Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 3 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 02 Wrz 2016 13:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 224
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Dzień dobry wszystkim!

W końcu mamy chwilkę na udostępnienie całej naszej opowieści Nowej Zelandii. Oj, a działo się. Po Południowej Wyspie zrobiliśmy ponad 7000 km autem, zwiedzaliśmy prawie dwa miesiące, odwiedziliśmy mnóstwo darmowych kempingów, spaliśmy w aucie, wspinaliśmy się na szczyty i wiele innych ciekawych rzeczy. :) Później spędziliśmy ponad miesiąc na Północy, gdzie rozpoczęła się nasza przygoda z jachtostopem, ale o tym poniżej...

Zapraszamy serdecznie do lektury, co na tej bardzo, bardzo dalekiej ziemii piszczy. Dla niecierpliwych link do wideo relacji oraz zdjęć na końcu wpisu - *. :)

Cytuj:
Opowieść o tym, co odkryła przed nami południowa wyspa Nowej Zelandii przez ponad miesiąc podróży na przełomie lata i jesieni. Góry, jeziora i łąki nie znikały nam z oczu. Czuć w powietrzu wolność i siłę natury. Choćbym użyła tysiąca epitetów opisujących to, co zobaczyliśmy, bez zdjęć przekaz byłby marny. Oto pierwsza część przygody, w której towarzyszyła nam para przyjaciół i tnąca jak żyleta Honda Orthia.

Christchurch

5 marca, wcześnie rano przylecieliśmy do Christchurch – największego miasta południowej wyspy zielonej krainy. Zdążyliśmy jeszcze dospać godzinkę na lotnisku, zrobić zakupy, zjeść bagietkę z szynką na śniadanie i nadal cały dzień był przed nami. Złapaliśmy stopa do centrum, gdzie miły właściciel restauracji zgodził się przechować nasze plecaki. Spacer ulicami Christchurch był dla nas trochę szokujący. Miasto wydało się brzydkie, a mówili, że jest tak pięknie. Brzydkie, bo wszędzie dookoła cały czas naprawiane są skutki tragicznego trzęsienia ziemi z 2011 i 2012 roku. Ciężko jest zrobić zdjęcie, na którym nie ma rusztowania, ściany zabezpieczającej albo zawalonego budynku, którego na razie nikt nie rusza. Nie mówię tego z wyrzutem, tam jest po prostu smutno jak się pomyśli, że człowiek nie może nic zdziałać przeciwko sile natury. Ucieczką od konstrukcji jest pójście do parku botanicznego, gdzie można szwendać się do woli w przyjemnym dla oka i duszy otoczeniu.

Katedra w Christchurch
Image

Ponieważ nie mieliśmy zaplanowanego noclegu na nadchodzącą noc, kierowaliśmy się w stronę miastowego kempingu. Musieliśmy jednak najpierw odebrać nasze plecaki. Pracująca tam dziewczyna wiedziała o co chodzi, ale żartując powiedziała, że ich nie ma, że sprzedała. Podłapaliśmy jej dobry humor:

- No to nie mamy namiotu, śpimy tutaj!
- Możecie spać u mnie.

Być może i to powiedziała żartem, ale jak usłyszała, że zamierzamy iść na miastowy, darmowy kemping, nie wiadomo czemu zaświeciła się jej lampka i nie pozwoliła nam tam spać, zaprosiła do siebie.

Czekaliśmy w restauracji aż Nav skończy pracę. Klient nasz pan, musiała czekać aż ostatni goście zdecydują się wyjść o północy. Byliśmy bardzo zmęczeni długim dniem po nocnym locie, a w mieszkaniu parki Hindusów czekała na nas pizza i wygodne łóżko. :) Nav i jej chłopak okazali się niesamowicie dobrymi, młodymi ludźmi. Bardzo pozytywnie opowiadali o swoim kraju i o tym jak wiele zawdzięczają rodzicom. To dzięki nim mogli studiować w Nowej Zelandii i teraz starać się o status obywatela.

Hinduscy nowi znajomi
Image

Rano pojechaliśmy razem z Nav do pracy, gdzie jeszcze raz zostawiliśmy plecaki i poszliśmy zwiedzić muzeum – Canterbury Museum. Nie spodziewaliśmy się, że jest ono tak ogromne! Spędziliśmy tam trzy godziny, a i tak pominęliśmy mniej interesujące nas wystawy. Muzeum składa się z kilkunastu części przedstawiających przeróżne, często niezwiązane ze sobą tematy. Były ptaki kiwi, pająki Nowej Zelandii, historia i sposób życia rdzennych ludzi – Maori, ubiory zmieniające się na przestrzeni lat, makiety dawnych ulic z realnie wyglądającymi sklepami. Najbardziej jednak podobała nam się wystawa o pierwszych podbojach Antarktydy. Nowozelandczycy pragnęli dopłynąć tam jako pierwsi i mieli spore szanse. Po dotarciu do celu okazało się, że Norwegowie pojawili się tam dosłownie kilka dni wcześniej.

Gorąco polecam odwiedzenie Canterbury Musem, nawet tym, którzy nie mają w zwyczaju zaglądania do takich miejsc. Wejście jest bezpłatne, chętni mogą wrzucić piątaka w darowiźnie.

Chociaż w samym Christchurch nie bardzo było co więcej zwiedzać, zostaliśmy tam jeszcze kilka dni, w międzyczasie odwiedzając piękne, portowe, francuskie miasteczko Akaroa. Zamieszkaliśmy u chrześcijańskiej rodziny z Couchsurfingu i czekaliśmy na przyjazd Adama i Asi, którzy zmierzali w naszym kierunku z północnej wyspy i razem mieliśmy podróżować przez najbliższe kilka tygodni. Wszyscy na ten czas zrezygnowaliśmy z autostopowego trybu i zdecydowaliśmy się wynająć samochód. Ceny na trzy tygodnie okazały się kosmiczne, więc zainteresowaliśmy się kupnem. Z wielką ostrożnością i lekkim stresem weszliśmy w posiadanie dwudziestoletniej Hondy, którą sprzedawał chłopak mieszkający pięć minut drogi od nas. Ależ to było ekscytujące :)

Czwórka wspaniałych rozpoczyna podbój południowej wyspy

Następnego dnia byliśmy umówieni z Adamem i Asią, więc pomknęliśmy do Picton odebrać ich z promu. Po drodze zrobiliśmy sobie przerwę w miejscowości Kaikoura, gdzie podglądaliśmy wygrzewające się w słońcu foki.

Już pierwszego dnia Honda Orthia została ochrzczona i zabrała autostopowicza. Od tamtej pory zabieraliśmy każdego, kogo mogliśmy. W końcu mieliśmy okazję się odwdzięczyć za te setki podwózek do tej pory. Co prawda od Picton była już nas zawsze czwórka w aucie i pełniutki bagażnik, ale nie stanowiło to przeszkody.

Adam z Asią nieco zdziwili się na widok samochodu. Z wypożyczalni taki stary, ze drapanym lakierem? Niespodzianka, mimo pewnych podejrzeń, udała się i radości ze wspólnej zdobyczy nie było końca.

Czwórka wspaniałych
Image

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od fiordów na północ od Picton. Jechaliśmy, każdy na zmianę prowadząc, wzdłuż drogowych, krętych serpentyn, w górę i w dół. Widoki wynagradzały czasowe mdłości.

Marlborough
Image

Po zrobieniu zapasów jedzenia na dłuższy czas, kierowaliśmy się na północny zachód. Pierwszym celem było zobaczenie Waikoropupu Springs, czyli największego źródła wody w kraju. Zbiornik mieni się różnymi kolorami w zależności od padającego słońca.

Dotarliśmy też do miejsca położonego najdalej na północ na wyspie. Jest to przylądek Farewell. Żeby dobrze zobaczyć bezkres oceanu, wodę uderzającą o rzeźby skalne i bawiące się foki, najlepiej wspiąć się na szczyt pagórka. Można stamtąd też dojść wyznaczonym szlakiem do plaży. My zrobiliśmy tylko jego fragment, bo musieliśmy wrócić na ten sam parking po samochód.

Przylądek Farewell
Image

Wieczorem zajadaliśmy na kolację małże złapane na plaży. Adam nauczył nas gdzie ich szukać i jak je potraktować, żeby nadały się do jedzenia. Panowie rozpalili ognisko, które równie szybko zgasili, żeby nie robić problemów. Małże z ognia smakują najlepiej. Do tego suchary, cebulka i głodnym się spać nie idzie. :)

Abel Tasman National Park

Kempingowaliśmy niedaleko Parku Narodowego Abel Tasman. Zaplanowaliśmy przejście jednego, całodniowego szlaku biegnącego w północnej części Parku. Można udać się też w kilkudniowy i wykupić miejsca kempingowe przygotowane na trasie. Zakładamy zazwyczaj, że orientacyjny czas przejścia szlaku podany na tabliczkach jest zawyżony. Nie przewidzieliśmy tylko, że zaskoczą nas takie piękne widoki, że stracimy rachubę czasu. Generalnie trasa prowadzi przez las, więc mało co widać, ale w pewnym momencie przechodzi się przez kilka miejsc niespodzianek. Mało kto spodziewa się w Nowej Zelandii cudownych, rajskich plaż. Właśnie takie znaleźliśmy.

Park Narodowy Abel Tasman
Image

Nelson Lakes National Park

Kiedy dotarliśmy do kolejnego Parku Narodowego – Nelson Lakes National Park, nie mogliśmy oczom uwierzyć. Jezioro Rotoiti ze słynnym pomostem i górami w tle do końca podróży zostało moim ulubionym miejscem. Spędziliśmy tam całe popołudnie, słońce nam przyświecało. Złudne to słońce, bo woda w jeziorze była mrożąca. Udało mi się wejść i wyjść, ale chłopakom nie straszne były skoki z pomostu. Po takim zahartowaniu mieliśmy niezły ubaw nawet pod lodowatym prysznicem (jeśli można tak nazwać polewanie się wodą ).

