotów wewnętrznych – Ethiopian to szanowana i dobra linia. Ceny biletów są niskie biorąc pod uwagę czarnorynkowy kurs (jakieś trzydzieści kilka USD za odcinek). Ale znowu – aby skorzystać z tego kursu trzeba mieć na miejscu kogoś, kto kupi nam bilety. Podczas zakupu biletów deklarujemy, że przylecieliśmy do Etiopii właśnie Ethiopianem i wtedy bilet jest 50% tańszy. My przylecieliśmy Turkishem, ale nasz przewodnik zapewniał, że nikt nigdy tego nie sprawdza. I tak było rzeczywiście.

Przy czarnorynkowym kursie kraj jest tani. Obiad to średnio jakieś 300 birr (w dużych miastach do 500), piwo 70-100, lepsze hotele dla 4 osób mogą kosztować do 3000-4000 birr (w małych miastach zapłacicie nawet 1000-2000).

Tym razem nie kupowałem karty SIM, ale podobno nie ma z tym problemu i cenowo wychodzi taniutko. W większości hoteli był internet. W regionie Amhara z uwagi na stan wyjątkowy internet komórkowy nie działa.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo – w regionie Amhara jest kilka miejsc (na szczęście nie tych turystycznych), gdzie przewodnik nie rekomendował jazdy samochodem nawet w dzień. Dlatego też w większości poruszaliśmy się tam samolotami, choć widziana przez nas wycieczka emerytów z Francji problematyczną trasę Lalibela-Gonder pokonała autobusem.

Nierekomendowany do poruszania się samochodem w nocy jest region Oromia, w szczególności jego wschodnia część. Tigraj, gdzie do niedawna trwała wojna, jest bezpieczny, podobnie jak Afar.

Atrakcja przyrodnicza numer jeden, czyli Kotlina Danakilska, jest obecnie dostępna tylko rozpoczynając z Semery. Skończyć można w Mekele, ale nie można zrobić trasy odwrotnej (początek w Mekele, koniec w Semerze), bo Afarowie nie zgadzają się, żeby kasa za permity szła do innego regionu (Mekele jest w Tigraju). Ponoć mają się dogadać, ale na razie jest jak jest.

Jeść dają całkiem dobrze, choć przy posiłkach dla dzieci trzeba było wyraźnie podkreślać, żeby nie było ostre. Nawet kids menu było czasem nie do przełknięcia dla naszych dzieci z uwagi na dużą ilość chili i innych przypraw. Porcje są zwykle bardzo duże, dzieci rzadko jadły swoje, a nawet i dorośli mieli problemy ze zjedzeniem całego dania.

Trzeba się przygotować na ekstremalne różnice temperatur. W Danakilu nawet w najzimniejszym miesiącu potrafi być +40, w górach Simien czy Bale temperatura mogła nieznacznie przekraczać 0 stopni.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
9 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 20 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group