Niesamowicie było obserwować jak zmienia się krajobraz wraz z zachodzącym słońcem. Patrzenie na góry przy wschodzie i zachodzie nigdy się mi nie znudzi.

Jezioro Rotoiti
Image

Mieliśmy to szczęście, że na terenie Parku znajduje się bezpłatne pole namiotowe. To było jedno z najlepszych miejsc, w jakich przyszło nam rozkładać namioty i wychodzić z nich rano z wielkim bananem na twarzy. Wiem, że to brzmi banalnie, ale Nowa Zelandia to są po prostu cudne, niezapomniane kadry, których nie da się ująć na zdjęciach tak jakby się chciało. Pozostaje je zapamiętać.

W tym samym Parku Narodowym pozostało nam do odwiedzenia jeszcze jedno jezioro, o podobnej nazwie, Rotoroa. Tam niestety pogoda nie pozwoliła nam delektować się widokiem.

Pancakes Rock

Przemieszczając się dalej na południe zachodnim wybrzeżem, zatrzymaliśmy się w małej wiosce Punakaiki, gdzie tłumy turystów przybywają, żeby oglądać różnokształtne, naturalne rzeźby ze skały wapiennej. Nazwane zostały one Pancakes Rock, czyli w tłumaczeniu skały naleśniki. Podobno kształtem przypominają ogromne naleśniki. Nie powiedziałabym, pozostawiam każdemu wolną wyobraźnię.:) Największy zachwyt budzą nie same kształty, ale to, jak wzburzona woda oceanu zachowuje się uderzając o nie. Zwłaszcza, kiedy jest uwięziona pomiędzy wapiennymi tworami. Nie chciałabym się tam w dole znaleźć, o nie! A Wam co przypomina ten kształt na drugim planie?

Pancakes Rock
Image

Hokitika

Tego dnia dotarliśmy do miasta, które odegrało bardzo ważną rolę w naszej podróży po południowej wyspie. Nie żeby coś się tam pamiętnego stało, ale tak się zdarzyło, że wracaliśmy do Hokitiki kilkakrotnie. Czasem celowo, czasem przypadkiem. Chyba przyciągała nas ta dźwięcznie brzmiąca nazwa.

W pobliżu miasteczka znajduje się słynny wąwóz – Hokitika Gorge. Chociaż w dalszej podróży przez wyspę spotkaliśmy jeszcze wiele wód o różnym kolorach, tej niebieskiej barwy nie pokonało nic.

Hokitika Gorge
Image

Czasem zwykłe miejsca są niezwykłe, jeśli się w nich znajdzie w odpowiednim momencie. Wieczór spędziliśmy nad oceanem. Przycupnęliśmy sobie na skałach i zachwycaliśmy się zachodzącym słońcem zajadając ciepłego „pie” z supermarketu.

Pie to popularna nowozelandzka przekąska, której nazwy nie jestem w stanie przetłumaczyć. Wyjaśnianie czym jest może dać efekt niekoniecznie zamierzony, ale spróbuję. Pie to taka duża babeczka z ciasta francuskiego, ale przykryta wieczkiem też z ciasta. Środek wypełniony jest mięsnym, gęstym sosem. Przepis jest dla mnie jeszcze sekretny, bo zadziwiające jest to, że sos nie zmiękcza ciasta ani nie przedostaje się na zewnątrz.

Pie w Hokitika
Image

Po zachodzie Asia zaprowadza nas do tajemniczej groty, gdzie odpoczywają miliony świetlików. Trzeba przejść kilkanaście metrów w kompletnej ciemności (w dzień nie ma sensu), żeby później ucieszyć się jak dziecko ze święcących wkoło małych punkcików. Jakby ktoś szukał miejsca na randkę, to bardzo polecam. :)

Niestety w pobliżu Hokitiki nie udało nam się znaleźć żadnego bezpłatnego kempingu. Krążąc po okolicy zapytaliśmy właściciela domu z ogromną, pustą działką porośniętą trawą czy użyczyłby nam kawałka ziemi na jedną noc. Pan chwile się zastanowił, przedyskutował temat z żoną i… zgodził się pomóc czwórce młodych wędrowców. :)

Atrakcje wokół Hokitiki jeszcze się nie skończyły. Chociaż Nowa Zelandia słynie z pięknych gór, ogromne wrażenie robią na mnie tutejsze jeziora. Kolejnym z nich było jezioro Kaniere. Na brzegu przeźroczyście czystego zbiornika stała wysoka, drewniana ławka skierowana przodem do wody. Wyryto na niej napis dedykujący tą ławkę Mamie.

Jezioro Kaniere
Image

Nie wspominałam jeszcze o wodospadach. Nie trzeba ich tu ze świecą szukać. W okolicy zobaczyliśmy wodospad Dorothy Falls. A na obiad zatrzymaliśmy się nad jeziorem Mahinapua.

Ponieważ podczas tej podróży wszyscy nastawiamy się na cieszenie się życiem, urządziliśmy sobie ucztę z pięknym widokiem. Ja z Asią przygotowałyśmy jajecznicę i kanapki a Adam z Piotrkiem zaopiekowali się naszymi namiotami. Po każdej nocy rozkładamy je w słońcu, żeby wyschły. Nawet jeśli nie padało, tropiki są mokre od rosy albo skroplonego powietrza.

Jeśli mowa już o jeziorach, nie mogłabym pominąć jeziora Lake Brunner (położonego bliżej miasta Greymouth). Jest w nim coś cudownego, sami zobaczcie. A najbardziej niezwykłe w tym wszystkim, jest to, że nie spotkaliśmy tam żadnych innych turystów.

Jezioro Brunner
Image

Ponieważ w Nowej Zelandii bezpłatnych kempingów jest pod dostatkiem, właśnie z nich korzystamy. Jest to zazwyczaj puste pole trawy z toaletą. O prysznic musimy zadbać sami, więc korzystamy z uprzejmości regularnych kempingów, gdzie za drobną opłatą możemy się umyć. Jeśli nie jest drobna, szukamy gdzieś indziej. ;)

Hokitika zaoferowała nam lepszą opcję. Łącząc przyjemne z pożytecznym, kupiliśmy za 5 dolarów nowozelandzkich wejściówkę na basen z nieograniczonym czasem. Tyle czasami wołają właściciele kempingów za sam prysznic, więc wyszliśmy na tym tylko dobrze. Trochę sportu nikomu nie zaszkodziło :)

Odkąd rozpoczęliśmy codzienne kempingowanie minął tydzień, nadszedł czas na pranie. Zadomowiliśmy się w pralni miejskiej na godzinkę, dwie albo trzy. Łapiąc internet z pobliskiej biblioteki mogliśmy nadrobić zaległości, zgrać i posegregować zdjęcia oraz filmy.

Zmiana planów

Tak, jak do tej pory pogoda nam cały czas sprzyjała, tak teraz prognozy nie są zbyt optymistyczne. Przecież nie staniemy w miejscu, musimy w końcu wyjechać z tej Hokitiki, Kolejnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę na południe. Deszcz zalewał szyby, wycieraczki nie nadążyły zbierać wody. Wyobraziliśmy sobie łapanie stopa w takich warunkach i poczuliśmy luksus, jaki nam daje samochód. Przed nami najważniejsze szczyty do zdobycia i taka pogoda? Kolejne kilka dni ma padać. Nie mogliśmy walczyć z nowozelandzką naturą. Mogliśmy jednak uciec. Postanowiliśmy zawrócić z planowanej trasy na południe i kierować się na wschodnie wybrzeże. I tym sposobem znowu zawitaliśmy w naszej kochanej Hokitice.

Deszcz przeczekaliśmy w bibliotece, a na koniec dnia skusiliśmy się na „Fish & Chips” (ryba z frytkami) – kolejne, bardzo popularne w Nowej Zelandii jedzenie. Za 6 dolarów można zjeść wielką górę frytek i duży filet rybny. Wszystko jest smażone w głębokim oleju, to po prostu tradycyjny, tutejszy fastfood.

Arthur's Pass

Żeby dostać się z Hokitiki na wschodnie wybrzeże trzeba przejechać przez Park Narodowy Arthur's Pass. Zatrzymaliśmy się w nim na trzy dni, żeby zdobyć kilka szczytów. W sumie pokonaliśmy pięć szlaków. Niestety, najtrudniejszy, Avalanche Peak – 1833m, przyszło nam przemierzyć w niezbyt dobrej pogodzie. Trzy godziny wspinaczki, pewnie drugie tyle na zejście. Szliśmy po zdradliwych, mokrych korzeniach drzew i śliskich skałach. Cały czas nie traciliśmy nadziei, że w końcu uda nam się wyjść z mlecznej mgły i zobaczyć ten zasłużony, cudny widok z góry. Radość i satysfakcja z dotarcia do celu jak zwykle była ogromna, zwłaszcza po tak dużym wysiłku. Miła była świadomość, że obracamy się w chmurach. Widok skalistych szczytów jednak nie dla nas tym razem. (Przysłowie „bujać w obłokach” nabrało nowego znaczenia. - przyp. Piotrek :) )

Avalanche Peak
Image

Innym ciekawym celem był Bealley Spur Hut. Spakowaliśmy namioty, śpiwory oraz trochę jedzenia na obiad i śniadanie. Nadchodzącą noc spędziliśmy wysoko. Zakładaliśmy nocleg w przygotowanej dla wędrowców chatce, jednak wszystko było w niej przesiąknięte ostrym zapachem dymu. Na szczęście zabraliśmy nasze małe, przenośne domy, w razie gdyby chatka była już zajęta przez innych podróżnych. Okazało się, że na tą noc nie zostawał tam nikt. Mieliśmy całe góry dla siebie. Wieczorem wygrzewaliśmy się w ciszy, przy ognisku, a rano pobiegliśmy za mały las, żeby zobaczyć kolorowy wschód słońca. Obrazek niczym z Króla Lwa.

Bealley Spur Hut
Image

Noc niestety nie była tak miła, jak się spodziewaliśmy. Obudziliśmy się wściekli, bo cały czas ptaki skubały nam namioty. Te piękne, śliczne, popularne ptaki Kea, które wszyscy chętnie fotografują, zostały przez nas znienawidzone raz na zawsze. Namiot na szczęście był cały. Ptaki przedziurawiły za to matę, którą kładziemy pod namiot i ukradły mi buta. Żeby tego było mało, cały tropik musieliśmy czyścić z ptasich gówienek. But się znalazł, nie mogły go daleko ponieść, ale przedziurawić już tak. Błagam wszystkich, którzy uwielbiają karmić ptaszki. Przestańcie! To są dzikie zwierzęta, człowiek nie powinien ingerować w ich życie. Niech sobie same szukają jedzenia, na pewno potrafią. Niech nie jedzą później cudzych plecaków, namiotów i butów.

Christchurch ponownie - Orthia zdaje swój egzamin

Nadszedł wielki dzień dla naszej Orthii. Co za radość, kiedy przeszła z nami przegląd. Nie, żebyśmy w nią nie wierzyli, ale nie była jeszcze badana przez mechanika od czasu zakupu. Działa jak w zegarku. Zgubiliśmy tylko korek od baku paliwa, ale szybko kupiliśmy nowy. :) Nie zabawiliśmy w mieście za długo. Sprawdziliśmy auto, zrobiliśmy zakupy, pranie i pomknęliśmy dalej na południe.

Uzupełnieniem relacji są zdjęcia w naszej galerii.

Jezioro Rotoiti
Image

Aoraki, czyli Mount Cook

Wielkimi krokami zbliżaliśmy się do Mount Cook – najwyższego szczytu Nowej Zelandii. Przedtem jednak dane nam było zjeść wielkanocne jajko na kempingu nad pięknym jeziorem Opuha i zobaczyć słynny kościółek z błękitnym jeziorem Tekapo w tle. To miejsce ocenione zostało jako najlepsze na świecie do obserwowania gwiazd. Nie wiem jakie kryteria brano pod uwagę. Sami nie sprawdziliśmy czy to prawda, bo wieczorem trafiło nam się zachmurzone niebo. Pięknie i przejrzyste było za to w dzień, kiedy na o oglądaniu gwiazd można pomarzyć.

Jak pisałam wcześniej, jeziora w Nowej Zelandii zasługują na dużo uwagi ze względu na to, że są po prostu małymi cudami natury. Kolejną noc spędzamy nad jeziorem Pukaki, które staje się naszym miejscem wylotowym do Mount Cook - najwyższej góry w Nowej Zelandii.

Jezioro Opuha
Image

Droga do Mount Cook
Image
Każdy kto przyjeżdża w to miejsce mówi, że idzie na Mount Cook. Samego Mount Cook się nie zdobywa. No chyba, że w wielkiej eskapadzie z oprzyrządowaniem wspinaczkowym - szczegółów nie znam. Pokonuje się za to kilka innych szlaków, z których można zobaczyć lodowce.

My zaczęliśmy wspinaczkę od Mueller Hut Track. Oj ciężko, ciężko było. Chociaż pogoda dopisała idealnie, od samego początku walczyłam z własną głową, która co chwile powtarzała „nienawidzę schodów”. Przed nami był ponad 2000 schodów, a później jeszcze wspinaczka po skałach. Na szczęście mam dzielnego męża, który nie przestaje mnie motywować. W końcu przeszłam przez granicę, po której było już tylko przyjemnie. Bariery istnieją tylko w naszych głowach. To nie był przecież najtrudniejszy szlak. Nawet wchodzenie po wielkich kamieniach nie było mi już straszne. Właściwie zawsze kamienie są mi mniej straszne, niż schody. (Do dziś nie wiem czemu – przyp. Piotrek ) :). A widoki? Kto by nie chciał popatrzeć na lodowiec, samemu będąc grzanym przez gorące słońce.

Wejście zajęło nam około czterech godzin. Na szczycie znajdowało się schronisko dla tych, którzy decydują się zostać na noc. My mogliśmy tam odpocząć, schować się od wiatru i zjeść drugie śniadanie. Droga w dół szła już szybciej, zawsze powroty są łatwiejsze.

Szlak Mueller Hut
Image

Byliśmy bardzo, ale to bardzo szczęśliwi, że zdobyliśmy Mueller Hut właśnie tego dnia. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszej pogody. Słońce grzało, ale nie było za gorąco. Nie spadła kropla deszczu, czego nie można powiedzieć o dniu kolejnym, kiedy przymierzaliśmy się do przejścia kilku krótkich i łatwych szlaków. Zostaliśmy zatrzymani w schronisku przez pogodę. Już kończyliśmy jeść owsiankę, kiedy przyszła wichura i deszcz tak mocny, że nikomu nie marzyło się wtedy wyjście za drzwi. Zaryzykowaliśmy później jeden, całkiem płaski szlak, ale zawróciliśmy w połowie, bo i tak przez deszcz nie mogliśmy oglądać się wokół siebie, żeby podziwiać dolinę. Wróciliśmy więc do publicznego, dziennego schroniska i pograliśmy w kości, wypisaliśmy pocztówki i zjedliśmy ciasteczka. Nasze namioty wymagały suszenia, a woda nie przestawała lecieć z nieba, jakby zbierała się tam co najmniej tydzień. Korzystamy w takich sytuacjach z toaletowych suszarek do rąk. Żmudna praca, ale trzeba sobie jakoś radzić.

Nowozelandzkie pingwiny

Kolejnym celem na naszej drodze było miasto Dunedin. Jednodniowa trasa zamienia się w dwudniową, kiedy po drodze tyle miejsc wartych chociaż minutowego zatrzymania i zrobienia zdjęcia. Nadrabiając trochę kilometrów przejechaliśmy przez Lindis Pass – trasę z wieloma punktami widokowymi na dolinę, którą się podąża pośród zielonych gór.

Kiedy ponownie znaleźliśmy się na wschodnim wybrzeżu, ruszyliśmy w poszukiwaniu pingwinów. W miejscowości Katiki, przy odrobinie szczęścia można zobaczyć wychodzące na brzeg pingwiny z charakterystyczną, żółtą obramówką oczu. Niestety z naszym obiektywem mogliśmy złapać na zdjęciu tylko te bliżej nas, ale i tak się udało. Niektóre przepięknie pozowały, jakby wiedziały, że są obserwowane albo czuły się jak celebryci. :)

Pingwin Hoiho
Image

Jeszcze bardziej unikatowe w Nowej Zelandii są niebieskie pingwiny – najmniejsze nieloty na świecie. Pojechaliśmy ich szukać w Oamaru. Okazało się, że zrobiono z tych małych stworzeń niezły biznes. Ogrodzili teren i zbudowali mini trybuny, z których po zapłaceniu 30$ (!!!) można popatrzeć na pingwiny. Niby to wszystko naturalne, niby nie ma pewności, że zwierzęta się tam pojawią. Niech wierzy w to, kto chce. Biznes jest biznes, a Chińczyk i tak zapłaci. :)

Próbowaliśmy wypatrywać pingwinków na wybrzeżu, bez biletu, podobno szczęśliwcom się czasem udaje. Tym razem po pół godzinie daliśmy jednak spokój.

Dunedin

Podróżując w Nowej Zelandii nie poświęca się zbyt dużo czasu miastom. Jest tyle gór do zdobycia i tyle jezior do zobaczenia. Dunedin zwiedziliśmy w kilka godzin, przechadzając się w centrum miasta. Największe zainteresowanie budził budynek więzienia i fabryka czekolady Cadbury. Akurat po Świętach wyprzedawali wielkanocne, czekoladowe jaja z nadzieniem, więc nie wyszliśmy z pustymi rękoma.

Fabryka czekolady Cadbury
Image

Ciekawym i zarazem dodającym trochę adrenaliny punktem programu był wjazd na ulicę Baldwin. Została ona wpisana do Księgi Rekordów Guinessa, jako najbardziej stroma uliczka świata. Wjazd był bardzo emocjonujący, ale zjazd...lepiej niż rollercoaster. Nie powiem, całkiem strasznie to wyglądało, ale nasze autko i kierowca sprawdzili się doskonale w trudnych warunkach. A jak pięknie nam ludzie klaskali na szczycie. :)

Odrobina luksusu

Kiedy zastała nas noc, byliśmy już kawałek za miastem poszukując miejsca na nocleg. Na darmowym kemping, na którym planowaliśmy zostać okazało się, że jest on dostępny tylko dla aut, nie dla namiotów. Lepiej schować się gdzieś z dala od drogi niż ryzykować mandatem. Z nieba spadła nam wtedy miła pani w ciepłym szlafroku. Zapukaliśmy do jej drzwi z pytaniem czy możemy rozłożyć namiot na jej działce. Oczywiście mieszkała pośrodku niczego, wkoło tylko zielone łąki, nie wiadomo do końca która do kogo należy. Pani nie pytając o szczegóły zaprosiła nas do swojej chatki – małego domu, w którym kiedyś mieszkała z rodziną a który teraz służy jej jako pracownia fotograficzna. To była znacząca noc. Pierwszy raz od dwudziestu dni spaliśmy pod dachem. Co prawda łóżek nie było, ale to nic. Wszyscy lubimy nasze namioty i kempingowy tryb, ale każdemu należy się chwila luksusu :) A przyjemność zwiększyło jeszcze radio grające wyborne, rockowe melodie. To była dobra noc.

Artystyczny dom
Image

Najdalej na południe

Najważniejszym miejscem południowego wybrzeża był Slope Point, czyli najdalej na południe wysunięty punkt Południowej Wyspy Nowej Zelandii. Żeby się do niego dostać trzeba kilka minut iść przez prywatną łąkę. Niby nic specjalnego, ale coś fajnego jest w tych najdalej wysuniętych punktach. Już teraz bliżej do Bieguna Południowego niż do Równika. Ja wybieram prawo.

Slope Point
Image

Chociaż to Slope Point jest wysunięty najdalej, to nie z niego zrobiono punkt turystyczny. Bardziej popularny wśród turystów i przygotowany pod nich jest Bluff. Można stanąć w punkcie widokowym, pośrodku okrągłego, betonowego pulpitu, na którym oznaczono miejsca, które widzimy patrząc w danym kierunku. Można też sprawdzić o ile kilometrów oddalony jest Londyn albo Nowy Jork.

Bluff
Image

Jezioro Te Anau – Kepler Track

Od teraz kierowaliśmy się znowu na północ. W Invercargill zrobiliśmy tylko zakupy, zjedliśmy na kolację ogromne porcje Fish&Chips i pomknęliśmy dalej w kierunku jeziora Te Anau. Prowadzi obok niego kilkudniowy szlak Kepler Track. My zrobiliśmy sobie tylko jednodniową wyprawę. Szliśmy po niemalże płaskim terenie a później puszczaliśmy kaczki na jeziorze. Nie przemęczając się tym razem, po prostu miło spędziliśmy ten pełny słońca i radości, przyjemny dzień.

Mount Alfred

Na początek minęliśmy Queenstown i zatrzymaliśmy się w okolicach miejscowości Glenorchy, żeby z samego rana zacząć treking i wspiąć się na Mount Alfred. Po raz kolejny opis szlaku będzie podobny – las, mokre konary, kałuże błota, a potem śliskie kamienie. Ale uwierzcie mi na słowo, one wszystkie nie są identyczne, nie są nawet podobne. :) A już na pewno zakończenie jest zawsze zaskakujące, choćbyś wiedział co Cię czeka. Tutaj przywitał nas widok błyszczącego w słońcu jeziora z jednej strony i mocno rozgałęzionego koryta wyschniętej rzeki z drugiej. Wszystko to oczywiście oplecione górami ze wszystkich kierunków. Usiąść na ciepłym, płaskim kamieniu na szczycie i zajadać kanapkę z twarożkiem ze szczypiorkiem – dla nas bajka.

Widok z Mount Alfred
Image

Queenstown

Queenstown, choć bardzo turystyczne to dla nas przyjemne miasteczko. Trzeba przyznać, że po tak długim czasie przebywania w otoczeniu natury, człowiek dziwnie czuje się widząc ulice pełne sklepów, jeden przy drugim stoją bary, restauracje i świecące bilbordy. Tamtejsza atmosfera jest bardzo wakacyjna. :) Zrobiliśmy sobie miły spacer i poszliśmy spróbować „najlepszych hamburgerów na świecie”. Klientów nie brakuje, kolejka się nie kończy, obsługa pracuje na pełnych obrotach – wszystko dzięki temu, że Bar Fergburger został oceniony przez przewodnik Lonely Planet jako najlepsza hamburgerownia na świecie. No i faktycznie, buły bardzo dobre, duże, z prawdziwym mięsem, nie jak z McDonalda. Ale czy najlepsze? Powiem za parę lat jak sprawdzę te amerykańskie. ;) Jeśli chodzi o cenę, jest odpowiednia do sławy. Mi, od dziecka za bardzo oszczędnej, ciężko jest wydać 13 dolarów na hamburgera. Na szczęście mam Piotrka, który, choć też oszczędny, kusi mnie czasem, żeby się odchamić.

Arrowtown

Niedaleko Queenstown leży malutkie, stare, ale bardzo barwne miasteczko Arrowtown. Słynie ono z pięknej architektury i całe tworzy jakby muzeum. Wzdłuż głównej uliczki ciągnie się szereg sklepów z ozdobnymi szyldami, wszystko dedykowane oczywiście czujnemu oku turysty. W Nowej Zelandii bardzo popularne są sklepy ze sprzętem kempingowym i trekingowym oraz wyroby z wełny. Jako pamiątki często kupuje się właśnie czapkę albo rękawiczki, mało jest tu w sprzedaży stojących figurek czy innych przedmiotów zbierających kurz. Każda informacja turystyczna jest jednocześnie sklepem z pamiątkami. W niektórych można nawet kupić kurtkę. :)

W Arrowtown odwiedziliśmy sklep ze słodyczami z całego świata. Raj nie tylko dla dzieci. :) Niestety nie było nic polskiego, więc ten „cały świat” to spore wyolbrzymienie. Były za to oranżadki w proszku w plastikowej rurce, takie jakie sprzedawali w sklepiku szkolnym w podstawówce. :)

Na końcu miasteczka znajduje się chiński ogród, gdzie można zobaczyć małe lepianki – domy chińskich osadników z czasów gorączki złota. Budynki są tak małe, że ledwo można do nich wejść. Niektóre wyglądają całkiem zgrabnie. Nie da się zabawić długo w Arrowtown, ale na pewno warto się tam przespacerować.

Arrowtown
Image

Samotna Wanaka

Wanaka to zarówno nazwa miasta jak i jeziora. Jezioro Wanaka przyciąga wszystkich podróżników pragnących sfotografować samotne drzewo („The Lonely Tree” lub „Wanaka Tree”). Profesjonaliści, amatorzy czy mistrzowie selfie, każdy próbuje uwiecznić ten niepowtarzalny obrazek. Kiedy my się tam zjawiliśmy było tuż przed zachodem słońca. Przy brzegu stało dwóch panów z poważnym sprzętem fotograficznym, nawet ubrani byli w kamuflujące, szare barwy. Wyglądało na to, że zajęli sobie to miejsce dobrych kilka godzin temu i stresowali się za każdym razem, gdy kolejne osoby przechodziły obok nich, żeby czasem nie weszły w kadr. Sztuka wymaga poświęceń. :) Przy tak popularnym punkcie turystycznym ciężko zapewnić sobie wyłączność.

Drzewko naprawdę robi wrażenie. Przy zachodzącym słońcu, chmury dosłownie na chwilę zabarwiły się na różowo. Razem z górami w tle dało to miażdżący efekt. Fotografia robiona tuż przed tym.

Lonely Tree, Wanaka
Image

Roys Peak

Przed nami kolejny szczyt do zdobycia. Tym razem coś wyjątkowego, bo droga ani przez chwilę nie prowadzi przez las i nie trzeba się wdrapywać po skałach ani po schodach. Roys Peak to całkiem przyjemny szlak, który zajął nam siedem godzin, przy czym bardzo długo cieszyliśmy się widokiem z góry. Większość czasu idzie się po górzystej łące w towarzystwie owiec. Czasem tak bywa, że najpiękniejsze obrazy widzi się wcale nie z samej góry. Tutaj na dłużej zatrzymaliśmy się chwilę przed ostatecznym celem. Zrobiliśmy sesję zdjęciową, zjedliśmy kanapki i obserwowaliśmy cuda natury wkoło nas. W drodze powrotnej kibicowaliśmy panu rozpędzającemu się ze spadochronem, żeby odbić się od góry i poszybować w przestworza. Ludzie mają tak różne pasje. Tyle jest rzeczy do spróbowania, że życia może zabraknąć. :)

Roys Peak
Image

Fox Glacier i Franz Josef Glacier

Do zamknięcia pętli pozostało nam odwiedzenie dwóch miejsc słynących z lodowców, na które organizowane są wyprawy helikopterem. Za odpowiednią, nie małą, opłatą można postawić stopę na prawdziwym lodowcu. My zdecydowaliśmy się na tradycyjny treking, za darmoszkę. Poszliśmy na spacer dookoła Jeziora Matheson. Pocztówkowy widok przedstawia odbijające się w przeźroczystej tafli wody ośnieżone szczyty gór i przybrzeżne drzewa.

Jezioro Matheson
Image

Końcówka spaceru była już mniej przyjemna, bo zaczęło padać mocniej i mocniej. Zdążyliśmy wrócić do auta sekundę przed prawdziwym oberwaniem chmury.

Gdy dojechaliśmy do Fraz Josef, spojrzeliśmy tylko przez okna zrezygnowanym wzrokiem. Ledwo widać było góry w tej mgle i lejącej się z nieba wodzie. Był to jeden z nielicznych momentów, gdzie z powodu pogody zrezygnowaliśmy ze zwiedzania.

Koło zatoczone

Koło zatoczyło się w Hokitice, gdzie z sentymentem zjedliśmy tamtejsze Fish&Chips, które po całej podróży uznaliśmy za najlepsze ze wszystkich, jakie do tej pory próbowaliśmy. Na nadchodzącą noc zapowiadany był straszny deszcz, jakiego dawno nie było. Spaliśmy na znanym nam już kempingu niedaleko Arthur's Pass, po drodze do Christchurch. Namioty sprytnie rozłożyliśmy pod dachem drewnianej altany ze stołem i ławkami służącej do dziennego użytku. Dzięki temu mogliśmy spać spokojnie. Oj jak lało i wiało w nocy, nie chcieliśmy poddawać naszych namiotów aż takiej próbie. Zanim poszliśmy spać… urządziliśmy sobie polskie kino w aucie. Deszcz za oknem huczy, a u nas w repertuarze Poranek Kojota. Dobre, bo polskie i stare. :)

Zakończenie wspólnej podróży w Christchurch

Po miesiącu wspólnej podróży z Adamem i Asią, rozstaliśmy się z nimi w Christchurch. Zanim jednak każdy pojechał w swoją stronę urządziliśmy dzień czyszczenia naszej Orthii i sprzętu kempingowego. Buty, namioty, śpiwory, maty – wszystko dostało trochę świeżości. Orthia lśniła jak nigdy dotąd. Porządki mogliśmy zrobić dzięki uprzejmości Couchsurfingowej rodziny, u której nocowaliśmy zaraz po przyjeździe do Nowej Zelandii. Przyjęli nas do siebie ponownie, mimo że mieli bardzo napięty grafik w ten weekend, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni. A najbardziej za dwie noce w wygodnym, ciepłym łóżku.

Krótkie streszczenie nowozelandzkiej opowieści - Piotrek

27 nocy spędzonych pod namiotem i tylko jedna pod dachem w przeciągu 28 dni. Nie ma co ukrywać, był to najdłuższy okres w naszym życiu, kiedy spędziliśmy aż tyle nocy kempingując. Dla mnie cały miesiąc był mieszanką wstawania wraz ze wschodem oraz kładzeniem się spać wraz z zachodem słońca. Niewątpliwie był to czas wspaniałych trekingów, za które nagrodą były widoki zapierające dech w piersiach, codziennych rytuałów związanych z rozkładaniem, składaniem i suszeniem namiotu, dzięki czemu zawsze mieliśmy nasz ciasny, ale własny „dach nad głową”. Muszę oddać hołd naszej wspaniałej Orthii, która dała radę zawsze i wszędzie, w każdych warunkach. Również chciałbym podziękować Adamowi i Asi za opracowanie trasy po Południowej Wyspie oraz za cały miesiąc wspólnych trudów, czasami oblanych przyjacielskim piwem. :)

Baldwin Street - wjechaliśmy na szczyt najbardziej stromej, zamieszkałej ulicy na świecie
Image


Dalej z tematem Nowej Zelandii! Na pierwszy ogień 10 miejsc, które według nas warto odwiedzić na Południowej Wyspie oraz gdzie blisko nich spać. :)

Cytuj:
Cała Południowa Wyspa to jedna, wielka, naturalna atrakcja. Gdziekolwiek postawisz krok, zawsze Cię coś zachwyci. Przedstawiamy 10 miejsc, które według nas zasługują na chwilę uwagi. Niektóre bardziej popularne, inne mniej – na pewno każde z nich pozostawi dobre wspomnienia. Dla miłośników spania na łonie natury, do większości punktów dołączamy propozycję najbliższego, darmowego i ładnego kempingu. Należy wziąć pod uwagę, że te bezpłatne nie zawsze będą położone kilka kroków od celu, który nas interesuje.

W Nowej Zelandii jest niezliczona liczba kempingów. Jednak nie wszystkie są dostępne dla namiotów, a na niektórych pozostawać legalnie mogą tylko auta oznakowane certyfikatem „self contained”. Żeby otrzymać takie oznaczenie należy spełniać wymagania samowystarczalności, czyli przede wszystkim mieć toaletę, umywalkę i zapas wody. My, proponując kempingi bliskie wymienianych atrakcji, podajemy tylko te bez ograniczenia rozbijania namiotów, z których sami korzystaliśmy. Jeśli przy danej atrakcji nie ma propozycji kempingu, oznacza to, że nie znaleźliśmy w pobliżu żadnego spełniającego nasze wymagania, czyli opłaty 0$ i możliwości rozbicia namiotu.

1. Abel Tasman National Park

Image

Abel Tasman to najmniejszy Park Narodowy Nowej Zelandii. Jest rajem dla wędrowców lubiących długie trekingi w otoczeniu bujnej przyrody. Nagrodą za włożony wysiłek są piaszczyste, prawdziwie zaskakująco piękne plaże. Zaskakująco, bo Południowa Wyspa nie słynie ze złotych piasków i ciepłych, morskich kąpieli. Tutaj, jak w żadnym innym miejscu na wyspie można poczuć się jak na rajskiej plaży, gdzieś pośrodku oceanu.

Park oferuje kilka szlaków. Najpopularniejszy jest Abel Tasman Coastal Track, czyli pięćdziesięcio kilometrowy szlak biegnący wzdłuż zachodniego wybrzeża. Zajmuje on od 3 do 5 dni i jest dobrze wyposażony w miejsca noclegowe. Można wykupić wcześniej miejsce w chatce albo opłacić pole namiotowe.

Dla tych, którzy preferują jednodniowe wypady, proponowane są dwie opcje. Pierwsza to przejście fragmentu opisanego wyżej przybrzeżnego szlaku i powrót tą samą drogą. Druga możliwość to zrobienie trekingu w północnej części parku. Przygotowany szlak jest pętlą, dojeżdża się do niego odbijając na północ w miejscowości Takaka. Trasa zajmuje około 8 godzin (20 km) i jest mało wymagająca – nieduże wzniesienia, idzie się cały czas przygotowaną, czystą, leśną ścieżką. To długi, ale przyjemny spacer.

Proponowany darmowy kemping: Uruwhenua Reserve

Jak dojechać?

Darmowe miejsce na biwak znajduje się 17 kilometrów na południe od miejscowości Takaka, przy drodze Takaka Valley Highway (SH60). Dostępny dla wszystkich środków transportu.

Wyposażenie

Jest jedna toaleta typu toi-toi i stolik. Przechodząc za toaletę, na trawnik, na którym nie wolno się rozbijać, można znaleźć jeszcze dwa dodatkowe stoliki. Ten pierwszy najczęściej okupowany jest przez osoby, które przy nim zaparkują auto. O tych ukrytych mało kto wie.

Opis

Kemping nie zapewnia pięknych widoków, otoczony jest lasem i rzeką. Jest dużo więcej miejsca dla aut, ale przyjeżdżając odpowiednio wcześnie można spokojnie rozbić namioty. Ponieważ nie ma innych darmowych kempingów w pobliżu, ten jest bardzo popularny. Mało prawdopodobne, że będziemy na nim sami. Trzeba liczyć się z tym, że jeśli jest tłoczno, może (ale nie musi) być głośno do późnej nocy. Nie ma możliwości odsunięcia się od sąsiadów, bo teren nie jest zbyt duży. Kemping znajduje się tuż przy głównej drodze, więc w nocy słychać przejeżdżające auta, niektórzy tirowcy dla rozrywki dają znać o sobie trąbieniem.

2. Hokitika Gorge

Image

Niecała godzina jazdy z Hokitiki i kilka minut spaceru wystarczy, żeby zobaczyć nieziemski kolor wody rzeki Hokitika. Nie jest to właściwie żaden z kolorów nieba. Takiej barwy rzeki, w takim otoczeniu, nie spotkacie nigdzie indziej. Do wąwozu prowadzi wąski, lekko bujający się most, z którego można oglądać przyrodę z góry. Najbardziej zaskakujący widok jest jednak po zejściu na brzeg, gdzie stojąc na wielkich głazach można wpatrywać się w płynącą rzekę bez końca. Dla fanów dobrych ujęć jest to dobre miejsce do eksperymentów. Zdjęcia stąd na pewno będą wspaniałe.

3. Lake Rotoiti – Nelson Lakes National Park

Image

W Parku Narodowym Nelson Lakes znajdują się dwa polodowcowe jeziora z niesamowicie przejrzystą wodą – Rotoiti oraz Rotoroa. Chociaż oba pozwalają poczuć świeżość górskiej przestrzeni, to Lake Rotoiti oczarowuje najbardziej. Jest dobrym miejscem zarówno na chwilowy odpoczynek, całodzienną wycieczkę albo kilkudniowy treking. Popularny, pocztówkowy obraz przedstawia mały, drewniany pomost na jeziorze z górami w tle. Chociaż woda okropnie zimna, śmiałkowie mogą z pomostu skoczyć. A kto woli pozostać suchym, niech wypatruje w czystej wodzie pływających przy brzegu ryb. Nad brzegiem stoją ławki ze stołami, gdzie można w przyjemnym otoczeniu zjeść kanapkę. Są też toalety, Lake Rotoiti to z pewnością jedno z piękniejszych jezior na Południowej Wyspie Nowej Zelandii.

Proponowany darmowy kemping: Nelson Lakes Freedom Carpark

Jak dojechać?

Kemping znajduje w odległości 2 km od Informacji Turystycznej Parku Narodowego Nelson Lakes, przy State Highway 63.

Wyposażenie

Na kempingu jest tylko toaleta. Nie na stołów ani zadaszenia, ale można zjeść na ławkach nad jeziorem.

Opis

Całkiem spory kemping z trawą, idealny pod namiot. Dostępny dla wszystkich rodzajów aut. Cudowny widok na góry. To najlepszy kemping na jakim spaliśmy, biorąc pod uwagę wygląd otoczenia. Blisko do szlaków prowadzących dookoła jezior.

4. Glow Worm Dell - Grota ze świecącymi robaczkami

Grota znajduje się około 1,5 km od centrum Hokitiki, na głównej trasie prowadzącej na północ, po prawej stronie. Jest parking, więc można łatwo znaleźć. Stamtąd trzeba dojść dosłownie 3 minuty. Warto się tam udać tylko po ciemku, można przyświecić sobie drogę słabym światłem latarki, ale po dojściu do groty koniecznie trzeba wyłączyć wszystkie urządzenia emitujące światło. Po pierwsze, robaczki mogą przestać świecić, po drugie, psuje to tylko efekt. W innych miejscach kraju za taką rozrywkę pobiera się opłatę, tutaj jest to całkowicie darmowe. Tą atrakcję nazwałabym: małe a cieszy. Błyszczące w ciemności światełka dają naprawdę dużo radości. Niesamowite doświadczenie i dobra okazja, żeby cieszyć się chwilą.

5. Avalanche Peak – Arthur's Pass

Image

Avalanche Peak to bardzo wymagający szlak w Arthur's Pass National Park, oceniony jako najbardziej efektowny ze wszystkich w tamtym rejonie. Jego przejście przewidziane jest na 6-8 godzin, wspina się na wysokość 1833 metrów. Żeby nie wracać tą samą drogą, istnieje możliwość zejścia innym szlakiem, trzeba tylko liczyć się z tym, że zakończymy trasę kilka kilometrów dalej od parkingu, z którego ruszaliśmy. Trudność szlaku polega na tym, że leśną ścieżkę tworzą duże kawałki skał. Nieraz trzeba wspomóc się rękoma, żeby wspiąć się wyżej. Można powiedzieć, że kamienie tworzą tak jakby bardzo nierówne schody. Momentami idzie się wzdłuż grani, co już daje przyjemne uczucie bycia ponad wszystkim. Ostatni etap jest najtrudniejszy, bo opuszczając las mamy wokół siebie tylko stertę dużych kamieni. Sami wybieramy, który będzie naszym kolejnym krokiem, podążając w kierunku następnej tyczki wyznaczającej drogę do celu. Obraz jaki widać ze szlaku przedstawia groźnie wyglądające, skaliste szczyty gór. Budzi on zupełnie inny zachwyt niż ten spowodowany widokiem delikatnych, zielonych pagórków z jeziorami pomiędzy nimi.

Decydując się na zdobycie Avalanche Peak trzeba koniecznie sprawdzić prognozę pogody. Lekka mżawka i mgła na pewno utrudnią treking, bo będzie ślisko, a widoki zamazane. Nie musi to jednak być przeszkodą. Radość ze zdobycia góry będzie ogromna po takim wysiłku, nawet jeśli nie zobaczycie dookoła nic prócz chmur (coś o tym wiemy). Gdyby jednak cały dzień miał padać ostry deszcz, taka wspinaczka nie będzie niczym dobrym. Ta atrakcja znalazła się na naszej liście głównie dzięki nieopisanej satysfakcji, jaką dało nam przejście szlaku. Po zakończeniu podróży po Południowej Wyspie oceniliśmy go jako najtrudniejszy, jaki zrobiliśmy. Widoki niestety mogliśmy zobaczyć tylko na fotografiach innych wędrowców, ponieważ sami nie mieliśmy tyle szczęścia.

Proponowany darmowy kemping: Klondyke Corner Campsite

Jak dojechać?

Ten darmowy kemping znajduje się 9 kilometrów na południowy-wschód (w stronę Christchurch) od wioski Arthur's Pass. Leży przy drodze głównej West Coast Road (SH73). Żadnych problemów z dojazdem.

Wyposażenie

Podstawowe – toaleta model toi-toi oraz jako jeden z nielicznych kempingów miał zadaszoną altankę ze stołem i ławkami w środku, gdzie można ugotować, zjeść albo pograć w karty. Bardzo dużo miejsca dla wszystkich – kamperów, osobówek i namiotów.

Opis

Idealna baza wypadowa na wszystkie szlaki w okolicy. Łatwy i szybki dojazd do Arthur's Pass czy Bealey Spur. Podstawowe udogodnienia, ale jak na darmowy kemping jest super. W pobliżu rzeka, gdzie można zaczerpnąć trochę wody. O każdej porze dnia powalający widok na okoliczne góry. Trochę irytujące mogą być duże ilości Sandfly'ów. Z relacji innych ludzi wiemy, że pokazują się tam czasami ptaki Kea, które lubią przeszkadzać ludziom w spokojnym spędzeniu nocy. Dla tych, którzy śpią lekko problemem może być bliskość drogi głównej - hałas samochodów.

6. Mueller Hut – Mount Cook National Park

Image

Mount Cook to miejsce, do którego dociera każdy zwiedzający Południową Wyspę. Mimo, że znajduje się on w każdej broszurce i przewodniku turystycznym, nie jest ani trochę przereklamowany. Mueller Hut to najdłuższy z możliwych szlaków w Parku Narodowym Mount Cook. Przewidziany jest na 6-10 godzin (bez pośpiechu można go zrobić w 7) i chociaż nie jest łatwy, pokona go każdy o przeciętnej sprawności. Można go przejść jednego dnia albo zostać na noc w chatce na szczycie (po wcześniejszej rezerwacji z dość dużym wyprzedzeniem). Pierwszy etap trasy polega na pokonaniu ponad 2000 schodów i kończy się miejscem do odpoczynku z drewnianą ławką. Niektórzy za cel wyznaczają sobie właśnie to miejsce, inni podążają dalej do Mueller Hut. Drugi etap wymaga dużo więcej uwagi i koncentracji, ponieważ trzeba wspinać się po mniejszych i większych kamieniach. Czasami są bardzo drobne, osuwające się spod stóp, czasami ogromne tak, że zmieszczą się na nich dwie osoby siedząc. Zbliżając się do końca można z bliska zobaczyć jęzor lodowca, co nie zdarza się co dzień. Trzeba być przygotowanym na obniżenie temperatury i bardzo silny wiatr.

Najpiękniejsze w tym szlaku jest to, że nie ważne czy dopiero zaczynamy czy jesteśmy pod szczytem, zawsze możemy spojrzeć na spiczasty, ośnieżony czubek Mount Cook. Najlepiej jeśli nie jest zanurzony w chmurze. :) Otoczeni przez lodowce na pewno będziecie zachwyceni. Będąc już przy samej chatce nie zrobicie zdjęcia z dobrym widokiem, ale macie na to czas przez całą drogę na szczyt. Wrażenia niezapomniane.

Na terenie Parku znajdują się schroniska dziennego użytku, gdzie można zjeść, odpocząć albo uciec od deszczu. Są stoły i umywalki z wodą oraz toalety. Przy jednej z nich jest także prysznic z ciepłą wodą (2 dolary za 5 minut). Nie mając auta należy wziąć pod uwagę, że szlak rozpoczyna się w odległości kilku kilometrów od informacji turystycznej i schroniska.

Proponowany darmowy kemping: Lake Pukaki Camping

Jak dojechać?

Żeby dotrzeć do kempingu trzeba zjechać z drogi głównej numer SH8 pomiędzy miastem Twizel, a jeziorem Tekapo. Leży on około 11 km od Twizel, 45 km od Tekapo i 60 km od wioski Mount Cook.

Wyposażenie

Jest toaleta ukryta w lesie oraz kran z wodą pitną.

Opis

Ogromy kemping dla aut i namiotów. Przestrzeń jest tak duża, że spokojnie każdy może się rozłożyć z daleka od sąsiadów. Jezioro wygląda pięknie, jest bardzo duże, a za nim rozciągają się góry. Widać w dali Mount Cook. Według opinii wielu podróżników, jest to najpiękniejszy darmowy kemping w Nowej Zelandii. Dobra baza wypadowa do Mount Cook oraz jeziora Tekapo.

7. Droga do Mount Cook wzdłuż jeziora Pukaki

Image

Zmierzając do Mount Cook nie można się nie zatrzymać przy drodze, żeby się zastanowić czy to, co widzę to nie namalowany obraz. Wijąca się droga, po jednej stronie lekko oświetlone wstającym słońcem góry, po drugiej niekończące się jezioro Pukaki. Natomiast przed Tobą sekretny Mount Cook jeszcze skryty za chmurą, ale w każdej chwili może się z niej wydostać. Czuć, że jest już coraz bliżej. Oczywiście Twój obraz będzie inny, ale na pewno zasłuży na zarejestrowanie go.

8. Katiki Point – żółtookie pingwiny

Image

Na wschodnim wybrzeżu, w miejscowości Moeraki warto zatrzymać się chociaż na chwilę, żeby poszukać żółtookich pingwinów. Nie mają one żółtych oczu, ale żółtą otoczkę wokół nich. Największa szansa na ich spotkanie jest wieczorem, bo właśnie wtedy wychodzą z wody na brzeg. Jednocześnie z pingwinami można podpatrywać wylegujące się na kamieniach foki. Nie śmialibyśmy tej atrakcji porównywać z powalającymi widokami gór czy jezior, ale jak najbardziej warto, bo to po prostu ciekawa fauna Nowej Zelandii.

9. Lake Matheson – Fox Glacier

Image

Przy wiosce słynącej z wypraw na lodowce – Fox Glacier znajduje się kolejne jezioro zasługujące na chwilę uwagi. Bardzo blisko otoczone lasem i górami, osłonięte od wiatru pozostaje prawie niewzruszone. Dzięki temu zachodzi zjawisko niemalże idealnego odbicia i w lustrze wody można zobaczyć ośnieżony szczyt Mount Cook. W ciągu 40 minut można przejść miły, płaski szlak w buszu dookoła jeziora.

Proponowany darmowy kemping: Gillespies Beach Campsite

Jak dojechać?

Kemping znajduje się 21 kilometrów na zachód od wioski Fox Glacier. Połowa drogi to normalna asfaltówka – Cook Flat Road, resztę trzeba dojechać po szutrówce – Gillespies Beach Road. Przeciętny samochód daje radę bez problemu.

Wyposażenie

Bardzo dobrze wyposażony jak na darmowy kemping, są dwie toalety, deszczówka do mycia rąk i do picia (ale polecamy przegotować), altanka z dwoma stołami.

Opis

Duży parking dla aut oraz sporo trawnika na rozbicie namiotów. Kemping znajduję się zaraz nad brzegiem oceanu, więc dla chcących oglądać romantyczny zachód słońca to bardzo dobre miejsce. Aby tego było mało, można ruszyć z niego na treking i nie przejmować się o miejsce do spania po powrocie. :) Jedna uwaga – jest to bardzo popularne miejsce do spędzania nocy za darmo, więc trzeba się liczyć z tym, że w cieplejsze pory roku może być sporo ludzi. Warto ze sobą zabrać dobry repelent, może być sporo komarów i Sandfly'ów.

10. Roys Peak

Image

Wyjątkowy, bo biegnący przez pastwisko z owcami szlak, z którego w każdym momencie można odwrócić się i podziwiać kolorową dolinę. Chociaż zajmuje około 7 godzin, nie należy do trudnych. Co prawda cały czas trzeba iść pod górę, ale droga jest szeroka i czysta, bez przeszkód w postaci kamieni czy korzeni drzew. Zatrzymując się chwilę przed samym szczytem można zachwycić się obrazem zapierającym dech w piersiach. Satysfakcja gwarantowana. :)

Proponowany darmowy kemping: Rum Curries Hut & Campsite

Jak dojechać?

Kemping ten leży 29 kilometrów na wschód od Queenstown oraz 12 kilometrów na południowy-wschód od Arrowtown. Znajduje się blisko drogi głównej – Gibbston Highway (SH6), więc nie ma żadnych ograniczeń co do dojazdu.

Wyposażenie

Ten kemping oferuje kilka gratisowych rzeczy. Jest tam toaleta typu toi-toi, kilka stołów na zjedzenie miłego śniadania oraz chatka, która jest pusta w środku. Widzieliśmy, że ktoś rozbił w niej namiot, więc będąc odpowiednio wcześniej można się tam schronić.

Opis

Całkiem sporo miejsca na parkingu oraz duży trawnik na rozbicie namiotów. Kemping przede wszystkim znajduje się bardzo blisko popularnych miejsc, takich jak Queenstown i Arrowtown. Można coś zjeść z widokiem na rzekę Kawarau, która ma piękny kolor i całkiem wartki strumień. Dla odważnych – można się kąpać. ;) Nie testowaliśmy tej opcji. Można też wybrać się stąd na krótki treking. Gdy my tam spaliśmy, było kilkanaście samochodów oraz kilka namiotów. Można wnioskować, że w sezonie jest tu dość tłoczno.



Ostatnim z serii Nowej Zelandii jest nasza osobista relacja z Północnej Wyspy. Podróżowaliśmy przez ponad 2 tygodnie, a później spędziliśmy 8 dni na szukanie jachtu. :) Zapraszamy!


Cytuj:
Zachwyceni urokami Południowej Wyspy z lekkimi obawami przeprawiliśmy się na Wyspę Północną. Baliśmy się, że po tak cudownych trekingach i nieziemskich widokach już niewiele może nas bardziej pozytywnie zaskoczyć. W dodatku, nie mieliśmy już tak dużo czasu, żeby ze spokojem zajrzeć w każdy mały zakątek wyspy. Nasz plan musiał skupić się na najważniejszych atrakcjach. Plusem było to, że cały czas towarzyszyła nam nasza wierna Honda Orthia. To ona nie raz uratowała nam tyłki przed wielką ulewą. Maj w Nowej Zelandii to nie czas gorących dni i pachnących kwiatków.

Wellington

Image

Autostrady, 5 pasów, sznur aut, korki, tłum ludzi, co tu się dzieje? Przeżyliśmy mały szok, bo na Południowej Wyspie żyje garstka ludzi w porównaniu z północą.
W stolicy przyjęli nas u siebie Aga i Michał wraz ze swoim synkiem – niesamowicie pozytywna rodzina, która w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi sprawdza jak wygląda życie w różnych miejscach globu. Chociaż mieliśmy tylko jeden wieczór i poranek na rozmowy, bardzo ich polubiliśmy.

Naszym głównym celem w Wellington było odwiedzenie Muzeum Te Papa. Myśleliśmy, że muzeum w Christchurch jest ogromne, ale Te Papa zdecydowanie wygrywa pod tym względem. Dwie godziny zajęło nam przejście popularnej aktualnie wystawy "Gallipoli" – o walce żołnierzy nowozelandzkich i australijskich (ANZAC) w Turcji podczas I Wojny Światowej. Chociaż w Polsce muzea są pełne wojennych historii, jeszcze nie spotkałam tak ciekawie i przystępnie przygotowanej prezentacji. Były rzeźby postaci w ogromnych wymiarach (wysokości nawet trzech metrów). Wpatrując się w żołnierza można było wysłuchać jego monologu o tym, co się w danej chwili działo w jego otoczeniu i w głowie.
Inna ciekawa wystawa dotyczyła trzęsień ziemi i erupcji wulkanów. Weszliśmy do małego pomieszczenia, w którym poczuliśmy na własnej skórze namiastkę tego, jak to jest, kiedy wszystko wkoło się wali. Naprawdę polecam, nawet jeśli ktoś nie jest fanem muzeów, tutaj każdy znajdzie coś dla siebie. :)

Śledząc na bieżąco prognozę pogody okazało się, że mój pięknie opracowany plan na Północną Wyspę musi runąć. Zapowiadało się kilka dni deszczu, co nie bardzo sprzyjało kilkugodzinnym trekingom. Tylko jednego dnia miała być luka pogodowa. Chcieliśmy przejść szlak w Parku Narodowym Taranaki i słynny Tongariro Alpine Crossing. Ponieważ przez kolejne trzy dni miało padać, musieliśmy zdecydować się na jeden z nich. Nie mogliśmy odpuścić Mordoru z Władcy Pierścieni, więc niestety pominęliśmy Taranaki.

Tongariro Alpine Crossing

Image

Tongariro Alpine Crossing uważany jest za najpopularniejszy szlak w Nowej Zelandii. Dziewiętnasto kilometrowy spacer pozwala zobaczyć wszystkie trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe oraz Tongariro. Ponieważ zaczyna się i kończy w zupełnie innym miejscu, trzeba wcześniej pomyśleć o transporcie. Autostop jak najbardziej wchodzi w grę, trzeba tylko się postarać i w miarę sprawnie przemaszerować trasę, żeby nie łapać w ciemności. W lato nie ma problemu, jesienią i zimą dzień kończy się całkiem wcześnie.
Już o 7 rano dotarliśmy na parking rozpoczynający szlak. W nocy z nieba spadły hektolitry deszczu. Wierzyliśmy mocno, że wypadało wszystko, co miało i już do końca dnia nie skapnie na nas nawet kropelka. :)
Początek Tongariro Alpine Crossing to prawdziwy spacer, bez żadnych wzniesień. Można spokojnie podziwiać wulkan Ngauruhoe – najbardziej symetryczny ze wszystkich trzech.

Image

Później zaczynają się schody. Nie w przenośni, a prawdziwe schody. Być może wiecie z poprzednich wpisów – za wchodzeniem po schodach nie przepadam, wolę po prostu wzniesienia. Na szczęście nie była to nieustająca drabina, jak w Mount Cook, tylko wzniesienia przeplatane kilkunastoma stopniami. Szlak jest przygotowany pod turystów, może go przejść każdy – jeśli tylko pora roku sprzyja. My byliśmy już poza sezonem, więc w okolicach najwyższego punktu zastaliśmy śnieg. Pogoda zmieniła się w mgnieniu oka. Wiatr mroził nam nosy i wyprowadzał z równowagi. Momentami było nawet ślisko. Zaczęliśmy się poważnie zastanawiać czy odpuścić wysokim ambicjom i po zejść tą samą trasą. Nie byliśmy przygotowani sprzętowo na przemierzenie zaśnieżonego szczytu. W dodatku chmury zasłoniły niebo i prawdopodobnie nie zobaczylibyśmy niczego po drugiej stronie. Jak większość trzeźwo myślących osób, po dotarciu do Czerwonego Krateru, zawróciliśmy.

Image

Image

Taupo

Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do miasta Taupo, leżącego nad największym jeziorem w Nowej Zelandii o tej samej nazwie. Wieczorem wybrzeże wyglądało całkiem klimatycznie. :) Pozytywnie zmęczeni siedmiogodzinnym trekingiem zmierzaliśmy już tylko na kemping, gdzie rozłożyliśmy nasze małżeńskie łoże w tyle auta. Odkąd podróżujemy nim sami, nie rozkładamy już namiotu, tylko składamy tylne siedzenia, pompujemy materace i mamy całkiem wygodne posłanie. Oszczędzamy czas na suszenie namiotu. :)
Rano zaczęliśmy dzień wcześnie, żeby zdążyć zobaczyć kilka atrakcji zanim zaskoczy nas zapowiadany znowu deszcz. Tak, jak na południowej wyspie mieliśmy ogromne szczęście do pogody, tak północ nie przyjęła nas radośnie.
Pojechaliśmy obejrzeć słynny wodospad Huka Falls, gdzie woda spada z zawrotną prędkością. Przelewa się tam 220.000 litrów wody w ciągu sekundy. Nie zatrzymaliśmy się tam na długo, bo kolejna atrakcja – Aratiatia Rapids wydawała się bardziej ekscytująca. Kilka razy dziennie, o stałych, wyznaczonych porach, otwierana jest zapora na rzece Waikato, dzięki czemu na kilkanaście minut woda wpuszczana jest w jej stare koryto. Przedstawienie naprawdę robi wrażenie. Fajne było też samo oczekiwanie na otwarcie. :)

Co robimy kiedy pada deszcz tak bardzo, że nie chce się nigdzie wychodzić? Zazwyczaj siedzimy w bibliotece. Sprawdzamy co się dzieje w sieci, kontaktujemy z rodziną i znajomymi, porządkujemy zdjęcia i filmy, szukamy informacji o miejscach, które zamierzamy odwiedzić, zapisujemy artykuły, które możemy później przeczytać bez dostępu do Internetu, rzucamy też okiem na to, co się aktualnie w Naszej Polsce dzieje.

Tak właśnie zrobiliśmy w to majowe popołudnie w Taupo.

Hobbiton

Hobbiton Movie Set to obowiązkowe miejsce do odwiedzenia dla fanów Władcy Pierścieni i nie tylko. Półtoragodzinna wycieczka z przewodnikiem po farmie, na której nagrano serię Władcy Pierścieni i Hobbita kosztuje grube miliony (79 NZD = około 225 zł/os), co uważamy za bardzo przesadne. Wiadomo, że wszystko przeliczone na złotówki będzie drogie, ale w tym przypadku nawet cena dolarowa jest niezrozumiale wysoka. Mimo to, zaliczamy Hobbiton do grona tych atrakcji, które chcemy raz w życiu zaliczyć. I jak było? Pięknie. :) Pośród zielonych łąk wyłaniają się kolorowe norki hobbitów, które mają w sobie coś bajecznego. Dzięki opowieści pani przewodnik dowiedzieliśmy się dużo o historii, jak to się stało, że reżyser wybrał właśnie to miejsce, dlaczego domki zbudowane na potrzeby filmu nie zostały zburzone i jak zrobiono z tego wszystkiego niezły biznes. Zobaczyliśmy, gdzie nagrywane były wybrane sceny, co budziło naprawdę dużą radochę. Nie będę opisywać filmowych ciekawostek, żebyście mieli po co sami tam przyjechać. :) Jedną tylko podzielę się informacją. Zastanawialiście się jak to jest, że Bilbo taki mały, Gandalf taki duży, a przecież w rzeczywistości obaj są normalnej wielkości aktorami? Żeby pokazać znaczną różnicę wysokości reżyser stosował różne triki. Kazał na przykład zbudować dwie norki Bilba – dużą i małą. W jednej nagrywane były sceny z hobbitem, w drugiej z czarodziejem, chociaż w filmie przebywają oni w jednym domu. Taki cwaniak z niego :)

Image

Hobbiton poleca się zwiedzać przy dobrej pogodzie i właśnie taka nam się trafiła tego dnia. Byliśmy szczęśliwi jak dzieci. Zwieńczeniem spaceru było piwo lub cydr w słynnej karczmie „Green Dragon”.

Blue Springs, Rotorua i Tauranga

Nadrabiając trochę kilometrów, z Hobbitonu pojechaliśmy do słynącego z gorących źródeł miasta Rotorua. Po drodze mieliśmy jednak do zobaczenia krystalicznie czyste źródła Blue Springs. W wodzie można się dosłownie przejrzeć. Nie zabrania się też popływać. :) Co ciekawe, temperatura wody jest stała, ale niekoniecznie ciepła. To tylko 11 stopni!

Image

Przejeżdżając przez Rotoruę nie da się nie poczuć wszechobecnego zapachu siarki. Cała okolica pełna jest gorących źródeł i gejzerów. Można skorzystać z naturalnych SPA. :) Nie planowaliśmy zatrzymać się w tym mieście na długo. Zobaczyliśmy ogromne jezioro Rotorua i dwa mniejsze, ale bardziej urokliwe jeziora o barwnych nazwach: niebieskie i zielone.
Jeszcze tego samego dnia spieszyliśmy do Taurangi zobaczyć się z Asią i Adamem – znajomymi, z którymi wcześniej podróżowaliśmy w Australii i na Południowej Wyspie. Tradycyjnie zjedliśmy razem nowozelandzkie fish and chips. Oczywiście knajpę prowadzili Chińczycy, bo jakżeby inaczej. :)

Zamarzył nam się jachtostop...

Od tego momentu nasza podróż po Północnej Wyspie zaczęła mieć nieco inny charakter. Nasze myśli nie skupiały się już na zwiedzaniu. Upływ ważności wizy zbliżał się coraz bardziej, a nam marzyło się opuścić Nową Zelandię drogą morską, a nie samolotem. Zanim jednak mogliśmy oddać się zupełnie poszukiwaniom kapitana, który zechciałby nas na swoim pokładzie, musieliśmy sprzedać samochód. W tym właśnie celu udaliśmy się do Auckland – największego miasta Nowej Zelandii, w którym mieszka chyba więcej ludzi niż na całej Południowej Wyspie. Już dużo wcześniej byliśmy umówieni z kilkoma osobami na oglądanie auta, więc jak tylko dojechaliśmy na miejsce, zaczęliśmy działać. Chociaż pierwsza osoba nie zechciała naszej Orthii, kolejna była już bardzo zachwycona i zdecydowała się od razu. Takie biznesy to ja mogę robić. : ) Koniec końców wyszliśmy na tym na plusie, zwróciło się parę fish and chips.

Jak tylko sprzedaliśmy auto, ponownie zaczęła się autostopowa przygoda. Z samochodem jest niebiańsko wygodnie, ale stop to dopiero frajda z podróży. Stopowaliśmy na północ, w kierunku portów Opua i Whangarei, gdzie mieliśmy szukać naszego szczęścia z jachtostopem.

W Nowej Zelandii już zima i chociaż wygodniccy nie jesteśmy, nie chcieliśmy już nocować pod namiotem. Wróciliśmy do Couchsurfingu, dzięki czemu mieliśmy przyjemność poznać prokuratora hodującego świnki, który pewnego razu pokazał nam jak szybko i sprawnie zapewnić sobie kilkanaście kilogramów mięsa na obiad. Żeby było śmiesznie, zaraz po wizycie u tego pana zamieszkaliśmy z grupką młodych wegan, którzy w szafkach mieli głównie jedzenie oznaczone modnym aktualnie: organiczne. Ludzie na świecie są tak bardzo różni. Właściwie dlatego jest tak ciekawie. :) Ostatnia osoba, która gościła nas w Nowej Zelandii to William – Maorys z milionem pomysłów w głowie, próbujący zrealizować je wszystkie na raz, co kończy się marnym skutkiem. William zabrał nas do Ngawha Springs, gdzie mogliśmy zanurzyć się w kilkunastu basenach z gorącą wodą wydobywającą się prosto z ziemi. W każdym z nich temperatura wody jest inna i podobno ma inne właściwości lecznicze. Chociaż ciężko było się przyzwyczaić to takiego gorąca – nawet 40 stopni, wyszliśmy stamtąd cudownie wypoczęci. To miejsce będziemy wspominać najlepiej z całej Północnej Wyspy.

A co z tym jachtem?

Nasza wiza była ważna do 5 czerwca 2016. Poszukiwania zaczęliśmy 22 maja (nie biorąc pod uwagę dużo wcześniej wysłanych listów do marin z prośbą o wywieszanie naszego ogłoszenia na tablicy). Dzień w dzień odwiedzaliśmy na zmianę mariny i pytaliśmy kapitanów, czy nie potrzebują załogi. Dzień w dzień stopowaliśmy kilkadziesiąt kilometrów z Waipapa, Kerikeri albo Kaikohe (w zależności, gdzie akurat mieszkaliśmy) do portów i z powrotem. Dzięki temu w tydzień poznaliśmy więcej nowych osób, niż przez całą naszą podróż w Nowej Zelandii. Wiedzieliśmy, że sezon na żeglowanie w stronę wysp Południowego Pacyfiku jeszcze się nie skończył, więc nadal mamy szanse. Wiedzieliśmy też, że większość jachtów wypłynęła dwa tygodnie wcześniej i została już tylko garstka, ostatni rzut czekających na dobrą pogodę. Nie traciliśmy wiary. Nauczyliśmy się już, że jeśli czegoś chcemy to musimy na to zapracować, nic się samo nie dzieje. Minęło 8 dni, dokładnie za 3 dni odlatywał nasz samolot (niestety w razie niepowodzenia z jachtem musieliśmy mieć zapewniony transport na opuszczenie kraju). Byłam już zrezygnowana, już miałam dosyć. Nawet jeśli się ktoś zgodzi, to mało prawdopodobne, że wypłynie akurat za chwilę, żebyśmy zdążyli jeszcze przed datą ważności naszej wizy. Piotrek, chociaż też zasmucony, nie poddał się. Już mieliśmy wracać do domu i szykować się do podróży do Auckland, kiedy nagle zadzwonił telefon. Kapitan ze swoją żoną znaleźli nasze ogłoszenie w pralni w marinie i zaprosili nas na spotkanie. Rozmawialiśmy dwie godziny, nie pozwalając sobie za wcześnie się ucieszyć. Mieliśmy dostać odpowiedź w ciągu kolejnych dwóch dni czy chcą, żebyśmy im towarzyszyli w podróży do Nowej Kaledonii. Jak na szpilkach sprawdzaliśmy co chwilę skrzynkę mailową...

31 maja dostaliśmy telefon – PŁYNIEMY!!!
Lepszego prezentu urodzinowego nie mogłam sobie wymarzyć. :)


Image


Mamy nadzieję, że taka obszerna relacja Was nie przestraszyła. :)

*Dopełnieniem całej naszej wizyty w Nowej Zelandii jest nasza galeria oraz

.*


Ciąg dalszy autostopowych i jachtostopowych przygód nadejdzie niedługo. :)
Chętnie też odpowiemy na wszystkie pytania, cierpliwości tylko prosimy!

Daria & Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
maciass uważa post za pomocny.
 
      
#2 PostWysłany: 12 Lis 2018 13:02 

Rejestracja: 12 Lis 2018
Posty: 6
-- 12 Lis 2018 13:01 --

Super relacja, też się wybieram w styczniu i postaram się skorzystać. A przy okazji czy mogę mieć prośbę..
Ja z mężem będę 2 tyg. w Australii i 2 tyg. w N.Z. Czytam blog od dłuższego czasu, bez wpisów osobistych i natrafiłam na wątek gdzie pisałeś, że znasz kogoś kto wypożycza tanio auto w Melbourne bez relokacji. Więc czy mogłabym prosić o namiary, będę wdzięczna

-- 12 Lis 2018 13:02 --

Co prawda potrzebuję wypożyczyć auto w Adelajdzie..., ale zawsze można spróbować.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#3 PostWysłany: 19 Lis 2018 08:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 21 Cze 2014
Posty: 224
Loty: 27
Kilometry: 63 543
Cześć!
Odpowiedziałem na pytanie w wiadomości prywatnej, ale spojrzałem też tutaj i myślę, że w Twoim przypadku może opłacić się tak zwana relokacja samochodów.

Jeżeli nie to jeśli pamięć mnie nie myli to najtańsze auto w Australii kosztowało około 20-25 AUD na dobę. Był to VW Polo.

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego wyjazdu,
Piotrek
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 3 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group